Sekrety Adama - Ewa Trojanowska

Reflow text when sidebars are open.
Śpieszyłem się jak cholera na popremierową galę. Wielkie słowa, ale tak to już jest. Patrząc bezmyślnie w lusterko - coraz bardziej spięty - myślałem, jak nie lubię świąt. Nadchodziły niczym przez nikogo nieoczekiwana kometa. Zastanawiałem się, dlaczego w święta wszyscy, jak za pstryknięciem palcami, muszą być szczęśliwi, dobrzy i kochający? I dlaczego wszystko musi być aż tak uroczyste, nadymane, napuszone oraz na maksa celebryckie? I że bez tego ani rusz?
Brak odpowiedzi. Pewnie jakaś jest. "Kiedyś się nad tym zastanowię", burknąłem do odbicia we wstecznym. Uczucie wściekłości narastało we mnie niczym pleśń w dawno nieotwieranej lodówce - dobrze mi znany syndrom wielkomiejskiej dżungli. Posuwałem się w jakimś pieprzonym korku z takimi samymi, jak ja, idiotami liczącymi nie wiadomo na co. Wszystko wokół warczało, oślepiało i szczerzyło kły. "Dobrze, że mam zamknięte okno", pomyślałem w panice, już wściekły sam na siebie.
"Jedzenie czy leczenie" - walił po oczach napis z baneru naprzeciwko. Babka z dżipa obok malowała usta, gadając do pustej przestrzeni przed sobą. Dziewczyna z radia zupełnie nieźle odśpiewywała znajomo brzmiące cowery: "Jeszcze wczoraj jesienny, ciepły dzień...". A dzisiaj zima odkryła nieoczekiwane przez nikogo dziury w jezdni - dodałem na jej nutę.
Jak to w tym mieście: dzień szarobury, a ołów chmur przytłacza i zabiera każdy oddech, perspektywę, jasność widzenia, optymizm i ochotę na cokolwiek. Wszystko widziałem w niekorzystnym, prawie że prosektoryjnie utwardzonym świetle. "Czyżby niebo aż tak zmęczyło się błękitem?" - śpiewała dalej dziewczyna z radia. "Gdyby chociaż słońce było na kredyt", powiedziałem do kolejnych stop-świateł już całkiem zrezygnowany. Kac gigant w bokserskich rękawicach wgniatał mój żołądek w twardy róg niemocy. Bania po ostatnio skończonym projekcie przeciągnęła się trochę za długo i - jak to zwykle bywa - jeden czy dwa rozprężające to oczywiście za mało, a gdy przestanie się liczyć - za dużo.
Głowa mi puchła, byłem wściekły i niewyspany. Dobrze, że to nie mój projekt i nie mój cyrk. Niech inni się martwią. Jakoś to przetrwam, a później - jeśli szczęście dopisze - gdzieś się przytulę. Może w miłym towarzystwie? Próbowałem uśmiechnąć się do tego w lusterku oraz swoich przywiędłych, jak ja cały, myśli.
Na miejsce dotarłem w dobrym momencie. Część sennie sączyła winko, reszta w błyskawicznym tempie, żeby nikt nie widział, przechylała kolejne kieliszki wódki. Mniej wyrobieni towarzysko z namaszczeniem popijali wino z bąbelkami. Aura, jak we wszystkie ostatnie dni, była rozmyta i schizofreniczna. Mimo to wrzało. Rozdymana po brzegi sala: garniturami i sukniami z autografem kreatorów mody o trudnej do sklasyfikowania płci, takim samym wyglądzie, i absolutnym braku poczucia humoru - pękała w szwach. Dobrze, że ostatnio, wraz z dopływem większej gotówki, szarpnąłem się na garnitur z tej samej towarzyskiej półki - zauważyłem, odbijając się w pokaźnych rozmiarów lustrze. Leżał jak znalazł, tuszując niedostatki mojej sylwetki. Odwracał też uwagę od wczorajszego rozmazanego na blado profilu i ciągle zmrużonych oczu. Niedbale przekrzywiony, ale wystudiowany, krawat na śledzia dodawał mi młodzieńczo niefrasobliwego - tego byłem pewny - wyglądu. Z zadowoleniem pomyślałem, że owa inwestycja i do tego ręcznie szyte buty - były trafione.
Zapachy perfum, frikowego, a w niektórych przypadkach już strawionego, alkoholu. Takiego sobie żarcia. Niedościgłych marzeń, pragnień i nadziei zawiniętych w jedną kolorową paczkę. Wszystko to mieszało się z ogarniającą mnie nudą. Pomijając fakt, że nikt z tych tutaj nie był z listy moich ulubieńców. W towarzystwie, jak to, raczej nikt cię nie zadziwi, nie dostanie nominacji do Nobla. No chyba że do jakiegoś lokalnego skandalizującego Oscara po drodze.
Kiwałem się więc z kolejnym drinkiem, obskakując ważne persony, które miałem do obskoczenia. Wszyscy, ja też, udając czy nie, byli rozbawieni i kurczowo trzymali się ułudy oraz wyprasowanych, wybielonych i dobranych do okoliczności uśmiechów. Nie mogłem się już doczekać, kiedy wreszcie złożę moje sfatygowane ciało i na pół gwizdka pracujący mózg w jakimś, najlepiej własnym, odosobnieniu.
Nie powiem, tak naprawdę lubiłem cały ten zgiełk. Życie odmierzane w takim, a nie innym, rytmie pochłaniało mnie bez reszty, a ciągły ruch w tę i tamtą, serwowany w regularnych dawkach, dodawał mi samozadowolenia i nieźle łechtał moje samcze, jakże nienasycone ego. Jak każdy facet, chciałem od czasu do czasu pomachać sobie szeroko rozpostartymi skrzydłami, pounosić się i w ogóle. Czasami było to męczące, ale jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić siebie w innym, autystycznie spowolnionym świecie. Zawsze, odkąd pamiętam, rwałem pod prąd albo z pędzącym prądem - jak ćma do oświetlonego baru. Wiedziałem, że może to być niebezpieczne: moje ciśnienie i nawiedzająca mnie coraz częściej bezsenność najlepiej o tym świadczyły. Ale pożądałem żaru i blasku jak niczego na świecie. Były moim narkotykiem, dopalaczem, odpalaczem i lekiem na całe zło. Siedziałem w tym gównie po uszy i nawet byłem szczęśliwy. Tym szczęściem ostatniego, choć nie jedynego, frajera na ziemi, ot co!
Przesuwając się pomiędzy garniturami, ocierając nie bez przyzwolenia o zawartość sukien ponętnych właścicielek, robiłem zwiad, a poza tym byłem OBECNY.
To targowisko nie różni się od innych. Im częściej podpisujesz listę, tym bardziej jesteś widoczny, pożądany, oceniany, przetasowywany, dostosowywany - w razie potrzeby, zapraszany, niezapraszany, oczekiwany, oczekujący... Nic nowego. Standard. W zasadzie, przychodząc tu, wypełniałem swój obowiązek, swoją pieprzoną powinność. Pełny profesjonalizm.
Firmowi kolesie uwijali się jak w ukropie. Tryskali inteligencją, humorem, błyskali białymi zębami... Perfekcyjny wyścig szczurów. Jasne, że sam w nim uczestniczyłem. Mało tego, wychodziłem na prowadzenie! Pozycja szczura-lidera podniecała mnie jak mało co.
Oczywiste, że na czele tej ruchliwej i zażartej sfory musiał stać On: szykowny, szczupły, dojrzały, lekko już szpakowaty, z błyskiem stalowej łyżwy w oku. Istny król lodowiska z ekskluzywnej dzielnicy. Miał charakter, zjawisko rzadziej spotykane niż cokolwiek. Należał do tych gości, co to mają i dostają, czego chcą. Wiedział to. Tak myślał. Tego był pewien. A oni, to znaczy my, myśleli, jak chciał on. Pewnie to było jego siłą. Jak powietrzem - zrobiłem odkrycie! - wszyscy nim oddychamy. Ale nikt nie wie, jaki naprawdę jest.
Siła pieniądza oraz władzy jest nieobliczalna: szarą masę lepi - niekoniecznie na swój obraz i podobieństwo, a pojedynczymi pionkami gra, jak chce. W wyglądzie, sposobie bycia i we wszystkim, co robił i czym się otaczał, perfekcyjny i nadający ton do bólu. Zbyt perfekt, zbyt boski i zbyt doskonały, jak na mój gust, ale i tak go podziwiałem, podglądałem też.
Kim był, nie wiedział pewnie nikt. Chociaż...? Dziwne, bo lubię sprawy i rzeczy z drobnymi wadami. Perfekcjonizm, poza tym, że okazuje się nudny, to stan bez wyjścia. Jak już się w to wpieprzysz, to jak ten pies z wyrazem czujności w oczach podążasz za kiełbasą uwiązaną do kija, gnasz do przodu, ślinisz się, oblizujesz, a i tak nie będziesz najlepszy. On był. Był bogiem. Tak to wtedy widziałem. Musiał trenować bez chwili wytchnienia. Za czymś się kryć, kontrolować, narzucać, manipulować. Nagradzać też. Taka gra. Boska gra. A przebywanie z bogami jest niebezpieczne i męczące.
Tak na oko, miał, co chciał. Był moim idolem, nieodgadnionym mistrzem, którego poszukiwałem, potrzebowałem, jak jakiś maniak. I ciągle bez wzajemności. Zazdrościłem mu. Zazdrość ludzka rzecz.
Kłębił się przy nim tłum gotowych na wszystko pochlebców z przyczajonym szacunkiem na twarzy, arogantów, bezczelnych blagierów i karierowiczów łaknących sukcesu oraz resztek z pańskiego stołu; takich, co to wypiją krew własnej matki, a na pożarcie rzucą każdego, kto stanie im w poprzek raz obranej przez nich drogi.
Z wyższością patrzyłem na ten wspaniale gęsty sos, ostro przyprawiony najróżniejszą maścią celebrytów z ich beznadziejnymi gadkami, drapieżnie łagodnymi uśmieszkami oraz ogólnym nadęciem. Pełny wypas botoksów, liftingów, silikonów: w wersjach damskich, męskich i jakich kto chce. Wiedzy, talentu i niebanalnej osobowości jak na lekarstwo. Mówiłem sobie, że fajnie płynąć w jednym stadzie z rekinami: rekinem żarłaczem na czele, dżentelmenem w każdym calu i uwijającymi się wokół pomniejszymi rybkami. Może trochę niebezpiecznie, ale "kto ma jaja, ten do przodu" - mawiały chłopaki z mojej dzielnicy.
Kręciłem się tam i siam z kolejnym kieliszkiem, kanapką z hodowlanym bardzo różowym łososiem i czymś, co na jajku udawało kawior. Robiłem, co mogłem, żeby dobrze wypaść oraz zrobić wrażenie, żeby nikt mnie nie przegapił. Chciałem być zauważonym - niech rzuci pierwszy kamieniem ten, kto tego nie chce.
Tego rodzaju pokaz siły, splendoru, reprezentacyjnych żon, nowych kochanek i panienek z castingów, co nie znaczy, że tych najlepszych, odbywał się z regularnością wiosennych burz, w miejscach sprytnie odkupionych od ledwo ciągnących spadkobierców i, rzecz jasna, najkorzystniej usytuowanych w mieście. Otoczenie miało robić wrażenie. I robiło. Było imponujące - w ten modny ostatnio minimalistycznie przesadzony sposób.
Dawna siedziba znakomitego kupieckiego rodu, która za rządów chłopków-roztropków sygnujących się sierpem i młotem wołała o pomstę do nieba, z przykurzonej ruiny zamieniła się w fantastycznie eklektyczno-odjazdową budowlę, na którą nawet Phillippe Starck spojrzałby pewnie łaskawym okiem. Brazylijskie marmury, egzotyczne drewno, metal, szkło oraz śmiała myśl: młodych, odważnych, wiedzących, co w trawie piszczy architektów, oraz szczodrość inwestora, która we wnętrzu starego hotelu brzmiała fantastycznie. Ale nie dla wszystkich. Większość tych tutaj mogła się czuć przytłoczona wielkością oraz splendorem, w jaki nagle została wciśnięta niczym w te markowe ciuchy Do szmat można się dopasować. Z kindersztubą bywa gorzej.
Naprawdę byłem pod wrażeniem.
Sprawił sobie pełną blasku perłę w koronie, co było widać jak na pełnym świateł ringu. Zazdrościłem mu (znowu), pewnie nie ja jeden. Ale też podziwiałem za rozmach, odwagę, inteligencję i wizjonerstwo - jak na nasz grajdoł, dużo. Mógł poprzestać na tym, co wszyscy - na przeciętności i oklepanych dekoracjach. I tak pialiby z zachwytu.
Nie schlebiał niczyim gustom, miał to gdzieś, to on nadawał ton, a oni mu schlebiali. Lista jego wrogów musiała być imponująco długa. Lista przyjaciół? Nie byłem pewien, jakoś ich tutaj nie widziałem, chociaż mogłoby się wydawać, że jest ich bezmiar - wychodzili z każdej dziury.
Wiedział też, co robić z ogromem szmalu, który pomnażał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Różdżka nie do końca była czarodziejska, bo okrągły milion i to nie byle czego, tylko prawdziwych zielonych amerykańców, zostawił mu tata - hojny był i obrotny, zważywszy na to, że w czasach, w których je zrobił, za posiadanie jednej setki zielonych można było sobie solidnie pokiwać. Papa miał układy jak nic, ale kto pyta zwycięzców o źródło ich szczęścia oraz sukcesu? No kto?
Moje czerwone, piekące spojrzenie szybko omiotło całe towarzystwo. Z nudnej, przewidywalnej atmosfery wyłuskiwałem jak z łupiny orzecha co bardziej atrakcyjne obiekty. Nie było ich wiele. Mój wzrok podążał w jedynym możliwym kierunku. W stronę kapłana i ołtarza, boga bogów, mistrza ceremonii - mojego nowego szefa, supermistrza finansowej nirwany, manipulatora, tyrana i tytana pracy, wymagającego od swoich poddanych i wielbicieli harówy ponad miarę oraz absolutnej wiernopoddańczej lojalności. Patrzyłem na scenę, jakby na kogoś, kim byłem. "Jakoś będę się musiał znaleźć" - zaskoczyłem szybko i, głęboko wciągając powietrze, złapałem nie wiadomo już który kieliszek. Wtedy zobaczyłem... ją.
Stała w cieniu wielkiego męża - w seksownych szpilkach, samotna, a może tylko nieobecna? Odgrodzona niewidzialną barierą ciszy i spokoju, która mogła kłuć w twarz niejednego. Przypominała bohaterki filmów Bu?uela: eleganckie, powierzchownie chłodne, skrywaną namiętnością smakujące życie na własny rachunek. Promieniała. Wyglądali na piękną i szczęśliwą parę, zadowoloną z życia, stanu posiadania i siebie.
Mogłem sobie wreszcie obejrzeć jej zgrabne nogi. Stała do mnie tyłem, jeszcze mnie nie widziała. Włosy przewiązała tasiemką w niedbały koński ogon. Była drobna, w prostej lnianej sukience, podkreślającej tylko jej pięknie opalone ramiona. Dziewczęco powściągliwa i w jakiś sposób nonszalancko elegancka. Z pewnością całego dnia, ani nawet pół, nie spędziła u stylistów od włosów, mejkapu czy czego tam jeszcze. Wydawało się, że wszystko to zrobiła od niechcenia, w ostatniej chwili.
- Adam... Moja żona, Sofie - dopadł mnie znienacka bardzo niski, bardzo męski tembr głosu szefa.
"Jasne, musi być z francuska, chociaż to nawet do niej pasuje" - pomyślałem.
- Czy my się znamy? - powiedziała niewinnie, wyciągając rękę na powitanie.
- Dużo spaceruję... - wyjąkałem jak jakiś niedorozwój, wpół zawieszając zdanie.
- No to już wiesz, kochanie, oto nasz najnowszy nabytek. Sporo nas kosztował - rozgadał się szef. - Ale myślę, że warto - dodał, mrużąc oczy w uwodzicielskim półuśmiechu.
- Czarująca, prawda? - rzucił z poczuciem samczego zadowolenia. Przekaz był aż nadto czytelny. Po chwili był już myślami gdzieś dalej, przy następnych trafionych inwestycjach.
"Cholera! Jest jego żoną" - pomyślałem, uczepiwszy się zapachu, który niosła za sobą. Jak pies swoją kość, trzymał ją za nadgarstek i śmiał się śmiechem pozbawionym wesołości. Wgapiałem się w nią, czując, że nie za bardzo tu pasuje. Może się myliłem, bo przecież tu była, chcąc czy nie, wspierała go, jak ci tutaj. Jak wszyscy.
- Doskonała para, że aż trudno wytrzymać - powiedziałem nie wiadomo do kogo. A potem poczułem niepokój, mrowienie w karku i czyjeś oczy na swoich plecach. Odwracając się, wiedziałem, że ktokolwiek by to był, już wie, przy kim pozostało moje... spojrzenie.
"Kurwa, to niemożliwe!", zaskoczyłem sam siebie. "Co ona tutaj robi?".
Była, patrzyła, analizowała. Zapewne miała już gotowy plan. I jak zawsze, wdzięcznie układające się usta w idealne "o"... Niedościgła mistrzyni w przerzucaniu, żonglowaniu i przetasowywaniu. Przemieszczała się po fiutach jak po słupach milowych, jak dobrze wytrenowana francuska cyrkówka.
Już była tu. I pewnie tylko kilka szczebli dzieliło ją od szczytu. Celowała tylko w górę, zawsze wiedziała, co robi. Właściwie to ją podziwiałem, mimo że skłóciła mnie z Jankiem. Przeleciała nas, już nie pamiętam w jakiej kolejności: jego, mnie i Julka - mojego kumpla z dzieciństwa, przyjaciela i wspólnika w pierwszych wspólnych, fantastycznie śmiałych, czasami śmiesznych i nie zawsze udanych interesach. Wiadomo, że baba i forsa to jedyne, o co mogą pokłócić się chłopaki. Byli w moim życiu - choć w tej chwili nieobecni.
Julkowi mało nie rozpieprzyła rodziny, tak się zaangażował kretyn jeden. Ot, faceci. Umiała wyciągnąć z niego zwierza, odjebało mu na całego: coś sobie roił, kłamał, oszukiwał, chodził jak zadżumiony licealista. Zauroczyła go. Jaśka i mnie też. Bez żadnego wysiłku połknęła nas na przystawkę - dwa głupie szczyle. Miała na to swoje sposoby - zimna kalkulatorka, wytrawna suka.
Julek miał fory. Stała za nim nieźle rokująca firma, fajna fura, dom z ogrodem w dobrej dzielnicy, no i portfel. Kretyn myślał, że się zakochała, że jest z nim dla jego pięknych oczu oraz jego supermęskich walorów. To, że miał żonę, dzieci, psa i papugę, nie miało dla niej żadnego znaczenia. Nawet ją to jarało.
Zniknęła nagle, porzucając ogłupiałego Julka (miał prawdziwe szczęście). I starego, bo był jeszcze on, nieszczęsny rogacz, pierwszy mąż, co przeliczył się z siłami, a na pewno z finansami oraz jej wilczym apetytem na chłopaków, zwłaszcza tych z nieograniczoną ilością zer na koncie bankowym. Zostawiła lakoniczne "pa" na sekretarce telefonu w firmie Julka z dwuznacznymi pozdrowieniami dla żony. Zdzira.
Tęskniłem za nim.
W tamtych czasach miała małe sterczące piersi, teraz cyce imponującej wielkości. Dawniej miała krzywe zęby, które nawet dodawały jej uroku, dziś powalała towarzystwo doskonałą bielą oraz panoramicznie hollywoodzką, perlistą gamą uśmiechów, za którą ktoś wybulił niezłą górę szmalu. Za nic nigdy sama nie płaciła, w tym - trzeba przyznać - była mistrzynią.
Kłuła błyszczącymi wypiłowanymi paznokciami, czarowała nowiutkim, świeżo wydłużonym włosem blond. "U niej się na głowie namnożyło, u mnie z każdym rokiem robiło rzadziej", pomyślałem, nie bez zazdrości, o swojej czuprynie, z której kiedyś byłem tak dumny.
Niebotycznie wysokie szpile z czerwoną podeszwą, miały wyszczuplić jej klocowate w kostce nogi, których w żaden sposób nie dało się przerobić. Musiała z nimi żyć.
Widać było, że ogromnie troszczyła się o swój rozbuchany wygląd, perfekcyjnie opracowując każdy detal. A i tak wychodziła z niej labadziara. Minimalistyczna była jedynie jej dusza. Musiała teraz mieć około czterdziestki, no może po tej gorszej stronie trzydziestki - tak by to pewnie sama ujęła.
Było dla mnie jasne, w jakim kierunku zmierza. Na sam szczyt miała do pokonania jeszcze kilka szczebli.
Robiło się interesująco. Pomachała do mnie i w odpowiednim momencie przedstawiła mnie jak swojego starego kumpla.
- Adam... To Gerd, mój mąż - przeszliśmy na angielski. Jej był nadal kiepski, nigdy nie miała talentu do języków, jednak właśnie tak porozumiewała się ze swoją zdobyczą.
"Sprytnie", pomyślałem. "Od razu ma handicap. I nie może się przyczepić, a tym bardziej wejść w szczegóły. To nie było jej pole. Bez słów radziła sobie świetnie, narząd mowy służył jej do zgoła innych celów. No i mogła mieć nieskończoną ilość tajemnic, a co za tym idzie, ogromną nad nim przewagę. Nieźle to sobie wykombinowała. Było jasne, że jest dla niej odskocznią, nawet nie wysilała się, by mówić w jego narzeczu. Szkoda czasu. Nieco zdezorientowany Gerd usiłował, jak na germańską rasę przystało, być miły. Ja potrafiłem nawijać w języku Goethego, Nietzschego i paru innych gości z Germanii, ale też mi się nie chciało.
- Ile to lat, Karla? - rzuciłem jak kij w mrowisko.
- Trochę minęło, a co?
- Gdzieś zniknęłaś... Polowanie udane? - dodałem, jak na dżentelmena nie przystało.
- No, tak jakby - błysnęła wąsko uśmiechem. Była szczera, ale coś miała w zanadrzu.
- Szac, kochanie! - zagruchała, jak to ona, przechodząc na angielski. "Szac" to chyba jedyny jej germanizm. - Chodź, napijemy się. Jestem spragniona. Ty pewnie też - oznajmiła, poszerzając uśmiech. Był dla niego, nie dla mnie - ja bym się już nie nabrał.
Kiedy się odwróciła, zobaczyłem jej nagie aż za bardzo plecy. Poszli z Szacem w odwrotnym niż ja kierunku. I tak nie było nam po drodze.
Teatr, czy jakkolwiek by to nazwać, żył sobie dalej własnym życiem, płynął własnym nurtem. Zadbano o didaskalia, dekorację i naprawdę dobry smyczkowy kwartet, którego i tak nikt nie słuchał. Scena główna wypełniła się po brzegi. Ona czuła się tam samotna, on nie. Brylował jak ogier pełnej krwi na pokazie. Był najważniejszy. To była jego gra, jego wyścig. Ona była tylko damskim, uprzedmiotowionym i ładnym dodatkiem, ciągle jeszcze aktualnym. W tej dyscyplinie kobiety nie liczyły się, nie były potrzebne. Oni (my? ciągle nie mogę się zdecydować) w tym ich świecie dymali się nawzajem. Menedżeria wyższego i średniego szczebla uwijała się, śliniła, wyginała i szumiała coraz głośniej. Castingówki rozdano, reszta gdzieś się rozeszła, impreza wchodziła w stan wymykający się niektórym spod kontroli.
"Pora zmienić lokal", pomyślałem. Wraz z kilkoma innymi znudzonymi odszczepieńcami - zawsze tacy się znajdą - opuściłem to ekskluzywne targowisko, jak przystało - po angielsku. I tak nikt za mną nie tęsknił.
Kurs po barach Pasażu Leopolda (dlaczego właśnie Leopolda? może mylę go z kimś innym?) wydawał mi się bardzo obiecujący. Jak to na początku sztafety: widzi się tylko nagrody i odznaczenia. Na mecie bywa różnie, jeżeli w ogóle się do niej dotrze. Lale, panienki i damy różnej maści, o bardzo zróżnicowanych potrzebach i upodobaniach. Mnóstwo prężących się samczyków, sperma i testosteron walą jak z hydrantu, są wkurzający, choć czasami ich lubię - fajnie sobie popatrzeć. Jeszcze do niedawna byłem jednym z nich. To dopiero były czasy! Muza, atmosfera oraz konfiguracje towarzyskie z każdej półki.
Płacisz - dają, nie - wypadasz, bywa, że na kopach i z wielkim hukiem. Stróże prawa nie mają tu nic do gadania. Najlepiej poprosić swojego, żeby cię nigdy, ale to nigdy nie opuścił, zwłaszcza w takich pojebanych miejscach i nieprzewidywalnych, jak te, sytuacjach. Z moim żyłem nie najgorzej - do tej pory. Poza jednym ukruszonym zębem, szyciem dolnej wargi, malowniczymi siniakami od czasu do czasu, paroma szwami na czaszce, odłamkiem szkła w nodze i o mało co złamanym nosem - mogłem się cieszyć ogólnie nienaruszonym stanem. Pewnie nie raz należało mi się porządne manto. Lubiłem wpieprzyć się tam, gdzie mnie nie chcieli, zwłaszcza po dymach zaprawionych wódą, a zdarzało się, że czymś więcej. Wiadomo, noce sprzyjają niekonwencjonalnym zachowaniom: bijatykom, poniewierce i zawirowaniom, szczególnie te z ostrym chlaniem. Czasem ciężko było trafić do domu, zdarzało się, że pokręconą i okrężną drogą. Zdecydowanie miał co robić ten mój Stróż - prawdziwy z niego Anioł.
Ledwo co widzę na oczy i czuję, jakbym był podłogą w męskim kiblu na dworcu. Czy to mi się śni, czy próbuję samooszukiwania? Do tego jeszcze potężny ból głowy, pięć w skali Beauforta. Co najmniej pięć! I kacowy lęk oraz pytanie-standard: jestem sam czy...? Poza Beaufortem nie czuję nic i muszę otworzyć oczy.
No, to hop, chłopie - udało się! Nie ma rozmazanego, rozczochranego towarzystwa, żadnej zdzirowatej lambadziary, lalki, koleżanki od kieliszka przeczołganej przez życie. Co za ulga!
Byłoby to wysoce niepożądane - jak mawiał jeden wujek z mojej rodziny, prawdziwy ochlajmorda, dziwkarz i król życia w jednym. Kiedy się bawił, to z nim pół ulicy: przyjaciele, nieprzyjaciele i kto się nawinął. Miał fason, stara szkoła. Ciekawe, co u niego? Niezły był z niego baletmistrz - upijał się na wesoło, śpiewał rzewne włoskie kancony, a nam, dzieciom, zawsze przynosił cukierki. Bawił się na całego, skubaniec jeden. W dzisiejszych czasach to prawdziwa rzadkość. Że też nikt jeszcze nie otworzył szkoły picia z fasonem?! Niejednemu ułatwiłoby to życie.
Dzięki ci, Aniele Stróżu mój, że jestem w jednym kawałku. I że nie przyciągnąłem żadnej lalki, której obrazek o poranku zazwyczaj daleko odbiega od wzorca z S?vres, jaki towarzyszy nam przez całe życie - od początku, przez wszystkie kobiety, bankiety i tak do końca, amen.
Dzisiaj jestem szczęściarzem - zero szminki na poduszce, śladów uprawianego w pijanym zwidzie seksu, poczucia winy i kombinowania, jakby tu wywinąć się ze wspólnego śniadanka. Nie lubię być chamem, choć nie raz, nie dwa próbowałem różnych metod i wykrętów, z lepszym lub gorszym skutkiem. Kiedyś pochowałem nawet babcię, żeby się wywinąć, podczas gdy ona smażyła mi jajecznicę, podawała kakao i podpiekała bułki. Bez komentarza i zniecierpliwienia, no, może czasem lekko tylko wzruszała ramionami i mruczała coś do siebie. Babcia pięknie śpiewała i zawsze służyła mi wsparciem. W trudnych momentach zawsze mogłem na nią liczyć.
Za nią tęsknię też.
"A swoją drogą, te wszystkie kobiety nieźle radzą sobie w tego rodzaju niewygodnych sytuacjach", myślałem, przypominając sobie to i owo. Nie wiem, bo nigdy nie sprawdziłem, czy to ściema, czy nie, ale najskuteczniejszy jest numer na męża lub zazdrosnego chłopaka, co to lada moment wraca z wyjazdówki. Zwijasz się wtedy z prędkością torpedy, zacierając ślady, jak amerykański komandos podczas wojny na Bałkanach. Niezły ubaw muszą mieć, jeśli blefują. No cóż, lepiej wyjść na frajera niż stanąć do konfrontacji. Samo życie.
Ciągle obiecuję sobie, że z balangami koniec, że to ostatni raz. Ale wilka zawsze ciągnie do lasu, bo tam, o czym wiedzą dobrzy myśliwi, pełno chętnych Czerwonych Kapturków i pogubionych sierotek.
Dudnienie w głowie pomnożyło ilość decybeli nie do wytrzymania, ze strachem rozpanoszonym w brzuchu myślałem o moim zszarganym ciśnieniu, wyobrażając sobie podskakujący dekiel mojej czachy, rozsadzanej oparami alkoholu.
Są na to dwa sprawdzone sposoby (czemu tylko dwa?): klin, czyli zimne z pianą, lub ten dużo mniej atrakcyjny - spocenie się do kości. Który wybrać? Wersję numer jeden, czyli "chlup", a może tę heroiczną, mniej przyjemną? Czułem się zagubiony, byłem w prawdziwej rozterce.
Wymięta pościel i niezwykle bogata gama ciężkich zapachów krążących wokół nie chciały wypuścić mnie ze swojego świata, a raczej półświatka. Ucisk z tyłu głowy przemaszerował z tupotem w stronę oczu, podskoczył jak kolczaste zwierzątko, a wątpliwości opuściły mnie niczym zdradzana żona męża. Wziąłem dupę w troki i pognałem nad rzekę.
Najpiękniejsze chmury świata, znajome mosty, cień pod dębami, kryształ wody i powietrza - cały ten róg obfitości należał do mnie, kiedy tylko mi się chciało. Prezentowałem się niezbyt okazale: pot zalewał mi oczy, czerwień twarzy zbliżała się do niebezpiecznej granicy, rozpalone, żyjące własnym życiem płuca chciały wydobyć się na powierzchnię, wyskoczyć z obejmujących je kleszczy, a w skroniach tak mi pulsowało, jakbym za chwilę miał pokonać barierę dźwięku razem z moją nędzną powłoką. "No...", pomyślałem, a właściwie to przestałem myśleć i wszystko zlało się w jedno: fajczany dym, moja głowa do kwadratu, światła, waląca ponad miarę muza. Kto to może wytrzymać?! Ja? Chyba nie.
Zawirowało, zaszumiało, spadła na mnie chmura połyskliwej szarańczy. Nogi stanęły jak w betonie i na czas jakiś straciłem kontakt z rzeczywistością. Zrobiło się bardzo cicho i jakoś tak daleko - nie powiem, nieprzyjemne to nie było.
Ktoś potrząsał moim ramieniem. Z perspektywy ziemnego robaka i z dziwną ostrością ujrzałem wystający z dziury pokaźnej wielkości paluch i rozklekotane buciory. Ich zatroskany właściciel z końcówką papierosa doklejonego do wargi coś tam marudził. Gość starał się przywrócić mnie rzeczywistości. Jak zahipnotyzowany, nie mogłem oderwać się od czerwonego żaru.
- Chyba bym zapalił - powiedziałem jakimś nie swoim głosem.
- Panie! A pan gdzie tak pędził? Gonił pana ktoś czy co?
- Pies mnie gonił! Kurwa jego mać, prawdziwe bydlę!
Widząc go w parze z debilnym właścicielem, przystanąłem grzecznie i słabym głosem poprosiłem:
- Może wziąłby go pan na smycz...
- Nic nie zrobi, bez obaw... - odszczeknął frajer i w tym momencie bydlę ruszyło na mnie z pełnym impetem. Stałem z nawietrznej, pewnie nie lubił wczorajszych gości. I wiecie, co ten debil wrzasnął, jego pan i władca?
- Panie, kładź się pan na ziemi! Nic nie zrobi.
Ochujał czy co?! To był błysk! Ruszyłem, ile fabryka dała. Dupę i pewnie coś jeszcze uratowałem, pompa natomiast odmówiła posłuszeństwa, sprintów na dzisiaj nie planowałem.
Rozsadzało mi głowę i czułem się naprawdę wrednie, język jak kołek, przed oczami rozmazane talerze, kółka i kropki (konstruktywizm w komplecie) - nie mogłem za nic pozbyć się tego cholerstwa.
Marzyłem już tylko o porządnej kropli prawdziwej wody.
"Chyba, kurde, jeszcze nie umrę", przeleciało mi przez myśl. Już sam fakt, że o tym pomyślałem, przestraszył mnie nie na żarty. Tym razem rzeka oraz wszyscy święci odmówili wsparcia. Użalając się nad sobą, myślałem o dniu pogrzebu ojca - zapił się na śmierć, wał jeden, i zostawił mnie: zrozpaczonego, wystraszonego, chudego z pryszczami, wątpiącego już i osamotnionego nastolatka. Wspólne podróże, narty, męskie wypady na ryby i marzenia zakopał razem ze sobą w tym okropnym dniu, którego ani on, ani nikt się nie spodziewał.
Z żarliwością neofity obiecałem sobie, że kto jak kto, ale ja nigdy nie oddam swojego życia w pazury nałogu. Jak trudno dotrzymać danych sobie obietnic, nie raz, nie dwa się przekonałem.
Stary, choć wcale nie taki stary - miał czterdzieści cztery lata, niewiele więcej niż ja teraz. Był znanym chirurgiem w mieście, do którego uciekł przed swoim znienawidzonym ojcem, szefem Urzędu Bezpieczeństwa w innym wielkim mieście. Licząc w kilometrach, odległość była wystarczająca, by nie patrzył na jego znienawidzoną mordę, ale żeby ten ojciec-kat nie prześladował go w nocy - musiał zagłuszać się wódą. To odbiło się na jakości życia bliskich, a jego własne - i tak nie za bardzo udane - ewidentnie skróciło.
Wnuk kata, syn pijaka-idealisty przysiągł sobie, że na jego życie nikt ani nic nie będzie mieć wpływu - bez jego zgody, rzecz jasna. Zaczął budować wokół siebie mur. Myśląc, że jest cwany (cecha linii męskiej jego rodu), zapragnął, jak dziadek, władzy, a tę - wiadomo! - dają pieniądze. Żadnych, niestety, nie oddziedziczył. Stary komunista, szerząc ból, strach i przerażenie, wcale nie myślał o kasie. Był z tych najgorszych, miał misję. Naprawiacz świata! Takie były czasy i realia. Zadowalał się władzą, to go jarało i wypełniało po brzegi. Z kasą czy bez, i tak miał wszystko, czego chciał. Ojciec zaś swoje możliwości finansowe zamknął w butelce, a raczej w ich nieskończoności - istna hałda szkła albo jakaś pieprzona szklano-wódczana piramida strachu, wstydu, niespłaconych długów, nigdy niedotrzymanych obietnic i łez. Oto dziedzictwo, z którym został pryszczaty, wkurzony nastolatek. Z którym musiał się zmierzyć i które, chcąc nie chcąc, wniósł w swoją bardzo wczesną, niedojrzałą - a jednak jakoś dojrzałą - młodość.
Poczułem ciepły promyk słońca, który wkradając się przez szparę w żaluzjach, dodał mi otuchy.
Otwierając oczy, myślałem o tych paru rzeczach, które dostałem w spadku po starym. Nie były to dobre angielskie buty ani nawet wieczne pióro. Nigdy nie miał mnie kto podprowadzić na ważny egzamin. Zabrakło mi ciepłej, silnej, popychającej dłoni, mówiącej: "Wal śmiało, jesteś dobry, jesteś najlepszy, będzie wspaniale, kochamy cię". Zawsze byłem sam z tym czymś, co ściska mocno żołądek. Ojciec i matka nieobecni albo zbyt zajęci własnymi sprawami.
Nienawidziłem takich myśli i ich nie chciałem, ale zawsze podtruwały mój umysł, zawsze były obecne. Nadal nie pozbyłem się goryczy, którą schowałem dawno temu na dnie serca - w takich momentach wypełzała wcale nie proszona.
Szybki prysznic, golenie (dzisiaj, o dziwo, mogę patrzeć sobie w oczy), trochę zapachu i... startuję jak nowo narodzony. Chyba jednak nic nie przełknę, więc tylko woda z cytryną, a później, co Bóg da. "No właśnie, kiedy tworzył człowieka, przecenił chyba swoje możliwości, ten nasz Bóg", powiedziałem sam do siebie i puściłem oko, też do siebie.
Głęboki oddech. Karuzela w drzwiach, taksujący ukłon portiera.
- Pan Adam Mazur - obwieścił, zawieszając głos niczym amant filmowy, wszystkowiedzący typ w uniformie.
- Czekamy na pana. Proszę za mną - znowu, jak amant, brzdęknął dziwnie niskim głosem.
"Gość na swoim miejscu", pomyślałem.
Połknięci przez windę, oszkloną dla wzmocnienia efektu, pomknęliśmy na przedostatni poziom. Ostatni należał do szefa.
Cwanie to ustawili, byłem przed wszystkimi. Też tak bym to rozegrał. Dyskretny szmer klatki ze stali i szkła zabrał ze sobą wszystkowiedzącego.
"Muszę wypalić z nim fajkę pokoju albo... coś?".
Wysprzątane, pozamiatane, odkurzone i ani śladu poprzednika. No, może jakiś cień wspomnienia obijał się po kątach. Środki czystości, wietrzenie, stosowne odprawy, dyskrecja oraz umowy z odpowiednimi aneksami trzymającymi za jaja działają cuda.
"Pieprzyć to - później będę się martwić".
Zacząłem od widoku: prawie panoramiczny i jakie daje poczucie siły, władzy i wszechmocy! "Kurczę, nieźle", pomyślałem, zachłystując się i zapominając na chwilę. Wiedziałem, że zawsze tak robią, skurwiele - dają ci kawałek nieba i całej reszty, z tą miłą perspektywą z góry. Nie ma silnych, każdy się na to bierze... A gdy już wycisną z ciebie, co chcą, to odprawią cię na niższych piętrach, oczywiste, że bez widoków na park - jeśli już, to na skwerek ze smętną ławką dla palaczy.
Lubią też demonstrować siłę: dwóch osiłków w mundurach zagradza ci wtedy drogę, broniąc dostępu, jak trzystu do greckiej Sparty. Lepiej wtedy przyjąć wszystko na klatę i odejść z prawdziwą lub udawaną pokorą. Jeżeli pozostała ci jeszcze godność, to z nią też. Gdy jesteś członkiem tego klubu, musisz mieć jaja z betonu, dostęp do informacji i motywację desperata, bo zawsze chcą cię zaskoczyć i wyruchać. Taka gra.
- Witamy w firmie. Jestem pańską asystentką.
"Co za ulga", pomyślałem. Brakowało mi jedynie łopoczących powitalnych sztandarów.
Asystentka: wiek nieokreślony (tak zrobiona, bo młoda), taki sam, jak się miało okazać, mylący wygląd (pozory?), profesjonalizm z najlepszych kursów dla prymusek, entuzjazm oraz pełne oddanie dla Boga pracy - wszystko to wprost z niej emanowało.
Dzięki ci, Aniele Stróżu, że bez potrzeby nie wodzisz mnie na pokuszenie, że żadna laska pod ręką nie odciągnie mnie od tego tutaj, że w spokoju będę mógł pomnażać walory i dobra firmy, dając z siebie wszystko. Tak wtedy myślałem - szczur, popieprzony przodownik pracy, palant jeden.
Zaczęła się ostra jazda: spotkania, knucie, konferencje, podróże, samoloty, limuzyny, drogie wypasione hotele - jak lubię, adrenalina non stop. Jestem taki ważny i doceniany! Ogarniam wszystko. Menedżeria wyższego i niższego stopnia wie, jak jest. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem i tak wkręciłem się na całego.
Projekt gonił projekt, żyłem jak w transie, po dwanaście godzin w robocie, nawet siłownia i basen były w firmie - taka mała pułapka, żebyś nigdy stamtąd nie wychodził. W nagrodę można było się otrzeć o samego Szefa, pooddychać jego potem i tym samym powietrzem, a nawet napić się wody z jego basenu. No i oczywiście podziwiać jego najnowsze sportowe kreacje. Istna rewia mody! A ja w swoich poszarpanych, spranych, całkiem passé ciuchach. "Mam to w dupie", myślałem. Nie ma takiej siły na planecie, która zmusiłaby mnie, żebym to zmienił. W tej kwestii i w paru innych jakoś dziwnie jestem niereformowalny.
Dymania w firmie nie było, nie żeby brakowało obiektów i chęci, te były. Nieoficjalna wieść niosła, że szefostwo sobie nie życzy... Koniec, kropka! Podpierali się starą rzymską maksymą: "Gdzie się uczy i pracuje, tam się pałą nie wojuje", i przestrzegali jej z pełną mocą oraz żelazną (cha, cha, cha!) konsekwencją.
Wiadomo, funkcja kapusia istnieje jak świat światem i ma się dobrze, tutaj też. A donosicielstwo - intratny fach. Co jakiś czas, po wnikliwym sprawdzeniu, wyłapuje się ofiary, te w niełasce, rzecz jasna, rzuca je na pożarcie i jest spokój. Dwudziesty pierwszy wiek, a trzymają nas za mordy, niby w jakimś pieprzonym mrocznym średniowieczu. I tak mamy fart, że nie palą na stosach i nie wyrywają paznokci.
Wyłom w furtce był. Jasne, że tylko dla tych z ostatniego piętra. Cały czas trzymali rękę na pulsie, zwłaszcza gdy ktoś był młody i do skonsumowania, coś w rodzaju prawa "pierwszej nocy", zboki jebane. Doświadczały tego przelotne stażystki, młode ambitne inteligentki, wyszczekane menedżerki, kandydatki na asystentki oraz przyszłe dyplomowane księgowe. Wcześniej czy później oglądały widoki z ostatniego piętra - wybranki losu. Przynajmniej już na starcie przekonały się, czym jest usłana droga do sukcesu i kariery. Widoki wspaniałe, lecz nie zawsze w pożądanym towarzystwie.
Ciąg dalszy w wersji pełnej