Sekrety nigdy nie umierają - Vincent Ralph

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cukierek albo psikus

Za dużo tej krwi.

Spływa mi po twa­rzy i ska­puje na buty. Czuję, jak wali mi serce.

Nie tak to miało wyglą­dać. W każde Hal­lo­ween plan jest taki sam. Idziemy do Nika na imprezę inspi­ro­waną House of Hor­rors i kiedy reszta naszej klasy pije i tań­czy, my wymy­kamy się do lasu na nasz rytuał. Ale w tym roku wszystko sypie się jesz­cze przed wyj­ściem.

Kałuża czer­wieni roz­lewa się po kafel­kach w łazience i barwi listwę przy­po­dło­gową.

- Sorry - mówi Haran, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

Led­wie go sły­szę, bo szo­ruję twarz, aż pie­cze mnie skóra.

- Wyglą­dasz dobrze, Sam. Słowo.

- Powie­dzia­łem "tro­chę" - wyty­kam mu. - A zro­bi­łeś ze mnie Car­rie!

- Zakrętka była luźna. - Haran poka­zuje butelkę sztucz­nej krwi, któ­rej zawar­tość wsiąka w matę łazien­kową.

Przy­glą­dam się swemu odbi­ciu. Kostium mokry i różowy, jak­bym go wyprał w sosie pomi­do­ro­wym, włosy poskle­jane w strąki, twarz zaczer­wie­niona od szo­ro­wa­nia.

- Ale i tak z nami pój­dziesz, nie? - upew­nia się Haran, a ja kiwam głową.

- Daj mi swój strój.

- Co? O nie.

- To twoja wina.

- Możesz powie­dzieć, że się prze­bra­łeś za "masa­krę" - stwier­dza. - Albo "porażkę".

Ni­gdy go nie wal­ną­łem, ale jestem tego bli­ski.

Haran szcze­rzy zęby.

- Możesz być "paniką"... albo "despe­ra­cją". - Zauważa moją minę i znowu mnie prze­pra­sza, tym razem szcze­rze.

Prawdę mówiąc, nie chcę jego kostiumu. Kupił go, a ja wolę sam two­rzyć wła­sne.

- Chwila - rzu­cam. - Chyba wiem, co zro­bić.

Dwie minuty póź­niej jeste­śmy w domu moich sąsia­dów, a ja wyja­śniam Chloe Atwood, dla­czego jestem zalany krwią.

W dzie­ciń­stwie razem się bawi­li­śmy, pod­czas gdy nasze mamy popi­jały her­batę. Ści­ga­li­śmy się na szczyt wzgó­rza na rogu ulicy i z powro­tem - i za każ­dym razem ona była szyb­sza. Potem ćwi­czy­li­śmy kap­ko­wa­nie aż do zmroku. Wtedy jesz­cze nie miało zna­cze­nia, że jest o rok młod­sza. Teraz mamy róż­nych przy­ja­ciół, osobne życie, i prze­waż­nie tylko się do sie­bie uśmie­chamy i machamy sprzed domów.

W szkole Chloe zali­cza się do grona cichych i pil­nych uczniów oku­pu­ją­cych sto­liki w czy­telni. Jest bystra i liczę, że coś wymy­śli.

- Nie jesteś tro­chę za stary na cho­dze­nie po domach w Hal­lo­ween? - pyta.

Wiem, że się czer­wie­nię.

- Masz może coś... w moim roz­mia­rze?

Unosi brwi.

- Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Co za zaszczyt. Wejdź­cie.

W pokoju Chloe, patrząc, jak roz­kłada na łóżku rze­czy, pytam ją, dokąd się wybiera.

- Doni­kąd - odpo­wiada.

Jest ubrana na czarno i sądzi­łem, że to baza jakie­goś prze­bra­nia. Chloe zauważa moje zdzi­wie­nie.

- Po lek­cjach mia­łam próbę - wyja­śnia.

Czarne leg­ginsy i koszulki to nie­ofi­cjalny uni­form szkol­nego zespołu tanecz­nego. Ale i tak jestem zasko­czony, że nie szy­kuje się do wyj­ścia.

- Dla­czego zosta­jesz w domu? - pytam, a Chloe wzdy­cha.

- Moja mama nie cierpi Hal­lo­ween, prze­cież wiesz. Każe nam sie­dzieć po ciemku, żeby prze­chod­nie myśleli, że nas nie ma.

- Chcesz się zabrać z nami? - pyta Haran, igno­ru­jąc moje spoj­rze­nie.

Chloe się krzywi, ale nie odpo­wiada. Bie­rze od Harana butelkę z krwią i odcho­dzi w kąt pokoju. W końcu odwraca się do nas.

- Przy­mierz - mówi i rzuca mi narę­cze ciu­chów.

Prze­bie­ram się w jej łazience, a potem oce­niam rezul­tat, zasta­na­wia­jąc się, czy to wystar­czy.

Mam na sobie szare szorty, raj­stopy we wzór maleń­kich cza­szek, czarne buty z meta­lo­wymi czu­bami i biały T-shirt z napi­sem PRZE­RA­ŻONY ŻYCIEM, ZMĘ­CZONY ŚMIER­CIĄ, nama­lo­wa­nym resztką sztucz­nej krwi.

Nie tak mia­łem wyglą­dać, ale niech będzie.

- Pokaż się nam - woła Chloe zza drzwi, więc je otwie­ram i moja sąsiadka uśmie­cha się sze­roko. - Ide­al­nie - stwier­dza.

Haran pota­kuje i odwraca się do niej.

- To jak, idziesz z nami?

Chloe kręci głową i pyta, kto jesz­cze będzie na impre­zie.

- Wszy­scy - odpo­wia­dam.

- Nie mam prze­bra­nia.

- Nie jest obo­wiąz­kowe.

- I mówi to gość, który zja­wił się u mnie, żebym mu coś skom­bi­no­wała. A za kogo on jest prze­brany? - Obrzuca spoj­rze­niem Harana.

Mój przy­ja­ciel roz­kłada ręce, które w tym stroju wydają się nie­na­tu­ral­nie dłu­gie.

- Za Slen­der­mana - wyja­śnia.

- Zaje­bi­ście kosz­marny strój.

Haran ujmuje jej dłoń w paty­ko­wate palce i składa ukłon.

- Chloe... czy zechcia­ła­byś pójść z nami na imprezę?

Dziew­czyna wzdy­cha i patrzy w sufit.

- No dobra - mówi w końcu. - Może nie będzie bez­na­dziej­nie nudno.

Jedziemy w kie­runku drzew, które roz­kła­dają gałę­zie we wszyst­kie strony, ale poka­zują tylko jedną drogę.

Nad pery­fe­riami góruje las. W mroku wygląda zło­wiesz­czo. Jeśli pra­gniesz wyje­chać z Hay­schurch, kie­ruj się w prze­ciwną stronę i licz, że nic nie ścią­gnie cię tu z powro­tem, tak jak więk­szo­ści osób, które pró­bo­wały opu­ścić to mia­sto.

Poko­ny­wa­li­śmy tę drogę mnó­stwo razy, ale zawsze odno­szę wra­że­nie, że docie­ramy na miej­sce przy­pad­kiem, jak gdyby kręte szosy były sznur­kami, które wiatr szar­pie i roz­rzuca.

Znam tylko jedną osobę, która mieszka w tej oko­licy, ople­cio­nej wąskimi ścież­kami i poskrzy­pu­ją­cymi drze­wami.

Gdy świa­tła reflek­to­rów wsą­czają się w mgłę, przy­po­mi­nam sobie hor­rory, które tata pozwa­lał mi oglą­dać, kiedy byłem mały, pod­czas gdy mama wycho­dziła gdzieś z przy­ja­ciół­kami. Pamię­tam tamtą mie­szankę stra­chu i fascy­na­cji; byłem zachwy­cony tym, że spę­dzam z nim czas, a zara­zem wie­dzia­łem, że źle robimy.

- Jak tam jest? - pyta Chloe.

- Wyobraź sobie nawie­dzony dom - odpo­wia­dam.

- Aha.

- Wła­śnie tak. Tyle że tu mieszka Nik.

- Nik Sim­mons?

- We wła­snej oso­bie.

Chloe marsz­czy brwi.

- Powin­nam była zostać w domu. Ten koleś jest straszny.

- Nie jest taki zły, kiedy się go lepiej pozna - mówię nie­prze­ko­nu­jąco. - Przy­jaź­nimy się od dawna - dodaję po chwili, jakby to coś wyja­śniało.

Kiedy docie­ramy na miej­sce, wzdłuż drogi dojaz­do­wej stoi rząd zapar­ko­wa­nych aut. Żałuję, że nie przy­je­cha­li­śmy wcze­śniej.

Haran zdaje się czy­tać w moich myślach. Wzru­sza ramio­nami.

- To było do prze­wi­dze­nia - stwier­dza, po czym pew­nym kro­kiem rusza w stronę otwar­tych drzwi, któ­rymi muzyka i krzyki wyle­wają się w noc.

Ja tro­chę się ocią­gam w cie­niu sza­rej bryły domu.

- Wresz­cie mam oka­zję się prze­ko­nać, jak wyglą­dają słynne imprezy hal­lo­we­enowe u Nika. - Wzdy­cha Chloe. - Będę mogła opo­wie­dzieć resz­cie prze­gry­wów, o co tyle hałasu.

- Nie jesteś prze­gry­wem.

- Zależy, kogo pytasz. - Chloe uśmie­cha się sze­roko.

Wsu­wam głowę do salonu, pozdra­wiam kilku zna­jo­mych, po czym idę do jadalni, gdzie przy ścia­nie w głębi wielki drew­niany stół ugina się od drin­ków, snac­ków i deko­ra­cji.

Tym razem Nik poszedł na całość - do ozdób, które pamię­tam z poprzed­nich lat, dołą­czyły nowe. Kosz­to­wały pew­nie tyle, ile prze­ciętna rodzina wydaje przez rok na jedze­nie, ale Sim­mon­so­wie nie są prze­ciętni.

- I jak? - pytam, pochy­la­jąc głowę pod ogromną paję­czyną.

- Nie jest źle - przy­znaje Chloe, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Prze­cież to naj­lep­sza noc w roku! - wykrzy­kuje Haran.

Prze­ci­skamy się przez tłum po coś do picia - słodki poncz w kub­kach z czer­wo­nego pla­stiku - a potem idziemy do kuchni, gdzie działa didżej w kostiu­mie yeti. Wyspa pośrodku została zamie­niona w stół mik­ser­ski. Zasta­na­wiam się, czy za to też Nik zapła­cił. Kie­dyś całymi dniami ukła­da­li­śmy play­li­sty na te imprezy. Teraz nawet muzyka wsko­czyła na wyż­szy poziom.

Ota­czają nas Dead­po­ole, Har­ley Quinny oraz cały prze­gląd fil­mo­wych mor­der­ców.

Trzy zom­bie mijają nas jęczą­cym koro­wo­dem, a Pen­ny­wise i Scar­let Witch symu­lują seks przy zmy­warce.

- Klasa - stwier­dza Chloe, a ja się zasta­na­wiam, czy zabra­nie jej tu było błę­dem.

Ta noc - nie sama impreza, ale ta druga rzecz - jest dla nas wyjąt­kowa. Robimy coś, o czym nikt inny nie wie. I choć lubię Chloe, ona nie jest tego czę­ścią. Wcze­śniej nie pomy­śla­łem, że może nie znać tu nikogo prócz nas. Co będzie, jeśli się od nas nie odczepi nawet na moment?

Gapię się na ludzi - z innych szkół i star­szych - nie­pewny, kto się kryje pod maskami i maki­ja­żem. Wiem, po co tu przy­szli, ale i tak czuję nie­po­kój.

Naj­gorsi są ci z Hay­schurch Aca­demy. Szkoła nie jest pry­watna, ale taką udaje. Od pierw­szego dnia wszyst­kim uczniom przy­kleja się uśmieszki, które potem nie scho­dzą im z twa­rzy nawet w week­endy.

- Poszu­kam Nika - oznaj­miam, toru­jąc sobie drogę do scho­dów.

Drzwi do pierw­szego pokoju są zamknięte na klucz. Dru­gich nie spraw­dzam. W trze­cim wszy­scy patrzą, jak ktoś gra w naj­now­szą wer­sję Resi­dent Evil.

Ubi­ka­cja jest zajęta, a zza drzwi dobie­gają co naj­mniej trzy głosy.

Scho­dzę z powro­tem do Chloe i Harana. W kory­ta­rzu ktoś okręca mnie wokół osi i zanim udaje mi się sku­pić wzrok, sły­szę głos Nika.

- Myśla­łem, że się prze­bie­rzesz za... co to miało być? - prze­krzy­kuje wrzawę.

- Zeit­ge­ist - bur­czę.

- Skąd ta zmiana? - pyta, oglą­da­jąc mnie od stóp do głów.

Uśmie­cha się, ale widzę, że nie jest zado­wo­lony.

Nik zawsze z trzy­mie­sięcz­nym wyprze­dze­niem infor­muje pozo­sta­łych, za kogo się prze­bie­rze, żeby nikt nie miał takiego samego stroju. Mój jest zupeł­nie inny, ale nie trzy­ma­łem się usta­leń, co mu się nie podoba.

Każda rzecz, którą nosi, jest droga, i ten kostium nie sta­nowi wyjątku. Prze­brał się za boha­tera z mangi, któ­rego imię zdą­ży­łem zapo­mnieć, pamię­tam za to, że Nik zapła­cił kupę kasy, żeby spro­wa­dzić strój z Azji.

- Zda­rzył się wypa­dek - wyja­śnia Chloe. - Pierw­szy kostium zalał krwią. Było jej za dużo.

Nik przy­pa­truje się jej, a potem prze­nosi wzrok na mnie.

- Dziś bez Eli­shy?

- Zaraz przy­je­dzie.

- To dobrze. - Uśmie­cha się do mnie. - Szkoda by było, gdyby któ­re­goś z nas zabra­kło. - Mruga poro­zu­mie­waw­czo do Harana, po czym odwraca się do Chloe. - Dobrej zabawy - rzuca na odchodne.

- Co za fiut - mówi Chloe tro­chę za gło­śno.

On jed­nak się nie odwraca. Po pro­stu znika w tłu­mie, który zgęst­niał, odkąd tu przy­je­cha­li­śmy.

- Nie jest taki okropny, jak już się go pozna - stwier­dza Haran.

To nasza stan­dar­dowa odpo­wiedź na temat Nika. Ale w rze­czy­wi­sto­ści on nie jest okropny wobec nas.

Chloe pociąga mnie za rękę.

- Idę do łazienki - infor­muje.

Kiedy się odwra­cam, Haran tkwi w kącie z tele­fo­nem w ręku. Pew­nie cza­tuje ze swoim chło­pa­kiem, Bren­da­nem, więc zosta­wiam go w spo­koju. Ci dwaj two­rzą wzo­rowy zwią­zek na odle­głość. Żad­nej zazdro­ści, żad­nych scen, na każ­dej impre­zie razem, nawet gdy dzielą ich setki mil.

Zawra­cam do kuchni, licząc, że w ści­sku doj­rzę zna­jomą twarz. Ale moją uwagę zwraca jedy­nie dziew­czyna w masce z upior­nym uśmie­chem i czuj­nym spoj­rze­niem. Z bli­ska widzę czarne soczewki kon­tak­towe w otwo­rach na oczy.

- Heeej! - sły­szę jej piskliwy głos. - Nie widzie­li­śmy się całe wieki!

Kiwam głową, myśląc: "Ja nie widzia­łem cię ni­gdy".

- Spo­tka­łeś Patricka? - pyta ona.

- Nie znam go.

Dziew­czyna wali mnie pię­ścią w ramię.

- Zabawny jesteś! Wszy­scy znają Patricka.

- To gdzie on jest?

Dziew­czyna wzru­sza ramio­nami.

- Na pewno go znaj­dziesz - mówi.

- Aha.

- Na pewno go znaj­dziesz - powta­rza, dźga­jąc mnie pal­cem w pierś.

Powoli wyco­fuję się w tłum, a gdy po chwili oglą­dam się za sie­bie, wciąż na mnie patrzy.

Kiedy tra­fiam na Harana, pytam go, czy widział tu jakie­goś Patricka.

- Nie znam - odpo­wiada. - Przy­stojny jest?

- Nie mam poję­cia.

Haran kła­dzie mi dło­nie na ramio­nach.

- Naprawdę mi przy­kro, że spa­pra­łem ci prze­bra­nie. Wie­rzysz mi, prawda?

- Może wypa­dłoby to szcze­rzej, gdy­bym widział twoją twarz.

Unosi maskę i się uśmie­cha.

- Tak lepiej?

- O wiele.

Ktoś w bia­łym prze­ście­ra­dle na gło­wie buszuje w lodówce. Na jego ple­cach wid­nieje napis: kostiu­my­na­ostat­nia­chwile.com.

- Nic ci nie jest? - pyta Haran. - Wyda­jesz się... roz­ko­ja­rzony.

- Wszystko w porządku - kła­mię i zauwa­żam Eli­shę, która toruje sobie drogę łok­ciami.

- Ale tłum - stwier­dza, gdy do nas dociera, po czym całuje mnie i ści­ska moją dłoń, bo wie, co czuję.

Na mojego ese­mesa o roz­la­nej krwi odpo­wie­działa dwoma sło­wami: będzie dobrze, ale dopiero teraz jestem w sta­nie się roz­luź­nić.

Swoje prze­bra­nie zro­biła sama - czer­wona ręka z zagię­tymi ostrymi szpo­nami wystaje jej z brzu­cha, a sztuczne żebra ster­czą wokół jak poła­mane wię­zienne kraty.

- Sam nie jest zado­wo­lony - infor­muje ją Haran, gdy Eli­sha obej­muje go na przy­wi­ta­nie.

- Sły­sza­łam, co się stało. Ale w sumie wyszło... cie­ka­wie. - Moja dziew­czyna odsuwa się o krok, żeby przyj­rzeć się prze­bra­niu, a gdy zauważa Chloe, która nie­pew­nie stoi w drzwiach, przy­wo­łuje ją gestem. - Podobno ura­to­wa­łaś sytu­ację.

- Jak trwoga, to... - Chloe się uśmie­cha, bo Eli­sha potrafi każ­demu popra­wić humor.

- Jak poszła ci che­mia? - pyta ją Eli­sha.

- Nawet nie­źle. Może w następ­nym roku to ja będę ulu­bie­nicą pani Ryder.

- Na pewno.

Trudno zli­czyć, ilu uczniom Eli­sha pomaga w lek­cjach. Nawet kiedy jej samej jest naprawdę ciężko, ni­gdy nie odma­wia proś­bom nauczy­cieli. Dla­tego ona i Chloe mogą razem żar­to­wać na temat che­mii, pod­czas gdy ja i moja sąsiadka ostat­nimi czasy tylko machamy sobie z daleka.

Z kory­ta­rza dobie­gają krzyki. Prze­py­cham się tam i widzę tuż za drzwiami troje prze­bie­rań­ców. Gwiazdki na ich kostiu­mach poły­skują w bla­sku świec pło­ną­cych w wydrą­żo­nych dyniach przed domem.

- Świeże kąski! - Didżej yeti zarzuca sobie mniej­szego z chłop­ców na ramię i bie­giem zawraca do domu.

Dziew­czynka krzy­czy, a drugi chło­piec robi krok do przodu, potem do tyłu i znowu do przodu.

- Nie bój­cie się. Nic mu się nie sta­nie - zapew­niam, ale dziew­czynka zaczyna pła­kać. - W jadalni jest mnó­stwo sło­dy­czy - mówię. - Bierz­cie, ile chce­cie. I podwójną ilość dla waszego kolegi.

Z sąsied­niego pomiesz­cze­nia sły­chać ryki. Po chwili yeti mija nas w pod­sko­kach, skan­du­jąc:

- Psi-kus! Psi-kus! Psi-kus!

Chło­piec dynda mu na ramie­niu i wrzesz­czy.

Nik kuca przy dziew­czynce.

- Nie powin­ni­ście pukać do drzwi obcych ludzi. Ni­gdy nie wia­domo, kto wam otwo­rzy.

Ona i drugi chło­pak pędzą ścieżką do drogi, gdzie już czeka ich kolega z miną, która świad­czy o abso­lut­nym prze­ra­że­niu.

- Ale zabawa! - Yeti mija Nika, po dro­dze przy­bi­ja­jąc mu piątkę.

- Już pra­wie pora - szep­cze Nik do mnie. - Znajdź Harana i Eli­shę. I pozbądź się tej dru­giej dziew­czyny.

Chata Cieni

Nikt nie zauważa, kiedy całą czwórką wymy­kamy się z imprezy.

Przez furtkę na końcu ogrom­nego ogrodu Sim­mon­sów wycho­dzimy do lasu. Muzyka i śmie­chy cichną, a w końcu zupeł­nie milkną, w miarę jak zagłę­biamy się w czerń.

- Ile osób przy­szło w tym roku? - pyta Eli­sha.

- Dość - odpo­wiada Nik.

Ma na myśli to, że gdy w domu panuje totalny ścisk, o wiele łatwiej można nie­po­strze­że­nie wyjść z wła­snej imprezy.

Eli­sha ści­ska moją dłoń, a ja odwza­jem­niam ten gest. To dys­kretny znak, że nic nam nie grozi, bo hałasy są tylko odgło­sami zwie­rząt, a dziwne kształty - zwy­kłymi cie­niami. Przy­naj­mniej tak powta­rzam sobie w duchu.

- Trudno uwie­rzyć, że minął już rok - stwier­dza Haran.

Powoli i ostroż­nie sta­wiamy kroki, pod­czas gdy on bez­myśl­nie gna naprzód, bo chce jak naj­szyb­ciej dotrzeć do celu. Kilka razy znika nam z oczu w ciem­no­ściach, ale nie oddala się za bar­dzo.

W końcu przy­staje i czeka, bo nawet Haran woli zacho­wać w lesie ostroż­ność.

Nik trzyma latarkę przed sobą, nie odry­wa­jąc snopu świa­tła od ścieżki i nie bły­ska­jąc na boki.

W mroku wzrok płata figle i lepiej się sku­pić na jed­nym kie­runku. Idziemy pro­sto na miej­sce, potem wra­camy pro­sto do Nika, ni­gdy nie zba­czamy z drogi.

Obok sły­szę czyjś gło­śniej­szy krok i prze­nika mnie dreszcz. To tylko jakiś patyk albo suche liście, tłu­ma­czę sobie.

Kiedy po raz pierw­szy bra­łem udział w rytu­ale, prze­peł­niała mnie mie­szanka lęku i nie­pew­no­ści. Mia­łem dwa­na­ście lat, a Nik obie­cał, że to mi pomoże po tym, czego doświad­czy­łem. Nie mia­łem poję­cia, jak bar­dzo.

Pra­gną­łem wów­czas uciec przed wszyst­kimi. Chcia­łem być sam. Obiet­nica Nika oka­zała się jed­nak zbyt kusząca. Wła­śnie wtedy zro­zu­mia­łem, że on naprawdę umie sta­wiać na swoim. Na każdą moją wymówkę miał gotową odpo­wiedź.

Wycho­dzimy na nie­wielką polanę. Latarki tele­fo­nów odbi­jają się od pni drzew, rzu­ca­jąc wokół dłu­gie cie­nie. Na dru­gim końcu prze­świtu czeka nasza sekretna kry­jówka. Tam pozby­wamy się naszych tajem­nic.

- Jeste­śmy na miej­scu. - Nik celuje latarką w drew­nianą chatę z bla­sza­nym dachem.

Drzwi wej­ściowe są uchy­lone i przez szcze­linę widać pło­nące wewnątrz świece. Po chwili na oświe­tlo­nej ścia­nie wewnątrz rośnie czyjś cień i ktoś kaszle.

Haran nie waha się ani chwili. Pod­biega do chaty, pchnię­ciem otwiera drzwi i woła:

- Happy Hal­lo­ween!

Sły­szę śmiech i ogar­nia mnie ulga. Sio­stra Nika, Lau­ren, czeka na nas w środku. Tylko ona miała odwagę przyjść tu sama.

- Hej - odzywa się. - Witaj­cie ponow­nie.

Jest o rok star­sza od Nika i for­mal­nie to ona za wszystko odpo­wiada pod nie­obec­ność rodzi­ców. Powinna pil­no­wać, aby w domu nic się nie stało z powodu nie­od­po­wie­dzial­nych wybry­ków, ale tego wie­czoru mamy waż­niej­sze sprawy niż impreza.

W zeszłym roku Lau­ren skoń­czyła szkołę i latem wyje­chała na staż, ale wró­ciła z niczym.

- To jak? - pyta Nik. - Kto chce iść pierw­szy?

Nazy­wamy ją Chatą Cieni.

Nie wiem, kto ją zbu­do­wał ani kiedy, ale dla nas to święte miej­sce. I teraz Haran jest w środku sam.

Reszta siada pod splą­ta­nymi wią­zami - łukiem powsta­łym z dwóch pochy­lo­nych drzew, które przy­gi­nają się nawza­jem ku ziemi. Każdy czeka na swoją kolej, a potem wcho­dzi do chaty i wyja­wia tajem­nice.

Zbie­ramy zmar­twie­nia z całego roku i w cha­cie zrzu­camy z sie­bie ten cię­żar. Wycho­dzimy na zewnątrz tro­chę szczę­śliwsi, odro­binę lżejsi.

Rodzeń­stwo Sim­mon­sów robiło tak przez wiele lat, a potem, kiedy bar­dzo tego potrze­bo­wa­łem, Nik zapro­sił mnie i Harana, żeby­śmy do nich dołą­czyli.

W dzie­ciń­stwie zako­py­wali swoje maleń­kie sekrety w ziemi, ukry­wali je jak złe myśli i kra­dzione sło­dy­cze. Gdy Lau­ren powie­działa nie­winne kłam­stwo albo Nik coś prze­skro­bał, przy­bie­gali do lasu i wszystko wyzna­wali, uwal­nia­jąc się od wyrzu­tów sumie­nia. Ale moje pierw­sze doświad­cze­nie było inne. Powie­rzy­łem Cha­cie Cieni coś zbyt wiel­kiego, abym mógł zupeł­nie się tego pozbyć.

Odgłosy nocy są tu cich­sze. Gałę­ziami drzew koły­sze dziw­nie bez­gło­śny wiatr, a opa­da­jące liście lecą ku ziemi w zwol­nio­nym tem­pie. Eli­sha obraca się w moją stronę i jej usta ukła­dają się w uśmiech na prze­strzeni tysiąca krót­kich chwil. Nik i Lau­ren o czymś roz­ma­wiają, ale ich słowa dry­fują tuż poza naszym zasię­giem.

Jakby mrok pochła­niał dźwięki, ale to mnie nie prze­raża. Prze­ciw­nie, jest elek­try­zu­jące, bo ozna­cza, że wresz­cie znowu tu wró­ci­li­śmy.

Eli­sha opiera głowę o moją pierś. Cichy szmer gło­sów Nika i Lau­ren brzmi zna­jomo i uspo­ka­ja­jąco. Wła­śnie to jest ważne dzi­siej­szej nocy - nie prze­bra­nia, impreza i ludzie, któ­rych pra­wie nie znam. Całą piątką robimy coś, co spra­wia, że reszta roku jest zno­śna. Możemy na głos wyja­wić nasze tajem­nice.

Nad nami pohu­kuje sowa, a ja się zasta­na­wiam, ile stwo­rzeń obser­wuje nas z ukry­cia. Wpy­cham ręce do kie­szeni kurtki i pró­buję się sku­pić na cie­płym dotyku Eli­shy, ale nawet on nie powstrzy­muje zim­nego dresz­czu, który prze­biega mi po ple­cach.

- Wszystko okay? - pyta szep­tem Eli­sha.

Obser­wuję, jak para jej odde­chu powoli się roz­pra­sza, i dopiero potem odpo­wia­dam:

- Tak.

To łatwiej­sze od szcze­rego wyzna­nia. Że się boję. Nie­ustan­nie.

Czuję, jak prawda budzi się we mnie i prze­ciąga. Ukry­łem ją w Cha­cie Cieni przed laty, ale i tak jest wyryta w mojej duszy.

Haran do nas wraca. W mil­cze­niu siada, pogrą­żony w myślach, a ja się zasta­na­wiam, o czym mówił tam, w środku. Ni­gdy go o to nie spy­tam... a on ni­gdy mi nie powie. To nasza jedyna zasada.

- Teraz ja - oznaj­mia Eli­sha.

Dziw­nie jest myśleć, że gdzieś wła­śnie trwa impreza.

Uśmie­cham się do Nika, licząc, że w ten spo­sób ukryję nie­po­kój, a on w odpo­wie­dzi szcze­rzy zęby.

Eli­sha całuje mnie w poli­czek i idzie do chaty. Przez sekundę widzę w środku świa­tło, ale zaraz drzwi się zamy­kają i ciem­ność na powrót się zwiera.

- W porządku? - pytam Harana, a on kiwa głową.

- Już o wiele lepiej.

Pięć minut póź­niej Eli­sha wsuwa się na miej­sce obok mnie.

Zawsze jest tro­chę inna po wszyst­kim. Mam wra­że­nie, że się usztyw­nia, a jej oczy wydają się ciem­niej­sze.

- Nic mi nie jest - szep­cze, kiedy ją całuję. Ale unika mojego wzroku.

Lau­ren spę­dza w środku dużo czasu. Nik prze­ciw­nie.

Przez ostat­nie lata uwija się bły­ska­wicz­nie i cza­sem się zasta­na­wiam, czy w ogóle coś mówi. Taki już jest. Nie mar­nuje czasu na gada­nie, więc w cha­cie pew­nie też tego nie robi.

- Sam - zwraca się do mnie. - Twoja kolej.

W Cha­cie Cieni atmos­fera jest gęsta, kiedy czło­wiek wcho­dzi tu jako piąty - ciężka od tajem­nic, któ­rych ni­gdy nie poznam.

Drzwi skrzy­pią, gdy je docią­gam. W środku jest zasuwa, którą z przy­zwy­cza­je­nia zamy­kam.

Sia­dam na pod­ło­dze i wcią­gam nosem zna­jomy stę­chły zapach, patrząc, jak pło­mie­nie świec malują na ścia­nach roze­dr­gane kształty. W środku jest cie­pło i spo­koj­nie, bo nie dociera tu wiatr, a chata wydaje się przy­jemna, zupeł­nie inna niż z zewnątrz.

Gdyby ktoś ją mijał, nie wie­dząc, co kryje, pomy­ślałby, że to zwy­kła rudera. Las jest pełen rupieci: poła­ma­nych rowe­rów, opusz­czo­nych sza­ła­sów, spa­lo­nych przy­czep kem­pin­go­wych. Ale coś, co dla jed­nego jest śmie­ciem, ktoś inny uzna za naj­więk­szy skarb.

Meta­liczna woń rdze­wie­ją­cego dachu wkrada się w moje noz­drza.

Naj­pierw trzeba poczuć się wygod­nie w pół­mroku - zagłę­bić się w nim jak w mięk­kim mate­racu. Dopiero potem sku­piam się na ciszy, aż milkną wszyst­kie dźwięki. Nie docho­dzą do mnie odgłosy nocy ani zwie­rząt, tylko... to.

Czło­wiek usły­szałby to wyraź­nie, gdyby choć raz cały świat się zamknął.

W tym miej­scu wypo­wia­damy na głos wszystko, czego nie chcemy nikomu wyja­wić.

To pobu­dza­jące i odważne, ale zara­zem prze­ra­ża­jące.

Tutaj umie­rają sekrety. Tak mówi Nik.

Kiedy pierw­szy raz tu przy­sze­dłem, zacho­wy­wał się jak show­man, któ­rym jest na co dzień. Tyle że pod jego bra­wurą kryło się coś wię­cej - ser­decz­ność. Wie­dział dużo wcze­śniej ode mnie, że to mi pomoże.

Uśmie­cham się do wspo­mnień... i wresz­cie zaczy­nam mówić.

Począt­kowo moje szepty uno­szą się w powie­trzu jak nici zerwa­nej paję­czyny. Lepię się od potu i mam wra­że­nie, że mózg roz­sa­dza mi czaszkę. Dopiero po chwili serce zwal­nia i słowa przy­cho­dzą bez trudu.

Wyobra­żam sobie, jak dry­fują ku świe­com, wpa­dają w pło­mie­nie i zmie­niają się w dym.

Kiedy koń­czę, cze­kam chwilę, cie­sząc się spo­ko­jem.

Wtedy coś nagle ude­rza w ścianę chaty.

Zry­wam się na równe nogi. Roz­lega się kolejne ude­rze­nie i jesz­cze jedno, jakby ktoś walił w chatę z zewnątrz.

- Co wy tam robi­cie? - wołam.

Jeśli to żart Nika, to wcale nie jest śmieszny.

Kolejne ude­rze­nie jest tak gło­śne, że roz­cho­dzi się echem po wnę­trzu. Pod­cho­dzę do drzwi, się­gam do zasuwy i na moment zasty­gam.

Zamy­kam oczy i wyrów­nuję oddech.

- Kto tam jest?

- Otwórz drzwi! - ryczy Haran.

Gdy to robię, coś po raz kolejny ude­rza o ścianę i mój przy­ja­ciel wrzesz­czy prze­raź­li­wie.

- Co się dzieje? - pytam go, ale nie odpo­wiada.

Zamiast tego bie­giem wraca do splą­ta­nych wią­zów. Podą­żam za nim. Plamki pło­mieni świec, w które wcze­śniej się wpa­try­wa­łem, wypa­czają ciem­ność.

- Nic ci nie jest? - dopy­tuje się Eli­sha.

Wszy­scy mają w rękach tele­fony i oświe­tlają zaka­marki, w które ni­gdy się nie zapusz­czamy.

- Tak - odpo­wia­dam szep­tem i zamie­ram, bo w ich twa­rzach widzę prze­ra­że­nie. - Kto tak hała­suje?

- Nie wiemy. - Lau­ren zerka to na ścianę lasu, to na mnie.

Dud­nie­nie milk­nie, ale nikt się nie rusza. Po chwili ciem­no­ści roz­dziera krzyk. Chwy­tam Eli­shę za rękę.

- Co... się... kurwa... dzieje? - szep­cze Lau­ren.

Nik poka­zuje w głąb lasu.

- Dobiegł stam­tąd.

Spo­kój, który poczu­łem w Cha­cie Cieni, znika, wyparty przez mdło­ści i strach. W uszach dzwoni mi pogłos krzyku i ciszy, która po nim zapa­dła.

Haran spo­gląda na mnie i wiem, co mu cho­dzi po gło­wie. Chce stąd uciec. Ja rów­nież, mimo to stoję jak wro­śnięty w zie­mię.

Eli­sha rusza pierw­sza. Za nią Lau­ren.

- Co robi­cie? - chcę wie­dzieć.

- Ktoś krzy­czał - mówi Eli­sha. - Może coś mu się stało.

- Chyba raczej nam się sta­nie - bur­czy pod nosem Nik.

Idę za dziew­czy­nami. W koro­nach drzew nad nami coś się rusza, świecę jed­nak tele­fo­nem tylko przed sie­bie. Z zaro­śli dobie­gają ner­wowe odgłosy zwie­rząt, lecz Eli­sha poru­sza się szybko i nie chcę stra­cić jej z oczu.

- Lish - szep­czę. - Zwol­nij tro­chę.

Za mną Haran i Nik mam­ro­czą coś mię­dzy sobą. Po chwili wycho­dzimy na kolejną polanę.

- Halo - woła Eli­sha. - Jest tam ktoś?

- To koniec - stwier­dza Haran. - Zaraz zgi­niemy.

Nie uśmie­cha się, bo to nie żart. Tylko on nie ma w ręku tele­fonu.

Nasłu­chu­jemy i cze­kamy. Nic.

- Może to z imprezy - odzywa się w końcu Lau­ren.

Haran gło­śno wypusz­cza powie­trze.

- Pew­nie tak. Tutaj dźwięki niosą się daleko, nie?

Nik zerka na mnie, po czym odwraca wzrok. Przez pół sekundy zasta­na­wiam się, czy to on robi nam jakiś kawał. Byłoby go stać na coś takiego. Tyle że ma zaci­śnięte pię­ści, a w sno­pie świa­tła latarki widzę napię­cie na jego twa­rzy.

- Powin­ni­śmy zawró­cić - mówi w końcu i wszy­scy idziemy za nim z powro­tem do chaty.

Nie­cier­pli­wie wyglą­dam cie­płego migo­ta­nia świec - znaku, że jeste­śmy pra­wie bez­pieczni. Tyle że w środku się nie świeci. W cha­cie panują takie same ciem­no­ści jak na zewnątrz.

Pew­nie podmuch wia­tru zga­sił świece, myślę.

Nik kła­dzie rękę na otwar­tych drzwiach i zagląda do wnę­trza. Długo się nie rusza.

- Co jest? - pyta Lau­ren.

Nik ogląda się na nas. Lau­ren kie­ruje świa­tło na twarz brata. On zasła­nia oczy, ale przez chwilę widzę, że jest wście­kły.

- Co to takiego? - Eli­sha celuje komórką w zewnętrzną ścianę, po któ­rej coś spływa.

Pod­cho­dzę bli­żej. Na ziemi leżą potłu­czone sko­rupki jaj, ich kawa­łeczki wciąż tkwią w lep­kiej mazi. Tyle że to nie żółtko. W świe­tle latarki tele­fonu wydaje się nie­mal czarna.

Doty­kam ściany pal­cem, a potem przy­su­wam go do nosa. Woń jest ciężka i tak obrzy­dliwa, że zbiera mi się na wymioty.

- Sam... - odzywa się Eli­sha. - Co to jest?

Cofam się w myślach do chwili, kiedy w Cha­cie Cieni sły­sza­łem, jak coś ude­rza o ścianę, do nagłej nie­pew­no­ści i prze­ra­że­nia. Odwra­cam się do pozo­sta­łych.

- Krew.

Do domu

Gdzie byłeś? - pyta Chloe.

Przez uła­mek sekundy mam ochotę wszystko jej powie­dzieć. Wyja­śnić, że wymknę­li­śmy się z imprezy, żeby w lesie wyja­wić nasze sekrety, ale ktoś obrzu­cił naszą kry­jówkę jaj­kami wypeł­nio­nymi krwią. Zamiast tego mówię:

- Ni­gdzie. Tylko tu... Jest straszny tłok.

- Nik ma mnó­stwo zna­jo­mych - przy­ta­kuje.

Nie zna prawdy - nie ma poję­cia, że cały ten wie­czór to kłam­stwo, przy­krywka, która pozwala nam nie­po­strze­że­nie znik­nąć. Oczy­wi­ście Nik ma wię­cej zna­jo­mych niż ja, ale to nie tłu­ma­czy obszer­nej "listy gości". Mocno ją wydłu­żył, zapra­sza­jąc kole­gów kole­gów. Tyle że tym razem ktoś poszedł za nami.

Omia­tam wzro­kiem obcych ludzi - widocz­nych, ale ukry­tych. To mógł być któ­ryś z nich.

W salo­nie sły­chać huk. Zaglą­dam tam. Ktoś ścią­gnął kar­nisz z zasło­nami, wyska­ku­jąc przez okno.

Rodzice Nika by się wście­kli, gdyby wie­dzieli, jaką imprezę urzą­dził ich syn, ale to kolejna tajem­nica tej nocy peł­nej sekre­tów.

Jak co roku w Hal­lo­ween poje­chali do jakie­goś luk­su­so­wego hotelu.

Odwra­cam się i zauwa­żam Lau­ren w poło­wie scho­dów. Przy­staje i zerka na szkody, po czym idzie na pię­tro.

Przez całą drogę powrotną mil­czała. Haran paplał coś bez sensu, a Nik bur­czał, że trzeba zła­pać spraw­ców. Eli­sha i ja trzy­ma­li­śmy się mocno za ręce, ale tym razem to nie poma­gało.

Chloe patrzy na mnie wycze­ku­jąco. Przy­wio­złem ją tu, ale mam ochotę się ulot­nić.

Ktoś trąca mnie łok­ciem. Odwra­cam się i widzę osobę w masce Gho­st­face'a z Krzyku, w obsta­wie Han­ni­bala Lec­tera i laleczki Chucky.

- Jesteś tym gościem z tele­wi­zji, nie?

Kiedy nie odpo­wia­dam, Gho­st­face przy­suwa się bli­żej.

- O coś cię spy­ta­łem.

Maska tłumi jego głos. Nie znam go, podob­nie jak wielu innych tego wie­czoru.

- Tak - odpo­wia­dam. - To ja.

- Wie­dzia­łem.

Odwra­cam się, ale on łapie mnie za rękę.

- Myślisz, że jesteś ode mnie lep­szy? Nawet ze mną nie poga­dasz?

- Nie, ja tylko...

- Nie bądź kuta­sem - mówi Haran do Gho­st­face'a.

Odgra­dza mnie od trzech prze­bie­rań­ców, a oni patrzą po sobie i odcho­dzą.

Prze­waż­nie jest po pro­stu moim przy­ja­cie­lem. Ale cza­sem zmie­nia się w ochro­nia­rza. Tak to bywa, kiedy przy­jaź­nisz się z kimś od dziecka. Bez waha­nia poma­ga­cie sobie w każ­dej sytu­acji i nie­po­trzebne są żadne wyja­śnie­nia.

- Co to miało być? - dziwi się Eli­sha.

- Robię tylko, co do mnie należy. - Haran wypina pierś.

Kiedy spo­gląda na mnie, jego harda mina ustę­puje uśmie­chowi. Cie­szę się, że zawsze staje w mojej obro­nie.

- Chcę już jechać do domu - mówi Eli­sha, a ja jej przy­ta­kuję.

- Ja też.

Chloe nie pro­te­stuje. Wycho­dzimy, nie poże­gnaw­szy się z Nikiem. W mil­cze­niu idziemy do samo­chodu. W dro­dze powrot­nej moja sąsiadka kilka razy pró­buje zagaić roz­mowę, ale mil­czymy, więc w końcu daje za wygraną.

Jedyna sprawa, o któ­rej chcie­li­by­śmy teraz mówić, jest tabu - to, że ktoś poszedł za nami do lasu i obrzu­cił jajami wypeł­nio­nymi krwią chatę, którą uwa­ża­li­śmy za naszą małą tajem­nicę.

Może jakieś dzie­ciaki chciały się zaba­wić naszym kosz­tem. Prze­bie­rańcy, z któ­rych wcze­śniej się nabi­ja­li­śmy, posta­no­wili się na nas zemścić. Tylko ten krzyk. Nie brzmiał jak woła­nie kogoś, kto zna­lazł się w nie­bez­pie­czeń­stwie. Raczej jak ostrze­że­nie.

Naj­pierw odwożę Eli­shę, a potem jadę do domu. Haran nocuje dziś u mnie.

- Dzięki za zapro­sze­nie - odzywa się Chloe.

U niej w domu jest ciemno, ale jej matka stoi w oknie i patrzy pro­sto na nas.

- O tej porze mogłaby zapa­lić świa­tło - stwier­dza Chloe. - Wszyst­kie dzie­ciaki są już w łóż­kach, mamo.

Widzę w mroku jej bladą twarz i się nie śmieję.

Kiedy wcho­dzi do środka, bły­ska lampa w holu, a jej mama cofa się od okna i zaciąga zasłony. Dopiero wtedy spo­glą­dam na Harana.

- Co się dziś stało, do cho­lery?

- Nie mogę prze­stać myśleć o tych świe­cach - przy­znaje mój przy­ja­ciel. - Wszyst­kie się paliły, kiedy roz­legł się krzyk, ale gdy wró­ci­li­śmy do chaty, w środku było zupeł­nie ciemno.

- No to co? Pew­nie zdmuch­nął je prze­ciąg.

Haran kręci głową.

- Drzwi były zamknięte. - Patrzy mi pro­sto w oczy. - Myślę, że ktoś celowo je zga­sił.

- Chyba nie­po­trzeb­nie się tak przej­mu­jemy - mówię, pil­nu­jąc się, aby mój głos brzmiał spo­koj­nie.

- Aha - przy­ta­kuje. - Pew­nie masz rację.

Przed domem przy­klę­kam przy ozdob­nych dyniach i zdmu­chuję świeczki, jedną po dru­giej.

Sądzi­łem, że dzięki temu poczuję się lepiej, ale jest jesz­cze gorzej.

- Naprawdę wie­rzysz, że krzyk dobiegł z imprezy? - pytam.

Dło­nie Harana zwi­jają się w pię­ści.

- Mam nadzieję, że tak.

Żaden z nas nic nie mówi o krwi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki