Sekrety luster - Amanda Quick

-
Proszę czekać

1

Przez lustra przepływały gwałtownie obrazy krwi i śmierci. Przerażające sceny, oświetlone płomieniem gazowej lampy, roztapiały się bez końca w mrokach wieczności.

Wirginia przez chwilę leżała bez ruchu, starając się uspokoić szybkie bicie serca i odnaleźć jakiś sens w sennym koszmarze, z którego się przebudziła. Otaczały ją powielane w nieskończoność odbicia kobiety leżącej na wymiętej, poplamionej krwią pościeli: miała na sobie jedynie płócienną halkę i białe pończochy. Fale jej włosów spływały w nieładzie na ramiona. Wyglądała tak, jakby przed chwilą oddawała się namiętnym igraszkom. Ale w jej oszołomionych oczach, rozszerzonych strachem i grozą, nie było nawet cienia gasnącego pożądania.

Po kilku sekundach Wirginia uświadomiła sobie, że to jej postać odbija się w lustrach. Nie była w łóżku sama. Obok leżał mężczyzna. Przód jego zapiętej po szyję koszuli przesiąkł krwią. Głowę miał odwróconą w drugą stronę, ale widziała fragment urodziwej twarzy i bez trudu go rozpoznała. To był lord Hollister.

Usiadła powoli, bezwiednie upuszczając trzymany w dłoni przedmiot. Jakaś cząstka psychiki kazała jej myśleć, że to dalszy ciąg koszmarnego snu, jednak zmysły upewniały ją coraz bardziej, że już się obudziła. Ogromnym wysiłkiem woli zmusiła się, by dotknąć szyi mężczyzny. Nie wyczuła pulsu. Dokładnie tak, jak się spodziewała. Hollistera spowijał chłodny obłok śmierci.

Ogarnął ją nowy przypływ paniki. Poczuła lodowate ukłucia na karku i po wewnętrznej stronie dłoni. Z gorączkowym pośpiechem zsunęła się z łóżka. Dostrzegła, że jej halka jest pobrudzona czymś szkarłatnym. Gdy podniosła wzrok, zauważyła nóż. Częściowo ukryty w skotłowanej pościeli. Ostrze było zakrwawione, a rękojeść leżała tuż przy jej dłoni.

Kątem oka dostrzegła niepokojące cienie poruszające się w głębi luster. Szybko zablokowała swoje parapsychiczne zdolności. W tej chwili nie była gotowa na przyjęcie wyłaniających się obrazów. Intuicja Wirginii rozpalała się nieogarnionym płomieniem. Musiała się wydostać z lustrzanego pokoju.

Szybko się odwróciła, szukając wzrokiem nowej brązowo-czarnej sukni, którą włożyła wieczorem, udając się do rezydencji Hollisterów. Odnalazła suknię i halki. Pognieciona garderoba leżała niedbale w rogu pokoju, jakby porzucona pośpiesznie w szale namiętności. Spod fałd peleryny wystawały zaledwie czubki jej wysokich butów spacerowych. Z niezrozumiałego powodu myśl, że Hollister zaczął ją rozbierać, nim zatopiła nóż w jego piersi, wywoływała w niej większe zdenerwowanie niż fakt, że obudziła się przy jego zwłokach.

Wielkie nieba, jak można zabić człowieka i niczego nie pamiętać? - dziwiła się w duchu.

Ciemna energia znowu zakipiała w lustrach. Uczucie strachu i pragnienie ucieczki utrudniały jej kontrolę nad zmysłami. Po raz kolejny podjęła próbę zablokowania swoich zdolności. Cienie wróciły w głąb zwierciadeł. Wiedziała, że nie jest w stanie całkowicie się ich pozbyć. Była pewna, że noc jeszcze nie minęła. Zgromadzona w zwierciadłach energia lustrzanego światła zawsze oddziaływała na nią silniej po zmroku. W otaczających ją zwierciadłach czaiły się sceny, z którymi musiała się zmierzyć, ale teraz nie była w stanie odczytywać tych obrazów. Przede wszystkim musiała się stąd wydostać.

Rozejrzawszy się wokół, stwierdziła, że nigdzie nie ma drzwi. Całe ściany niewielkiej sypialni pokrywały lustra. To niemożliwe, pomyślała. W pokoju było przecież świeże powietrze. Płomień gazowej lampy palił się spokojnie. Gdzieś musiały być ukryte kratki wentylacyjne i drzwi, więc przy progu powinna wyczuć ciąg powietrza.

Starając się skupić myśli, przeszła przez pokój i podniosła suknię z podłogi. Trzęsła się jak osika, zapięcie halek i wciągnięcie sukni wymagało od niej olbrzymiego wysiłku.

Gdy zmagała się z gorsetem, usiłując zapiąć haftki, usłyszała pisk zawiasów niewidocznych drzwi. Ogarnęła ją kolejna fala szarpiącej nerwy paniki. Szybko podniosła wzrok. W lustrzanej ścianie przed sobą zobaczyła, że za jej plecami otwiera się jeden z pokrytych lustrami paneli.

Do pokoju wszedł mężczyzna, którego postać otulała niewidzialna fala groźnej energii. Poznała go natychmiast, chociaż spotkali się tylko raz. Rozpoznałaby go w każdej sytuacji. Kobieta nie zapomina mężczyzny, w którego ciemnych oczach o mrocznym spojrzeniu maluje się zapowiedź raju bądź piekła. Przez chwilę nie była w stanie się ruszyć. Zamarła z rękoma zaciśniętymi kurczowo na gorsecie sukni.

- Pan Sweetwater - szepnęła.

Obrzucił ją szybkim spojrzeniem od stóp do głów. Jego surowa, stanowcza twarz w świetle rzucanym przez jasną lampę wydawała się uzewnętrzniać wewnętrzne napięcie. Lekko zmrużył oczy. U innego mężczyzny wzięłaby to za przejaw troski. Ale to był Owen Sweetwater. Nie miała wątpliwości, że nie żywi żadnych uczuć, które przypominałyby normalne ludzkie emocje.

Przychodziły jej do głowy tylko dwa prawdopodobne wytłumaczenia jego obecności w miejscu zbrodni. Miał zamiar ją zabić albo ocalić. W przypadku Sweetwatera nie było możliwości pośrednich.

- Nic się pani nie stało, panno Dean? - zapytał takim tonem, jakby zwyczajnie pytał o jej zdrowie.

Jego chłodny oficjalny ton natychmiast wywołał w niej oburzenie.

- Nic mi nie jest, panie Sweetwater. - Zerknęła na łóżko. - Choć nie można powiedzieć tego samego o lordzie Hollisterze.

Podszedł do łóżka i przez chwilę przyglądał się zwłokom Hollistera. Wirginia wyczuła w pokoju energię i wiedziała, że Owen uruchomił swoje zdolności. Nie znała natury jego parapsychicznego talentu, ale wyczuwała, że jest niebezpieczny.

Owen odwrócił się do niej.

- Wspaniała robota, panno Dean, chociaż trochę brudna.

- Co?

- Nie ulega wątpliwości, że Hollister nie będzie już stanowił problemu, ale musimy panią bezpiecznie stąd wyprowadzić, zanim zostanie pani aresztowana pod zarzutem morderstwa.

- O nie.

Owen uniósł brwi.

- Nie chce pani wyjść z tego pokoju?

Z trudem przełknęła ślinę.

- Rzecz w tym, że go nie zabiłam.

A w każdym razie tak mi się wydaje, pomyślała. Uświadomiła sobie, że ostatnią rzeczą, jaką pamięta, jest czytanie z lustra znajdującego się w sypialni rezydencji Hollisterów. Nie miała innego wyboru, jak twierdzić, że jest niewinna. Gdyby ją aresztowano pod zarzutem zamordowania lorda Hollistera, z pewnością zawisłaby na szubienicy.

Sweetwater po raz wtóry obrzucił ją szybkim, taksującym spojrzeniem.

- Tak, widzę, że nie wbiła pani tego kuchennego noża w jego pierś.

Ogarnęło ją zdumienie.

- Skąd pan wie, że jestem niewinna?

- Proponuję przedyskutować te szczegóły w innym miejscu i w bardziej sprzyjających okolicznościach - powiedział Owen. Podszedł do niej płynnym i zdecydowanym krokiem drapieżnika zbliżającego się do swojej ofiary. - Pomogę pani.

Nie wiedziała, co zamierza zrobić, dopóki nie stanął tuż przed nią i nie zaczął zapinać haftek gorsetu. Jego ruchy były szybkie i oszczędne, a dłonie spokojne i pewne. Gdyby nie fakt, że włosy na karku już dawno jej się zjeżyły ze strachu, z pewnością dotyk Owena by je do tego pobudził. Otaczająca go energia wypełniała powietrze i jej zmysły. Była rozdarta dwoma sprzecznymi uczuciami: nieodpartą chęcią rzucenia się do ucieczki i ratowania życia a równie silnym pragnieniem, by paść mu w ramiona.

Wszystko jasne, pomyślała. Wydarzenia tej nocy całkiem ją rozstroiły. Nie mogła zaufać żadnemu ze swoich nadwerężonych zmysłów. Uciekła się zatem do samokontroli, którą doprowadziła do perfekcji, ćwicząc ją przez większość życia. Na szczęście przyszła jej z pomocą.

- Panie Sweetwater - rzekła chłodno i szybko cofnęła się o krok.

Opuścił ręce. Obrzucił przód jej sukni krytycznym spojrzeniem.

- Musi tak zostać. Już po północy i wisi gęsta mgła. Gdy wyjdziemy na zewnątrz, nikt pani nie zauważy.

- Po północy? - Sięgnęła po zegarek przypięty do paska sukni. Gdy stwierdziła, że Sweetwater się nie myli, zadrżała. - Przyjechałam tu o ósmej, tak jak się umówiłam. Wielkie nieba, straciłam cztery godziny.

- Przepraszam za zwłokę. Dopiero godzinę temu otrzymałem wiadomość, że pani zaginęła.

- O czym pan mówi?

- Później. Proszę włożyć buty. Czeka nas nieprzyjemny spacer, zanim się stąd wydostaniemy.

Nie protestowała. Podniosła spódnice i halki i wsunęła stopę w but. Nie traciła czasu na sznurowanie.

Owen oglądał w tym czasie ciało spoczywające na łóżku.

- Czy na pewno nic się pani nie stało?

Zamrugała powiekami, gdy dotarła do niej groza zawarta w tych słowach.

- Nie zgwałcił mnie, jeśli o to pan pyta - odparła stanowczo. - Zapewne pan zauważył, że jest całkowicie ubrany.

- Tak, oczywiście - przyznał Owen. Odwrócił się do niej, a w jego dziwnych oczach odmalował się jeszcze większy chłód. - Przepraszam. Powiedziałem tak, ponieważ przez kilka ostatnich godzin zżerało mnie uczucie, że dzieje się coś złego. Kiedy tu wszedłem, okazało się, że miałem rację.

- Przybył pan za późno, aby ocalić jego lordowską mość. Czy o to panu chodzi?

- Nie, panno Dean, za późno, by panią ocalić. Na szczęście, sama pani o siebie zadbała.

Wsunęła drugą stopę w but.

- Nie mam zamiaru opłakiwać Hollistera. Wiem, że był potworem. Ale nie przyczyniłam się w najmniejszym stopniu do jego obecnego stanu.

- Tak, zdaję sobie z tego sprawę - stwierdził Owen z chłodnym spokojem.

- Proszę się nie silić na żarty. - Pochyliła się, by podnieść ciężką pelerynę. - Chcę, aby było całkiem jasne, że nie zamordowałam jego lordowskiej mości.

- Szczerze mówiąc, nie ma to dla mnie znaczenia. Śmierć Hollistera to wybawienie dla świata.

- Zgadzam się z panem całkowicie, jednak... - Przerwała, słysząc skrzypnięcie zawiasów. - Drzwi - powiedziała. - Zamykają się.

- Istotnie.

Oboje pobiegli w stronę, skąd doszedł ich ten dźwięk. Owen dotarł do drzwi pierwszy, ale lustrzany panel trafił na swoje miejsce, zanim zdołał wsunąć but w wąski prześwit. Wirginia usłyszała złowieszcze stuknięcie.

- Zamknęły się - skonstatowała.

- Jakżeby inaczej - powiedział Owen. - Cała ta sprawa od samego początku jest irytująca.

- Wyrazy współczucia - mruknęła.

Nie zważając na jej sarkazm, podszedł do łóżka i wziął zakrwawiony nóż. Następnie wrócił do drzwi i uderzył ciężką rękojeścią w lustrzany panel. Rozległ się ostry trzask. W lustrze powstała duża szczelina. Uderzył jeszcze raz. Tym razem na podłogę posypały się okruchy szkła, a ich oczom ukazał się fragment drewnianych drzwi.

Wirginia przyglądała się uważnie nowoczesnemu zamkowi zainstalowanemu w starych drzwiach.

- Czyżby umiał pan otwierać zamki, panie Sweetwater?

- A jak inaczej dostałbym się tu dzisiaj?

Wyjął z kieszeni płaszcza długi, wąski metalowy pręt, i, przykucnąwszy, wziął się do pracy. Po kilku sekundach drzwi były otwarte.

- Zdumiewa mnie pan - stwierdziła Wirginia. - Od kiedy dżentelmeni znają trudną sztukę posługiwania się wytrychem?

- Ta umiejętność okazuje się całkiem przydatna w czasie prowadzenia śledztwa.

- Ma pan na myśli tę nieszczęsną kampanię, której celem jest zniszczenie kariery ciężko pracujących ludzi, takich jak ja, których jedyną winą jest to, że próbują zarobić na życie.

- Chyba mówi pani o moich wysiłkach zmierzających do zdemaskowania tych, którzy zarabiają na życie, oszukując naiwnych. Tak, panno Dean, właśnie ten rodzaj śledztwa zajmuje mnie ostatnimi czasy.

- Ci z nas, którzy wykorzystują zawodowo talenty paranormalne, mogą jedynie żywić nadzieję, że znajdzie pan nowe hobby, zanim całkowicie zrujnuje nasze interesy - powiedziała.

- Niech pani da spokój, panno Dean. Czy ani trochę pani nie ulżyło, gdy mnie pani tu zobaczyła? Gdybym nie pojawił się w porę, nadal byłaby pani uwięziona w tym pokoju razem z nieboszczykiem.

- Trafił pan w sedno - przyznała.

- Może mi pani podziękować później.

- Postaram się o tym pamiętać.

Odrzucił nóż, dłonią w rękawiczce objął jej nadgarstek i pociągnął Wirginię w stronę drzwi. Nie ufała Owenowi Sweetwaterowi. Nie mogła sobie pozwolić na to, by mu zaufać. W ciągu ostatnich kilku tygodni stało się jasne, że podjął na własną rękę działania zmierzające do uznania wszystkich wykorzystujących zjawiska paranormalne za szarlatanów.

Nie był pierwszym tak zwanym detektywem, który dążył do tego, by zaklasyfikować wszystkich jako oszustów. Ale w głębi duszy zaczęła się zastanawiać, czy w swej gorliwości Sweetwater nie posunął się o krok dalej. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zmarły w tajemniczych okolicznościach dwie kobiety czytające z luster - o zdolnościach podobnych do jej własnych. Władze uznały, że śmierć w obu przypadkach nastąpiła z przyczyn naturalnych, ona jednak miała wątpliwości.

Być może Owen Sweetwater zobowiązał się, że nie tylko zrujnuje praktykom kariery, ale też zrobi coś więcej. Być może, działając już jako sędzia i ława przysięgłych w jednej osobie, dodatkowo przyjął na siebie rolę wykonawcy wyroku. W jego oczach i w otaczającej go energii było coś takiego, co utwierdzało ją w przekonaniu, że ma naturę łowcy i że jego ofiarami są ludzie.

Sweetwater z pewnością nie był ani przyjacielem, ani sprzymierzeńcem, ale wszystko wskazywało na to, że nie zamierza jej zabić, w każdym razie nie tu i teraz. Skorzystanie z jego pomocy wydawało się rozsądniejszym rozwiązaniem niż samodzielne poszukiwanie bezpiecznej drogi ucieczki. Zresztą nawet nie wiedziała, gdzie się znajduje.

Wyszli na korytarz. Owen przystanął na chwilę, by zapalić latarnię, którą zostawił za drzwiami. Jaskrawe światło rozjaśniło stary korytarz o kamiennych ścianach.

- Co to za miejsce? - szepnęła.

- Piwnica pod rezydencją Hollistera - powiedział Owen. - Ten dom został zbudowany na ruinach średniowiecznego opactwa. Podziemia to sieć tuneli i piwnic. Rodzaj labiryntu.

- Jak pan mnie znalazł?

- Lepiej, żeby pani nie znała odpowiedzi na to pytanie.

- Nalegam. Chcę wiedzieć, jak mnie pan znalazł.

- Kilka dni temu kazałem dwóm ludziom obserwować pani dom. Ukryli się w pustym budynku po drugiej stronie ulicy.

Zaniemówiła ze zdumienia.

- Jak pan śmiał - wykrztusiła w końcu.

- Uprzedzałem, że nie spodoba się pani moja odpowiedź. Kiedy dziś wieczorem udała się pani na umówione spotkanie, moi obserwatorzy niczym się nie zaniepokoili. Wychodzi pani wieczorami kilka razy w tygodniu, aby praktykować swoją sztukę. Ale ponieważ długo pani nie wracała, zawiadomili mnie o tym. Poszedłem do pani domu i poprosiłem gospodynię o adres pani klienta.

- Pani Crofton powiedziała panu, że pojechałam czytać z lustra?

- Była zaniepokojona, że pani nie wróciła. Kiedy znalazłem się na terenie posiadłości Hollistera, od razu wiedziałem, że dzieje się coś bardzo złego.

- Pańskie zdolności to panu podszepnęły? - zapytała nieufnie.

- Sądzę, że tak.

- W jaki sposób?

- Powiem tylko, że nie jest pani pierwszą kobietą, która zniknęła w tych tunelach. Różnica między panią a pozostałymi ofiarami Hollistera polega na tym, że pani przeżyła.

- Wielkie nieba. - Dobrą chwilę trwało, nim dotarło do niej znaczenie jego słów. - Wyczuwa pan w atmosferze gwałtowną śmierć?

- W pewnym sensie.

- Proszę mi to wyjaśnić.

- Lepiej, żeby pani nie wiedziała, daję słowo.

- Trochę za późno na okazywanie troski o moją delikatną psychikę - burknęła. - Przed chwilą obudziłam się w łóżku z dżentelmenem z wyższych sfer, który został zasztyletowany.

- Najwyraźniej ma pani mocne nerwy. W każdym razie to nie czas i miejsce na rozmowy o naturze mojego talentu.

- A właściwie dlaczego? - zapytała.

- Mamy w tej chwili pilniejsze sprawy. Przypominam dla ścisłości, że skoro pani nie zasztyletowała Hollistera, musiał to zrobić ktoś inny. I to indywiduum może znajdować się w pobliżu.

Przełknęła z trudem.

- W porządku. Odłożę pytania na później.

- Mądra decyzja - stwierdził Owen.

Zatrzymał się tak nagle, że Wirginia na niego wpadła. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle tego nie poczuł. Podniósł latarnię, trzymając ją w taki sposób, by żółty płomień oświetlał prawą stronę przejścia.

- Czuje pani jakąś energię? - zapytał niskim głosem.

Dziwne lodowate drgnienie pobudziło zmysły Wirginii.

- Tak - powiedziała.

Wrażenie nasiliło się. Towarzyszyło mu rytmiczne szczękanie i łomotanie.

Miniaturowy powóz jadący w ich kierunku wynurzył się z ciemności. Kiedy znalazł się w zasięgu latarni, Wirginia dostrzegła, że ciągną go dwa konie napędzane mechanizmem zegarowym. Dziwny pojazd miał ponad trzydzieści centymetrów wysokości. Ekwipaż wyglądał jak dzieło sztuki, a nie jak dziecięca zabawka. Kabina była powleczona lśniącą czarną emalią i ozdobiona misternymi złoceniami. Małe okienka błyszczały w świetle latarni. Konie zostały realistycznie wyrzeźbione, a także wyposażone w powiewające grzywy i ogony. Elementy uprzęży miały złocone brzegi.

- Po co ktoś tu zostawił tę kosztowną zabawkę? - zdziwiła się Wirginia.

Owen chwycił ją za rękę i pociągnął do tyłu.

- To nie jest zabawka.

Zafascynowana, nie mogła oderwać wzroku od powozu.

- Więc co w takim razie? - zapytała.

- Niech mnie licho weźmie, jeśli wiem.

Kolejna fala chłodnej energii podrażniła jej zmysły.

- Wyczuwam moc w tym urządzeniu - powiedziała. - To światło lustrzane, taki sam rodzaj energii, jaką czerpię z luster. Ale tylko ludzie mogą generować energię psychiczną. Jak to możliwe w przypadku powozu?

- Nie będziemy tego badać. - Pociągnął ją za róg, poza bezpośredni zasięg energii wysyłanej przez powóz. - Ściana ochroni nas przed tym urządzeniem, cokolwiek to jest. Kamień zatrzymuje energię parapsychiczną.

Z ciemnego przejścia znajdującego się za powozem dobiegł do nich słaby, przerażony głos.

- Czy jest tam kto? Proszę, pomóżcie mi.

Owen znieruchomiał.

- Cholera - rzekł bardzo cicho. - Same komplikacje.

Wirginia odwróciła się w kierunku skrzyżowania korytarzy.

- Kto tam jest? - zapytała cichym głosem.

- Mam na imię Becky. Niech mi pani pomoże, błagam. Tutaj jest bardzo ciemno. A na drzwiach są zasuwy.

- Jeszcze jedna ofiara Hollistera - powiedział Owen.

Wirginia spojrzała na niego.

- Musimy coś zrobić.

- Nie dostaniemy się do niej, jeśli nie zrobimy czegoś z tym mechanizmem zegarowym.

- Emanuje znanym mi rodzajem energii - stwierdziła. - Może uda mi się ją kontrolować.

- Jest pani pewna?

- Muszę spróbować. Przyjrzę się temu, dobrze?

Palce Owena zacisnęły się na jej nadgarstku jak kajdanki.

- Cokolwiek pani zrobi, proszę nie puszczać mojej ręki. Czy pani zrozumiała?

- Tak, tak, oczywiście - odparła, teraz już nieco zniecierpliwiona. - Potrzebuję trochę światła.

Uniósł latarnię wysoko, tak że oświetlała częściowo skrzyżowanie korytarzy.

Odgłos szczękania i łomotania ustał. Wirginia zaryzykowała i wystawiła głowę zza muru.

W świetle lampy okna miniaturowego pojazdu błyszczały złowieszczo. Jak gdyby wyczuwając ofiarę, powóz posunął się do przodu.

- Ciekawe - powiedział Owen, nasłuchując. - Wygląda na to, że wyczuwa poruszenia i to go wprawia w ruch. A ponieważ jest to urządzenie paranormalne, prawdopodobnie reaguje na nasze aury.

- Też tak sądzę. - Cofnęła się za narożnik i przylgnęła do kamiennej ściany. - Energią są nasycone okna. Ale nie będę miała całkowitej pewności, póki nie spróbuję. Może uda mi się zneutralizować te strumienie, przynajmniej na jakiś czas.

Hałasy dobiegające z sąsiedniego korytarza znowu ucichły.

- Bez wątpienia reaguje na ruch - stwierdził Owen. - Jeśli zneutralizuje pani energię na jakiś czas, spróbuję dobiec, by rozbić albo unieruchomić całe urządzenie. Jeśli to mechanizm zegarowy, musi być klucz.

- Czy pani tam jest? - zawołała Becky z ciemności. - Proszę, niech mnie tu pani nie zostawia!

- Idę do ciebie, Becky - powiedziała Wirginia, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie i przekonująco. - Jeszcze chwilkę.

- Dziękuję, proszę pani. Proszę się pospieszyć. Bardzo się boję.

- Wszystko jest pod kontrolą, Becky - zapewniła ją Wirginia.

Owen jeszcze mocniej ścisnął jej nadgarstek.

- Spróbujmy. Jeśli pani poczuje, że słabnie, pociągnę panią z powrotem za mur.

- Brzmi rozsądnie.

Uspokoiła nerwy, skoncentrowała swoje zdolności i ostrożnie wyszła zza narożnika. Owen trzymał lampę pod takim kątem, by oświetlała nieruchomy powóz.

Po krótkiej, pełnej napięcia ciszy ciemne okna miniaturowego pojazdu zabłysły, jak gdyby oświetlało je światło płynące z kabiny. Wirginia poczuła energię pulsującą w powietrzu. Mechaniczne konie ruszyły z miejsca. Koła powozu zaczęły się obracać. Urządzenie znalazło się teraz znacznie bliżej, w odległości zaledwie dwóch metrów od niej.

Nagle bez ostrzeżenia popłynęły ku niej strumienie zamrażającej zmysły energii. Chociaż Wirginii wydawało się, że jest przygotowana, i tak wzdrygnęła się, gdy poczuła jej napływ.

Owen wzmocnił uścisk. Wiedziała, że jest gotów w każdej chwili pociągnąć ją za mur, poza zasięg niebezpiecznej broni.

- W porządku - zdołała powiedzieć. - Poradzę sobie.

Ignorując lodowatą falę energii, znalazła sposób koncentracji, jak wówczas, gdy zaglądała w głąb lustra. Ustaliła punkt przeciwwagi, osłabiając strumienie wydobywające się z urządzenia. Efekt był szybki, wręcz natychmiastowy. Fale gwałtownie złagodniały. Powóz nadal przesuwał się do przodu, napędzany mechanizmem zegarowym.

- Gotowe - oznajmiła Wirginia, bojąc się odwrócić wzrok od powozu. - Pana kolej. Nie wiem, jak długo będę w stanie utrzymać to urządzenie pod kontrolą.

Parapsychiczne rezerwy nie starczały na zbyt długo, jeśli tak jak teraz były wykorzystane w maksymalnym stopniu.

Owen nie tracił czasu na pytania. Puścił jej rękę i wyszedł szybko zza narożnika na korytarz, w którym Wirginia stała wpatrzona w urządzenie. Jednym kopniakiem przewrócił miniaturowy pojazd na bok. Nogi koni poruszały się rytmicznie, ale bezproduktywnie w powietrzu.

Wirginia usłyszała przytłumione tykanie.

- Wydaje odgłos jak zegar.

Owen przykucnął obok niebezpiecznego sprzętu.

- Musi być jakiś sposób, żeby to otworzyć.

Zdjął rękawiczkę i delikatnie przesunął koniuszkami palców po dziwacznym przedmiocie.

- Myślałam, że chce pan zniszczyć urządzenie - odezwała się Wirginia.

- Jeśli się da, wolałbym go nie psuć. Chcę je obejrzeć. Dla własnej wiedzy. Nikomu dotąd nie udało się zamknąć energii w nieożywionej materii, takiej jak szkło, i to w taki sposób, by strumienie płynęły z niej dzięki mechanicznemu napędowi. To jest naprawdę niezwykłe.

- Może przeprowadzi pan swoje badania innym razem - zaproponowała lodowatym tonem. - Nie jestem w stanie tego kontrolować bez końca.

- Czy nadal tam pani jest? - zawołała Becky płaczliwym głosem.

- Jesteśmy tu, Becky - odparła Wirginia. - Panie Sweetwater, proszę się pospieszyć.

- Mam - odrzekł Owen.

Przesunął palcami po dachu powozu. Otworzyła się pokrywa osadzona na zawiasach. Sweetwater sięgnął do kabiny. Po kilku sekundach tykanie ustało. Strumienie energii, które neutralizowała Wirginia, przestały płynąć. Ostrożnie rozluźniła napięte zmysły. Z okien zabawki nie wydobywała się energia.

- Typowy mechanizm zegarowy. - Owen się wyprostował. - Powóz można zatrzymać w taki sam sposób jak zegar. Chodźmy poszukać dziewczyny.

Wirginia już ruszyła przed siebie. Minęła rząd starych ciemnych cel, trzymając wysoko latarnię.

- Becky? - zawołała. - Gdzie jesteś?

- Cholera - mruknął Owen. Przyspieszył kroku, aby się z nią zrównać. - Uważaj, Wirginio. Mogą być inne pułapki.

Częścią świadomości zarejestrowała, że zwrócił się do niej po imieniu, jakby byli przyjaciółmi, a nie obcymi sobie ludźmi, ale nie zwróciła na to uwagi. Zatrzymała się przed ciężkimi drzwiami z drewna i żelaza. Nieduży otwór w nich blokowały zasuwy. Spoglądała na nich przerażona dziewczyna w wieku czternastu lub piętnastu lat, zaciskając palce na żelaznych prętach. Z jej zapłakanych oczu wyzierał strach.

- Jesteś ranna? - zapytała Wirginia.

- Nie, proszę pani. Ale dobrze, że zjawiliście się w porę. Na pewno stałoby się ze mną coś złego.

Owen wyjął z kieszeni wytrych.

- Za chwilę cię stamtąd wyciągnę.

- Jak się tu znalazłaś? - zapytała łagodnie Wirginia.

Becky się zawahała.

- Niewiele pamiętam, proszę pani. Stałam na tym samym rogu, co zwykle, koło tawerny. Zatrzymał się elegancki powóz. Wychylił się z niego przystojny dżentelmen i powiedział, że jestem bardzo ładna. Powiedział, że zapłaci mi podwójnie. Wsiadłam do powozu i więcej nic nie pamiętam. Potem obudziłam się w tym strasznym miejscu. Wołałam i wołałam bardzo długo, ale nikt nie przychodził. Poddałam się. I wtedy usłyszałam panią i pani przyjaciela.

Owen otworzył drzwi i cofnął się o krok, żeby ją przepuścić.

- Chodź, Becky. Straciliśmy dużo czasu.

Becky szybko wyszła z celi.

- Dziękuję, proszę pana.

Owen nie odpowiedział. Wpatrywał się w kamienną podłogę. Wirginia czuła, że w powietrzu unosi się mroczna energia, i wiedziała, że użył swoich zdolności.

- Ciekawe - powiedział.

- Co takiego? - zapytała.

- Sądzę, że właśnie tutaj Hollister spotkał osobę, która zatopiła nóż w jego piersi.

Mówił bardzo cicho, ale Wirginia wiedziała, że Becky nie zwraca na niego uwagi. Dziewczyna chciała jak najszybciej się wydostać z kamiennego tunelu.

- Widzi pan tego rodzaju rzeczy? - zapytała Wirginia.

- Widzę miejsce, w którym stała morderczyni, kiedy go zabijała - odparł Owen.

- To była kobieta?

- Tak. Co więcej, zrobiła to pod wpływem ataku szaleństwa.

- Wielkie nieba. Lady Hollister.

Koniec części demonstracyjnej