Prolog
Prolog
- Jezuuu! Chyba nie chce pani pisać książki o Krystynie Pawłowicz? To
tak, jakby wziąć do ręki granat. W końcu wybuchnie! Nie wiadomo tylko
kiedy. Bo zawleczkę trzyma ona, a jest nieprzewidywalna.
W oczach moich rozmówców widziałam zdumienie, a nawet coś w rodzaju
szoku. Tak reagowały przeważnie kobiety, znające ją od dekad - nie mniej
od niej wykształcone (niektóre nawet bardziej), z niemniejszymi
osiągnięciami (często większymi), z porównywalnym wpływem na polską
politykę (kto wie, czy nie większym).
- Z tym wpływem Krystyny Pawłowicz to bez przesady. - Jeden z posłów,
swego czasu związany z PiS-em, robi znaczący grymas. - Nie przeceniałbym
jej. Ona nie odgrywa roli, która byłaby nie do zastąpienia - przekonuje
z emfazą. - Jakby nie było jej w trybunałach czy Sejmie, to byłby ktoś
inny.
Inni posłowie też chętnie wypowiadają się o bohaterce mojej książki, ale
żeby pod nazwiskiem? Aż tak, to nie. Więc chyba trzymam ten granat w ręku. Mam ochotę go rozbroić. A czy wybuchnie? Zobaczymy.
Powodów do napisania tej biografii jest nadto. Krystyna Pawłowicz była
panią poseł pod wieloma względami nietypową, podobnie jak teraz jest
nietypową sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Niezamężna, bezdzietna,
osobowość ma wyraźną i głośną. Jej indywidualizm to pełna tajemnica.
Nosi w sobie skomplikowane historie i pilnie strzeże własnych sekretów.
O jej prywatnym życiu nic naprawdę nie wiemy. To prowokuje kłopotliwe
pytania. Jest zagadką i budzi ciekawość. Ma w sobie coś, co fascynuje,
co człowiek chciałby zrozumieć, a czego często rozumem objąć nie sposób.
Krąży o niej wiele legend. Są wśród nich historie zupełnie wyssane z palca, są opinie przerysowane, ale są też zdarzenia prawdziwie
dramatyczne. I wcale nie chodzi tu o ostentacyjne gesty, okrzyki i wyzwiska, z czego, obiektywnie, jest najbardziej znana.
Dla jednych - odważna, niezłomna i niepokalana: wybitna prawniczka,
niestrudzona felietonistka Radia Maryja, wierna Ojczyźnie. Dla drugich -
skomplikowana osobowość, fanatyczna i nieobliczalna, jak wulkan, który -
jeśli się budzi - to, jak powiadał Pawlak w filmie Nie ma mocnych,
lepiej uciekać do domu.
To ostatnie porównanie nie jest przypadkowe. Krystyna Pawłowicz urodziła
się bowiem w Krainie Wygasłych Wulkanów!
O Krystynie Pawłowicz rozmawiam z politykami, obecnymi i byłymi, z różnych miejsc sejmowych ław. Z jej dawnymi kolegami i koleżankami z Uniwersytetu Warszawskiego. Z tymi, którzy twierdzą, że znali ją nieźle,
jak i z tymi, którzy osobiście spotkali się z nią tylko kilka razy bądź
raz, za to były to pamiętne spotkania. Z tymi, z którymi miała spięcia i procesy, jak i z tymi, których zaskoczyła, ujmując ich swoim miłym
obejściem.
- Ona nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, że czasem wyrządza ludziom
krzywdę. Nazwałabym to syndromem Pana Boga. Czyli: "Wiem, co jest
moralne, a co nie, co jest dobre, a co złe. Wiem to nie tylko dla
siebie, ale i dla innych". Nie dopuszcza myśli, że może nie mieć racji.
W swoich poglądach jest ekspansywna i narzuca je za wszelką cenę innym -
mówi jedna z jej dawnych znajomych z czasów pracy na Uniwersytecie
Warszawskim. I jak wcześniej dwaj byli posłowie - również nie pod
nazwiskiem.
Ale. Pod nazwiskiem czy nie, nawet polityczni wrogowie nie odbierają jej
rzetelnej wiedzy prawniczej czy kompetencji nauczyciela akademickiego.
Podkreślają, jak mało zwraca się uwagę na to, że Krystyna Pawłowicz bywa
czuła i bezinteresowna, że nie jest karierowiczką i nigdy w życiu nie
chodziło jej o pieniądze. Niewielu również docenia w niej - od razu
przecież rzucający się w oczy - autentyzm. Do bólu. A także to, że lubi
siebie. I nierzadko mówi o tym publicznie. To też jest w niej
fascynujące.
Na YouTubie rekordy popularności bije nagranie, na którym podczas
wystąpienia w Sejmie (marzec 2012) zwraca się do posła Cezarego
Tomczyka:
- Drogie dziecko, drogie dziecko, drogie dziecko...
Jej słowa wzbudzają na sali sejmowej poruszenie, gdzieniegdzie słychać
skąpe oklaski. Poseł Cezary Tomczyk z naburmuszoną lekko miną
odparowuje: "Nie jestem pani dzieckiem". Ktoś woła: "Brawo".
- Kończę sześćdziesiąt lat, ale za dwa i pół tygodnia - mówi dalej
Krystyna Pawłowicz, powodując tym wesołość sali. - Ale wyglądam... jak?
Jak ja wyglądam, chłopie? Przyjrzyj się! Przyjrzyj się. A ty, chłopcze,
błąkasz się, mówisz i wyglądasz, jak... dziadek. Własny dziadek!
No, właśnie. W rzeczywistości lubi powtarzać: "jestem bardzo ładna,
bardzo miła dla miłych, życzliwa, łagodna i uśmiechnięta".
Ale dla kogo życzliwa, to życzliwa. Bo nie dla wszystkich. Są kobiety,
które podpadły jej szczególnie. Jedną z nich jest Brigitte Macron.
Dlaczego?
Kiedy w jednym z paryskich magazynów na okładce pojawiły się zdjęcia
żony francuskiego prezydenta w bikini, na plaży na Seszelach, Krystyna
Pawłowicz zareagowała błyskawicznie na Twitterze, w stylu, który w tym
przypadku można by zatytułować "Mam lepsze ciało i się tym nie chwalę".
To nie była zresztą pierwsza zaczepka. Na temat urody żony prezydenta
Macrona wypowiedziała się już wcześniej. "Ona muzeum, a ja ciągle
liceum"1, komentowała, zamieszczając - jak to nazwały media -
kontrowersyjną galerię.
Galeria z jednej strony przedstawiała pierwszą damę Francji w bikini, z drugiej zaś - samą Pawłowicz, ubraną, ma się rozumieć, i z uwagą, a jakże: "Wprawdzie jestem starsza o dwa lata, ale jednak liceum".
Co prawda internauci od razu wytknęli, że po pierwsze, jest starsza
tylko o rok, a nie o dwa, a po drugie, zdjęcie pomarszczonej kobiety w bikini, jakie zamieściła, nie przedstawia Brigitte Macron. Dla Krystyny
Pawłowicz nie miało to znaczenia i zdjęcia nie usunęła.
Wcześniej, ironicznie i kąśliwie, komentowała fotki prezydenta Francji,
przyłapanego przez paparazzich, jak całuje swoją starszą o dwadzieścia
cztery lata żonę. Pawłowicz napisała wtedy: "A podobno eksponatów w muzeum nie wolno dotykać".
Upubliczniła też swoje zdjęcie z przedszkola, aby "zmasakrować" Krystynę
Jandę, ujawniając przy okazji, że w dzieciństwie obie znalazły się w jednej grupie starszaków. Pod zdjęciem zamieściła odpowiedni komentarz,
żeby nie było wątpliwości, kto jest tą najukochańszą, jak zwykle uroczą
i uśmiechniętą Krysiunią.
Dlaczego mówi to, co mówi, i publikuje w social mediach to, co
publikuje?
- Czy to świadoma polityczna manipulacja, czy uprawianie politycznej
cyklofrenii? - zastanawiają się różni obserwatorzy sceny politycznej.
A kolega z PiS-u na to, bardziej przyziemnie:
- Ona dobrze wie, że jak coś chlapnie, to media grzeją tym kilka dni, co
dla nas nie zawsze jest wygodne. Ale czasem jest. Krystyna zresztą
chodzi przeważnie solo, głównie z myślą o sobie. Lubi, jak o niej mówią.
Dobrze czy źle, ale po nazwisku... Zna to pani?
Co jest prawdą w tych ocenach? Nie wiem.
Dlatego biorę ten granat do ręki - z nadzieją, że może uda mi się go
rozbroić z pomocą samej zainteresowanej. Na razie nieustająco odmawia,
ale nie ustaję w wysiłkach. Szperam w archiwach i wspomnieniach ludzi,
mając nadzieję, że się w końcu złamie. W końcu to książka o niej!
Jaka naprawdę jest Krystyna Pawłowicz?
Rozdział I. Urodzeni w śmigus-dyngus
Rozdział I
Urodzeni w śmigus-dyngus
Zawsze się bardzo dobrze uczyłam i ciągle miałam coś do roboty.
Na Dolnym Śląsku, w Krainie Wygasłych Wulkanów, nad rzeką Kaczawą leży
niewielkie miasteczko Wojcieszów. Trzy kościoły, pięć pałaców, jeden
zespół dworski, dwie nieczynne stacje kolejowe. Ruiny zamku, ruiny
XVII-wiecznej murowanej szubienicy. Typowa poniemiecka osada, którą
zasiedlają repatrianci.
Dziś miasteczko liczy niecałe 4 tysiące mieszkańców. Charakteryzuje się
raczej niską frekwencją wyborczą.
Z Wojcieszowa pochodzą dwie znane postacie: budząca kontrowersje była
pani poseł PiS, obecnie sędzia Trybunału Konstytucyjnego, Krystyna
Pawłowicz i młodszy od niej o dziewięć lat, nie mniej kontrowersyjny
artysta muzyczny Maciej Maleńczuk.
- Kto wie, czy jak miałem pięć lat, to się w niej nie podkochiwałem -
powie w jednym z wywiadów kpiarz Maleńczuk.
Jest 14 kwietnia 1952 roku. Katolicki świat obchodzi Poniedziałek
Wielkanocny.
Zarówno cała data urodzin Krystyny, jak i sam rok to numerologiczne
"ósemki". "Większość Ósemek - czytam na portalu astroweb.pl, najbardziej
poważanym przez wyznawców numerologii - dąży do swoich celów wytrwale i nigdy się nie poddaje. Nic nie jest w stanie zatrzymać Ósemki, a porażki
są jej niestraszne. Raczej będą motywować do dalszego działania niż
zniechęcać. Ósemka jest tytanem działania - zawsze wytrwała i skoncentrowana na realizacji swoich planów. Niestety, największe zalety
numerologicznej Ósemki mogą z czasem przekształcić się w poważne wady.
Od pracowitości jest bowiem niedaleko do pracoholizmu. Zaangażowanie
może łatwo zostać zastąpione przez nadgorliwość. Z kolei cecha taka jak
zdecydowanie może stać się zwyczajnym uporem. Jeśli więc Ósemka nie
będzie uważać, może popaść w negatywne skrajności. Na szczęście jest z natury dość praktyczna, więc istnieje szansa, że nigdy nie popełni tego
błędu".
Krysia jeszcze tego nie wie, bo dopiero co się urodziła, ale czas
pokaże, że ten opis będzie proroczy - dla niej i dla świata.
W Austrii 14 kwietnia 1952 roku dzieciaki kręcą się po ogrodach czy
parkach z nadzieją, że nie wszystkie koszyczki ze słodyczami zostały
odnalezione w Wielką Niedzielę. W austriackiej gminie Stumm rodzi się
przyszły katolicki biskup Hansjörg Hofer. W 2017 roku papież Franciszek
mianuje go biskupem pomocniczym archidiecezji salzburskiej. Po drugiej
stronie globu - w Brazylii - tego dnia dzieciaki zajadają się pacoca,
czyli łakociami przygotowanymi z pokruszonych orzeszków ziemnych i cukru. W brazylijskim mieście Massaranduba rodzi się przyszły katolicki
biskup Dirceu Vegini. W 2010 roku papież Benedykt XVI mianuje go
biskupem diecezji Foz do Iguaçu.
W Niemczech Ostermontag, czyli Poniedziałek Wielkanocny, to dzień
odpoczynku i odwiedzania rodzin. W niemieckim Viersen rodzi się Udo
Voigt, przyszły polityk, przewodniczący neonazistowskiej
Narodowodemokratycznej Partii Niemiec. W 2014 roku zostanie posłem
Parlamentu Europejskiego. Da się poznać z nacjonalistycznych i ksenofobicznych wypowiedzi; w szczególności tych, które relatywizują
hitlerowskie zbrodnie na Żydach.
W Polsce staropolski obyczaj pozwala mężczyznom w ten dzień bezkarnie
tłuc rózgą swoje kobiety - żony lub narzeczone, w ostateczności siostry.
A potem jeszcze lać je wodą.
W Wojcieszowie, jak we wszystkich innych polskich miejscowościach,
śmigus-dyngus trwa od rana. W tej wiosennej atmosferze pisków, krzyków,
radosnej szamotaniny i śmiechu na świat przychodzi przyszła sędzia
Trybunału Konstytucyjnego Krystyna Pawłowicz.
Mamy więc wiosnę 1952 roku.
W Wielkiej Brytanii od dwóch miesięcy panuje Elżbieta II.
W Warszawie za dwa tygodnie rozpocznie się budowa Pałacu Kultury i Nauki.
W ogóle rok 1952 jest dla Polski - kraju wstającego z ruin - znaczący
pod wieloma względami.
Po pierwsze, uchwalona zostaje stalinowska konstytucja.
Po drugie, państwo polskie przyjmuje nową nazwę - Polska Rzeczpospolita
Ludowa.
Po trzecie, zniesiony zostaje urząd prezydenta (zastąpi go Rada
Państwa).
A po czwarte, Warszawa oficjalnie staje się stolicą PRL.
"Mój tatuś do śmierci chodził wyprostowany"
Imię Krystyna przyszła sędzia Trybunału Konstytucyjnego dostaje po
swojej mamie, Krystynie Annie z domu Gawrońskiej.
O mamie nie powie inaczej niż "mamusia", "mamunia". I najczęściej doda:
"Była osobą wyjątkowej dobroci". Uważa, że dobre wzorce ze strony mamy
brały się stąd, iż "moja mamusia pochodziła z wielodzietnej rodziny;
było ich jedenaścioro, bardzo zżyci ze sobą".
W sumie niewiele informacji.
Może jeszcze to, że Krystyna Anna Gawrońska wywodzi się z Łowicza. W młodości była harcerką. By dostać się do liceum w Łowiczu, napisze pracę
Mój bohater Piłsudski, bardzo chwaloną przez nauczycielki.
Marcin Wójcik z "Gazety Wyborczej" poda, że Gawrońscy przed wojną
zarzynali krowy i świnie i robili najlepsze w Łowiczu kiełbasy. Mieli
być przekonani o swojej wyższości i wierzyć, że płynie w nich błękitna
krew.
Przyszła posłanka PiS lubi podkreślać, że dziedziczy dobre geny również
ze strony ojca. Mówi na przykład: "Mój tatuś do śmierci chodził
wyprostowany".
Krystyna nie powie o nim inaczej niż "tatuś".
Tatuś Leon to niewysoki blondyn z kręconymi włosami i wąsem, trzyma się
prosto. Po nim ma tę postawę: chodzi wyciągnięta jak struna.
Ojciec jest sporo starszy od matki. Gawrońska jest jego drugą żoną. Ci z moich rozmówców, którzy byli w domu Pawłowiczów, opowiadają, że Leon
traktował żonę z czułością, trochę jak dziewczynkę. Z czułością też
traktuje mamę Krystyna, która będzie się nią opiekować do końca jej
życia.
Urodził się 8 grudnia 1911 roku w Dyneburgu, głównym ośrodku Polaków na
Łotwie, jako najstarszy z pięciorga dzieci technika budowlanego Juliana
i Heleny z domu Lipińskiej.
Julian, czyli dziadek Krystyny, pracuje na kolei. Dzieci trzyma krótko,
dba o ich patriotyczne wychowanie i pielęgnowanie języka polskiego.
Leon kończy polskie gimnazjum, rozpoczyna studia prawnicze w Rydze. Jest
harcerzem i działaczem Związku Polaków na Łotwie.
Wybucha II wojna światowa. Młody Pawłowicz wraz z grupą polskich
harcerzy z Dyneburga przebywa akurat w Warszawie. Staje do obrony
stolicy. W połowie września wraca na Łotwę, gdzie czynnie uczestniczy w tworzeniu wojskowej konspiracji. W styczniu 1941 roku był już w dywersyjnej organizacji "Wachlarz". Działa w wielu miejscach - na
Litwie, Łotwie i w Estonii; wspina się po kolejnych szczeblach
wojskowego wywiadu. Kieruje tajną ekspozyturą na terenie Związku
Radzieckiego. Awansuje na szefa wywiadu strategicznego okręgu
"Inflanty".
6 sierpnia 1942 roku wpada w ręce gestapo.
Trafi do obozu koncentracyjnego Stutthof.
Tyle mówi Wikipedia.
W opatrzność Bożą wierzą straceńcy
Głód. Krzyki. Bicie.
Strach.
Nieludzki terror, psychiczny i fizyczny.
Choroby. Ból.
Na porannym apelu w Stutthof Lagerkommandant powtarza niczym mantrę:
"Jedyna droga do wolności znajduje się w krematorium".
Mogło być tak: na początku 1943 roku Leon Pawłowicz ponad głową
komendanta spogląda w niebo. Widzi: gęsty, kłębiący się dym z trzech
kominów obozowego krematorium. Czuje: odór palonej skóry i własny lęk.
Myśli: żadnej nadziei i gdzie jest Bóg? Zastanawia się: jak długo to
potrwa?
Mijają dwa lata.
W drugiej połowie stycznia 1945 roku w Stutthof poruszenie. Esesmani
przygotowują ewakuację. Więźniowie formują kolumny. Ponaglani biciem,
kopaniem, w silnej asyście strażników z psami idą w nieznane.
Ta ewakuacyjna, wycieńczająca wędrówka potrwa ponad dwa miesiące.
Zostanie nazwana marszem śmierci.
Odgłosy zbliżającego się frontu nie zmienią postępowania esesmanów.
Mordują każdego, kto odstaje od kolumny. Martwe ciała więźniów obozu
znaczą całą drogę przejścia.
Leonowi Pawłowiczowi w marcu 1945 roku uda się zbiec z kolumny
transportowej. To będzie gdzieś w okolicach Redy i Wejherowa. Niemal
natychmiast zatrzyma go NKWD. Lecz znów ucieknie.
Z wojenną traumą będzie się zmagać do końca życia. W obozie
koncentracyjnym straci wiarę w Boga. Nie on jeden.
Jak było w Stutthofie, wiem od Czesława Lewandowskiego. To dziś jeden z nielicznych żyjących, którzy przetrwali piekło tej fabryki śmierci.
Opowiada mi o obozowej potworności. O pozbawianiu więźniów
człowieczeństwa. O terrorze. O strasznych przeżyciach i niewyobrażalnej
wprost gehennie.
- Duża część więźniów w obozie popadła w zupełną apatię. Godzili się z przerażającą rzeczywistością i uważali, że jedynym ratunkiem jest
modlitwa. W gwarze obozowej nazywano ich muzułmanami. Wierzyli już tylko
w opatrzność Bożą. Rezygnowali z walki o przeżycie. To byli straceńcy.
Ratunek w modlitwie był najgorszym wyborem, by przeżyć - wspomina
Czesław Lewandowski.
Daleki jest od akceptacji takiego życia, w którym zdać się trzeba na
instynkt i wiarę w przetrwanie.
Jego marsz kończy się pod Lęborkiem - tam rosyjskie czołgi wyzwolą
więźniów. Wkrótce połowa z nich umrze z wycieńczenia.
Leon Pawłowicz wywinie się śmierci.
Po wojnie na Łotwę już nie wróci. W Dyneburgu pozostanie jego pierwsza
żona Jadwiga z domu Dowgiłowicz i trójka dzieci: Leon, Jadwiga i Zbigniew.
- Historia powtórnego małżeństwa Leona Pawłowicza w Polsce to nie jest
taka znów rzadka sytuacja. Mężczyźni po wojennej zawierusze nie zawsze
chcieli wracać do kraju, w którym żyli wcześniej, właśnie z powodu
czekających ich tam prześladowań. Zakładają więc nowe rodziny -
komentuje koleżanka Krystyny Pawłowicz z PiS-u.
Czy to wytłumaczenie wystarcza? Zbigniewowi Nowakowi, byłemu posłowi
Samoobrony, najwyraźniej nie.
Akta ojca ujawnione
Kilka lat temu w internecie pojawiły się "sensacyjne" informacje na
temat prawdziwej historii ojca Krystyny Pawłowicz.
Zamieścił je Zbigniew Nowak, były poseł, który dostał się do parlamentu
z list Samoobrony, by pod koniec kadencji zostać posłem niezrzeszonym.
Nowak przyczynił się do ujawnienia tzw. sprawy "króla żelatyny", afery
starachowickiej i afery hazardowej. Jako pierwszy już w roku 2005 - w ramach protestu głodowego - zgłaszał nieprawidłowości przy przejmowaniu
przez Fundację Prasową "Solidarność" nieruchomości po "Expressie
Wieczornym". W 2019 roku jako pierwszy ujawnił współpracę z SB
Kazimierza Kujdy, blisko związanego z prezesem PiS Jarosławem
Kaczyńskim, a kilka miesięcy później - fakt przynależności Krystyny
Pawłowicz do Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. W mediach
społecznościowych napisze, że Krystyna Pawłowicz była cudownym dzieckiem
PRL-u. Uzyskał też podobno z IPN-u kopie akt paszportowych sędzi
Trybunału Konstytucyjnego.
- Wynika z nich, że ubiegając się w czasie studiów o paszport na wyjazdy
do Belgii, Holandii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii, zawsze wpisywała
przynależność do SZSP. Chyba po to, żeby szybciej paszport dostać. Albo
żeby władza przyjaźniej na jej wnioski spojrzała - mówi mi Zbigniew
Nowak.
Z opublikowanych przez Nowaka dokumentów, dotyczących ojca Krystyny
Pawłowicz, ma wynikać, że Leon jeszcze przed wojną ukończył szkołę
policji. Że był oficerem armii litewskiej, kolaborował z "ruskimi" i niczym James Bond prowadził działania wywiadowcze na rzecz Londynu. Sam
generał Władysław Sikorski miał mu nadać Order Virtuti Militari i rangę
kapitana.
W swoich życiorysach pisał rzekomo, że pracował jako kierownik pociągu i ratował Żydów. Po wojnie zaś stał się beneficjentem władz PRL-owskich i radzieckich i otrzymywał kierownicze stanowiska w administracji
państwowej. Miał też podpisać zobowiązanie do tajnej współpracy z UB na
dwa różne nazwiska: Leon Pawłowicz i Aleksander Ulfik. I to on był
podobno autorem ponad trzydziestostronicowej monografii wojennej
działalności Polaków na Litwie, opracowanej na zlecenie UB, w której
znajduje się lista osób "działających na rzecz Londynu".
W "dokumentach Nowaka" zawarte są nawet sugestie, że Leon Pawłowicz mógł
być "matrioszką", jak nazywano rosyjskich nielegałów, inaczej śpiochów,
czyli doskonale wykształconych oficerów sowieckiego, później rosyjskiego
wywiadu, którzy prowadzili podwójne życie, udając lojalnych obywateli
kraju, w którym żyli.
Do dziś w niektórych kręgach plotkuje się, że taką "matrioszką" mieli
być, na przykład, generał Wojciech Jaruzelski czy Czesław Kiszczak.
Leon Pawłowicz w 1946 roku dostaje polskie obywatelstwo.
W 1950 roku ucieka z Gdańska do Wojcieszowa na Dolny Śląsk, żeby
zatrudnić się w tamtejszym kamieniołomie. Ponoć ściga go UB i milicja za
defraudację 51 tysięcy złotych na szkodę Urzędu Miejskiego w Gdańsku.
Wyrok wydany 4 października 1950 roku: półtora roku więzienia.
Krystyna Pawłowicz w pierwszej chwili reaguje na te internetowe
publikacje nerwowo. Przejmuje się. Niepokoi. Pisze na Twitterze, że nie
miała o tych rzekomych faktach pojęcia. Dzwoni do Krzysztofa
Wyszkowskiego.
Wyszkowski przyznaje w rozmowie ze mną, że faktycznie doradzał jej w tej
sprawie.
- Opowiedziała mi o tej publikacji, a ja się z nią zapoznałem.
Przeprowadziliśmy ileś rozmów na ten temat. Przesłała mi materiały, ale
to nie były żadne dokumenty, tylko zwykłe oczernianie - wzrusza
ramionami Wyszkowski.
Poprosił jednak o opinie znajomych historyków z IPN-u, gdzie pracuje.
Ich ocena - jak mówi - była jednoznaczna: to jeden wielki humbug.
Nazwisk tych historyków Wyszkowski, niestety, nie podał.
Za upublicznienie tych dokumentów i pisanie o tym Krystyna Pawłowicz
pozywa Zbigniewa Nowaka do sądu.
- Pozwała mnie o to - mówi Nowak - że naruszyłem dobre imię jej tatusia,
konfidenta UB. W IPN są jednak dwa oświadczenia o współpracy na dwa
nazwiska: Pawłowicz i Ulfik. Pod tą samą datą.
22 marca 2021 roku Nowak przybędzie do sądu na rozprawę z kamerą.
Niczego jednak nie zarejestruje. Sędzia wyłączy jawność procesu.
"Dobranoc, moje kochane dzieci"
Rodzice Krystyny Pawłowicz nie pozostają długo na Dolnym Śląsku.
Przenoszą się z dziećmi do Warszawy, a konkretnie do Ursusa -
robotniczego miasteczka, które wcześniej nazywało się Czechowice i wyrosło na kilku wsiach: Czechowice, Skorosze, Szamoty, Gołąbki i Grabkowo. Nazwę Ursus miasto przyjmuje w 1954 roku.
Ursus lat 50., jak pisał Jerzy Domżalski w publikacji Dzieje Ursusa w zarysie, przypomina ugór. O ile jeszcze fabryka traktorów, z racji
swojej pozycji w przemyśle oraz potrzeb reklamowo-propagandowych
ówczesnej władzy, doczeka się licznych publikacji, w tym albumów, to już
losy wiosek, z których wyrośnie to robotnicze miasteczko, nie budzą
niczyjego zainteresowania.
"Relacje fabryka-miasto dobrze charakteryzował obraz, który wielokrotnie
obserwowałem w latach 70. XX wieku podczas różnych uroczystości
odbywających się w Zakładowym Domu Kultury. Przez całą scenę w sali
widowiskowej rozciągał się stół prezydialny. W jego centralnej części
siadali najróżniejsi dygnitarze, ku skrajowi stołu osoby coraz bardziej
podrzędne. Przedstawiciel miasta siedział zawsze na ostatnim miejscu.
Miałem wrażenie, że musiał mocno trzymać się rękoma za nogę stołu, aby
nie wypchnięto go poza scenę", przedstawia Domżalski.
Matka Krystyny dostaje pracę w pruszkowskim urzędzie, w geodezji. Ojciec
w administracji fabryki. Z niektórych publikacji wynika, że pracował też
w fabryce Wedla. Pawłowiczowie wprowadzają się do mieszkania w trzypiętrowym budynku w centrum Ursusa. Z czasem zyskuje ono na metrażu,
bo zostaje powiększone o zaadaptowany strych.
Ulica, przy której mieści się ich blok, należy do parafii pw. Świętego
Józefa Oblubieńca NMP. Dziś to parafia Krystyny Pawłowicz. Z księdzem
proboszczem jest w dobrych relacjach.
Pozostanie w mieszkaniu po rodzicach, wykupionym od gminy w 2000 roku.
Obecnie jego powierzchnia liczy 95 metrów kwadratowych.
W tamtych czasach Pawłowiczowie - w ocenie ludzi, którzy ich znali -
dystansują się od reszty świata, raczej stronią od towarzystwa. Inaczej
niż siostra matki Krystyny - ciocia Jadzia. Mieszka w tym samym bloku;
jest otwarta, gościnna i serdeczna.
Krystyna Pawłowicz jest środkowym dzieckiem. Wychowuje się ze starszym o kilka lat bratem Andrzejem i młodszą o półtora roku siostrą Elżbietą.
Zdaniem psychologów, "średnie pociechy" radzą sobie w życiu najlepiej.
Ona sama nieraz powie, że nie była grzeczną dziewczynką. 1 czerwca, w Dzień Dziecka, napisze na Twitterze: "Dawno temu byłam dzieckiem... Może
niezbyt grzecznym, ale dzieckiem".
Elżbieta, siostra Krystyny, będzie wspominać po latach, że tata prawie
każdego wieczoru wchodził do pokoju dzieci i zwracał się do nich
uroczyście po łotewsku: "Dobranoc, moje kochane dzieci".
Po łotewsku musiało to brzmieć tak: Ar labu nakti mani jauki b?rni.
Mama wpaja dzieciom szacunek do mniejszości. Do szkoły chodzi z żydowskimi dziewczynkami. "To były wspaniałe koleżanki", wspomni po
latach.
I to wszytko, co wiadomo o dzieciństwie Krystyny Pawłowicz. No, może
jeszcze to, że mamunia czyta Krystynie do snu Życie świętej Genowefy.
To książka "napisana dla rodziców dzieci trudnych, które w swych
cierpieniach szukają pociechy w Bogu i w swej niewinności".
Barbarzyńskie metody atakowania zmarłych
Leon Pawłowicz umiera 13 kwietnia 1999 roku, dzień przed 46. urodzinami
Krystyny. Krystyna chodzi z mamą na jego grób dość często, aż do 2014
roku, gdy mama też umiera. Pochowana zostaje z mężem w jednej krypcie.
W lipcu 2017 roku nieznani sprawcy oblewają grób rodziców czerwoną
farbą. Krystyna opublikuje wówczas w internecie kilkadziesiąt zdjęć,
żeby to udokumentować wszystkim wokół niej.
Mimo prowadzonego przez policję postępowania sprawcy nie zostaną
wykryci. Krystyna o ten ohydny akt wandalizmu oskarża sympatyków
opozycji.
"Atak na grób moich Rodziców odbieram jako kolejny przejaw "walki"
politycznej totalnej opozycji i jej - karmionych głęboką nienawiścią -
sympatyków, do środowisk, które w 2015 r. demokratycznie wygrały wybory,
tj. do PiS. Bezsilnej totalnej opozycji zostały już tylko barbarzyńskie
metody atakowania zmarłych, ich pamięci i grobowców osób bliskich
polityków PiS", napisze na Facebooku.
"Gazeta Wyborcza", informując o tym, przypomni, że wielokrotnie
niszczono też grób rodziców Adama Michnika. A to wandale zrzucą i rozbiją nagrobną płytę, a to tępym narzędziem potłuką nagrobek. W 2012
roku zaś przewrócą tablicę z nazwiskami, z tyłu natomiast wydrapią
gwiazdę Dawida na szubienicy.
Adamowi Michnikowi to się nie mieści w głowie. Skomentuje: "Chciałbym
wierzyć, że zrobiła to osoba o silnych zaburzeniach emocjonalnych lub
psychicznych, która nasłuchała się propagandy przeciw "Gazecie" i Michnikowi. To jest tak sprzeczne z polską tradycją. U nas grób to jest
rzecz święta".
Grób Leona i Krystyny Pawłowiczów będzie szorować siostra Elżbieta.
Potrwa to kilka dobrych godzin. Pomogą jej przyjaciele.
Kryśka, Krysia i Krysiunia po dwóch stronach stołu
W Ursusie mury się pną do góry. Powstają nowe bloki i osiedla. Jest
końcówka lat 50. Idzie kolejna Wielkanoc.
Na skwerze przy ulicy Wapowskiego grupa starszaków siedzi na ławie ze
swoją panią wychowawczynią. Krystyna Pawłowicz ma krótkie włosy. Grzywkę
mamunia spina jej drucianą spinką, zwaną wsuwką. Dziewczynka usadowiona
jest po lewej stronie pani wychowawczyni. Drobna, zgrabna, buzia
inteligentna, o ciekawym spojrzeniu. W dość skromnej sukience, z gołymi
nogami. Dziecko inteligencji pracującej, przyszła profesor prawa i znana
poseł, sędzia Trybunału Konstytucyjnego.
A po prawej... hoża dziewoja z ogromną kokardą na czubku głowy; włosy ma
spięte w koński ogon. Ubrana jest w biały sweterek, białe rajtuzki.
Zjawiskowa. Krystyna Janda, przyszła znana aktorka, reżyserka i właścicielka teatru.
Obie oczywiście nie znają jeszcze swoich przyszłych losów, ale oczami
wyobraźni można dostrzec rodzącą się animozję.
To zdjęcie, gdzie są obie tak widoczne, jest jedną z dwóch
czarno-białych fotografii, które Krystyna Pawłowicz zamieści 3 stycznia
2021 roku na Twitterze, solidaryzując się z ogólnonarodowym oburzeniem,
które właśnie przetacza się po Polsce w związku z tak zwaną aferą
szczepionkową.
Na drugiej fotografii obie Krysie siedzą już po przeciwnych stronach
stołu. "Zwracam skromnie uwagę, że pani jest przy mnie", nie omieszka
zwrócić uwagi internautów Krystyna Pawłowicz.
Zdjęcia podpisze dowcipnie, choć nie bez złośliwości: "Obok Pani, po jej
prawej stronie, z kokardą - przyszły wybitny wirusolog, dystrybutor
szczepionek Covid dla trupy "Ochota" - Krysia Janda. A po drugiej
stronie Pani - najukochańsza, jak zwykle urocza i uśmiechnięta Krysiunia
Pawłowicz".
Krysia, Krysiunia - Pawłowicz lubi siebie nazywać w ten sposób. Powtarza
własne o sobie opinie, że jest ładna, miła i dobra.
Obie Krysie urodzone są tego samego roku, ale Janda jest o kilka
miesięcy młodsza - przyjdzie na świat 18 grudnia 1952 roku w Starachowicach.
Do Ursusa trafi mniej więcej w tym samym czasie, co Krystyna Pawłowicz.
Ojciec Jandy - czeski inżynier - zostanie służbowo przeniesiony do
Ursusa. Ale przyszła aktorka zamieszka z rodzicami dopiero wtedy, gdy
skończy siedem lat.
Zatem opublikowane przez Krystynę Pawłowicz zdjęcia mogą być późniejsze;
i dotyczyć już nie czasu przedszkolnego, lecz szkolnego.
Gdy ktoś z internautów zwraca uwagę na złośliwe opisy przy zdjęciach
autorstwa Krystyny Pawłowicz, odpowiada: "Trzeba się trochę podrażnić".
Kto wie, być może, zupełnie niechcący i spontanicznie, wyraża tym
kluczową myśl.
Krysiunia, jako dorosła kobieta, lubi się drażnić, prowokować i wkładać
kij w mrowisko.
Fotografie w symboliczny sposób pokazują, że obie Krystyny od
dzieciństwa znajdowały się po dwóch stronach barykady. Obie też nie będą
sobie szczędzić uszczypliwości przy lada okazji już w dorosłym życiu.
Janda powie o Pawłowicz: "Ta kobieta ma klimakterium w ostrym stadium.
Ja to znam, biorę na to plastry".
Pawłowicz zaś o Jandzie: "Rozmawiajmy o Polsce, a nie o jakiejś
emerytowanej aktorce. Ona mnie w ogóle nie obchodzi".
Janda zwykle bez przekonania mówi o kontaktach z przyszłą sędzią
Trybunału Konstytucyjnego:
- Jestem z Ursusa. Pani Pawłowicz też. Obie mamy na imię Krystyna. Może
nawet chodziłyśmy do tej samej szkoły.
Obie w dzieciństwie i wczesnej młodości biegają wyczynowo, o czym przy
okazji wywiadów wspomina Pawłowicz. Jako nastolatka trenuje
lekkoatletykę. Rzuca oszczepem - w tej dyscyplinie zostanie mistrzynią
Mazowsza młodzików. Z sukcesem rzuca też dyskiem; niezła jest w pchnięciu kulą. Trenuje biegi, biega w sztafecie 4 x 100 metrów (100
metrów przebiega w 12,6 sekundy). Z dumą mówi, że w młodości znalazła
się w setce najlepszych polskich sprinterek.
No i była szybsza od Jandy. Zresztą... Biegała też z Ireną Szewińską!
Szewińska, pytana o to przez dziennikarzy, odpowiada, że sobie nie
przypomina. Ale nie przekreśla tego, że Pawłowicz trenowała w tym samym
czasie, co ona, i w jakichś zawodach mogły razem startować.
A Janda?
- Raz - opowiada wspólna koleżanka Krystyny Pawłowicz i Hanny
Gronkiewicz-Waltz - na jakimś spotkaniu z Krystyną Jandą, ówczesna
prezydent Warszawy wprost zapytała sławną aktorkę: "To pani z Krystyną
Pawłowicz biegała?". Reakcja Jandy była zaskakująca: "Nie pamiętam",
wzruszyła ramionami aktorka.
"Gdyby nie te sporty, wylądowałabym w poprawczaku"
Krystyna ma talent - pięknie rysuje.
Ale i do sportu ma wielkie predyspozycje. W wieku czternastu lat zostaje
objęta programem przygotowania na olimpiadę w Monachium. Jej karierę
sportową przerywa jednak śmierć trenera.
"Gdyby nie te sporty, wylądowałabym w poprawczaku. Mnie ze sprawowania
zawsze wychodziła czwóra", opowiada po latach w wywiadach. Powód? Ponoć
bardziej leżało jej towarzystwo chłopaków niż dziewczyn.
- Dość agresywna byłam. Nikt mnie nie zaczepiał, wszyscy wiedzieli, że
ze mną trzeba grzecznie - powie Marcinowi Wójcikowi. Jest przekonana, że
rozmawia z dziennikarzem z "Gościa Niedzielnego".
Kiedy Wójcik spotyka się z Krystyną Pawłowicz, pracuje jeszcze w "Gościu
Niedzielnym", ale reportaż o Krystynie Pawłowicz opublikuje "Duży
Format", dodatek "Gazety Wyborczej". Krystyna Pawłowicz pójdzie do sądu:
będzie domagać się przeprosin i 20 tysięcy złotych. Sąd oddali jej
pozew.
W lipcu 2013 roku Wójcik napisze, że Krystyna Pawłowicz, gdy była mała,
jeździła do Łowicza, do dziadków na wakacje. Biegała łąką do rzeki, żeby
się wykąpać, bo podwórko akurat wychodziło na Bzurę. A za nią chmara
dzieciaków. Ale to ona im przewodziła. Potrafiła przylać ręką.
Jest pewna siebie. Lubi się bawić w "panią nauczycielkę".
Z domu, jak większość dzieci w tamtych czasach, wyniesie zasadę, wpajaną
od małego: "Nie mów nikomu, co się dzieje w domu".
Tej maksymy trzyma się przez resztę życia.
"Nie mam siostry, przepraszam, ciągle mi to ktoś wmawia"
Andrzej Pawłowicz jest po rozwodzie. Krystyna Pawłowicz z bratem
stosunków nie utrzymuje.
Brat mieszka daleko, w Koszalinie, i jedyne, czego pragnie, to ciszy
wokół siebie. A już zwłaszcza tego, żeby media odczepiły się wreszcie od
niego. Andrzej uważa, że z Krystyną łączy go tylko nazwisko.
Przez znajomych z Pomorza próbuję jednak do niego dotrzeć. Nieodmiennie
słyszę: "Odmawia rozmowy z dziennikarzami".
Sąsiedzi Krystyny Pawłowicz przy okazji różnych najazdów dziennikarzy
wspominają, że Andrzej Pawłowicz był widziany w Ursusie kilka razy. Ale
już dawno nie.
Relacje Krystyny z młodszą siostrą Elżbietą nie są idealne. Był czas,
kiedy Krystyna w ogóle zaprzeczała, że ma jakąkolwiek siostrę:
"Nie mam siostry, przepraszam, ciągle mi to ktoś wmawia. Proszę mi dać
święty spokój" - w taki sposób reaguje na pytanie, które zadaje jej
dziennikarz Filip Chajzer.
- Tak się umówiłyśmy, że nie będziemy o sobie mówić - łagodzi później tę
wypowiedź Elżbieta.
Mleko się wyleje, kiedy Elżbieta, która zacznie już działać w Komitecie
Obrony Demokracji, na jednym z marszów KOD-u podejdzie do Jarosława
Kurskiego, wiceszefa "Gazety Wyborczej", i powie: "Nazywam się
Pawłowicz. Jestem siostrą Krystyny. Pan mnie rozumie".
Jarosław Kurski doskonale rozumie, co Elżbieta Pawłowicz ma na myśli. On
jest przecież bratem Jacka Kurskiego, prezesa TVP, związanego z obecną
władzą.
Od tamtej pory media zaczynają uganiać się za Elżbietą i zapraszać ją na
wywiady. Pytają. Jak wyglądają święta u sióstr? Jak Wigilia? A jak
rozmowy Elżbiety z Krystyną?
Elżbieta odmawia, kiedy proszę ją o spotkanie.
Skąpe informacje na temat sióstr i ich relacji zbieram jak rozsypane
puzzle.
Krystyna kolportuje bibułę
Od pewnego czasu rozmowy Krystyny z Elżbietą wyglądają nijak.
Elżbieta (mówiła swego czasu dziennikarzom) nie kryje nadziei, że kiedyś
ich relacje się poprawią. Ona, po pierwsze, nie chce siostry obmawiać,
nie chce krytykować, a nawet ją podziwia i złego słowa na nią nie powie.
Po drugie, identyfikuje się z jej bojowością, bo tak zostały wychowane.
Rodzice uczyli je patriotyzmu i cywilnej odwagi i każda realizuje to na
swój własny sposób. Krystyna w PiS-ie, Elżbieta w KOD-dzie. Niby chodzi
im o te same wartości, ale każda rozumie je inaczej.
Tyle można wyczytać z wywiadów, których udzieliła Elżbieta w krótkim
okresie dość intensywnej KOD-owej działalności. Potem już nie chce o siostrze rozmawiać.
Dzięki wcześniejszym wypowiedziom opinia publiczna dowie się jednak, że
trzydzieści lat wcześniej Elżbieta Pawłowicz była sekretarką Jarosława
Kaczyńskiego w biurze Porozumienia Centrum. Tę pracę pomoże siostrze
znaleźć Krystyna.
Ów chłód między nimi nie zawsze więc miał miejsce. W młodości mają
podobne - sportowe - zainteresowania. Elżbieta trenuje gimnastykę -
ćwiczy akrobatykę; jeździ też na zawody strzeleckie i odnosi tam
sukcesy. Uwielbia wyzwania. Całkiem niedawno, bo kilka lat temu, poszła
na kurs krav magi.
W latach 80. siostry ramię w ramię działają w opozycji. Krystyna
kolportuje bibułę, w którą zaopatruje ją profesor Lech Falandysz. Przez
tę bibułę trafi w stanie wojennym do pałacu Mostowskich (stołeczna
komenda milicji). Czy to spowoduje, że zradykalizuje się w swoich
poglądach?
Elżbieta marzy o psychologii, ale na wybrane studia się nie dostaje.
Kończy policealne studium handlu zagranicznego i zostaje handlowcem w Centrali Handlu Zagranicznego.
Krystyna idzie w ślady ojca i wybiera prawo. Ale dopiero wtedy, gdy nie
wyjdzie jej z anglistyką. Jedni mówią, że oblała egzaminy, drudzy, że
sama zrezygnowała.
Elżbieta spotyka ludzi opuszczonych przez rodzinę
Krystyna po studiach prawniczych zostaje na uczelni. Na Uniwersytecie
Warszawskim będzie członkiem komisji zakładowej Solidarności Wydziału
Prawa i Administracji. Dzięki znajomości z Lechem Falandyszem poznaje
ludzi opozycji. Potem znajdzie się przy Okrągłym Stole. Pozna Jarosława
Kaczyńskiego.
Elżbieta w Centrali Handlu Zagranicznego jest członkiem zarządu
zakładowej Solidarności. Przez działalność opozycyjną straci posadę.
Wilczy bilet dostanie w dzień swoich urodzin. Pójdzie z pozwem do sądu
pracy.
Krystyna będzie przychodzić na te rozprawy z profesorem Falandyszem, aby
wywrzeć presję na młodej sędzi, byłej studentce Falandysza zresztą.
Obecność Falandysza pomaga o tyle, że młoda sędzia rezygnuje z prowadzenia sprawy. Finał jest taki, że Elżbieta wygrywa i dostaje
odszkodowanie - równowartość dwóch pensji.
Znajduje sobie nową pracę w fabryce: podbija robotnikom kartki
żywnościowe. Długo tam jednak nie wytrzyma.
Instytut Psychiatrii i Neurologii z ulicy Sobieskiego szuka pracowników.
Elżbieta po latach w rozmowie z "Polityką" będzie wspominać:
"Poszukiwano wtedy terapeutów zajęciowych. Ta praca okazała się idealna
dla mnie. Codziennie, przez dziewięć lat, spotykałam tu dorosłych ludzi
pokonanych przez chorobę psychiczną, nieszczęśliwych i często, z biegiem
czasu, opuszczanych przez najbliższą rodzinę. Najwytrwalsze były matki,
które z każdym kolejnym nawrotem choroby ich dorosłych już dzieci
spędzały godziny w szpitalu. Pamiętam, że niewielu chciało tu pracować.
Ta praca była jednym z najważniejszych okresów mojego życia".
To wtedy zrodzi się w niej przekonanie, że szacunek należy się każdemu.
Niezależnie kim jest, skąd jest, co robi, jakie ma poglądy.
A jednak przychodzi czas, że Elżbieta chce odejść ze szpitala. Misja
misją, a zarobki małe.
Znów pomoże jej Krystyna. Elżbieta stawi się w nowej pracy, w biurze
partii Porozumienie Centrum przy placu Unii Lubelskiej. Zostanie
sekretarką prezesa Jarosława Kaczyńskiego.
Tam pozna legendarną panią Basię, jedną z najbardziej profesjonalnych
sekretarek, jakie spotka - tak będzie o niej mówić.
Tymczasem Krystyna robi aplikację sędziowską. Siedem lat później obroni
doktorat. Koleguje się z Hanną Gronkiewicz-Waltz.
Psują się siostrzane relacje
Elżbieta jedzie do Medjugorie.
Jeszcze nie może w to uwierzyć. Można mniemać, że paszport dostała
cudem, że w portfelu ledwo kilka dolarów.
Trwa komuna.
Medjugorie - niewielka wioska na Bałkanach - znana jest z objawień
Maryjnych. Objawienia, nieprzerwanie od 1981 roku, przyciągają
pielgrzymów z całego świata.
Historia Medjugorie zaczyna się w dniu 24 czerwca 1981 roku, kiedy na
wzgórzu Podbrdo, niedaleko wioseczki, trzy dziewczynki, Ivanka, Mirjana
i Vicka, mają widzenie. Ukazuje się im piękna pani. Nazwą ją Gospa. Do
dziewczynek dołączą kolejne dzieci: Ivan, Marija i Jakov.
Od tamtej pory objawienia Matki Bożej mają wydarzać się codziennie.
Widzący otrzymują orędzie, aby przekazywać je dalej, oraz dziesięć
tajemnic, z których większość dotyczy przyszłości świata i Kościoła.
Dziś Medjugorie to sanktuarium Eucharystii, adoracji Boga, celebracji
Sakramentu Pokuty i Pojednania oraz miejsce licznych duchowych nawróceń.
Pielgrzymi odnajdują tam sens życia, pokój serca; niektórzy mówią, że
niemal fizycznie odczuwają bliskość Boga i Jego Matki.
Stanowisko Kościoła wobec objawień w Medjugorie jest ostrożne. Kościół
bada je do dziś - ani ich nie odrzuca, ani nie potwierdza.
Od 2018 roku Medjugorie ma swojego wizytatora apostolskiego. Papieskim
wysłannikiem o charakterze specjalnym (podlegającym bezpośrednio
papieżowi) jest arcybiskup Henryk Hoser.
Trzydzieści lat wcześniej Medjugorie to jeszcze niewielka miejscowość.
Elżbieta wszędzie widzi klęczących, modlących się ludzi. Nad głowami
jasne niebo. Wokół góry. Przeżywa nawrócenie.
Tam też spotka się z Hanną Gronkiewicz-Waltz.
Gronkiewicz od lat 80. związana jest z katolicką Odnową w Duchu Świętym.
Fascynuje ją ruch charyzmatyczny.
Przyszła pani prezydent Warszawy będzie deklarować publicznie:
- Przy decyzjach personalnych staram się opierać na Ewangelii - tak, aby
ludzi nie skrzywdzić.
Przyjdzie czas, gdy już będzie prezesem Narodowego Banku Polskiego, że
media przypomną jej wypowiedzi z 1998 roku.
Powie wtedy:
- Z nauczania Pisma Świętego wynika, że przez głowę każdej instytucji na
kraj może spłynąć boże błogosławieństwo. Wierzę w to, czego naucza Pismo
Święte, i dlatego świadomie poddaję instytucję, w której pracuję, pod
boże błogosławieństwo. I jestem pewna, że ma to duchowy wpływ. Pamiętam,
że w czasie jednej z modlitw ojciec Ricardo przekazał mi słowo o Józefie
jako zarządcy dóbr, mówiąc do mnie: "Ty nie jesteś już więcej Hanna, ty
jesteś Józef". Myślę, że to ma związek.
Ale na razie Hanna z Elżbietą są na Bałkanach. Wspólne duchowe
doświadczenia zbliżają je do siebie. Z pielgrzymki Elżbieta wróci
wyciszona.
W 1992 roku Hanna Gronkiewicz-Waltz, będąc prezesem NBP, zaproponuje
Elżbiecie pracę w swoim sekretariacie.
W sekretariacie NBP u Hanny Elżbieta przepracuje dwie kadencje. Kiedy
Hanna pojedzie do Londynu, Elżbieta zostanie w banku, w Departamencie
Bezpieczeństwa. Będzie tam pracowała jeszcze za czasów Marka Belki.
To dzięki NBP, a po prawdzie dzięki Hannie Gronkiewicz-Waltz, która jako
prezeska wesprze Elżbietę finansowo, w końcu zrealizuje swoje wielkie
marzenie - ukończy psychologię społeczną na SWPS.
Stosunki z Krystyną popsują się, kiedy Elżbieta - już jako mężatka z dwójką dzieci - podejmie decyzję o rozstaniu z mężem. Elżbieta jest jego
drugą żoną. Małżonkowie przestają się dogadywać. Do sądu trafi pozew
rozwodowy.
Znajomi sióstr opowiadają mi, że Krystyna podczas rozwodu miała wziąć
stronę męża Elżbiety. To ma się przyczynić do naderwania siostrzanych
relacji.
Świadkiem w sprawie rozwodowej Elżbiety będzie też Hanna
Gronkiewicz-Waltz. Ale dziś nie chce rozmawiać ze mną na ten temat.
Wspólna znajoma obu pań opowiada, że Gronkiewicz-Waltz przed sądem
stanęła po stronie Elżbiety:
- Hania opowiadała mi, że było to dla niej wstrząsające, bo Krystyna
miała być za tym, żeby to mężowi jej siostry przyznać opiekę nad
dziećmi.
Krystyna przestanie się do Hanny odzywać.
Obie są religijne, obie mają wartości
Temat pracy magisterskiej Elżbiety Pawłowicz brzmi: Intensywność postaw
religijnych a sposoby radzenia sobie ze stresem.
Obie siostry Pawłowicz są religijne. Ale każda inaczej.
Elżbieta ujawni dziennikarzom, że została ochrzczona dopiero wtedy, gdy
skończyła dziesięć lat. Kiedy rodzice ochrzcili Krystynę - nie wie, nie
pamięta.
Swego czasu spowiednikiem Elżbiety zostanie sam ksiądz poeta Jan
Twardowski.
Siostra Krystyny ma nawet jego tomik wierszy z dedykacją.
Uważa się za konserwatystkę i katoliczkę.
Wartości, w które wierzy Elżbieta, każą jej nie oceniać innych, za to im
pomagać - dlatego w odruchu serca zorganizowała głośną medialnie zbiórkę
pieniędzy dla Mateusza Kijowskiego, w latach 2015-2017 przewodniczącego
Komitetu Odnowy Demokracji. Kijowski organizował wówczas uliczne
demonstracje, oceniane jako jedne z największych w ostatnich
dziesięcioleciach.
Sporo było wokół niego kontrowersji. Powód? Przede wszystkim alimenty,
których nie płacił. Tłumaczył, że są zbyt wysokie i nie stać go na nie.
Z KOD-u odejdzie w niesławie, po artykułach o tym, że pieniądze ze
zbiórek publicznych trafiały do niego i jego żony.
- Ja nie chcę dzielić ludzi na dwa wrogie obozy i skupiam się bardziej
na tym, co może nas połączyć - powie Elżbieta tygodnikowi "Polityka".
W rozmowie z "Rzeczpospolitą" będzie bronić Kijowskiego. Nie jest
alimenciarzem - twierdzi - tylko alimentatorem. Alimenty płaci, tyle że
w zmniejszonej kwocie. I wcale z KOD-u nie został wyrzucony; sam
odszedł. Zresztą... KOD się sam rozsypie. Od środka.
Elżbieta czuje wdzięczność do Krystyny za to, że z takim oddaniem
opiekowała się rodzicami. Będzie mówić, że Krystyna poza kamerami, w domu, jest inna. Że podziwia jej poczucie humoru. I modli się za nią.
Krystyna codziennie, jeśli to możliwe, od szóstej rano słucha Radia
Maryja. Rozgłośnia ojca Rydzyka to dla niej szkoła wiary i polskości. Od
lat jest felietonistką w toruńskich mediach - publikuje dźwiękowe
felietony z cyklu Myśląc Ojczyzna... Mówi o swoich poglądach,
ustrojowych teoriach, komentuje wydarzenia społeczne i polityczne,
przystępnie tłumaczy rzeczywistość.
"Słucham i wspieram. Życzę dalszych sukcesów i wytrwałości! Szczególnie
dziś, gdy trzeba dawać świadectwo i polskiego kościoła bronić", pisze o Radiu Maryja na Twitterze.
Często wypowiada się na temat wiary w mediach społecznościowych.
"Wszystko, co dobrego spotkało Polskę i mnie osobiście w 2020 roku
zawdzięczam swej katolickiej wierze. Dlatego musimy jej w kolejnym roku
bronić. Bez Boga ani do proga", ogłasza.
Krystyna publicznie mówi, że wstydzi się, iż Elżbieta musi się obracać w takim środowisku jak KOD.
Deklaruje też, że się za siostrę modli.