Sekrety letniego ogrodu - Hannah Richell

Reflow text when sidebars are open.
Budzi się chwilę po północy; jest za gorąco, a prześcieradło oplątało jej nogi. Coś natarczywego wyrwało ją ze snu, wyciągnęło z krótkotrwałej drzemki. Leżąc w łóżku - w domu, który ją otacza, obszernym i cichym - zastanawia się, co by to mogło być? Szelesty... Szepty...
Czeka teraz, aż to do niej przyjdzie: ten pokój. To pokój pełen drzew. Szum wiatru poruszającego ich gałęziami, drżenie liści. Te drzewa coś do niej wołają, śpiewają jej swoją nocną pieśń.
Nie zwracając uwagi na protesty swoich starych stawów, wysuwa się z łóżka i bierze ze schowka ozdobny, mosiężny klucz; wychodzi boso na ciemny korytarz, potem schodzi kręconymi schodami w dół, do holu wejściowego; stopami maca ostrożnie każdy stopień, a palcami dłoni przesuwa po zakurzonych poręczach.
Spod drzwi wejściowych wieje; zimny przeciąg owiewa jej nazbyt rozgrzane ciało; jakiś zabłąkany suchy liść toczy się po kamiennej posadzce.
Odsuwa na bok ciężką zasłonę i otwiera kluczem drzwi, idzie dalej wietrznym korytarzem, aż staje w miejscu, które ją tu przywołało. Opiera się o ramę drzwi, zanim stanie w progu.
Nie jest zupełnie pewna, czy to sen, czy jawa. Kiedy tak idzie jak duch w białej, nocnej koszuli pomiędzy drzewami, otacza ją zapach piżma, jej ręce przesuwają się po gładkiej, szarej korze, palce dotykają węzłów i rozwidleń, które zna tak dobrze jak dawnych przyjaciół. Nad jej głową zwisa gęsta korona drzewa. W ciemności wyobraża sobie, że widzi w jej głębi bogate błyski błękitu, zieleni i złota.
I te oczy, te stale obecne oczy, patrzące na nią z góry.
Nadchodzi zmęczenie; ostatnio często tak bywa. Siada i pozwala sobie oddać mu swoje całe ciało we władanie. Tak łatwo jest unosić się z prądem w dal... To takie kuszące, zostawić za sobą teraźniejszość i wędrować przez te komnaty z przeszłości - wracać do znajomych twarzy, do tak cennych chwil i wspomnień. Krąży po korytarzach pamięci, budzi ją jedynie jakiś przenikliwy dźwięk - wysoki jak krzyk pawia... albo cierpiącej kobiety.
Rzeczywista czy zapamiętana - nie jest tego pewna, ale ciemność wszędzie ją otacza, gęsta i dusząca. W powietrzu wisi ciężki, gryzący zapach. Nocna koszula klei się do jej przepoconego ciała. Nie czuje się sobą. Nie czuje się dobrze. To nie jest prawda - myśli. Nic z tego nie jest prawdziwe. Nie ma już drzew, szumiących liści, uważnie patrzących oczu... Wszystko to ginie w gęstej chmurze sadzy i dymu. Przyciska rękę do czoła. Jest jej tak gorąco - spala się doszczętnie, a dym - czarny, duszący - jest coraz bliżej...
Pada na podłogę, przerażona i zdezorientowana, i podnosi się niezdarnie na czworakach. Czy to prawdziwy, czy tylko wyimaginowany głos, który słyszy w ciemności?
"Lillian. Lillian, słyszysz mnie?"
Otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Tymczasem dym pędzi na nią, wypełnia płuca, tamuje głos i oddech. Drzewa trzeszczą i skrzypią. Z góry leci pomarańczowy żar.
- Tu jestem! - woła. - Słyszę cię!
Ale jej słowa giną - i ona także spada w duszącą ciemność.
Jest trzecia nad ranem, kiedy Maggie niepewnym krokiem wychodzi z nocnego klubu z dwiema innymi dziewczynami i wysokim mężczyzną z wytatuowanym na ramieniu wijącym się wężem. Cisza ulicy i dotyk chłodnego powietrza na skórze szokują, ale są przyjemne w porównaniu z gorącem i hałaśliwym dudnieniem perkusji i basów w budynku magazynów. Maggie poprawia płócienną torbę na ramieniu i zwraca się do swoich nowych znajomych:
- Co byście powiedzieli na małą przygodę?
- A co właściwie masz na myśli? - pyta mężczyzna.
Jak on ma na imię? Tim? Jim? Nie pamięta dokładnie.
- Chodźcie za mną.
Maggie prowadzi ich aleją w stronę migoczących świateł Oxford Street; dziewczyny się potykają i śmieją, trzymając się za ręce; idą krok w krok za nią. Mijają nocną budkę z kebabem i wystawę różowych jak Barbie manekinów ubranych w zwariowane ciuchy. Przed nocnym sklepem "Seven-Eleven" siedzi ze spuszczoną głową bezdomny; przed nim na chodniku stoi oparta zniszczona tekturka, a przy nogach ułożył się zwinięty w kłębek brązowy owczarek australijski "Kelpie".
Maggie zauważa żółte światło taksówki jadącej w stronę centrum i wyciąga rękę. Wdrapuje się na tylne siedzenie razem z mężczyzną, dziewczyny upychają się na przednim.
- Plaża Clovelly, proszę - mówi Maggie, a kierowca, obserwując ją w lusterku, kiwa głową i zawraca, kierując się w stronę wschodnich przedmieść Sydney.
- Plaża? - pyta mężczyzna obok niej, wsuwając gorącą dłoń pomiędzy jej uda. - Może po prostu poszlibyśmy do mnie?
Uśmiecha się, przy czym na policzkach tworzą mu się dołeczki; ona jednak potrząsa głową.
- Chcę zobaczyć ocean.
- Czy to nie czyjaś komórka? - pyta nagle jedna z dziewczyn.
Maggie wsłuchuje się. Z głębi torby dobiega słaby dźwięk - telefon nie dzwonił już od tak dawna, że niemal zapomniała, jaki ma sygnał. Pozwala mu dzwonić, jest skupiona na migających za oknem żółtych światłach podmiejskiej dzielnicy Bondi Junction i na natrętnym nacisku ręki mężczyzny na jej nogę.
Taksówkarz wysadza ich na parkingu przy klubie surfingowym. Maggie zrzuca pantofle i prowadzi wszystkich na skalisty cypel, wychodzący wprost na Pacyfik; czuje pod nagimi stopami chłód płaskiego głazu, a w powietrzu słony zapach morza. Czuje, że mężczyzna idzie tuż za nią, ale dziewczyny są trochę dalej: śmieją się i potykają w ciemności. Szum fal na dole brzmi w jej uszach jak ryk. Raz się potyka, ale jej towarzysz z łatwością ją chwyta i stawia na nogi. Dłonie ma szorstkie, a palce grube - ręce robotnika.
- Skąd jesteś? - interesuje się mężczyzna, zapalając papierosa i podając jej go, kiedy powoli posuwają się po nierównej drodze.
Maggie zaciąga się i oddaje mu z powrotem.
- Z Anglii.
- Domyśliłem się po akcencie. A w Anglii skąd?
- Na pewno nie znasz.
- Spróbuj.
- To tylko wieś. Punkcik na mapie.
- I nazywa się...?
- Cloud Green.
Chłopak potrząsa głową.
- Nieee... nigdy nie słyszałem.
- To jesteś daleko od domu! - odzywa się jedna z dziewczyn, doganiając ich.
- Tak daleko, jak się tylko da...
Znajduje miejsce równie dobre jak każde inne, rzuca torbę, po czym posuwa się wzdłuż klifu, aż znajdzie się na samym brzegu, wpatrzona w czarną wodę. Morze pod nią faluje; ciemność przełamuje tylko biały błysk piany.
- Czy z nią wszystko w porządku? - Słyszy pytanie jednej z dziewczyn.
Maggie szeroko rozkłada ramiona i pozwala, by wiatr utrzymywał ją na miejscu.
- Wracaj - mówi z nerwowym śmiechem mężczyzna.
Ona jednak zamyka oczy i powierza się wiatrowi i szumiącemu pod nią oceanowi. Czuje się jak ptak, mewa unoszona wiatrem. Stoi tak długą chwilę, wreszcie przesycona słonym powietrzem odwraca się i wraca do znajomych.
Siedzą, podając sobie nawzajem skręta; Maggie trochę trzęsie się z zimna; siada, obejmując kolana ramionami. Mężczyzna przytula ją: z palców zwisa mu papieros. Dziewczyny chyba się znudziły, bo odchodzą w stronę świateł parkingu; Maggie jednak zostaje, wpatrzona przed siebie w ciemne, toczące się fale morskie.
- No, to co teraz robimy? - pyta jej towarzysz.
Maggie wzrusza ramionami.
- Lubię morze. Pozwala mi zapomnieć o sobie samej. Zresztą nie mam ochoty wracać teraz do hostelu. Jedna z moich współmieszkanek chrapie jak świnia.
- Jasne... ale robi się trochę zimno. - Mężczyzna rzuca niedopałek na skały i pochyla się, chcąc ją pocałować; jego oddech pachnie piwem i papierosami. - Chyba cię muszę rozgrzać. - Ściąga z jej barków ramiączka topu, wystawiając ciało Maggie na chłodne powietrze.
Maggie odchyla się w tył z jego ustami na swoich. Podczas gdy on odpina suwak jej spódniczki, ona odwraca głowę w stronę oceanu, daleko na horyzoncie dostrzega słabiutkie światełko. Nie jest gotowa stawić czoła następnemu dniowi. Zamyka oczy i stara się zapomnieć o wszystkim poza łoskotem fal, uderzających o skały pod nią - i poza tym, że czuje ciało tego nieznajomego, poruszające się na niej i przyciskające ją do skały. Kiedy oczy ma tak mocno zamknięte i słyszy pod sobą szum wody, czuje się prawie, jakby tonęła.
Kiedy się budzi, już go nie ma - jest tylko ona i para zaciekawionych mew stojąca o parę kroków od niej i przypatrująca się jej podejrzliwie. Ramiona ma zesztywniałe, do policzka przyklejone ziarnka piasku; widocznie zasnęła z twarzą przyciśniętą do skały.
Wzdłuż brzegu sunie już cała procesja porannych biegaczy: odgłosy ich butów treningowych są jak perkusja. Na parkingu za nią dwie kobiety w jaskrawych, sportowych ciuchach rozciągają mięśnie i gawędzą. Ich śmiech słychać wyraźnie w porannym powietrzu. Widok tych mieszkanek Sydney zajętych porannymi ćwiczeniami sprawia, że Maggie czuje się brudna i niezdrowa. Sięga po torbę wdzięczna, że jej nowi przyjaciele nie pomyśleli o uwolnieniu jej od tych rzeczy. Jeżeli się pospieszy, może jeszcze zdąży wziąć w hostelu prysznic przed początkiem swojej zmiany w kawiarni.
Kiedy idzie na parking, z głębi torby znów się odzywa słaby dzwonek komórki. Wyjmuje telefon i sprawdza: NUMER NIEZNANY. To kuszące - pozwolić mu znowu zadzwonić; w ostatniej chwili jednak ciekawość zwycięża.
- Halo - mówi trochę zachrypniętym głosem.
- Czy to... Oberon? - Słychać jakieś trzaski. Głos kobiety brzmi bardzo po angielsku i z bardzo daleka. - Halo... Maggie Oberon?
- Tak - odpowiada. - To ja. - Maggie przełyka ślinę. Język ma wyschnięty i ciężki, a w skroniach czuje pierwsze objawy kaca.
- Och, chwała Bogu! Jestem Kath... Davies. Dzwonię... ze szpitala w Buckinghamshire... Próbowałam...
Głos znów zanika. Maggie przymyka oczy. Gdzieś nad wodą skrzeczy głośno mewa.
- ... panią złapać. Maggie! Jesteś tam?
- Tak - odpowiada. - Jestem. Przepraszam, połączenie jest okropne.
- Dzwonię w sprawie Lillian. Lillian Oberon.
Maggie nadal ma mocno zamknięte oczy.
- Czy ona... czy ona...
- Czy jesteś jej najbliższą...
- Tak?
- ... krewną?
Ich głosy się zderzają.
- Jestem jej wnuczką. Tak?
- Maggie, słyszysz mnie? Co za okropne połączenie...
- Słyszę! Proszę mi powiedzieć... - nalega Maggie, mimo że jej własny głos wraca do niej z odległości dwudziestu tysięcy kilometrów. - Proszę powiedzieć... co się stało Lillian?
Londyńskie lotnisko Heathrow to brudne bagno ludzi, bagaży, spalin, płaczących dzieci, łez i okrzyków. W porannym tłoku sala międzynarodowych przylotów jest pełna rozglądających się w oczekiwaniu, przyciśniętych do szyb twarzy. Trudno nie czuć skrępowania, przechodząc pomiędzy tłumem oczekujących. Dwie dziewczynki machają ręcznie wypisanym afiszem TATO, WITAJ W DOMU; stojąca za nimi matka niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę. Kobieta w czarnej burce obejmuje wysokiego, płaczącego mężczyznę. Jakaś starsza pani siedzi załamana na wózku inwalidzkim, nad jej głową z ożywieniem dyskutuje cała rodzina.
Na Maggie nikt nie czeka.
Nie spała ani chwili podczas długiego lotu z Sydney do Londynu, ale w jakiś sposób drżenie pociągu Heathrow Express wprawia ją w drzemkę na siedzeniu. Zasypia z brodą opartą na piersi, jest nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje. Kiedy konduktor trzęsie ją za ramię i mówi, że to już Paddington, jest przerażona. Zaspana wędruje do metra Marylebone, kupuje pęczek czerwonych tulipanów na stoisku na dworcu, w końcu pada na ławkę w kolejnym wagonie. Pociąg powoli wyjeżdża z Londynu przez szare przedmieścia, wreszcie wydostaje się z murów na otwarty, wiejski krajobraz i zaczyna nabierać szybkości.
Po gorącu i świetle ostatnich kilku miesięcy dziwnie przyjemnie jest z powrotem oglądać ten krajobraz stonowanych brązów, szarości i zieleni.
W Australii wiele rzeczy jej się podobało: nieskończony błękit nieba, czerwony pył, blade, odarte z kory drzewa eukaliptusów o szumiących zielonych liściach. Polubiła poranne skrzeczenie papużek za oknem hostelu, głos cykad śpiewających coraz hałaśliwiej w najgorętszej porze dnia, małe szklaneczki lodowato zimnego piwa podawane w pubach, aromat kawy wydobywający się z kawiarń, parzące dotknięcia słońca i słonej wody na ramionach. Każdą różnicę witała chętnie - jako fizyczny dowód odległości pomiędzy nią a jej domem - pomiędzy nią a miejscem jej błędów. Ale mimo wszystkich kilometrów, które przebyła, wszystkich przeżyć, których doznała, i wszystkich ludzi, których spotkała, w głębi duszy wcale nie była pewna, czy istnieje jakakolwiek różnica pomiędzy nią a osobą, która prawie rok temu pierwszy raz wyjechała z Anglii.
Oddział ogólny szpitala okazał się stosunkowo łatwy do znalezienia w labiryncie korytarzy, chociaż nieomylny zapach gotowanych jarzyn i chloru powodował zawroty głowy zmęczonej po długiej podróży samolotem. Całą drogę do pokoju pielęgniarek przebywa, starając się płytko oddychać, wreszcie podaje swoje nazwisko siostrze przełożonej i pyta, czy może zostawić u niej plecak.
- Tu jesteśmy... - grucha pielęgniarka, prowadząc ją do najodleglejszego łóżka na oddziale. - Wygląda na to, że pani Oberon odpoczywa sobie, ale możesz przy niej usiąść. Lekarstwa ją usypiają.
Maggie patrzy na swoją babcię, stojąc w nogach łóżka; jej wygląd przeraża. Lillian ma bladą twarz i opuszczoną szczękę, kiedy śpi; pod powierzchnią skóry widoczne są niebieskie żyły, wargi są suche i spękane; na prawej skroni ma biały bandaż, a do wierzchu dłoni przymocowano jej jakąś rurkę. Jej rzadkie, białe włosy, zazwyczaj porządnie upięte, zwisają bezwładnie na ramiona.
- Mogę je włożyć do wazonu? - pyta pielęgniarka, wskazując trzymane przez Maggie tulipany.
- Dziękuję. - Wstaje z plastikowego krzesełka i siada na skrzypiącej metalowej ramie łóżka.
Lillian marszczy brwi i pomrukuje coś we śnie. Kiedy Maggie na nią patrzy, czuje w piersi głęboki ból.
- Babciu, to ja, Maggie. - Bierze ją za rękę. Oczy Lillian nagle się otwierają. Wbija wzrok w twarz wnuczki. - To ja, Maggie - powtarza. - Babka patrzy na nią jeszcze przez chwilę, po czym jej wzrok wędruje do okna. - Jak się czujesz? Mogę ci coś przynieść? - Lillian nadal nie odpowiada. - Może się napijesz? - Nie jest pewna, czy lekki ruch głową jest potwierdzeniem, ale ponieważ chce czuć się pomocna, nalewa wodę z plastikowego dzbanka, znajduje guzik podnoszący nieco łóżko, po czym przysuwa babci filiżankę do ust. Lillian wypija kilka łyków, jakby z musu, po czym jej głowa znów opada na poduszki. - Przyjechałam, kiedy tylko się dowiedziałam...
Maggie opiera się o krzesło, jest zakłopotana milczeniem Lillian. Wcześniej w pociągu wyobrażała sobie, jak to będzie, kiedy siądzie przy łóżku babci, trzymając ją za rękę i pocieszając miłymi słowami. To jednak nie jest ta sama kobieta, którą opuściła prawie dwanaście miesięcy temu; Maggie czuje strach, widząc, jak bardzo się zmieniła.
Zapach chloru i dźwięki z oddziału mieszają się w myślach Maggie ze wspomnieniami: kwaśny zapach niedojrzałych czereśni na języku, trzask łamiącej się gałęzi, ostry ból złamanej ręki... Wtedy to właśnie Lillian zabrała ją z sadu i przywiozła do tego właśnie szpitala. Lillian, która siedziała na brzegu łóżka na oddziale dziecięcym i mówiła do niej cały czas, podczas gdy dziewczynce nakładano gips. To Lillian ją chwaliła, mówiła, jaka była dzielna, i to ona zaproponowała, że się podpisze na czystym, białym gipsie.
Zawsze Lillian. Zawsze tam była.
Patrząc na przerażająco bladą twarz babci, Maggie zaczyna czuć wstyd; więc to tak jej się odpłaciła? Pędziła wygodne życie na drugim końcu świata wtedy, kiedy Lillian jej potrzebowała? A teraz, kiedy już tu jest, siedzi tylko bezradnie obok łóżka, nie wiedząc, co robić ani jak pomóc. A winna jest tej kobiecie o wiele więcej.
Na oddział wchodzi jakaś para z dużym koszem owoców dla siwowłosej damy na łóżku naprzeciwko. Uśmiechają się do Maggie, po czym zaciągają zasłonki wokół tamtego łóżka; Maggie słyszy ich ciche szepty, podziękowania, a potem śmiech. Znowu spogląda na Lillian, która nadal patrzy w sufit.
- Powiedziała mi, że ktoś mnie śledził.
Zaskoczona głosem Lillian Maggie pochyla się nad nią.
- Co to było, babciu?
- Ostrzegła mnie. Nie wierzyłam jej... on mnie śledził cały czas.
Maggie patrzy na nią oszołomiona, niepewna, czy się nie przesłyszała.
- Przepraszam cię, babciu, ale kto cię śledzi?
- W tamtym domu są oczy.
Lillian nie patrzy na wnuczkę, ale w nogi łóżka. Maggie wodzi wzrokiem za spojrzeniem babci, ale nikogo nie ma. Czuje przebiegający po skórze dreszcz.
Głowa Lillian odwraca się powoli z powrotem do Maggie: stara się skupić.
- Dostałam wszystkie twoje listy - próbuje Maggie. - Czytałam je z radością. Przepraszam, że nie byłam najlepszą korespondentką.
Lillian chwyta Maggie za rękę: jej skóra jest zadziwiająco chłodna i miękka.
- Zabierz mnie do domu - mówi cichym, naglącym głosem. - Obiecaj, że zabierzesz mnie do domu.
Maggie ściska jej rękę.
- Obiecuję, babciu. Jak tylko poczujesz się lepiej.
- Nigdzie, tylko do Cloudesley. Rozumiesz?
Maggie przytakuje.
- Obiecaj mi.
- Ależ obiecuję. Jak tylko poczujesz się lepiej.
Lillian kiwa głową i kładzie się z powrotem na poduszkach. Zamyka oczy.
Maggie zostaje trochę dłużej. Za oknem, po drugiej stronie parkingu, majaczy kolejne, identyczne skrzydło szpitala. Maggie zastanawia się, jakie historie mieści ten budynek: rodzące się dzieci, umierający bliscy; życie, zawisłe na włosku... Na dole, na asfalcie, dwa samochody walczą o jedno miejsce na parkingu. Maggie obserwuje, jak kierująca jednym z pojazdów kobieta wysiada i z furią napada na kierowcę drugiego auta, gniewnie gestykulując. Emocje są wyjątkowo silne w miejscu takim jak to, gdzie wszystko, od życia do śmierci, gotuje się jak w kotle.
Przyrzekam, że cię zabiorę do domu - myśli.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zepsuła mnóstwo rzeczy, ale to z pewnością jest coś, co może zrobić, jak należy.
Taksówka zawozi ją pod dom już o zmierzchu; kiedy przejeżdża przez otwartą furtkę z kutego żelaza, fioletowe niebo gwałtownie ciemnieje - jak nabity przy pracy siniec. Kamienne, nakrapiane porostami pawie są usadowione jak wartownicy na czubkach słupków bramy i patrzą na nią groźnie, kiedy przechodzi. Wysokie brzozy tłoczą się po obu stronach, ich liściaste gałęzie przesłaniają niebo. Na skutek tego, gdy zapada zmierzch, idzie się tamtędy jak niemiłym, skręcająym w ciemność tunelem.
Niepokoiła się tym powrotem, kiedy taksówka krążyła wiejskimi drogami Chiltern Hills, mijając wioski i kamienno-ceglane domki, a także kipiące życiem żywopłoty i falujące pola młodej pszenicy. To było jak mała, zwinięta sprężynka gdzieś w głębi jej brzucha. Kierowca był na szczęście małomówny, ciszę mącił zatem tylko cichy szum radia. Co chwila widać było plakaty "Stop HS2"[1] przystawione do szyby domu albo przybite do ogrodzenia. Widząc nazwę miasteczka Cloud Green, zagłębiła się bardziej na siedzeniu, odwracając wzrok, kiedy mijała pub "Stary Łabędź" na wiejskim błoniu, pragnąc jak najdłużej zachować w tajemnicy wiadomość o swoim powrocie.
Mniej więcej kilometr temu minęli stary saksoński kościółek, na cmentarzu przykościelnym pochylone nagrobki sterczą jak zepsute zęby. W końcu dojeżdżają do znajomych metalowych wrót.
Cały podjazd do domu pełen jest wybojów. Taksówka podskakuje i uderza o najeżone pokrzywami i trybułą brzegi. Z niskiej gałęzi drzewa sfruwa sroka, szybując nad autem, po czym znika w ciemnej koronie drzewa. Jadą dalej, aż drzewa zaczynają rzednieć i ponownie widać ciemniejące niebo, które rozciąga się nad źle utrzymanym, usianym koniczyną i stokrotkami trawnikiem. Wreszcie w oddali widać Cloudesley, stary dwór, zbudowany z cegły i kamienia, z łukowatym kamiennym wejściem, wielką, pełną przybudówek linią dachu i wystrzelającymi w niebo kominami.
Taksówkarz gwiżdże przeciągle.
- Dom? - pyta.
Maggie kiwa głową. Dom.
- Niezłe miejsce do dorastania...
Znów przytakuje.
- Taaa... niezłe.
Nigdy jakoś nie przyszło jej do głowy zapytać, w jaki sposób dom zyskał taką nazwę; w dzieciństwie zakładała, że ma ona związek z tym, gdzie stoi, usadowiony na szczycie wzgórza jak dekoracja koronująca ogromny tort, albo z tym, że się ociera o niebo jak wielka chmura. Dla niej ten dom zawsze był i będzie po prostu Cloudesley.
Nie da się zaprzeczyć, że było to dzieciństwo bardzo samotne, ukryte w sercu wiejskiego hrabstwa Buckinghamshire, gdzie mieszkała z dziadkami w tym starym wielkim domu, pełnym krętych korytarzy i przeciągów pokoi; jednak jej punktami odniesienia były przede wszystkim postacie, które wybierała z zakurzonych książek w bibliotece i następnie porównywała z niektórymi ze swoich znajomych. Mary Lennox, David Copperfield, Jane Eyre - nie wydawało się to wcale dziwne. Dopiero kiedy już była starsza, kiedy wróciła ze szkoły podstawowej, a może trochę później, kiedy już się włóczyła z chłopcami Mortimerów, zaczęła widzieć ten dom oczyma innych i zdawać sobie sprawę, jak bardzo nietypowe było jej wychowanie.
Prosi kierowcę, żeby zatrzymał się na tyłach domu. Na dźwięk trzaśnięcia drzwiczek auta z gałęzi wysokiej brzozy zrywa się stado gawronów; ich wrzaskliwe skrzeczenie niknie, kiedy odlatują. Maggie chwilę stoi, jest wpatrzona w wysoką fasadę wejścia z czerniejącymi oknami i wspinającym się niepowstrzymanie po ścianach winem. Dom wygląda na zamknięty - nie widać w nim żadnych śladów życia - i Maggie czuje biegnący w dół po plecach lekki dreszcz.
To dziwne - myśli - jak często musi się opuszczać jakieś miejsce, żeby je w końcu naprawdę zobaczyć?
Kierowca wyjmuje jej plecak z bagażnika. Potem Maggie patrzy, jak tylne światła auta nikną na podjeździe.
Za tylnym wejściem ciągnie się długi, wykładany kamieniami korytarz. Po prawej jest komórka, małe pomieszczenie, w którym niegdyś trzymano kwiaty, oraz drzwi wiodące do piwnicy; po lewej mieści się kuchnia. Na górę prowadzi wykładana boazerią klatka schodowa, strome kręcone stopnie wiodą na strych domu, gdzie niegdyś mieszkała służba. Otaczający ją zapach jest boleśnie znajomy: to odurzająca mieszanina woni wilgotnych kamieni, bzów, lakierowanego drzewa i zapachu przypominającego zimny, biały popiół pozostawiony na starym ruszcie.
- Hallo!? - woła, idąc w kierunku jedynego światła padającego zza otwartych drzwi kuchni.
Czwarty program radia nadaje cichą muzykę w odbiorniku Robertsa w kącie kuchni. Jane Barrett jej nie słyszy, więc Maggie korzysta z chwili, by obserwować uspokajająco znajomą scenę, która się przed nią rozgrywa. Wyszorowany dębowy stół; doniczki z ziołami i geranium w oknach; stara, malowana w liście wierzbowe porcelana na kredensie; dzbanek z peoniami, które gubią płatki spadające potem na podłogę.
Maggie chrząka i patrzy, jak Jane się odwraca, jak jej twarz zmienia się z zaskoczonej w zachwyconą.
- Maggie! Nie słyszałam, jak przyjechałaś!
Jane wyciera ręce w fartuch i wita Maggie pośrodku kuchni.
- Och, kochanie - mówi, cofając się i patrząc na nią na odległość ramienia. - Nawet opalenizna nie może ukryć, że z ciebie tylko skóra i kości! Napijmy się herbaty. Zaraz nastawię czajnik.
Nie daje jej szans na odpowiedź, tylko się krząta: nalewa wody do czajnika, wyjmuje filiżanki i spodeczki oraz puszkę liściastej herbaty.
- Mogę pomóc? - Maggie czuje się zbyteczna wobec działań Jane. - Pozwól, żebym coś zrobiła.
- Nie, nie, siadaj.
Maggie ustępuje; czuje zmęczenie, kiedy tak siedzi przy dębowym stole pośrodku kuchni i patrzy, jak Jane się krząta.
- Specjalnie na ciebie czekałam - informuje Jane, wyjmując mleko z lodówki. - Nie chciałam wyjść, zanim cię nie zobaczę. Pojechałaś wprost do szpitala? Jak ona się ma?
Maggie myśli o Lillian przykutej do łóżka pod białym, szpitalnym prześcieradłem i o jej rozpaczliwym błaganiu: "Zabierz mnie do domu!".
- Wygląda na bardzo zmęczoną i oszołomioną. Ale lekarz, z którym rozmawiałam, twierdzi, że jest lepiej. Zapalenie nerek zostało opanowane, a ona dobrze reaguje na leki.
Jane potrząsa głową.
- Nieźle mnie wystraszyła, kiedy ją znalazłam leżącą w holu w nocnej koszuli! Aż mnie trzęsie na myśl, jak długo tak leżała...
Maggie przytakuje.
- Cieszę się, że to był akurat twój ranek.
- W ostatnich miesiącach uznałam, że powinnam wpadać częściej.
Już nie po raz pierwszy Maggie w sekrecie myśli, jak to dobrze, że wtedy przyszedł jej do głowy pomysł wynajęcia Jane, miejscowej kobiety ze wsi, która kilka razy w tygodniu pomagała Lillian. Już od roku Jane pomaga Lillian w zakupach i gotowaniu. Jest wesoła i bezkonfliktowa; niegłupia osoba, taka, jaką by się chciało mieć przy sobie w ciężkich chwilach.
Jane sięga po krzesło i siada naprzeciw Maggie, podsuwając jej talerz z herbatnikami.
- Mam nadzieję, że nie uważasz, że się wtrącam, ale naprawdę się martwiłam o twoją babcię. Ten dom... jest za duży dla niej samej. Nie mam pojęcia, jak ona sobie radzi z tymi schodami! Ale nie pozwala sobie nic powiedzieć. Uparta jak muł.
- Tak, taka już jest.
- Czasem, kiedy przychodzę rano, widzę, że różne rzeczy były przesuwane. Wazony... takie tam sprzęty... znikają. Widać jakieś brudne ślady w całym domu... Podejrzewam, że to nie była pierwsza noc, kiedy wędrowała po domu, ale jeden Bóg tylko wie dlaczego.
- Bardzo dziwne...
- To nie wszystko! Któregoś dnia mnie spytała, kiedy Charles wraca z Londynu. Myślę, że naprawdę zapomniała... - Tu Jane rzuca Maggie znaczące spojrzenie znad kubka herbaty. - A potem mnie poprosiła, żeby przygotować pokój Albiego, bo ma przyjechać, chociaż jestem pewna, że nie dzwonił już od miesięcy. I ciągle gubi różne rzeczy. Okulary... pantofle... w zeszłym tygodniu klucz. Wyglądało na to, że się nie posiada z radości, kiedy go znalazłam, ale już po kilku minutach kompletnie o tym zapomniała. W ostatnich tygodniach była coraz bardziej nieprzytomna.. Podniecona. Powtarzała się.
Jane urywa.
- Nie miałam o tym pojęcia.
Maggie myśli o korespondencji z babcią, o krótkich, ale pogodnych listach, które Lillian do niej pisała, a które zawierały wiadomości z miasteczka i powtarzające się pytania na temat życia w Australii, pytania, na które Maggie chyba nigdy nie potrafiła znaleźć właściwych odpowiedzi. Odpowiadała babce najlepiej, jak mogła, lirycznie opisując pogodę i plaże, omijając szczegóły dotyczące paskudnych hosteli, w których się zatrzymywała, rozczarowujących kafejek, w których znajdowała pracę jako kelnerka, wreszcie przypadkowych mężczyzn, z którymi znajdowała chwilową rozrywkę. Wydaje się, że nie była jedyną, która ukrywała prawdę; być może obie starały się zamaskować rzeczywistość swojego samotnego życia. Poczuła ogarniającą ją falę wstydu. Powinna się była domyślić, że nie jest dobrze. Nie, więcej niż to: nigdy nie powinna była wyjeżdżać. Zawdzięczała Lillian tak wiele...
- Jeżeli cię to pocieszy - mówi Maggie, chwytając się ostatniej deski ratunku - lekarz, z którym rozmawiałam, był pełen optymizmu. Uważał, że pod koniec tygodnia będzie ją można wypisać do domu.
Jane cmoka z dezaprobatą.
- Wypisać ją? Wróci tutaj?
- Tak. - Maggie myśli przez chwilę o obietnicy, którą dała babci. - Przypuszczam, że mogli rozważać przeniesienie jej do domu opieki, ale lekarz założył, że skoro będzie miała kogoś przy sobie, nie ma powodu, żeby nie wróciła do domu.
Jane przewraca oczami.
- Cóż, to może być dobre dla niektórych pacjentów; ale założę się, że większość z nich nie ma osiemdziesięciu sześciu lat i nie mieszka w takim domu jak ten! Ja tam uważam, że im po prostu chodzi o wolne łóżko. Wszystkie te cięcia budżetu... - Potrząsa głową.
- Tak. Może i tak. Chociaż teraz, kiedy tu będę, a ty mi pomożesz... no, i oczywiście pan Blackmore...
- O nie, kochanie. Nic nie wiesz? - Jane pochyla się do przodu. - Pan Blackmore pod koniec zeszłego roku przeszedł na emeryturę. To wszystko, to było dla niego za dużo.
Kolejne przemilczenie w listach Lillian: to wyjaśnia kilka spraw - myśli Maggie, przypominając sobie stan trawnika i obrastającej dom winorośli.
- Twoja babcia wynajęła nowego ogrodnika do pomocy: trochę opieki nad ogrodem i jakieś podstawowe roboty, wiesz... - Jane się waha, jakby nagle poczuła się zażenowana.
- To chyba dobrze, prawda?
- Tak, dobrze - odpowiada Jane. - Myślałam, że ci o tym pisała. Muszę przyznać, że nie byłam pewna, co o tym pomyślisz.
- Dopóki nie przeszkadza mu trochę ciężkiej roboty i jeżeli potrafi spełniać wymagania babci, wszystko jest dobrze.
Jane jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, po chwili jednak zmieniła zdanie.
- Tak - mówi stanowczo. - Tak właśnie myślałam.
Maggie ściska dłoń Jane; już postanowiła.
- Nie chcę, żebyś się martwiła. Byłaś naprawdę bardzo pomocna, ale teraz wróciłam. Zrobię wszystko, co trzeba, żeby pomóc Lillian i przywieźć ją z powrotem do domu.
- No, to naprawdę kamień z serca! Więc zostaniesz z nią tutaj?
- Założyłabym się o nie wiem co, że ty i Lillian to jedyne osoby, które są zadowolone z tego, że znów widzą mnie w Cloud Green. - Maggie wzrusza ramionami.
- No, no! Tylko żadnego rozczulania się w tej kuchni! - mówi Jane, zbierając na tacę filiżanki i spodeczki. - Jestem pewna, że cały ten szum już dawno się skończył. Wiesz, jak to jest w małych miasteczkach: plotki trwają pięć minut. Kończą się, kiedy tylko wygaśnie płomień, który je podsyca.
Maggie patrzy na nią z powątpiewaniem. Kobieta kontynuuje:
- Widzieliśmy już przedtem w Cloud Green takie nerwowe sytuacje i jeszcze nie raz je zobaczymy, jestem tego pewna. Wspomnisz moje słowa. Ludzie mają ciekawsze tematy do plotek niż to, co się stało, zobaczysz! A zresztą to przecież nie ich interes, prawda?
Maggie przytakuje, nie jest jednak w pełni przekonana; Jane przez cały czas swojej przemowy ani razu nie spojrzała jej w oczy. Obie doskonale wiedzą, jakie potrafi być życie w małym miasteczku.
Kiedy auto Jane znika za zakrętem podjazdu, Maggie czuje się jeszcze gorzej. W domu panuje zupełna cisza. Chcąc się z powrotem zapoznać z dawnymi miejscami, Maggie chodzi po parterze, po krętych, wykładanych boazerią korytarzach, otwiera po kolei drzwi do pokoi, zapala lampy, ogląda wnętrza każdego z nich, po czym wychodzi, zostawiając je w ciemności.
Przeciąg z otwartych drzwi sprawia, że zakurzony kandelabr w jadalni zaczyna się huśtać, jednak w pokoju nadal czuć stęchlizną. Okiennice są pozamykane, a krzesła z orzechowego drzewa, długi lśniący stół i komódka zostały przykryte jakimiś upiornymi prześcieradłami. Eklektyczne gobeliny dziadka i malowane maski afrykańskie nadal wiszą na pokrytych boazerią ścianach obok kolekcji jelenich rogów, natomiast porcelana stołowa i kryształowe kieliszki do wina stoją, całkiem niepotrzebne, w wielkim, oszklonym kredensie.
Podobnie jest w bibliotece: półki na książki z oprawionymi w skórę woluminami są przyciśnięte do krokwi; nadal stoi przy nich wysoka drabinka, ale fotele są teraz poprzykrywane białymi prześcieradłami, a perskie dywany zwinięte w rulony i ułożone przy ścianie.
Nad kominkiem Maggie zauważa niegdyś cenną kolekcję rzeźb z kości słoniowej, która teraz pokryta jest grubą warstwą kurzu. Dwie szyby w oknach pękły i pnącza dzikiego wina wpełzły do pokoju pomiędzy pękniętą ramą okienną a ścianą. Powietrze pachnie wilgocią i pleśnią jak w inspektach.
Na górze, w porannym saloniku, jest jeszcze gorzej: okna pozasłaniane okiennicami, spłowiała chińska tapeta, porozrzucane ozdoby. Na podłodze stoi w różnych miejscach kilka wiader... większość jest wypełniona szarą wodą, a dookoła nich można dostrzec plamy wilgoci rozsiane po dywanie. Kiedy Maggie spogląda w górę, widzi zacieki na suficie i wielki zygzak pękniętej ściany.
Gabinet dziadka jest nietknięty: na ścianach wiszą kolekcje entomologiczne Charlesa - żuki i motyle poprzypinane do desek w oszklonych pudełkach, ale wszystko jest tak zakurzone, a powietrze tak gęste, że Maggie czuje się jak w nieotwieranej przez dziesiątki lat piwnicy.
W miarę zwiedzania kolejnych pokoi robi się coraz smutniejsza. Przez rok jej nieobecności dom jakby się zapadł; kiedy wędruje po pokojach i korytarzach, czuje się trochę jak w muzeum, tyle że wiele wystawionych eksponatów się poniszczyło albo zamknięto je w celu odrestaurowania.
Salon to jedyne - oprócz kuchni - pomieszczenie, które zachowało jakieś ślady porządku i ludzkiej obecności. Nadal jest w ciągłym użytku, czego dowodzi ulubiony szal babci, para jej okularów do czytania i krzyżówka, które leżą obok fotela. Na ścianie naprzeciw Maggie widzi obraz, który sama podarowała Lillian na jej osiemdziesiąte urodziny: surowa barwna abstrakcja, którą namalowała podczas najbardziej eksperymentalnego okresu swoich studiów artystycznych. Kiedy się tak rozgląda, ze smutkiem stwierdza, w jak małym i zamkniętym kręgu spraw upływa życie Lillian w tym ogromnym opustoszałym domu.
Mając już dość tej zatęchłej ciszy, Maggie podchodzi do okna i otwiera je na oścież, na nocne powietrze. Do pokoju wpada upragniony podmuch, zwiewając sterty kartek z biurka i rozsypując je po podłodze.
Maggie podnosi tę, która jest najbliżej: zaległy rachunek za elektryczność z wydrukowanym na czerwono napisem OSTATNIE WEZWANIE. Pada na podłogę i zaczyna zgarniać kartki. Wszystkie to rachunki, tuziny: za gaz, za wodę, za naprawę dachu, niezapłacony rachunek za hydraulika, kilka faktur od Jane - wszystko zaległe! Maggie patrzy na to z przerażeniem. Zgarnia papiery i zabiera je ze sobą. Jest najzupełniej jasne, że tu nie tylko idzie o zdrowie Lillian, ale także o stan tego ogromnego, rozsypującego się domu.
W końcu wchodzi do wielkiego holu wejściowego. Przekręca włącznik światła i słyszy złowróżbny syk nad głową. Francuski kandelabr miga, po czym spada z głośnym hukiem. Maggie podchodzi do jednej z ozdobionych koralikami lamp na konsoli, zdejmując po drodze zwisające z abażuru pajęczyny. Rozgląda się. Słabe światło rzuca groźne cienie na szczyt schodów, gdzie na ścianach wiszą rzędy oprawnych w złocone ramy portretów: ich martwe oczy patrzą na nią. Dostrzega tu i ówdzie obluzowane klepki układanej w szachownicę posadzki, kolejne wiadro czekające na kapiącą z góry wodę, odchody myszy w kątach i dywan na wielkiej kręconej klatce schodowej - tak zniszczony i pełen dziur, że wejście po nim na górę grozi niebezpieczeństwem.
Trudno powiedzieć, by taki dom był odpowiedni dla starej, kurującej się po poważnej chorobie pacjentki.
Po raz pierwszy zastanawia się nad tym, co tak nierozważnie obiecała Lillian: dała słowo, że zabierze babcię do domu. Ale czy to miejsce jest istotnie odpowiednie do rekonwalescencji?
Przesuwa ręką nad wielkim, spłowiałym gobelinem wiszącym na ścianie, po czym wdrapuje się po krętej klatce schodowej do swojego pokoju. W połowie drogi zatrzymuje się i słucha. Nie słyszy stukania psich pazurów po kamiennej podłodze ani szmeru przewracanych stronic gazety z biblioteki, ani dalekiego szmeru radia babci. Nic nie słychać, nawet szumu wody w starych rurach. Ten dom - świadek tak wielu wydarzeń w ciągu tylu lat: przyjęć, śmiechu, rozmów i kłótni, tańca i muzyki - dom, który widział tyle życia, przez którego drzwi przeszło tylu ludzi, stoi teraz całkiem milczący...
To, że w tej chwili jest jego jedyną mieszkanką, denerwuje Maggie. Jakie echa mogłaby usłyszeć, jakie oznaki przeszłości, gdyby tylko wiedziała, czego słuchać?
Jej wzrok pada na zegar dziadka wiszący w holu; odwraca się i rusza w dół po schodach, podnosząc tumany kurzu z drewnianej, zegarowej szafki, otwiera ją i nakręca mechanizm tak, jak jej kiedyś pokazywała Lillian. Patrzy z zadowoleniem, jak wahadło zaczyna się poruszać, a stary zegar monotonnie tyka jak zamarłe serce, nagle zmartwychwstałe...
No, chociaż jedna drobna rzecz naprawiona. Nie chce już myśleć o tylu koniecznych rzeczach nadal wymagających doprowadzenia do porządku.
[1] HS2 (High speed 2) - droga szybkiego ruchu z Londynu na północ Anglii, w trakcie budowy. Jej projekt budzi wiele wątpliwości, m.in. z powodu niszczenia krajobrazu i odkryć archeologicznych.