Sekretny świat dziewczyn - Frances Roark Dowell O

-
Proszę czekać

Głosy z od­da­li

Ma­ry­lin myślała, że się jej upie­cze. Sądziła, że można być jed­no­cześnie szkolną czir­li­derką i przed­sta­wi­cielką sa­morządu uczniow­skie­go. Wy­da­wało jej się, że można przy­jaźnić się z Ma­zie Cal­lo­way i jed­no­cześnie z Rhettą May­es. Łudziła się, że może uma­wiać się na rand­ki z prze­wod­niczącym sa­morządu a nie ka­pi­ta­nem szkol­nej drużyny fut­bo­lo­wej i że to będzie w porządku.

Ma­ry­lin wy­da­wało się, że może mieć wszyst­ko na­raz i wszy­scy do­okoła będą się nią za­chwy­cać, bić bra­wo i wspie­rać ją pod każdym względem, zupełnie jak pu­blicz­ność te­le­wi­zyj­nych re­ali­ty show pod­czas ostat­nich pięciu mi­nut pro­gra­mu.

Po­tem stwier­dziła, że na tym po­le­ga pro­blem, jeżeli cho­dzi o dwa ty­go­dnie fe­rii zi­mo­wych. Kie­dy ma się dwa ty­go­dnie wol­ne­go od szkoły, człowie­ko­wi zda­je się, że życie jest łatwe, pełne cho­inek, gorącej cze­ko­la­dy i ro­dzi­ce na­wet sta­rają się ze sobą nie kłócić, kie­dy się spo­ty­kają. Życie, które po­le­ga głównie na ogląda­niu te­le­wi­zji i do­sta­wa­niu w pre­zen­cie no­wych ciuchów oraz na przegląda­niu ilu­stro­wa­nych ma­ga­zynów po to, aby zna­leźć nowe fry­zu­ry, które można so­bie zro­bić na głowie bez ob­ci­na­nia włosów. Życie spro­wa­dzające się do tego, że nie przej­mu­jesz się, co inni so­bie pomyślą, bo wszy­scy zajęci są swo­imi spra­wa­mi i nie mają cza­su, żeby zwra­cać uwagę na to, co masz na so­bie i z kim się za­da­jesz.

Ma­zie na większość fe­rii wy­je­chała z mia­sta. Cho­ciaż wysyłała mnóstwo SMS-ów, wszyst­kie były o tym sa­mym - o tym, ja­kich faj­nych chłopaków po­zna­je w ku­ror­cie, do którego po­je­chała na nar­ty. Cza­sem, kie­dy znaj­do­wały się ra­zem w tym sa­mym po­ko­ju, Ma­zie bez prze­rwy wtrącała się w życie Ma­ry­lin. Dla­cze­go Ma­ry­lin prze­cha­dzała się po ko­ry­ta­rzu z Jody Reed, sko­ro wszy­scy wiedzą, że Jody dwa razy w ty­go­dniu cho­dzi na zajęcia do lo­go­pe­dy? Kie­dy Ma­ry­lin wresz­cie spra­wi so­bie smart­fo­na? Dla­cze­go Ma­ry­lin kupiła te buty? Kto, na litość boską, nosi zie­lo­ne buty?

Na­prawdę, było to męczące. Dla­te­go też dwa ty­go­dnie prze­rwy były dla Ma­ry­lin ni­czym re­lak­sujące wa­ka­cje w spa. Ja­sne, spo­ty­kała się z in­ny­mi czir­li­der­ka­mi w cen­trum han­dlo­wym, wy­brała się na im­prezę z no­co­wa­niem do Ruby San­tia­go i na drugą im­prezę do Ash­ley Gre­er, jed­nak przez większość cza­su sie­działa so­bie spo­koj­nie w domu albo w miesz­ka­niu ojca. Z reguły Ma­ry­lin nie uważała roz­wo­du ro­dziców za oko­licz­ność sprzy­jającą. Tak na­prawdę, była to naj­okrop­niej­sza rzecz, jaka kie­dy­kol­wiek jej się przy­da­rzyła. Mu­siała jed­nak przy­znać, że dzięki temu miała mnóstwo wymówek, po­zwa­lających jej nie robić tego, na co nie miała ocho­ty. "Dziś po południu muszę iść do ojca - mówiła, kie­dy dzwo­niła któraś z nich - Ruby, czy Ash­ley, czy Ca­itlin. - Może ju­tro uda mi się wy­rwać!".

Pierw­sze­go dnia po fe­riach, wsia­dając do au­to­bu­su, Ma­ry­lin czuła się wy­poczęta. Go­to­wa była na spo­tka­nie z Ma­zie, Ruby i in­ny­mi czir­li­der­ka­mi. Miała wrażenie, że może na­wet opo­wie­dzieć im, jak to Ben­ja­min Hud­dle któregoś popołudnia przy­szedł do jej domu, a po­tem ra­zem ule­pi­li bałwana. Był taki miły i za­baw­ny, że aż miała ochotę wysłać o tym SMS-a do kogoś, zwłasz­cza że miała nowy te­le­fon, jed­nak jej przy­ja­ciółka Kate te­le­fonu nie miała wca­le, w do­dat­ku była nie­dzie­la, a jej przy­ja­ciółce Rhet­cie w nie­dzielę nie wol­no było używać żad­nych elek­tro­nicz­nych urządzeń.

Po­nie­waż była ra­czej pew­na, że z jej przy­ja­ciółek tyl­ko Kate i Rhet­ta po­tra­fią do­ce­nić nad­zwy­czaj­ne za­le­ty Ben­ja­mi­na Hud­dle'a, je­dy­ne, co Ma­ry­lin mogła zro­bić, to na­pi­sać o tym w pamiętni­ku - jak płatki śnie­gu osia­dały na rzęsach Ben­ja­mi­na i jak pomógł jej młod­sze­mu bra­cisz­ko­wi, Pe­tey­owi, ule­pić śnie­go­we­go Al­ber­ta Ein­ste­ina. Jed­nak te­raz, wsia­dając do szkol­ne­go au­to­bu­su, pomyślała, że czas już po­wia­do­mić o ist­nie­niu Ben­ja­mi­na swo­je koleżanki czir­li­der­ki. Wie­działy prze­cież, że poszła z nim na tam­to przed­sta­wie­nie szkol­ne. Czy będą w szo­ku, kie­dy im po­wie, że Ben­ja­min przy­szedł do jej domu? Że jej się po­do­ba i może na­wet uważa go za kogoś w ro­dza­ju swo­jego chłopa­ka, cho­ciaż tak ofi­cjal­nie, to ze sobą nie są?

Kate sie­działa w tyle au­to­bu­su. Ma­ry­lin siadła obok niej i ode­zwała się:

- Na­prawdę po­win­naś so­bie spra­wić te­le­fon. Te­raz wszy­scy tyl­ko wysyłają so­bie SMS-y. Nikt już nie roz­ma­wia.

- Ja roz­ma­wiam - od­parła Kate, a w jej głosie słychać było upór. - Lubię brzmie­nie ludz­kie­go głosu.

Ma­ry­lin wes­tchnęła. Kate Fa­ber była naj­bar­dziej fru­strującą osobą na tej pla­ne­cie. Ma­ry­lin i Kate przy­jaźniły się od przed­szko­la i cho­ciaż nie spędzały już ze sobą aż tyle cza­su co kie­dyś, nadal łączyła je sil­na więź. Nie zna­czyło to jed­nak, że Kate nie do­pro­wa­dzała Ma­ry­lin do obłędu. Kate była in­te­li­gent­na i miała faj­ne po­czu­cie hu­mo­ru, byłaby przy tym na­prawdę ładna - zwłasz­cza, gdy­by na­uczyła się ubie­rać i zro­biła coś ze swo­imi włosa­mi. Chy­ba jed­nak bra­ko­wało jej tego genu, który wszyst­kim nor­mal­nym lu­dziom każe za­bie­gać o po­pu­lar­ność albo przy­najm­niej sta­rać się za­nad­to nie wyróżniać. No, pew­nie. Gdzieżby tam Kate wysyłała SMS-y. No, pew­nie, musi nosić ta­kie wiel­kie czar­ne bu­cio­ry, w których wygląda jak drwal albo strażak. Na tym właśnie po­le­gał styl Kate, co jed­nak Ma­ry­lin zupełnie nie tra­fiało do prze­ko­na­nia.

- Cóż, sko­ro nie ob­cho­dzi cię, że zo­sta­jesz w tyle za całym świa­tem... - po­wie­działa Ma­ry­lin i wzru­szyła ra­mio­na­mi.

- Nie ob­cho­dzi mnie - przy­znała Kate - byle świat zo­sta­wił mi moją gi­tarę.

No, ja­sne. Gi­ta­ra. Jak mogła za­po­mnieć o gi­ta­rze Kate? To jesz­cze jed­na z tych rze­czy. Jakoś zeszłej je­sie­ni Kate do­rwała gi­tarę i te­raz stała się miss rock and rol­la. I za­da­wała się z ósmo­kla­sistą, nie­ja­kim Mat­thew Hol­le­rem. Ma­ry­lin mu­siała przy­znać, że jest przy­stoj­ny, nie za­li­czał się jed­nak do chłopaków, z którymi należałoby się za­da­wać, jeżeli ktoś ma do­bre stop­nie i nie chce mieć kłopotów.

Z punk­tu wi­dze­nia Ma­ry­lin ist­niały trzy ka­te­go­rie chłopaków, z którymi można się po­ka­zać: spor­tow­cy, ci działający w sa­morządzie i niektórzy człon­ko­wie or­kie­stry, zwłasz­cza tręba­cze i bębnia­rze. Jak się nad tym za­sta­no­wić, dawało to całkiem spo­ry wybór chłopaków, na­wet jeżeli wy­klu­czyć ta­kie­go Mat­thew Hol­le­ra czy Se­ana Kima, który co praw­da jest przy­stoj­ny, ale gra na klar­ne­cie, więc sta­wia się w ten sposób poza kon­ku­rencją.

Tak czy in­a­czej, Ma­ry­lin nie za­mie­rzała wda­wać się w dys­kusję z Kate na te­mat Mat­thew Hol­le­ra i tego, z ja­ki­mi chłopa­ka­mi można się po­ka­zać, a z którymi nie należy. Nie za­mie­rzała mar­no­tra­wić ener­gii na coś, na co i tak nie mogłaby nic za­ra­dzić. Nie, nie, na­prawdę mu­siała się sku­pić! Należała do gim­na­zjal­ne­go ze­społu czir­li­de­rek i była przed­sta­wi­cielką szkol­ne­go sa­morządu. Na no­gach miała szałowe ba­le­rin­ki w lam­par­cie cętki ku­pio­ne kil­ka dni wcześniej w Tar­get i cho­ciaż strasz­nie marzła w sto­py, bo prze­cież do ba­le­ri­nek w lam­par­cie cętki ra­czej nie wkłada się skar­pe­tek, w ni­czym jej to nie prze­szka­dzało. W ple­cacz­ku miała nowy błysz­czyk, w pla­sti­ko­wym pudełku śnia­da­nio­wym hum­mus i wszy­scy ją lu­bi­li, i uważali, że jest ładna. Wszyst­ko to ra­zem two­rzyło ob­raz fan­ta­stycz­ne­go życia. Może nie do­sko­nałego - zda­niem Ma­ry­lin, jej życie już nig­dy nie mogło stać się do­sko­nałe, sko­ro ro­dzi­ce się roz­wie­dli - ale życia, którego większość dziew­czyn jej za­zdrościła.

Ma­ry­lin zerknęła na Kate, która kart­ko­wała ma­ga­zyn o na­zwie "Ame­ri­can Son­gw­ri­ter". No, do­brze. Kate przy­pusz­czal­nie jej nie za­zdrościła. Ale prze­cież... No, Kate to Kate. Nie można ocze­ki­wać, że będzie czuła to, co czują nor­mal­ni lu­dzie. Można na­to­miast spo­dzie­wać się, że człowiek usłyszy od niej prawdę, a cho­ciaż Ma­ry­lin nie za­wsze lubiła słyszeć prawdę, zda­wała so­bie sprawę, że do­brze jest mieć w swo­im życiu osobę taką jak Kate.

Jed­nak jed­na Kate wy­star­czy. Jed­na Kate całko­wi­cie załatwiała sprawę.

Pod­czas fe­rii Ma­ry­lin zaczęła pisać po­wieść. Na­tchnął ją do tego film, który obej­rzała w miesz­ka­niu ojca w Nowy Rok. Film był o dziew­czy­nie po­rzu­co­nej głęboko w leśnym pust­ko­wiu ra­zem z bra­cisz­kiem, który w do­dat­ku był głuchy i ich psem, gol­den re­trie­ve­rem wabiącym się Tre­vor. Dziew­czy­na i jej brat po­je­cha­li tam na wy­cieczkę z mamą i oj­czy­mem, aż tu pew­ne­go ran­ka obu­dzi­li się i stwier­dzi­li, że ni­ko­go nie ma - oprócz Tre­vora. Mu­sie­li sami od­na­leźć drogę po­wrotną i jakoś ra­dzić so­bie w tej dzi­czy.

Ma­ry­lin, oglądając ten film, sie­działa na wer­sal­ce z Pe­tey­em, obo­je z no­ga­mi przy­kry­ty­mi ko­cem, między nimi stała gi­gan­tycz­na mi­ska z po­pcor­nem. Nie sądziła, że ten film jej się tak spodo­ba, na­wet nig­dy nie spała w na­mio­cie i nie przy­pusz­czała, że mogłaby mieć na to ochotę - za dużo ro­bac­twa i tak da­lej - poza tym z za­sa­dy wolała ra­czej fil­my ro­man­tycz­ne, nie przy­go­do­we. Tak na­prawdę, gdy­by nie pies Tre­vor, sta­rałaby się namówić Pe­teya, żeby obej­rze­li coś in­ne­go. Tyl­ko że Tre­vor był taki słodki, a Ma­ry­lin za­wsze chciała mieć psa, więc po­sta­no­wiła dać szansę fil­mo­wi Sami w le­sie.

Kie­dy film się skończył, nie mogła się do­cze­kać, żeby już zacząć pisać. Często jej się to zda­rzało z fil­ma­mi; jeżeli hi­sto­ria na­prawdę jej się spodo­bała, na­bie­rała chęci, żeby na jej ba­zie wymyślić własną opo­wieść. Tym ra­zem wpadła na po­mysł, żeby na­pi­sać o dziew­czy­nie, którą po­rzu­ci­li ro­dzi­ce, ale nie w le­sie, tyl­ko w dom­ku na przed­mieściu. Opo­wieść Ma­ry­lin miała się zacząć rano, po wyjściu ro­dziców, kie­dy dziew­czy­na, siódmo­kla­sist­ka, bu­dzi się i woła głośno: "Mamo, nie wiesz, co zro­biłam z ze­szy­tem do hi­sto­rii?" Jed­nak mama nie od­po­wia­da, bo nie ma jej w domu, zresztą taty też. W domu zo­stała tyl­ko ta dziew­czy­na, którą Ma­ry­lin po­sta­no­wiła na­zwać Chri­sti­na (bo za­wsze uwiel­biała to imię) oraz jej bra­ci­szek, Cur­tis.

W szu­fla­dzie biur­ka ojca Ma­ry­lin zna­lazła blok żółtego pa­pie­ru do pi­sa­nia i za­brała go so­bie do po­ko­ju. Było w pół do je­de­na­stej. W za­sa­dzie o je­de­na­stej po­win­na już zga­sić światło i iść spać, jed­nak kie­dy ode­rwała się wresz­cie od pi­sa­nia, bu­dzik na jej noc­nym sto­li­ku po­ka­zy­wał kwa­drans po pierw­szej. Na­pi­sała do tego cza­su czter­naście stron. Chri­sti­na i Cur­tis właśnie zna­leźli list, w którym ro­dzi­ce pi­sa­li, że za­mie­rzają wziąć rozwód i po­trze­bują trochę cza­su dla sie­bie. Dzie­ci na pew­no so­bie bez nich po­radzą, w kuch­ni jest mnóstwo rze­czy do je­dze­nia, w szu­fla­dzie na ru­pie­cie zo­sta­wi­li sto do­larów - a poza tym któreś z nich niedługo po­ja­wi się w domu, żeby wszyst­ko wyjaśnić.

Ma­ry­lin wie­działa, że na­tych­miast po­win­na zga­sić światło i iść do łóżka. Dzi­wiła się na­wet, bo w ta­kich sy­tu­acjach oj­ciec za­zwy­czaj stu­kał do drzwi i przy­po­mi­nał jej, że pora spać. Tyle że w żaden sposób nie po­tra­fiłaby usnąć. Taka była wku­rzo­na na ro­dziców ze swo­je­go opo­wia­da­nia, czuła się tak, jak­by w jej żyłach wędro­wały ja­kieś mrówki. Jak można zro­bić coś ta­kie­go swo­im dzie­ciom? Tak po pro­stu zo­sta­wić je same w domu, bez żad­ne­go wyjaśnie­nia?

W fil­mie czar­nym cha­rak­te­rem oka­zał się oj­czym, który namówił matkę dzie­ci, żeby je opuściła. W opo­wia­da­niu Ma­ry­lin po­rzu­ce­nie dzie­ci, cho­ciaż tym­cza­so­we, było de­cyzją oboj­ga ro­dziców. Nie po­tra­fi­li do­ga­dać się w żad­nej in­nej spra­wie, ale aku­rat na to się zgo­dzi­li - że dzie­ci nie są tak ważne, jak ich własne szczęście. Następne­go dnia za­dzwo­niła do Rhet­ty i od­czy­tała jej, co do tej pory na­pi­sała. Rhet­ta wysłuchała uważnie, a kie­dy Ma­ry­lin skończyła, mil­czała przez krótką chwilę, po czym stwier­dziła:

- Na­prawdę do­bra rzecz, ale nie je­stem pew­na, czy czy­tel­ni­cy uwierzą, że ro­dzi­ce Chri­sti­ny na­prawdę zo­sta­wi­li swo­je dzie­ci na pastwę losu. No, bo wiesz, to ra­czej dosyć ra­dy­kal­ne po­su­nięcie.

Ma­ry­lin za­sta­no­wiła się przez mo­ment.

- Może to ta­kie opo­wia­da­nie, które ro­zu­mieją tyl­ko dzie­ci z roz­bi­tych ro­dzin - od­parła w końcu.

- Możliwe - zgo­dziła się z nią Rhet­ta. - Z jed­nym za­strzeżeniem, Ma­ry­lin - twoi ro­dzi­ce nie zo­sta­wi­li cię sa­mej. W pew­nym sen­sie po­rzu­ci­li się wza­jem­nie, ale cie­bie prze­cież nie po­rzu­ci­li.

Ma­ry­lin zdała so­bie sprawę, że skwa­pli­wie kiwa głową do te­le­fo­nu.

- To jest dokład­nie to samo - po­wie­działa przez zaciśnięte gardło. - Nikt tego nie po­tra­fi zro­zu­mieć. A to na­prawdę dokład­nie to samo.

Ma­ry­lin za­mie­rzała spędzić resztę dnia na pi­sa­niu swo­je­go opo­wia­da­nia, jed­nak kie­dy za­siadła do pra­cy, nie po­tra­fiła wy­kom­bi­no­wać, co da­lej po­win­no się zda­rzyć. Próbowała opi­sać scenę z udziałem Chri­sti­ny i Cur­ti­sa w kuch­ni, przed pójściem do szkoły. Chri­sti­na chciała zro­bić dla Cur­ti­sa spe­cjal­ne śnia­da­nie: go­fry z be­ko­nem, zo­rien­to­wała się jed­nak, że nie po­tra­fi obsługi­wać go­frow­ni­cy, a w do­dat­ku nig­dy przed­tem jesz­cze nie przy­smażała be­ko­nu. Cur­tis mówi na to, że nic nie szko­dzi, bo tak na­prawdę to miał ochotę na płatki z mle­kiem.

Z ja­kie­goś po­wo­du Ma­ry­lin utkwiła właśnie w tym punk­cie, Chri­sti­na i Cur­tis sie­dzie­li przy tym sto­le w kuch­ni i sie­dzie­li, każde z michą płatków Spe­cial K. Za każdym ra­zem, kie­dy próbowała nakłonić któreś z nich, żeby coś po­wie­działo - nic z tego. Ga­pi­li się tyl­ko na sie­bie i obo­je pa­ko­wa­li so­bie do ust ko­lej­ne łyżki płatków.

W końcu uznała, że to głupo­ta. Rhet­ta miała rację. Nikt nie uwie­rzyłby, że ro­dzi­ce mogą tak po pro­stu zo­sta­wić swo­je dzie­ci. Poza tym to przygnębiające. Ma­ry­lin nie za­mie­rzała zaś pod­da­wać się przygnębie­niu. Nie była kimś, kto prze­ja­wiałby skłonności do de­pre­sji. Doszła na­to­miast prędko do kon­klu­zji, że jest kimś, kto po­trze­bu­je no­wej pary butów.

Wy­tknęła głowę za drzwi i zawołała przez ko­ry­tarz:

- Ta­tu­siu? Możesz mnie za­wieźć do Tar­get?

- Ja­sne, ko­cha­nie - usłyszała do­chodzącą z ja­dal­ni od­po­wiedź ojca. - Daj mi tyl­ko skończyć pisać ma­ila.

Kie­dy wróciła do domu, zaczęła nowe opo­wia­da­nie:

o czir­li­der­ce z gim­na­zjum, która mu­siała wy­brać spośród trzech chłopaków, którzy się w niej za­ko­cha­li. Właśnie ta­kie opo­wia­da­nia po­win­nam pisać - stwier­dziła w du­chu, przy­pa­trując się z upodo­ba­niem swo­im no­wym ba­le­rin­kom (w lam­par­cie cętki). Prze­cież nikt nie lubi przygnębiających hi­sto­rii.

Idąc ko­ry­ta­rzem B gim­na­zjum Bren­ne­ra P. Dun­na, Ma­ry­lin zdała so­bie sprawę, że coś jest nie tak, kie­dy zna­lazła się w od­ległości kil­ku metrów od szaf­ki należącej do Ruby San­tia­go. Stały tam wszyst­kie czir­li­der­ki, Ruby pośrod­ku, Ma­zie obok niej, wszyst­kie wy­krzy­ki­wały "ach" i "och" na wi­dok gwiazd­ko­wych łupów, no­wych swetrów i kol­czyków czy ze­stawów do ma­ki­jażu. Inne la­ski stały wokół, lecz poza kręgiem, mogły tyl­ko ma­rzyć, żeby się do nie­go do­stać i także wy­krzy­ki­wały "ach" oraz "och", a czir­li­der­ki na­tu­ral­nie je igno­ro­wały. Zbliżając się, Ma­ry­lin przy­ozdo­biła ob­li­cze swo­im naj­pro­mien­niej­szym uśmie­chem. Ma­chi­nal­nie przy­cze­sała włosy. Naprzód - po­wie­działa do sie­bie w myśli. - Za­czy­na się nowe, fan­ta­stycz­ne półro­cze.

W następnej chwi­li Ash­ley Gre­er odwróciła się i zo­ba­czyła Ma­ry­lin. Wy­raz jej twa­rzy na­tych­miast się zmie­nił. Chwilę przed­tem była roz­anie­lo­na i za­cho­wy­wała się tak, jak­by nowa pa­let­ka cie­ni do po­wiek Ma­zie była naj­cie­kawszą rzeczą na świe­cie, by w następnej se­kun­dzie wyglądać ni­czym sza­kal, który właśnie na­tknął się w le­sie na ran­ne­go królika. Ma­ry­lin po­czuła, że coś ści­skają w żołądku. Do­sko­na­le zda­wała so­bie sprawę, że ten wy­raz na twa­rzy Ash­ley to nie jest do­bry znak.

- Pa­trz­cie, pa­trz­cie! Nad­cho­dzi pani Hud­dle! - zawołała Ash­ley do in­nych czir­li­de­rek, a one wszyst­kie odwróciły się w stronę Ma­ry­lin, jed­no­cześnie, jak­by były jed­nym or­ga­ni­zmem albo ma­rio­net­ka­mi przy­cze­pio­ny­mi do jed­ne­go sznur­ka.

Aha, czy­li już wiedzą. No i do­brze, co z tego? Uśmiech po­zo­stał przy­kle­jo­ny do twa­rzy Ma­ry­lin, gdy stanęła przy szaf­ce Ruby. Ben­ja­min Hud­dle to prze­cież zupełnie w porządku chłopak. Ba, na­wet więcej niż w porządku! Przy­stoj­ny. Działa w sa­morządzie. Owszem, nad jego gar­de­robą można by nie­co po­pra­co­wać. Ma­ry­lin za­pla­no­wała już zresztą kil­ka bar­dzo sub­tel­nych su­ge­stii, które z cza­sem po­win­ny roz­wiązać ten pro­blem.

- Ojej­ku, prze­stań - za­pisz­czała Ma­ry­lin swo­im naj­bar­dziej czir­li­der­ko­wa­tym głosi­kiem, który dawał do zro­zu­mie­nia: "Daj spokój, wiem, że mi do­ku­czasz, bo mnie tak strasz­nie lu­bisz". Tytułem wyjaśnie­nia dodała: - Nie je­stem żadną panią Hud­dle. My na­wet nie... No, nic. W każdym ra­zie nie w tej chwi­li.

- Ani w tej chwi­li, ani w żad­nej - warknęła Ma­zie i po­deszła do Ma­ry­lin. - Nasz skład trzy­ma się z da­le­ka od geeków. Nie wie­działaś o tym? - Chwy­ciła Ma­ry­lin za łokieć. - A te­raz chodź ze mną. Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

Chwilę po­tem wlekła już Ma­ry­lin za sobą ko­ry­ta­rzem, minęły bi­blio­tekę i skie­ro­wały się do ubi­ka­cji dla dziew­czyn.

- Boli mnie przez cie­bie ręka! - po­skarżyła się Ma­ry­lin. Próbowała się wy­rwać, ale Ma­zie ścisnęła ją tyl­ko jesz­cze moc­niej.

- Przez cie­bie boli mnie ser­ce - rzu­ciła przez zaciśnięte zęby. - Chodź wresz­cie.

W ubi­ka­cji były dwie dziew­czy­ny, cze­sały się, ale jed­no spoj­rze­nie Ma­zie na­tych­miast wy­gnało je za drzwi. Ma­zie za­pro­wa­dziła Ma­ry­lin do lu­ster i odwróciła ją tak, że Ma­ry­lin stanęła twarzą w twarz z własnym od­bi­ciem.

- Po­patrz na sie­bie - po­le­ciła Ma­zie. - Wi­dzisz, kim je­steś? Je­steś jedną z nas. A my postępu­je­my w pe­wien określony sposób. Ubie­ra­my się w określony sposób i mamy chłopaków w określo­nym ty­pie, krótko mówiąc, za­cho­wu­je­my się tak, jak się tego od nas ocze­ku­je. Której części nie załapałaś?

- Jak... Jak to nie załapałam? - od­po­wie­działa słabym głosem Ma­ry­lin. - Za­uważyłaś moje buty?

Ma­zie spoj­rzała w dół.

- W porządku, jeżeli cho­dzi o ciu­chy, załapałaś. I bar­dzo do­brze. Cieszę się, że cho­ciaż to jed­no załapałaś. Na­to­miast nie ku­masz, o co cho­dzi z ludźmi. Wiem, wiem, że je­steś taką przy­ja­ciółką całego świa­ta i je­steś miła, i tak da­lej - i do pew­ne­go mo­men­tu to na­wet faj­ne. Jed­nak kłopot z tobą po­le­ga na tym, że go­to­wa je­steś roz­ma­wiać dosłownie z każdym. A także przy­jaźnić się z każdym. Tego naj­wy­raźniej nie załapałaś, że je­steś kimś wyjątko­wym. My wszyst­kie je­steśmy wyjątko­we. Przy­kro mi, że muszę ci to po­wie­dzieć, ale Ruby na­prawdę się na cie­bie wku­rzyła.

Ma­ry­lin po­bladła. Zarówno Ma­zie jak i Ma­ry­lin, do­brze wie­działy, że opi­nia Ruby była naj­ważniej­sza. Jeżeli ktoś cie­szył się względami Ruby, otwie­rały się przed nim wszyst­kie drzwi, same z sie­bie. Za­wod­ni­cy upra­wiający wszyst­kie dzie­dzi­ny spor­tu od fut­bo­lu po lek­ko­atle­tykę oglądali się za nim. Na­uczy­cie­le, z którymi nig­dy się nie miało lek­cji, uśmie­cha­li się do nie­go i ma­cha­li ręką na po­wi­ta­nie w ko­ry­ta­rzu. Sprzątacz­ki dbały, żeby drzwicz­ki jego szaf­ki lśniły od czy­stości.

Kto zaś za­darł z Ruby, lądował na Sy­be­rii. Po pro­stu prze­sta­wał ist­nieć.

Ma­ri­lyn usłyszała ci­chy głosik: "I kogo to ob­cho­dzi?" To był głos Kate, a za­brzmiał tak wyraźnie, że Ma­ry­lin na­wet ro­zej­rzała się, żeby spraw­dzić, czy Kate też zna­lazła się w łazien­ce. Zerknęła pod drzwi ka­bin, wy­pa­trując czar­nych bu­ciorów Kate. Ale Kate tam nie było, tyl­ko ten jej natrętny głosik w głowie Ma­ry­lin. Ma­ry­lin przy­pusz­czała, że ta­kie rze­czy się dzieją, kie­dy lu­dzie znają się ze sobą nie­mal od uro­dze­nia. Wiesz, co so­bie myślą na jakiś te­mat, nie­za­leżnie od tego, czy znaj­dują się w tym sa­mym po­miesz­cze­niu. Tak czy in­a­czej, łatwo Kate po­wie­dzieć coś ta­kiego. Może so­bie mówić: "Kogo to ob­cho­dzi?", bo mówi szcze­rze. W każdym ra­zie do pew­ne­go stop­nia szcze­rze. Ma­ry­lin nie wie­rzyła, żeby Kate tak na­prawdę to wszyst­ko wca­le nie ob­cho­dziło. Po pro­stu le­piej się ma­sko­wała niż większość lu­dzi.

Na­to­miast Ma­ry­lin bar­dzo to wszyst­ko ob­cho­dziło. Wie­działa to o so­bie od za­wsze. Nig­dy się tego przed samą sobą nie wy­pie­rała: owszem, ob­cho­dziło ją bar­dzo. Bar­dzo, bar­dzo. Ob­cho­dziło ją, żeby lu­dzie uważali, że jest ładna, i żeby byli zda­nia, że jest miła. Ob­cho­dziło ją, czy jest po­pu­lar­na. Szko­da, że większość lu­dzi nie zda­je so­bie spra­wy, jaka to ciężka pra­ca! Kie­dy za­bie­gasz o po­pu­lar­ność, mu­sisz na wszyst­ko uważać, dbać o wszyst­ko - o to, jak wyglądasz, co mówisz, do kogo to mówisz - i mieć na uwa­dze, co ten ktoś po­tem so­bie o tym pomyśli. Krótko mówiąc, trze­ba przy­wiązywać wagę do naj­drob­niej­szych szczegółów.

Ma­ry­lin przyglądała się swo­je­mu od­bi­ciu. Co też so­bie myślała? Ja­kim cu­dem wy­obrażała so­bie, że może mieć wszyst­ko na­raz? Skąd przyszła jej do głowy sza­lo­na myśl, że może być osobą po­pu­larną i jed­no­cześnie mieć chłopa­ka, którego nie ak­cep­tu­je Ruby San­tia­go? Że może kum­plo­wać się z Rhettą May­es, która ubie­ra się na czar­no i bez prze­rwy ry­su­je coś w wiel­kim szki­cow­ni­ku, a poza tym pew­nie zro­bi so­bie pier­cing w no­sie, kie­dy tyl­ko znaj­dzie kogoś, kto ze­chce wyświad­czyć jej tę przysługę?

Ale Rhet­ta jest twoją przy­ja­ciółką - szepnął do ucha Ma­ry­lin ci­chut­ki głosik Kate. - No­co­wałaś u niej. Ona cię ro­zu­mie. Wpra­wia cię w do­bry hu­mor, śmie­je­cie się ra­zem.

Ma­ry­lin potrząsnęła głową. Wymyśli jakoś, co zro­bić z Rhettą. Może uda się to tak załatwić, że będą przy­jaźnić się tyl­ko w szko­le. Bądź co bądź miały ra­zem pra­wie wszyst­kie lek­cje, więc nie będzie tak, żeby się nie wi­dy­wały. W do­dat­ku biorąc pod uwagę, że od tego se­me­stru będzie cho­dziła na ko­szykówkę, Ma­ry­lin pew­nie i tak nie miałaby cza­su, żeby spo­ty­kać się z Rhettą po szko­le. A zresztą, Rhet­ta zro­zu­mie.

"Nie, nie zro­zu­mie" - pisnął ci­chy głos Kate.

Ma­ry­lin wzięła głęboki wdech. Rhet­ta zro­zu­mie - powtórzyła w myślach. Może uda się ją namówić, żeby zajęła się de­ko­ra­cja­mi i ma­ki­jażem do wio­sen­ne­go mu­si­ca­lu, wte­dy Rhet­ta też będzie miała pełne ręce ro­bo­ty.

Dokład­nie, żaden pro­blem. Ma­ry­lin uśmiechnęła się do sie­bie w lu­strze. Ten uśmiech wyglądał sztucz­nie, ale trud­no. Te­raz jesz­cze tyl­ko należało roz­wiązać pro­blem z Ben­ja­mi­nem Hud­dle. Je­den z przed­nich zębów rósł mu krzy­wo i to w sposób, który bu­dził za­chwyt Ma­ry­lin. Czy po­tra­fiłaby się wy­rzec cze­goś tak faj­ne­go? Albo tego, jak łobu­zer­sko się do niej uśmie­chał. Czy go­to­wa była poświęcić ten uśmiech, by za­cho­wać po­pu­lar­ność?

Nie­ste­ty, ale Ma­ry­lin znała od­po­wiedź. Chciało jej się od tego płakać i w do­dat­ku chy­ba zna­czyło, że tak na­prawdę wca­le nie jest tak miłą osobą, jak jej się wy­da­wało. Jej faj­ność była wyłącznie po­wierz­chow­na.

Ale to dla­te­go, że moi ro­dzi­ce się roz­wie­dli - za­pew­niła sie­bie samą Ma­ry­lin. - Właśnie dla­te­go zależy mi na po­pu­lar­ności. Nic na to nie po­radzę. To nie moja wina.

"Aku­rat" - ode­zwał się głos Kate, tyl­ko tym ra­zem o wie­le głośniej. - "Ga­da­nie".

Ma­ry­lin pomyślała, że ta jej wewnętrzna Kate mogłaby się wresz­cie za­mknąć. Życie Ma­ry­lin było i tak do­sta­tecz­nie trud­ne bez tego, żeby ktoś bez prze­rwy wtrącał się ze swo­imi ko­men­ta­rza­mi - choćby ten ktoś na­wet aku­rat nie prze­by­wał w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

- Po­wiedz Ruby, żeby się nie przej­mo­wała - od­po­wie­działa, zwra­cając się do Ma­zie. Sięgnęła do ple­cacz­ka po błysz­czyk. - Wszyst­ko ze mną jest w porządku. Ten Ben­ja­min na­wet spe­cjal­nie mi się nie po­do­ba. Pomyślałam so­bie tyl­ko, że jeżeli pójdę z nim na im­prezę, jest szan­sa, że pomoże nam załatwić fun­du­sze na nowe mun­dur­ki.

Na twa­rzy Ma­zie po­ja­wił się błysk zro­zu­mie­nia: uśmiechnęła się do Ma­ry­lin i skinęła głową.

- Sądziłam, że coś kom­bi­nu­jesz - stwier­dziła i po­kle­pała Ma­ry­lin po ra­mie­niu. - Dla­te­go stanęłam w two­jej obro­nie, kie­dy Ruby zaczęła za­da­wać całą masę pytań o tych two­ich tak zwa­nych przy­ja­ciół. "Ma­ry­lin coś kom­bi­nu­je, za­cze­kaj, to się do­wie­my" - dokład­nie tak jej po­wie­działam, no i oka­zu­je się, że miałam rację. Su­per. Ale nu­mer, na pew­no nie zda­je so­bie spra­wy, po co owinęłaś go so­bie wokół pal­ca.

No, ra­czej - prze­mknęło przez myśl przygnębio­nej Ma­ry­lin, kie­dy wy­cho­dziła za Ma­zie z łazien­ki. - Z całą pew­nością nie zda­je so­bie z tego spra­wy, sko­ro na­wet ja jesz­cze przed chwilą o tym nie wie­działam.

* * *

- Mam złą wia­do­mość.

Rhet­ta odwróciła się właśnie na krze­sełku i po­chy­liła się w stronę Ma­ry­lin. Aku­rat tego dnia nie wyglądała jak wam­pir. Za­zwy­czaj Rhet­ta nosiła czar­ne ciu­chy, które pod­kreślały bar­dzo jasną kar­nację, jed­nak tego dnia miała aku­rat na so­bie dżinsy jak wszy­scy nor­mal­ni lu­dzie, i cho­ciaż jej T-shirt był czar­ny, był za­ra­zem jak­by je­dwab­ny i z de­kol­tem w kształcie li­te­ry V. Gdy­by tyl­ko Ma­ry­lin zdołała uzmysłowić tej dziew­czy­nie, jak świet­nie wyglądałaby w różowym!

- Co się stało? - spy­tała Ma­ry­lin. Za­sta­na­wiała się, czy owe złe wieści Rhet­ty mogą mieć ja­kimś nie­sa­mo­wi­tym przy­pad­kiem co­kol­wiek wspólne­go z roz­mową, którą Ma­ry­lin odbyła pięć mi­nut wcześniej z Ma­zie w ubi­ka­cji.

- Mam szla­ban - oznaj­miła Rhet­ta. Oparła się podbródkiem o opar­cie krzesła, jak­by uszło z niej całe po­wie­trze. - Nie uwie­rzysz, ale na cały mie­siąc. I to tyl­ko za to, że po­je­chałam z Tod­dem Ve­na­ble do skle­pu Qu­ick-E po spo­tka­niu młodzieżowym w nie­dzielę, za­miast wrócić pro­sto do domu z Sa­manthą Wer­ther, jak obie­cy­wałam. Todd odwiózł mnie pod sam dom całą i zdrową, nie za­li­cza się zresztą do de­wiantów i se­ryj­nych mor­derców. Gra na per­ku­sji w przy­kościel­nym ze­spo­le!

Oj­ciec Rhet­ty był pa­sto­rem, przy czym ra­czej słynął z tego, że jest wy­lu­zo­wa­ny i no­wo­cze­sny. Jed­nak z dru­giej stro­ny Ma­ry­lin domyślała się, że per­ku­si­sta w ze­spo­le, to tak czy in­a­czej per­ku­si­sta w ze­spo­le, na­wet jeżeli ka­pe­la gra pio­sen­ki o Je­zu­sie.

- Czy twój tato wy­wa­lił Tod­da z ze­społu?

- Nie - Rhet­ta potrząsnęła głową. - Nie, ale odbył z nim w swo­im ga­bi­ne­cie długą roz­mowę, co jest o wie­le gor­sze. Kie­dy mój tato za­czy­na pra­wić ka­za­nie, po­tra­fi truć mniej więcej dzie­sięć lat bez prze­rwy.

- Przy­kro mi, że masz szla­ban - po­wie­działa Ma­ry­lin. - A w czym to właści­wie ma się prze­ja­wiać?

Oka­zało się, że ozna­czał on dokład­nie to, na co li­czyła Ma­ry­lin. Przez cały następny mie­siąc Rhet­ta miała nie wy­cho­dzić z domu, chy­ba że w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­ny oraz do kościoła w nie­dzielę - rano i wie­czo­rem - a także w środę wie­czo­rem.

- Przez trzy­dzieści dni moje życie to­wa­rzy­skie po­le­gać będzie na uczest­nic­twie w nabożeństwach i na ni­czym więcej - skarżyła się Rhet­ta. - Czy to nie żałosne?

- Mogłoby być go­rzej - za­uważyła Ma­ry­lin. - Mo­gli prze­cież za­ka­zać ci cho­dzić do kościoła.

- Aku­rat - Rhet­ta ciężko wes­tchnęła. - Na to bym ra­czej nie li­czyła.

Pani Cle­wes roz­poczęła lekcję, toteż Rhet­ta odwróciła się, a Ma­ry­lin oparła się wy­god­nie i ode­tchnęła z ulgą. Przez cały mie­siąc nie będzie mu­siała szu­kać wymówek, dla­cze­go nie może spo­ty­kać się z Rhettą po szko­le. A kto wie, co może się zda­rzyć przez tak długi czas? Kto wie, może oj­ciec Rhet­ty po­sta­no­wi zo­stać mi­sjo­na­rzem w Chi­nach? Oczy­wiście, Ma­ry­lin tęskniłaby za Rhettą, ale gdy­by przy­ja­ciółka wy­je­chała, roz­wiązałoby to de­fi­ni­tyw­nie je­den z jej poważnych pro­blemów.

A po­tem Ma­ry­lin wpadła na tak ge­nialną myśl, że aż mu­siała się po­wstrzy­mać, żeby nie wy­krzy­czeć tego na głos przy całej kla­sie. Prze­cież wca­le nie będzie mu­siała się wy­rzec spo­tkań z Ben­ja­mi­nem Hud­dle! Ma­zie już myśli, że Ma­ry­lin za­da­je się z Ben­ja­mi­nem wyłącznie po to, aby go wy­ko­rzy­stać i zdo­być dla czir­li­de­rek nowe mun­dur­ki. A to zna­czy, że będzie mogła spo­ty­kać się z Ben­ja­mi­nem, ile ze­chce i kie­dy ze­chce. I gdy­by któraś z nich zaczęła się cze­piać, wy­star­czy tyl­ko wes­tchnąć, ja­kie to ślicz­ne byłyby te mun­dur­ki, gdy­by udało się zdo­być na nie kasę. I mru­gnięcie okiem. I dru­gie! Będzie miała całko­wi­te po­par­cie Ruby i Ma­zie. Jesz­cze będą na­le­gać, żeby nie za­nie­dby­wała spra­wy: niech się spo­ty­ka z Ben­ja­mi­nem, proszę bar­dzo!

Je­stem ge­nial­na - po­wie­działa so­bie Ma­ry­lin. Wyciągnęła ze­szyt do al­ge­bry. - Je­stem do tego stop­nia ge­nial­na, że aż samą sie­bie na­pa­wam prze­rażeniem.

Na lek­cji przy­ro­dy pani Pa­tel ob­wieściła, że w tym roku od sa­me­go początku zaj­mo­wać się będą ewo­lucją i spy­tała, czy ktoś ma coś prze­ciw­ko temu. Kil­ka głów zwróciło się w stronę Rhet­ty, bo wszy­scy wie­dzie­li, że jej oj­ciec jest pa­sto­rem, ale ona tyl­ko wzru­szyła ra­mio­na­mi i stwier­dziła:

- Dla mnie ewo­lu­cja jest w porządku.

- Do­sko­na­le! - ucie­szyła się pani Pa­tel. - Moim zda­niem siódma kla­sa to w sam raz od­po­wied­ni mo­ment, żeby zająć się Dar­wi­nem i jego kon­cep­cja­mi do­bo­ru na­tu­ral­ne­go oraz prze­trwa­nia naj­sil­niej­szych jed­no­stek. Czy ktoś może mi wyjaśnić, co zna­czy to określe­nie, "prze­trwa­nie naj­sil­niej­szych jed­no­stek"?

Ręka Chri­sto­pha Jen­ne­ra wy­strze­liła w górę.

- Cho­dzi o to, że przeżyją tyl­ko sil­ni!

Pani Pa­tel przy­taknęła.

- Mniej więcej, na tym z grub­sza po­le­ga ta teo­ria. Co więcej, sil­ni przeżyją dzięki temu, że nie będą oglądać się na słabych. Czy coś wam to przy­po­mi­na?

Wszy­scy od razu sko­ja­rzy­li, Ma­ry­lin też. Prze­cież sta­no­wiło to zna­ko­mi­te pod­su­mo­wa­nie isto­ty jej życia. W oczach kogoś ta­kie­go jak Kate, Ma­ry­lin mogła wydać się osobą płytką albo głupią, bo chciała być po­pu­lar­na, jed­nak tu cho­dziło właśnie o prze­trwa­nie. Nie każdy bo­wiem po­tra­fi prze­trwać poza sta­dem, tak jak Kate. A kie­dy żyje się w sta­dzie, cóż, chy­ba le­piej trzy­mać się od­po­wied­nich osób, zga­dza się? Kie­dy człowiek za­da­je się ze słaby­mi, nie­po­pu­lar­ny­mi oso­ba­mi, wil­ki z miej­sca go pożrą.

Rhet­ta pod­niosła rękę.

- Czy to zna­czy, proszę pani, że "prze­trwa­nie naj­sil­niej­szych jed­no­stek" do­ty­czy wszyst­kich zwierząt, także istot ludz­kich?

- Tak, w przy­pad­ku lu­dzi to bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne - od­po­wie­działa pani Pa­tel. - Czy uważasz ta­kie po­dejście za kon­tro­wer­syj­ne?

Rhet­ta umilkła na krótką chwilę, a po­tem ode­zwała się:

- Chy­ba nie­po­koi mnie to dla­te­go, że lu­dzie może i są zwierzętami, ale jed­no­cześnie po­zo­stają... No, ludźmi, że tak po­wiem. A jako lu­dzie kie­ru­je­my się za­sa­da­mi mo­ral­ny­mi i temu po­dob­ny­mi, z których wy­ni­ka, że po­win­niśmy opie­ko­wać się słab­szy­mi. Na przykład sta­ry­mi ludźmi albo nie­pełno­spraw­ny­mi.

- Rhet­ta ro­zej­rzała się po kla­sie, po­pa­trzyła zno­wu na panią Pa­tel. - Czy to, co mówię, ma sens?

- Oczy­wiście, jak naj­bar­dziej - po­twier­dziła pani Pa­tel. - Zga­dzam się z tobą. Niektórzy lu­dzie przyjęli kon­cepcję prze­trwa­nia naj­sil­niej­szych jed­no­stek w for­mie eks­tre­mal­nej, wbrew za­sa­dom mo­ral­ności. My jed­nak będzie­my ją roz­ważać w świe­tle osiągnięć nauk ewo­lu­cyj­nych oraz ge­ne­ty­ki. Mam na­dzieję, że po­dob­nie jak ja stwier­dzi­cie, iż to fa­scy­nująca dzie­dzi­na. A te­raz proszę otwo­rzyć ze­szy­ty.

Niektórzy z uczniów sięgali po ze­szy­ty z wyraźną niechęcią; Ma­ry­lin była pew­na, że li­czy­li na dys­kusję pod­czas lek­cji, czy­li że będą oma­wiać z panią Pa­tel kwe­stię po­pu­lar­ności i nie­po­pu­la­mości w szko­le. Tak gdzieś od szóstej kla­sy sta­no­wiło to te­mat, który wszyst­kich in­te­re­so­wał. Gdy na przykład oma­wiano wojnę o nie­pod­ległość Stanów Zjed­no­czo­nych, za­wsze tra­fił się ktoś, kto pod­no­sił rękę i mówił: "No, bo to było tak, że ko­lo­niści to byli jak nie­po­pu­lar­ni ucznio­wie, a Bry­tyj­czy­cy to ci po­pu­lar­ni". A po­tem ktoś wda­wał się w spór, że to prze­cież na odwrót, za­raz ktoś do­da­wał, że król Je­rzy był ty­ra­nem, właśnie jak tacy star­si i sil­niej­si, co znęcają się nad słab­szy­mi... Za­nim udało się usta­lić, kto w tym kon­flik­cie był po­pu­lar­ny, a kto niepo­pu­lar­ny, kończyła się lek­cja.

Kie­dy roz­legł się dzwo­nek, Ma­ry­lin wraz ze sta­dem wy­do­stała się na ko­ry­tarz, gdzie po­rwał ją wart­ki nurt tłumu, przez który, z ko­lei, co szyb­si i agre­syw­niej­si człon­ko­wie społecz­ności prze­py­cha­li się, potrącając in­nych. Na­gle po­czuła czyjąś rękę obej­mującą ją za ra­mio­na. Uniosła głowę i uj­rzała Wil­la Nor­to­na, fut­bo­listę z ósmej kla­sy.

- Pozwól, że cię od­pro­wadzę - po­wie­dział, spoglądając na nią z uśmie­chem. - Tu­taj rządzi pra­wo dżungli.

- Rze­czy­wiście - przy­znała mu rację Ma­ry­lin, uśmie­chając się naj­piękniej jak po­tra­fi, jed­nak za­ra­zem po­czuła się nie­swo­jo, tak jak­by do­wie­działa się o klasówce, do której za­po­mniała się przy­go­to­wać. Bzdu­ry - zga­niła samą sie­bie. - Prze­cież nikt nie robi klasówki w pierw­szy dzień se­me­stru. Wszyst­ko jest w porządku - prze­ko­ny­wała sie­bie samą. - Ab­so­lut­nie nie ma czym się przej­mo­wać.

Spo­strzegła Ma­zie i Ash­ley idące w ich stronę: uśmie­chały się i ma­chały rękami, zupełnie jak­by ucie­szyły się na jej wi­dok. Ma­ry­lin też pra­wie się ucie­szyła - bo to w końcu dziew­czy­ny z jej pacz­ki, to dzięki nim nie mu­siała lękać się wilków. Tyl­ko że za­raz po­tem Ma­zie zasłoniła dłonią usta i wy­szep­tała coś do ucha Ash­ley, cały czas gapiąc się na Ma­ry­lin, i wte­dy Ma­ry­lin już wca­le nie czuła się bez­piecz­na. Wprost prze­ciw­nie: od­niosła wrażenie, że wil­ki po­deszły znacz­nie bliżej, niż przy­pusz­czała...