Sekretny układ - Caitlin Kittredge

Reflow text when sidebars are open.
Pete zaparkowała w uliczce nieopodal mieszkania Jacka przy Mile End Road, wysiadła i weszła do domu, nie odzywając się do niego ani słowem. Jack siedział na masce samochodu i palił papierosa, zaciągając się głęboko i czując, jak syki i szepty dobiegające z Czerni cichną w obliczu czegoś jeszcze mroczniejszego - i bardziej współczesnego.
Starożytni Rzymianie grzebali swoich zmarłych na polach Whitechapel, na wschód od murów City. Osiemdziesiąt tysięcy dusz czaiło się tutaj za rządów królowej Wiktorii - każda z nich skąpana w magii i niedoli, gdy Kuba Rozpruwacz stąpał między nimi, a krew z jego palców ściekała na gładko wypolerowane kocie łby, gdy tuż za nim podążała dużo większa i bardziej przerażająca zjawa ubóstwa i przesiąkniętej dymem śmierci - nieustępliwa i nieubłagana.
Whitechapel było jedynym miejscem w Londynie, gdzie Jack poczuł odrobinę ulgi od tego, co miał przed oczami.
Mroczne i krwawe żyły mocy, które przebiegały tu głęboko, maskowały wibracje Czerni i uciszały je na tyle, że naćpany heroiną Jack mógł wreszcie zasnąć. Znalazł to miejsce dwadzieścia lat temu, tuż po tym, jak wysiadł z pociągu, który przywiózł go z Manchesteru. Wtedy kiepsko sypiał.
Whitechapel stało się jego domem. Dość dziwnym domem - brudnym, czarnym od sadzy i przepełnionym dawnym nieszczęściem. Ale to nie ty wybierasz dla siebie miejsce - to ono wybiera ciebie. Whitechapel krążyło we krwi Jacka tak jak niegdyś heroina.
Jack sięgnął ręką pod kołnierzyk i podrapał się po tatuażu na lewym obojczyku - jednym z oczu Horusa. Pete tchnęła w nie moc - taką, jaką mógł posiadać tylko ktoś z jej umiejętnościami. I zazwyczaj ta moc się jego trzymała. Tusz spełnił tę samą rolę co wcześniej hera. Ale nigdy wystarczająco, nigdy tak kompletnie i cicho, nigdy nie dawał mu tego uczucia wełnianej zasłony przesłaniającej jego trzecie oko.
Jack zamknął oczy i usłyszał odgłosy prawdziwego Londynu - prawdziwego świata. Trzaskanie drzwi w budynku, krzyki dzieci jego pakistańskich sąsiadów, ruch uliczny na Mile End Road, hałas pociągu linii Hammersmith & City pod stopami.
Dwa piętra wyżej otworzyło się okno i wychyliła się przez nie głowa Pete.
- Wchodzisz na górę?
Jack wypuścił z ust ostatni kłąb błękitnego dymu i zgasił niedopałek butem.
- Tak, za chwilę.
- Masz ochotę na herbatę?
Pete, chociaż od jakiegoś czasu mieszkała w miejscu, które dla wielu ludzi było slumsem, i do tego z mężczyzną, którego większość uważała za menela, nadal zachowała swoje nawyki rodem z klasy średniej. Jack poczuł, że jego usta wyginają się w grymasie przypominającym uśmiech. Fakt, że Pete uważała go za osobę cywilizowaną, wydawał mu się czarujący, mimo iż kopnąłby w pysk każdego, kto odważyłby się zasugerować coś podobnego.
- Chyba tak - odkrzyknął.
- W takim razie przyniosę coś z Tesco - powiedziała Pete i zamknęła okno.
Jack poczuł, jak jej moc oddala się od niego, zjeżdża windą i odpływa ulicą w stronę Tesco Express, zanim zupełnie zniknęła niczym piasek przesypujący się przez palce. Jack ukrył twarz w dłoniach. Starał się przekonać sam siebie, że słyszy jedynie uliczny gwar i przytłumione, ciemne bicie serce Whitechapel.
Na chwilę pomogło, ale to było zawsze tylko tymczasowe. Czerń zawsze wgryzała mu się w mózg, a umarli lgnęli do niego, ponieważ emanował mocą jak rozerwany kabel elektryczny. Szaleństwo, które kiedyś kazało mu po raz pierwszy wbić igłę w żyłę, teraz siedziało z twarzą skrytą w cieniu i chichotało.
Chichot zwijał się, skręcał i zapętlał, odbijając się echem od cegieł wokół jego głowy. Jack poczuł ostry ból, jakby rozgrzane do białości żelazne ostrze przewiercające mu czaszkę za oczami.
Miał wystarczająco dużo czasu, żeby pomyśleć. To nie w porządku.
Na chwilę znów był siedemnastolatkiem i leżał twarzą w dół na dywanie, który pachniał kurzem i tytoniem do fajki. Wokół niego tańczyli umarli uczestniczący w ceremonii pogrzebowej jego umysłu, która pozostawała jednak dla niego niewidoczna. Przez jedną sekundę umarli wyciągali do niego ręce, błagając, żeby do nich dołączył, tak jak kiedyś oni zrobili.
Czerń była bezsilna wobec przytomności, nie potrafiła przenieść go z jednego miejsca w inne, podróżować w czasie. Jack walnął pięściami w czoło, mając nadzieję, że ból go otrzeźwi.
Znajdował się w alejce za swoim domem.
Miał trzydzieści osiem lat.
I był czysty. Rzeczy, które ukazywała mu Czerń, nie były prawdziwe - to były tylko wspomnienia zrodzone ze snów.
Chociaż Jack powtarzał to sobie jak mantrę, raz za razem - To nie jest prawda, to nie jest prawda. Jestem czysty, jestem czysty - śmiech stawał się cielesny i materialny niczym aksamitny dotyk na jego karku.
Poniewczasie Jack uświadomił sobie, co oznacza ten ból i gniew pozbawił go resztek paniki. Panika była właściwa zwyczajnym ludziom - tym, którzy nigdy nie dotknęli Czerni. Panika oznaczała śmierć. Jack rozpoznał ten ból w czaszce i przywitał uczucie, którego już nigdy nie miał doświadczyć.
- Kimkolwiek jesteś, musisz mieć niezły tupet, żeby wypełznąć za mną z Piekła i tu się znaleźć - zwrócił się do demona.
- Jak zawsze masz ciepłe słowo dla swoich przyjaciół, Jack - zamruczał demon i Jack poczuł, jak jego umęczone serce tłucze się o żebra. Ten głos wyłaniał się z mgły snującej się w jego głowie, ze zmrożonej krwi w żyłach pod skórą i złamanych kości uciskających nerwy.
Ten głos. Kiedy Jack śnił o bohaterskich czynach, śnił właśnie o nim. Ten głos, który szeptał mu do ucha potworne tajemnice i wzywał go...
- Jack - demon odezwał się znowu, przesuwając pomalowanymi na czarno pazurami po jedwabnym krawacie. Miał na sobie białą koszulę - zbyt białą jak na prawdziwy Londyn - i kruczoczarny garnitur pasujący do jego oczu i włosów. W tych oczach płonął rozżarzony węgiel - błysk prawdziwej mocy, którą Jack także widywał w swoich oczach. Demon był szkarłatny od zepsucia niczym rozlana na powierzchni ciemnego morza płonąca ropa.
- Jack - demon powtórzył po raz trzeci, ponieważ znał moc imion i cyfry trzy, której tysiąc lat temu uczył się pierwszy członek Fiach Dubh. Zakrwawione wargi odsłoniły dwa szpiczaste przednie kły. - Tylko nie mów, że mój widok jest dla ciebie niespodzianką.
Kruk usiadł na obumarłej gałęzi równie martwego drzewa, które rozciągało swe konary nad dwoma nagrobkami stojącymi w rogu cmentarza Brompton. Ślepiami czarnymi jak paciorki obserwował Jacka Wintera. Ten z kolei wpatrywał się w ptaka oczami, które większość ludzi określiłaby jako lodowate, chociaż on nazywał je po prostu błękitnymi.
Jack wyczarował papierosa i dotknął palcem jego koniuszka. Zaciągnął się głęboko, a potem wypuścił kłąb dymu wprost na kruka, który zatrzepotał skrzydłami i zirytowany kłapnął dziobem.
- W takim razie, spieprzaj - powiedział Jack. - Nie chcę, żebyś tu węszył.
- Zostaw ptaka w spokoju - odezwała się jego towarzyszka. - Jeśli mapa turystyczna nie kłamie, groby są już niedaleko. - To mówiąc, przerwała wędrówkę między pomnikami i zatrzymała się. - O, już je znalazłeś.
- Mary i Stuart Poole - powiedział Jack, wskazując papierosem nagrobek Mary. - Kto twierdzi, że bogowie nie miewają czasem lepszego humoru?
Pete Caldecott spojrzała na niego - jak zwykł mawiać Jack - z ukosa. Podeszła bliżej, zabrała mu papierosa i schowała sobie do kieszeni płaszcza.
- Jesteś cholernym dzieciakiem, wiesz o tym? Rozwój emocjonalny na poziomie dwunastolatka. Najwyżej trzynastolatka.
Jack wzruszył ramionami.
- Oskarżano mnie już o gorsze rzeczy. - To mówiąc, sięgnął do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki motocyklowej po kolejnego parliamenta, ale widząc, że Pete kładzie rękę na biodrze, przemyślał sprawę i zrezygnował.
- Mamy robotę do wykonania. Jeśli tego nie zrobimy, nie zapłacą nam. Będziesz więc tak stał z palcem w tyłku, czy weźmiesz się wreszcie do pracy?
Jack powoli wyjął rękę z kieszeni kurtki. Czuł się tak, jakby zakonnica przyłapała go na lekturze świerszczyka. Na pierwszy rzut oka Pete nie sprawiała wrażenia Tej, Której Trzeba Się Słuchać, ale Jack wiedział swoje. Była niższa od niego o głowę, miała zielone oczy rodem z Wyspy Szmaragdów, ciemne włosy i jasną karnację, która czyniła z niej królewnę Śnieżkę w znoszonych dżinsach i zielonej wojskowej kurtce. Miała też wydatne, purpurowe usta i ciało, na którym facet mógłby ucztować godzinami bez utraty apetytu.
Ale w chwilach takich jak ta, kiedy gapiła się na niego i tupała nogą o martwą trawę nad miejscem ostatniego spoczynku państwa Poole, Jack wiedział, że lepiej robić to, co mu każe. W przeciwnym razie w każdej chwili mógłby poczuć uderzenie w głowę, a nie miał ochoty na tak perwersyjną grę wstępną.
Podniósł czarną płócienną torbę, którą przynieśli ze sobą, i przykucnął między nagrobkami Poole'ów. Cała praktyka wskrzeszania zmarłych po to, by dokonali "zamknięcia" i zaznali "spokoju" była stekiem bredni, lecz z powodu irlandzkiego temperamentu Pete wolał nie wypowiadać tej myśli. A poza tym, Pete miała rację - byli przecież w pracy.
- To nadal idiotyczne zlecenie od rodziny - powiedział. - Mówiłem to już, kiedy je przyjęłaś.
Pete skrzyżowała ramiona na piersi.
- Spędziłam prawie dziesięć lat, przekładając papiery na biurku w londyńskiej policji. Kiedy ma się do czynienia z zestawieniami wydatków oraz z głównym inspektorem, którego zdaniem działający sprzęt to luksus, a nie konieczność, masz ochotę zrobić coś idiotycznego, rozumiesz?
Jack skrzywił się.
- Ja nie jestem iluzjonistą do wynajęcia na imprezę urodzinową. To mój talent i wykorzystywanie go w taki sposób... No cóż... Szczerze mówiąc, to dla mnie upokarzające.
Pete wskazała mu grób.
- Wracaj do pracy, Winter. Zanim walnę cię w łeb.
- Powinienem zostać wróżbitą - mruknął pod nosem Jack. - W porównaniu z tym gównem przepowiadanie przyszłości to jak czytanie w otwartej księdze. - Westchnął dla nadania swoim słowom jeszcze większego dramatyzmu, po czym otworzył torbę i wyjął z niej duchowe serce. Pete nadal stała z założonymi rękami, z wyrazem niewzruszonego gliniarza na twarzy.
To "coś", co trzymał w dłoni, przypominało zegar, a ważyło nie więcej od melona i było podobnej wielkości. Okrągłe, wykonane z mosiądzu i zawieszone na łańcuszku duchowe serce miało na spodzie niewielką wydrążoną komorę. Jack wyciągnął z torby woreczek z korzeniem galangi1 i urwał mały kawałek.
Wystarczyło zaledwie dotknięcie magii, by obudzić drzemiącą w galandze moc. Jack zmiażdżył korzeń w palcach, a potem wsadził go do komory w duchowym sercu. Od razu poczuł wzrastające ciśnienie na skroniach i nim wstał, potarł czoło dłonią. Jego talent wiedział, co się święci, nawet jeśli umysł tego nie ogarniał. Jack przygotował się na uderzenie duchowej energii, którą przewodził korzeń galangi.
Pete wyciągnęła dłoń i dotknęła jego ramienia. To był delikatny dotyk - zaledwie muśnięcie - ale Jack poczuł je w swoim krwiobiegu i układzie nerwowym. Jej talent był niczym gęsia skórka lub dotyk dziewczyny, w której zakochałeś się po raz pierwszy w życiu. Był tak inny od jego własnej, śliskiej i pełzającej magii, jak tunel metra różni się od kanału ściekowego. Pełniły podobne funkcje, lecz miały diametralnie różne intencje.
- Wszystko w porządku, Jack? - spytała Pete.
Jack okłamał ją, lekko skłaniając głowę i delikatnie się uśmiechając. W głowie czuł coraz silniejsze pulsowanie.
- Bombowo, nigdy nie było lepiej, skarbie. Miejmy to już z głowy.
Pete nie dała się zwieść, o czym świadczyły dwie zmarszczki na jej czole. Miała jednak w sobie tyle wdzięku, że cofnęła się, udając że Jack jest tak uzdolnionym kłamcą, jak mu się wydaje.
Jack domyślał się, że gdyby posiadał jakiekolwiek zmysły, byłby zmartwiony. Czary nie powinny boleć. Zwłaszcza kiedy posługiwał się nimi ktoś taki jak on - mag z Fiach Dubh. Kruczy bracia byli niekwestionowanymi gwiazdami wśród czarowników, a ich drogę często znaczyły krew i mrok. To byli bezwzględni i źli ludzie, którym nikt nie wchodził w paradę.
Wielu z nich było właśnie takich. Ale nie Jack. I gdyby rzeczywiście miał zmysły, zatrzymałby się, zanim jego talent wypaliłby w nim dziurę.
Nikt nigdy jednak nie oskarżył go o posiadanie zmysłów.
0 bycie palantem - owszem. O bycie złodziejem, draniem i mordercą - bez wątpienia. Ale o bycie wrażliwym - nigdy. Jack pomyślał, że w dniu, kiedy coś takiego się stanie i ktoś wytknie mu posiadanie zmysłów, będzie musiał zawiesić ostrogi na haku.
- No dobra, wy, którzy obróciliście się w pył - wymamrotał Jack tak cicho, że tylko umarli mogli go usłyszeć. - Chodźcie i nawiedźcie mnie.
Pete wyciągnęła z torby malutką kamerę wideo i przygotowała ją, kierując obiektyw na Jacka i groby.
Jack z kolei wzniósł duchowe serce tuż nad ziemię. Ramię miał sztywne jak różdżka. Wykonany z zegarmistrzowską precyzją wisior zadrgał delikatnie, choć bez żadnego celu. Jack nabrał powietrza i wstrzymał oddech. Panika zakradła się do jego wnętrzności, drapała go w kark i zagnieżdżała się w mózgu. Jego ciało wiedziało już, co zamierza, i buntowało się przed tym.
W chwilach takich jak ta Jack marzył o działce heroiny, która była dla niego niczym uścisk dobrze znajomej kochanki - mocna, gorąca, zbierająca się gdzieś za jego oczami, wiążąca go ze sobą na ciasny supeł, wywołująca w nim lodowate dreszcze i mówiąca mu: Mam to, czego ci trzeba. Weź i ogrzej się, ocal się i spróbuj złotych rozkoszy pływającego świata.
Te syczące podszepty w jego uszach stały się jeszcze głośniejsze, od kiedy Jack rzucił heroinę; błagała go i prosiła, żeby dał jej jeszcze jedną szansę, a ona sprawi, że wszystko się ułoży.
Jedyną rzeczą, jaką Jack mógł zrobić w tej chwili, to ścisnąć kurczowo duchowe serce, by ogrzać je do tej samej temperatury, jaką miała jego dłoń, i utopić narkotyczną pokusę w lawinie innych szeptów, krzyków i płaczów - cichych i groźnych, zakopanych tak głęboko i tak starych, że nikt nie wie, gdzie spoczywają.
Umarli przyszli do Jacka tak jak zawsze, a on odważył się zobaczyć to, czego zawsze starał się za wszelką cenę unikać. Wzrok był jego przekleństwem i jedyną rzeczą, której nie zdołał się nigdy pozbyć.
Wisior w jego dłoni wydał z siebie tykanie.
Jack ujrzał swoimi wewnętrznymi oczami duchy, tłoczące się jak tłum na Trafalgar Square. W większości stały w milczeniu i gapiły się na intruza, który wkroczył z krainy żywych do ich trupiobladego, jarzącego się wiedźmowym światłem świata. Kilka z nich syczało na niego - czarnookie zjawy, których ciała odchodziły od kości. Te upiory żywiły się po śmierci taką samą złośliwością, jaką emanowały za życia, a jaka teraz naznaczała ich niczym ciemne plamy na kliszy fotograficznej.
Pete przysunęła się do niego bliżej. Nie mogła widzieć tego, co Jack, ale wiedziała to samo, może nawet lepiej od niego. Drżała na samą myśl, że umarli są tuż obok, że praktycznie da się ich zobaczyć kątem oka.
- Chcesz, żebym zaczęła? - spytała cicho. Dawała mu w ten sposób do zrozumienia, że fakt, iż widzi to, co widzi, nie tłumaczy jeszcze bólu głowy, który normalnie przytrafia się jedynie po mocnej whisky albo uderzeniu w coś twardego. Ale przynajmniej mogli tak udawać.
Duchowe serce wydało z siebie kolejne tyknięcie, tym razem głośniejsze i mocniejsze. Jack skinął głową.
- Obudź ich.
- Mary i Stuarcie Poole. - Pete podniosła głos, który zabrzmiał nienaturalnie ostro. Jack wzdrygnął się i przysunął bliżej Pete.
To była dziewczyna z ciemnymi, mokrymi włosami, nadal wplątane w nie były różne śmieci, w których utonęła. Uderzył go w nozdrza słono-kwaśny odór Tamizy podczas odpływu.
Dziewczyna z tęsknotą pogładziła Pete po policzku. Jack zmrużył oczy.
- Ej! Zabieraj łapy, panienko. To nie należy do ciebie.
Pete wzdrygnęła się, ale kontynuowała:
- Mary i Stuarcie Poole, wzywamy was w to miejsce świętego odpoczynku. Wracajcie do swych kości.
Duch utopionej kobiety odpłynął na bok, wlokąc za sobą rozdartą sukienkę i proste włosy, a wyglądał jak w chwili śmierci, kiedy płynął z prądem londyńskiej rzeki. Jack poczuł szarpnięcie za rękę i duchowe serce zaczęło tykać coraz szybciej i szybciej - jego precyzyjne wnętrzności kręciły się tak, jakby Ziemia obracała się zbyt szybko. Jack zaparł mocniej stopy i skoncentrował się, żeby nie upaść. Biorąc pod uwagę, że miał do czynienia tylko z jednym wskrzeszonym duchem, nie powinno to stanowić żadnego problemu.
Pokręcił szyją, strząsając z siebie powracające lodowatymi falami wątpliwości. Wysokie oceny zostawiał mądrzejszym od siebie. Nieważne, czy czar zaliczał się do tych podstawowych - dla Jacka wskrzeszanie umarłych nigdy nie było proste.
- Mary i Stuarcie Poole - powtórzyła Pete. - Wracajcie do swych kości.
W trójkach zawsze była moc. Jack ją tego nauczył. A Pete nigdy nie zapominała tego, co usłyszała choćby jeden raz.
Szarpnięcie za ramię było dla Jacka ostrzeżeniem, że upór w dążeniu naprzód, i to w sytuacji, gdy jego moc wymykała się spod kontroli, może go kosztować utratę życia. Duchowe serce kręciło się teraz z taką siłą, jakby ktoś zakręcił Ziemią, a potem odszedł. Mosiężny naszyjnik skupiał promienie późnego, popołudniowego słońca i odbijał światło, wirując szybko, niczym serce trzepoczącego skrzydłami ptaka. Za szybko. Za szybko i za wcześnie. Państwo Poole odpowiedzieli na jego wezwanie, a on nie miał w sobie jeszcze wystarczająco dużo mocy, żeby nad nimi zapanować.
Jack przebił się przez magiczną zasłonę wywołaną przez wirujący wisior i zmusił ją, by przybrała określony kształt. Musiało to być coś konkretnego - sól, serce albo kamień. Czysta magia wyciągnięta z czegoś takiego jak duch mogła rozwalić ci wnętrzności równie skutecznie jak strzał z obrzyna.
Wokół duchowego serca zgromadziła się czarna aureola i dotknęła go, jakby na próbę, najdelikatniejszą z pieszczot. Wisior trysnął snopem błękitnych iskier, przebijając się do świata umarłych. Pete nie mogła ich dostrzec, ale cofnęła się.
- Co zrobimy, kiedy już się zjawią?
- Nie wiem, czy będę miał cokolwiek do powiedzenia w tej kwestii - odpowiedział Jack i za pomocą swojego umysłu oraz ciała pociągnął delikatnie zjawę powstałą z grobu i skierował ją w stronę duchowego serca. Wabił ją, drażnił się z nią lekko, ale nigdy jej nie rozkazywał. Duchy nie lubią, kiedy wywiera się na nich presję.
Jack przekonał się o tym na własnej skórze.
Wisior w kształcie serca, który trzymał w dłoni, zatrzymał się.
Wydał z siebie ostatnie tyknięcie, a potem otworzył się, wpuszczając do środka resztki energii Poole'ów. Jack puścił serce, które teraz unosiło się wyłącznie dzięki własnej mocy, zamieniając się powoli w tunel, którym przepływała energia obudzonego ducha.
- Tak? Halo? - odezwała się Mary Poole, zanurzona po kostki we własnym grobie. Ubranie, w którym została pochowana, wisiało teraz na niej w strzępach. - Halo? Czy ktoś mnie słyszy?
- Czego chcecie? - Stuart Poole był potężnie zbudowanym mężczyzną z wielką twarzą o obwisłych policzkach.
- Nazywam się Jack Winter. A to jest Petunia Caldecott.
Jack wzdrygnął się, kiedy Pete walnęła go w ramię.
- Kapcan. - Pete odwróciła się do ducha, sprawiając wrażenie zadowolonej z siebie i lekko sarkastycznej, jakby Stuart Poole był bankierem, którego podejrzewała o defraudację pieniędzy jego klientów. - Panie Poole, jesteśmy tu z powodu pańskich dzieci, Jayne i Stuarta młodszego.
- Halo? - powtórzyła Mary Poole. - Czy mnie słyszycie?
- Dobrze wiedzieć, co mnie czeka, kiedy już odejdę z tego świata - mruknęła Pete.
- Wybaczcie, ale zadałem pytanie. Kim wy, do jasnej cholery, jesteście? - zażądał odpowiedzi Stuart. - To dalece nieodpowiednie.
- Ja jestem Pete - odpowiedziała Pete. - A to jest Jack, jak już zdołaliśmy ustalić. Panie Poole, pańskie dzieci mają parę pytań dotyczących pańskiej ostatniej woli. Wygląda na to, że nie zostały w niej uwzględnione.
- Pańskie najmilsze potomstwo zastanawia się, czy nie zaszła tu jakaś pomyłka - dodał Jack. Umarli podeszli bliżej i Jack usłyszał łopot skrzydeł, jakby powiał wiatr w koronach drzew. Ale to były skrzydła. Jack rozpoznawał ten dźwięk, od dawna był mu on dobrze znany. Tak dobrze, jak jego tatuaże czy pionowa blizna na prawym policzku od rozbitej wiedźmowej butelki.
Jackowi udało się ukraść temu nekromancie Rękę Chwały - i jego żonę - ale reakcja gościa była przesadzona.
Blizny zagoiły się, ale szelest skrzydeł nigdy nie ucichł. Zawsze do niego wracał, gdy rozmawiał z umarłymi. Żyjący, który wędruje przez krainę mroku, zawsze przyciąga skrzydła i oczy Zaświatów. Kruki Śmierci.
- Jack... - odezwała się jak na zawołanie Pete. Nie widziała tego, co on, ale miała moc nawiązywania kontaktu, której on był pozbawiony. Czuła moc nie z tej ziemi, wartki nurt Czerni pod stopami.
- Wiem, wiem... - rzucił Jack. - Ale wracając do tematu, jak to jest, Stu? Specjalnie wyciąłeś bachory z testamentu, czy zaszło tu tylko jakieś nieporozumienie, które da się naprawić ze łzami w oczach, serdecznymi uściskami i zapewnieniami o byciu lepszym człowiekiem? Tego przecież pragnęli mamusia i tatuś, zanim zderzyli się tragicznie z tą ciężarówką, nie?
Stuart Poole nastroszył się, jego otoczona srebrną poświatą widmowa postać unosiła się nad grobami.
- Nie było tu mowy o żadnym nieporozumieniu. Jayne i mój syn to szubrawcy. Stuart ze swoimi defraudacjami i Jayne z tymi wszystkimi kobietami.
Jack spojrzał na Pete, unosząc brwi.
- To się nazywa tupet.
- Nie dostaną ode mnie złamanego pensa! - ryknął Stuart Poole. - Ani jednego grosza, rozumiecie?
- Doskonale. - Jack puścił oko do Stuarta Poole'a. - Mam nadzieję, że w tym świecie nie jesteś takim żałosnym dupkiem, szefie.
- Nigdy nie słyszałem czegoś... - zaczął Poole, ale Jack wypuścił cienką nić duszy, którą złapał, i Stuart zniknął jak zgaszona pochodnia.
Skrzydła były teraz jeszcze bliżej; poruszały liśćmi na drzewach i trawą pod stopami, wypełniając powietrze sykami i krzykami.
- Halo? - Mary Poole nie dawała za wygraną. - Tak? Halo?
- Spływaj, słonko - powiedział Jack. - Twój bilet już wygasł. Idź i pław się w boskiej łasce.
- Jack, naprawdę... - odezwała się Pete, przewracając oczami. Wyłączyła kamerę i schowała ją do torby.
Jack wyciągnął rękę i delikatnie zatrzymał kołyszący się wisior z duchowym sercem. Duchy zawsze opuszczały żyjących bez skowytów, fajerwerków i dramatyzmu. W większości przypadków po prostu odchodziły i znikały.
Wraz z nimi zniknęły skrzydła. Kruki z Posępnych Bram, strażnicy wejścia do krainy umarłych, znalazły swoją zdobycz - i nie był nią on. Tym razem.
- Dobra robota - powiedziała Pete. - Szybko i spokojnie. Poole'owie nie będą mieli z czym dyskutować.
- Pete, ludzie zawsze będą kwestionować to, czego nie chcą słyszeć - odparł Jack. - Ale jeśli jesteś tak zdesperowana, że decydujesz się poprosić o pomoc takiego żałosnego wskrzesiciela zmarłych jak ja, to faktycznie nie ma tu już zbyt wiele pola do dyskusji. A już na pewno trudno polemizować z faktem, że jesteś kapcanem.
- A to mnie się zdawało, że jestem pesymistką. - Pete wyłączyła kamerę, włożyła ją do futerału i podała mu torbę. Jack wsadził do niej duchowe serce i zarzucił ją sobie na ramię. Kiedy żył jako mag, nigdy nie musiał nosić żadnych cholernych bagaży. Wystarczył kawałek kredy w kieszeni i odprysk lustra albo srebra, żeby wygrzebać się z każdych tarapatów i wpakować w kolejne. A teraz nosił więcej sprzętu, żeby robić zdjęcia, niż żeby czarować.
- Zadzwońmy do Poole'ów i miejmy to już z głowy, dobrze? - Jack zwrócił się do Pete, puszczając jej ostatni komentarz mimo uszu. Nie dawało się spędzić czasu w Czerni i nie stracić wiary w ludzi, w bogów oraz w zwykłą przyzwoitość. Twierdzący co innego byli kompletnymi idiotami, którzy bardzo szybko musieli zweryfikować swoje poglądy, o ile - oczywiście - starsi mieszkańcy jego świata okazali im łaskę.
- Raptem zachciało nam się pracować? - Pete schowała ręce do kieszeni kurtki. - To nie będzie przyjemna scena, wiesz o tym.
- Wiem. Dlatego im mniej czasu spędzę na uprawianiu tanich magicznych sztuczek dla starych, bogatych bab, tym lepiej oboje na tym wyjdziemy.
Kiedy dotarli do Old Brompton Road, jego kroki stały się cięższe. Jack skierował się w stronę stacji metra. Podeszwy wojskowych butów wydawały odgłos przypominający dźwięk dzwonków na pogrzebie.
Pete puściła ostatnią uwagę pomimo uszu i Jack był jej za to wdzięczny. Jego temperament powrócił z całą mocą, kiedy Jack porzucił konwenanse i stracił sprzed oczu to, co trzymało go na wodzy. Jego wzrok nie był już urywany i wadliwy; nie zmuszał go, żeby żył surowo i w desperacji, utrzymując zmarłych tam, gdzie było ich miejsce. Teraz wróciła jego pierwotna moc, która była jak ogień pożerający papierowe zwoje jego mózgu, i bawiła się jego samokontrolą.
Najbardziej odczuła to Pete i choć reagowała surowością i zafrasowanym czołem niczym wiktoriańska pielęgniarka, nie zasługiwała na to. Heroina nie wyżarła jeszcze Jackowi całego mózgu, by nie zdawał sobie z tego sprawy. Wiedział, że jego czyny i słowa rzucane pod jej adresem czyniły z niego drania, ale Pete została z nim z własnego wyboru i wybrała Czerń zamiast swojego dawnego, bezpiecznego życia. A Jack nie był na tyle szlachetny, żeby ją z tej drogi zawrócić, nawet dla jej własnego dobra.
Prawda była taka, że nie biorąc heroiny, to właśnie jej potrzebował najbardziej. A potrzeba czegokolwiek nie była luksusem, na który mógł sobie pozwolić mag w jego sytuacji.
Ale taka była prawda. A Jack wiedział, że w Czerni nie ma mowy o zmianie prawdy.
Poole'owie mieszkali w Kensington, w wartym milion funtów domu szeregowym, który Jack z przyjemnością zdewastował nie tak dawno temu. Pete podeszła i zadzwoniła do drzwi, ściskając w ręce kamerę.
- Pozwól, że ja z nimi porozmawiam, dobrze? Ograniczmy chamstwo i przekleństwa do minimum, przynajmniej dopóki nie będziemy trzymali w ręce podpisanego czeku.
Jack westchnął. Rozdrażnienie kłuło go jak kwas w żołądku.
- Pete, potrafię być miły. Nie zamierzam kraść sreber rodowych ani obrażać królowej.
- Dzieci Poole'ów nie będą zachwycone - powiedziała Pete. - Nie chcę, żebyś jeszcze pogorszył całą sprawę. To ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujemy.
- Skarbie, kto tu jest nauczycielem, a kto uczniem? - odparł Jack. - Wskrzeszałem duchy, kiedy ty jeszcze sikałaś w pieluchy.
- To prawda, ty jesteś nauczycielem, i to wspaniałym - zgodziła się Pete z tym swoim zwodniczym, słodkim uśmiechem, takim, który zdjąłby ci głowę z ramion, gdybyś podszedł za blisko. - Ale ty ze swym obyciem towarzyskim przypominasz szympansa na meczu piłki nożnej, dlatego to ja będę prowadzić tę rozmowę.
- Niech ci będzie - zgodził się niechętnie Jack. Pete dobrze jednak wiedziała, że biorąc pod uwagę nękający go ból głowy i niedawne spotkanie z duchami, Jack z pewnością powie coś, co sprowadzi im na kark policję.
Jayne Poole otworzyła drzwi i cofnęła się jak ktoś, kto widzi na progu swojego domu domokrążcę.
- Och - powiedziała. - Znaleźliście coś? - Roztaczała wokół siebie napiętą i nerwową aurę jak na wpół zdziczały kundel, który w każdej chwili może zacząć kąsać.
- Owszem, panno Poole - odparła Pete. - Możemy wejść?
Jayne Poole odsunęła się i wskazała im ciemne wnętrze domu, który nadal pachniał jej rodzicami, mimo że od ich śmierci upłynął już prawie rok. Jack nie potępiał jej za to - śmierć w wyniku zderzenia z pędzącą ciężarówką z piwem raczej nie przynosiła chwały parze takich nadętych fiutów.
Pete weszła do środka, a Jayne Poole ruszyła za nimi wolnym i niepewnym krokiem - była po prochach albo po ginie. Albo i po jednym, i drugim.
- Nawiązaliśmy kontakt z pani rodzicami - powiedziała Pete. - I rozmawialiśmy z nimi na temat testamentu...
- Tak? - Jayne Poole zagryzła bezkrwistą dolną wargę. Jack pomyślał, że mimo tych wszystkich pieniędzy Poole'om nie udało się naprawić córce tradycyjnych angielskich zębów.
- Bardzo mi przykro. - Pete rozłożyła ręce. Jayne Poole przyłożyła dłoń do szyi, zasłaniając wielki szmaragdowy naszyjnik, który zwisał w zagłębieniu pod gardłem niczym jakaś brodawka u starej wiedźmy.
- Co to, do licha, ma znaczyć, panno Caldecott? Byłam ulubienicą mojego ojca. Dałam wam sporo pieniędzy...
Jack przełknął głośno.
- Nie chciałbym być zbyt drobiazgowy, ale pieniądze otrzymaliśmy od pani brata, co i tak nie miało żadnego znaczenia - ani pani, ani on nie dostaniecie absolutnie nic. A co się tyczy starszego pana - chyba jednak za wami nie przepadał.
Jane Poole otworzyła szeroko usta i zaraz je zamknęła. Oskarżycielsko wycelowała palec w kierunku w Jacka i powiedziała:
- Jak pan śmie zwracać się do mnie w ten sposób? Jakim prawem oboje wzięliście od nas pieniądze i wracacie z takim. takim. gównem?
Pete wyjęła kamerę i włączyła ją. Głos Stuarta Poole'a zagrzechotał w salonie - to był wietrzny, staroświecki i upiorny głos, jaki zawsze rejestrował się na taśmie w przypadku kontaktów z duchami.
Na policzkach Jayne Poole wykwitły dwa rumieńce.
- To mistyfikacja - powiedziała z żarem w głosie. - Musieliście to sfałszować. Ojciec nigdy nie powiedziałby czegoś takiego. To jakaś piramidalna bzdura.
- Panno Poole, zrobiliśmy to, co do nas należało - odparła Pete. - Teraz chcielibyśmy otrzymać pozostałą część zapłaty.
Jayne Poole ruszyła do drzwi w swoich butach na wysokim obcasie, żłobiąc rysy w miękkiej, drewnianej podłodze. Jack pomyślał, że to mogło być jego ciało i wzdrygnął się.
- Wynoście się - rzuciła, otwierając drzwi na oścież i wpuszczając do środka uliczne odgłosy. - Nie dostaniecie ode mnie ani grosza, a poza tym skontaktuje się z wami mój prawnik.
- Panno Poole - ostrzegła ją Pete. Jej oczy przypominały teraz dwa twarde klejnoty. - Radziłabym roztropność, zanim zdecyduje się pani odmówić nam należnego wynagrodzenia.
- Bo co zrobicie? - Jayne Poole wydęła końską wargę. - Rzucicie na mnie klątwę?
- Niech mnie pani nie kusi - warknął Jack, ale zaraz potem syknął z bólu, to Pete wbiła mu łokieć w żebra.
- Ja się tym zajmę - powiedziała ściszonym głosem. - Panno Poole...
- Wynocha! - wrzasnęła Jayne Poole. - Natychmiast, zanim wezwę policję.
Pete podniosła ręce.
- Z przyjemnością bym to zobaczyła - zwróciła się do córki Stuarta Poole. Z trzaskiem zamknęła kamerę i schowała ją do torby. - Chodź, Jack. Skończyliśmy.
Jack ruszył za nią w stronę drzwi. Na progu jednak zatrzymał się i spojrzał na Jayne Poole, która stała na środku holu, sapiąc jak wyładowany pociąg towarowy.
- Twój ojciec cię nienawidził - powiedział. - Do szpiku twoich zepsutych, chciwych kości. Nietrudno zgadnąć, dlaczego. Zobaczysz się z nim szybciej, niż ci się wydaje, więc sugeruję, żebyś resztę życia spędziła, starając się nie być taką wredną suką.
Jayne Poole zacisnęła pięści i wydała okrzyk pełen furii, ale Jack zmył się, zanim zdążyła zasypać go gradem ciosów.
- Niech się pani trzyma, panno Poole.
Pete potarła dłonią czoło. Drzwi za nimi zatrzasnęły się, zostawiając ich na pastwę ciekawskich spojrzeń przechodniów, turystów i nadętych typów szperających w pobliskim sklepie z antykami. Jack przyjrzał się najbliższej grupce gapiów.
- Róbcie zdjęcie albo spieprzajcie.
- Musisz się tak zachowywać? - spytała Pete. - Robisz to ze wszystkimi ludźmi, których spotykamy. Musisz odgrywać rolę łobuza?
- Chodzi ci o Jayne Poole? Ta rozwydrzona suka sama się o to prosiła - odparł Jack. Wyszedł na ulicę i wsiadł od strony pasażera do poobijanego mini coopera, którym jeździła Pete. Pete wcisnęła się za kierownicę, rzucając z impetem torbę na tylne siedzenie. Wisior z duchowym sercem zagrzechotał w środku, przypominając Jackowi kilkoma tyknięciami, jak fatalny dzień mieli za sobą, i przestrzegając, że to jeszcze nie koniec. Ludzie tacy jak Jayne Poole istotnie sami się o to prosili - los, który ich zdaniem nigdy nie był im pisany, spadał na nich z zaświatów. Jack wiedział, że Śmierć potrafi bardzo długo deptać człowiekowi po piętach, czekając, aż ten się zmęczy i podda. Widział, jak to robi wielu ludziom, których dusze przewyższały o kilka klas tę należącą do Jayne Poole.
- Potrzebowaliśmy tych pieniędzy - powiedziała Pete, zaciskając ręce na kierownicy. - Moje oszczędności są już na wyczerpaniu, a ty masz tylko tę jedną koszulę na plecach. W najlepszym razie. - To mówiąc, rzuciła okiem na koszulę Jacka z czerwonym hasłem na piersi: NAZI PUNKS FUCK OFF. - I czy to musiała być akurat ta konkretna koszula?
- Nie jest dziurawa - zaprotestował Jack. - Nie ma też widocznych plam. Co z nią nie tak?
- Zapomnij, że to powiedziałam - wymamrotała Pete, wrzucając bieg i włączając się do ruchu ze świstem piłowanych cylindrów. Jack miał ochotę coś powiedzieć, na przykład to, że wprawdzie faktycznie potrzebowali pieniędzy Jayne Poole, ale prędzej dałby się wydymać księdzu w konfesjonale, niż przyznałby, że chciał mieć cokolwiek wspólnego z tym interesem z wywoływaniem duchów. To było ryzykowne, głupie i prawdopodobnie skończy się tym, że jakiś rozwścieczony duch wsadzi im ich własne głowy w tyłki.
Pete wiozła ich przez miasto w kierunku Whitechapel. Jack siedział nieruchomo na fotelu pasażera i gryzł się w język, na końcu którego cisnęły mu się te okropne rzeczy. W końcu mu przeszło, jak zawsze. Przełknął gorycz porażki, pozwalając, żeby wypaliła mu jeszcze trochę wnętrzności.
Kiedy Nick Naughton w końcu wyszedł, zostawiwszy czek na pięćset funtów oraz klucz do rodowej posiadłości w Dartmoor, Jack przyjrzał się krukowi lądującemu właśnie na drutach wysokiego napięcia biegnących przed blokiem. Ptak spojrzał na niego jednym czarnym, zamyślonym okiem. Psychopompy - zacytował w myślach z zawodnej pamięci. Zwiastuny śmierci i wojny. Przewodnicy po krainie zmarłych. Kruk wyczyścił sobie piórka i oparł łepek na piersi. Mógł przewozić dusze przez Posępne Bramy, ale teraz z przyjemnością gapił się na Jacka, przewiercając go tym spojrzeniem na wylot.
Po kilkunastu sekundach obserwowania ptaka Jack zdał sobie sprawę, że Pete coś do niego mówi.
- Wybacz, skarbie. O co chodzi?
Pete wzięła czek, złożyła go precyzyjnie na cztery części i wsadziła do kieszeni na biodrze.
- Pytałam, co o tym sądzisz.
Jack pokręcił głową.
- Podejrzana sprawa, delikatnie mówiąc. Duchy nie sprawiają, że facet wiesza się bez wyraźnego powodu. Nie mieszają w drinku, który stoi nieruchomo od stu lat. Jeśli o mnie chodzi, to oddałbym Panu Alfonsowi jego czek i powiedział mu, żeby spieprzał.
- A może zrobiłbyś wyjątek dla pana Naughtona, biorąc pod uwagę, że jest zamożnym i atrakcyjnym facetem? - Pete nie dawała za wygraną.
- Robię wyjątki dla kłamców - powiedział Jack. - Bogatych, biednych, brzydkich jak noc.
Jednak dzisiaj Jack i Naughton wydawali się tacy sami. Nie licząc bycia brzydkim jak noc.
Pete podeszła i położyła Jackowi ręce na ramionach.
- Wiesz dobrze, że nie jestem idiotką - powiedziała. Jej dotyk był chłodny, wibrujący mocą, ale w sumie dość przyjemny. Jack miał przez ułamek sekundy wizję jej ust wpijających się w jego usta i bladej skóry zmieniającej pod jego palcami kolor na różowy.
Obrócił się tak, żeby Pete nie widziała jego twarzy ani żadnej innej części jego ciała, która mogłaby go zdradzić.
- Wiem o tym, Petunio - odpowiedział cicho.
- Więc co się z tobą, do cholery, dzieje? Jesteś blady jak trup, wymiotujesz w kiblu, zachowujesz się opryskliwie w stosunku do potencjalnego klienta, który chce ci zapłacić - i w stosunku do samego siebie, co już o czymś świadczy. A teraz jeszcze nie chcesz wziąć roboty, na którą jeszcze kilka tygodni temu rzuciłbyś się jak zawodnik rugby. - Jej wargi uniosły się lekko z jednej strony. - Jesteś Jackiem pieprzonym Winterem. To ty ścigasz potwory, a nie na odwrót.
Jack czuł, jak widmo Śmierci podąża za nim cierpliwie, odliczając sekundy dzielące je od otwarcia Posępnych Bram i wpuszczenia przez nie kolejnej duszy. Jack jednak miał zamiar zatrzymać ten zegar tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Musiał to zrobić, nawet jeśli oznaczało to bycie o stokroć gorszym kłamcą od Naughtona.
- Nic się nie dzieje, Pete - odparł, starając się nie patrzeć jej w oczy ani też nie odwracając wzroku. Unikał spojrzenia prawdy wyćwiczonego w trakcie setek aresztowań i jeszcze większej liczby szemranych spotkań z magami i elfami w Czerni. - Herbata musiała być przeterminowana, a może złapałem gdzieś grypę. A co się tyczy Naughtona - uważam, że to świętoszkowata cipa i nic więcej. W jego domu nie ma żadnych potworów. Być może tylko nietoperze na dzwonnicy. Wiesz, jaką ziemiaństwo miało słabość do hodowli wsobnej.
Pete przewróciła oczami, potem podeszła do niego na palcach i pocałowała go w czoło.
- On dał nam właśnie pięćset funtów zaliczki, żebyśmy pogonili te nietoperze, więc mów za siebie, bo ja się pakuję i wyjeżdżam do Dartmoor. Jak tylko mój przyjaciel z wydziału zabójstw sprawdzi dla mnie Danny'ego Naughtona.
Jack uniósł pojednawczo dłoń. Chodziło wyłącznie o pieniądze - on był całkiem spłukany, a oszczędności byłej funkcjonariuszki służby cywilnej też można było się domyślić. Jeżeli miał nadal praktykować swój nowy zwyczaj jedzenia, to następnym jego posiłkiem miała być Ciota Naughton. Potem upora się z demonem. Poza tym Pete będzie potrzebować pieniędzy, jeśli on zniknie...
Nie "jeśli", tylko "kiedy", Jack - szepnął mu do ucha demoniczny głos.
- Spróbować chyba nie zaszkodzi - powiedział. Znamienne ostatnie słowa. Spróbować nie zaszkodzi. Jak wiele katastrof poprzedzała właśnie ta kwestia?
- To ty lamentowałeś nad salonowymi sztuczkami i bezużytecznymi zleceniami - przypomniała mu Pete. - To może być coś innego. Prawdziwy nawiedzony dom, zamiast tych wszystkich bzdur z testamentami i ostatnimi życzeniami, które - muszę to przyznać - działały mi już na nerwy tak samo jak tobie.
- W kółko to samo, cholerny Algernon Treadwell - mruknął Jack, rozcierając sobie czoło. Ból nieco osłabł. Ale tylko trochę.
Pete natychmiast otrzeźwiała.
- Jack, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Nie winię...
Jack podniósł rękę i uciszył ją.
- Idź, zrealizuj czek, zanim książę Pedał zmieni zdanie. Ja wezwę od Lawrence'a parę rzeczy niezbędnych do przeprowadzania egzorcyzmów, a ty zasięgnij języka u tego swojego zaufanego gliniarza.
Pete skinęła głową i szybko wycofała się z pokoju. Złapała torebkę oraz sweter z golfem i kilka chwil później zatrzasnęła już za sobą drzwi wejściowe. Uciekła przed dyskusją o Algernonie Treadwellu i jej duchowej chorobie. Jack nie miał do niej o to najmniejszych pretensji.
Poszedł do kuchni i przejrzał szafki w poszukiwaniu butelki z octem. Odkąd Pete się tu wprowadziła, nie zgadzała się na jakikolwiek mocny alkohol w domu. Tak więc wszystkie tropy prowadziły do heroiny.
Osobiście Jack uważał, że to strasznie głupie - był narkomanem, nie alkoholikiem, a mimo to zabiłby teraz za ku fel czy szklankę czegokolwiek. Ale obszedł się smakiem. Narzucił skórzaną kurtkę i postanowił odwiedzić swojego kumpla Lawrence'a w domu przy Bayswater Road. Pomyślał, że spacer na stację metra pozwoliłby mu może uwolnić się choć na chwilę od oddechu demona na plecach, ale w oczach każdej mijanej osoby widział tę samą znajomą pustkę i czuł nieustępliwy przypływ Czerni, silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej bijący w zgodzie z mrocznym pulsem Whitechapel.
Przeszedł przez targowisko tuż obok wyjścia ze stacji metra Whitechapel. Zgarbione, stare kobiety ubrane w sari wybierały owoce, mężczyźni w długich kaftanach wykrzykiwali coś w trzech różnych językach, rywalizując z białym sprzedawcą gazet, który na głos informował o ostatnim skandalu z udziałem gwiazdy futbolu, oraz z głośną muzyką dobiegającą ze stoisk z kebabami i z kantorów wymiany walut.
Nagle Jack poczuł na twarzy ciepły wiatr i szept piasku. Odwrócił głowę i dostrzegł mężczyznę handlującego przecenionymi torebkami, który spoglądał na niego z żarem w oczach. Mężczyzna miał skórę w odcieniu ni to brązowym, ni to złotym.
- Uważaj na siebie, Kruczy Magu - powiedział. - Już tu byli. Szukali cię.
Jack zmrużył oczy, kiedy w pośpiechu mijała go para japońskich turystów, którzy musieli chyba wysiąść na złej stacji w drodze do British Museum. A kiedy znów spojrzał w stronę straganu, po dżinie nie było już śladu. Została tylko odrobina złotego pyłu w rynsztoku, który po chwili rozwiał się w powietrzu, wzburzony przez przejeżdżającą ciężarówkę.
- No tak - odparł Jack, właściwie do nikogo konkretnego. - Niech to szlag trafi.
Jack, który był na ogół dumny ze swojego refleksu i ciętego języka, zamarł. Zamarł niczym grzesznik przyłapany na gorącym uczynku, którego przewiny są widoczne jak na dłoni, jak blizny na skórze.
- Myślałeś, że nie spotkamy się w przeddzień bohaterskiego czynu? - zapytał demon. Zrobił krok w stronę Jacka, a właściwie prześlizgnął się jak wąż na brzuchu.
Jack czuł zwalniający puls i krew pompującą w uszach jak niegdyś bas na scenie podczas występów jego kapeli Biedne Martwe Bękarty. Krawędzie świata uległy wygładzeniu, a w jego głowie, tuż za oczami otwierała się chłodna, pusta studnia.
- Dla ciebie to było trzynaście lat, Jacku Winterze - kontynuował demon, oblizując wargi tak szkarłatne, jakby były skąpane we krwi. - Czy jakoś tak.
Jack nie pozwolił sobie na luksus trwającego dłużej niż kilka sekund szoku. Taki szok wystarczył, żeby jeden z tych drani wyrwał ci kręgosłup, podczas gdy ty stałeś i łapałeś muchy otępiały ze strachu.
Pogrzebał głęboko w głowie, wyciągnął stamtąd solidną garść magii i wypuścił ją na zewnątrz, w kierunku demona.
Czar ochronny rozbłysnął w feerii niebieskiego ognia, z dłoni Jacka wytrysnęła kula energii przypominająca ogień pożerający gałęzie drzewa. Powietrze między nim a demonem zmarszczyło się, kiedy tarcza przybrała finalną postać. Nie była elegancka ani solidna, ale wystarczająco silna, żeby przetoczyć się przez demona jak fala rozbijająca się o skały.
Demon potrząsnął głową, jak gdyby został schwytany w pajęczą sieć, i spojrzał na Jacka, marszcząc brwi z wyrzutem.
- Stary, dobry Jack jak zwykle chowający się w cieniu - powiedział, po czym zadał własny cios. To było jak trzask migawki aparatu fotograficznego - jedno uderzenie serca, jeden ułamek sekundy i demon był bliski pokonania go. Jack poczuł jego grubą, zadymioną aurę, która ciężka i gęsta uderzyła w tarczę ochronną. Szanse, że tarcza wytrzyma, były mniej więcej pół na pół. Jack był śmiertelnikiem, a demon istotą z Piekła rodem. Rzeczą zrodzoną z magii przeciwko workowi mięsa z niezwykłym talentem. Zazwyczaj w tym momencie mag umierał w straszliwych męczarniach.
- Gdybym nie znał cię na wylot, Jackie, poczułbym się urażony - stwierdził demon i wygładził dłonią krawat. Czarne żyły pod jego skórą rysowały się niczym drogi na mapie. - Ale ja cię znam, chłopcze. Masz paranoję jak stojący na rogu schizofrenik. Jesteś impotentem jak gwałciciel z ptakiem, który nie słucha jego poleceń.
Demon zachichotał pod nosem. Jack w końcu zdołał wydobyć głos z gardła.
- Mam czas.
- A, tak - zamruczał demon. - Ale jak długo? Liczyłeś dni, które ci pozostały? Odznaczałeś je grubym czarnym "X"?
- Mam czas - powtórzył Jack. - Zanim ten dzień nastąpi, nic nas nie łączy. Zagroź mi jeszcze raz, a przekonasz się, jak nieprzyjemny potrafię być, kiedy jakiś cuchnący siarką drań wchodzi na mój teren.
- Twoja lepsza połowa wydaje się nieobecna - stwierdził demon. - Nie uda ci się zrobić ze mną tego, co zrobiłeś z biednym Talshebethem. - Demon zagryzł zęby i zagwizdał na wietrze. - Szkoda. Chodzą słuchy, że ona jest jędrna, gibka i chętna. To prawda, Winter?
Jack wiedział, że demon bawi się z nim, sięgając w głąb jego twardej i racjonalnej części powstrzymującej go przed angażowaniem się w walkę, której nie mógł wygrać - o dziewczynę, o obrazę, o subtelną groźbę. Demon brał odwet na Jacku i Pete za wygnanie swojego kumpla Talshebetha. Jack przywołał demona zgubionych rzeczy, żeby odnalazł małą dziewczynkę, która została porwana przez wygłodniałego ducha Algernona Treadwella. Treadwell nie przyjął tego dobrze, a Talshebeth próbował włączyć Jacka do swojego menu, kiedy ich umowa nie doszła do skutku.
Jack wiedział o tym, ale wiedźmowy ogień wokół jego dłoni płonął nadal, a tarcza ochronna wibrowała, jakby została trafiona pociskiem. Czarna furia gotowała się w powietrzu między nim a demonem - rozgrzana i rwąca skórę Jacka, jakby uderzył z całym impetem w mur. Ta furia nie pozwalała na racjonalne myślenie i Jack zaczął mówić, zanim zdał sobie sprawę ze znaczenia swych słów:
- Nie waż się, kurwa, o niej mówić. Obedrę cię ze skóry, zroluję ją i wsadzę ci do tego pieprzonego gardła, ty gnido.
Demon zarechotał, a w jego oczach zatańczyły dwa ogniki. Jack poczuł, jak jego tarcza ochronna drży, kiedy wściekłość toczyła zabójczy bój z koncentracją. Jego własny tyłek to jedna rzecz, ale Pete... Czerń już nieraz chciała nabić ich oboje na pal. Ale demon nie tknie Pete, dopóki on oddycha.
- Jack? - Jakby na wezwanie na końcu uliczki pojawiła się Pete. W ręce miała plastikową torbę z Tesco. - Z kim rozmawiałeś?
Jack obrócił się gwałtownie w stronę demona, ale zobaczył jedynie rozedrgane, puste powietrze otaczające jego tarczę ochronną. Odetchnął z ulgą i rozmasował sobie czoło.
- Z nikim, skarbie. Po prostu z nikim.
Pete uniosła brew, wyginając ją w delikatnym, choć pełnym niedowierzania grymasie.
- A więc postanowiłeś chronić alejkę tak dla czystej zabawy, co?
- Jaką herbatę kupiłaś? - Jack zmienił temat.
Pete zmierzyła go spojrzeniem, które mówiło wyraźnie, że nie da się zwieść w taki dziecinny sposób.
- Mam kanapki z żurawiną. A po drodze wpadłam jeszcze do monopolowego po dobre belgijskie piwo. Pomyślałam, że zasłużyliśmy na nagrodę po tej żenującej scenie u Poole'ów.
- Przez moment miałem ochotę wrócić i rzucić na tę kobietę taką klątwę, żeby powypadały jej te szpetne zęby - odparł Jack zadowolony, że nie musi się więcej tłumaczyć. Pete nie mogła się dowiedzieć o demonie. Przynajmniej na razie. Jack zmarnował sobie życie, ale przynajmniej mógł zachować dla siebie jedną pieprzoną tajemnicę. To była część dumy maga - najlepsi z nich w krótkim czasie stawali się paranoikami, żeby tylko nikt nie poznał ich sztuczek.
- Mmhmm - mruknęła Pete. Weszli razem na klatkę schodową domu, w którym mieszkał Jack. - To byłoby idealne posunięcie biznesowe dla naszego małego interesu - jeśli jeszcze w ogóle jakiś nam został.
- Ej - obruszył się Jack, zarzucając Pete rękę na ramię. - To był twój cudowny pomysł, żebyśmy zostali specjalistami od wskrzeszania trupów, więc mi tutaj nie pyskuj.
Pete obdarzyła go przelotnym uśmiechem.
- Co byś nie powiedział, Jack, to właśnie dzięki egzorcyzmom i wskrzeszaniu duchów mamy za co kupić herbatę. Jeśli masz lepszy pomysł, co mogłaby robić dwójka spłukanych i spalonych na rynku pracy ludzi, chętnie go wysłucham.
- Nie ma mowy, Petunio - odparł Jack. - Wszyscy wiedzą, że to ty jesteś mózgiem tej małej operacji. - Wspinali się po wąskich schodach, a stopnie uginały się pod ciężarem Jacka. Winda, delikatnie mówiąc, nie była godna zaufania; Jack wolał wąską, mroczną klatkę schodową, mimo że miał płuca nałogowego palacza, bo winda była zamknięta, miała kraty i stanowiła prawdziwą pułapkę. Gdyby zjawiła się w niej jakaś nieprzyjazna istota, nie miałby dokąd uciec.
Dzięki darowi wyczulonego wzroku szybko i precyzyjnie potrafił ocenić, których miejsc musi unikać, jeśli chce dożyć kolejnego tygodnia. A przynajmniej żyć w takich miejscach bez krat i serwowania drinków z Thorazine2.
- Przestań, do cholery, nazywać mnie Petunią - warknęła Pete. Kiedy dotarli do drugiego półpiętra, strzepnęła z ramienia rękę Jacka. - I nie myśl sobie, że zapomniałam o tym, co stało się w zaułku.
Jack w milczeniu wspiął się do swojego mieszkania i zaczekał, aż Pete otworzy drzwi.
- Powiedziałem ci, że to nic takiego. - Mógł zlekceważyć jeden taki incydent, podobnie jak i swoje zdenerwowanie, teraz, kiedy niepewny tusz, ciało i odrobina magii ograniczały jego wzrok. Kiedy demon wróci, będzie musiał być bardziej ostrożny.
Bo to, że wróci, było już tylko kwestią kiedy, a nie czy.
Pete trzaskała drzwiczkami kuchennych szafek, kiedy wyciągała z nich talerze, szklanki i serwetki.
- Jack, prędzej czy później, będziesz musiał ze mną porozmawiać. Znowu widzisz te rzeczy? Okłamywałeś mnie, od kiedy zrobiłeś sobie tatuaż?
- Wzrok nie sprawia mi problemów - odparł szczerze Jack. Jestem tylko nękany przez demona.
Pete wydała z siebie krótkie pfff.
- Byłam gliną przez siedem lat. Wiem, kiedy mnie okłamujesz, Jacku Winterze. - Rozerwała opakowanie kanapki i usiadła, wskazując Jackowi, żeby się przyłączył.
Jack najbardziej potrzebował teraz papierosa. Domagało się go każde zakończenie nerwowe w jego ciele. Ale zmusił się i siadł przy stole naprzeciw Pete, żeby napić się herbaty i przegryźć kanapkę. Zjadł ją szybciej, niż się spodziewał. Widać rzucenie czaru ochronnego całkiem go wyczerpało. Głód był dla niego nowym uczuciem - wcześniej po prostu wędrował po ulicach z napiętymi jak postronki nerwami i bez snu, aż znalazł działkę i łóżko, w którym mógł ją wziąć. Jego ciało było jak wykręcona gąbka - magia wchłaniała wszystkie jego rezerwy. A jednak teraz, kiedy rzucił ćpanie, przybrał na wadze i miał kogoś, kto go karmił, magia bolała go bardziej.
Stanowiło to dla niego problem, ale nie tej skali, która rozsadzałaby mu czaszkę, więc Jack odpychał od siebie tę myśl.
- To nieprawda, skarbie - odpowiedział, a wierzchem dłoni ocierając z ust okruszki sera brie i żurawiny. - Nie okłamuję cię. Przysięgam. - Musiał się ogolić i wyspać.
Potrzebował działki - potrzebował jej jak tonący potrzebuje tlenu...
- W porządku - powiedziała Pete, zapalając papierosa i strzepując popiół na resztki kanapki. - Jeśli się przede mną zamkniesz, to tak jakbyś już zorganizował sobie pogrzeb.
- To nie tak, do cholery. - Jack wsadził ostatni kawałek kanapki do ust, byle tylko nie patrzeć jej w oczy. To nie magia pozwalała Pete przenikać myślami kłamstwo - to doświadczenie policjantki, a wcześniej córki policjanta.
- Jeżeli chcesz o tym porozmawiać, chętnie cię wysłucham - powiedziała wreszcie. Od dłuższej chwili nie zaciągnęła się papierosem, na którym urosła wysoka korona popiołu.
Jack wyczuł w jej głosie potrzebę ciągnięcia za język, prowadzenia przesłuchania, ale Pete tylko nachyliła się przez stół i nakryła jego dłoń swoją.
- Wiesz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, o wszystkim. Nie boję się prawdy. Jeszcze mnie nie odstraszyłeś, Jack.
Jack zamknął oczy, wyciągnął rękę spod dłoni Pete i odchylił się na krześle.
- Muszę się zdrzemnąć - powiedział. - To był długi dzień.
Pete cofnęła rękę, jakby chciała tylko zgarnąć okruchy ze stołu.
- W takim razie, skoro ja zrobiłam herbatę, ty pozmywasz.
- Jeżeli tylko nie masz nic przeciwko, żeby zdarzyło się to w bliżej nieokreślonej przyszłości - odpowiedział Jack, wycofując się do jedynej sypialni w mieszkaniu. Każde z nich spało o innych porach, tak że bez problemu mogli zmieniać się na jedynym łóżku w domu, którego Pete nie zgodziła się jeszcze z nim dzielić. Jej ostatnie słowa zagłuszył trzask zamykanych drzwi.
Jack położył się na wznak. Nad głową miał wiekowy, pomarszczony ze starości plakat Biednych Martwych Bękartów. Zrobiło mu się niedobrze - kanapka z żurawiną zemściła się na nim. Jego wewnętrzny wzrok wcinał się znowu, pulsując mu na środku czoła, a serce przyspieszyło, kiedy przypomniał sobie trzask Czerni - i demon po prostu tam był, bez ostrzegawczego szeptu w jego umyśle.
To mogło oznaczać, że jest martwy, i stanowiło poważny problem dla długowieczności Jacka Wintera, obciachowego maga.
Jack poczuł pot ściekający po plecach, ramionach, wzdłuż linii wszystkich kości. Sięgnął po papierosa, zapalił, strzelając palcami i zaciągnął się tak mocno, że zaczął się dławić.
Usiadł na łóżku, potem położył się znowu i strzepnął popiół do popielniczki. Cienka strużka błękitnego dymu poszybowała w kierunku pokrytego żółtymi plamami sufitu z łuszczącymi się płatami tynku.
Ból pulsujący w głowie stał się dwukrotnie silniejszy. Magia Jacka zwijała się i wyła, rozpaczliwie szukając drogi ujścia. Być może to było tylko wspomnienie, a może szept, ale Jackowi zdawało się, że znów słyszy i czuje łopot kruczych skrzydeł - nieubłagane skrzydła i oczy Śmierci.
Wspomnienie tego, jak to jest być zimnym, pozbawionym krwi, nieruchomym, z kamieniem uwierającym w plecy i bólem przeszywającym każdy centymetr ciała było niczym uderzenie podkutym butem w usta. Przycisnął dłonie do twarzy i oddychał płytko. Ale nie pomogło. Ani trochę.
Jack gwałtownie otworzył drzwi i rzucił się do łazienki. Schylił się nad sedesem i wymiotował, aż poczuł pieczenie w gardle, a brzuch rozbolał go tak, jakby przyjął cios pięścią w żołądek.
- Jack? - Usłyszał za plecami szelest stóp Pete i poczuł jej dłonie najpierw na karku, potem na ramieniu, aż wreszcie na swoich farbowanych i złachmanionych włosach. - Skarbie, nic ci nie jest?
Z trudem łapiąc powietrze, wytarł dłonią usta. Powinien odepchnąć Pete i powiedzieć, że to tylko sprawka kanapki. Powinien, ale tego nie zrobił. Taka była historia jego cholernego życia.
- Ja... - Podniósł wzrok i zobaczył ich oboje w lustrze. Pete przycisnęła czoło do jego skroni, gładząc go z tyłu po karku. Jego własne oczy spoglądały na niego oskarżycielsko, nawet pomimo kojącego dotyku Pete.
Demon wrócił do niego. Po niespełna trzynastu latach czas Jacka dobiegł końca.
Zgięty w pół nad sedesem skojarzył fakty. To było równie dobre miejsce jak każde inne. Zawarł z demonem pewną umowę, a gdyby Pete poznała jej szczegóły, starałaby się to za niego jakoś odkręcić. Była uparta, bystra i nadal liczyła na więcej niż tylko na to, jakie wszystko miało znaczenie w miejscu takim jak Czerń. Przekonałaby Jacka, żeby wykręcił się ze swojego zobowiązania, twierdziłaby, że Piekło da się jakoś oszukać, wyłudzić coś od niego i sprawić, żeby zmiękło.
A ponieważ demon był okrutną istotą z Piekła rodem, wykończyłby ją w ciągu jednej chwili, gdyby tylko Jack tego spróbował. Albo wziąłby ją z czystej ciekawości, z chęci sprawdzenia, czy naprawdę jest jędrna, gibka i chętna ta Petunia Caldecott, z jej zdolnością komunikowania się z Czernią i innymi światami, z ziemią umarłych, a nawet z samym Piekłem.
Pete mruczała mu do ucha. Czuł jej ciepły oddech i chłodne dłonie, a sama jej obecność przywracała mu spokój i równowagę. I wtedy spojrzenie Jacka z lustra powiedziało mu, że Pete nie może dowiedzieć się prawdy.
Przez całą drogę do Bayswater Jack czuł na sobie czyjś wzrok. Nie trzeba podejść do faceta i dać mu w zęby, żeby poczuł się niekomfortowo. Jack wiedział, że w tunelach metra żyją istoty lubiące mrok i czekające na skrawki człowieczeństwa, które spadną im ze stołu.
Wiedział też, że jeśli te istoty są wystarczająco głodne, nie będą się ograniczać tylko do czekania. Im starsze stacje metra mijał po drodze, tym mocniej pocił się pod kurtką. Kiedyś - zbyt dawno temu, by być kimś więcej niż tylko średniowiecznym opojem z jego nostalgią - ostre ćwieki, łaty i odręcznie pisane slogany stanowiły jego zbroję i dawały jasno do zrozumienia, nawet tym istotom, którym daleko było do rodzaju ludzkiego, żeby z nim nie zadzierać. Nosił wysokie buty, skórzane stroje i farbował ciemne włosy na jaskrawy blond, aż po same cebulki, lecz te głodne istoty także stawały się starsze i mądrzejsze - i potrafiły przeniknąć wzrokiem jego maskę.
W tym momencie Jack czuł się stary i kompletnie wypompowany. Nienawidził jeżdżenia pod ziemią. Za bardzo przypominało mu to podróż do Stanów Zjednoczonych, gdzie spróbował pejotlu. Stanął wówczas u wrót Posępnych Bram i poczuł potworny ciężar umarłych w swoim umyśle - umyśle maga. Wtedy wiedział już, że jego magia i jego wzrok są ze sobą powiązane w sposób, który nie jest ani normalny, ani naturalny, nawet jak na warunki panujące w Czerni. Nienawidził podziemi. To miejsce było zbyt blisko umarłych, żeby odczuwać w nim komfort.
Minął właśnie stację Baker Street, gdy usłyszał delikatny stukot na dachu wagonu, ledwie słyszalny w hałasie panującym w metrze. Jakby wydawały go małe pazury czy szpony. Słyszał także syk języków niepotrafiących wyartykułować żadnych dźwięków, które rozpoznawałoby ludzkie ucho.
Jack zacisnął dłoń na rękojeści noża sprężynowego w kieszeni, przygotował się na otwarcie tarczy ochronnej i czekał.
Minęli kolejną stację. Tunele stały się teraz nowsze i płytsze, a szepty ucichły. Nie były widocznie tak głodne, żeby atakować w biały dzień, ale wiedziały, że tam jest - i to było wystarczająco niepokojące.
- Pieprzone demony - mruknął do siebie Jack, zwracając na siebie uwagę siedzącej obok dziewczyny. Miała krótkie rude włosy i oczy wielkie jak u jasnowidza. W ręce trzymała przewodnik po Londynie. Jack rozpoznał w niej natychmiast kroplę starej brytyjskiej krwi. Jej rodzina musiała kiedyś zamieszkiwać Wyspy. - Dokąd pani jedzie? - zapytał.
- Do Tower Bridge. Jestem tam umówiona z przyjaciółką. - Dziewczyna mówiła z amerykańskim akcentem, zaokrąglając głoski jak typowi mieszkańcy środkowego zachodu USA. Jack nigdy nie widział miejsca równie płaskiego i pozbawionego przyzwoitych narkotyków.
- W takim razie powinna pani wysiąść na najbliższej stacji - powiedział. - Proszę przesiąść się na linię Circle, która zawiezie panią prosto do celu.
Naughton usiadł na kanapie, a Pete w fotelu. Jack nie miał innego wyjścia, jak tylko przysiąść na szerokim parapecie. Otworzył łokciem okno i zapalił papierosa, żeby stłumić w ten sposób smak wymiocin w gardle.
- Przejdę może od razu do rzeczy - powiedział Naughton, wiercąc się na kanapie. Jego uwadze nie uszedł odpadający z sufitu tynk i skromne umeblowanie. Jedyną rzeczą, na którą Jack wydawał pieniądze, były książki; było ich tu tyle, że zajmowały miejsce innych mebli oraz dzieł sztuki. - W naszym domu rodzinnym mamy do czynienia z pewnymi... ekstremalnie osobliwymi zjawiskami. Chciałbym, by to się skończyło.
- Osobliwe zjawiska to dość ogólnikowe stwierdzenie, czy byłby pan tak łaskaw i doprecyzował, w czym rzecz? - powiedziała Pete, sięgając na stół i wyciągając spomiędzy sterty książek i gazet notes oraz długopis. Pete, mimo całej swej rzeczowości, miała takiego samego bzika, jeśli chodzi o kolekcjonowanie książek i notesów, co Jack. A jeżeli Jack był typem nauczyciela, który przechowywał czary i zaklęcia w pamięci, razem z Pete mogli mieć sporo frajdy, spędzając czas w jego bibliotece. Jaka szkoda, że żadna książka nie jest w stanie przygotować na pierwsze spotkanie z duchem. Albo z demonem. Albo z cholernym tanuki z dyndającymi na wierzchu jajami. Jack wiedział dużo więcej niż pewien mag, który zsikał się na widok mieszkańców Czerni z krwi i kości. Albo oparu. Albo krwi bogów.
Słowa nie mogą cię przygotować na uścisk magii. To potrafi wyłącznie magia, czasem nawet umysł nie jest w stanie tego objąć. Ci, którzy stracili kontrolę, stali się wrzeszczącymi czubkami zamkniętymi w państwowych szpitalach psychiatrycznych, bełkoczącymi szaleńcami tkwiącymi na rogach ulic albo ćpunami ze strzykawkami i pustymi oczami, czekającymi na kolejną dawkę.
Naughton, siedzący na ulubionym miejscu Jacka, westchnął i wyraźnie rozdrażniony napił się herbaty.
- Muszę przyznać, że nie tego się spodziewałem, przychodząc do dwójki łowców duchów.
Jack wypuścił dym z płuc i strzepnął popiół za okno.
- A czego się pan spodziewał? Masażu stóp w zestawie z herbatą? Happy endu z kanapkami i tortem?
- Jack - syknęła Pete, uśmiechając się jednocześnie do Naughtona jednym z tych swoich uśmiechów, które powinno się trzymać w zamknięciu jak skarby. Ale Naughton dosłownie spił go jej z ust, jakby byli mu coś winni. - Proszę wybaczyć mojemu koledze.
- Nieważne - powiedział Naughton, przysuwając się bliżej Pete. - Słyszałem, że Jack Winter może mi pomóc, ale pani jest dla mnie bardzo miłą niespodzianką.
Pete uniosła brwi i grzecznie skrzyżowała nogi w kostkach.
- Na czym dokładnie polega pański problem, panie Naughton?
- Proszę - odparł ich gość. - Nicholas albo Nick.
- W takim razie, Nick. - Pete z irytacją postukała się długopisem w policzek. - Pytanie jest nadal aktualne.
Jack zgasił papierosa i schował go sobie z powrotem do kieszeni.
- To działa tak, Nick - zwrócił się do Naughtona. - Ty opowiadasz nam swoją historię o dziadku, który tłucze się po strychu, budzi dziecko i straszy swoją starą. A my zajmujemy się problemem - pod warunkiem, że nie robisz nas w konia - i dostajemy swoją kasę. A jeśli robisz nas w konia, no cóż...
- Pan Winter stara się powiedzieć - Pete wyciągnęła rękę i walnęła Jacka w kolano notesem - że traktujemy naszą pracę poważnie i tego samego oczekujemy od naszych klientów.
- Moja rodzina jest właścicielem posiadłości w lesie Dartmoor - powiedział Nick. - To zawsze było przerażające, wilgotne, stare miejsce. Mój brat Danny i ja spędzaliśmy tam wakacje, ale ostatnio... - Nick westchnął. - Nie dzieje się tam dobrze, panno Caldecott. Ja mieszkam w mieście i zajmuję się matką, a Danny... no cóż. Danny zarządzał tym domem.
Jack obserwował, jak z każdym kolejnym zdaniem z twarzy Nicka Naughtona opada maska, a wrodzony urok i nienaganne maniery ustępują czemuś cienkiemu i rozpaczliwemu - strachowi, jaki odczuwali jedynie ludzie, którzy dotknęli Czerni i nie zrozumieli jej. Naughton może i był ciotą, ale nie kłamał.
Pete notowała wszystko jak rasowy inspektor policji, którym jeszcze niedawno była.
- I zarówno pan, jak i pański brat doświadczyliście tych osobliwych zdarzeń w domu?
- Głosy - powiedział cicho Nick, jakby przekazywał złą nowinę. - Zimne miejsca, napisy na ścianach, czarne od sadzy odciski dłoni, które znikały i pojawiały się. Śmiechy. Danny zawsze chętnie sięgał do kieliszka, zdarzało mu się też od czasu do czasu eksperymentować z narkotykami, więc na początku pomyślałem, że mu się pogorszyło. Ale potem sam też widziałem i słyszałem to - to znaczy, ich.
- Rozumiem - odparła Pete, bazgrząc coś bezmyślnie na marginesie strony. - Zrobimy tak, Nick. Musimy mieć dostęp do waszej posiadłości, żeby przeprowadzić pewne badania. Kiedy określimy już, z czym mamy do czynienia, ustalimy cenę usługi. Jeśli będziecie chcieli przeprowadzić dodatkowo egzorcyzmy czy dokonać dalszych obserwacji, płatność zostanie rozłożona na dwie raty: połowa z góry i reszta po... rozwiązaniu sprawy. Plus zaliczka teraz.
- I proszę uprzedzić brata o naszym przyjeździe - dorzucił Jack. - Na wypadek, gdyby chciał przygotować zawczasu krwawiące ściany i grzechoczące łańcuchy.
- Nie ma takiej potrzeby - odparł Nick. - Danny nie żyje. Powiesił się dwa tygodnie temu na strychu.
Walenie do drzwi wejściowych przerwało czar. Pete westchnęła ciężko.
- Kurwa, jeśli to bachor sąsiada spod 402, to wepchnę mu te jego Transformersy do gardła. - Chwyciła szmatę, zmoczyła ją i położyła Jackowi na karku. - Nie ruszaj się. Zaraz wracam.
Taka właśnie była Pete. Szybka, władcza i pewna siebie. Nigdy się nie wahała, nigdy nie miała wątpliwości, że zdoła rozwiązać każdy problem i poukłada wszystko z powrotem na swoim miejscu.
Jack przycisnął czoło do chłodnej muszli klozetowej. Kiedy ładował sobie w żyłę, był naprawdę nisko, ale teraz to było prawdziwe dno. Kłamstwa, które wymyślał na poczekaniu, to były niewinne kłamstewka - robił to, żeby przeżyć, czasami z tchórzostwa albo z konieczności. Czarny pies podążający jego śladem nigdy się nie liczył, ponieważ nikt inny nie znajdował się w zasięgu jego szczęk. Ale teraz, kiedy ten pies gończy był już tak blisko, że Jack czuł jego oddech na karku, zaczynało to już mieć znaczenie. Pete była niewinną kobietą, która nie przyszła do Czerni z własnej woli, a jednak znosiła to miejsce, które brało odwet na każdej ludzkiej istocie. Wszystkie jej blizny pochodziły ze snów - z serii koszmarów dotyczących jego i ich wspólnie spędzonego czasu, przed laty, kiedy Pete miała zaledwie szesnaście lat. W tych koszmarach przewijała się wizyta Algernona Treadwella i głód Talshebetha. Ale nie licząc tego, Czerń pozostawiła ją relatywnie nietkniętą. Pete była jej dzieckiem, przekaźnikiem magii. Nie była zwyczajnym mieszkańcem na łasce jej ponurych, wygłodniałych ulic.
Pete nie zapłaciła takiej ceny, jak Jack i jego bracia - i nie zapłaci, dopóki Jack zdoła jakoś utrzymać oddech w swoich bezużytecznych płucach. Był mistrzem w okłamywaniu samego siebie oraz wszystkich innych, ale teraz musiał przyznać, że obecność Pete, i to tak blisko, że demon mógł się nią posłużyć przeciwko niemu - to była jego wina. Wyłącznie jego wina.
Znów poczuł ścisk w pustym żołądku, ale nie miał już czym zwymiotować. Był pusty, wydrążony - i gotowy, by na mocy zawartej umowy zasiedlił go demon.
Ale jeszcze nie teraz. Miał czas. Wystarczająco dużo czasu, żeby sprawić, by osobie, która wyciągnęła go z samego dna Piekła, nie stała się krzywda. Był jej winien drugą umowę - niewypowiedzianą. Był jej winien przynajmniej to, żeby przeżyła i mogła się od niego nauczyć, jak sobie radzić z talentem, którym została obdarzona. Dopiero zaczęli. Nie mógł jeszcze odejść.
- Pete - zawołał, wstając i rzucając mokrą ścierkę do umywalki. Odpowiedziało mu tylko echo w pustym mieszkaniu. - Pete! - wołał, wpadając do wąskiego holu. - Petunio, gdzie ty się podziewasz?
Stojąca w drzwiach wejściowych Pete odwróciła się i wtedy Jack zobaczył mężczyznę. Był to taki typ gościa, który z pewnością swego czasu powiedziałby śpiącemu na ulicy i trzęsącemu się z zimna Jackowi: Znajdź sobie pracę, żałosna cioto. Facet ubrany był w czarny, sportowy płaszcz, czarny sweter i spodnie w delikatnym kolorze wrzosowym. Włosy miał modnie przycięte nad uszami - co z pewnością sporo kosztowało - zaś jego oczy miały kolor brązowy. Budząca zaufanie subtelność, pazerna aż do bólu delikatność. Jack z miejsca uprzedził się do niego.
- Co to za typ? - spytał z chrapliwym akcentem z Manchesteru, którego używał jako dziecko. Nie ma to jak przypomnieć tamtemu o fabrykach, brudnych dłoniach i stalowych butach tylko po to, żeby odstraszyć tę ciotę stojącą w drzwiach.
- To pan Naughton - wyjaśniła Pete, strzelając w niego klasycznym spojrzeniem, które mówiło: Zamknij się albo cię zabiję. - A to mój wspólnik, Jack Winter. Proszę, niech pan wejdzie.
Naughton uśmiechnął się do Pete, a ona odwzajemniła uśmiech. Jack poczuł, jak zaciskają mu się szczęki. Niełatwo było go zirytować czy wywołać w nim zazdrość, gdyż to ptaki były odpowiedzialne za większość chorób ludzkości, których można było uniknąć. Ale to była Pete, która uśmiechała się do tego zboczeńca swoim prawdziwym uśmiechem - tym, który unosił jedną stronę jej ust bardziej niż drugą i który zakradał się także do jej oczu.
- Dziękuję, panno... - Naughton popatrzył na Jacka i Pete, delikatnie zmieszany. - Panno Caldecott?
- Może po prostu Pete. Napije się pan herbaty? Właśnie sobie parzyliśmy.
Naughton skłonił delikatnie głowę, a potem wyciągnął rękę do Jacka.
- Panie Winter, nazywam się Nicholas Naughton.
Jack śledził jego wzrok, który zatrzymał się na pośladkach Pete, która wchodziła już do kuchni w opiętych dżinsowych spodniach, i wsadził sobie ręce do kieszeni.
- Nie mam w zwyczaju ściskać dłoni - wyjaśnił. - Mógłbym jeszcze spojrzeć na coś, na co ani pan, ani ja nie powinniśmy patrzeć.
Była to nieco wyższa szkoła chamstwa; w pierwszym odruchu Jack miał ochotę przyciągnąć wazeliniarza do siebie i kopnąć go w jaja.
Ale Pete z pewnością rozerwałaby go na strzępy, nawet gdyby Jack wyjaśnił, że musiał bronić jej czci i honoru, dlatego wbił tylko wzrok w Naughtona. Pod jego wpływem mężczyzna cofnął się o krok. A potem jeszcze jeden. Na jego karku pojawiła się wielka kropla potu, która spłynęła na kołnierz kaszmirowego płaszcza.
Gapienie się było jeszcze jednym, wyjątkowo niedocenianym talentem Jacka - rzecz polegała na tym, aby utkwić w gościu spojrzenie godne umarlaka, dołączając do niego cały zasób posiadanej magii, i patrzeć, jak facet leje w spodnie z powodu, którego nie potrafi nawet racjonalnie wyjaśnić.
Zanim Pete wróciła z herbatą, Naughton zdążył już prawie wdrapać się na gzyms na suficie w holu.
- Jack - zrugała go. - Mógłbyś przynajmniej zaproponować panu jakieś miejsce do siedzenia. - Skinęła na Naughtona. - Proszę za mną. Omówimy pański problem w salonie.
- Proszę mówić mi Nicholas - odparł mężczyzna, a w jego głosie znów zadźwięczał ten sam urokliwy ton, przypominający gryzonia zwijającego się w kłębek w jakimś ciepłym miejscu. Spojrzał na Jacka, który szedł za nim do pokoju. Jack puścił do niego oko z odrobiną mocy. Nic specjalnego - trochę pożywki dla koszmarów, które będą go nawiedzać przez kilka tygodni. Oczy, ogień, tajemne mroczne miejsca, być może widok starego kompleksu Edypa.
To było obrzydliwie małostkowe, ale Jack uznał, że po tak ciężkim tygodniu i tak wykazał się daleko idącą powściągliwością.