Sen o Jerozolimie - Eric-Emmanuel Schmitt

Kup ebooka

44.99 zł
40.49 zł (20,25 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po co jechać?

Zaczyna się od rozmowy telefonicznej. Przenikliwe buczenie, głośny dzwonek i turkot wibracji rozdzierają ciszę z mechaniczną natarczywością. Dziś to właśnie taką formę przeznaczenie przybiera najczęściej. Akurat jestem zajęty, piszę, lecz zerkam na ekran telefonu, na którym wyświetla się numer mojego włoskiego wydawcy. Odbieram.

- Cześć! Tu Sandro. Zadzwonili do mnie z Watykanu. Pytał o ciebie dostojnik wysokiego szczebla. Chciałby się z tobą skontaktować.

- W sprawie wywiadu?

Już nieraz zdarzało mi się występować w programach i audycjach organizowanych przez media watykańskie, rozglądam się więc za terminarzem.

- Nie! Coś poważniejszego... Sam ci zresztą wyjaśni.

W głębokim, rzeczowym i zwykle stonowanym głosie Sandro Ferriego rozbrzmiewa nuta podekscytowania.

- Sandro, wiesz więcej...

- Tak.

- Ale nic mi nie zdradzisz?

- Podam mu twój numer, dobrze?

Przeczucie sprawia, że otwiera się we mnie brama pełnej dyspozycyjności. Porzucam ekran, na którym trzepocze niedokończone zdanie, odsuwam krzesło i wychodzę z pokoju. W kuchni rozpoczynam ceremonię parzenia herbaty i zatracam się w niej: z rozmysłem wybieram mieszankę, podgrzewam wodę do siedemdziesięciu stopni, wyciągam filtr i czarkę. Rytuał pochłania mnie bez reszty i odsuwa na bok pytania. Nie snuję w duchu żadnych hipotez, czekam spokojnie, w głowie biała kartka.

Terkot telefonu odzywa się raz jeszcze. Na ekranie nieznany włoski numer. Ze swojego biura w Stolicy Apostolskiej Lorenzo Fazzini składa mi propozycję w płynniej francuszczyźnie:

- W Watykanie bardzo cenimy pańskie podejście do wiary i ludzkiej wolności, dlatego chciałbym panu zaproponować wyjazd do Ziemi Świętej. Wycieczka byłaby okazją do zwiedzania, ale też rozmaitych spotkań. Być może wróciłby pan z książką, zapiskami z podróży. Jak się pan na to zapatruje?

Koncepcja roztacza aurę oczywistości, która jest aż nie do zniesienia. Wreszcie wiem, dlaczego liczne próby wyjazdu, które podejmowałem razem z członkami rodziny lub z żydowskimi przyjaciółmi, niezmiennie kończyły się fiaskiem, choć przecież od dawna marzyłem o tej podróży. W ciągu ostatnich kilku lat wielokrotnie ją planowałem, jak widać, miało się to dokonać teraz, w tych właśnie okolicznościach.

Rozmawiamy i - uradowany - rozważam rysującą się przede mną perspektywę. Mam wrażenie, że wyrastają mi skrzydła, ale powstrzymuję entuzjazm, bo gdy się rozłączam, w mojej głowie rozbrzmiewa pytanie: kiedy?

Skąd wziąć czas na długą podróż? Na horyzoncie piętrzą się długie miesiące pisania, podczas których, przykuty do biurka, zamierzam pracować nad Ciemnym słońcem, egipskim tomem cyklu powieściowego Podróż przez czas, a przecież w planach mam jeszcze pięć kolejnych części, również wymagających mojej obecności...

Będę zmuszony odmówić.

*

Wyjechać niezwłocznie!

Od miesięcy pracuję przy biurku, niezmiennie, każdego dnia, nie licząc sobót i niedziel, od ósmej rano do ósmej wieczorem. Kiedy jestem zmuszony przerwać, bo akurat gram na deskach teatru w Pani Pylińskiej i sekrecie Chopina lub Panu Ibrahimie i kwiatach Koranu, nie przerywam pisania i ślęczę nad tekstem w pociągu, w samolocie, a nawet w garderobie, jak w ubiegły piątek, gdy owładnięty gorączką poprawiania, wśród kosmetyków do makijażu, prawie przegapiłem wejście na scenę.

Staję się niewolnikiem książki, która domaga się zaistnienia. Rozkazuje: tu opis oazy, tam pustyni. Teraz muszę zorganizować dziesięć plag egipskich, a potem zgodnie poskarżę się z zapłakanym Noamem. Po żywych dialogach intro­spekcja filozoficzna lub elegijny akapit, a następnie na dole strony encyklopedyczny przypis, który wymaga rygorystycznego sprawdzenia najdrobniejszych szczegółów. Niczym giętka trzcina posłusznie poddaję się żądaniom powieści. Czy w ogóle jest we mnie cokolwiek z demiurga? Nic a nic. Jestem tylko pokornym sługą, nie sprawuję żadnej władzy, bezwolnie ulegam. Książka żyje w mojej wyobraźni i stanowczo dopomina się wyjścia do ludzi. Na mnie spoczywa obowiązek jej odkrycia, wydobycia z otchłani, przyjęcia i zaprezentowania światu. Jestem tylko pośrednikiem.

Każdy dzień od ósmej rano do ósmej wieczorem mija w niezmiennym rytmie.

Zostałem platonikiem. Twórczość artystyczna zmusza mnie do przyznania słuszności teorii o ideach wrodzonych, wyłożonej przez Platona w jednym z dialogów, kiedy Sokrates kazał młodzieńcowi nie wymyślić pojęcie trójkąta, lecz je odkryć. Podobnie jak grecki filozof, który utrzymywał, że idee istnieją niezależnie od świata - więc w konsekwencji zdobywanie wiedzy sprowadza się do poznania umysłowego - jestem przekonany, że powieści i opowiadania również wiodą niezależny byt, a pisanie polega na tropieniu ich śladów i chwytaniu ofiar żywcem. W młodości mamy wiarę, że tworzymy. W wieku dojrzałym zaczynamy rozumieć, że tylko obserwujemy. Jako starcy wiemy już, że jedynie robimy, co nam każą.

Każdy dzień od ósmej rano do ósmej wieczorem mija w niezmiennym rytmie.

Schwytany w sieć stron jestem posłuszny powieści, która wciąż stawia nowe żądania. Uważa się za zbyt cienką, gdy liczy sto jeden stron, ale przy stu sześciu narzeka, że jest za gruba, cofam się więc o krok, bacznie się jej przyglądam i przyznaję jej rację, podporządkowuję się, tu rozwijam, tam skracam. Zarzuca mi, że rozpocząłem wątek, który później porzuciłem, że używam ciągle tych samych przymiotników, gdy pojawia się jedna z bohaterek, że zapomniałem o przecinkach, zaniedbałem średniki, nadużywałem wielokropków. Oburzona, przy każdej kolejnej lekturze oskarża mnie, że nie zadbałem o nią dostatecznie i zmusza mnie do ponownego, skrupulatnego szlifowania. Dopieszczanie, pochylanie się nad detalami często wymaga więcej czasu i energii niż wielki gest ustanawiający ramy narracji. Powieść jest moim tyranem.

Każdy dzień od ósmej rano do ósmej wieczorem mija w niezmiennym rytmie.

Mimo to uwielbiam ten ogromny, przytłaczający, pedantyczny trud, którego końca niemal nigdy nie widać! W równym stopniu cenię momenty chwały, jak i te mniej wdzięczne. Odczuwam niewysłowioną radość, gdy zawiązuję dramatyczne węzły, zarządzam zwrotami akcji, ubieram w odpowiednie słowa myśli, patrzę na wyłaniające się postaci, które mnie zaskakują, bawią i szokują, a nawet gdy buntują się przeciwko mojej woli. Ubolewam nad ich błędami, zachwycam się ich przebiegłością, współczuję im w smutku, gorzko żałuję, kiedy znikają na dobre. Delektuję się nawet chwilami, które niektórzy uznaliby za zniechęcające, tymi, w których wątki wciąż są splątane, zagmatwane, tymi, w których gubię się i zaczynam od nowa, tymi, w których zwlekam, bo nie odkryłem, co będzie dalej, tymi, w których poprawiam pisarza, bo za bardzo się pospieszył, za bardzo skupił na nakreśleniu charakteru postaci lub uchwyceniu dramaturgii, a zaniedbał solidny kształt ­zdania.

Każdy dzień od ósmej rano do ósmej wieczorem mija w niezmiennym rytmie.

W przypadku pisarza starzenie się jest zaletą. Z upływem lat powiększa się wiedza, jaką mamy na własny temat: znamy się lepiej, marnujemy mniej czasu, nie gonimy już za uznaniem, skupiamy uwagę na tym, co istotne, nie spoglądamy w lustro co trzy zdania, jesteśmy świadomi swoich ograniczeń i rozgryźliśmy wszystkie sztuczki, środki i metody, które pozwalają nam je pokonać. W wieku dwudziestu lat miałem w sobie dzikiego rumaka, którego nie potrafiłem okiełznać. Teraz, z sześćdziesiątką na karku, wciąż mam w sobie dzikiego rumaka, ale już wiem, jak go prowadzić.

*