Seksualne marzenia osiemnastolatka - Todar Jasta

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Siostra Faustyna

Tradycyjnie na wakacje wybrałem się do Lichenia. To moje ulubione miejsce na letni wypoczynek, bo mieszkała tam cała moja rodzina. Wakacje spędzałem zwykle u dziadków, ale wieczorami mogłem spotykać się koleżankami i kolegami z tej wsi. Licheń przez te wszystkie lata bardzo się rozwinął. Prężnie działający proboszcz rozbudował sanktuarium, do którego ściągały tłumy pielgrzymów. Przy okazji rozwijała się też miejscowość. Ludzie budowali coraz większe domy i pensjonaty, żeby przyjmować pielgrzymów. Różni to byli pątnicy z całej Polski. Przyjeżdżali zwykle autokarami w piątek wieczorem i zostawali do niedzielnej sumy, po której wracali do swoich miejscowości. Większość dnia spędzali na modlitwie, ale wieczorami tętniło życie towarzyskie suto zakrapiane alkoholem. Korzystałem na tym, bo po wyjeździe mogłem sprzedać opróżnione butelki.

Babcia i dziadek mieli duży dom i stodołę, którą przerobili na mały hotelik. Warunki były spartańskie. Pielgrzymi spali w pokojach, w których były po trzy łóżka. Zasada była prosta - małżeństwa spały razem, kobiety z kobietami, mężczyźni z mężczyznami, wtedy o gender nikt nie mówił. W jednym autobusie przyjeżdżało około czterdziestu, pięćdziesięciu osób. Pielgrzymi spali w domu, w stodole i w dwóch kempingach przygotowanych specjalnie dla gości. Jeden to odremontowany wóz Drzymały, a drugi stacjonarny. Dla wszystkich była tylko jedna łazienka i woda ze studni. Chętni korzystali też z pobliskiego jeziora. Wtedy zdecydowanie mniejszą uwagę zwracało się na higienę, a częste mycie nie było przyzwyczajeniem ówczesnych gości. Po wyjeździe trzeba było posprzątać pokoje, wyprać pościel i czekać na kolejny weekend. Babcia jako jedna z pierwszych zaczęła przyjmować pielgrzymów, a później ten biznes rozwinął się na cały Licheń i otaczające go wsie.

Byłem już po pierwszym tygodniu wakacji. Pod koniec czerwca odwiedził dziadków proboszcz licheńskiej parafii, który zaproponował wzięcie na pokój siostry zakonnej. Babcia nie była zadowolona, bo w kempingu, który miała zająć zakonnica, zwykle mogły nocować cztery osoby, tymczasem przedstawicielka zakonu karmelitanek bosych miała być sama, i to przez cały miesiąc. Ale miała też się u babci stołować, a to dawało dodatkowy zarobek; poza tym księdzu się nie odmawia.

Kilka dni później przyjechała siostra Faustyna, jak ją przedstawił proboszcz. Dziwnie wyglądała jak na zakonnicę. Niebieski habit z białymi oblamówkami był bardzo ładny - w odróżnieniu od tradycyjnych strojów znanych mi zakonów. Na głowie nosiła nakrycie, które szczelnie przykrywało włosy, a buzia też po bokach była dokładnie zakryta. Siostra nosiła jeszcze okulary, co zakrywało prawie całą twarz. Ksiądz przedstawił siostrę i zakomunikował, że jest przed ślubami wieczystymi - i od razu zaprowadził ją do kempingu. Przyszedł za parę minut, oznajmiając, że siostra potrzebuje spokoju i czasu na kontemplację. Będzie często chodzić do kościoła i dużo się modlić. Trzy posiłki dziennie powinny jej wystarczyć. Proboszcz zapewnił, że nie będzie uciążliwa, ale ponieważ jest poza klasztorem, to może nawiązywać kontakty z kim chce i spędzać czas wolny według swojego uznania.

Pierwsze spotkanie mieliśmy już tego samego wieczoru. Wróciłem z pola i usiadłem do stołu, przy którym już ona siedziała. Była skupiona i pogrążona w modlitwie przed posiłkiem. Kiedy już zaczęła jeść, bardzo się ożywiła. Pytała dziadków o Licheń, o pielgrzymów, o związki z Kościołem. Sama też trochę opowiedziała o sobie. Jej rodzice byli pobożnymi ludźmi z małej miejscowości na południu Polski. Przyszła siostra tam skończyła podstawówkę, później w Nowym Sączu liceum i filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dopiero wtedy dostała powołanie i wstąpiła do klasztoru. Była tam już sześć lat, ostatni rok przed ślubami wieczystymi. Wnioskowałem zatem, że musi mieć koło trzydziestu lat.

- A nie lepiej było mieć męża i dzieci? - wypaliła babcia.

- Bóg tak chciał i mnie powołał do swojej służby - odpowiedziała beznamiętnie siostra. - Jestem na nowicjacie jeszcze przed ślubami czystości, ale służba Bogu i Kościołowi mi odpowiada.

Siedziałem spokojnie obok i prawie w ogóle się nie włączałem do rozmowy, bo nie bardzo wiedziałem, jak się odnosić do takiej uświęconej osoby. Po kolacji siostra poszła się wykąpać do łazienki, a potem do siebie do kempingu. Miała przed sobą jeszcze wiele godzin modlitwy, jak nam powiedziała. Pomyślałem, że jej życie jest takie smutne. Może kiedyś będzie pomagać ludziom, uczyć dzieci czy pracować w jakimś hospicjum czy na misjach, ale teraz była chyba nieszczęśliwa.

Kilka następnych dni widywałem ją tylko na kolacji, bo wcześnie wychodziłem do pracy. Miałem robotę w sąsiedniej wsi u jednego rolnika, który miał sad z czereśniami, i pracowałem tam od wczesnego rana, żeby być na drzewie jeszcze przed szpakami. Za zarobione pieniądze kupowałem od niego czereśnie i po południu sprzedawałem je przed lokalnym sklepem spółdzielni Społem. W ten sposób miałem podwójny, a może nawet potrójny zysk. Niestety sezon na czereśnie już się kończył, a chciałem wykorzystać go maksymalnie.

Siostra Faustyna nie zawierała bliższych znajomości, nikt jej nie odwiedzał, z nikim poza posiłkami nie rozmawiała. Codziennie rano i wieczorem szła do kościoła na mszę i często się modliła.

Kiedy skończyłem pracę w sadzie, miałem trochę więcej czasu i dłużej byłem w domu, zakonnicę widywałem więc o wiele częściej, zwłaszcza że przychodziła do dziadków również na obiad. Siadała wtedy na dłużej i opowiadała o swojej pracy i o misjach, na których w przyszłości zamierzała pracować, daleko w Afryce. Wtedy się dowiedziałem, że siostra zna kilka języków obcych, jest bardzo oczytana i inteligentna. Zastanawiałem się, dlaczego taka niebrzydka kobieta wybiera taką drogę. Dlaczego nie znalazła faceta, nie zakochała się i nie ma dzieci. Nie mogłem zadać tych pytań, choć coraz częściej rozmawialiśmy.