Prolog
Dawno, dawno temu...
Sierpniowe słońce malowało na nosie Anki kolejne piegi. Chociaż ostatniego dnia wakacji nie miało już tak intensywnej mocy jak w środku lata i nieuchronnie przypominało o jutrzejszym rozpoczęciu roku szkolnego, rumieńce, które pozostawiło na twarzy dziewczyny, nie zamierzały szybko zblednąć. Anka była wściekła na to, że natura obdarzyła ją tak wrażliwą cerą i rudymi włosami. Szła na mostek przy ulicy Kąpielowej przygarbiona, omijając główne ulice Osiedla Młodych. Na szczęście mieszkała w blokowisku z widokiem na stację benzynową i kilka domów z ogródkami, których zazdrościła ich właścicielom. Z chęcią urządziłaby sobie w takim ogrodzie idealne miejsce do czytania. Ulice Piaskowa i Wyszyńskiego nie były tak chętnie uczęszczane jak ulica Orzechowa, przy której mieściły się wszystkie osiedlowe sklepy. Dzięki wyborowi alternatywnej trasy dziewczynie udało się uniknąć wzroku nielicznych przechodniów i ich irytujących uśmieszków.
Przyzwyczaiła się do myśli, że wygląda na sobowtóra Ani z Zielonego Wzgórza, i pogodziła z decyzją matki - równie bezwzględną jak postanowienia Maryli z tej książki. Przefarbować włosy może dopiero po osiągnięciu pełnoletności. Uważała takie poglądy za przestarzałe, ale nie było innego wyjścia, tylko się podporządkować. Jej rodzice mieli swoje niezłomne zasady i autorytet u dzieci zdobyty szczerą rozmową. W przypadku braci Anki podobny efekt osiągał nieraz ojcowski pas. Córka od chwili pojawienia się na świecie była oczkiem w głowie Klonowiczów. Z utęsknieniem wyczekiwaną dziewczynką. Od zawsze słyszała, że jest piękna, wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. W fale spływające do ramion niczym kaskada wodospadu wplatała rozmaite spinki, wsuwki i kokardki.
Lubiła swój wygląd. Do czasu, aż koledzy jej trzech starszych braci, za którymi łaziła natrętnie krok w krok, nie nazwali jej wiewiórą, marchewką i lisicą. Początkowo dziewczynka potraktowała te przezwiska jako żarty rzucane, by odczepiła się od ich towarzystwa. Pewnego dnia odkryła w nich złośliwość, ton wywołujący dreszcze na plecach, i zwyczajnie się popłakała. To nic, że żartownisie porządnie oberwali od Marka, Pawła i Krzyśka, mało tego, musieli odszczekać obelgi, fundując jej całe opakowanie gumy Donald. Zadra pozostała. Dzieciaki w szkole okazały się nie lepsze i wyzwiska padały coraz częściej. Na nic zdały się pocieszenia Doroty, Marysi i Zuzki, którym przypadła do gustu koleżanka o oryginalnym wyglądzie z włosami jak u śpiącej lalki z wystawy Jubilata1. Klonowiczówna znienawidziła swój wygląd na dobre i zatapiała się w marzeniach. Stawała się w nich blondynką jak Lisa z Dzieci z Bullerbyn, Nel z W pustyni i w puszczy albo jedną z piękności opisywanych w romansach przez Barbarę Cartland, którymi aktualnie się zaczytywała.
1 Nazwa nieistniejącego już Domu Handlowego "Centrum" przy ulicy Sidorskiej 18, obecnie supermarket Stokrotka.
Anka westchnęła na wspomnienie przeżyć bohaterki jednego z nich. Jeszcze tylko trzy lata - powtarzała w myślach, idąc na spotkanie. Przed kościołem ktoś zaparkował samochód, udając się na wieczorną mszę. Przejrzała się w jego lusterku. Nieco zbladła, ale i tak Zuzka gotowa ją nazwać płonącą pochodnią. Ponownie westchnęła i skręciła w ulicę wiodącą prosto na mostek. Spieczone słońcem trawniki w niczym nie przypominały tych soczyście zielonych klombów z początku lata. Złote nawłocie i rudbekie przyciągały pracowite pszczoły. Od Krzny ciągnął ożywczy powiew wiatru niczym nadmorska bryza, niosąc zapowiedź deszczu i delikatny zapach wilgoci.
Marysia wybiegła z klatki swojego bloku. Pomachała do przyjaciółki. O dziwo, dzisiaj sierota nie miała się spóźnić na ich spotkanie. Już po chwili Motwiczukówna obejmowała Ankę mocno za szyję. Jej spłowiały T-shirt kontrastował z nowym nabytkiem koleżanki o deseniu w paski w różnych kolorach zieleni. Bracia Klonowiczówny mogli dodzierać i donaszać po sobie ubrania i buty, o ile przy ich stylu bycia dało się cokolwiek przekazać następnemu chętnemu w kolejce. Ona nosiła nowe ciuchy, bo po prostu nie miała po kim odziedziczyć sukienek jako jedyna dziewczynka w rodzinie. Rodzicom zawsze udawało się wysupłać fundusze z niewielkich pensji na coś wyjątkowego dla córki. Zrobiło jej się żal przyjaciółki, a ta, jakby czytając w jej myślach, pisnęła:
- Pamiętasz tę princeskę, która tak mi się podobała? Kupiłam ją wczoraj, i to nie w BIG-u, ale u nas na osiedlu, w tym sklepie obok domu kultury. Świetnie leży! Zobaczysz jutro na akademii. - Cieszyła się Marysia. - A tobie jak minął dzień?
- Byłam w bibliotece. Pani Marlena jest kochana. Znowu mi pozwoliła posiedzieć na zapleczu. Pomogłam jej obkładać nowości i nawet wypisałam kilka kart. O Jezu! Tylko nie to! - Policzki dziewczyny, które już nieco zbladły, ponownie zalały się rumieńcem.
Od strony rzeki nadchodzili bracia Anki i ich znajomy. Spotkanie z siostrą oraz jej przyjaciółkami było nieuchronne. Na horyzoncie pojawiła się już Dorota, która wiązała sznurowadło trampka, w towarzystwie Zuzanny, tym razem omijającej dziką skarpę. Marysia przygryzła wargę. Klonowiczowie słynęli z tego, że nie chorują na język, i zwykle zaczepiali przyjaciółki siostry niewybrednymi żartami pełnymi dwuznacznych kontekstów. Anka nie cierpiała takiego ich zachowania. Denerwowały ją te uszczypliwe, choć - prawdę mówiąc - nieszkodliwe uwagi i przytyki. Po prostu wstydziła się przed dziewczynami, że ma takie niewychowane, wręcz prostackie rodzeństwo. Jej ojciec był zwykłym ślusarzem, ale swoje intelektualne niedociągnięcia niwelował pasją zdobywania wiedzy, każdą chwilę poświęcając lekturze lub seansom filmów dokumentalnych. Synowie, podobnie jak on, wybrali wykształcenie zawodowe. Marek skończył samochodówkę i pracował w jednym z licznych w mieście warsztatów. Krzysiek i Paweł, bliźniacy, tylko czekali, by ostatni rok w zawodówce upłynął jak najszybciej - wtedy w końcu będą się mogli poświęcić ukochanym pojazdom. Jedynie na temat motoryzacji bracia Klonowiczowie umieli rozmawiać racjonalnie. Siostrze było też wstyd za ich wiecznie niechlujny wygląd. Ubrudzone smarem dżinsy, niedomyte dłonie i paznokcie, rozchełstane, przepocone koszule nie przynosiły im chluby.
Niestety zbliżali się szybko, więc nie sposób było umknąć niepostrzeżenie.
- Oto niewieści kwiat Orzechówka! - zawołał Krzysiek na widok siostry i jej przyjaciółek.
- Już od jutra pełnoprawne licealistki. Ucieleśnienie intelektu. Nie zechcecie przestawać z takimi pospolitymi robolami jak my. - Marek zatarł spocone dłonie.
- Do czasu, gdy na technice zadadzą coś trudnego na babskie pojęcie, a te poproszą z płaczem o rozrysowanie jakiegoś schematu. Zapamiętajcie, że uśmiechem się nie wywiniecie. Za korki bierzemy po buziaku. Co najmniej... - Wyszczerzył się Paweł, a policzki dziewczyn spąsowiały.
Tylko Zuzka jak zwykle pozostała niewzruszona.
- Ależ drodzy panowie starsi, nie jesteście w temacie! Niech wasz koguci rozum pojmie, że przedmiotów o tak niskich lotach jak technika uczą właśnie was w zawodówkach. Trzymajcie się, bo egzamin przyjdzie szybciej, niż przypuszczacie. Las uczennic z klasy wielobranżowej czeka, aby was usidlić. Jak zawór puści, to zechcą o wiele więcej niż korepetycje z hydrauliki - odparowała, a Dorota zawtórowała jej szyderczym chichotem.
- Nie tylko piękne, ale i charakterne. - Krzysiek nie zamierzał spasować, ale Zuzka jedynie dumnie uniosła głowę. - Szkoda, że jeszcze noszą kokardy we włosach, rumienią się na zawołanie jak w tanich romansach i chichrają jak podfruwajki.
Młodzi mężczyźni zaśmiali się gromko na tę celną uwagę, a w przyjaciółkach zawrzała krew. Znowu dały się podejść!
- Warkoczy chociaż jutro nie zaplatajcie, bo narobicie sobie obciachu. I uczcie się pilnie jak Mickiewicz w Wilnie, to może trafi wam się poeta, u którego głowa nie ta - odezwał się milczący do tej pory Łukasz, kolega Klonowiczów. - Chodźcie, panowie, bo piwko w moim plecaku, zamiast się chłodzić, traci swój smak. Jak mawiał klasyk gatunku: "nie dla psa kiełbasa, nie dla świni miód", ale przerabianie Trylogii chyba dopiero przed wami, dzieciaki - rzekł z lekceważeniem, po czym zwrócił się bezpośrednio do Anki: - Bywaj, wiewióro!
Było warto zdenerwować małolaty, które urodą może nie grzeszyły, ale ze złości pięknie błyszczały im oczy, a wydymane wargi rozpalały wyobraźnię.
- Ja nie wiem, jak ty to wytrzymujesz na co dzień! - Dorota z ulgą opadła na zmurszałe deski mostku, przykładając wilgotne ze złości dłonie do policzków.
- Przyzwyczaiła się albo ignoruje, albo jedno i drugie - odpowiedziała Zuza za przyjaciółkę. Ułamawszy źdźbło trawy, żuła je zawzięcie. Nie chciała dać dziewczynom satysfakcji, że i ją ubodły niewybredne żarty chłopaków. Na pewno nie była już dzieckiem.
- Uczę się pyskowania od najlepszej - mruknęła przygarbiona Anka, czując na plecach kojącą dłoń Marysi, która gładziła ją czule. Przyjaciółka nie lubiła kłótni i wyrzekania, choć w domu jej ciotki zdarzały się na porządku dziennym.
Klonowiczówna pohamowała swój gniew, a miała o co się gniewać. I jeszcze Łukasz wtrącił swoje trzy grosze. Łukasz o anielsko jasnych, kręconych włosach i błękitnych oczach. Łukasz, który jako jedyny z kumpli jej braci kończył technikum i w maju miał zdawać maturę. Łukasz, który aż do dziś nie żartował z niej tak ostro. Ance zbierało się na płacz. Dawno nie spotkała jej aż taka przykrość. Nie mogła zrobić sceny i dać tym samym Zuzce powodu do kpin. Wróciła z rozmyślań na ziemię.
Przyjaciółki zeszły z tematu jej okropnych braci, podsumowując wakacje i ekscytując się jutrzejszym dniem. Ciekawili je nowi koledzy i koleżanki, nowe doświadczenia i wiedza, ale zastanawiało, jak się w tych nowościach odnajdą ze swoimi wadami i naleciałościami. Były pewne jednego: razem przetrwają każde zdarzenie, jakie przyniesie im los.
Z kępy nadbrzeżnych trzcin zerwał się spłoszony czymś bażant, ulatując w niebo wraz z lekkimi dziewczęcymi marzeniami.
- W sumie to lubię twoich braci za jedno. - Dorota objęła Ankę, gdy wracały z mostku. - Oni mogą mnie zaprosić na swoje śluby. To aż trzy wesela!
Zuzanna jęknęła wymownie.
- Uważaj! Wszystkie uważajcie. Oni gotowi wziąć was za żony, a wtedy zostanę waszą szwagierką. - Klonowiczównie wrócił humor.
- Dobre! - skwitowała Zuzka na widok niepewnej miny Marysi. - Ale wtedy my wydamy cię za tego ich kumpla, co wygląda jak cherubinek.
- Właśnie, Ania! Jaki ty chciałabyś mieć ślub? - Dorota klasnęła w dłonie i wzięła przyjaciółkę pod rękę, nie zauważając, że jej rumiane policzki stały się czerwieńsze.
- Cichy i skromny - wyszeptała. Zuzanna trafiła w samo sedno. Coraz częściej w jej marzeniach pojawiał się Łukasz Dzierżoń prowadzący ją do ołtarza... - Nie lubię zgiełku ani tego zamieszania, które robi się wokół młodej pary. Zaprosiłabym kilka osób, które prawdziwie są mi bliskie i na których mi zależy.
- No nie spodziewałam się, że zafundujesz rodzinie emocjonalną ruletkę. Dawaj dalej - zachęcała rozbawiona Zuzka.
- Gdyby w Polsce było Vegas, to wszystkich postawiłaby przed faktem dokonanym - szepnęła Marysia.
- Ale nie ma, dlatego zrobię ograniczenie. Skromna oprawa, ale na sukni nie oszczędzę. Prawdziwy krój z dziewiętnastego stulecia, jak z romansu czy filmów o cesarzowej Sissi. Krynolina lub tiurniura, tren, bufiaste rękawy, dekolt karo lub w łódkę, falbany. Włosy przefarbuję na blond, upnę w górze z jednym lokiem spływającym na szyję. - Anka śniła na jawie wśród westchnień Doroty i Marysi. Tylko Zuzka dusiła się ze śmiechu. Ją piętnastoletnie życie nauczyło, że miłość to dość mylące pojęcie.
- A on? - Dorota westchnęła. W Zuzie zabulgotało jakieś parsknięcie.
- No jak to? - Garlicka uprzedziła Ankę. - Jak z romansu. Przystojny, wysportowany dżentelmen, który wybawi ją z opresji i zakocha się przy tym na zabój, albo taki rasowy drań, który pod jej powłóczystym spojrzeniem zapragnie zmienić całe swoje życie.
Przyjaciółki spojrzały na nią poważnie i niby z niesmakiem.
- No co? Trafiłam? Nie obrażajcie się, ale znamy swoje gusta na wylot, a o gustach się nie dyskutuje. Najważniejsze, by ten dżentelmen, drań czy ktokolwiek nas nie rozdzielił. Jeżeli już postanowimy się rozstać, to musi to być wyłącznie nasza własna świadoma decyzja.
- Nigdy - z przestrachem szepnęła Maria, wyciągając rękę do przodu.
- I aby żaden facet nie zepsuł naszej przyjaźni. - Opadła dłoń Doroty.
- Nawet nie próbował. - Dołączyła opalona dłoń Zuzanny.
- Nigdy. - Przysięgę przypieczętowała Anka, pod powiekami nosząc obraz anielskiej twarzy Łukasza.
Zachichotały i ruszyły przed siebie. Jutro zbliżało się coraz szybciej...