Prolog
PROLOG
Mark
Jeden znak wszystkich ludzi krewni1.
William Shakespeare
Gęsta mgła, ciężka i biała, opadła na wzgórza krainy Masajów w Kenii.
Zwolniłem, ale odciągnąłem drążek sterowania, nie chcąc tracić
wysokości. Główny wirnik naszego śmigłowca wyszarpał białe strzępy z podbrzusza chmury i zostawił za nami wielkie spirale oparów. Przez
rozdarcie w bieli mignęły położone piętnaście metrów niżej
malachitowozielone wzgórza, usiane akacjami o płaskich koronach i galopującymi żyrafami - prawdziwa pocztówka z Afryki - po czym znowu
znikły za kłębiastą mgłą. Lecieliśmy dalej, a opary ciężko osiadały na
szczytach, zmuszając nas do omijania ich z daleka. Ale potem biała
zawiesina zaczęła też gęstnieć w dolinach; ziemia szybko znikała nam z oczu.
Wcisnąłem guzik interkomu.
- Musimy lądować, dopóki jeszcze coś widać. Pomóż mi znaleźć miejsce.
Delia przycisnęła czoło do szyby kokpitu, rozglądając się po terenie.
Wszędzie tylko zalesione doliny i zbyt strome zbocza wzgórz. Zero szans
na lądowanie.
Po prawej, nieco nad nami, widać było jeden zaokrąglony szczyt, ale
chmury już się nad nim mościły jak gęsi w gnieździe. Przechyliłem
helikopter na bok i wzbiłem się wyżej. Wylądowaliśmy; jeszcze zanim
łopaty wirnika przestały się poruszać, straciliśmy widoczność.
Nasz obóz w dolinie Luangwy w Zambii nadal był oddalony od nas o niemal
półtora tysiąca kilometrów. To ponad dziesięć godzin lotu. Nie
zdołalibyśmy wrócić przed zmrokiem.
Rozpięliśmy pasy bezpieczeństwa, otworzyliśmy drzwi i wysiedliśmy.
Otoczyło nas wonne, wilgotne powietrze i nierealna, niemal wyczuwalna
dotykiem cisza. Takiej kompletnej nieobecności dźwięku doświadczyłem
tylko wśród starych lasów południowo-wschodniej Alaski, gdzie pasma
mchu, porastające pnie i gałęzie drzew i zalegające na ziemi, wchłaniają
wszelkie odgłosy tak doskonale, że słyszy się tylko bicie własnego
serca. Stojąc z Delią obok otoczonego mgłą helikoptera, słyszałem tylko
od czasu do czasu stukanie stygnącego wirnika.
Potem przez cząsteczki mgły tak wielkie, że łaskotały nas w nosy,
przebił się wesoły, czysty dźwięk dzwoneczków. Początkowo wydawało się,
że dobiega z daleka i jakby ze wszystkich stron naraz. Potem stał się
wyraźniejszy i okazało się, że jego źródło znajduje się po prawej, więc
zrobiliśmy parę kroków w tę stronę, zaciekawieni tajemnicą melodii,
która zdawała się emanować z serca ukrytych wzgórz.
Początkowo sądziłem, że ten szkarłatny, zanurzony we mgle kształt to
zjawa lub wytwór mojej wyobraźni. Potem, jak wspomnienie, które
stopniowo powraca z mroków niepamięci, zyskał kształt i wyrazistość.
Zbliżając się do nas, zdawał się rosnąć w nieskończoność.
Masajski wojownik, mierzący pewnie ze dwa metry, wyłonił się z wirujących oparów. Jego szerokie ramiona otulały fałdy czerwonej szaty
rubega, a z uszu zwisały wielkie miedziane koła. Miał surową twarz o ostrych rysach, przypominającą hebanową rzeźbę, a w ręce niósł długą
włócznię o szerokim ostrzu.
- Jambo. - Minął nas, podszedł do naszego Bell JetRangera i obszedł
go, przesuwając dłońmi po jego gładkim, kremowym kadłubie i szybie z pleksiglasu. - Tsk-a!
Uśmiechnął się i poruszył wirnikiem na ogonie, jakby bawił się ogromnym
kolczykiem.
Pojawiły się trzy kobiety z tykwami. Prowadziły kozy, którym na szyjach
pobrzękiwały obroże z małych dzwoneczków. Kobiety zatrzymały się,
patrząc z zaciekawieniem na śmigłowiec, i zaszeptały między sobą.
Stopniowo ze wszystkich stron dobiegł nas pomruk głosów. Mgła powoli się
rozrzedziła i zaczęła się unosić. Ujrzeliśmy sunące ku nam po zielonym
aksamicie wzgórz małe grupki jaskrawo odzianych Masajów. Otoczyli nas
tłumnie, a gdy zacząłem lać z kanistra paliwo do zbiornika śmigłowca,
każdy z nich starał się położyć na nim choć palec, by pomóc poić dziwne
ptaszysko.
Gdy uzupełniłem paliwo, stanęliśmy, czekając, aż chmury się uniosą.
Otaczało nas trzydziestu do czterdziestu Masajów. Delia chciała się
bliżej przyjrzeć ozdobionej paciorkami tykwie - pełnej mleka z byczą
krwią - którą jedna z dziewcząt miała zawieszoną na rzemyku na szyi.
Inni pokazali nam swoje bransolety, włócznie i noże, najwyraźniej
zaskoczeni, że te przedmioty ciekawią nas tak bardzo, jak ich ciekawił
nasz śmigłowiec. Inna dziewczyna z nieśmiałym chichotem wyciągnęła rękę
i ostrożnie dotknęła pasma jedwabistych włosów Delii. Delikatnie potarła
je w palcach. Dzieliło nas wszystko, a jednak czuliśmy, że ci ludzie są
nam bliscy, jakbyśmy znali się z nimi od dawna.
Mgła uniosła się i słońce przebiło się przez białe opary, zalewając
zielonozłote wzgórza łagodnym blaskiem. Niechętnie pożegnaliśmy się z naszymi nowymi przyjaciółmi. Zanim wystartowaliśmy, podszedłem z wojownikiem do wirnika na ogonie i zrobiłem kolisty ruch ręką, a potem
przesunąłem palcem po gardle. Chciałem mu wytłumaczyć, co się stanie,
gdy ktoś podejdzie za blisko. Mężczyzna rozłożył długie ręce i - jak
pelikan łowiący ryby - ruszył wokół śmigłowca, zaganiając wszystkich na
skraj szczytu. Wskoczyliśmy do śmigłowca, unieśliśmy się w górę, a potem
zrobiliśmy kółko nad pozdrawiającym nas tłumkiem, nadal otaczającym
miejsce, które przed chwilą zajmowaliśmy. Potem dodałem gazu, a Masajowie stanęli w grupie i machali nam na pożegnanie. Na szczycie
wzgórza nie pozostał po nas żaden ślad, jakbyśmy nigdy na nim nie
wylądowali.
* * *
Dziesięć godzin i trzy kraje później zapadła ciemność, czarna i nieprzenikniona pod grubą warstwą chmur, które zasłoniły gwiazdy.
Wracając z Nairobi, gdzie nasz śmigłowiec przeszedł kontrolę,
zatrzymaliśmy się tylko na tankowanie w Dodomie, stolicy Tanzanii, i na
pustkowiu w południowej części tego kraju. Czterdzieści minut później
rozproszone światła osad na zachód od Kasamy w Zambii znikły i zostaliśmy sam na sam z obawą, że nie znajdziemy naszego obozu w tym
atramentowym mroku. Nasze twarze, oświetlone zielonym blaskiem urządzeń
na desce rozdzielczej, wyglądały jak halloweenowe maski. Gdzieś daleko
za górami Muczinga, w dziczy nieopodal doliny Luangwy leżała
Marula-Puku, od ośmiu lat nasz obóz, dom i baza wypadowa.
Często latałem nocą nad dziką Afryką przy świetle gwiazd, a czasem
księżyca. Zawsze było to urzekające doświadczenie - jakbym się unosił w wodach płodowych. Orientowałem się w swoim położeniu na podstawie
wzniesień i pagórków. Ale teraz byłem krańcowo wyczerpany i nie miałem
nawigacyjnego wsparcia. Musiałem zawierzyć własnym zmysłom.
Przede mną wznosiły się podobne do zębów niskie szczyty gór Muczinga,
przykryte poduszkami chmur. Nie potrafiłem stwierdzić, gdzie się kończą.
Przed zejściem w dół do leżącej kilometr niżej doliny Luangwy musieliśmy
polecieć na wschód, by ominąć góry, pozostając poniżej chmur. Bałem się
lotu w chmurach w ciemności, a gdyby zasłoniły one góry, nie moglibyśmy
się przez nie przebić. Mój GPS wysiadł wiele tygodni wcześniej.
Wyznaczałem bezpieczną drogę tylko na podstawie notatek robionych od
opuszczenia Kasamy, odczytów kompasu, prędkości i wysokościomierza. I nie wiedziałem, czy prośba o postawienie wzdłuż lądowiska flar z puszek
po mleku - wysłana telefonicznie z Nairobi do Stanów Zjednoczonych, a stamtąd faksem do Mpiki, drogą radiową do głównego obozowiska i wreszcie
samochodem do lądowiska - została odebrana i zrozumiana. Jeśli nie, będę
musiał ostrożnie schodzić do lądowania, aż zobaczę ziemię w reflektorach
śmigłowca, a wtedy znaleźć Lubongę i polecieć wzdłuż niej na północ lub
południe do obozu. A odnalezienie pasa startowego było równie trudne.
Poniżej po prawej zauważyłem gromadkę żółtopomarańczowych mrugających
światełek, jakby ognisk.
- To pewnie Mano - powiedziałem niepewnie do Delii. Nigdy nie widziałem
obozu strażników przyrody z takiej wysokości. Coś mi się tu nie
zgadzało. Ale jeśli się nie myliłem, przed nami powinny się znajdować
góry. Śmigłowiec wzbił się wyżej, aż ujrzeliśmy smużki chmur. Miałem
nadzieję, że sterczące górskie szczyty zostawiliśmy daleko w dole.
Wyobraziłem sobie, jak któryś z nich rozdziera cienką aluminiową powłokę
pod naszymi stopami. - Musimy się znajdować już bardzo wysoko -
wmawiałem sobie.
Ale zmęczenie i ciemności zasiały we mnie zwątpienie.
Ogniska Mano zostały za nami, a my lecieliśmy w czarną próżnię nad
dziczą doliny Luangwy. Nieprzeniknione ciemności i nieustający strach
przed zderzeniem ze skalną ścianą sprawiły, że nagle nieświadomie
zwolniłem ze stu do sześćdziesięciu węzłów. Uświadomiłem to sobie,
nabrałem prędkości i spróbowałem się uspokoić.
- Gdzie ten obóz? Nie powinniśmy już widzieć świateł? - spytała Delia
cichym głosikiem.
- Trzymaj się, zaraz się pojawią.
- A jeśli nie? Co wtedy?
* * *
W 1971 roku, jako młodzi studenci zaniepokojeni tempem, w jakim znikały
dzikie afrykańskie zwierzęta, zrobiliśmy sobie urlop i przez dwa lata
podejmowaliśmy się dorywczych prac, by zarobić pieniądze na projekt
ochrony gepardów. W początkach 1974 roku, rok po ślubie, sprzedaliśmy
cały nasz dobytek, kupiliśmy bilety w jedną stronę i polecieliśmy do
Johannesburga w RPA. Po paru miesiącach trafiliśmy na pustynię Kalahari
w Botswanie, w dolinie skamieniałej prastarej rzeki, gdzie w kępie
kolczastych drzew rozbiliśmy prowizoryczny obóz - i zostaliśmy w nim na
siedem lat.
Poza kilkoma grupami Buszmenów byliśmy jedynymi ludźmi na terenie
wielkości Irlandii: najbliższa wioska, Maun, znajdowała się ponad
dwieście kilometrów od nas, więc często miesiącami nie widywaliśmy
ludzi. Co roku przez osiem miesięcy na ziemię nie spadała ani kropla
deszczu, a susze trwały nawet latami. Ale trudy życia na pustkowiu i wydzielanie sobie dziennie około czterech litrów wody zwożonej w porze
suchej aż nadto wynagradzały nam inne rzeczy. Większość lwów, lampartów,
hien brunatnych i pozostałych dzikich zwierząt z tej okolicy nigdy nie
widziała człowieka. Nigdy nie ścigano ich samochodami, nie strzelano do
nich i nie krzywdzono, więc budziliśmy ich naiwne zaciekawienie, co
często prowadziło do interesujących spotkań.
Ponieważ nie mieliśmy pieniędzy na namiot, podczas obserwacji zwyczajów
szakali czaprakowych, hien brunatnych i lwów sypialiśmy na ziemi lub na
pace naszego sfatygowanego land rovera. Obiektami naszych wieloletnich
badań stały się hieny i lwy, ponieważ gepardy były zbyt nieliczne. W początkach drugiego roku dostaliśmy od kompanii myśliwskiej z Maun
spłowiały, podarty namiot. Pierwszej nocy, którą w nim spędziliśmy na
cienkich płachtach pianki, obudził mnie jakiś syk i ciężar na nogach.
Noc była bezksiężycowa, ale przez okienko z siatki koło mojej głowy
wpadało nieco światła; widziałem w oddali zadrzewioną piaszczystą wydmę.
Po moim śpiworze pełzł jakiś gad, chrzęszcząc łuskami po nylonie.
Zamarłem. Dźwięk się powtórzył. Ciężar powoli zaczął się przesuwać po
mojej nodze. Ostrożnie sięgnąłem za głowę po latarkę. Zamierzałem walnąć
nią żmiję, gdyby zbliżyła się do mojej twarzy. Ale potem usłyszałem
pomruki, piski i ciężki oddech - jakby jakieś duże stworzenie spożywało
suty posiłek.
Uniosłem głowę i u naszych stóp ujrzałem dwa lwy o czarnych grzywach,
obwąchujące śpiwory. Ich wibrysy drapały nylon jak druty. Zasłoniłem
dłonią usta Delii, która gwałtownie otworzyła oczy i szepnąłem:
- Lwy... w namiocie!
Leżeliśmy nieruchomo przez parę minut, gdy dwa samce zaspokajały swoją
ciekawość. Potem odeszły dostojnie, jeden za drugim, ścieżką prowadzącą
przez obóz. Wstaliśmy, ubraliśmy się i pobiegliśmy za nimi. Lwy
zatrzymały się w naszej kuchni pod gołym niebem. Ściągnęły zawieszone
dla ochrony na drzewie worki z kaszką kukurydzianą i cebulą i rozdarły
je, obwąchały miejsce, w którym zeszłego wieczora wylaliśmy pomyje,
potem opryskały moczem ulubiony krzak i położyły się w niskiej trawie
tuż obok obozowiska. Delia i ja staliśmy w milczeniu niespełna trzy
metry od nich i przyglądaliśmy się, jak wschodzące słońce wyłania się
zza ich barków.
* * *
Podczas naszych siedmiu lat na Kalahari lwy i hieny brunatne siadywały
przy naszym ognisku i obwąchiwały nasze włosy, a młode hieny nawet
skubały nam palce, gdy opisywaliśmy ich zachowanie. Lamparty wylegiwały
się na gałęziach drzew nad namiotem, a szakale kradły nam jedzenie ze
stołu. Gdy raz zasnęliśmy na sawannie, stado lwów położyło się wokół
nas. Niektóre znajdowały się na wyciągnięcie ręki.
Towarzyszyliśmy dwuletnim lwom, gdy po ustąpieniu suszy po raz pierwszy
w życiu ujrzały stojącą wodę. Przekonaliśmy się, że hieny brunatne są
raczej zwierzętami stadnymi niż samotnikami, za które je do tej pory
uważano, i że samice przygarniają i wychowują sieroty ze stada.
Udokumentowaliśmy jedną z największych migracji antylop w Afryce - i dowiedzieliśmy się, że ogrodzenia, budowane przez rząd za pieniądze
pożyczone od Banku Światowego i subwencje z Unii Europejskiej,
zagradzają drogę zwierzętom, doprowadzając do śmierci setek tysięcy z nich i rujnując jeden z ostatnich wielkich, względnie dobrze zachowanych
ekosystemów kontynentu. Gdy napisaliśmy o tej katastrofie w naszej
pierwszej książce Zew Kalahari, rząd Botswany zmusił nas do wyjazdu,
choć rok później, gdy nie było nas już w tym kraju, cofnął tę decyzję.
W maju 1986 roku poleciałem naszą cessną 180 z Johannesburga do Lusaki w Zambii, by szukać nowego miejsca badań. Jednak tydzień później siły
powietrzne RPA zbombardowały bazy Afrykańskiego Kongresu Narodowego w tym mieście. Co zrozumiałe, Zambijczycy mieli nerwy napięte do
ostateczności, spodziewając się inwazji na pełną skalę. Plakaty i ogłoszenia w publicznym radiu i telewizji wzywały obywateli do szukania
na własną rękę terrorystów opisywanych jako biali ludzie, ponieważ RPA
miała biały rząd. Amerykański Departament Stanu doradzał Amerykanom nie
przekraczać granicy Zambii, ale nam się spieszyło, by znaleźć bazę i rozpocząć nowe badania, więc nie zmieniliśmy planów.
Wylądowałem w Lusace i właśnie zamykałem samolot, gdy dopadł mnie
oddział żandarmerii z kałasznikowami. Zostałem wzięty pod ręce i odprowadzony do małego pokoiku na lotnisku, gdzie mnie przesłuchano. Nie
wiedziałem wtedy, że nasza niedawno kupiona cessna to taki sam model,
jak samoloty używane przez lotnictwo RPA do lotów rozpoznawczych.
Zgadzał się nawet układ kolorów i południowoafrykańska rejestracja.
Policjanci trzymali mnie przez osiem godzin. W końcu uwierzyli, że nie
jestem szpiegiem i pozwolili mi odejść.
Wróciłem do Johannesburga komercyjnym lotem, po czym razem z Delią
ruszyliśmy w podróż dwoma samochodami z przyczepą i kontenerem ze
sprzętem potrzebnym do rozpoczęcia badań w jeszcze nieznanym miejscu. W tej odysei towarzyszyła nam ekipa filmowa z "National Geographic",
ojciec i syn.
Wkrótce po przepłynięciu promem przez rzekę Zambezi z Botswany do Zambii
zauważyliśmy dwa drągi, leżące po obu stronach szosy. Stanęliśmy,
pamiętając ostrzeżenia przed licznymi w tym kraju i często trudnymi do
zauważenia blokadami, więc stanęliśmy. Nikt się nie pojawił, a zatem
pojechaliśmy dalej. Dwadzieścia minut później w lusterku wstecznym
zobaczyłem wielką, odrapaną ciężarówkę wojsk NRD z ponad trzydziestką
żołnierzy i cywili, którzy wrzeszczeli i wygrażali nam pięściami. Dziko
kołysząca się na boki, jadąca jednym kołem po poboczu ciężarówka
zrównała się z nami. Jakiś żołnierz wycelował we mnie karabin i zmusił
mnie do zatrzymania się. Potem wskoczył do szoferki, wbił mi lufę w kark
i wrzasnął, owiewając mnie oddechem cuchnącym piwem, że mnie zastrzeli,
ponieważ zlekceważyłem blokadę. Kazał mi zawrócić do miejsca, w którym
zauważyłem drągi. Zaprowadzono nas do ukrytej w zaroślach, krytej
strzechą chaty.
Żołnierze przesłuchiwali nas przez prawie godzinę, a nasze odpowiedzi
jeszcze bardziej ich rozjuszały. Potem Delia przypomniała sobie, że mamy
ze sobą zdjęcie z przyjęcia u prezydenta Kaundy, który zaprosił nas do
swojej rezydencji, gdy wyrabialiśmy sobie pozwolenia na prowadzenie
badań. Nieco odetchnąłem, gdy wyciągnęła je ze sterty naszych
dokumentów.
Mężczyźni nagle bardzo spoważnieli - i zaczęli nas przepraszać.
- Proszę, powiedzcie prezydentowi, że tylko wykonywaliśmy obowiązki.
- Oczywiście.
I znowu ruszyliśmy w drogę.
Ogłuszeni tym surrealistycznym wydarzeniem, dotarliśmy do Lusaki, w której napięcie aż trzeszczało. Nawet małe dzieci podbiegały do
policjantów, zgłaszając im naszą obecność. Najwyraźniej w mieście
zapanowało coś w rodzaju nieoficjalnego stanu wojennego, więc uciekliśmy
stamtąd najszybciej jak się dało. W długiej drodze na północ z Lusaki do
Mpiki rozbiliśmy obóz w ciemnościach i ukryliśmy samochody w zaroślach
daleko od drogi, zamiótłszy ślady opon gałęziami, żeby bandyci i patrole
nas nie znaleźli. Zaliczyliśmy jeszcze dobrą dziesiątkę blokad;
uzbrojeni żołnierze w hełmach, z których sterczały gałązki, przetrząsali
nasze bagaże, domagali się nyama (mięsa, przeważnie z nielegalnie
upolowanych dzikich zwierząt). Mieli przekrwione, złe oczy i trzymali
rozedrgane palce na spustach. Powietrze było suche jak proch i zdawało
się równie wybuchowe.
Parę lat później Zambijczycy zatęsknili za prawdziwą demokracją z dwupartyjnym systemem - i zaczęli się jej domagać. W czasie wyjątkowo
pokojowej transformacji w 1992 roku odbyły się pierwsze od czasu
uniezależnienia się od kolonialnego rządu wolne i sprawiedliwe wybory
prezydenckie. Jednak atmosfera polityczna, która powitała nas w 1986
roku i w której żyliśmy przez następną dekadę, była znacznie bardziej
złowroga niż obecnie.
Gdy zaproponowaliśmy, że podejmiemy pracę w Parku Narodowym Luangwa
Północna, urzędnicy oznajmili, że go skreślili, ponieważ brak im środków
na jego ochronę i zarządzanie. W rezultacie doskonale zorganizowane
gangi kłusowników i przemytników kości słoniowej, czasem gromadzących
się w ponadstuosobowych obozach, bezkarnie zarzynały dziką zwierzynę.
* * *
W końcu dotarliśmy do Mpiki i utorowaliśmy sobie drogę do oddalonej od
cywilizacji i zachwycającej dzikim pięknem doliny Luangwy w północno-wschodnim zakątku Zambii. Park Narodowy Luangwa Północna został
zaniedbany przez rząd. Był niemal zupełnie niezbadany i słabo znany
wszystkim z wyjątkiem kłusowników. Postanowiliśmy dalej prowadzić tu
badania nad życiem lwów.
Podczas budowy naszej pierwszej glinianej lepianki usłyszeliśmy strzały
w pobliżu. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że kłusownicy wybili niemal dwa
tysiące nosorożców i dwanaście tysięcy słoni dla ich ciosów, i że co
roku ubywa kolejny tysiąc słoni. Gangi liczące po sto czterdzieści osób
regularnie zapuszczały się w gąszcz parku i otaczających go dzikich
okolic. Na dwóch trzecich tego terenu kompletnie wystrzelano wszystkie
zwierzęta większe od królików. Kłusownicy, którzy działali całkiem jak
kartele narkotykowe, dosłownie wytrzebili dzikie zwierzęta w siedemnastu
z dziewiętnastu parków narodowych Zambii.
Amerykanom trudno jest w pełni pojąć, jak niestabilna sytuacja panuje w kraju, którego lud nieustannie żyje na krawędzi z powodu sporów
politycznych i braku nawet najbardziej podstawowych artykułów, jak
drewno, woda i jedzenie. Właśnie dlatego kłusownictwo na wielką skalę
jest taką zbrodnią - ponieważ ostatecznie pozbawia ludność jedynego
odnawialnego zasobu, który mógłby zapewnić miejscowym mieszkańcom
wyżywienie, ubranie i przyszłość.
Zwróciliśmy się o pomoc do okolicznych strażników, ale w obozie
znaleźliśmy tylko siedem osób, które miały ochraniać cały park.
Brakowało im dosłownie wszystkiego. W tamtych czasach wielu zambijskich
strażników kłusowało lub przyjmowało łapówki od kłusowników, żeby
przetrwać.
Przez następne dziesięć lat, z pomocą hojnych sponsorów z całego świata
i działającej z poświęceniem ekipy, wdrożyliśmy Projekt Ochrony Luangwy
Północnej. Dzięki niemu sprowadziliśmy do parku kolejnych strażników
wyposażonych w broń i zapasy wystarczające do wykonywania zadań. I strażnicy zaczęli wykonywać swoje zadania.
Jednocześnie proponowaliśmy pracę kłusownikom, przyszłym kłusownikom i innym mieszkańcom wiosek. Zapewnialiśmy pożyczki i szkolenia dla tych,
którzy chcieli założyć własną firmę i uprawiać ziemię. Uczyliśmy kobiety
udzielania pierwszej pomocy i przyjmowania porodów, zapewniliśmy
podstawowe lekarstwa przychodniom, opracowaliśmy programy nauki o ochronie przyrody dla miejscowych szkół - a to nie wszystko. Początkowo
skupiliśmy się na pomaganiu czternastu wioskom, najbardziej powiązanym z kłusownikami. Po czterech latach wprowadzania projektów pilotażowych
wśród miejscowych pojawiła się inicjatywa i chęć samopomocy.
Reprezentanci innych wiosek zaczęli prosić o nasz program, by dzięki
niemu móc rozwijać swoją społeczność.
W początkach lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczyna się ta historia, ONZ
wprowadziła zakaz międzynarodowego handlu kością słoniową. Proponowane
przez nas alternatywne sposoby zarabiania stały się bardziej atrakcyjne
dla mieszkańców wiosek. Kłusownictwo na wielką skalę gwałtownie zmalało,
ale do tego czasu zginęło dziewięćdziesiąt trzy procent słoni, a my nie
wiedzieliśmy, czy uda nam się odbudować ich populację. Zakaz handlu
kością słoniową był rozpatrywany na nowo co dwa lata; gdyby go
zniesiono, kłusownicy znowu podnieśliby głowy.
Sukces naszego projektu przyniósł jego własne niepokojące problemy.
Ludzie, którzy zarobili miliony na kłusownictwie, chcieli się nas pozbyć
w odwecie za popsucie im interesów. Kazali swoim sługusom strzelać do
naszego samolotu, wysłali zabójców do naszego obozu w buszu i usiłowali
nas skompromitować w oczach polityków. Mieszkańcy wiosek, w tym wielu
byłych kłusowników, ostrzegali nas, że nasi przeciwnicy zbyt wiele tracą
na zakazie handlu kością słoniową, żeby się poddać i że jest tylko
kwestią czasu, kiedy nas dopadną.
* * *
Tej nocy 1993 roku podczas długiego lotu powrotnego z Nairobi nie
wiedzieliśmy, co nas czeka.
- Mark, gwiazda!
Delia wskazała mi coś przed nami. Przyjrzałem się uważnie bladożółtemu
światełku. Znajdowało się dokładnie na wprost - ale tak nisko, że
powinien je zasłonić horyzont. A w miarę jak się do niego zbliżaliśmy,
zdawało się spełzać jeszcze niżej.
- To nie gwiazda - to nasza flara! - krzyknąłem.
- Ale nie błyska.
- Zacznie, gdy się zbliżymy.
Usiłowałem mówić optymistycznie, ale opierałem się silnej pokusie, by
zejść do lądowania. Nadal nie miałem pewności, że ta pojedyncza
iskierka, jedyna na tysiącach kilometrów kwadratowych, znajduje się na
naszym lądowisku.
Gdy się zbliżyliśmy, zobaczyłem zasilaną baterią słoneczną lampę,
migoczącą niczym świetlik, i już wiedziałem, że jesteśmy w domu.
Dziękowałem w myślach wszystkim tym, którzy nas nie zawiedli i zapalili
lampę. W miarę jak schodziliśmy coraz niżej, pomarańczowoczerwone ogniki
zapłonęły po obu stronach lądowiska. To nasz asystent Milfred biegł
wzdłuż pasa, zapalając stare puszki po mleku, wypełnione piaskiem,
szmatami i ropą.
Skierowałem helikopter w dół i zostawiłem kilometry ciemności za sobą.
Rozdział 1. Dar
1
DAR
Delia
Dar świata dla tego, kto go przyjmie.
Richard Bach
...podczas zalotów i spółkowania między samcami i samicami występuje
konflikt interesów.
J.R.Krebs i N.B.Davies
Między drzewami w lesie, w kolczastym poszyciu, pod splątanymi gałązkami
istnieje miejsce, które jest bardziej kolorem niż terenem. To szarość
malowana zwisającymi konarami i dalekimi gałęziami, które stapiają się
ze sobą, tworząc nicość. Nie jest to cień, ale pauza w krajobrazie,
rzadko zauważana, ponieważ nasz wzrok skupia się na drzewach, nie na
pustce po ich obu stronach. Słonie mają ten sam kolor co to miejsce.
Choć są wielkie, potrafią w nim zniknąć, wtopić się w nie. Gdy
kłusownicy mordowali słonie z Luangwy Północnej, w tym zakątku schroniło
się parę ocalonych zwierząt. Rzadko się pokazywały i prawie nigdy nie
unosiły trąb, by wydać jakiś dźwięk.
Gdy po raz pierwszy znaleźliśmy się w Dolinie Luangwy, ledwie mogliśmy
dostrzec przez lornetkę mignięcie rozłożystych szarych zadów i cienkich
ogonów, zanim znikły w gęstych zaroślach. W miarę jak kłusowników
zaczęło ubywać, nad doliną zapanowała cisza, jakby pod koniec deszczu na
wzgórza osiadła mgła. W 1991 roku w Luangwie Północnej zastrzelono mniej
niż dziesięć słoni - podczas gdy przez ostatnie dziesięć lat zabijano
ich co roku tysiąc. Ta cisza była niespodziewana, ale naturalna, jakby
zimowa burza skuła wodospad lodem, uciszając jego pieśń w pół nuty.
Okolica tętniła cichym szmerem życia. A potem znowu usłyszeliśmy
trąbienie słoni.
Powoli, zaczynając od Ocalonego, do którego dołączyli Długi Ogon,
Zdrówko, Kikut i Turbo, tworząc Grupę Obozową, nieliczne samce
przekonały się, że w pobliżu Maruli-Puku będą bezpieczne. Rozbiliśmy
obóz w dużym zagajniku drzew marula nad małą rzeką Lubongą, w połowie
drogi między potężnymi górami a Luangwą. Słonie odwiedzały nas o każdej
porze roku, nie tylko wtedy, gdy dojrzewały owoce marul. Czasami
odwracały się wielkimi zadami do naszych strzech i szorowały grubą skórą
o drapiącą trawę, błogo przymykając oczy. Słonie potrafią jeść bardzo
hałaśliwie, z trzaskiem łamiąc gałęzie lub przewracając nieduże drzewa,
ale mogą to robić także bardzo cicho, powoli przeżuwając owoce.
Pewnej nocy, gdy Zdrówko pożywiał się po jednej stronie naszej chaty, a Długi Ogon po drugiej, zaledwie parę metrów od naszego posłania, nagle
zaczęli koncert. Mark i ja zerwaliśmy się z łóżka, oplątani moskitierą,
bo wydawane przez nich dźwięki zaskoczyły nas we śnie. Ryk lwa wibruje w piersi jak dźwięk rozbrzmiewający w beczce; trąbienie słonia, zwłaszcza
po dekadach wymuszonego milczenia, potrafi zatrzymać bicie serca.
Zanim słonie nauczyły się nam ufać, musiały nas obserwować z górskich
zboczy. Pamiętały, że w tym zagajniku dojrzewają owoce, lecz bały się
zbliżyć. Jednak gdy doszły do wniosku, że nie zrobimy im krzywdy,
kompletnie przestały się nami przejmować. Bez względu na to, czy Mark
przelatywał helikopterem tuż nad czubkami drzew, czy jeździliśmy
warkoczącymi samochodami lub robiliśmy popcorn - słonie odwiedzały
obozowisko. Nauczyliśmy się rozglądać, wychodząc z chatki, żeby nie
zderzyć się ze słoniowym kolanem.
Tak się prawie stało pewnego ciemnego wieczora, gdy Mark pospiesznie
wyszedł z naszej zadaszonej, pozbawionej ścian n'saki - czyli altany -
w której przy świetle świec jedliśmy fasolę na ostro. Mark szedł po
spray na moskity i zamyślony przesuwał promieniem światła latarki po
ziemi, szukając węży. Nagle usłyszał głośny szum i poczuł powiew wiatru.
Podniósł wzrok i ujrzał podbródek słonia oraz trąbę, dziko kołyszącą się
na tle rozgwieżdżonego nieba. Zdrówko ustąpił mu z drogi, robiąc ostry
zwrot, by zrobić przejście dla tej dziwnej łysej małpy. Człowiek i słoń
cofnęli się o dwadzieścia metrów i stanęli, gapiąc się na siebie. W końcu Zdrówko się uspokoił. Uniósł trąbę po raz ostatni, wzbijając
drobinki piasku wirujące w promieniu latarki, i poszedł dostojnie w stronę chaty-biura, gdzie z głośnym ciamkaniem zaczął zajadać owoce
maruli.
Słonie nie zawsze były nastawione tak przyjaźnie. Pewnego popołudnia,
gdy słońce prześwietlało mgiełkę mżawki, czytałam w n'sace nad rzeką.
Zdrówko wmaszerował do obozu szybko i cicho i zaczął zajadać owoce
maruli przy naszej sypialni, mniej więcej trzydzieści metrów dalej.
Przez jakiś czas on i ja, jedyne żywe dusze w obozie, zajmowaliśmy się
swoimi sprawami, od czasu do czasu zerkając na siebie. Czasem z drzew
spadała duża kropla wody, a z szerokiego, rozgrzanego grzbietu Zdrówka
unosiła się para. Ten widok był zbyt piękny, by powierzyć go tylko
pamięci, więc postanowiłam utrwalić go na zdjęciu. Zbliżyłam się na
paluszkach i stanęłam pod marulą - co, jak się okazało, nie było
najlepszym pomysłem. Nagle Zdrówko odwrócił się i podszedł bez wahania
do mojego drzewa. W parę chwil zbliżył się tak, że dzieliło go ode mnie
tylko piętnaście metrów. Słoń na pewno mnie zauważył, ale szedł bez
wahania, kołysząc się na boki, jakby mnie tam nie było. Nie wiedziałam,
co mam zrobić: zostać czy uciekać, ale Zdrówko się nie wahał - to było
jego drzewo i jego owoce. Załopotał gwałtownie uszami i udał, że na mnie
szarżuje. Uciekłam jakieś dziesięć metrów dalej, odwróciłam się i skoczyłam ze stromego brzegu do rzeki, w której mieszkał krokodyl Falka.
Choć liczba kłusowników się zmniejszyła, nieliczne samice - resztki
niegdyś dużych grup rodzinnych - zachowywały się jeszcze bardziej
nieśmiało niż samce. W końcu po kilku latach pojedyncze matki z młodymi
zaczęły się paść w wysokich trawach na drugim brzegu rzeki, niedaleko
Długiego Ogona i Ocalonego. Jednak nigdy nie odważyły się wejść do obozu
- pozostawały w pewnym oddaleniu i przyglądały się naszym chatkom z górskiego zbocza. Młode, których grzbiety lśniły od błota, pluskały się
w rzece i dokazywały na brzegu naprzeciwko n'saki.
* * *
By chronić się przed afrykańskim słońcem, zbudowaliśmy chaty o kamiennych, grubych na jakieś czterdzieści centymetrów ścianach,
przykryte półmetrową warstwą strzechy. W porze suchej, kiedy upał
przekraczał czterdzieści stopni, w chatach panował chłód jak w jaskini.
Pewnego popołudnia, gdy siedziałam w mroku chaty-biura, analizując na
zasilanym baterią słoneczną komputerze dane dotyczące śladów słoni,
usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Podniosłam głowę i ujrzałam Patricka
Mwambę, jednego z pierwszych czterech Bembów, których zatrudniliśmy
przed laty. Kiedy zjawił się u nas, prosząc o pracę, miał przy sobie
tylko wierną siekierę; teraz pełnił funkcję naszego głównego mechanika i kierowcy równiarki. Patrick jest nieśmiały i łagodny i trochę przypomina
jelenia.
- Doktor Delio, proszę zobaczyć - powiedział. - Mały słoń. Idzie do nas
znad rzeki.
Wyłączyłam komputer, by oszczędzić baterię, i wypadłam na zewnątrz.
Patrick wskazał mi małą słoniczkę z rozkołysaną trąbą, brnącą
piaszczystym brzegiem rzeki w stronę obozu. Nagle zmieniła kierunek,
rzuciła się galopem w długą trawę i znowu pojawiła się w górze rzeki,
biegnąc w jeszcze innym kierunku i rozglądając się gorączkowo. W końcu
stanęła i uniosła trąbę, zakrzywioną na końcu jak peryskop.
- Patrick, widziałeś jej matkę... albo inne słonie?
- Nie, proszę pani, jest tu bardzo sama.
Sierota. Park był pełen tych malutkich ocalonych słoników, które
widziały, jak kłusownicy mordują ich rodziny. Z powietrza widzieliśmy
je, stojące przy ciałach matek lub wędrujące w poszukiwaniu rodzin.
Niektóre umarły, czekając, aż matka się przebudzi. Inne nigdy nie
odnalazły stada. Gdy docieraliśmy na miejsce, młode przeważnie nie żyły
lub gdzieś przepadły. A teraz jedno z nich wdrapało się na drugi brzeg
rzeki i stanęło nieruchomo, z opuszczoną trąbą, jakbyśmy nie istnieli.
Za drzewami marula przy warsztacie widziałam obserwujących słoniczkę
Marka oraz Harrisona Simbeye i Jacksona Kasokolę, naszych pozostałych
pomocników. Mała błąkała się jeszcze parę minut nad rzeką, po czym
znikła w gęstych zaroślach akacji. Mężczyźni i ja bez słowa
przeprawiliśmy się przez płytką wodę, nieufnie łypiąc okiem w poszukiwaniu krokodyli. Stanęliśmy długim rzędem, wpatrując się w samotne ślady w piasku.
Słonie rosną przez całe życie, więc ich wiek można określić na podstawie
długości śladów tylnych nóg. Te, które widzieliśmy, zdradziły, że
słoniczka ma pięć lat. Nazwaliśmy ją Dar - na cześć niedawno zmarłej
córki Toma Koteli, jednego z zambijskich strażników przyrody - ale
wątpiliśmy, czy ją jeszcze zobaczymy.
W Afryce występują dwa gatunki słoni. Jeden, Loxodonta cyclotis, to
słoń leśny, spotykany w Kongo. Większość innych słoni, w tym te z Doliny
Luangwy, to Loxodonta africana, żyjące na sawannie słonie afrykańskie.
Na ogół, gdy polowań jest mało lub nie ma ich wcale, słonice żyją w grupach rodzinnych, w których gromadzą się spokrewnione ze sobą samice.
Tak jak bywa w przypadku wielu innych ssaków żyjących w społecznościach,
samica przez całe życie pozostaje w swojej grupie, w której znajdują się
babki, matki, ciotki i siostry, aż do swojej śmierci, wspólnie jedząc,
bawiąc się i wychowując dzieci. Urodzone w tej grupie samce pozostają
przy rodzinie, dopóki przebudzone hormony nie pchną ich na poszukiwanie
niespokrewnionej z nimi partnerki. Wędrują samotnie bądź nawiązują luźne
przyjaźnie z innymi samcami, walcząc lub popisując się, by przyciągnąć
jak najwięcej samic. Ale w grupach rodzinnych nie ma samców żyjących tam
na stałe.
Samice często okazują sobie bliskość fizyczną, gładzą swoje grzbiety i barki, delikatnie splatają się trąbami. Młode uczą się od matek i starszych krewnych, które rośliny są jadalne, gdzie szukać wodopojów i jak unikać drapieżników. Słysząc pisk noworodka, cała grupa samic rzuca
się na pomoc. Rodzina słoni to forteca samic.
Ale mała Dar została sama. Była na tyle dorosła, żeby móc samodzielnie
szukać pożywienia, ale czy przetrwa bez grupy rodzinnej? Słonie rzadko
adoptują sieroty i nigdy takie, które nie są z nimi spokrewnione.
Następnego dnia zobaczyliśmy za rzeką Długiego Ogona i Zdrówko.
Wyszarpywali kępy długich traw i wpychali je sobie trąbami do pyska. Dar
stała czterdzieści metrów od nich, chrupiąc krótsze i delikatniejsze
źdźbła Od tej pory za każdym razem, gdy Długi Ogon, Zdrówko lub inne
samce wkraczały do obozu, mała Dar dreptała za nimi. W porównaniu z nimi
wydawała się malutka, jak nakręcana zabawka, kręcąca się samotnie w tle.
Nie mając swojej grupy rodzinnej, porzuciwszy wszelkie typowe zachowania
swojego gatunku, Dar zamieszkała w pobliżu samców z Grupy Obozowej.
Dorosłe słonie przeważnie ją ignorowały. Miała pięć lat, jeszcze nie
nadawała się na partnerkę, więc - jak bywa z większością ssaków - samce
nie miały pojęcia, do czego innego mogłaby się im przydać. Zanim w Dolinie Luangwy rozszaleli się kłusownicy, samice słoni zaczynały
owulować w wieku czternastu lat, a rodzić koło szesnastki. A zatem, gdy
samce chodziły na żer wyznaczonymi trasami - najpierw w góry, potem nad
rzekę w wysokie trawy - malutka Dar trzymała się blisko nich, ale
radziła sobie sama. Czasami niepewnie podchodziła do któregoś górującego
nad nią samca i podnosiła trąbkę w geście pozdrowienia. Jej matka,
siostry i ciotki pewnie wyciągnęłyby do niej trąby, otoczyły ją,
trąciłyby ją głowami i otarły się o nią całym ciałem jak czułe czołgi.
Dar widziałaby, jak matki karmią młode, bawiłaby się ze swoimi
rówieśnikami i uczyłaby się podstaw słoniowego savoir-vivre'u. Ale samce
z Grupy Obozowej odwracały się od niej, odmawiając jej jedynej szansy na
towarzystwo. Chłód słonia jest równie wielki jak on sam.
Nazwanie samicy słonia zgrabną byłoby sporą przesadą. Nogi jak pnie,
grube kostki, masywne barki, nie wspominając już o mało eleganckich
profilach, utrudniają opisanie ich jako wcielenie kobiecości. Dar była
na tyle damą, na ile to możliwe w przypadku słonicy. Być może po prostu
przez kontrast z samcami wydawała się mieć o wiele bardziej wykwintne
maniery. Jej drobne nawyki przypominały mi dziewczynę, która z jakiegoś
powodu trafiła do męskiego świata. Pewnego popołudnia odłamała gałąź
pokrytą świeżymi, zielonymi liśćmi. Zamiast je zjeść, przez ponad pół
godziny chodziła bez celu z gałęzią w trąbie, jak dziewczyna z bukietem
polnych kwiatów.
Nie mając własnej grupy, Dar nie miała też towarzystwa. Zabawa z rówieśnikami to nie tylko rozrywka, ale i sposób na nawiązanie więzi na
całe życie, udoskonalenie koordynacji ruchów i ustalenie hierarchii. Dar
musiała bawić się sama. Raz weszła do wezbranej rzeki i zanurzyła się z głową. Pluskała się i figlowała; co chwila ponad powierzchnię wyłaniała
się jej noga albo trąba. Od czasu do czasu słoniczka parskała wodą jak
wieloryb i znowu nurkowała.
Specjalnością Dar był jej taniec. Często natykaliśmy się na nią,
biegając po obozie. Spiesząc się do samolotu, żeby wyruszyć na
poszukiwanie słoni, albo do biura po lornetkę czy notes, prawie się z nią zderzaliśmy, ale nigdy nas nie zaatakowała. Jeśli za bardzo się do
niej zbliżaliśmy, oddalała się o jakieś pięć kroków, zatrzymywała się,
unosiła ogon w bok, dramatycznie odrzucała głowę i wracała do nas
truchtem. Powtarzała ten manewr kilka razy, jakby był to jakiś taniec.
Wykonywała go też przed potężnymi bawołami, które pasły się w naszym
obozie i czasem wchodziły jej w drogę
Nie traktowaliśmy jej jak domowego zwierzątka. Nigdy jej nie karmiliśmy
ani nie dotykaliśmy. Ale musiała się czuć przy nas bezpiecznie, bo
zamieszkała tuż obok nas, całkiem jakby rozbiła własny obóz obok
naszego. Czasami stawała koło naszych chat, przyglądając się małym
grupom samic po drugiej stronie rzeki, dokazującym młodym i dorosłym,
które witały się, splatając trąby. Mieliśmy nadzieję, że do nich
dołączy, że wbrew zwyczajom grupa ją przyjmie, ale Dar nigdy się do nich
nie zbliżyła. Gdy dorosła, zaczęła się wyprawiać na coraz dalsze spacery
i czasem nie widywaliśmy jej przez kilka tygodni, a potem nawet
miesięcy. Zawsze się martwiliśmy, że kłusownicy ją zastrzelili, ale
nieodmiennie wracała. Kiedy przelatywaliśmy nad doliną, obserwując grupy
słoni i licząc osobniki, by sprawdzić, czy ich przybywa, zawsze
wypatrywałam Dar. I bardzo chciałam zobaczyć naszą słoniczkę. Może
podniosłaby głowę i zatańczyła dla nas swój taniec?