Był na czwartym kursie medycyny pewien ubogi student.
Miał jedną korepetycję za sześć rubli miesięcznie, na Pradze, u
maszynisty kolei terespolskiej, i jedną na Podwalu, u sklepikarza,
za trzy ruble. Sam zaś mieszkał na Piwnej, na czwartem piętrze, za
cztery ruble, której to sumy systematycznie nie płacił; nie
dlatego, ażeby zrujnować gospodarza domu, ale że nigdy nie cuchnął
pieniędzmi. Nosił mundur wybielony na szwach, a przy nim guziki wytarte aż do
czerwonej miedzi. Jego spodnie były tak filigranowe, że ledwie
można je było uważać za logarytmy spodni rzeczywistych; kieszenie
zaś on sam nazywał próżnią Toricellego. Nie było w nich nic, tak
dalece, że wkońcu zawstydzone pouciekały z ubrania, a miejsce ich
zajęły dziury, aż do środka ziemi głębokie. Skutkiem tak szczególnych warunków finansowych ubogi student miał
zaklęśnięte piersi, mocno zapadły brzuch i głowę zwieszoną; nie ze
smutku bynajmniej, ale z tej racji, że jego biedna głowa posiadała
nierównie więcej nauki, aniżeli można było udźwignąć na tak bardzo
chudej szyi. - Gdybym był Panem Bogiem, inaczejbym świat urządził - mówił
niekiedy. - Wynalazłbym sobie korepetycję za trzydzieści rubli na
miesiąc, jadłbym codzień obiad, sprawiłbym palto na zimę, płaciłbym
za mieszkanie... A tak... Niekiedy sięgał fantazją w przyszłość i myślał: - Dałbym sto dukatów temu, ktoby mi powiedział: czy ja skończę
medycynę, czy nie?... Bo z tym głupim kaszlem, z temi gorączkami, z
tem pluciem... Zresztą, co mi tam! Nie ja będę winien, jeżeli
Europa straci doskonałego lekarza... Jakbym ja pysznie leczył!...
Każdemu pacjentowi jedna recepta: mieszkanie suche, codziennie
opalane; śniadań i kolacyj można nie jadać, ale obiad bezwarunkowo;
odzienie powinno być całe i zastosowane do pory roku. Przytem, co
najmniej, trzeba mieć dwie własne koszule i... wystrzegać się
lekarzy i lekarstw. Pewnego dnia przed świętami Bożego Narodzenia, odebrawszy za
lekcje na Pradze pięć rubli, nasz przyjaciel znalazł się w dużym
kłopocie. Chciał gospodarzowi opłacić komorne za lipiec, a tu...
masz!... Oddał wyjeżdżającemu koledze trzy ruble długu,
sklepikarzowi osiemdziesiąt pięć kopiejek za artykuły kuchenne,
stróżowi był winien rubla... Skąd tu wziąć na komorne za lipiec?... Tak był zafrasowany brakiem równowagi w swoim budżecie, że dopiero
w południe wrócił na Piwną. Gdy zaś oddał rubla zasług stróżowi i
zażądał klucza od mieszkania, stróż odparł, drapiąc się w głowę: - Bo, proszę pana, tam się już wprowadzili na czwarte piętro... - Kto?... jakim sposobem?... co to za rozbój?... - zawołał
student, sięgając machinalnie do kieszeni, w której u bandytów
bywają pistolety, a u zwykłych śmiertelników pieniądze. - Gospodarz powiedział - mówił stróż - że pan nie płaci pół roku,
więc kazał pańskie rzeczy wynieść do mojej izby, a mieszkanie
wynajął dekarzowi. Bieda tam, panie - dodał - żona, troje dzieci...
i już dzisiaj pożyczyli ode mnie kartofli i węgla. Żeby nie pański
pokój, to, mówił dekarz, że pewnie przyszłoby im zmarznąć z dziećmi
na ulicy... Ubogi medyk głęboko się zamyślił. - Ha, jeżeli tak - rzekł - to mogę ustąpić. Ale gdyby się tu
sprowadził Bloch albo Kronenberg, pokazał jabym gospodarzowi, co to
znaczy lekceważyć zobowiązania. Kiwnął głową i wyszedł na ulicę, nie pytając nawet o swoje rzeczy
- co było godnem prawdziwego mędrca, który z bogactw doczesnych
posiada szczoteczkę do zębów, pół ręcznika i bardzo piękny atlas
anatomiczny. Już nie myślał ani o dekarzu, ani o gospodarzu. Zdawało mu się, że
ma trochę gorączki i że po całodziennym poście wartoby coś
przekąsić, chociaż nie czuł głodu. Gorączka, a może i wprawa, dużo
znaczy w tych wypadkach. Więc wstąpił do sklepiku, wziął, jako
smakosz, dwie suche kiełbaski, a jako człowiek praktyczny - kawał
razowego chleba, i cały ten sprawunek z wielką dumą kazał sobie
zawinąć w gruby papier od cukru. Zdawało mu się, że sklepikarka
posądza go o wybieranie się w podróż do bieguna północnego i że
ogląda go z podziwem; tymczasem sklepikarka posądzała go tylko o
chroniczną goliznę i pilnie przypatrywała się, czy moneta, którą
jej dał, nie jest fałszywa. Otrzymawszy dziesięć groszy reszty, nasz przyjaciel znalazł się
już stanowczo na ulicy, gdzie po śniegu, rozpuszczającym się w
błocie, jeździły wozy z mięsem albo z pieczywem, i sanki,
napełnione amatorami poetycznych wzruszeń. Wtem, na rogu chodnika,
porwała go za rękę jakaś stara kobieta, ubrana w stos łachmanów, i
na cały głos poczęła krzyczeć: - Panie!... panie!... jacy my biedni!... - Oczywiście poczuła zapach suszonej kiełbasy (te głodomory mają
pyszny węch!) - pomyślał medyk i, ażeby uniknąć kompromitacji, dał
babie ostatnią dziesiątkę. - Niechaj Bóg da ci szczęście!... - zawołała osoba w łachmanach,
która kiedyś musiała być wielką damą. Tak przynajmniej wskazywały
jej wykrzykniki, pełne deklamacyj, zdradzających subtelne uczucia. Ubogi medyk wyrwał się z jej objęć, jak goły z ukropu. - Kompromitująca baba! - myślał. - Jej chustka i mój mundur są tak
podobne do siebie, że ludzie gotowi nas posądzić o kuzynostwo. Swoją drogą, na tle dźwięczenia dzwonków, stukania sanek o bruk
uliczny i turkotu dorożek, zdawało mu się, że słyszy jej
błogosławieństwo, wypowiedziane równie wykwintnym, jak i
zakatarzonym głosem: - Niechaj Bóg da ci szczęście!... - Szczęście? - myślał, idąc chodnikiem, na którym potrącali go
przechodnie. Co to jest szczęście? Niejednokrotnie słyszałem ten wyraz, ale
choć niczego nie brak mi w życiu i mam prawo nazywać się kompletnie
zadowolonym, nie śmiałbym jednak twierdzić, że kiedykolwiek byłem
szczęśliwym. No, wieczorek w domu Bajera jest przecie coś wart... Niech mnie
djabli wezmą, jeżeli nie zjadłem na samego siebie pięciu serdelków
i pół funta sera, nie licząc bułek. A poncz, co?... Oryginalny arak
Goa od Fuksa, burgund od Maliniaka, cytryny... Cytryny były, zdaje
się, prawdziwe... Piłem i jadłem, jak arcyksiążę. Nawet były panny,
jeżeli się nie mylę, z pierwszorzędnej restauracji, gdzie obiady
wydają tylko na porcje... Nie mogę jednak powiedzieć, ażeby to było
szczęście; choć po tym ponczu już na drugiem piętrze tak mnie
rozebrało... Ponczowe uniesienia, nawet towarzystwo panien z pierwszorzędnej
restauracji, nie są prawdziwem szczęściem. Czegóż bo tam brakło na
tym wieczorku?... Był przecie śpiew, wino, kobiety, a jednak
wszystko skończyło się nudnościami. Więc - co to jest szczęście? Przed dwunastoma laty, kiedy jechał w lekkim płaszczyku na Boże
Narodzenie do domu, było mu tak strasznie zimno, że myślał, iż
zmarznie w drodze. Palce i uszy piekły go, nosa nie czuł, nogi miał
drewniane, a po całem ciele przebiegały mu dreszcze. Lecz gdy
stanął w domu i dano mu kubek gorącej herbaty z mlekiem, gdy
położył się do łóżka i skostniałe nogi zaczęły mu się ogrzewać,
poczuł nieznaną dotychczas rozkosz. Z przyjemnością myślał o tem, jak go paliły uszy, o tem, że
dreszcze zostały gdzieś na dworze - i wydawał mu się bardzo
pociesznym cień głowy ojca, z nienaturalnie dużym nosem, który
poruszał się na ścianie. A jak wesoło paliła się ta świeca i jak
spokojnie zasypiał on sam, ciesząc się, że mróz tak dobrze go
wymęczył. Później w jego życiu było więcej takich mrozów, deszczów, głodów i
wszelkiego rodzaju utrapień. Ale, dziwna rzecz: żadnej z tych
prywacyj nie oddałby za wieczorek z ponczem i pannami, a nawet za
trzydziestorublową korepetycję. Bo każde cierpienie zostawiało w
duszy jego jakby blask, słodycz i ciepło, którego niczem niepodobna
było zastąpić. - Więc to ma być szczęście?... - myślał. - Zabawna historja!... W tej chwili spostrzegł, że jest w Saskim ogrodzie, na który
zaczął już padać mrok wieczorny. Poza czarnemi gałęźmi drzew i
żelaznemi kratami ogrodu widać było tu i owdzie zapalane w oknach
światła. Po alejach snuło się ledwie kilku przechodniów, biegnących ku
bramom, jakby ich goniła noc i zimno. Po śniegu figlowało kilku
psów, a jeden, odznaczający się cienkością talji i podwiniętym
ogonem, przypatrywał im się zdaleka, wykonywając zadem takie ruchy,
jakby miał zamiar usiąść na tylnych nogach, ażeby rozetrzeć sobie
przednie. Ten widok przypomniał ubogiemu studentowi, że i on sam zmarzł
djabelnie. Więc położył swoją paczkę z chlebem i kiełbaskami na
ławie i zaczął biegać po alei, bić się rękoma o boki i rozgrzewać
uszy. - Trzeba przyznać - myślał, czując błogie skutki ćwiczeń - że
człowiek jest o wiele doskonalszą istotą od psa, który nie potrafi
rozetrzeć sobie uszu. Wtem pod ławką usłyszał niepokojące kłapanie. Spojrzał... Jego
paczka leżała na śniegu potargana, kiełbasek już w niej nie było, a
nad resztką chleba znęcał się okrutnie ten sam pies, który przed
chwilą z taką melancholją patrzył na gonitwę swoich kolegów. I
teraz przysiadał na zadzie i miał ogon bardzo podwinięty; ale jego
szczupła talja zdawała się być nieco pełniejsza... - Bodajże cię!... - wrzasnął ubogi student. Jednym skokiem znalazł
się obok psa i potężnie kopnął go w garnitur białych zębów. Pies zaskowyczał, zatoczył się i pędem uciekł w stronę najbliższej
bramy, żałośnie jęcząc: - Aj - aj!... aj - aj!... aj - aj!... aj - aj... Teraz dopiero, patrząc na potargany papier i resztkę
niedogryzionego chleba, przyjaciel nasz jasno sformułował sobie, że
mu jest zimno, że mu się bardzo chce pić, że nie ma dachu nad głową
i że, bądź jak bądź, ale student czwartego kursu medycyny nie może
znajdować się w tak dwuznacznej pozycji. - Co ja tu będę czekał na ulicy, aż mnie przemarzniętego wezmą do
cyrkułu? - myślał. - Mam przecież bardzo przyzwoite locum: któryś z
naszych musi być dyżurnym w klinice u Dzieciątka Jezus, więc pójdę
tam i zastąpię go. Wyśpię się za to jak anioł, zjem, wypiję... W dziesięć minut później był już w klinice, gdzie istotnie zastał
dyżurnego kolegę, któremu oświadczył chęć zastąpienia go na noc
przy chorych. Kolega pilnie mu się przypatrzył, zapewnił go, że
swoich chorych nie odstąpi za żadne w świecie skarby, ale że jemu
da łóżko w osobnym pokoju, który akurat jest wolny. Kolega był
nawet tak uprzejmy, że pomógł mu rozebrać się, kazał przynieść
herbaty, położył go, okrył i nawet wsadził mu termometr pod pachę. - No, przecie nie myślisz kolega, że jestem chory? - zapytał,
śmiejąc się, nasz przyjaciel. - Cała rzecz w tem, że wyrzucił mnie
dziś gospodarz i nie mam gdzie spać... Gdyby nie to, ani myślałbym
zaglądać do kliniki... Dyżurny potakiwał gościowi, dodając w duchu, że gdyby nie dziwnie
pusty żołądek, lekkie zajęcie płuc, czterdziestostopniowa
temperatura i sto dwadzieścia uderzeń pulsu na minutę, to nasz
przyjaciel mógłby się uważać za człowieka kompletnie zdrowego. Tymczasem ubogi medyk czuł się z każdą godziną lepiej. Był
zachwycony szpitalnem łóżkiem, co chwilę wyzywał kolegę na dysputy
filozoficzne o tem: czem właściwie jest szczęście i... na co jest
życie ludzkie? - a już około dziesiątej wieczór był tak zdrów, że
nietylko ciągle śmiał się i śpiewał, ale nawet chciał koniecznie
wyjść na miasto, gdzie, podług jego spostrzeżeń, było już słońce i
lato. Prawie siłą musieli go zatrzymywać w łóżku, dopóki po
szamotaniach się nie wpadł w zupełne odrętwienie, w którem nie
słyszał głosów i nie widział snujących się ludzi. Przed jego oczyma, zamkniętemi dla rzeczy ziemskich, otworzył się
inny świat. Zdawało mu się, że jest na wsi i patrzy na niebo podczas zachodu
słońca. Niebo wyglądało jak szmaragdowy ocean, pokryty złotemi i
srebrzystemi wyspami, które zaludniały dziwne postacie ludzkie,
zwierzęce i roślinne.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI