Targ w L'Isle-sur-la-Sorgue przyciągał tłumy zarówno sprzedających, jak i kupujących. Pomiędzy licznymi kanałami rzeki Sorgue, które malowniczo przecinały miasto, i wśród starej zabudowy rozkładano kolorowe stragany pełne przeróżnych towarów. L'Isle-sur-la-Sorgue wypełniło się ludźmi, gwarem, barwami i zapachami. Koła wodne kręciły się powoli i leniwie, jakby z dystansem przyglądając się ludzkiemu zamieszaniu, szybkim gestykulacjom, zachwalaniu swojego towaru i nieustannym targom o cenę. W opozycji do ogromnej energii targu miejscowy proboszcz, o dość wątłej budowie przypominającej bajkowego stracha na wróble, niespiesznie otwierał wielkie drzwi Collégiale Notre-Dame-des-Anges de L'Isle-sur-la-Sorgue znajdującej się w sercu miasta. Ludzie szeptali, że podobno wrócił z obozu, ale nic o sobie nie mówił. Zanim wreszcie dotarł do kościoła, z każdym musiał porozmawiać, wysłuchać narzekań, żalów i utyskiwań, grzecznie odmawiać poczęstunków i podarków od sprzedających i obiecywać, że na pewno ich odwiedzi, gdy tylko znajdzie chwilę. Tuż za progiem kościoła proboszcz odzyskiwał spokój. Wewnątrz czekało prawdziwe bogactwo rzeźb, malowideł, świętych i podobno dwieście dwadzieścia dwie figury aniołów z Maryją, spragnionych ludzkiego podziwu i modlitw. I cisza. Boska cisza.
Dziesięcioletni Jean, trzymając się mocno matczynego fartucha, podziwiał z zapartym tchem ów festiwal kolorów na targu. Wszystko tutaj posiadało intensywne barwy, od których wirowało mu w głowie. Oliwki, pomidory, bakłażany, cukinie, lawenda, plecione kosze, kolorowe serwety, przyprawy... I choć nie był tutaj pierwszy raz, to nieodmiennie wszystko od nowa go zadziwiało i fascynowało. Kiedy trzymał się mamy, mógł spokojnie chłonąć ten barwny, hałaśliwy świat targu w L'Isle-sur-la-Sorgue bez obawy, że się zgubi. Kiedy przybyli tu po raz pierwszy, gdy miał pięć lat, wówczas z daleka zobaczył witrynę księgarni i odszedł od mamy, która targowała się z rolnikiem o cenę pomidorów. Kobieta, pewna, że dziecko wciąż podąża za nią, przeszła do kolejnego straganu, a potem do następnego. Tymczasem Jean ruszył w przeciwnym kierunku, wzdłuż kanału, uwiedziony i zafascynowany zieloną barwą Sorgue. Nie potrafił oderwać oczu od mieniącej się w słońcu wody, którą pani nauczycielka Eug?ne kazała rysować niebieską kredką. A przecież tutaj płynęła złociście i soczyście zielona woda! Nawet odbijające się od niej niebo traciło swój błękit.
Wszyscy na targu w L'Isle-sur-la-Sorgue szukali zagubionego chłopca, podczas gdy matka omal nie oszalała ze zmartwienia, mnożąc w głowie straszne i mroczne scenariusze. Znaleźli go w kościele, do którego trafił i gdzie po raz pierwszy zobaczył tyle złota, że aż mrużył oczy, by stłumić jego blask. Powoli szedł od jednego obrazu do drugiego i uważnie przyglądał się każdej namalowanej scenie, starając się pamiętać szczegóły. Wpatrywał się w rzeźby, aż wreszcie z niemałym wysiłkiem oderwała go od nich pewna starsza pani, by zaprowadzić do odchodzącej od zmysłów Anne. Dlatego teraz pomimo swoich dziesięciu lat posłusznie trzymał się matki, narażając na śmiechy i dogryzki rówieśników. Anne taki postawiła warunek, jeśli chciał jechać z nią na targ, a Jean uwielbiał to miejsce i tej wyprawy nie zamieniłby nawet na wesołą bieganinę z kolegami. Po zakupach mama zabierała syna na lody do niewielkiej kawiarni tuż przy kanale z jednym z kół wodnych. Rozłożysty platan zapewniał stolikowi, przy którym usiedli, zbawczy cień. Jean mógł się przyglądać kolorom i nurtowi rzeki, słuchać rozmów z sąsiednich stolików i przypatrywać twarzom prowansalskich kobiet i mężczyzn. Wszyscy się gdzieś spieszyli. Pospiesznie rozmawiali, zawzięcie gestykulując, dobijali targów, krzyczeli na siebie i zaraz się rozchodzili, robiąc miejsce kolejnym identycznym ludziom. Jean zamykał oczy, chcąc, by te obrazy zostały w jego głowie na dłużej i aby nigdy nie zniknęły. Mama zamawiała kawę i piła tak długo, aż nie usłyszeli klaksonu auta pana Maurice'a, z którym wracali do swojego miasteczka.
Ciężarówka czekała w pobliżu przy małym, pustym placu, a pan Maurice palił papierosa i głośno rozmawiał z żandarmem, gestykulując nerwowo. Wyglądał dziwacznie w starej wojskowej kurtce z jednym rękawem zawiązanym na supeł i czarną przepaską na oku. Jego posępna twarz nigdy nie wyrażała niczego. Nie uśmiechał się, nie dziwił, nie smucił. Wszystkie dzieci się go bały, gdy przechodził przez miasteczko, ale z bliska okazywał się mniej demoniczny. Jean wiedział od babci, że pan Maurice to bohater, który stracił rękę oraz oko na wojnie, bo zbyt dużo widział. Chłopiec nie rozumiał słowa "bohater" i długo myślał, że tak się nazywa wszystkich, którzy wracają z wojny i nie mają kompletnego ciała. Może tata też wróci jako bohater? Może nie ma nóg, skoro do tej pory nie wrócił? Babcia powtarzała Jeanowi, że powinien być dumny z taty, i chłopiec bardzo by tego chciał, ale czuł tylko złość. Tyle razy widział, jak mama płakała, ściskając zdjęcie męża, a on zaciskał zęby i pięści, by też się nie rozpłakać.
Pan Maurice pożegnał się z żandarmem, zgasił papierosa i pomachał im swoją jedną ręką. Pomógł Anne wsadzić zakupy na pakę i spokojnie czekał, aż oboje usadowią się w ciasnej kabinie. Amerykańska ciężarówka, choć nie miała jeszcze dziesięciu lat, prezentowała się nieciekawie. Pan Maurice opowiadał, że kiedy ją otrzymał od Amerykanów za pomoc, już była mocno wysłużona. Teraz podskakiwali na nierównej drodze do Lagnes przy akompaniamencie wycia, zgrzytów i ryku silnika. Jean z oczarowaniem przyglądał się równym rzędom winorośli, lawendy i oliwnym gajom, które mijali. Myślał o barwach oliwek, które inaczej mienią się w słońcu, a inaczej zmoczone deszczem, o zakurzonych gronach winogron, o nieskończoności barw prowansalskiej ziemi. Wszystko to chciałby zamknąć w jednym miejscu, jak ów szalony malarz, o którym opowiadała mu mama. Jean też chciał malować. Na razie wciąż rysował we wszystkich szkolnych zeszytach. A pani wychowawczyni Eug?ne zachwycała się tymi ozdobnikami rysunkowymi. Inni nauczyciele też nie mieli nic przeciwko, gdy Jean tak "ozdabiał" własne zeszyty. Nikt nie wydawałby pieniędzy na farby, gdy ledwie starczało na chleb.
Pan Maurice przynosił mu czasem pakowy papier od piekarza, gdzie zostało jeszcze sporo miejsca, by narysować wielki obraz. Babcia, widząc zapał wnuka do rysowania, zbiła kilka desek i naciągnęła starą koszulę dziadka, by Jean mógł namalować swój pierwszy obraz, lecz na farby już nie starczyło pieniędzy. Zatem płótno czekało na pierwsze dotknięcie pędzla młodego artysty w sypialni chłopca. On nadal rysował w zeszytach i wpatrując się w czystą biel babcinego płótna, na razie wyobrażał sobie, co namaluje jako pierwsze.
Czasy były ciężkie. Tak powtarzali wszyscy w miasteczku. Oboje z matką zatrudnili się przy uprawie winorośli u sąsiadów, ale Jean często zapominał się, zamyślał i uciekał, by coś rysować w swoim zeszycie albo marzyć, że coś narysuje. Matka wzdychała tylko. Znosiła ucieczki syna bez wymówek, choć musiała pracować za dwoje. Przynajmniej dopóki nie wróci ojciec Jeana... choć już wszyscy wrócili, a o nim nie było żadnej wieści. Od czasu do czasu zmęczona Anne prostowała obolałe przy pracy plecy i spoglądała za horyzont, jakby właśnie od zachodu miał nadejść. Widziała tylko nieskończone rzędy obficie owocujących winorośli i Jeana siedzącego w kucki ze swoim zeszytem i ołówkiem. Uśmiechała się i wracała do pracy.
Pani Eug?ne, przejęta i zachwycona talentem swego ucznia, rozpoczęła zbiórkę na jego edukację między sąsiadami. Choć pośród prostych ludzi takie malowanie uchodziło za zbytek i próżniactwo, to przez wzgląd na ojca chłopca okazywali hojność i serce. A dzisiaj pani Eug?ne na targu w L'Isle-sur-la-Sorgue mogła wreszcie kupić farby, pędzle i duży szkicownik, z którego można odrywać kartki. Zadowolona z siebie wracała do Lagnes piechotą, snując marzenia o pięknych obrazach, które Jean namaluje i które rozsławią jego, ich miasteczko i wszystkich mieszkańców. Rozmarzona nauczycielka nawet nie słyszała hałaśliwej ciężarówki Maurice'a, którą jechał jej utalentowany uczeń, i widząc go już w promieniach międzynarodowej sławy, nie słyszała nawet pozdrawiającego klaksonu. Może to będzie ich własny prowansalski Vincent van Gogh? - myślała, przyspieszając kroku, by jak najszybciej zanieść farby chłopcu.