Seks i zemsta - Heidi Betts

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przeciągnął kartę magnetyczną przez szczelinę zamka i otworzył drzwi. Wrócił tu, gdyż w połowie krętej i długiej na półtora kilometra drogi dojazdowej do luksusowego górskiego hotelu, noszącego trafną nazwę Górska Panorama, przypomniał sobie, że zostawił ważne dokumenty. Wiedział, że nie zdąży na umówione spotkanie. Nie miał szans, by dotrzeć do centrum Portlandu na czas.

Szybkim krokiem ruszył w stronę stojącego w głębi salonu wielkiego stołu z czereśniowego drewna. Zdążył zrobić sześć kroków, kiedy uświadomił sobie, że oprócz niego w apartamencie jest jeszcze ktoś. Podejrzany hałas dochodził z sypialni. Poszedł tam, zatrzymał się w otwartych drzwiach i zobaczył kobietę, która zdejmowała pościel z łóżka, kręcąc biodrami w rytm przez siebie tylko słyszanej melodii.

Była w mundurku pokojówki, niestety nie w takim podkasanym i seksownym, znanym z erotycznych filmów, lecz w zwyczajnej szarej sukience, która maskowała zgrabną figurę i nie pasowała do kolorytu cery i blond włosów spiętych z tyłu głowy dużą plastikową klamrą. Z upięcia wymykały się liczne kosmyki - czarne, rude i niebieskie. Tak, niebieskie. Kobieta miała niebieskie włosy, przynajmniej niektóre pasemka. Nuciła pod nosem, od czasu do czasu artykułując pojedyncze słowa tekstu, nieświadoma jego obecności.

Zwrócił uwagę na kolczyki pokrywające dosłownie całe uszy. Kółka, wisiorki, zatrzaski. Doliczył się siedmiu lub ośmiu tylko w prawym. Wyglądały na srebrne i złote, a kamienie na prawdziwe, ale to musiała być sztuczna biżuteria, bo pokojówki nie byłoby stać na prawdziwą. Może i szkoda, bo tej byłoby do twarzy z diamentami. Znał się na tym, przecież w diamentowym biznesie siedział od lat.

Nagle się odwróciła z naręczem brudnej pościeli, zauważyła go i krzyknęła.

- Nie chciałem pani przestraszyć. - Pomachał uspokajająco dłonią.

Sięgnęła do uszu, wyciągnęła słuchawki i schowała je do kieszeni, w której był zapewne odtwarzacz MP3. Usłyszał dudnienie basów, zanim ściszyła urządzenie.

Widział teraz całą jej twarz. Uderzające, że była nieumalowana, a w każdym razie bardzo dyskretnie. Wydało mu się to dziwne w zestawieniu z kolorowymi pasemkami we włosach i całym zestawem kolczyków w uszach. W zewnętrzną krawędź lewego łuku brwiowego miała wbite złote kółko z maleńką cyrkonią.

- Przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś będzie w środku. Nie zauważyłam wywieszki "nie przeszkadzać" na klamce - powiedziała wystraszona.

- Nie było jej. Miało mnie tu nie być przez cały dzień, ale wróciłem, bo czegoś zapomniałem.

Nie wiedział, dlaczego się jej tłumaczy. Zazwyczaj tego nie robił, tylko w wyjątkowych sytuacjach. A jednak był jakiś powód. Mówił do niej, bo dzięki temu miał pretekst, by na nią patrzeć. A sprawiało mu to przyjemność.

To też było niezwykłe jak na niego. Kobiety, w których towarzystwie się obracał, były celebrytkami z bogatych rodzin, eleganckimi i wyrafinowanymi. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy przyglądać się kobiecie z różnokolorowymi pasemkami we włosach i licznymi kolczykami w uszach, lecz akurat ta go zafascynowała, jak czasami może zafascynować egzotyczne zwierzę lub bezcenne dzieło sztuki. Było przy tym oczywiste, że bardzo ją speszyła jego obecność, patrzyła na niego, jakby się obawiała, że gryzie.

- Korzystając z okazji, zapytam, czy nie potrzebuje pan czegoś? - zagadnęła, raz po raz oblizując nerwowo wargi. - Dodatkowych ręczników, szklanek?

- Nie, dziękuję.

Nie mając nic do powiedzenia ani żadnego powodu, by się jej przyglądać, jakby była eksponatem na wystawie, wycofał się do salonu i złapał papiery, po które wrócił. Tym razem to ona stanęła w drzwiach sypialni i patrzyła, jak pakował dokumenty do teczki.

- Już wychodzę - mruknął bez żadnego powodu.

Skinęła głową, nie przestając mu się przyglądać.

Będąc jedną nogą za progiem, nie potrafił oprzeć się pokusie i obejrzał się przez ramię, jednak intrygująca młoda kobieta znikła. Pewnie wróciła do swoich obowiązków.

- To był Alexander Bajoran - powiedziała teatralnym szeptem Jessica, tak bardzo pochylając się nad okrągłym stolikiem w barze na zapleczu delikatesów, że omal nie stuknęły się z kuzynką nosami.

- Żartujesz - również szeptem odpowiedziała Erin.

- Nie, to nie żart. - Jessica w zadumie pokiwała głową. Kanapki leżały nietknięte, na ściankach wypełnionych kostkami lodu papierowych kubków z napojami kondensowały się kropelki wody.

- Poznał cię? - zapytała Erin.

- Nie wiem. Nie zdradził się choćby jednym słowem, ale zabawnie mi się przyglądał.

- Zabawnie?

- No wiesz, jak zawsze - z uśmiechem odparła Jessica.

- Tak, tak, rzucasz się w oczy.

- Nie wszyscy muszą przypominać nobliwą Jackie Onassis.

- Nikt cię nie prosi, żebyś była jak Jackie. Rodzinie zależy tylko na tym, żebyś nie poszła w ślady Courtney Love. No wiesz, balangi, narkotyki, afery. Właściwie to nawet lepiej, że tak teraz wyglądasz. Zupełnie inaczej niż w dawnych dobrych czasach. Istnieje szansa, że Bajoran nie zorientował się, kim jesteś.

- Pewnie tak jest, na moje szczęście. Postaram się zamienić piętrami z koleżanką, dzięki temu nie nadzieję się na niego ponownie.

- Nie rób tego! Skoro cię nie poznał, będziesz mogła wchodzić do jego apartamentu bez wzbudzania podejrzeń.

- Czy ja jestem James Bond?

- Gdybym ja mogła to zrobić, to na pewno bym zrobiła. Dla niego jesteś tylko pokojówką.

- Jakie to ma znaczenie?

- Dzięki temu możesz swobodnie poruszać się po hotelu. Wiesz, jacy są mężczyźni pokroju Bajorana. Bogaci, skoncentrowani na sobie... Dla niego jesteś niewidzialna.

Jessica doskonale rozumiała gorycz kuzynki. Pięćdziesiąt lat temu dziadek Alexandra Bajorana ze swoim bratem założyli firmę Bajoran Designs. Wkrótce weszli w spółkę z dziadkami Jessiki i Erin, którzy byli właścicielami Taylor Fine Jewels. Obie firmy miały siedziby w Seattle i razem przez lata wytyczały trendy w przemyśle jubilerskim, tworząc jedne z najpiękniejszych i najdroższych okazów biżuterii na świecie. Obie rodziny stały się bardzo bogate, ale tylko do czasu, kiedy przed pięciu laty Alexander przejął od ojca firmę, a jego pierwszą decyzją biznesową było wyparcie z interesów firmy należącej do rodziny Jessiki. W największej tajemnicy wykupił większościowy pakiet udziałów Taylor Fine Jewels, zmusił ojców Jessiki i Erin do ustąpienia z zarządu, wchłonął ich spółkę i praktycznie zmonopolizował rynek drogiej biżuterii. Rodzina Taylorów musiała ogłosić bankructwo i niemal z dnia na dzień opuścić Seattle. Było im daleko do nędzarzy, ale Taylorowie nie potrafili przywyknąć do wyrzeczeń. Jessica widziała, z jakim trudem jej matka przystosowała się do skromniejszej egzystencji na poziomie klasy średniej, najbardziej jednak cierpiała matka Erin, która nie potrafiła się pogodzić z taką odmianą losu.

Jessica, i owszem, radziła sobie. Ale czy mogła czuć się szczęśliwa, gdy pracowała jako pokojówka w hotelu, w którym niegdyś wynajmowała apartament w cenie trzech tysięcy dolarów za noc? Jej rodzina w tamtym czasie mogła z łatwością kupić od ręki taki hotel.

Owszem, może nie jest szczęśliwa, ale wykonując normalną pracę i żyjąc jak normalni ludzie, cieszyła się wolnością, której nie miała, gdy była bogatą panną Taylor. Pamiętała, jakie polowania urządzali na nią i jej matkę paparazzi. Pieniądze to dobra rzecz, ale anonimowość jest jeszcze lepsza. Przynajmniej dla niej. Bo Erin miała w tej sprawie inne zdanie.

- Jak dobrze, że mnie nie rozpoznał - powtórzyła Jessica. - Zamienię się dyżurami z koleżanką, zejdę mu z oczu, zanim to nastąpi.

- Nie! Nie rób tego! - krzyknęła znowu Erin. - Nie rozumiesz? Wreszcie mamy szansę, by dobrać się do skóry temu sukinsynowi, odpłacić za to, co nam zrobił.

- Co ty bredzisz? Niby jak mamy tego dokonać? To miliarder i szef potężnej firmy. A my jesteśmy nikim.

- To prawda, jesteśmy nikim. A on jest szefem wartej niewyobrażalne miliony firmy, która kiedyś była nasza. I może znowu nasza będzie. - Jessica nie miała szans wtrącić czegokolwiek do rozmowy, gdyż Erin wyrzucała z siebie potoki słów: - On tu przyjechał w interesach, tak? To znaczy, że ma przy sobie informacje biznesowe. Papiery, kontrakty, dokumenty, które możemy wykorzystać, gdy zaczniemy walkę o odzyskanie Taylor Fine Jewels.

- Taylor Fine Jewels nie istnieje. Została wchłonięta przez Bajoran Designs.

- I co z tego? Zawsze może być reaktywowana, z powrotem wyodrębniona z Bajoran Designs.

Jessica nie miała pojęcia, czy to możliwe. Tylko tak naprawdę nad czym tu się zastanawiać? To, do czego parła Erin, było czystym szaleństwem.

- Nie mogę gmerać w jego rzeczach. To karygodne, a także bardzo niebezpieczne. W prawie karnym takie czyny nazywają się szpiegostwem przemysłowym. Stoją też w sprzeczności z regulaminem obowiązującym w Górskiej Panoramie. Jeśli nawet nie pójdę do więzienia, to na pewno stracę pracę!

- Szpiegostwo przemysłowe byłoby wtedy, gdybyś pracowała w konkurencyjnej firmie. Ale nie pracujesz, bo Alexander Bajoran ukradł naszą firmę i wyrzucił nas na bruk. I co to za strata, gdyby cię wylali z tej głupiej roboty? Zawsze możesz czyścić wychodki w innym hotelu dla bogaczy.

Jessicę zdumiało, jak wiele jadu jest w kuzynce i z jaką pogardą traktuje jej zajęcie. Owszem, czyściła muszle klozetowe, słała łóżka i odkurzała dywany, zamiast układać apaszki i ubierać manekiny w ekskluzywnym butiku, jak Erin, ale jej to odpowiadało. Większość czasu spędzała w pracy sama, żyła w zgodzie z resztą personelu i nie musiała deklarować w urzędzie skarbowym nieraz bardzo pokaźnych napiwków. Nie miała czasu rozpamiętywać przeszłości i pielęgnować urazy, co z pełnym zaangażowaniem czyniła kuzynka.

- No, Jess, zgódź się - nalegała Erin. - Musisz to zrobić dla rodziny. Najpewniej to jedyna sposobność, byśmy mogły się zorientować, co knuje Bajoran, co więcej, to niepowtarzalna okazja, żebyśmy odzyskały i naszą firmę, i nasze życie... O ile taka możliwość w ogóle istnieje.

Chciała odmówić. Mało powiedziane: powinna odmówić! Jednak Erin prosiła tak natarczywie, że uległa. Przyrzekła mianowicie, że spróbuje się rozejrzeć, po czym spytała niepewnie:

- Więc co miałabym robić?

- Och, nic wielkiego. Po prostu sprawdzaj, czy nie zostawił jakichś papierów. Na biurku, w teczce, jeśli bez niej wyjdzie. Szukaj wewnętrznej firmowej korespondencji, notatek, planów kolejnego przejęcia, projektów umów, takie tam...

- Dobrze, zrobię to - zapewniła wbrew rozsądkowi. - Będę miała oczy szeroko otwarte, ale nie zamierzam buszować w jego rzeczach jak pospolita złodziejka.

- Fajnie. Tylko się rozglądaj. Możesz dłużej strzepywać poduszki, gdy zadzwoni telefon, żeby się zorientować, o czym rozmawia.

Nie wiedziała, czy będzie ją na to stać. Och, na pewno nie. Będę tylko sprawiać pozory, że spełniam jej prośbę, pomyślała, i dodała dla pewności:

- Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei, Erin. Nie zamierzam wylądować w więzieniu. Panna Taylor kryminalistka to atrakcyjniejszy żer dla brukowców niż panna Taylor czyszcząca cudze wychodki.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedyś należała do elity, dzisiaj była pokojówką. W żadnym z tych wcieleń nie była szpiegiem przeszkolonym do zbierania poufnych informacji. Nie wiedziała nawet, czego powinna szukać, a co dopiero jak to znaleźć.

Wózek zostawiła w holu, zabrała tylko to, czego potrzebowała do posprzątania i zaopatrzenia pokoju. Prześcieradła, ręczniki, papier toaletowy, odkurzacz... Uznała, że jeśli porozkłada wszędzie te rzeczy, jej obecność nie wzbudzi podejrzeń, gdyby ktoś, a konkretnie Alexander Bajoran, wszedł nagle i zobaczył, że buszuje po całym apartamencie.

Niestety apartament był w nienagannym stanie. Przecież codziennie go sprzątała, a standardy czystości w Górskiej Panoramie były na najwyższym poziomie. Na dodatek Alexander Bajoran był bardzo porządny, nie zostawiał na wierzchu prawie żadnych osobistych rzeczy, które mogłyby ją zainteresować.

Wbrew oczekiwaniom Erin, Jessica nie miała zamiaru plądrować pomieszczenia. Sprawdzi tylko biurko, zajrzy do nocnych stolików, może do ściennej szafy, ale nie będzie grzebała w szufladzie z bielizną. Przecież nawet nie wie, czego szukać. Materiałów związanych z prowadzeniem interesów, ale jakich? Kompromitujących, ale w jakiej dziedzinie?

Jakie miała szanse, by znaleźć cokolwiek? Od wrogiego przejęcia upłynęło pięć lat. Bajoran nie stał w miejscu, do tej pory zdążył na pewno dopiąć kilkanaście innych biznesowych przedsięwzięć. Nawet jeśli nie wszystkie były kompletnie przejrzyste, wątpliwe, by rozsiewał naokoło papiery świadczące o jego matactwach.

Zdjęte z łóżka prześcieradła piętrzyły się na podłodze, wyglądało, jakby naprawdę ciężko pracowała. A ponieważ stała blisko nocnego stolika, zajrzała do szuflad.

Ze zdenerwowania trzęsły się jej ręce, a czubki palców i stopy w białych tenisówkach były lodowate. Nikogo poza nią w apartamencie nie było, ale w każdej chwili mógł wejść ktoś, kto ją przyłapie. Nie wiedziała, co byłoby gorsze: gdyby nakrył ją Alexander Bajoran czy jej zwierzchnik. Bajoran mógł narobić hałasu i spowodować, że zostanie zwolniona z pracy... szef mógł ją wylać z miejsca.

Jednak problem rozwiązał się sam, bo szuflady okazały się puste. Nie było w nich nawet Biblii czy książki telefonicznej. W Górskiej Panoramie wystarczyło poprosić w recepcji o Biblię, książkę telefoniczną czy cokolwiek - nawet o rzeczy bardzo osobiste - a dostarczano je bezzwłocznie i w największej dyskrecji.

Zamknęła szuflady, kopnęła brudną pościel, żeby jej nie przeszkadzała, i rozpostarła na łóżku czyste prześcieradło, podwinęła ściągnięte gumką narożniki pod materac i przeszła na drugą stronę, żeby tam uczynić to samo. Jednak zanim to zrobiła, zajrzała do szuflad drugiego nocnego stolika.

Nie były puste. W dolnej szufladzie stała karafka z bursztynowym płynem, zapewne ze szkocką whisky. Nie znała się na alkoholach, nigdy nie zaopatrywała minibarów w pokojach. Był też komplet szklanek. W górnej znalazła grubą skórzaną aktówkę i leżące na niej ciemnoniebieskie wieczne pióro Montblanc. Jeśli weźmie do ręki to pióro i otworzy aktówkę, popełni poważne wykroczenie, naruszy prywatność gościa i warunki umowy o pracę, którą podpisała, gdy zatrudniała się w hotelu.

Zamknęła na ułamek sekundy oczy, a kiedy je otworzyła, wyciągnęła rękę po pióro, potem otworzyła aktówkę. Starała się zachować spokój, żeby zrozumieć, czego dotyczą znajdujące się w niej papiery. Przebiegła wzrokiem dwie pierwsze kartki, ale nie rzuciło się jej w oczy nic, co mogło być ważne albo szkodliwe dla Bajorana. Pod spodem leżały zdjęcia wyrobów jubilerskich, a także szkiców projektowanych wzorów.

Były piękne. W jej rodzinie tworzono podobne. Jessica od zawsze marzyła, by tworzyć takie dzieła jubilerskiej sztuki. Wyrastała otoczona troskliwą opieką rodziców, którzy w najczarniejszych snach nie przewidzieli, że ich córkę czeka inny los niż korzystne zamążpójście i wypełnianie roli idealnej żony, ozdoby męża. Natomiast ona marzyła o pracy w Taylor Fine Jewels.

Jak wiele młodych kobiet kochała biżuterię, jednak w odróżnieniu od koleżanek, które stroiły się w świecidełka, pragnęła ją tworzyć. Uwielbiała znajdować wśród oszlifowanych i nieoszlifowanych kamieni ten, który najlepiej pasował do wymyślonego przez nią wzoru. Jej zeszyty szkolne i marginesy wypracowań były zabazgrane gryzmołami, które w rzeczywistości były pomysłami wzorów wyrobów jubilerskich. Ojciec użył nawet kilku do wytworzenia prawdziwych cacek, które osiągnęły w sprzedaży ceny sześcio- i siedmiocyfrowe. Na szesnaste urodziny podarował jej pierścionek z perłą i diamentami wykonany według jej własnego i najbardziej ukochanego projektu. Wciąż go miała, lecz obecnie nie nosiła go. Leżał na dnie kasetki z biżuterią, ukryty pod mniej wartościowymi drobiazgami, które pasowały do ubogiej hotelowej pokojówki.

Te wzory były piękne, chociaż trochę im brakowało do doskonałości. Oprawa jednego z szafirów przytłaczała kamień znajdujący się pośrodku, w innym przypadku było odwrotnie - szafirki były zbyt niepozorne w stosunku do diamentów w centrum. Potrafiłaby skorygować te niedoskonałości kilkoma pociągnięciami ołówka i aż ją świerzbiła ręka, by to zrobić.

Ocknęła się. Jak długo już tak stoi i głaszcze palcami lśniące fotografie? Brakuje tylko tego, żeby do pokoju wszedł Alexander Bajoran i oskarżył ją o próbę kradzieży.

Zamknęła aktówkę, położyła ją na dnie szuflady, a na wierzchu pióro idealnie tak samo, jak leżało przedtem. W każdym razie miała nadzieję, że dobrze zapamiętała. Wsunęła pod materac dwa pozostałe rogi prześcieradła i rozpostarła narzutę. Koniec pracy w sypialni, czekały na nią sąsiednie pomieszczenia.

Posprzątała łazienkę, lecz nie uzupełniła brakujących rzeczy przed przeniesieniem się do salonu. Dokładnie odkurzyła dywan, zawadziła nawet szczotką o wnętrze szafy ściennej w pobliżu wyjścia do holu. W szafie nie było nic oprócz hotelowego sejfu, którego otworzenie oczywiście nie wchodziło w rachubę.

Jedynym miejscem, w którym mogło kryć się coś, co zainteresowałoby Erin, było wielkie biurko stojące pod przeciwległą ścianą pokoju. Unikała go do tej pory, bo tak naprawdę niczego nie chciała odkryć. Drżała na myśl, że dostarczy zajadłej kuzynce coś, co rozdrapie w rodzinie stare rany, które według niej zaczynały się już zabliźniać.

Przeciągnęła odkurzacz w pobliże biurka i przetarła ściereczką blat. Leżało na nim kilka kartek hotelowej papeterii z odręcznymi notatkami oraz materiały informacyjne, takie jak spis telefonów hotelowych czy menu. Jednak w szufladzie biurka natknęła się na coś więcej, a mianowicie na stos brązowych tekturowych teczek, a także na laptop.

Z bijącym sercem zastanawiała się, co robić. Na pewno nie uruchomi laptopa. Po pierwsze, dla spokoju własnego sumienia. Byłoby to drastyczne naruszenie cudzej prywatności. A po drugie, trwałoby zbyt długo. Zanim komputer się otworzy, a ona zorientuje się w lokalizacji dokumentów, do drzwi zacznie dobijać się szef i dopytywać, dlaczego tak długo marudzi w tym apartamencie, gdy ma do posprzątania całe piętro.

Zajęła się tekturowymi teczkami. Otwierała jedną po drugiej i pośpiesznie przeglądała zawartość. Niestety nic nie rzucało się w oczy, tym bardziej że tak naprawdę nie wiedziała, czego powinna szukać. Treść dokumentów była napisana w żargonie biznesowym, a ona przecież nie kończyła studiów ekonomicznych.

Nigdzie nie znalazła najmniejszej wzmianki o Taylor Fine Jewels... choć w rzeczy samej nie spodziewała się tego znaleźć. Podsumowując, w żadnej z teczek nie było nic, co by przykuło jej uwagę.

Westchnęła po części z zawodu, a po części z ulgi, gdy nagle usłyszała skrzypnięcie. Innymi słowy, ktoś wszedł do apartamentu. Przeraziła się, ale nie zatrzasnęła w panice szuflady, tylko zamknęła ją powoli i cicho, starając się zachować pozory spokoju. Położyła dłoń na ścierce do kurzu, którą pozostawiła na biurku, i zaczęła przecierać jego powierzchnię. I powtarzała sobie w duchu: Bądź naturalna. Nie oddychaj tak szybko. Zachowaj spokój.

Doskonale wiedziała, że ktoś za nią jest. Stoi i gapi się na jej pośladki osłonięte bezkształtnym szarym fartuchem, czyli służbowym uniformem, ale nie zareagowała. Jest zajęta swoją robotą. Bardzo się zdziwi, a nawet wystraszy, gdy się odwróci i odkryje, że nie jest sama.

Oddychaj równomiernie... zachowuj się naturalnie...

Miała nadzieję, że nie rumieni się jak dziecko przyłapane na podkradaniu łakoci. Szczęście jej dopisało, bo gdy skończyła przecierać blat biurka i sięgnęła po odkurzacz, ten ktoś, kto za nią stał i w milczeniu na nią patrzył, chrząknął.

Przeszedł jej dreszcz po plecach. To był on.

Jaka z niej idiotka, że tak po babsku reaguje, gdy zagapił się na jej tyłek. To ktoś obcy, zaprzysięgły wróg jej rodziny. A ponieważ jest gościem w Górskiej Panoramie, a ona tu pracuje, poniekąd płaci jej pensję, więc jest podwójnie niebezpieczny.

Wyprostowała się i odwróciła z ręką na uchwycie odkurzacza.

- Och! - wykrzyknęła i z udawanym przerażeniem otworzyła szeroko oczy, modląc się w duchu, żeby nie przejrzał jej gry. - To pan!

- To ja - Alexander Bajoran uśmiechnął się nieznacznie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji