Sen o drzewie. Kwartet klimatyczny. Tom 4 - Maja Lunde

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lon­gy­ear­byen

Sval­bard, 2097

U schyłku lata, kiedy dzień po­larny do­bie­gał końca, mo­rze wy­rzu­ciło na plażę w Lon­gy­ear­byen drzewo. Tommy miał pięć lat, był sam w sta­rym ter­mi­nalu kon­te­ne­ro­wym. Włó­czył się ja­kiś czas mię­dzy rdze­wie­ją­cymi ścia­nami me­talu, aż wresz­cie, gdy udało mu się wy­du­kać wid­nie­jący na jed­nej ze skrzyń na­pis "Tol­l­post Globe", przy­siadł i oparł się o nią ple­cami, żeby ogrzać się w pro­mie­niach sto­ją­cego ni­sko nad ho­ry­zon­tem słońca.

Wtedy wła­śnie, sie­dząc tak i dłu­biąc ki­jem w piasz­czy­stej ziemi, za­uwa­żył li­ście. Wy­sta­wały nieco po­nad kon­tur plaży, ka­wa­łek da­lej w stronę uj­ścia fiordu - zie­leń od­ci­nała się wy­raź­nie od czerni ka­mie­ni­stego brzegu.

Wstał, chwy­cił kij, je­den z naj­lep­szych, ja­kie od dłuż­szego czasu udało mu się zna­leźć - pro­sty, długi, nie do zła­ma­nia - i truch­tem zbiegł na plażę. Tam, na ciem­nej ziemi, rów­no­le­gle do li­nii wody, le­żało drzewo: ko­rona pa­trzyła na wschód, na uj­ście rzeki w do­li­nie Ad­vent­da­len, a ko­rze­nie na za­chód, w ciem­no­ści Is­fjor­den.

- Drzewo! - za­wo­łał Tommy, jak gdyby od tego okrzyku drzewo miało stać się praw­dziw­sze.

Fale nie­ustan­nie wy­rzu­cały na brzeg Sval­bardu wiel­kie kłody, mo­drze­wie, świerki i so­sny. Wiatr i prądy mor­skie ścią­gały je aż z od­le­głej Sy­be­rii. Ob­myte przez fale, ogo­ło­cone z kory, na­pęcz­niałe od wil­goci i na­po­częte przez liczne wodne stwo­rze­nia, do­cie­rały tu po wielu la­tach mor­skiej po­dróży już nie jako praw­dziwe drzewa, lecz cie­nie tego, czym nie­gdyś były.

To drzewo róż­niło się jed­nak od in­nych, wy­glą­dało jak żywe, ko­ronę miało dużą i gę­stą. Li­ście co prawda po­zwi­jały się i przy­wię­dły, ale więk­szość wciąż trzy­mała się ga­łęzi. I choć były wy­bla­kłe, jakby roz­myte, nie stra­ciły wy­raź­nie zie­lo­nego za­bar­wie­nia. Tommy wy­cią­gnął ostroż­nie dłoń po je­den z nich. Jed­no­cze­śnie wy­pu­ścił ści­skany w ręce długi kij, le­d­wie chwilę wcze­śniej tak wspa­niały, a te­raz - w ob­li­czu tego po­tęż­nego drzewa, jego tęt­nią­cych ży­ciem ra­mion - uschły i mar­twy.

Liść od­padł, le­d­wie go do­tknął. Tommy prze­cią­gnął pal­cem po zie­lon­ka­wej blaszce, ob­ró­cił ją spodem do góry i za­uwa­żył, że wierzch znacz­nie różni się od dołu, że na grzbie­cie barwa jest żyw­sza. Trzy­ma­jąc blaszkę mię­dzy pal­cem wska­zu­ją­cym a kciu­kiem jak mię­dzy ra­mio­nami pę­sety, uniósł ją pod słońce i przy­mknąw­szy oko, przy­glą­dał się świa­tłu, które są­czyło się przez zie­loną, po­dobną do de­li­kat­nego płótna po­wierzch­nię. Li­ście ro­sły na dłu­gich ło­dyż­kach, rów­no­le­gle, grup­kami, ni­czym małe ro­dziny. Ze­rwał jedną i po­li­czył. Dzie­więć li­ści.

Prze­szedł na­stęp­nie ka­wa­łek wzdłuż pnia i przy­kuc­nął. Po­ło­żył dłoń na sza­ra­wej ko­rze, była twarda i złusz­czona. De­li­kat­nie ją po­gła­dził.

- Piękne je­steś - ode­zwał się.

Po­tem przy­tknął ostroż­nie nos do pnia, po­wą­chał.

- Kora - po­wie­dział sam do sie­bie. - Tak pach­nie kora.

Pod­niósł się po­now­nie. Zro­bił krok w tył, żeby ob­jąć zna­le­zi­sko wzro­kiem. Zdję­cia drzew wi­dział wcze­śniej wiele razy, zda­wał so­bie za­tem sprawę, że mogą mieć różne roz­miary. Naj­więk­sze na świe­cie, opo­wia­dała mu bab­cia, ro­sły nie­gdyś w miej­scu zwa­nym Ka­li­for­nią, istne gi­ganty, by­wało, że żyły po­nad cztery ty­siące lat i osią­gały po­nad sto me­trów wy­so­ko­ści.

Tommy wie­dział, że dwa jego kroki dają w su­mie metr, pod­biegł więc do szczytu ko­rony i za­czął mie­rzyć.

Ła­two nie było. Cią­gle za­po­mi­nał, że każdy krok to nie metr, tylko pół. Li­czył na głos, żeby się nie po­gu­bić, ale wszystko mu się mie­szało i wiele razy mu­siał za­czy­nać od nowa. W końcu uznał, że chyba się do­li­czył.

- Dwa­dzie­ścia trzy me­try - oznaj­mił. - Na Sval­bard przy­pły­nęło drzewo wy­so­kie na dwa­dzie­ścia trzy me­try.

Za­krę­ciło mu się w gło­wie od tych ob­li­czeń. Po­my­ślał, że po­wi­nien po­biec po bab­cię, bo gdy na Sval­bar­dzie zda­rzało się coś waż­nego, to ona wie­działa naj­le­piej, jak na­leży po­stą­pić. Naj­pierw wszakże mu­siał chwilę od­po­cząć, dla­tego uło­żył się na ziemi obok drzewa, ob­jął je le­wym ra­mie­niem. Zna­lazł w miarę zno­śną po­zy­cję wśród ka­mieni, przy­lgnął moc­niej do pnia. Nie zde­cy­do­wał, jak długo za­mie­rza tak le­żeć, nie znał się jesz­cze na ze­garku, nikt też na niego nie cze­kał, tak mu się w każ­dym ra­zie wy­da­wało. Poza tym czas wciąż był dla niego abs­trak­cją - pły­nął je­dy­nie wtedy, gdy Tommy coś ro­bił. A te­raz prze­cież nic nie ro­bił, le­żał so­bie tylko, słońce świe­ciło mocno, jak za­wsze o tej po­rze roku, i my­ślał o drze­wie, o pniu, o li­ściach i o tym, jaki był zmę­czony.

I za­snął.

Czarna, usłana ka­mie­niami plaża, fi­li­gra­nowe dzie­cięce ciało, w jego ob­ję­ciach drzewo. Lekki wiatr mierz­wił nie­wiel­kie fale, ich grzbiety wień­czyła de­li­katna ko­ronka piany. Ciemna woda na­pie­rała na wy­so­kie góry o skąpo po­ro­śnię­tych sto­kach, po­roz­ci­na­nych bli­znami po nie­daw­nych osu­wi­skach. Na ni­zi­nach ro­sły ni­skie krzewy i trawy, a po­łu­dniowe zbo­cza okry­wał ró­żowo-żółty woal drob­nych kwia­tów. Wy­soko na nie­bie szy­bo­wały mewy, le­ciały z do­liny w stronę fiordu i zni­kały w od­dali, zmie­rza­jąc ku pta­sim kli­fom. Tommy nie mógł jed­nak tego wszyst­kiego wi­dzieć. Po­grą­żony był w głę­bo­kim śnie.

Zbu­dził go wy­soki dziew­częcy głos.

- Tommy? - W gło­sie po­brzmie­wało za­nie­po­ko­je­nie po­mie­szane z dez­orien­ta­cją. - Hej? Śpisz?

Usiadł, po­cząt­kowo nie wie­dział, gdzie się znaj­duje. Po­tem ob­ró­cił głowę i zo­ba­czył ota­cza­jące go kłę­bo­wi­sko ga­łęzi. Ciało miał sztywne, a w ręce, którą wcze­śniej obej­mo­wał drzewo, stra­cił czu­cie.

- Tommy, co ty wy­pra­wiasz?

Gdy spoj­rzał w prze­ciwną stronę, jego oczom uka­zała się Ra­kel. Stała ka­wa­łek da­lej, dło­nie oparte na bio­drach, głowa prze­chy­lona na bok, na twa­rzy zdzi­wiona mina. Jego ró­wie­śniczka, ale prze­wyż­szała go o głowę. Była szczu­pła i wy­pro­sto­wana, ra­miona miała kan­cia­ste, a włosy zwy­kle prze­tłusz­czone - przy­naj­mniej od czasu, gdy jej ro­dzi­ców po­grze­bała la­wina. Ru­szyła bie­giem w jego stronę. Na­wet nie za­uwa­żyła, jak czarny żwir i ka­mie­nie osu­wają się spod jej stóp. Po­ru­szała się zwin­nie, nie­mal bez­sze­lest­nie, jakby uno­siła się nad zie­mią.

Sta­nęła w miej­scu, za­pa­trzona.

- Drzewo do nas przy­pły­nęło? Ale wiel­kie!

Tommy wstał, za­gro­dził drzewo cia­łem.

- Ja je zna­la­złem.

- No tak. Ale to prze­cież nie zna­czy, że jest twoje.

Szturch­nęła go lekko. Po­czuł w jej ręce siłę, za­parł się jed­nak mocno no­gami o zie­mię, po­sta­no­wił, że nie ustąpi.

- Ja je zna­la­złem - po­wtó­rzył.

Zmru­żyła oczy, cie­ka­wość i we­so­łość na­gle z niej wy­pa­ro­wały.

- Czyli jest tylko twoje?

Kiw­nął głową.

- To zna­czy, że je­ste­ście parą? - za­py­tała po­woli, głos za­brzmiał ostro, zło­śli­wie.

- Nie je­ste­śmy!

- Wła­śnie że je­ste­ście! - po­wie­działa gło­śniej. A po­tem pod­ło­żyła do słów me­lo­dię i za­śpie­wała: - Za­ko­chana para! Za­ko­chana para!

- Nie je­ste­śmy parą! - za­prze­czył. - Nie­prawda!

Ale ona śpie­wała da­lej:

- Za­ko­chana para! Za­ko­chana para!

Serce tłu­kło mu się w piersi jak wście­kłe, złość roz­lała się po ca­łym ciele.

- Nie­prawda - po­wtó­rzył, tym ra­zem ci­szej.

- Prze­cież wi­dzia­łam, jak się przy­tu­la­cie - po­wie­działa Ra­kel. - Wi­dzia­łam!

- Nie­prawda! - od­parł Tommy.

Dziew­czynka ob­ró­ciła się w stronę drzewa, zmie­rzyła je wzro­kiem.

- I żeby cho­ciaż wy­glą­dało jak praw­dziwe. Wi­dzisz chyba, że jest kom­plet­nie mar­twe.

Spoj­rzał za sie­bie, na­gle drzewo jakby zmar­niało. Zie­leń zbla­kła, sporo li­ści zdą­żyło opaść i ule­cieć z wia­trem w dal.

Ra­kel po­de­szła bli­żej, kop­nęła pień, wstrząs nie­mal zu­peł­nie ogo­ło­cił ga­łę­zie.

- Praw­dzi­wego drzewa w ży­ciu nie zo­ba­czysz, Tommy. Przy­po­mnieć ci, gdzie się uro­dzi­łeś? Na Sval­bar­dzie. - Po­wie­działa to ci­cho, jakby obo­jęt­nie. A po­tem się do niego zbli­żyła. - Mar­twe - rzu­ciła mu w twarz, stała tak bli­sko, że po­czuł za­pach jej od­de­chu, dziw­nie słodki. - To trup. Twoje drzewo jest mar­twe jak ciała, które palą w kre­ma­to­rium.

Jego nogi chciały ucie­kać, czego in­nego zaś chciały ręce.

Uniósł jedną i ude­rzył.

Słabo mu wy­szedł ten cios. A wła­ści­wie pac­nię­cie.

Ale w za­mie­rze­niu był to cios. Tyle zro­zu­miała. Na cios od­po­wie­działa cio­sem - albo wła­ści­wie też pac­nię­ciem.

To wy­star­czyło, by się na nią rzu­cił. Ob­jął ra­mio­nami chude ciało Ra­kel, jakby chciał je zmiaż­dżyć, i wy­cią­gnął rękę, by zła­pać za pro­ste czarne włosy. Ona w tym cza­sie się­gnęła mu do twa­rzy, w ruch po­szły za­pusz­czone pa­znok­cie. Prze­cią­gnęła nimi mocno po po­liczku, aż usły­szał, jak roz­dzie­rają skórę.

- Prze­stań! - za­wył z bólu, wy­pu­ścił ją z uści­sku i przy­ło­żył dłoń do rany.

Czubki pal­ców za­bar­wiły się na czer­wono.

Rzu­cił się na nią jesz­cze raz.

Tłukł, szar­pał, cią­gnął, mo­co­wał się z nią.

Ale Ra­kel była szybka i silna.

Pod­cięła mu nogi, nie wie­dział na­wet ja­kim spo­so­bem. Upadł na zie­mię, twardą i ka­mie­ni­stą.

- Au!

Za­nim się zo­rien­to­wał, usia­dła na nim, chwy­ciła go za ręce i przy­ci­snęła je do pod­łoża nad jego głową.

- Pa­skuda z cie­bie, Tommy.

- Nie - po­wie­dział. - Nie­prawda.

Szlo­chał i pró­bo­wał się oswo­bo­dzić, lecz na nic się to nie zdało. Przy­gwoź­dziła go mocno i mimo że wa­żyła mniej niż on, była na tyle ciężka, że nie po­tra­fił jej z sie­bie zrzu­cić. Szar­pał rę­kami, wierz­gał no­gami, mio­tał się, rzu­cał głową na boki, wrzesz­czał.

Le­żąc pod nią, od­czu­wał nie tylko bez­sil­ność i wście­kłość, ale rów­nież dziwną przy­jem­ność. Przy­jem­nie tak stra­cić kon­trolę, zu­peł­nie so­bie od­pu­ścić, od­dać wła­dzę. Ja­kaś jego cząstka chciała, by ten mo­ment trwał dłu­żej.

Na­gle jed­nak Ra­kel od­cią­gnęły na bok silne ra­miona.

- Dość - po­wie­dział do­brze znany Tommy'emu głos. - Star­czy już!

Bab­cia. Mi­gnęły mu roz­iskrzone oczy, dzier­gana czapka, ciemna grzywka na czole, zie­lony ano­rak, z któ­rym ni­gdy się nie roz­sta­wała. Była mniej­sza od in­nych do­ro­słych, a mimo to nie znał ni­kogo, kto miałby wię­cej siły.

Chwy­ciła dziew­czynkę pod pa­chy i unio­sła ją, po­tem po­dźwi­gnęła wnuka z ziemi i po­mo­gła mu sta­nąć na nogi.

Ra­kel miała pod okiem czer­wone limo, mu­siał ją tra­fić, nie zda­jąc so­bie z tego na­wet sprawy. Tommy'emu na­to­miast z nosa i po­liczka cie­kła krew, kilka kro­pel ska­pało mu do ust, miały twardy, me­ta­liczny smak.

Bab­cia spoj­rzała naj­pierw na Ra­kel, póź­niej na Tommy'ego. Po­woli po­krę­ciła głową.

- Drzewo, bab­ciu - po­wie­dział Tommy i po­ka­zał za sie­bie. - Zo­bacz, ja­kie wiel­kie.

- No - od­po­wie­działa bab­cia. - Wi­dzę.

Choć zda­wało się, że tak na­prawdę nie wi­działa, bo do­piero te­raz po­de­szła kilka kro­ków bli­żej i otwo­rzyła sze­rzej oczy.

- Je­sion - stwier­dziła, po czym sta­nęła przy drze­wie i ze­rwała liść.

- Mo­rze wy­rzu­ciło je na brzeg - po­wie­dział Tommy.

- Tak - od­parła bab­cia. - Do­my­śli­łam się. - De­li­kat­nie po­kle­pała pień. - Cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam już od wielu lat. - Po czym ob­ró­ciła się do dzieci. - Bi­li­ście się o drzewo?

- Tak - po­wie­działa Ra­kel.

- Nie - po­wie­dział Tommy.

- I tak, i nie - pod­su­mo­wała bab­cia. - W ta­kim ra­zie nie ma o czym mó­wić.

Póź­niej jed­nak, w dro­dze do domu, gdy Ra­kel wy­bie­gła da­leko do przodu, oka­zało się, że bab­cia miała wnu­kowi jesz­cze kilka rze­czy do po­wie­dze­nia.

Jej dłoń była szczu­pła i ży­la­sta, ale silna. Trzy­mała go mocno.

- Nie kłóć się z Ra­kel - ode­zwała się.

- Po­wie­działa, że drzewo to trup - od­parł - że po­winno się je spa­lić w kre­ma­to­rium.

- Ra­kel zbyt czę­sto my­śli o kre­ma­to­rium - po­wie­działa.

- Głu­pia jest.

- Może głu­pio się za­cho­wała. Ale mu­sisz to ścier­pieć. Jej za­cho­wa­nie. Mu­sisz to po pro­stu ścier­pieć, przy­naj­mniej na ra­zie.

- To nie­spra­wie­dliwe.

- Ow­szem - po­wie­działa bab­cia. - Ale zda­rzały się już na tym świe­cie więk­sze nie­spra­wie­dli­wo­ści.

I po­szli da­lej. Tommy wie­dział, że bab­cia ma ra­cję. Ra­kel wiele trzeba było na ra­zie da­ro­wać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki