2
Noc przyniosła mi odrobinę odprężenia, ale też, jak coraz częściej w ostatnim czasie, doświadczyłam kolejnych dziwnych snów, których nie potrafiłam zrozumieć ani w pełni zapamiętać. Obudziłam się zziębnięta po trzeciej nad ranem, a później już tylko się przewracałam z boku na bok. I nawet gdy udało mi się znowu zasnąć, to i tak wstałam zmęczona. Aż przeraziłam babcię, gdy przyszłam na śniadanie. Do tej pory zakrywałam sine kręgi pod oczami makijażem, a bez niego wyglądałam dosłownie jak obraz nędzy i rozpaczy.
- Siadaj, musisz coś zjeść. - Podsunęła mi kubek gorącej herbaty. - Zrobiliśmy z Juliuszem owsiankę. Możesz mieć problemy z przełykaniem, więc powinno być łatwiej niż z kanapkami.
Ledwo zauważalnie skinęłam głową.
- Już byłam z nim na spacerze - powiedziała babcia, gdy Bergo przydreptał do mnie po codzienną porcję głaskania i smaczków. - Po śniadaniu możesz dalej odpoczywać. Ja umówiłam się z Elwirą i Janiną na kawę. Jeśli byś czegoś potrzebowała, poproś Juliusza o pomoc. - Zatrzymała się przy moim krześle i spojrzała na mnie z troską. - Dokumenty, które wczoraj przyniosłaś, wysłałam kurierem do kancelarii. Krzesimir wie, że jesteś u mnie.
Już zapomniałam, jak to jest, gdy ktoś na chwilę ściąga z barków ciężar niezałatwionych spraw. Zwykle nie pozwalałam sobie na opuszczenie gardy tak nisko, ale teraz nie miałam siły się stawiać. Odetchnęłam z wyraźną ulgą i uśmiechnęłam się do babci, zanim wyszła.
- Dokładkę owsianki, panienko? - Juliusz bezszelestnie zjawił się przy moim boku.
- Nie, dziękuję. Wystarczy mi to, co mam.
Domowik nawet okiem nie mrugnął, odwrócił się i podreptał do kuchni.
Duszek towarzyszył dziadkom, odkąd pamiętałam. Wyglądem przypominał zasuszonego staruszka, nie okazywał żadnych większych emocji, ale zawsze można było na nim polegać. Gdy byłam mała, fascynował mnie ten mający nie więcej niż metr wzrostu duch domowego ogniska. Byłam ciekawa jego historii. Kiedyś próbowałam Juliusza podpytać o przeszłość, ale bez skutku - domowik milczał jak zaklęty.
Z trudem przełknęłam ostatnią porcję owsianki. Zastanawiałam się, co dalej ze sobą zrobić, gdy usłyszałam dzwonek służbowego telefonu. Wystarczył jeden rzut oka na ekran, żeby poczuć znajome, powodowane stresem mdłości. Drżącą ręką wyciszyłam komórkę i wrzuciłam ją do torebki. Powtarzałam sobie, że przez moje zwolnienie świat się nie zawali i naprawdę nikt nie umrze, jeśli skorzystam z możliwości odpoczynku. Wystarczyło trzymać się tej myśli przez następny tydzień. Chodnikowa płyta mogła być tym katalizatorem, którego potrzebowałam, żeby coś zmienić.
Popijałam ciepłą herbatę i chłonęłam atmosferę starej, mokotowskiej willi babci. Od dziecka uwielbiałam ten budynek i jego detale: wysokie sufity, charakterystyczne dla przedwojennej architektury duże okna, wpuszczające do środka mnóstwo świat-ła, i oryginalny dębowy parkiet, skrzypiący mi pod nogami. Niemal czułam zapach historii unoszący się w powietrzu. Przodkowie babci kupili tę willę zaraz po pierwszej wojnie i od tamtej pory, mimo historycznych turbulencji, pozostawała w rękach rodziny.
Zawsze fascynowały mnie dziesiątki zdjęć wiszących na ścianie w korytarzu. Były tam fotografie rodziców babci z przedwojennych restauracji, zdjęcia z wakacji na wsi, widziałam malutką babcię na rękach jej mamy czy mojego ojca jako blond chłopca. To w sumie zabawne, bo zawsze chciałam mieć taki kolor włosów. Genetyczna ruletka jednak nie była łaskawa. Podczas gdy rodzice byli jasnowłosi i niebieskoocy, ja urodziłam się z ciemnymi włosami i brązowymi oczami.
Oglądałam kolejne ziarniste zdjęcia i cierpliwie wyłuskiwałam z pamięci strzępy informacji o ich pochodzeniu, aż doszłam do tego przedstawiającego kilku mężczyzn na tle starego domu. Jeden z nich miał na sobie austriacki mundur. Gdy patrzyłam na dawne fotografie, zwykle nie odczuwałam większych emocji, ta natomiast była wyjątkiem. Kiedyś nie zwracałam na nią uwagi, ale od jakiegoś czasu, gdy przesuwałam wzrokiem po niewyraźnych twarzach, czułam, że coś mnie do niej przyciąga, jakby fotografia próbowała mi coś powiedzieć. Nie wiedziałam o niej zbyt wiele, babcia też nie miała wszystkich informacji. Z tyłu ramki widniała data tysiąc dziewięćset czternasty i nic poza tym. Zapamiętałam tylko, że zetknięcie się sztywnego kartonika z moją skórą wywołało lekkie mrowienie, ale przeszłam nad tym do porządku dziennego.
Babcia i dziadek byli oddanymi rodzimowiercami. w bibliotece mieli ołtarzyk, którego używali w swoich obrzędach, a wśród zdjęć znajdowało się dużo tych dotyczących rodzinnych świąt. Oboje żyli zgodnie z wiarą w słowiańskich bogów i choć mieszkali w mieście, gdzie stara wiara była mniej rozpowszechniona, wiąż kultywowali te obyczaje. Natomiast dla ojca czczenie jakichkolwiek bogów było niedorzeczne. Nie potrzebował wiary w swoim życiu i w ten sposób wychował i mnie, i mojego brata Radomira. Na szczęście nie udało mu się całkowicie zabić we mnie ciekawości. Gdy miałam okazję, pytałam babcię o bogów, religię, demony i dobre duchy, na które mogłam się natknąć w życiu codziennym.
Pogrążałam się we wspomnieniach przez kilka kolejnych godzin, aż usłyszałam dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Babcia uśmiechnęła się łagodnie, gdy zobaczyła, że jestem na nogach.
- Drago, kochanie, jak się czujesz?
- Obolała. - Miałam na końcu języka, że wszystko jest w porządku, ale w ostatnim momencie opanowałam odruch. Od dawna nic nie było w porządku. - Ojciec dzwonił chyba ze sto razy.
- Krzesimira zostaw mnie. Jak nie odpuści, to z nim porozmawiam. Ze mną raczej nie będzie się kłócił. - Wierzyłam na słowo. Babcia Nawojka była straszna, gdy się złościła, i nawet ojciec wolał czasem położyć uszy po sobie, niż wchodzić z nią w konflikt. - Przygotuję z Juliuszem obiad, a potem porozmawiamy, co dalej. Idź się zdrzemnąć.
Zaczęłam protestować, ale babcia była nieugięta i najwidoczniej znalazła sobie nowy cel w życiu, którym było zadbanie o mój odpoczynek. Opór na nic by się nie zdał, a nawet jeśli... czy chwila wytchnienia była czymś złym?
Kilka dni później byłam już pewna, że powrót do zwykłego życia po babcinym rozpieszczeniu i słodkim nicnierobieniu nie będzie łatwy.
Gdy tamtego popołudnia usiadłam do stołu, wylądował przede mną talerz gorącego rosołu, najlepszej zupy pod słońcem. Ten robiony przez babcię musiał mieć właściwości terapeutyczne. Jako dziecko sądziłam, że używa ona tajemnych czarów, które nadają wywarowi tak gładkiego smaku. Kiedyś próbowałam o to podpytać, ale babcia uśmiechnęła się tajemniczo i nie pisnęła ani słowa.
- Juliuszu, mogę prosić o kawę do salonu? - zapytała babcia, gdy już dokończyłam swoją porcję.
- Oczywiście, pani Nawojko.
Domowik zniknął za drzwiami kuchni, a my usiadłyśmy na kanapie.
- No dobrze, kochanie, domyślam się, że jesteś przytłoczona tym, co się działo. Ale czy zaczęłaś powoli myśleć, co dalej?
Owszem, byłam przytłoczona, lecz nie aż tak, żeby przez ostatnie kilka dni nie przemyśleć wszystkich argumentów za i przeciw jeśli chodzi o dłuższy odpoczynek. Nie aż tak, żeby nie skorzystać z kontaktu, który zostawiła mi babcia. Wcześniej kilkakrotnie podejmowałam próby pójścia na terapię lub konsultację, ale zawsze było coś ważniejszego i ostatecznie wmawiałam sobie, że wcale tego nie potrzebuję.
- Zadzwoniłam do Róży. Zobaczę, co mi doradzi.
Babcia najpierw spojrzała na mnie z niedowierzaniem, a potem uśmiechnęła się promiennie i uścisnęła moją dłoń.
- Cieszę się, że się zdecydowałaś. Kiedy?
- W piątek, udało się szybciej po starej znajomości.
- A jeśli dostaniesz dłuższe zwolnienie?
Westchnęłam cicho.
- Tak daleko moje myśli nie sięgają.
Uśmiech babci podpowiedział mi, że w jej głowie już powstał jakiś plan.
- Za to ja mam silne przeczucie, że moja propozycja będzie dla ciebie strzałem w dziesiątkę. Pamiętasz zapewne, że moi przodkowie pochodzili z Orańców w Bieszczadach. Mam tam niewielki domek z działką. Pierwotnie budynek był większy, ale ucierpiał w czasie ostatniej wojny i później całość została sprzedana. Moi rodzice odzyskali go w latach sześćdziesiątych i służył im jako domek letniskowy. Z czasem zaczął wymagać coraz więcej remontów, a rodzice nie robili się młodsi. Przez lata stał pusty, a wiesz, że ja nie lubię siedzieć w miejscu. Z pomocą zdolnego, młodego architekta udało mi się ten dom przeprojektować i przywrócić do życia.
Dwa lata wcześniej babcia faktycznie często wyjeżdżała z miasta. Nie przypuszczałam, że w tym czasie doglądała remontu. Może nie byłaś zainteresowana, bo zaharowywałaś się w kancelarii - podsunął złośliwy głos w mojej głowie.
- Zwykle wynajmowałam go turystom, czasem ktoś wprowadzał się na dłużej, ale od jesieni stoi pusty. Chciałam go znowu wynająć, ale pomyślałam, że to mogłoby być dla ciebie doskonałe miejsce na zregenerowanie sił. - Babcia mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
Gonitwa myśli w mojej głowie trwała w najlepsze. To by rozwiązało tyle moich problemów... Ale nadal potrzebowałam sporo odwagi, żeby po tę możliwość sięgnąć.
- A co z moim mieszkaniem? Nie wiem, na jak długo bym wyjechała.
- O to się nie martw. Gdyby zaszła taka potrzeba, będę w stanie pokryć koszty wynajmu pod twoją nieobecność.
- No bez przesady, nie mogę cię tak wykorzystywać.
Brew babci Nawojki ostrzegawczo wystrzeliła w górę.
- Cieszę się, że mogę pomóc. Jestem stara, twój dziadek dobrze mnie zabezpieczył. Opłacenie tego czynszu przez kilka miesięcy nie spowoduje wielkiego uszczerbku w moim budżecie.
Mglisty plan zaczynał nabierać realnych kształtów. Przytuliłam się do babci, czując wdzięczność, że mam chociaż jedną osobę, na której mogę się oprzeć.
- Dziękuję.
- Nie ma za co, kochanie. Chcę, żebyś w końcu poczuła się szczęśliwa, a nie marnowała swoje zdrowie i życie, pracując ponad miarę. - Pogłaskała mnie po policzku. - Na razie poczekajmy do piątku i zobaczmy, co powie Róża, dobrze?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Dragomira
- Mira, wiesz, że to musi być skończone do jutra.
Cięte riposty mają to do siebie, że zwykle przychodzą za późno. Przecież mogłam powiedzieć ojcu, że do jutra to jestem w stanie wykończyć co najwyżej samą siebie, a nie te papiery. Ostatecznie nie byłabym w tym daleka od prawdy. Z przemęczenia przewróciłam się na chodniku, ktoś zadzwonił po karetkę i tak oto wylądowałam na SOR-ze najbliższego szpitala.
Może to i lepiej. Może takiego otrzeźwienia potrzebowałam. Może potrzebowałam przywalenia głową w chodnikową płytę, by sobie uświadomić, że praca szesnaście godzin na dobę nie przynosi mi satysfakcji, nie dojadam, zasypiam i budzę się zmęczona, a moje życie prywatne nie istnieje. Work-life balance leżał i już nawet nie kwiczał. Zdechł gdzieś na polu dalekim od chwały, pomiędzy jednym a drugim pismem procesowym pisanym na odwal się.
Z niewygodnym kołnierzem ortopedycznym na szyi usiadłam na ławce pod szpitalem i zamówiłam ubera. Początkowo chciałam wrócić do mieszkania swoim autem, ale morderczy wzrok lekarki skutecznie wybił mi to z głowy. Kobieta dobitnie zasugerowała też, że po pierwsze, nie powinnam być dzisiaj sama ze względu na lekkie wstrząśnienie mózgu, a po drugie, wyniki badań mojej krwi pozostawiają wiele do życzenia - to by wyjaśniało, dlaczego w ostatnim czasie ciągle łapałam infekcje. Lekarka wcisnęła mi ponadto skierowanie do okulisty, żeby obejrzał wylew krwi w oku i podejrzaną jasną plamę na prawej tęczówce.
Oprócz kołnierza dostałam jeszcze całą listę zaleceń suplementacji i zwolnienie lekarskie na tydzień. Ściskając papiery w dłoni, czułam, że ojciec będzie... zły. W jego słowniku nie istniało coś takiego jak chorobowe. Był tytanem pracy, nigdy nie opuścił ani jednego dnia. Kiedyś szczerze to podziwiałam, ale podziw zniknął, gdy zaczęłam dla niego pracować i obserwować go w jego żywiole - to skutecznie otworzyło mi oczy. Praca była jego jedyną miłością. Całą energię poświęcał kancelarii obsługującej dwór królowej Dobroniegi i utrzymaniu doskonałych stosunków z rodziną panującą. W końcu zrozumiałam, dlaczego moja matka wolała bawić się za jego pieniądze na Karaibach, niż samotnie przesiadywać całymi dniami w willi w Konstancinie. Na jej miejscu też wybrałabym tropiki zamiast tych zimnych ścian.
W tym wszystkim byłam także ja - Dragomira Hawryłowicz, uparcie nazywana Mirą, cudowne, posłuszne dziecko. Jedyna dziedziczka prawniczego imperium. Kiedyś dałabym się pokroić za taką karierę, a teraz? Teraz coraz częściej rozważałam pójście w ślady brata i znalezienie swojego miejsca gdzieś indziej.
- Na Bobrowiecką jedenaście poproszę - powiedziałam do kierowcy ubera.
Patrzyłam tępo w okno i zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Krótka podróż nie przyniosła mi odpowiedzi, jedynie wzmogła mętlik w głowie. Z trudem wysiadłam z samochodu i krok za krokiem powlokłam się do mojego małego, wynajętego mieszkanka. Ojciec oczywiście naciskał, żeby kupić mi coś większego, ale w tym momencie dziękowałam sobie, że postawiłam na swoim i zajęłam się tą sprawą samodzielnie. Zgoda na jego propozycję byłaby kolejną próbą meblowania mi życia po swojemu. W zupełności wystarczało mi to, że musiałam się podporządkować jego zasadom w pracy.
Bergo zakręcił się wokół moich nóg, gdy tylko otworzyłam drzwi. Dwa lata temu znalazłam go jako szczeniaka na poboczu drogi z Otwocka. Mała, puchata kulka rudej sierści natychmiast podbiła moje serce.
- Cześć, rudzielcu. Tęskniłam za tobą. - Ukucnęłam i czule podrapałam psa za uszami. - Masz ochotę na wizytę u babci Nawojki? - Na dźwięk znajomego imienia Bergo od razu się ożywił. Szybko pozbierałam swoje rzeczy i zamówiłam kolejnego ubera. Wcześniej zadzwoniłam do babci, czy mogę się u niej zatrzymać na kilka dni. Zgodziła się bez wahania.
- Na Peruna, dziecko! Co się stało?! - usłyszałam, gdy tylko przekroczyłam próg jej domu. Mina babci potwierdziła to, co już wiedziałam. Zdecydowanie nie byłam w szczytowej formie.
- Możliwe, że za blisko zapoznałam się z chodnikiem - próbowałam zażartować.
Babcia taktownie zignorowała tę jakże nieśmieszną odpowiedź. Natychmiast zaczęła krążyć wokół mnie i narzekać pod nosem na dzisiejszą młodzież. Zabrała mi torbę, płaszcz, smycz, kazała usiąść na kanapie w salonie i za żadne skarby nic nie robić.
Dopiero gdy dostałam do rąk kubek herbaty, a domowik Juliusz postawił przede mną talerz gorącej zupy, babcia usiadła naprzeciwko z miną, która nie wróżyła nic dobrego. Pytania były nie do uniknięcia, ale może właśnie tego potrzebowałam - konfrontacji z faktem, że z moim życiem jest coś nie tak, a ja jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby to przyznać wprost.
- Juliuszu, przygotuj sypialnię dla Drago. - Ojca to zdrobnienie wpędzało w szał, babcia używała go na co dzień. - Co się stało?
- Zemdlałam, wychodząc z pracy, i trafiłam do szpitala. - Nie miałam siły ani chęci bawić się w dyplomację. Byłam zbyt obolała. - Mam lekkie wstrząśnienie mózgu, fatalne wyniki krwi, skierowanie do okulisty i wyrzuty sumienia, że wzięłam zwolnienie lekarskie.
Babcia patrzyła na mnie z niedowierzaniem, choć dostrzeg-łam też w jej oczach błysk rosnącej irytacji.
- Wykończysz się, jeśli w porę sobie nie pomożesz - powiedziała grobowym głosem.
To stwierdzenie idealnie trafiło w punkt. W pogoni za próbą zadowolenia ojca rujnowałam samą siebie, nie mając pewności, czy kiedykolwiek osiągnę zamierzony rezultat. Za każdym razem, gdy już myślałam, że zdołałam spełnić jego oczekiwania, on zaczynał wymagać jeszcze więcej.
Łzy bezsilności spłynęły po moich policzkach. Tamy, które do tej pory trzymały mnie w ryzach, pękły i porwała mnie fala trudnych do okiełznania emocji.
- No już, już, nie płacz. - Babcia czule objęła mnie ramieniem. - Potrzebujesz odpoczynku, Drago. Tak dalej być nie może.
- A mam inne wyjście? - zapytałam drżącym głosem. - Nie rzucę pracy z dnia na dzień, a przecież byciu prawnikiem podporządkowałam całe swoje życie.
Babcia patrzyła na mnie uważnie i szykowała się do powiedzenia czegoś, co miało mnie otrzeźwić. Latami obserwowała, jak jej jedyny syn, a mój ojciec potrzebę finansowej samodzielności przekształca w chorą obsesję perfekcjonizmu. Wymagał dużo od siebie, a najwięcej od swoich pracowników i dzieci.
- Dragomiro... - Babcia Nawojka rzadko używała mojego pełnego imienia. A gdy już to robiła, przestawało być miło. - Odpowiedz sobie na pytanie: czy zamierzasz tak pracować do końca życia? Czy nie chciałabyś czegoś więcej niż gonienia za kolejnym stopniem kariery? Jeśli nie podejmiesz żadnych kroków teraz, to równie dobrze możesz zamieszkać w kancelarii.
Ta wizja była... przerażająca.
Emocje kotłowały się we mnie, puchły w żyłach, wypełniały głowę chaotycznymi myślami. Nie znałam innego trybu życia. Na studiach, na aplikacji, na etacie - wszędzie wypruwałam sobie żyły, żeby sprostać oczekiwaniom ojca.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. - Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc zaczęłam nerwowo wydeptywać ścieżkę w puchatym dywanie. - Jestem zmęczona. Za miesiąc kończę trzydzieści lat, a czuję się na dwa razy tyle. Moje życie kręci się wokół spraw innych ludzi, a chciałabym mieć chociaż jeden weekend dla siebie.
- Dalej, kochanie, wyrzuć to z siebie.
Buzujące we mnie emocje znalazły wreszcie ujście. Przyjęłam to jednocześnie z ulgą i obawą, że tak długo trzymane w ukryciu uczucia po prostu zmiotą mnie z nóg.
- Jestem zmęczona pomaganiem ludziom, którzy za chwilę wpakują się w kolejne kłopoty. - Przymknęłam oczy i ścisnęłam nasadę nosa. Tępy ból głowy znacznie się nasilił. - Kancelaria ojca obsługuje cały dwór królowej i wszystkich, których pracownicy zgłosili do pakietu ochrony prawnej. Ostatnio łgałam jak najęta, żeby syn damy dworu nie poniósł konsekwencji za swój wybryk. Wcześniej grzebałam się w ugodzie z kochanką jednego z żonatych urzędników, która zagroziła, że pójdzie do prasy, jeśli ten się nie rozwiedzie.
Babcia słuchała mnie uważnie, gdy wypluwałam z siebie wszystkie moje bolączki. Wcześniej nie miałam odwagi o tym mówić na głos, ale teraz to było takie... wyzwalające.
- Czy jest coś, co jeszcze cię w tej pracy pociąga?
Zebranie myśli okazało się tytanicznym wysiłkiem i zajęło mi dłuższą chwilę.
- Chyba tylko to, że czasem dostaję temat związany z prawami autorskimi albo własnością intelektualną. - Uśmiechnęłam się do siebie lekko. - Wszyscy mówią, że to nuda, i nikt inny nie chce tego kijem dotknąć, a ja to lubię. Niewiele, ale zawsze coś. A poza tym marnuję najlepsze lata swojego życia dla ludzi, którzy w ogóle tego nie docenią. Co więcej, zapomną o tym, gdy zamkną się za nimi drzwi kancelarii.
- Jak się z tym czujesz?
- Jak współczesny niewolnik. - Opadłam z powrotem na kanapę. - Pragnę pożyć. Pojechać na wakacje, może kogoś poznać, spotkać się ze znajomymi, ale pracując tyle godzin na dobę, nie mam na to szans. Mój ostatni związek się rozpadł, bo wiecznie harowałam, więc Gracjan znalazł sobie pocieszenie. Chciałabym dla odmiany zrobić coś dla siebie, po prostu. A nie mam siły na nic innego niż bezrefleksyjne oglądanie seriali albo gapienie się w sufit. Nawet wyjście z Bergiem na spacer wydaje się cięższe od wspinaczki na Mount Everest.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - Babcia nie odpuszczała.
chwilę milczałam. Perspektywy były dość... marne.
- Przez tydzień biczować się, że leżę w domu na zwolnieniu, a potem wrócić i dalej zasuwać w kancelarii do utraty tchu. - Mój głos ociekał goryczą pomieszaną ze smutkiem. Musiałam zarabiać, żeby się utrzymać. Za bardzo się bałam całkowitego przemeblowania swojego życia. - Jak pójdzie bardzo źle, to w końcu wyzionę ducha, pracując.
Usłyszałam wściekłe sapnięcie.
- Dragomiro Hawryłowicz... - Jeśli było coś gorszego od babci zwracającej się do mnie pełnym imieniem, to była to babcia używająca pełnego imienia i nazwiska. - Wolisz podkulić ogon pod siebie, niż cokolwiek zmienić? Słyszysz, dziecko, co ty mówisz? Twojemu ojcu dałam wolną rękę i wyrósł na pracoholika. Nie chcę, żeby to samo stało się z tobą.
Westchnęłam zrezygnowana. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy.
- Wypaliłam się, babciu. Bycie prawnikiem przestało mnie pociągać. Niestety, nie wiem, co innego mogłabym zrobić. Z czegoś muszę żyć.
- Nie musisz od razu rzucać pracy - odpowiedziała szybko. - Myślałaś o tym, żeby pójść na dłuższy urlop? Złapać oddech? Przestać zaprzątać sobie głowę kancelarią choć na krótko?
Rzuciłam jej zmęczone i sceptyczne spojrzenie.
- Zapomnij. Ojciec robi problem, gdy z trzymiesięcznym wyprzedzeniem mówię mu, że chcę iść na tydzień urlopu. Na dłuższy po dobroci nie mam szans.
- A zwolnienie lekarskie?
- Dostanie szału, gdy się dowie, że nie będę pracować przez tydzień. Jeśli po tej przerwie fizycznie nic mi nie będzie, to wrócę do pracy. Załatwianie lewego zwolnienia nie mieści się w moich kanonach etycznych. - Nie chciałam wspominać babci o tym, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy łapałam podejrzanie dużo infekcji i to zwolnienie mogłoby nie być takie lewe.
- Nie szłabym tak daleko. Jako prawnik zapewne wiesz, że istnieje coś takiego jak zwolnienie lekarskie z powodu wypalenia zawodowego.
Spojrzałam na nią uważniej. Do tej pory skutecznie odpychałam od siebie tę możliwość, ale może to był moment, w którym praca słusznie straci swój priorytet na rzecz zdrowia.
- Mam kontakt do Róży, córki Elwiry - kontynuowała babcia. - Bawiłyście się razem jako małe dziewczynki. Teraz jest psychiatrą, pracuje w Instytucie przy Sobieskiego. - Pokrzepiająco uścisnęła moją dłoń. - Do niczego cię nie zmuszam, ale mogę dać do niej numer. Sama zdecydujesz, czy z niego skorzystasz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki