6
Milo podwiózł mnie i wrócił na komendę policji w zachodnim Los Angeles. Kiedy wchodziłem po frontowych schodach, dobiegło mnie z podwórza zawodzenie krajzegi Robin. Zawróciłem i poszedłem do jej pracowni w ogrodzie. Przy wejściu wylegiwał się Spike, nasz mały buldog francuski. Czarna kupka sierści i mięśni wyglądała jak mata przed drzwiami. Spike przestał chrapać tylko na chwilę, by podnieść głowę i spojrzeć, kto idzie. Pogłaskałem go po karku i przeszedłem nad jego cielskiem.
Podobnie jak dom, pracownię w ogrodzie pokryto białą sztukaterią. Był to niewielki, kryty dachówką budynek z mnóstwem okien. Stał w cieniu gałęzi sykomory. Czyste, przestronne wnętrze zalewały promienie słońca wpadającego ukośnie przez okna. W całej pracowni poustawiano gitary w różnych stadiach wykończenia. Powietrze przesiąknięte było ostrym zapachem żywicy ze świeżo ciętego drzewa. Robin przesuwała właśnie po stole krajzegi kawał klonu. Poczekałem aż skończy i wyłączy maszynę i dopiero wtedy podszedłem. Kasztanowe loki Robin upięła w kok. Fartuch miała cały w drzewnym pyle. Koszulka pod spodem była mokra od potu, podobnie jak jej twarz.
Wytarła ręce i uśmiechnęła się. Objąłem ją ramieniem i pocałowałem w policzek. Odwróciła twarz i podała mi usta, po czym odsunęła się i otarła czoło.
- Dowiedziałeś się czegoś?
- Nie. - Opowiedziałem jej o parku i o leśnej krypcie między drzewami.
Otworzyła szeroko oczy i wzdrygnęła się.
- To brzmi jak koszmar. I co dalej?
- Milo poprosił mnie, żebym przejrzał akta.
- Już dawno nie angażowałeś się w takie sprawy, Alex.
- To prawda. Powinienem szybko zabrać się do pracy. - Pocałowałem ją w czoło i wyszedłem.
Patrzyła jak odchodzę.
Po trzech godzinach ustaliłem co następuje:
Zev Carmeli i jego żona mieszkali w wynajętym domu przy dobrej ulicy w Beverlywood, teraz już tylko z jedynym dzieckiem, jakie im zostało, siedmioletnim chłopcem o imieniu Oded. Zev Carmeli miał 38 lat, urodził się w Tel Awiwie i zrobił karierę w służbie dyplomatycznej. Jego żona Liora była od niego o cztery lata młodsza, urodziła się w Maroku, ale dorastała w Izraelu. Pracowała jako nauczycielka hebrajskiego w żydowskiej szkole w West Side.
Cała rodzina przybyła do Los Angeles cztery lata temu z Kopenhagi, gdzie Carmeli pracował przez trzy lata jako attach(w ambasadzie Izraela. Dwa lata przed Kopenhagą oddelegowano go do ambasady w Londynie. Wtedy też otrzymał magisterium ze stosunków międzynarodowych na uniwersytecie londyńskim. Zev Carmeli, jego żona i syn Oded mówili płynnie po angielsku. Irit mówiła "bardzo dobrze, zważywszy na okoliczności" - twierdził jej ojciec.
Wszystkie cytaty w aktach pochodziły z ust ojca.
Kłopoty dziewczynki ze zdrowiem zaczęły się od przypominającej grypę choroby, jaką przeszła w wieku sześciu miesięcy. Carmeli mówił, że jego córka była "trochę niedojrzała, ale zawsze dobrze się zachowywała". Określenie "niedorozwinięta" nie pojawiło się w aktach ani razu, ale w opinii dostarczonej przez szkołę Irit, Ośrodek na rzecz Rozwoju, wymieniano "różnorakie problemy w nauce, obustronne uszkodzenie słuchu, całkowitą głuchotę w prawym uchu oraz niewielkie lub średnie opóźnienie w rozwoju".
Tak jak powiedział Milo, Carmeli upierał się, że nie ma wrogów w Los Angeles i zdawkowymi odpowiedziami zbywał wszelkie pytania na temat pracy i sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie.
Detektyw E.J. Gorobich napisał: Ojciec ofiary oświadczył, że w konsulacie zajmuje się "koordynacją wydarzeń". Kiedy poprosiłem go o przykład, powiedział, że wiosną organizował paradę z okazji Dnia Niepodległości Izraela. Gdy spytałem o inne wydarzenia, które koordynował, odparł, że było ich wiele, ale parada była głównym osiągnięciem. Po pytaniu o możliwe powiązania między tym, co przydarzyło się Irit a jego stanowiskiem i sytuacją polityczną, stał się wyraźnie podenerwowany i oświadczył: "To nie miało nic wspólnego z polityką, to był jakiś szaleniec! Przecież w tej waszej Ameryce roi się od szaleńców!"
Ośrodek na rzecz Rozwoju okazał się małą prywatną szkołą w Santa Monica, specjalizującą się w uczeniu dzieci z wadami w rozwoju psychicznym i fizycznym. Czesne było tu wysokie, a na każdego nauczyciela przypadało zaledwie kilku uczniów.
Szkolny autobus zabierał Irit każdego ranka o ósmej i odwoził o trzeciej po południu. Pani Carmeli uczyła tylko rano i zawsze była w domu, by otworzyć drzwi, kiedy córka wracała ze szkoły. Młodszy brat Oded uczęszczał do szkoły, w której uczyła matka i miał lekcje do czwartej po południu. Przed morderstwem Irit przywozili go rodzice kolegów albo pracownik konsulatu. Po tragedii, jaka spotkała Irit, pan albo pani Carmeli odbierali syna ze szkoły osobiście.
Informacje na temat postępów Irit w nauce były skąpe. Żadnych stopni, żadnych testów sprawdzających, tylko ocena jej nauczycielki Kathy Brennan, że Irit "czyni ogromne postępy".
Panią Brennan przesłuchiwał partner Gorobicha, detektyw Harold Ramos.
Świadek oznajmiła, że czuje się "cała rozbita" i "winna" tego, co się przydarzyło ofierze, choć wracając myślami do wydarzeń tamtego dnia, nie znajduje niczego, co mogłaby zrobić inaczej. Może tylko tyle, że nie spuszczałyby ofiary z oka, co byłoby niemożliwe, gdyż w parku przebywało czterdzieści dwoje dzieci, z czego kilka wymagało dodatkowej opieki (poruszały się na wózkach itp.). Pani Brennan stwierdziła także, że szkoła od lat regularnie organizuje wyjazdy do parku i zawsze uważano go za bezpieczne miejsce, gdzie "dzieci mogą przez chwilę pobiegać samopas i być po prostu dziećmi". Świadek oświadczyła, że nie widziała nic podejrzanego, choć "od myślenia omal jej się mózg nie przegrzał". Świadek powiedziała następnie, że denatka była "naprawdę miłym dzieckiem, takim słodkim, w ogóle nie sprawiającym kłopotów. Dlaczego zawsze muszą cierpieć najmilsi". Po tych słowach pani Brennan załamała się i zaczęła płakać. Zapytana czy wiadomo jej o innych przypadkach cierpienia najmilszych, powiedziała: "Nie, nie. Wiecie o co mi chodzi. Wszystkie dzieci są miłe, wszystkie mają kłopoty. To po prostu niesprawiedliwe, że ktoś robi coś takiego dziecku!"
Potem miały miejsce rozmowy w cztery oczy ze wszystkimi nauczycielami i wolontariuszami, którzy brali udział w wycieczce oraz z nauczycielami, którzy zostali w szkole, z dyrektorem Ośrodka na rzecz Rozwoju, dr. Rothsteinem, kierowcą autobusu Alonzo Burnsem i kilkoma uczniami z klasy Irit. Nie załączono transkrypcji rozmów z dziećmi. Zamiast tego Gorobich i Ramos przedstawili czterdzieści dwa identyczne streszczenia:
Świadek Salazar Rudy, lat dziewięć, niewidoma, przesłuchana w obecności rodziców, twierdzi, że nic nie wie.
Świadek Blackwell Amanda, lat sześć, niesprawność kończyn dolnych, nie opóźniona w rozwoju, przesłuchana w obecności rodziców, twierdzi, że nic nie wie.
Świadek Shoup Todd, lat jedenaście, opóźniony w rozwoju, porusza się na wózku inwalidzkim, przesłuchany w obecności matki, twierdzi, że nic nie wie.
Koniec tej teczki.
Grubsza teczka zawierała przesłuchania pracowników parku i wyniki obchodu wszystkich domów w okolicy. Dwudziestu ośmiu pracowników parku i blisko setka osób mieszkających w sąsiedztwie. Gorobich i Ramos ponownie kontaktowali się z nimi telefonicznie dwa tygodnie później. Niestety, z tym samym rezultatem: nikt nie widział ani nie słyszał niczego niezwykłego w parku, ani w okolicy.
Jeszcze raz przeczytałem sprawozdanie koronera, krzywiąc się na widok określenia "delikatne uduszenie". Potem wziąłem się za opasły plik kartek zadrukowanych przez komputerową drukarkę. Pierwsza strona nosiła pieczęć stanowego Departamentu Sprawiedliwości z siedzibą w Sacramento. Wydruk przygotowała sieć informacji o groźnych przestępstwach.
Dalej znalazłem pięć oddzielnych spisów nazwisk, każdy starannie ułożony, opatrzony odpowiednim akronimem i podtytułem - OBSZAR UJĘCIA. We wszystkich pięciu zestawieniach obok kodu pocztowego rejonu, gdzie znajdował się park, i kodów trzech sąsiadujących rejonów, wpisano następujące skróty:
1. SAR (Rejestr przestępstw na tle seksualnym).
2. SHOP (Spis notorycznych przestępców seksualnych).
3. ACAS (Rejestr przypadków molestowania dzieci).
4. ISU (Spis szczególnie groźnych przestępstw).
5. SRF (Lista osób na zwolnieniu warunkowym lub pod kuratelą).
Pięć baz danych pełnych informacji na temat gwałcicieli. Naliczyłem dwieście osiemdziesiąt trzy nazwiska. Powtarzające się zakreślono czerwonym długopisem. Dziewięćdziesięciu siedmiu, z czego czterech powtarzało się na różnych listach, zatrzymano i przebywali w areszcie. Dwa turkusowe zakreślenia oznaczały morderców dzieci przebywających na zwolnieniu warunkowym. Jeden mieszkał niespełna pięć kilometrów od parku, drugi w Bell Gardens.
Gorobich i Ramos natychmiast przesłuchali obu zabójców i sprawdzili ich mocne alibi na dzień, w którym popełniono morderstwo. Detektywi skorzystali następnie z pomocy trzech innych oficerów śledczych, dwóch urzędników cywilnych i trzech policjantów-ochotników, by zlokalizować stu osiemdziesięciu sześciu innych przestępców znajdujących się na wolności. Jednak żadne z nazwisk podanych przez Departament Sprawiedliwości nie przypominało nazwisk pracowników parku, sąsiadów, nauczycieli, dyrektora czy kierowcy.
Trzydziestu jeden mężczyzn naruszyło zasady zwolnienia warunkowego i poszukiwano ich. Odręczna notatka w aktach informowała, że jedenastu już ujęto. Z innymi nawiązano kontakt - wszyscy przedstawili alibi o różnym stopniu wiarygodności. W raporcie Ramos nie wymieniał żadnych podejrzanych, bowiem "żadna z poznanych już metod działania tych morderców nie pasuje do rozpatrywanego zabójstwa. Zważywszy na brak gwałtu czy innych wyraźnych oznak nie jest nawet pewne czy było to w ogóle przestępstwo na tle seksualnym".
Przeczytałem uważnie informacje dotyczące metod działania ujętych morderców.
Za wyjątkiem kilku ekshibicjonistów, ci molestujący dzieci bili swoje ofiary, gwałcili je, mieli z nimi fizyczny kontakt. Większość z nich znała wcześniej ofiary: córki, synów, siostrzenice, bratanków, wnuki, pasierbów, dzieci narzeczonych, kumpli od kieliszka, sąsiadów.
Obaj mordercy, którzy dostarczyli alibi, zabili znane sobie dzieci. Jeden okładał pięściami dwuletnią córeczkę swojej narzeczonej dotąd, aż ją zabił. Drugi, a właściwie druga - bo była to kobieta - z premedytacją utopiła własnego syna w wannie.
Blisko dwieście drapieżników biegających na wolności na stosunkowo niewielkim obszarze...
Dlaczego podano spisy tylko z czterech rejonów pocztowych?
Bo detektywi nie mogli być wszędzie i gdzieś trzeba było poprowadzić granicę.
Czy podwojenie, potrojenie, a nawet czterokrotne powiększenie sił policyjnych przyniosłoby jakieś efekty?
Los Angeles to rozpostarty szeroko moloch, w którym króluje samochód. Daj złoczyńcy trochę pieniędzy na benzynę i kawę, a może pojechać dokądkolwiek, być wszędzie.
Wystarczy wskoczyć na autostradę, zostawić za sobą koszmary i można jeszcze zdążyć na wieczorny dziennik. A potem objadając się chipsami onanizować się z oczami wlepionymi w czołówki wiadomości, w nadziei na sławę.
Jeżdżenie bez celu było jedną z charakterystycznych cech sadystycznych gwałcicieli.
Ale Irit nie torturowano.
A może jednak mieliśmy do czynienia z podróżnikiem, kimś kto lubi boczne drogi. Być może zabójca był już na Alasce i łowił łososie, albo przechadzał się promenadą w Atlantic City lub objadał się zupą gumbo we francuskiej dzielnicy Nowego Orleanu.
Obserwując...
Mimo cyfrowej dokładności wydruki wydały mi się prymitywne. Odłożyłem je i wziąłem do ręki cienką, czarną teczkę.
Wciąż rozmyślałem o dwustu drapieżnikach na obszarze zaledwie czterech stref pocztowych. Co to za społeczeństwo, które wypuszcza na wolność gwałcicieli i zabójców dzieci?
"Już dawno nie angażowałeś się w takie sprawy."
W czarnej teczce znajdowały się lotnicze zdjęcia miejsca zabójstwa - gęste ciemnozielone korony drzew. Sztuczne i odległe niczym szkic architektoniczny.
Ciemne wstążki przy górnej krawędzi zdjęcia to drogi. Naczynia krwionośne karmiące góry, wąwozy i leżące za nimi miasto. Z fotografiami sąsiadował śnieżnobiały list na papierze firmowym FBI. Korespondencja z nagłówkiem "Szanowny Detektywie Gorobich" pochodziła od agentki specjalnej Gail Gorman z regionalnego biura Wydziału Nauk Behawioralnych FBI w San Diego.
Gorman potwierdzała przyjęcie fotografii lotniczych, danych dotyczących miejsca zbrodni i wypełnionego kwestionariusza, ale z żalem stwierdzała, że informacji jest za mało, by można było określić dokładny portret zabójcy. Dodawała jednak, że najprawdopodobniej złoczyńca jest białym mężczyzną po trzydziestce, o średnim lub nieco większym ilorazie inteligencji, typ niemaniakalny, prawdopodobnie obsesyjny perfekcjonista, o nienagannym, schludnym i niczym nie wyróżniającym się wyglądzie. Teraz prawdopodobnie pracujący, ale w przeszłości zwalniany z wielu posad.
Co do odpowiedzi na pytanie o seksualne podłoże zabójstwa, agentka Gorman znów posłużyła się oficjalną wymówką, iż ma zbyt mało danych, po czym napisała, że "mimo oczywistej premedytacji, z jaką popełniono zbrodnię, brak elementów sadystycznych czy brutalnych oraz brak jakichkolwiek śladów gwałtu skłania raczej ku stwierdzeniu, że nie było to zabójstwo na tle seksualnym. Gdyby jednak pojawiły się kolejne zabójstwa o podobnym charakterze, bylibyśmy wdzięczni za nadesłanie o nich informacji".
List kończył się sugestią, że "należy dokładniej przeanalizować charakterystykę ofiary: wiek, grupę etniczną, szczególne wady rozwoju. Być może to zabójstwo popełnił ktoś obcy - z premedytacją lub bez. Nie można jednak wykluczyć możliwości, że ofiara znała zabójcę. Właśnie tę ewentualność należy zbadać, choć - jak powtarzam - to tylko propozycja, a nie konkretny wniosek. Argument przeciwko znajomości między ofiarą a zabójcą, to porzucenie ciała w łatwo dostępnym miejscu, gdzie prędzej czy później ktoś musiał je znaleźć. Argumenty przemawiające za taką znajomością to duszenie przy użyciu siły rozproszonej (delikatnej), dbałość o to, by zwłoki nie zostały uszkodzone".
"Średni lub nieco większy iloraz inteligencji. Zorganizowany, obsesyjny, perfekcjonista."
To pokrywało się z moim pierwszym wrażeniem.
Działa według planu - to ktoś, kto czerpie dumę z wymyślania łamigłówki i patrzenia jak jej elementy wskakują na swoje miejsca.
Nie spieszy się - odciągnął Irit tylko ponad kilometr od autobusu właśnie dlatego, by mieć dużo czasu.
To dowodziło pewnej swobody - pewności siebie? Arogancji?
To był ktoś, kto wierzył, że jest inteligentny.
Czy dlatego, że już wcześniej coś takiego uszło mu na sucho?
Żaden z opisów znanych zbrodni zamieszczonych w aktach policji stanowej nie pasował do tego, co spotkało Irit.
Czy uniknął wykrycia, bo ukrywał inne zwłoki?
A teraz postanowił dać światu znać o sobie?
Poczuł się bardziej pewny siebie?
Mój umysł analizował dane na wszystkie możliwe sposoby.
Czy to ktoś, kto chciał wszystko kontrolować, bo jako dziecko sam był kontrolowany, być może brutalnie?
A może wciąż znajdował się pod czyimś wpływem? Uciskany pracownik, a może nieśmiały małżonek?
A jeśli on tylko udaje pewność siebie?
Potrzebował wyzwolenia.
"Pracujący, ale w przeszłości zwalniany z wielu posad..."
Agentka Gorman uciekała się do żelaznej logiki psychologicznej, bowiem osiągnięcia psychopatów prawie nigdy nie nadążały za ich nadętym mniemaniem o sobie.
To prowadziło do rozdźwięku. Rodziło napięcie.
Potrzeba wyzwolenia, władzy absolutnej.
Przypomniał mi się zabójca, którego poznałem na studiach. Jak się okazało, był to dusiciel, zamknięty na jednym z oddziałów szpitala ogólnego. Czekał aż system sądowniczy oceni jego poczytalność. Profesor, który dorabiał w sądzie jako biegły, zabrał nas do izolatki mordercy.
Na pryczy leżał dusiciel - chudy, niemal szkieletowaty mężczyzna około trzydziestki, z zapadniętymi policzkami, o rzadkich siwych włosach. Do łóżka przypięty był szerokimi skórzanymi pasami.
Jeden z moich kolegów zapytał go, co czuł, kiedy zabijał. Chudy mężczyzna z początku zignorował pytanie. Potem jednak powoli rozszerzył usta w uśmiechu. Jego ofiarą była prostytutka, której nie chciał zapłacić. Nawet nie wiedział jak się nazywała.
"Co czułem? - powiedział w końcu niepokojąco miłym głosem. - Nic nie czułem. Zabić to, kurwa, nic wielkiego, ty dupku. Zresztą nie chodzi o samo zabijanie, liczy się to, że jesteś do tego zdolny, dupku."
Władza...
Z premedytacją lub bez niej.
Czy zabójca Irit wiedział wcześniej o corocznej szkolnej wycieczce do lasu, czy też po prostu wiedział, że do parku często przyjeżdżają dzieci?
Czy państwo Carmeli mieli rację, że tragedia, jaka spotkała Irit, była wyłącznie dziełem przypadku?
Drapieżnik czai się, kiedy dzieci wysiadają z autobusu.
Czuje słodkie zadowolenie, jak lis na widok grzebiących w ziemi kur.
Koszmar każdego z rodziców.
Wybiera najsłabszą sztukę ze stada, ale dlaczego właśnie Irit?
Agentka specjalna Gorman sugeruje, że ma to coś wspólnego z niedołęstwem dziewczynki, lecz problemy Irit dla postronnego obserwatora nie są widoczne na pierwszy rzut oka. Wprost przeciwnie, Irit była atrakcyjną dziewczynką. Zresztą na miejscu nie brakowało dzieci z widocznym kalectwem.
Czym się kierował? Czy wybrał ją dlatego, że wyglądała normalnie?
Wtedy przypomniałem sobie o aparacie słuchowym, który leżał na ziemi przy zwłokach dziewczynki.
Mimo całego wysiłku, jaki włożył w ułożenie ciała.
To nie przypadek. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem tego pewien.
Zostawił różowy krążek specjalnie - czyżby wiadomość?
Co chciał w ten sposób przekazać?
Znów chwyciłem teczkę z opisami zbrodni. Szukałem przestępstw popełnionych na głuchych. Nie znalazłem ani jednego.
Czy aparat słuchowy Irit przekonał go, że dziewczynka jest najłatwiejszym celem, bo nie usłyszy go, dopóki nie stanie za jej plecami, i dlatego nie będzie krzyczała?
Nie była niema, ale może zabójca uważał, że nie potrafi mówić.
Delikatne uduszenie.
To sformułowanie napawało mnie odrazą...
Poświęcił sporo wysiłku i czasu, by nie uszkodzić ciała... Na miejscu zbrodni nie stwierdzono żadnych śladów czynności seksualnych, ale może odszedł kawałek dalej, żeby sobie ulżyć, masturbować się wspominając, jak to często czynią zabójcy z zaburzeniami seksualnymi.
Lecz tacy mordercy najczęściej przywołują wspomnienia używając fetyszy: kawałków ubrań, biżuterii. Lubią też kolekcjonować w tym celu części ciała, zwłaszcza piersi.
Ciało Irit pozostawiono nietknięte. Nic nie zniknęło. Zostało wręcz przyzwoicie upozowane. Najwyraźniej aseksualnie.
Jak gdyby zabójca chciał dać wszystkim do zrozumienia, że jej nie tknął.
Że jest inny?
A może jednak zabrał coś, co nie rzuca się w oczy, na przykład pasemko włosów?
A może pamiątkami były same obrazy?
Fotografie zrobione na miejscu zbrodni i odłożone na później.
Wyobraziłem go sobie, bez twarzy, jak stoi nad nią, upojony władzą i układa jej ciało w pozy. Pstryk, pstryk.
Robi zdjęcia do jakiegoś straszliwego tableau.
Zdjęcia polaroidem. A może ma własną ciemnię, gdzie dopieszcza fotograficzne niuanse.
Samorodny artysta?
Odciągnął Irit na tyle daleko od ścieżki, by nikt nie usłyszał trzasku migawki, nie zobaczył błysku lampy.
Posprzątał po sobie... typ obsesyjny, ale nie maniakalny.
"Przecież w tej waszej Ameryce roi się od szaleńców!"
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.