Bardzo się cieszę, że postanowiłeś otworzyć tę książkę. Przyda ci się.
Bardziej, niż sądzisz. Nawet jeśli jesteś naprawdę bystry. Napisałem
wiele książek na temat komunikacji i zjawisk zachodzących w naszych
głowach. Te książki powstały, bo temat mnie interesował, ale też
chciałem, by więcej osób nauczyło się lepiej komunikować i poznało
siebie. Kiedyś na swoich wykładach mówiłem słuchaczom, że na naukę
komunikacji powinni poświęcać nieograniczony czas, bo gorzej być nie
może. Ważne, by po prostu to robić.
Myliłem się jednak. Nasz czas nie jest nieograniczony. Wręcz przeciwnie
-?więc musimy się spieszyć. Najświeższe badania ujawniły dwa fakty. Po
pierwsze to, że niewerbalna, nieuświadomiona część komunikacji
międzyludzkiej jest ważniejsza, niż dotychczas przypuszczaliśmy. Jak
wykazano, ma to kluczowe znaczenie w pozornie niezwiązanych ze sobą
dziedzinach, na przykład przy podejmowaniu właściwych decyzji
inwestycyjnych czy ustalaniu wysokości zaciąganego kredytu. Po drugie:
nigdy nie byliśmy tak słabi w komunikacji jak teraz. A do tego ta
umiejętność zanika w zastraszającym tempie. Współczesny świat sprawia,
że coraz gorzej rozumiemy naszych bliźnich i wykazujemy w stosunku do
nich mniej empatii. W świecie, w którym uchodźcy na łodziach nie są już
materiałem na pierwszą stronę gazety, lecz elementem codzienności, przez
granice uciekają miliony ludzi, zawalają się gospodarki całych państw,
klimat polityczny stoi pod znakiem wielkiego niepokoju o przyszłość, a poglądy, którym daleko do humanitarnych, generują ogromne zyski, brak
wystarczającego zrozumienia innych może mieć katastrofalne skutki.
Nie musisz działać na poziomie globalnym, by je odczuć. Istnieje duże
prawdopodobieństwo, że sam również ucierpiałeś. Podejrzewam, że czasem
się denerwujesz na kolegów z pracy, czujesz, że nawet w związku nie
jesteś tak rozumiany, jak byś chciał, a wolny czas upływa ci na
oglądaniu seriali albo leniwym surfowaniu po sieci. Dawno nie należałeś
do żadnego klubu czy stowarzyszenia i rzadko masz czas na spotkania z przyjaciółmi. Kiedy ludzie pytają, co słychać, odpowiadasz, że wszystko
dobrze, choć tak naprawdę masz na myśli tylko udany ostatni projekt w pracy albo to, że przynajmniej nie jesteś chory. W środku czujesz jednak
dokuczliwą frustrację i nie wiesz, jak się jej pozbyć. Niedawno byłeś
zdołowany. Ale nikomu o tym nie powiesz. Ludzie i tak by nie zrozumieli.
Jeśli przynajmniej jedna trzecia powyższych stwierdzeń odnosi się do
ciebie, gratuluję. Należysz do fantastycznej grupy jednostek, które
nazywamy współczesnymi ludźmi. Dzielisz te odczucia z dużą częścią
ludzkości.
Tak dalej być nie może. Mam plan -?poradźmy coś na to wspólnie.
Obietnica
W tej książce spróbuję wyjaśnić, z czego wynika zapaść komunikacyjna, i dać ci narzędzia do przeciwdziałania jej. Ale to nie wszystko. Chcę ci
przekazać jak najpełniejszy obraz społecznej wrażliwości1.
Rozumiem przez to umiejętność poruszania się w środowisku społecznym w sposób, który będzie korzystny dla wszystkich, a jednocześnie przybliży
cię do realizacji twoich celów, przy okazji wspierając i wzmacniając
relacje z innymi. Nie wiem, w którym punkcie drogi do kompetencji
społecznych się znajdujesz, więc zacznę od początku -?spojrzenia, w jaki
sposób nawiązujesz kontakt z innymi (i jak odczytujesz, czy chcą
kontaktu). Sprawdzę też, czy na pewno nigdy nie potrzebujesz gadki o byle czym i zawsze możesz rozmawiać na ważny temat. Potem zbadamy, w jaki sposób naprawdę słuchasz, by stworzyć unikalną więź z rozmówcą. Ten
temat jest omawiany w wielu poradnikach, ale często błędnie. Potem
nauczysz się, jak sprawić, by to inni słuchali ciebie, gdy masz coś
ważnego do powiedzenia albo chcesz coś zmienić. Zajrzymy również do
twojego wnętrza, bo ważna przeszkoda na drodze do kompetencji
komunikacyjnych znajduje się w mózgu. Zmienimy, co trzeba. Wreszcie
zagłębimy się w strategiach i technikach zapobiegania sytuacjom
konfliktowym, a jeśli to niemożliwe, pokażę, w jaki sposób postępować,
by wszyscy wychodzili z nich jako zwycięzcy, zamiast ze złością i bez
rozwiązania.
Nie nauczysz się za to, jak machnąć ręką i powiedzieć: to nie są
droidy, których szukacie, by sterować czyjąś wolą, ale uważam, że ten
trening zbliży cię do mistrza Jedi tak bardzo, jak to możliwe, bez pozwu
od Disneya. A jeśli ta metafora na ciebie nie działa, potraktuj tę
książkę jako narzędzie do poradzenia sobie w każdej sytuacji społecznej,
od rozmowy na imprezie po poważny konflikt. Krótko mówiąc, osiągniesz
doskonałość społeczną.
Zacznijmy jednak od tego, co odróżnia ludzi od zwierząt.
Sztuka (braku) zrozumienia innych
My, ludzie, mamy w sobie coś wyjątkowego. Jesteśmy zarazem
indywidualistami i istotami społecznymi. Każdy z nas jest racjonalny,
potrafi oceniać sytuacje i podejmować decyzje. Jednocześnie jesteśmy
emocjonalni i umiemy nawiązywać głębokie więzi z innymi. Douglas Adams
się mylił -?świata nie podbiły ani myszy, ani delfiny. Nie zrobiły tego
również Czerwone Lektroidy, choć nieporadnie próbowały w filmie
Przygody Buckaroo Banzai. Przez ósmy wymiar. To my, ludzie, złożyliśmy
sobie świat u stóp. Nie z powodu świetnych zdolności budowania
prymitywnych narzędzi z kamieni i patyków. I nie dlatego, że potrafimy
unieść dwa kciuki w górę. Powodem, dla którego dziś uważamy się za
właścicieli całej planety, jest nasza umiejętność rozumienia, co myślą
inni.
Oczywiście, wiele zwierząt też to potrafi. Najświeższe badania wykazały,
że nawet myszy mają pewnego rodzaju samoświadomość. Od tego już
niedaleko do zbudowania opinii o innych. Co nie jest zaskakujące,
zwierzętami najbliższymi nam pod względem zrozumienia toku myślenia
swoich towarzyszy są ssaki naczelne. Jednak nawet nad nimi mamy dużą
przewagę. Już jako małe dzieci zostawiamy je w tyle. W testach na
orientację w terenie dwulatki uzyskują takie same wyniki jak dorosłe
szympansy. Małpy te są równie dobre w rozpoznawaniu, dokąd ktoś
przeniósł jedzenie, jakie narzędzia są potrzebne do danego zadania i tak
dalej. Jednak kiedy trzeba zrozumieć myślenie kogoś innego, dzieci radzą
sobie o wiele lepiej. W konkurencji polegającej na podążaniu za czyimś
spojrzeniem, by zrozumieć, gdzie schował pożywienie, ludzie deklasują
swoich bardziej włochatych kuzynów. Podczas badania, które
przeprowadzili Esther Herrmann i jej współpracownicy z Instytutu
Antropologii Ewolucyjnej im. Maxa Plancka w Lipsku, dwulatki rozwiązały
siedemdziesiąt cztery procent zadań, a szympansy zaledwie trzydzieści
sześć. A przecież w odróżnieniu od dzieci miały już całe życie na naukę.
Tym, co odróżnia nas od zwierząt i daje wręcz niesprawiedliwą przewagę
nad nimi, jest więc nie samo zrozumienie sposobu myślenia innych, lecz
jego bardzo zaawansowany poziom. Albo, jak sformułowała to Herrmann,
właściwe naszemu gatunkowi umiejętności kulturowe. To właśnie jest
podstawa funkcjonowania społecznego. Umiejętność zrozumienia innych
sprawia, że możemy płynąć przez życie, omijając po drodze wiele raf.
Intuicyjnie czujesz, że to prawda.
Raczej nie uniesiesz ze zdziwieniem brwi, kiedy ci powiem, że ludzie z dobrze rozwiniętymi kompetencjami społecznymi mają też bliższych
przyjaciół, bardziej owocne relacje, żyją w lepszych małżeństwach i są
ogólnie szczęśliwsi. Ta umiejętność wpływa na całe ich życie. Lider jest
lepszy, kiedy wie, w jakim stopniu zostały zrozumiane jego polecenia.
Szef potrafi zmotywować pracowników, tylko jeśli zna ich potrzeby. A sprzedawcy nie sprzedadzą niczego, jeśli nie będą rozumieli, czego chcą
klienci.
Ta umiejętność ma tylko jedną słabą stronę: kiepsko z niej korzystasz.
Nie zrozum mnie źle: to, co teraz robisz, z pewnością się sprawdzało w twoim przypadku, ale oznacza to tylko tyle, że znalazłeś najniższy
działający poziom. A tymczasem możesz i powinieneś być znacznie lepszy.
Rozumiem, jeśli masz inne wrażenie. W końcu sam się chyba dobrze
orientujesz, jak to z tobą jest, prawda? Oczywiście, możesz mieć rację.
Jednak prawdopodobnie jej nie masz, a tylko tak ci się wydaje. Jesteśmy
bowiem zawstydzająco słabi w ocenie własnych możliwości. W swoim badaniu
Anu Realo, dawniej pracująca w Swedish Collegium for Advanced Study w Uppsali, a obecnie profesorka w Warwick w Anglii, poprosiła grupę
uczestników o pokazanie, jak dobrze wychodzi im odczytywanie innych. W tym celu pokazała im zdjęcia twarzy wyrażających jedną z siedmiu
podstawowych emocji -?złość, pogardę, obrzydzenie, strach, radość,
smutek lub zaskoczenie -?a potem poprosiła, by połączyli zdjęcia z odpowiednimi emocjami. Prosta sprawa. Następnie uczestnicy mieli ocenić,
jak bardzo się zgadzają ze stwierdzeniami: Potrafię rozpoznać czyjąś
osobowość na pierwszy rzut oka, Wiem, co czują inni, nawet jeśli
próbują tego nie okazywać i Często wiem z wyprzedzeniem, co ktoś
powie. W ten sposób można było również zmierzyć ich wrażenie, jak
dobrze potrafią czytać innych. Okazało się, że związek między
wrażeniem a rzeczywistą umiejętnością był... zerowy. Nie
zachodził.
Inne badania wykazały to samo. Po prostu gdy budujemy sobie wyobrażenie
o tym, co się dzieje pod czaszką u kogoś innego, nie jesteśmy w stanie
ocenić, czy mamy rację.
Jednak choć nie potrafimy stwierdzić, jak bardzo jesteśmy (lub nie
jesteśmy) kompetentni w tym zakresie, pożądamy tej kompetencji. W badaniu przeprowadzonym przez Marist (amerykański ośrodek badania opinii
publicznej) zapytano ludzi, jaką supermoc najbardziej chcieliby posiąść.
Na pierwszym miejscu znalazły się ex aequo czytanie w myślach i podróżowanie w czasie. Czytać w myślach chciałoby niemal dwa razy więcej
osób, niż latać (odpowiednio 28 i 16 procent), i trzy razy więcej, niż
móc się teleportować (11 procent) lub być niewidzialnym (10 procent).
Oczywiście jako profesjonalnemu czytaczowi w myślach i mentaliście
zrobiło mi się ciepło na sercu, bo to oznacza, że jeszcze przez jakiś
czas nie będę musiał się rozglądać za nowym zajęciem (rozumiem też,
dlaczego na pierwszym miejscu są również podróże w czasie -?to
praktyczne, jeśli jednocześnie umiesz czytać w myślach, bo pozwala
korygować zachowanie towarzyskich fajtłap). Możemy się uśmiechnąć, ale
widać tu poważniejszy problem. Rozumienie innych uchodzi za tak
nieosiągalne, że zostaje uznane za supermoc. Nie powinno tak być.
Może uważasz, że niesprawiedliwie twierdzę, iż to dotyczy również
ciebie. Przecież nie jesteś jedną z tych osób, które nie potrafią
ocenić, czy rozumieją innych. Wiesz, którzy z twoich przyjaciół bądź
kolegów z pracy czy ze studiów cię lubią, a którzy nie. Wiesz, kto cię
rozumie, z kim się fajnie bawisz, a kto jest idiotą, którego lepiej
unikać. To chyba powinno wystarczyć? Zgadza się, powinno. Gdybyś miał tę
wiedzę. Ale jej nie masz.
Inne badania, tym razem przeprowadzone przez Davida Kenny'ego z Uniwersytetu w Connecticut i Nicholasa Epleya z Uniwersytetu w Chicago
(między innymi), wykazały, że jesteśmy tylko minimalnie lepsi od
rzuconej monety w stwierdzaniu, kto nas lubi, kto chce z nami pójść na
kolejną randkę i czy zrobiliśmy dobre wrażenie na rekruterze podczas
rozmowy o pracę.
Nie chodzi o to, że błądzimy po omacku. Mamy pewną orientację w tym, jak
jesteśmy oceniani przez innych. Tyle tylko, że ta wiedza jest
praktycznie nieistotna, skoro -?jak pokazują badania -?niewiele
przewyższa metodę na chybił trafił.
Jak to więc możliwe, że tak przeceniamy swoje umiejętności? Jedno z wyjaśnień mówi, że kiedy chcemy ocenić, jak dobrze rozumiemy innych,
bazujemy na informacjach, których nam dostarczają. Te informacje zawsze
są starannie wybrane, nawet jeśli nieświadomie. Przefiltrowane przez to,
co zdaniem innych chcesz usłyszeć, jak bardzo swobodni chcą być przy
tobie, a co wstydzą się zdradzić, przez wyuczone normy społeczne,
kodeksy zachowań i tak dalej. Inaczej mówiąc, informacje, których
używasz do oceny, co się dzieje w czyimś wnętrzu, mają bardzo niewiele
wspólnego z rzeczywistością. Osoba, która według ciebie bardzo cię lubi,
może tak naprawdę pielęgnować wewnętrzną nienawiść, ale nauczyła się
tego nie pokazywać w sytuacjach, w których byłoby to złamaniem normy
społecznej. Z kolei ci, których skreśliłeś jako nieciekawych, tak
naprawdę cię lubią, ale uważają, że lepiej się nie pokazywać z tak
prywatnej strony. Sygnały, które pozwalają odkryć prawdę, są obecne, ale
trudno je dostrzec, gdy są zduszone przez tak wiele warstw filtrów, a ty
nie wiesz, czego szukać.
Bez treningu nie pomoże nawet spędzenie całego życia z daną osobą.
Profesor psychologii Kenneth Savitsky i jego współpracownicy odkryli, że
wzajemne zrozumienie małżonków wcale się nie poprawia z wiekiem.
Silniejsze jest jedynie złudzenie, że lepiej się rozumieją.
Świat nam ucieka
Niedawno podczas wykładu zapytano mnie, jak mogę jednocześnie twierdzić,
że nie umiemy się komunikować i że kompetencje komunikacyjne są w nas
zaprogramowane. Jak pamiętasz, nasza zdolność rozumienia tego, co czują
i myślą inni, pomogła nam zawładnąć światem. Czy w takim razie sam sobie
zaprzeczam? Warto potraktować to pytanie poważnie, a nie znalazłem
żadnych badań, które próbowałyby na nie odpowiedzieć. Widzę jednak dwa
możliwe wyjaśnienia, dlaczego oba te stwierdzenia są prawdziwe.
Może nasze kompetencje społeczne były lepsze w dawnych czasach, gdy
zależało od nich, czy przeżyjemy. Jeśli nie potrafiliśmy odczytać
czyjegoś strachu jako znaku, że trzeba zachować ostrożność, zostawaliśmy
zaatakowani przez tygrysa, którego inni, w przeciwieństwie do nas,
dostrzegli. Jeśli nie widzieliśmy chorego, sami też zjadaliśmy trujące
jagody. A jeśli nie potrafiliśmy sprawnie się poruszać w obrębie relacji
społecznych, kończyło się to wykluczeniem z grupy, a więc utratą dostępu
do ochrony, pożywienia i ciepła. Po prostu nie mogliśmy sobie pozwolić
na błędy. Jednak w dzisiejszym społeczeństwie konsekwencje złej
komunikacji nie są równie natychmiastowe ani wyraźne. To sprawia, że po
raz pierwszy w historii możemy pozwolić sobie na zaniedbanie
umiejętności, które zapewniły nam tysiące lat dominacji, nie ryzykując
tym samym utraty życia.
To pierwsze wyjaśnienie, dlaczego nasze umiejętności społeczne się
pogarszają. Drugie, które mnie bardziej przekonuje, jest takie, że nadal
jesteśmy tak samo dobrzy w rozumieniu sytuacji społecznych jak zawsze.
Różnica polega tylko na tym, że w sytuacjach społecznych, w których się
znajdowaliśmy pięćdziesiąt tysięcy lat temu, było znacznie łatwiej
funkcjonować niż w dzisiejszych. Współczesne społeczeństwo stawia naszej
komunikacji zupełnie inne wymagania -?takie, z którymi nigdy wcześniej
nie musieliśmy się mierzyć, a zatem nie zostaliśmy przeszkoleni, jak
sobie z nimi radzić. Poruszamy się w niewiarygodnie złożonym i ulegającym ciągłym zmianom układzie uprzedzeń, moralności, wartości, ról
płciowych, winy, samooceny, ambicji i wielu innych czynników, które nie
mają znaczenia dla naszego przetrwania, ale którymi należy umieć dobrze
operować, by mieć udane życie. Nasz system operacyjny do interakcji
społecznych może i jest z góry zaprogramowany, ale ominęły nas kluczowe
aktualizacje z ostatnich kilku stuleci. Współczesne życie domaga się
funkcjonalności jak z kolejnej aktualizacji Windowsa, ale nasze mózgi
wciąż działają pod DOS-em2.
Kilka miesięcy przed wykładem, na którym zostałem zapytany, czy sam
sobie zaprzeczam, prowadziłem wykład dla departamentu szkolnictwa i edukacji w jednej ze szwedzkich gmin. Jeśli teoria, że nasze kompetencje
społeczne są niewystarczające we współczesnych systemach, jest słuszna,
to ten brak czy niekompetencja powinny być tym wyraźniejsze, im większa
jest nasza świadomość systemu, w którym żyjemy. W pierwszych latach
życia sfera społeczna powinna być stosunkowo prosta, a potem powoli
coraz bardziej się komplikować. Ponieważ moi słuchacze owego dnia
składali się z dyrektorów i przedstawicieli wszystkich szczebli edukacji
od przedszkola do liceum, miałem doskonałą okazję, by ich o to zapytać.
Czy tego rodzaju niekompetencja społeczna jest widoczna u dzieci już od
samego początku? A może moi słuchacze zaobserwowali, że przychodzi
stopniowo? A jeśli tak, to w jakim wieku zaczyna się pojawiać społeczna
nieporadność? Czy można oszacować punkt w czasie, w którym
zaprogramowane narzędzia stają się niewystarczające do radzenia sobie z kodami społecznymi?
Sam podejrzewałem, że następuje to w nastoletnim wieku zmagań z tożsamością, który większość z nas wspomina jako wyjątkowo
niekomfortowy. Z drugiej strony mówi się, że wiek wszystkich
przełomowych momentów w życiu ulega obniżeniu, więc może widać to już w późnej podstawówce?
Zebrani dyrektorzy byli jednak uderzająco zgodni, że błądzę we mgle. Co
do zasady miałem rację, ale moje szacunki były zbyt optymistyczne.
Wspólny wniosek był taki, że uczniowie szkół zaczynają mieć problemy z kodami społecznymi już w wieku dziewięciu-dziesięciu lat.
Zastanówmy się nad tym przez kilka sekund.
Jeśli kiedykolwiek przebywałeś w towarzystwie dzieci w wieku
przedszkolnym, wiesz, że ich życie to jeden wielki eksperyment
społeczny. Pierwsze pięć lat spędzamy na próbach zrozumienia, na czym
polegają interakcje z innymi. Właśnie w tym okresie dowiadujemy się, że
pożyczanie swoich zabawek jest w porządku. Że nie powinniśmy sami
otwierać prezentu, który właśnie daliśmy komuś na urodziny. Że tata się
zdenerwuje, kiedy pierdniemy mu w twarz, choć jeszcze cztery lata
wcześniej uważał, że to słodkie. W wieku sześciu lat jesteśmy w miarę
przystosowani społecznie. Jednak najwyraźniej już po bardzo krótkim
czasie -?nie dłuższym niż trzy-cztery lata -?wymagania społeczne znów
zaczynają nas przerastać. Rozwojowi mózgu jeszcze bardzo wiele brakuje
do kompletności3, a my już mamy problemy. Jeśli ta
obserwacja dotycząca wieku dzieci szkolnych jest prawdziwa nie tylko dla
gminy, w której wykładałem (a nie widzę powodu, by tak miało nie być),
nie mamy cienia szansy.
Nie zostałeś dobrze nauczony
Aby komunikacja miała sens, musisz rozumieć drugą osobę (a wspomnieliśmy, że nie wiesz, czy tak jest). Jednak samo zrozumienie nie
wystarczy. Musisz także potrafić przetworzyć informacje, które
otrzymujesz, sprawić, by wpłynęły one na resztę komunikacji, a także
przekazywać własne myśli i uczucia w sposób, który zostanie zrozumiany i dobrze przyjęty. To całkiem sporo. Technik, których do tego używasz,
nauczyłeś się od innych uczestników komunikacji. Pierwszymi
instruktorami, którzy prawdopodobnie wywarli na ciebie największy wpływ,
byli twoi rodzice. Oni z kolei nauczyli się komunikacji od swoich
rodziców. Wpłynęli na ciebie znajomi (którzy uczyli się komunikować od
rodziców, a oni od swoich). Pomogli też nauczyciele ze szkoły i trenerzy. Wszyscy oni z pewnością mieli dobre intencje. Ale skąd
pewność, że byli dobrymi nauczycielami relacji z innymi? Kiedy w dorosłym wieku uczysz się nowego języka, pewnie wystarczy ci, że twój
nauczyciel dobrze go opanował, zna reguły gramatyki i ma przygotowanie
pedagogiczne. Kiedy jednak chodzi o kluczową dla twojego życia
komunikację społeczną, musiałeś polegać na instruktorach, którzy
prawdopodobnie sami byli nie dość wykształceni w tej dziedzinie.
Twój sposób komunikacji kształtowały także inne czynniki -?jak radio,
podcasty, telewizja i internet. Moi kumple dorastali z serialem
Przyjaciele (sam wolałem oglądać Z Archiwum X, co z punktu widzenia
kompetencji społecznych było pewnie gorszym wyborem). Problem z czerpaniem wskazówek komunikacyjnych z fikcji w rodzaju Przyjaciół
polega na tym, że w prawdziwym życiu nikt nie mówi w taki sposób. Nikt
nie jest tak błyskotliwy i zabawny, nie ma tak dobrych relacji jak
koledzy z najpopularniejszych programów
telewizyjnych/internetowych/radiowych. Dlatego ich lubimy. Są
nieosiągalnymi ideałami. Mogą nas rozśmieszać, ale jako nauczyciele
komunikacji nie pomagają ani trochę. Prawdziwy świat tak nie wygląda. W najlepszym razie możemy od nich pożyczyć jakieś powiedzonko i potem go
używać ku rosnącej irytacji naszych przyjaciół.
Bazinga!
Przy całym tym bagażu chyba nie powinno dziwić, że już w 1979 roku
ekspert w dziedzinie komunikacji Robert Bolton stwierdził, że 80 procent
osób, które nie radzą sobie w pracy, ma z tym problem dlatego, że nie
udało im się stworzyć dobrych relacji. Innymi słowy, nie są w stanie
komunikować się w taki sposób, w jaki powinni. Jak wielki to problem,
stało się jeszcze bardziej widoczne, gdy dziennik "Dagens Industri" w 2016 przyznał Gazelę Roku. Nagroda wyróżnia firmy, które dobrze sobie
radziły w danym roku, i jest wręczana podczas uroczystej gali w Konserthuset -?sztokholmskiej filharmonii. W rozmowach z dziennikarzami
żaden z laureatów nie powiedział, że zawdzięcza wygraną genialnej głowie
do interesów. Za to praktycznie wszyscy mówili, jak ważna jest możliwość
pracy z ludźmi, których się lubi. Sami twierdzili, że aspekt społeczny
nie tylko jest kluczowy dla ich spektakularnych sukcesów, ale wręcz
nadaje sens wszelkiej działalności. Spośród wszystkich najwybitniejszych
firm ze Szwecji tylko w jednej w ogóle wspomniano o aspekcie finansowym.
Cokolwiek robimy, dobra komunikacja i dobre relacje wciąż są naszym
najważniejszym zasobem.
Jednak nawet jeśli komunikacja międzyludzka jest naszym najlepszym
wynalazkiem, statystyczny człowiek nie jest w niej zbyt dobry. A wręcz
staje się coraz gorszy. Nieefektywna, zła komunikacja tworzy między tobą
a pozostałymi przepaść, która wpływa na wszystkie aspekty twojego życia.
Nieskuteczna komunikacja to nie tylko sytuacja, w której kogoś źle
zrozumiesz i podajesz mu masło zamiast hasła. To coś gorszego. Czujesz
się niezrozumiany i samotny. Masz problemy rodzinne. Uważasz swoich
współpracowników za niekompetentnych i źle się czujesz w pracy lub w szkole. Jesteś w stresie, źle się czujesz psychicznie i fizycznie, co
prowadzi do depresji i chorób. Możesz nawet umrzeć. Robert Bolton, o którym wspomniałem wcześniej, stwierdził, że ta rosnąca społeczna
przepaść między ludźmi stała się jednym z największych problemów w naszym społeczeństwie. Przerażające, że widział to już w 1979 roku,
analizując badania przeprowadzone przez psychiatrów takich jak Harry
Stack Sullivan i David Riesman, firmę medyczną Hoffman-La Roche i innych. A przecież ówczesne problemy komunikacyjne to bułka z masłem w porównaniu z tym, co nastąpiło w naszym lśniącym nowością świecie rodem
z science fiction. Internet wszystko pogorszył. Zacznijmy od tego, że
nie mamy już dla siebie czasu.
Nie zdążę się spotkać w tym roku
Jestem taki jak ty. Nie umiem żyć bez internetu i żeby funkcjonować jak
człowiek, muszę mieć w kieszeni bank, maila, pogodę, plan treningowy na
cały tydzień i Wikipedię. Jednak za nowy styl życia płacimy wysoką cenę.
Postęp techniczny zapoczątkowany w latach pięćdziesiątych sprawił, że
mamy więcej wolnego czasu niż kiedykolwiek. Poza tym dostarczył więcej
czynników odwracających uwagę. Dawniej tę odrobinę wolnego czasu, którą
mieliśmy do dyspozycji, wykorzystywaliśmy na spotkania z ludźmi.
Aktywności społeczne były na pierwszym miejscu i prawdę mówiąc, po
prostu nie było tak wielu innych zajęć do wyboru. Jeździliśmy na
rowerze, urządzaliśmy kempingi, grillowaliśmy, chodziliśmy na koncerty
albo na tańce. Lata pięćdziesiąte przyniosły ogromną zmianę społeczną w postaci telewizji. W zaledwie kilka lat spotkania towarzyskie zostały
zastąpione przez wpatrywanie się w czarno-białe programy. Mimo że przez
długi czas mieliśmy tylko dwa kanały, kontynuowaliśmy to przez
dziesięciolecia.
Przeskoczmy do dnia obecnego, gdy ze wszystkich stron zalewają nas
rozrywka i odwracacze uwagi -?wszystkiego jest zbyt dużo, byś zdążył to
poznać. Masz dostęp do prawie całej światowej muzyki za pośrednictwem
Spotify, do większej liczby filmów i seriali, niż mógłbyś sobie
wyobrazić, na Netfliksie, i do tysięcy fantastycznych gier w App Store i Google Play. A mówię tylko o tym, co masz w swoim telefonie. Wspólne dla
wszystkich tych pokus jest to, że najczęściej korzystasz z nich w pojedynkę. Samotnie. Jeśli jakaś cyfrowa aktywność skłania cię do
osobistych spotkań z innymi ludźmi, jak gra Pokémon Go, jest to tak
nietypowe, że trafia na czołówki gazet.
Nie jest też tak, że przestaliśmy oglądać telewizję kosztem interakcji z nową ofertą medialną. Zwyczajne oglądanie też zyskuje na popularności.
Komitet MMS, zajmujący się mierzeniem czasu spędzanego przez Szwedów
przed telewizorem i w sieci, ustalił, że w roku 2019 przeciętny
mieszkaniec naszego kraju oglądał telewizję 127 minut dziennie. To
prawie 773 godziny oglądania rocznie. Samej telewizji. Nie jest w to
nawet wliczony czas poświęcony platformom streamingowym, takim jak
Netflix, HBO czy Amazon Prime. Możemy do tego doliczyć również 3 godziny
i 43 minuty, bo tyle każdego dnia patrzymy w telefon, według badań
przeprowadzonych przez Asurion, firmę zajmującą się ochroną
danych4. Dochodzimy już do 2130 godzin rocznie. A to nawet
nie jest skrajność, tylko przeciętny czas oglądania telewizji i korzystania z telefonu. Do tego należy dodać wszystkie inne czynności,
które wykonujesz na komputerze. Według Asuriona wszyscy staliśmy się
uzależnieni od technologii. Zgadza się z tym szwedzki komik Tobias,
który w filmie Morran i Tobias mówi: Któregoś razu zerwało mi
połączenie z siecią. Dostałem gorączki.
Oto zabawne porównanie. Liczba dni roboczych w roku waha się w przedziale od 224 do 229 (bez weekendów), w zależności od tego, jak
wypadają święta i lata przestępne. Powiedzmy, że dzień pracy ma osiem
godzin. Jeśli jesteś zatrudniony na cały etat, zastanów się, ile dałeś
radę zrobić w ubiegłym roku. Pomyśl o wszystkim, co robiłeś przez cały
rok od stycznia do grudnia, poczynając od drobnostek, jak wymiana tonera
w drukarce, a kończąc na zamkniętych dużych projektach czy nawiązanych
nowych kontaktach. Może też gdzieś wyjechałeś. Powiedzmy, że ten rok był
jednym z najbardziej pracowitych od dawna, bo liczył aż 229 dni
roboczych. A zatem przepracowałeś 1832 godziny. To dużo. Ale wciąż o prawie 300 godzin (lub 37 dni roboczych) mniej, niż poświęciłeś na
oglądanie telewizji i swój telefon.
Ale może nie pracujesz. Dokonajmy zatem innego porównania, by jeszcze
bardziej podkreślić, o co mi chodzi: Wikipedia jest być może największą
bazą danych na świecie. Społeczność poświęciła jej nieprawdopodobnie
wiele, już w 2008 roku wyliczono, że jest to mniej więcej 100 milionów
godzin pracy. Nie da się ogarnąć rozumem, jak wiele to czasu. Poza tym
od 2008 roku Wikipedia ogromnie się powiększyła. Porównajmy tę
gigantyczną liczbę z czasem, który mieszkańcy Stanów Zjednoczonych w tym
samym roku spędzili przed telewizorem. Tylko telewizorem. Były to dwa
miliardy godzin. Jak zauważa pisarz Clay Shirky, w takim czasie
można by było stworzyć 2000 nowych kompletnych Wikipedii.
Ciekawe wobec tego, jak często mówimy, że nie nadążamy. Niemal
codziennie słyszę tę skargę: że mamy za mało czasu na to, co chcemy lub
musimy zrobić. Bo jeśli cokolwiek mamy, to właśnie czas. Mnóstwo czasu.
Ale rozumiem to uczucie. Nasz czas jest bowiem jednocześnie ograniczony.
Tim Urban na swoim znakomitym blogu WaitButWhy.com zauważył, że jeśli
masz mniej więcej trzydzieści lat i czytasz pięć książek rocznie, przed
śmiercią zdążysz ich przeczytać jeszcze około trzystu (o ile będziesz to
robić aż do dziewięćdziesiątego roku życia). To dwa regały Billy z Ikei.
Wszystkich innych istniejących książek nigdy nie poznasz.
Mam nadzieję, że zaczynasz dostrzegać, co mam na myśli. Dziś masz dostęp
nie do trzystu, lecz do kilku tysięcy książek dzięki księgarniom
internetowym, Google Books i Storytel (że nie wspomnę o serialach,
dostępnych na jedno kliknięcie).
Trzeba się z tym pogodzić.
Nie zdążysz.
Ale może lepiej dostrzec tu sygnał, że nie musisz nawet próbować.
Przesyt technologiczny, którego doświadczamy, mówi nam, że czas zacząć
ustalać priorytety. I nie chodzi mi o to, że powinieneś się zastanowić,
czy obejrzeć wszystkie sezony Nie z tego świata przed zaliczeniem
ośmiu sezonów Świrów czy po. Chcę powiedzieć, że powinieneś się
zastanowić, czy w ogóle oglądać Nie z tego świata. Lub robić to, na co
poświęcasz 2130 godzin rocznie. Może powinieneś się skoncentrować na
czymś innym. A raczej na kimś innym. W tym samym poście na wspomnianym
blogu lekko przygnębiony Tim Urban stwierdził, że jego rodzice pewnie
pożyją jeszcze maksymalnie trzydzieści lat (sam Tim w chwili pisania
miał trzydzieści cztery lata). Odkąd w wieku osiemnastu lat wyprowadził
się z domu, odwiedzał rodziców mniej więcej dziesięć razy do roku. Gdyby
to utrzymał, w swoim życiu zobaczyłby się z nimi jeszcze ze trzysta
razy. A zatem liczba dni, które spędziłby z żyjącymi rodzicami, była
mniejsza, niż spędzał z nimi w ciągu jednego roku wcześniej, gdy
mieszkał w domu. Na kolejnych dwóch stronach znajduje się ilustracja.
Czarne gwiazdki to dni, które do tej pory spędził z matką i ojcem, a białe -?dni z nimi, które mu pozostały na kolejne trzydzieści lat.
To, co profesor psychologii Larry Rosen określił mianem technostresu,
może być nowoczesnym zjawiskiem, ale niezdolność do ustawiania
priorytetów wydaje się wspólna wszystkim ludziom. W książce Sztuka
myślenia Ernest Dimnet pisał:
Czy naprawdę nie masz czasu? Czy szczerze mówisz, czy tylko powtarzasz
to, co mówią inni? Brak czasu! Skrajne ubóstwo! Być może w twojem
przekonaniu mieć czas nie znaczy mieć trochę czasu dla siebie, lecz
znaczy mieć wszystek czas, nic nie mając do zrobienia. Zbadaj swoje
sumienie i daj odpowiedź. Pewnik: ludzie bardzo zajęci zawsze mają czas
na wszystko. I odwrotnie -?ludzie mający dużo wolnego czasu nie mają
czasu na nic5.
Język jest może nieco staroświecki, ale to dlatego, że książka powstała
w 1928 roku.
Tak to wygląda w przypadku większości z nas. Czas nie jest nieskończony.
Pytanie brzmi, na co chcesz go spożytkować. Nawet jeśli Nintendo lepiej
uwalnia dopaminę (substancję chemiczną, która powoduje, że czujesz
satysfakcję, zbierając czarne monety z gwiazdkami w Super Mario Run)
niż nasze relacje z innymi, to badania mówią jednoznacznie:
Jedyne, co w ostatecznym rozrachunku daje sens i szczęście, to dobre
relacje z innymi istotami ludzkimi.
Bez treningu nie ma mistrza
Norman H. Nie i Dione Sunshine Hillygus to dwoje badaczy z Uniwersytetu
Stanforda. Odkryli, że z każdą godziną, którą spędzasz w domu przed
komputerem, twoje kontakty z innymi ludźmi skracają się o pół godziny. A jeżeli rezygnujesz ze spotkań, coraz gorzej sobie na nich radzisz.
Kompetencje społeczne mogą być wrodzone, ale żeby się rozwijały, należy
je ćwiczyć. Potrzeba lat osobistych spotkań twarzą w twarz, abyś
potrafił zarówno kontrolować siebie, jak i precyzyjnie czytać innych.
Kompetencje społeczne i czujność wymagają interakcji. Zadawania pytań,
słuchania i -?czasami -?popełniania błędów6.
Tym samym docieramy do kryzysu umiejętności prowadzenia rozmów. W rozwiniętym technicznie świecie roznosi się epidemia płytkiej i nonsensownej paplaniny. Szczytem komunikacji stało się dla nas
fotografowanie posiłków (nie zawsze przed spożyciem) albo opowiadanie,
jak dobrze nam poszło na siłowni. Lub tylko udostępnianie "zabawnych"
GIF-ów. Według Portio Research w skali globalnej ludzie wysyłają około
690 miliardów wiadomości tekstowych miesięcznie. Organizacja Text
Request wyliczyła, że już w 2018 roku wysyłałeś 2820 esemesów
miesięcznie. A dziś prawdopodobnie wysyłasz i dostajesz ich jeszcze
więcej. Jak wiele z nich to rozmowy, które inspirują, pocieszają,
poruszają, motywują albo są naprawdę ważne? Prawda jest taka, że
kompetencje społeczne, a wraz z nimi udane życie, toną w naszym własnym
szumie informacyjnym. A brak znaczących rozmów ma na nas wpływ. Kiedy
wysyłasz esemes, w drodze do odbiorcy może on się nawet odbić od
Księżyca, ale bywa, że tego samego nie jesteś w stanie powiedzieć
osobiście. Najczęstszym powodem rozstań par w krajach Zachodu jest dziś
nieumiejętność komunikacji. Nic dziwnego, skoro przeciętna para spędza
więcej czasu na patrzeniu w telewizor niż na rozmowie.
Kiedy rezygnujemy z "prawdziwych" spotkań, zanikają nasze podstawowe
umiejętności społeczne, takie jak odczytywanie wyrazu twarzy czy
rozumienie emocjonalnego znaczenia gestu. Kiedy nie trenujesz tych
umiejętności, w twoim mózgu osłabiają się połączenia odpowiedzialne za
wprawę w kontaktach społecznych. Interakcje stają się nieporadne, masz
tendencję do niewłaściwego rozumienia lub wręcz niezauważania subtelnych
sygnałów w mowie ciała, gestach czy wyrazie twarzy. Okazuje się, że
długie korzystanie z internetu może mieć poważne konsekwencje
psychologiczne. Znajoma sztokholmska psycholożka dzieci i młodzieży
powiedziała mi, że dostrzega wyraźny związek między nastolatkami, które
zrezygnowały z fizycznych (społecznych) aktywności, by spędzać wolny
czas przed komputerem, a rozwojem depresji. Badania pokazują, że częste
korzystanie z internetu może wywołać nie tylko depresję, ale też silne
osamotnienie, dezorientację, niepokój, wyczerpanie i uzależnienie, a wszystko to jeszcze bardziej niszczy umiejętności społeczne.
Komunikacja online jest w dalszym ciągu znacznie bardziej anonimowa i odizolowana niż spotkania bezpośrednie, a poza tym nie zapewnia
potrzebnego feedbacku od innych. Spotkania twarzą w twarz pozwalają ci
trenować odpowiadanie odruchowe, bo nie masz czasu do namysłu, który
daje ci czat. Spotkania uczą cię także norm społecznych, na przykład
rozmowy z obcymi, witania w pracy kogoś nowego czy zachowania podczas
eleganckiej kolacji. Filmik instruktażowy na YouTubie może być
praktyczny, ale nie zastąpi realnego doświadczenia, bo tylko ono
wzmacnia połączenia w mózgu konieczne do radzenia sobie ze złożonymi
interakcjami na co dzień.
Dowody, że tracimy umiejętności społeczne, są wszędzie. Sara Konrath,
Edward O'Brien i Courtney Hsing z Uniwersytetu Michigan przeprowadzili
metabadanie, w którym połączyli 72 różne badania obejmujące prawie 14
tysięcy studentów na przestrzeni trzydziestu lat. Wykazało ono, że
zdolność empatii u nastolatków radykalnie się zmniejszyła, ale
najsilniejszy trend spadkowy przypadł na okres od roku 2000 do teraz.
Wytłumaczenie podane przez badaczy zabrzmi znajomo: młodzi ludzie
poświęcają mniej czasu na aktywności społeczne i w znacznie mniejszym
zakresie niż dawniej należą do stowarzyszeń czy uczestniczą w podobnych
sytuacjach sprzyjających trenowaniu empatii. Przez świat Zachodu
przetacza się fala narcyzmu, w której młodzi ludzie nie są już
zainteresowani innymi.
Wszyscy zmagają się z tymi samymi problemami społecznymi. Również
politycy. Trochę trudno sobie wyobrazić międzynarodowe spotkanie z udziałem poważnie skonfliktowanych ze sobą krajów, podczas którego
uczestnicy błędnie rozumieją swoje wyrazy twarzy i sygnały emocjonalne.
Albo są pozbawieni empatii. A jednak wielu badaczy twierdzi, że właśnie
do takiej sytuacji zmierzamy.
Ale przecież jesteśmy towarzyscy jak nigdy przedtem
To, co przeczytałeś do tej pory, może się wydawać sprzeczne z rzeczywistością, w której żyjesz -?przecież media społecznościowe
otworzyły świat. Tych 690 miliardów esemesów stanowi dowód, że
komunikujemy się ze sobą jak nigdy przedtem. To prawda. Jesteśmy
bardziej połączeni i globalnie świadomi niż kiedykolwiek w historii
ludzkości.
Jednak Facebook, Instagram i Snapchat nie odwróciły trendu słabnącej
empatii -?raczej go spotęgowały. Nigdy wcześniej nie byliśmy dla siebie
tak niemili bezkarnie. Sieci cyfrowe są dobre w szerzeniu informacji,
ale jak dotąd, z nielicznymi wyjątkami, znacznie gorzej sobie radzą z szerzeniem empatii. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie w Göteborgu
wykazało, że im więcej czasu poświęcamy na Facebooka, tym gorsze jest
nasze samopoczucie. Ludzie, których widzimy w mediach społecznościowych,
są ulepszonymi, wyretuszowanymi wersjami siebie. To nie są osoby, lecz
raczej "persony". Jeśli większość naszych spotkań odbywa się przez media
społecznościowe, wyciągamy wniosek, że wszyscy są szczęśliwsi i atrakcyjniejsi od nas. Czujemy się więc źle (i może próbujemy sobie to
wynagrodzić, wrzucając na fejsa lepsze zdjęcie profilowe od
poprzedniego).
To nic nowego. Wcześniej zastępowaliśmy przyjaciół i rodzinę telewizją,
naszymi przyjaciółmi stawali się ci, których oglądaliśmy na ekranie.
Zapytaj kogokolwiek, kto śledził sitcom przez szereg sezonów, a powie
ci, że "zna" występujących w nim bohaterów. Wcześniej wspomniany serial
Przyjaciele odniósł jeden z największych sukcesów w historii. Ma
tytuł, który na pierwszy rzut oka zdaje się odnosić do więzi między
postaciami, ale jednocześnie jest zadaniem dla widza. To są teraz twoi
przyjaciele.
Różnica między kumplami z telewizora a znajomymi na Facebooku polega na
tym, że najczęściej zdawaliśmy sobie sprawę, że postaci z telewizji są
zmyślone7. Dylan i Brenda z serialu Beverly Hills, 90210
wydawali się wiarygodni, ale wiedzieliśmy, że nigdy nie spotkalibyśmy
kogoś takiego na ulicy. Jednak w mediach społecznościowych granica
między fantazją a rzeczywistością się zaciera. Ludzie, którzy wydają się
równie atrakcyjni, bystrzy i szczęśliwi jak postaci z serialu, są teraz
osobami, które istnieją "naprawdę". Mamy ich na liście znajomych. I tak
jak przedtem aspirowaliśmy do życia oglądanego w fikcyjnych produkcjach
telewizyjnych -?przez co mieliśmy wyższe wymagania materialne i jednocześnie więcej niepokoju, gdy nie zostały spełnione -?tak teraz
dążymy do nieosiągalnego ideału z mediów społecznościowych. Przewijamy
feed i niczym współczesne echo piosenki All by Myself pytamy z niepokojem, gdzie są nasi przyjaciele, gdy tak dobrze się bawią.
Dlaczego nas z nimi nie ma? Też chcielibyśmy mieć taką drogą rzecz jak
oni.
Gamla stan w Sztokholmie kontra Pokémon Go. Rząd ludzi jest prawie tak
długi jak budynki. Zdjęcie zostało zrobione sekundy przed tym, jak
schowany za rogiem krzyknąłem: Jaaa! Dragonite!, żeby sprawdzić, jak
to będzie wyglądało, gdy dwieście osób jednocześnie zrozumie, że są w złym miejscu.
Jednak bardzo trudno się do tego przyznać. Jesteśmy ekspertami w znajdowaniu wymówek tłumaczących, dlaczego dana nowa technologia dobrze
wpłynie na nasze relacje społeczne. Wcześniej podałem przykład Pokémon
Go. Kiedy piszę te słowa, histeria związana z grą wciąż jeszcze się nie
uspokoiła. Nie mam nic przeciwko temu, że ludzie grają w Pokémon Go,
chyba że przed maskę samochodu wyskakuje mi ktoś z nosem w telefonie,
próbujący złapać potwora. Jeśli chcesz grać, nie będę cię powstrzymywał.
Po prostu czuję smutek za każdym razem, gdy słyszę, że granie w Pokémon
Go jest dla nas dobre. Bez względu na to, czy rozmawiam z graczem,
czy czytam artykuły na internetowych stronach lifestyle'owych, obrona
brzmi mniej więcej tak:
Człowiek wychodzi, ma trochę ruchu i to bardzo towarzyska aktywność, bo
wciąż się spotyka innych graczy. Są na to badania.
Nie całkiem. Badania wykazały, że ludzie cierpiący na agorafobię albo
silne stany lękowe, którzy z tego powodu nie wychodzili z domu, mogą
zmienić zachowanie, gdy gra zmusi ich do wyjścia. Ale to wszystko. Z punktu widzenia celu tej książki nie wystarczy pójść w konkretne
miejsce, a potem stać tam nieruchomo, pochylając głowę i skupiając się
na telefonie. To, że na tym samym metrze kwadratowym stoi kilkaset osób,
robiąc to samo, nie oznacza, że macie kontakt społeczny. Znaczy to
tylko, że stałeś się równie łatwym łupem dla kieszonkowców jak inni
miłośnicy Pikachu.
Nie jesteś taki
Okej, wiem, wiem. Słyszę cię aż tutaj, na tej stronie książki. Nic z tego nie dotyczy ciebie. Nawet jeśli używasz telefonu nieco częściej,
niż jest to absolutnie konieczne, masz wspaniałe spotkania z innymi.
Rozumiesz, że media społecznościowe to nie rzeczywistość, i najczęściej
potrafisz dobrze się komunikować. W twoim przypadku nie trzeba wiele
poprawiać. Oczywiście, może tak być.
Zróbmy więc mały test, żeby się przekonać, czy rzeczywiście potrzebujesz
tej książki (ktoś mógłby pomyśleć, że taki test powinien był się znaleźć
na początku, ale lepiej późno niż wcale). Poniżej wypisałem dwadzieścia
jeden pytań z obszarów, w których społeczne kompetencje mózgu ulegają
stopniowemu pogorszeniu w miarę rozwoju techniki. Zastanów się szczerze
nad każdym z nich i odpowiedz "tak" lub "nie". Zrób to tylko dla siebie.
Nikt inny nie musi znać twoich odpowiedzi.
Czy uważasz, że trudno jest utrzymać kontakt wzrokowy, kiedy ktoś z tobą
rozmawia?
Czy masz trudności z odczytywaniem nastroju albo znaczenia mowy ciała
drugiej osoby?
Czy inni mają trudności z odczytaniem ciebie i twojego samopoczucia?
Czy słyszysz czasem, że wydajesz się nieobecny?
Czy często ktoś cię pyta, czy coś jest nie tak?
Czy czujesz się niekomfortowo, poznając nowe osoby i podając im rękę?
Czy proszenie o radę jest dla ciebie trudne?
Czy kiedy popełnisz błąd, masz problem z przyznaniem się do tego?
Czy masz trudności z wyrażaniem swoich poglądów w grupie?
Czy czasem zgadzasz się na coś wbrew woli, tylko dlatego, że nie chcesz
kogoś rozczarować?
Czy trudno ci rozmawiać szczerze o swoich uczuciach?
Czy tracisz zainteresowanie, gdy ktoś zaczyna szczegółowo opisywać, jak
się czuje?
Czy trudno ci postawić potrzeby i uczucia innych na pierwszym miejscu,
przed własnymi?
Czy kiedyś przestałeś się przyjaźnić z kimś, kto wzbudził w tobie
negatywne uczucia, zamiast o tym porozmawiać?
Czy czujesz się wyłączony albo zdystansowany, gdy przyjaciel albo
członek rodziny zaczyna opowiadać o swoich problemach?
Czy czujesz się niekomfortowo, rozmawiając o uczuciach z ludźmi, na
których ci zależy?
Czy motywowanie innych jest trudne?
Czy inni cieszą się z bliskości z tobą?
Czy inni rozumieją twoje życzenia? Czy je spełniają?
Czy doprowadzasz do zmian zachowania, które przenoszą się także na
innych?
Pytania obejmują takie dziedziny jak komunikacja niewerbalna, samoocena,
empatia, zdolność słuchania, rozwiązywania konfliktów i umiejętności
przywódcze. Jeśli odpowiedziałeś twierdząco na któreś z pierwszych
osiemnastu pytań albo przecząco na któreś z trzech ostatnich, proponuję,
abyś jeszcze trochę poczytał. Są to bowiem dziedziny, które musisz
opanować, jeśli chcesz mieć wyczucie społeczne.
Jedyny warunek szczęścia
Pielęgniarka Bronnie Ware przez wiele lat pracowała w tak zwanej opiece
paliatywnej, czyli z ludźmi, którym zostało od trzech do dwunastu
tygodni życia. Zapytała niektórych z nich, czego najbardziej żałują w życiu, gdy już się skończyło (wiem, nie jest to najbardziej podnoszące
na duchu pytanie, które można zadać osobie dziesięć minut przed
śmiercią). Ani jedna osoba nie odpowiedziała, że umieściła za mało
postów na Instagramie, poznała za mało vlogów czy obejrzała tylko
czternaście pierwszych sezonów Dallas zamiast wszystkich. Pytani
żałowali, że pracowali zbyt ciężko i nie pielęgnowali relacji, które
były dla nich najważniejsze, przez co nie dali sobie szansy na tak
szczęśliwe życie, jakie mogli mieć. Jak wyjaśnia Bronnie: Wielu z nich
dopiero pod koniec życia zrozumiało, że szczęście to wybór.
Jeszcze raz ci przypomnę. Jeśli jesteśmy odłączeni od zmysłów, myśli i uczuć innych, omija nas jeden z głównych składników szczęścia:
angażujące relacje z innymi ludźmi.
Rekordowo długie badanie zdrowia i dobrostanu osób dorosłych zostało
rozpoczęte na Harvardzie w roku 1938 i aktualnie pracuje przy nim drugie
pokolenie badaczy. Przewodzący badaczom profesor Harvard Medical School
tak komentował wyniki z roku 2017 dla "The Harvard Gazette":
Zaskakujący wniosek jest taki, że relacje międzyludzkie i to, jak
bardzo jesteśmy w nich szczęśliwi, mają duży wpływ na nasze zdrowie.
Można ubolewać, że zrozumienie tego przychodzi nam z takim trudem.
Psycholog Nicholas Epley przeprowadził badanie wśród ludzi
dojeżdżających pociągiem do pracy w Chicago. Najpierw zapytał, jak
pozytywnym doświadczeniem byłaby dla nich jazda, gdyby w jej trakcie: a)
mogli się cieszyć samotnością, b) rozmawiali z kimś siedzącym obok lub
c) robili to samo co zwykle. Ludzie odpowiadali, że najmniej komfortowo
czuliby się, gdyby musieli rozmawiać z kimś siedzącym obok. Podczas
późniejszej podróży poproszono pasażerów, by: a) siedzieli sami, b)
rozmawiali z pasażerem obok, c) robili to samo co zwykle. Zgadnij, do
której grupy należeli ludzie, którzy po wszystkim najlepiej ocenili
podróż. Oczywiście ci, którzy zostali zmuszeni do rozmowy z nieznajomym.
Tak się składa, że właśnie taką metodę na podryw jeden z moich kolegów z powodzeniem wykorzystywał w metrze. Rano w drodze do pracy zagadywał
nieznajome kobiety, które wyglądały na znudzone. Może się wydawać, że to
najgorsze miejsce i czas na próbę flirtu, ale tak naprawdę rozmówczynie
miały interesujące spotkanie towarzyskie zamiast kolejnej nudnej
podróży, więc efektem było wiele numerów telefonu w kieszeni.
Twój mózg chce być społeczny
Dobrze, wystarczy tych katastroficznych scenariuszy. Wiesz już, o co
chodzi. Na szczęście wspomniany rozwój wypadków da się odwrócić. A twój
mózg życzyłby sobie tego. Kiedy badacz mózgu Leonhard Schilbach z Instytutu Psychiatrii im. Maxa Plancka badał tomografem ludzi
uczestniczących w interakcjach społecznych, odkrył nie tylko, że podczas
interakcji z innymi aktywują się inne obszary mózgu niż podczas
obserwowania wydarzeń, ale też że w mózgu uruchamia się wtedy mechanizm
nagrody.
Ćwiczenie umiejętności społecznych daje ci w pakiecie kolejne pozytywne
rezultaty. Chociażby taki, że dzięki kontaktom z innymi stajesz się
bystrzejszy. Psycholog Oscar Ybarra zbadał 3500 osób i stwierdził, że
codzienne kontakty społeczne mogą usprawnić pracę mózgu i poprawić
zdolności poznawcze. Odkrył bezpośredni związek między tym, jak często
rozmawiasz z przyjaciółmi i jak dobrze sobie radzisz w testach
pamięciowych. Ci z uczestników eksperymentu, którzy przed testem
spędzili dziesięć minut z przyjaciółmi, osiągnęli lepsze wyniki od tych,
którzy przez dziesięć minut czytali albo oglądali telewizję. Może nie
powinno to dziwić. Kiedy rozmawiasz z innymi, twój mózg uczestniczy w intensywnej wymianie informacji, w wielu kierunkach jednocześnie, w której mieszczą się zarówno treści przekazywane słownie, jak i sygnały
niewerbalne. Musisz również się odnieść do treści waszej rozmowy, biorąc
pod uwagę to, o czym rozmawialiście wcześniej, i starać się pamiętać
odpowiednie fakty. Nie dziwi więc, że pamięć i uwaga są przez to
stymulowane bardziej niż przez czynności pasywne, takie jak czytanie -
jakkolwiek umysłowo stymulujące potrafi być pod innymi względami.
Ćwicząc wyczucie społeczne, możesz tylko zyskać. I nie będzie to
kłopotliwe, bo mózg sam chce, byś to robił. Przecież cię karze, gdy
czujesz się oddzielony od świata i samotny, a nagradza, gdy jesteś
społecznie zaangażowany i połączony z otoczeniem. To uczucie życia na
sto procent. Kiedy jesteś zakochany, twój mózg wypełnia dopamina.
Chemiczna nagroda za to, że wypróbowujesz konkretny rodzaj aktywności.
To uczucie silnie kontrastuje z poczuciem kompletnego braku tej nagrody
-?a właśnie ono ci towarzyszy, gdy jesteś odcięty od społeczeństwa.
Matthew Lieberman z australijskiego Macquarie University zbadał
tomografem mózgi osób grających w grę wideo. Gra polegała na rzucaniu
piłeczki do innego gracza, który nie przebywał w tym samym pokoju. A przynajmniej takie było polecenie. W rzeczywistości drugi gracz nie
istniał. Uczestnicy eksperymentu nie wiedzieli, że grają z komputerem.
Gra była zaprogramowana w taki sposób, że po jakimś czasie komputer
przestawał odrzucać piłeczkę i zaczynał się nią bawić sam. Kiedy
podłączony do aparatury gracz już nie otrzymywał podań i tym samym
zostawał odcięty od aktywności społecznej polegającej na rzucaniu
wirtualną piłeczką, w jego mózgu aktywowały się obszary odpowiedzialne
za przetwarzanie bólu fizycznego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki