Sekretny pokój w Auschwitz - Steve Matthews

Kup ebooka

36.90 zł

-
Proszę czekać

1

7 lutego 2000 Pater­son, New Jer­sey, USA

Kiedy to się stało, Stella Lom­bardo miała pięć­dzie­siąt dzie­więć lat. Już ni­gdy nie wróci do pracy, już ni­gdy się nie otrzą­śnie i zawsze będzie zada­wała sobie oraz Bogu pyta­nia, dla­czego taka okrop­ność w ogóle się wyda­rzyła i czy mogła temu w jaki­kol­wiek spo­sób zapo­biec.

Tego samego dnia po połu­dniu pod drzwiami jej domu zebrał się tłu­mek repor­te­rów. Powie­działa im, że "w życiu nie widziała cze­goś podob­nego", a póź­niej głu­pio się poczuła, bo to oczy­wi­ste, że nie widziała - kto widział? Pytano ją, jak dobrze zna tamtą kobietę, a ona, cho­wa­jąc twarz w dło­niach, odparła:

- Jak dobrze? Jest dla mnie jak sio­stra. Jak sio­stra!

Stella i Anna pra­co­wały razem w domu opieki Pater­son Manor w New Jer­sey przez ponad czter­dzie­ści lat - w sumie tak długo, jak długo były sąsiad­kami. Stella powie póź­niej repor­te­rom, że Anna i jej mąż Leo wpa­dli do niej poprzed­niego wie­czoru, szó­stego lutego, by wspól­nie świę­to­wać z nią rocz­nicę ślubu.

Mąż Stelli, Joe, też bar­dzo lubił Annę i gdy dzien­ni­ka­rze roz­ma­wiali w drzwiach z jego żoną, poja­wił się w tle, pro­sto spod prysz­nica, świeżo ogo­lony, w spodniach, które nosił do pracy, i nie­ska­zi­tel­nie bia­łym pod­ko­szulku. Jeden z repor­te­rów zapy­tał gło­śno, co o tym wszyst­kim myśli pan Lom­bardo, a on odpo­wie­dział:

- Słu­chaj­cie, coś wam powiem. Powiem wam to: zawsze była dobrą sąsiadką, dobrą pra­cow­nicą i dobrą kobietą.

- To nie są srebrne, złote ani bry­lan­towe gody, to tak zwana pla­sti­kowa rocz­nica - powie­dział Joe pod­czas swo­jej krót­kiej mowy na wczo­raj­szym przy­ję­ciu.

Wyjął tan­detny pier­ścio­nek z czer­wo­nym oczkiem - kupiony w lokal­nym dys­kon­cie Five and Dime w dziale dzie­cię­cych stro­jów kar­na­wa­ło­wych - i wsu­nął go Stelli na palec. Wszy­scy uznali to za przedni żart, ale Stella wie­działa, że nic prócz tej dzie­cię­cej bły­skotki nie dosta­nie. Joe nie­chęt­nie się­gał do port­fela, a już zwłasz­cza gdy cho­dziło o wyda­wa­nie pie­nię­dzy na nią. Zakoń­czył swoją prze­mowę, odwra­ca­jąc się do Stelli ze sło­wami, że przede wszyst­kim - poza byciem wspa­niałą matką i tro­skliwą żoną - jest jego naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Wszy­scy wzdy­chali i kiwali gło­wami, kilka kobiet nawet ści­snęło czule dło­nie swo­ich mężów. Wszy­scy prócz Stelli. Gdyby ktoś nie znał jej wystar­cza­jąco dobrze, toby jej wyba­czył, sądząc, że nie dosły­szała wszyst­kiego, co powie­dział Joe. Ona jed­nak sły­szała, a prawda była taka, że nie uwa­żała męża za swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Naj­lep­szą przy­ja­ciółką Stelli była Anna, od zawsze, od początku. A Joe? Był ojcem i żywi­cie­lem rodziny, nikim wię­cej. Zda­niem Stelli tylko kobiety wie­dzą, czym jest praw­dziwa przy­jaźń. Nie można być jed­no­cze­śnie rodzi­cem i przy­ja­cie­lem wła­snych dzieci, tak jak nie spo­sób być mężem i przy­ja­cie­lem wła­snej żony.

Przez lata zwie­rzała się Annie z rze­czy, o któ­rych ni­gdy nie powie­dzia­łaby Joemu. Nie tylko z tych pouf­nych, dzie­liła się z nią także plot­kami na temat ich rodzin, opo­wia­dała o spra­wach, które wywo­ła­łyby wiel­kie nie­za­do­wo­le­nie Joego, gdyby znał praw­dziwe odczu­cia żony.

Stella czę­sto się skar­żyła, że mąż nie­ustan­nie wytyka jej błędy.

- Nie potrafi się powstrzy­mać od komen­ta­rza, zanim powie mi, jak coś napra­wić. Nie potrze­buję jego opi­nii ani roz­wią­zań; gdy­bym potrze­bo­wała, tobym o nie popro­siła, prawda?

Anna zawsze wysłu­chi­wała żali przy­ja­ciółki i taką samą goto­wość miała w sobie Stella. Kiedy tylko Anna chciała się wyga­dać, Stella była pod ręką. A zapo­trze­bo­wa­nie oka­zało się spore, ponie­waż Leo, mąż Anny, był rów­nie do niczego jak Joe!

Stella nie miała naj­ła­twiej­szego życia, ale to i tak nic w porów­na­niu z Anną. Opo­wie­ści o wojen­nych losach przy­ja­ciółki nie­odmien­nie budziły w niej prze­ra­że­nie oraz wdzięcz­ność, że ona sama nie musiała ni­gdy zno­sić takich potwor­no­ści. Anna widziała i robiła rze­czy, które więk­szo­ści ludzi nie mie­ściły się w gło­wie, a Stella wie­działa, że naj­gor­szego z pew­no­ścią jesz­cze nie usły­szała - Anna ni­gdy nie ujaw­niała wszyst­kiego.

Kobiety czę­sto żar­to­wały, że lokalny ksiądz jest zbędny, ponie­waż żadna z nich nie potrze­bo­wała ani jego, ani kon­fe­sjo­nału - miały sie­bie nawza­jem i na tym pole­gała praw­dziwa przy­jaźń.

Anna i Leo nie docze­kali się potomka i kiedy dzieci Stelli były małe, Anna poży­czała je z wielką rado­ścią. Jeśli pod­czas szkol­nych ferii nie zabie­rała ich do kina, zwy­kle spę­dzali czas na plaży. Uwiel­biała je roz­piesz­czać, twier­dziła bowiem, że nie ma na kogo wyda­wać pie­nię­dzy - Leo się nie liczył.

W grun­cie rze­czy stała się dla lato­ro­śli Stelli drugą mamą i nic nie cie­szyło jej bar­dziej niż wpra­wia­nie ich w zakło­po­ta­nie. Z upodo­ba­niem tań­czyła do muzyki pusz­cza­nej w gale­riach han­dlo­wych albo prze­bie­rała się i cho­dziła z nimi w Hal­lo­ween od domu do domu zbie­rać sło­dy­cze. Choć miesz­kali dosłow­nie drzwi w drzwi, dzieci noco­wały cza­sem u cioci Anny, wypo­ży­czały filmy Disneya na wideo, zaja­dały się popcor­nem i czy­tały straszne książki przy latarce. Od czasu do czasu Anna poma­gała im w lek­cjach, a gdy w wieku czte­rech i pół roku Joe junior zaczął prze­ja­wiać zain­te­re­so­wa­nie licz­bami, to wła­śnie Anna kibi­co­wała mu najbar­dziej. Bar­dzo szybko nauczył się roz­po­zna­wać cyfry cztery i trzy, a także sie­dem, dzie­więć i osiem - Anna chi­cho­tała i skar­żyła się, że ją łasko­cze, gdy wodził małymi palusz­kami po tatu­ażu na jej lewym przed­ra­mie­niu.

Gdy dzieci Stelli weszły w trudny wiek nasto­letni, zwra­cały się po radę do cioci Anny i to ona kazała im wra­cać do domu i prze­pra­szać mamę za spo­sób, w jaki się do niej odno­sili. Anna miała w sobie tyle mądro­ści i zdro­wego roz­sądku, że to, co wyda­rzyło się w domu opieki dzień po przy­ję­ciu rocz­ni­co­wym u Stelli i Joego, wyda­wało się tym bar­dziej nie­zro­zu­miałe.

Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jak na swój wiek Anna wciąż była nie­zwy­kle atrak­cyjną kobietą. Metr sześć­dzie­siąt pięć wzro­stu, sre­brzy­ste włosy śred­niej dłu­go­ści, nie­gdyś czarne i lśniące, figura, która na­dal nosiła zna­miona daw­nej świet­no­ści. Zaokrą­gliła się nieco tu i ówdzie, jak to się zwy­kle dzieje z wie­kiem, lecz syl­wetka klep­sy­dry i zmy­słowe krą­gło­ści na­dal rzu­cały się w oczy. Zacho­wała ide­alne pro­por­cje, była tylko odro­binę peł­niej­sza. Pomimo dłu­gich godzin w ogro­dzie pod palą­cym let­nim słoń­cem New Jer­sey miała nie­ska­zi­telną cerę, zmarszczki na twa­rzy uwi­dacz­niały się tylko przy uśmie­chu. Nic dziw­nego, że gdy wkła­dała kostium kąpie­lowy, przy­cią­gała spoj­rze­nia, nie zno­siła jed­nak komen­ta­rzy i wle­pio­nych w nią męskich oczu na plaży albo base­nie. Pewna kobieta powie­działa kie­dyś, że odda­łaby lewe ramię, by męż­czyźni patrzyli na nią tak, jak patrzą na Annę.

- Ty to masz szczę­ście!

Anna smutno się uśmie­chała.

- Ja? Szczę­ście? Gdy­byś tylko wie­działa...

Wyda­wało się, że jed­nym z nie­licz­nych ustępstw Anny wobec sta­rze­nia się było nosze­nie socze­wek kon­tak­to­wych. Co dziwne, jedna była brą­zowa, druga prze­zro­czy­sta. Oczy­wi­ście soczewki bar­dzo popra­wiały jej wzrok, lecz praw­dzi­wym powo­dem, dla któ­rego posta­no­wiła je nosić, była chęć ukry­cia się za nimi - zer­ka­jąc co rano w lustro, nie chciała widzieć swo­jego praw­dzi­wego ja. Zda­rzały się jed­nak chwile, gdy maska opa­dała, oczy z nie­wia­do­mych przy­czyn tra­ciły blask, kąciki ust wygi­nały się w pod­kowę. Działo się tak zwy­kle wtedy, gdy coś uru­cho­miło odle­głe wspo­mnie­nia z cza­sów, gdy życie wyglą­dało cał­ko­wi­cie ina­czej.

Anna Bra­niew­ska miała swoje tajem­nice.

Maleńki domek zamiesz­ki­wany przez Annę i Leo był dość asce­tyczny i nie­ska­zi­tel­nie czy­sty, ale gdyby Anna nie kosiła trawy i nie myła okien, wąt­pliwe, czy kie­dy­kol­wiek zosta­łoby to zro­bione.

Ume­blo­wa­nie było skromne, ponie­waż Leo uwa­żał, że meble nie są czymś istot­nym. Te, z któ­rymi się tam wpro­wa­dzili, słu­żyły dopóty, dopóki się nie roz­pa­dły, a i wtedy Leo sta­wał na gło­wie, by je napra­wić, zamiast wyda­wać pie­nią­dze na nowe.

Wazon był tylko jeden, usta­wiony zawsze na środku kuchen­nego stołu, zwy­kle wypeł­niony różami z ogrodu Anny. Para­pety i półki lśniły nie­na­ganną czy­sto­ścią, nie zagra­cały ich typowe domowe bibe­loty - nie uświad­czyło się tam lalek, imbrycz­ków ani malo­wa­nych tale­rzy, żadne zbędne przed­mioty nie zbie­rały kurzu.

Rze­czy nie­uży­wane na co dzień cho­wano, usu­wano z widoku. W kuchen­nej szu­fla­dzie leżały na przy­kład tylko dwa noże, dwa widelce i dwie łyżki. W kre­den­sie dwa kubki stały obok dwóch tale­rzy obia­do­wych i dese­ro­wych mise­czek. Gdy potrzebne były dodat­kowe sztućce albo naczy­nia sto­łowe, wyj­mo­wano je z pla­sti­ko­wych pojem­ni­ków usta­wio­nych jeden na dru­gim pod zle­wem.

Wnę­trze było pozba­wione nie­po­trzeb­nych mebli, pod­łóg nie zaście­lały żadne dywany czy chod­niki, na ścia­nach nie wisiały repro­duk­cje, foto­gra­fie ani obrazy. Jedyny wyją­tek znaj­do­wał się w kuchni (salo­niku, jak nazy­wała ją Anna): opra­wiona w ramki foto­gra­fia nad małym lami­no­wa­nym kre­den­sem. Przed­sta­wiała Stellę z dziećmi sto­jącą obok Anny na Coney Island. Wszy­scy mrużą oczy przed ośle­pia­ją­cym słoń­cem, dzie­ciom ście­kają po bro­dach roz­to­pione lody, Stella i Anna mają na gło­wach kolo­rowe kape­lu­sze, uśmie­chają się jak szczę­śliwe turystki. Na odwro­cie zdję­cia odręczny pod­pis Anny: Ja i moja rodzina, lato 1992.

Dzieci Stelli zawsze cie­ka­wiła prze­szłość Anny. Zadały kie­dyś pyta­nie, dla­czego w jej domu nie ma innych zdjęć. Chciały wie­dzieć, jak Anna wyglą­dała w dzie­ciń­stwie, kiedy była w ich wieku. Odpo­wie­działa im, że z powodu wojny nie miała dzie­ciń­stwa - jej życie zaczęło się dopiero w dniu, gdy przy­je­chała do Ame­ryki jako uchodź­czyni, po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych.

- I dla­tego nie masz w domu żad­nych zdjęć ani rze­czy, cio­ciu Anno? Z powodu wojny?

Joe junior zawsze był dziec­kiem, które nie wsty­dzi się pytać i wyra­żać wła­snych opi­nii.

Anna głę­boko wes­tchnęła, odrzu­ciła pierw­szą myśl, by zbyć to pyta­nie, posa­dziła docie­kli­wego chłopca przed sobą i wzięła go za ręce. Wyja­śniła, że pod­czas wojny miesz­kała w Euro­pie, a kiedy wojna się skoń­czyła, pozo­stały tylko ruiny. Całe mia­sta i mia­steczka zostały obró­cone w gruzy. W nie­któ­rych miej­scach nie ostało się kom­plet­nie nic, ani jeden budy­nek.

- Po woj­nie więk­szość ludzi nie miała do czego wra­cać. Nie było pracy, wiele osób nie miało nawet domu.

- Jak to? Tak wcale?

- Tak. Ani wychodka, ani budy dla psa.

Chło­piec skrzy­wił się, pró­bu­jąc pojąć potwor­ność tego wszyst­kiego. Otwo­rzył usta, chcąc zadać kolejne pyta­nie, lecz tym razem zabra­kło mu słów. Anna cią­gnęła:

- Trudno to sobie wyobra­zić, Joey, ale po woj­nie nie­któ­rzy ludzie nie mieli nic prócz tego, co na sobie. Wszystko zostało znisz­czone.

W kąciku pra­wego oka Anny wez­brała łza i spły­nęła po policzku. Chło­piec wycią­gnął rękę, by ją otrzeć, a wtedy Anna chwy­ciła jego drobne dło­nie i wyszep­tała:

- Nie­któ­rzy z nas stra­cili w tej woj­nie wszystko, Joey.

2

Stella i Anna rzadko się ze sobą nie zga­dzały, ale jeden temat był nie­ustan­nym przed­mio­tem dys­ku­sji: który kraj wydał naj­bar­dziej leni­wych męż­czyzn, Wło­chy czy Pol­ska? Uzgod­niły, że poje­dy­nek jest wyrów­nany, ponie­waż obie mają za mężów bez­na­dziej­nych wał­koni!

Joe dzia­łał w branży budow­la­nej, Leo zna­lazł swoje powo­ła­nie za kie­row­nicą tak­sówki, obaj sta­rali się pra­co­wać na czarno, kiedy tylko się dało. Leo trzy­mał pie­nią­dze w kuchni, w sta­rej puszce po her­ba­cie, Joe cho­wał swoje w szu­fla­dzie ze skar­pe­tami ("Abso­lut­nie ostat­nie miej­sce, do któ­rego zaj­rzałby wła­my­wacz, daję słowo, wiem coś o tym!"). Obu panów łączyła jesz­cze jedna wspólna cecha: upodo­ba­nie do tra­dy­cyj­nego samo­gonu. Grappa Joego miała wiel­kie wzię­cie i była powszech­nie ceniona, Leo pędził bim­ber z ziem­nia­ków, które Anna upra­wiała w ogródku warzyw­nym za domem. Ponoć według rodzin­nej recep­tury, ponad­stu­let­niej, lecz zda­niem Anny "i tak sma­kuje jak płyn do udraż­nia­nia rur".

Jesz­cze jedna rzecz przy­po­mi­nała Leo ojczy­znę: wędzar­nia za domem. Wycho­wu­jąc się w przed­wo­jen­nej Pol­sce, widział cza­sem, jak ojciec idzie na targ, kupuje małego świ­niaka, a potem zarzyna go i wędzi. Przez lata Leo udo­sko­na­lił wła­sną tech­nikę, prze­rzu­ca­jąc się na wędze­nie ryb. Na spe­cjalne oka­zje wsta­wał o świ­cie, ruszał na targ rybny Ful­ton w Bronk­sie, kupo­wał naj­lep­szego łoso­sia i po mistrzow­sku pre­pa­ro­wał go na podwórku za domem. Ryby Leo sły­nęły na całą oko­licę, zda­rzało się nawet, że ludzie byli gotowi pić jego ohydną wódkę, byle mieć dostęp do wybor­nej ryby.

Choć Leo upar­cie pod­trzy­my­wał tra­dy­cje wią­żące go z ojczy­stym kra­jem, jakoś dziw­nie uwie­rało go to dzie­dzic­two i na pew­nym eta­pie roz­wa­żał nawet zmianę nazwi­ska. Nie­mal się obra­żał, gdy Joe nazy­wał go ame­ry­kań­skim Pola­kiem.

- Jestem Ame­ry­ka­ni­nem, na litość boską. Nie róż­nię się od kow­boja z westernu, takiego Johna Wayne'a!

- Miano Polaka nie jest znie­wagą, przy­ja­cielu. Hej, szkoda, że nie sły­sza­łeś, jak nazy­wają u mnie w pracy Angli­ków. Bry­tol­skie dra­nie! No ale - teatral­nie zawie­sił głos - więk­szość z nich to praw­dziwe dra­nie... - A potem par­sk­nął śmie­chem. - Daj sobie spo­kój, chło­pie. Co jest z tobą, kurwa? Można by pomy­śleć, że wsty­dzisz się swo­jej pol­sko­ści!

3

Stella i Joe przy­je­chali do Ame­ryki przed wojną. Ich rodzice bez gro­sza przy duszy pra­co­wali, gdzie popad­nie, nawet w ogród­kach sąsia­dów, w któ­rych upra­wiali warzywa i sprze­da­wali je póź­niej przy dro­dze. Poznali się typo­wymi w owych cza­sach kana­łami - przed­sta­wili ich sobie przy­ja­ciele wło­skich przy­ja­ciół, któ­rych rodzina znała ich wło­skich przy­ja­ciół i wło­skie rodziny przy­ja­ciół.

Wiele lat póź­niej Stella i Joe wyda­wali przy­ję­cie z oka­zji rocz­nicy ślubu w maleń­kim ogródku ich wła­snego domu w Pater­son w sta­nie New Jer­sey. Joe poszedł na całość, przy­go­to­wu­jąc jubi­le­uszową imprezę, w przed­dzień poma­lo­wał nawet beton świeżą war­stwą zie­lo­nej farby. Gdy tylko skoń­czył, zni­kąd poja­wił się bez­domny kot, prze­sko­czył ogro­dze­nie z tyłu i prze­biegł po świe­żej far­bie. Pomimo pro­te­stów Joego Stella uparła się, by pozo­sta­wić odci­ski łap dla upa­mięt­nie­nia tej oka­zji.

Pogoda w dniu przy­ję­cia była wyjąt­kowo łagodna jak na tę porę roku, wszy­scy zebrali się więc na weran­dzie za domem, co pozwo­liło zaosz­czę­dzić na prą­dzie, ponie­waż ku nie­zmier­nemu zado­wo­le­niu Joego nie trzeba było włą­czać kli­ma­ty­za­cji. Stella pich­ciła w kuchni od tygo­dnia, a mimo to mar­twiła się, czy nie zabrak­nie jedze­nia. Na szczę­ście, jak naka­zy­wała tra­dy­cja, każdy przy­szedł z pół­mi­skiem.

Oczy­wi­ście zja­wiły się też dzieci Stelli i Joego ze swo­imi part­ne­rami. Anna przy­nio­sła jakieś fasze­ro­wane liście kapu­sty, ale więk­szość osób tylko je skub­nęła, gdyż Włosi nie jadają pol­skich potraw. Leo przy­szedł z folio­wym zawi­niąt­kiem oraz dwiema flasz­kami swo­jej ohyd­nej wódki z ziem­nia­ków. Joe otwo­rzył butelki, ponie­waż Włosi piją dar­mowy alko­hol.

Po pierw­szym kie­liszku Joe oznaj­mił:

- Nic dziw­nego, że wy, Polacy, wyglą­da­cie na takich skwa­szo­nych, skoro jecie te mdłe gołąbki i pije­cie siuśki wiel­błąda!

Wszy­scy się roze­śmiali, trą­cili kie­lisz­kami, ale sze­ro­kie uśmie­chy bły­ska­wicz­nie zamie­niły się w gry­mas, gdy paskudny bim­ber Leo wlał się w niczego nie­podej­rze­wa­jące wło­skie gar­dła.

Leo udał, że ura­ziły go komen­ta­rze na temat trunku, i urzą­dził przed­sta­wie­nie z wycho­dze­niem z przy­ję­cia.

- Idę sobie i zabie­ram swoje jedze­nie, przy­naj­mniej doce­nią mnie we wła­snym domu!

Mach­nął Joemu pod nosem folio­wym zawi­niąt­kiem.

- Co tam masz? Mam nadzieję, że nie kapu­stę?

- A skąd, w każ­dym razie nic, co by cię zain­te­re­so­wało. Tylko kilka pstrą­gów kupio­nych wczo­raj w Bronk­sie. Uwę­dzi­łem je przez noc!

Cmok­nął czubki kciuka i palca wska­zu­ją­cego na znak, że palce lizać.

Joe natych­miast zmie­nił ton.

- Leo! Leo, przy­ja­cielu, bła­gam, nie zabie­raj swo­ich pstrą­gów. Pro­szę! Ty sam możesz się stąd zmyć razem ze swoją wódką, żało­sny pol­ski jebańcu, ale zostaw nam te wspa­niałe ryby! Leo, pro­szę. Bła­gam cię!

Oto­czył barki Leo wiel­kim wło­cha­tym łap­skiem i zapro­wa­dził go do kuchni. Obaj szcze­rzyli zęby, a reszta miała ubaw.

Przy­ję­cie udało się wspa­niale, a o siód­mej Joe zaczął doma­gać się tańca mło­dej pary.

- Z moją żoneczką, jak na naszym weselu.

Uśmiech­nięci mał­żon­ko­wie sunęli po weran­dzie do pio­senki Deana Mar­tina That's Amore. Goście śpie­wali, koły­sząc się do muzyki, Joe coraz moc­niej przy­tu­lał swoją pannę młodą. Stellę wzru­szyła ta chwila, choć na krótko, ponie­waż prze­nio­sła ją do odle­głego dnia ślubu, dźwię­ków akor­de­onu, śmie­chów i słońca w ogro­dzie rodzi­ców. Prócz tańca zapa­mię­tała, jak musiała cało­wać swo­jego świeżo upie­czo­nego męża za każ­dym razem, gdy ktoś stuk­nął nożem o talerz - albo poca­łu­nek, albo wychy­le­nie kie­liszka, który dziw­nym tra­fem cią­gle był pełny! Cóż to było za wesele... tak wiele lat temu.

Takie magiczne chwile jak ta z dnia ich zaślu­bin dawno prze­mi­nęły, zastą­piły je szara codzien­ność i nuda dłu­giego, mono­ton­nego, ale za to wier­nego związku. To, że Joe chciał zatań­czyć na ich rocz­ni­co­wym przy­ję­ciu, było miłą nie­spo­dzianką i Stella raz jesz­cze poczuła sprę­ży­stość jego kroku, gdy tuląc ją w tańcu, nie­ocze­ki­wa­nie poło­żył dłoń na jej poślad­kach.

- Hej, Giu­seppe Lom­bardo, jeśli liczysz na seks tej nocy, lepiej dobrze się zasta­nów! - krzyk­nęła ku ucie­sze wszyst­kich. Nawet dzieci się śmiały. Mama i tata byli tacy uro­czy, kiedy się wsta­wili.

Po kilku kolej­nych kie­lisz­kach przy­ci­szono muzykę i powró­cono do poga­wę­dek. Potem zaczęto nama­wiać Annę, by wyko­nała swój popi­sowy numer, słynną histo­rię "ostra­lij­ską". Zgo­dziła się, acz nie­chęt­nie.

- Macie trzy miej­sca do wyboru. Ame­ryka, Austra­lia albo Kanada. Co wybie­ra­cie?

Bry­tyj­ski urzęd­nik, który zwró­cił się do niej z tym pyta­niem w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym pią­tym roku, bar­dzo się spie­szył. Kolejka była długa i wyda­wało się, że więk­szość ludzi, któ­rzy prze­żyli wojnę, chce wyje­chać z Pol­ski, zanim bru­talni Rosja­nie przejmą pełną kon­trolę.

Krą­żyła pogło­ska, że mał­żeń­stwom przy­zna­wane jest pierw­szeń­stwo w migra­cji, więc Leo i Anna dołą­czyli do kolejki tuż po tym, jak Leo się jej przed­sta­wił. Oczy­wi­ście nie dys­po­no­wali żad­nym aktem ślubu, ale nie było to niczym wyjąt­ko­wym w spu­sto­szo­nej wojną Pol­sce. Dość łatwo dało się prze­ko­nać urzęd­nika, że są mężem i żoną, ponie­waż bar­dziej inte­re­so­wało go skró­ce­nie kolejki niż ofi­cjalne potwier­dza­nie wszyst­kiego, co mu powie­dziano.

Leo wydał się Annie dość sym­pa­tycz­nym czło­wie­kiem. Jemu z kolei spo­tka­nie jej było bar­dzo na rękę, nie mówiąc już o tym, że przed­sta­wiała miły dla oka widok. Wie­dział o jej związ­kach z Niem­cami i nie bar­dzo mu to paso­wało. Uwa­żał jed­nak, że razem mają więk­sze szanse na roz­po­czę­cie nowego życia w miej­scu, gdzie komu­nizm jest jedy­nie hasłem w słow­niku.

- Według alfa­betu - powie­działa Anna do bry­tyj­skiego urzęd­nika. - Idźmy według alfa­betu.

- W porządku. Zro­bione. W ciągu trzech tygo­dni znaj­dzie­cie się w dro­dze do Austra­lii, pań­stwo Bra­niew­scy. A teraz pro­szę dołą­czyć do tam­tej kolejki i podać urzęd­ni­kowi ten doku­ment, gdy was wywoła.

Przy­bił stem­pel na zadru­ko­wa­nej jed­no­stron­nie kartce papieru, na dole zło­żył swój pod­pis i wycią­gnął do nich rękę z papie­rem. Anna i Leo nie ruszyli się z miej­sca.

- Tam. Tam­ten sto­lik! - Poiry­to­wany ofi­cer ruchem głowy wska­zał im kie­ru­nek, lecz Anna i Leo jakby wro­śli w zie­mię. - Co jest? Coś nie w porządku? Rozu­mie­cie angiel­ski, prawda?

Anna była zła.

- Ostra­lia? Żadna Ostra­lia. Powie­dzia­łam: według alfa­betu. Ame­ryka jest na pierw­szym miej­scu!

- Pro­szę pani, pozwoli pani, że wyja­śnię zasady angielsz­czy­zny. Stany Zjed­no­czone Ame­ryki figu­rują w słow­niku za Austra­lią. W naszym języku litera "S" zawsze znaj­do­wała się za literą "A", choć w pol­skim może być ina­czej i nie­wiele mnie to obcho­dzi. Pro­szę stąd odejść i dołą­czyć do tam­tej kolejki!

Pstryk­nął pal­cami w doku­ment, a Anna wyrwała mu go z ręki, mam­ro­cząc na odchodne: "Ostra­lia? Jaka, kurwa, Ostra­lia?". Wszystko wska­zy­wało na to, że cał­kiem dobrze opa­no­wała nie­które słowa stan­dar­do­wej angielsz­czy­zny.

Anna klęła wyłącz­nie przy opo­wia­da­niu ostra­lij­skiej histo­rii i za każ­dym razem się rumie­niła. Ponie­waż jed­nak opo­wieść nie brzmiała tak samo bez słowa na "k", na prośbę Stelli zde­cy­do­wała się je zacho­wać. Gdy tam­tego wie­czoru raczyła wszyst­kich aneg­dotą, która wzbu­dziła śmiech i spon­ta­niczne okla­ski, Stella widziała, że jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka jest myślami gdzie indziej. Przez cały tydzień Anna była w pracy jakaś nie­obecna, Stella zaś tkwiła w prze­ko­na­niu, że przy­ja­ciółka jej unika. Dla­czego?

Opo­wieść o Ostra­lii jesz­cze się nie skoń­czyła, lecz ktoś zdo­łał prze­krzy­czeć gwar.

- Zaraz, zaraz. Mówisz, że wysłano was do Austra­lii, więc jakim cudem wylą­do­wa­li­ście tutaj, w Sta­nach?

Anna kon­ty­nu­owała opo­wieść.

- Myśle­li­śmy, że jeste­śmy ska­zani na Austra­lię, ale kiedy przy­by­li­śmy do portu, przy nabrzeżu stały dwa statki, a tysiące ludzi pró­bo­wały się dostać na pokład. Wyba­da­li­śmy, który sta­tek dokąd pły­nie, wemknę­li­śmy się po tra­pie i wycze­ki­wa­li­śmy na odpo­wiedni moment, by prze­ci­snąć się obok urzęd­ni­ków i wmie­szać w tłum na pokła­dzie. Nim zdą­ży­li­śmy się obej­rzeć, byli­śmy w dro­dze do Ame­ryki! W każ­dej kabi­nie znaj­do­wało się sześć koi, wkrótce ludzie zaczęli zaj­mo­wać je parami, żeby przy­tu­lać się do sie­bie nocą, sko­rzy­sta­li­śmy więc z wol­nego miej­sca. Kilka tygo­dni póź­niej sta­li­śmy w kolejce na Ellis Island.

- Prze­cież musieli spraw­dzać wam doku­menty po przy­jeź­dzie?

- Oczy­wi­ście. Ale był koniec wojny i tłumy uchodź­ców do skon­tro­lo­wa­nia. Przy­były nas tam tysiące! Przez kilka tygo­dni tło­czy­li­śmy się na statku, gdzie bra­ko­wało sani­ta­ria­tów, potem sta­li­śmy ramię przy ramie­niu w hali przy­jęć na Ellis Island. Tyle ludzi, zro­biło się okrop­nie gorąco, smród trudny do znie­sie­nia, mówię wam. Odkryli, że Leo i ja mamy nie­wła­ściwe doku­menty, ale zauwa­żyli też, że przy­je­cha­li­śmy z obozu kon­cen­tra­cyj­nego. Stru­ga­li­śmy wariata, uda­wa­li­śmy, że to musi być jakaś pomyłka. Z początku zamie­rzali ode­słać nas z powro­tem do Pol­ski, ale ja wybuch­nę­łam pła­czem, Leo zaczął ciskać gromy na Niem­ców i pokrzy­ki­wać, że gdyby nie zaan­ga­żo­wa­nie Ame­ry­ka­nów, ni­gdy by nie ska­pi­tu­lo­wali. "Boże, bło­go­sław Ame­rykę!" A potem ze szczerą łzą w oku zaczął mówić o demo­kra­cji. Oczy­wi­ście wtedy żadne z nas nie wie­działo zbyt wiele o Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ale Leo sły­szał o pre­zy­den­cie Lin­col­nie, nowo­jor­skich Jan­ke­sach, Myszce Miki i hot dogach, więc wymie­nił to wszystko jed­nym tchem w bar­dzo emo­cjo­nal­nej prze­mo­wie. Ja pła­ka­łam, Leo pła­kał, wokół rej­wach, zamie­sza­nie i wrzawa. Wszy­scy się dołą­czyli. "Wpuść­cie ich, na miłość boską, dość już prze­szli". Pod­niósł się taki jazgot, że cel­nicy się pod­dali. W prze­ciw­nym razie powstałby jesz­cze więk­szy chaos. Ktoś uści­snął nam dło­nie i powie­dział: "Witaj­cie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ryki", a potem pod­stem­plo­wał doku­menty. I po spra­wie!

O jede­na­stej, kiedy wszy­scy się już roze­szli, Stella zastała Annę samą w kuchni. Zmy­wała naczy­nia z zamy­ślo­nym, nie­obec­nym wyra­zem twa­rzy. Stella uznała, że oto nada­rza się oka­zja, by zapy­tać, dla­czego tak dziw­nie się ostat­nio zacho­wuje, jed­nak gdy tylko zaczęły roz­ma­wiać, wto­czył się Joe i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że na­dal jest w sen­ty­men­tal­nym nastroju. Zakradł się za jej ple­cami, chwy­cił ją w pasie, a potem wyci­snął na szyi żony ckliwy poca­łu­nek.

Pół godziny póź­niej, na­dal objęci, poże­gnali się z Anną. Joe musiał prak­tycz­nie wypchnąć ją za drzwi i choć Stella mar­twiła się o przy­ja­ciółkę, on nie zamie­rzał na ten temat dys­ku­to­wać. Mogą sobie poroz­ma­wiać następ­nego dnia. A teraz trzeba się zająć pew­nymi męskimi spra­wami.

Jesz­cze drzwi się dobrze nie zamknęły, a Joe już pro­wa­dził żonę do sypialni. Stella nie miała innego wyboru, jak ulec, zgo­dziła się więc odło­żyć resztę porząd­ków do rana i pójść do łóżka z ado­ru­ją­cym ją pija­nym mężem. Zanim się roze­brała i wśli­znęła do pościeli, Joe już pra­wie spał. Puścił bąka, mruk­nął: "To ty?" i zasnął na dobre, nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi - chra­pał jak stary bor­suk z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem samo­za­do­wo­le­nia. Wie­czór był wspa­niały, przy­ję­cie nie­za­po­mniane, ale wszystko to miało zbled­nąć przy wyda­rze­niach następ­nego dnia.

4

Anna musiała odejść na eme­ry­turę z domu opieki Pater­son Manor, osią­gnąw­szy piękny wiek sie­dem­dzie­się­ciu lat. Lecz wkrótce potem popro­szono ją o powrót, kie­row­nic­two w swo­jej mądro­ści posta­no­wiło bowiem zor­ga­ni­zo­wać obwoźną biblio­tekę. Do jej obsługi potrze­bo­wano god­nych zaufa­nia wolon­ta­riu­szy, a tylko jedna osoba speł­niała te ocze­ki­wa­nia. To zaję­cie oca­liło Annie życie, tak przy­naj­mniej utrzy­my­wała, ponie­waż nie znio­słaby cią­głej obec­no­ści Leo. Na­dal jeź­dził tak­sówką, ale robił tylko krót­kie kursy parę dni w tygo­dniu, więc zazwy­czaj plą­tał się jej w domu pod nogami. Anna twier­dziła, że po dwóch tygo­dniach miała nie­mal myśli samo­bój­cze, dla­tego tele­fon w spra­wie obwoź­nej biblio­teki oka­zał się praw­dzi­wym darem losu.

Anna miała wra­że­nie, że tylko wyje­chała na waka­cje. Zapach środ­ków dezyn­fek­cyj­nych w kory­ta­rzach, brak kli­ma­ty­za­cji latem oraz prze­ni­kliwa wil­goć sza­rego kamien­nego budynku zimą - wszystko to kochała. Choć nie było jej tam zale­d­wie kilka tygo­dni, bez niej Skrzy­dło Wol­no­ści bez­sprzecz­nie nie wyglą­dało tak samo. "Ele­ment wypo­sa­że­nia", tak opi­sała ją kie­row­niczka zmiany w mowie poże­gnal­nej. "Zawsze trzeba dbać o wysoką jakość wypo­sa­że­nia" - oto, co powie­działa kilka tygo­dni póź­niej, gdy Anna wró­ciła.

- O nie! Znowu! Kto nie zamknął tej cho­ler­nej szatni?

Po tym okrzyku nastą­pił kolejny:

- Jezu Święty, Chry­ste Panie, tym razem ta stara małpa prze­sa­dziła!

Stella ruszyła w kie­runku głosu i sta­nęła w progu jak wryta. Shar­ron Ward, jedna z pomoc­nic, trzy­mała w dwóch pal­cach jaskra­wo­czer­woną torebkę, odsu­wa­jąc ją od sie­bie na dłu­gość ramie­nia. Wykrzy­wiła z obrzy­dze­niem twarz, gdy z dol­nego rogu zaczęła wycie­kać strużka jakie­goś paskudz­twa.

Drzwiczki kilku sza­fek były otwarte (nie­ty­powo, ponie­waż wszyst­kie powinny zostać zamknięte na klucz), a uro­cza wie­kowa Joan Nevin, pen­sjo­na­riuszka z pokoju numer trzy, sie­działa przy stole w koszuli noc­nej i miała zde­cy­do­wa­nie podej­rzaną minę.

Pod­czas inda­ga­cji nikt nie przy­znał się do pozo­sta­wie­nia szatni per­so­nelu otwar­tej. Typowe zacho­wa­nie pra­cow­ni­ków Pater­son Manor - gdy coś poszło źle, nikt nie chciał brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści.

- Płacą mi za sprzą­ta­nie, nie za myśle­nie - burk­nęła zapy­tana o ten incy­dent jamaj­ska sprzą­taczka. - Zresztą kto obnosi się w takim miej­scu z taką torebką? To nie pokaz mody.

Sprzą­taczka miała oczy­wi­ście rację, ale Shar­ron Ward lubiła, gdy cały świat wie­dział, że ma pie­nią­dze - po byłym mężu. Twier­dziła, że nie ma potrzeby pra­co­wać, "ale kobieta musi prze­cież robić coś poży­tecz­nego ze swoim wol­nym cza­sem, prawda?". Pen­sja zapew­niała jej pie­nią­dze na drobne przy­jem­no­ści, a czę­ste podróże do Vegas oraz stary, prze­krzy­wiony na bok cadil­lac, któ­rym przy­jeż­dżała codzien­nie na par­king, dowo­dziły, że kie­dyś miała pew­nie masę forsy. Pro­blem pole­gał na tym, że obec­nie chyba koń­czyły się jej zasoby, ale nie miała ochoty się do tego przy­zna­wać.

Shar­ron czę­sto wspo­mi­nała o swo­jej nie­ru­cho­mo­ści w mod­nym kwar­tale Tri­beca - twier­dziła, że to część ugody roz­wo­do­wej - a miesz­ka­nie nad czy­imś gara­żem w Jer­sey wynaj­mo­wała tylko tym­cza­sowo. W jej lof­cie trwa remont, ale wkrótce się do niego wpro­wa­dzi. Tak przy­naj­mniej mówiła dwa lata temu i zda­niem wszyst­kich osób w pracy musi to być jakiś cho­ler­nie gigan­tyczny remont! Shar­ron prze­cha­dzała się po kory­ta­rzach i czę­ściach wspól­nych budynku z tak aro­gancką miną i zadar­tym nosem, jakby to miej­sce było jej wła­sno­ścią. Kru­czo­czarne włosy (ani chybi peruka), mocno upu­dro­wana twarz, oczy jak paciorki i ścią­gnięte w dzió­bek usta, które nasu­wały sko­ja­rze­nie z uszmin­ko­wa­nym na czer­wono psim odby­tem.

Od tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego pią­tego roku dom opieki Pater­son Manor miał nowych wła­ści­cieli. Obie­cy­wali prze­pro­wa­dzić remont i pozbyć się okrop­nej, łusz­czą­cej się, bla­do­zie­lo­nej farby, którą poma­lo­wano ściany w cza­sie powsta­nia budynku, w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym dru­gim roku. Więk­szość pod­łóg przy­kry­wało popę­kane szare lino­leum, nie­ustan­nie napra­wiane od lat, trudno było zna­leźć łazienkę bez wil­goci lub ple­śni przy­naj­mniej w jed­nym z naroż­ni­ków sufitu. Nowi wła­ści­ciele wpro­wa­dzili sta­tut oraz tak zwane zało­że­nia misji pla­cówki, oba doku­menty sta­ran­nie opra­wili w ramy i wywie­sili w holu recep­cji, gdzie wszy­scy je igno­ro­wali.

Więk­szość per­so­nelu wyko­ny­wała swoją pracę z wystar­cza­ją­cym sza­cun­kiem i tro­ską, nie­któ­rzy bar­dziej sumien­nie niż inni. Shar­ron Ward miała skłon­ność do zło­śli­wo­ści i bywało, że pozwa­lała sobie na zbyt wiele wobec sędzi­wych pen­sjo­na­riu­szy zamiesz­ku­ją­cych Skrzy­dło Wol­no­ści, ale jakoś zawsze ucho­dziło jej to pła­zem. Zdo­łała utrzy­mać się w pracy, ponie­waż - jak czę­sto słusz­nie zauwa­żała - "kto będzie robił coś takiego za nie­całe pięt­na­ście dolców na godzinę?".

Do incy­dentu doszło nie­dawno, kiedy Shar­ron zmie­niała Joan Nevin pam­persa. Tuż po zdję­ciu brud­nej pie­lu­chy pani Nevin zorien­to­wała się, że nie do końca opróż­niła pęcherz, a nie miała abso­lut­nie żad­nej kon­troli nad tą funk­cją fizjo­lo­giczną. W wyniku tego nie­for­tun­nego wypadku Shar­ron musiała się prze­brać, a także zmie­nić pościel i koszulę nocną Joan. Zaj­mo­wa­nie się rze­czami wykra­cza­ją­cymi poza zakres tygo­dnio­wych obo­wiąz­ków nie odpo­wia­dało Shar­ron Ward, podob­nie jak nie odpo­wia­dał jej zapach moczu.

Słowa, jakie padły wów­czas w pokoju numer trzy, z pew­no­ścią nie były wymie­nione w sta­tu­cie pla­cówki, a kiedy Anna przy­szła spraw­dzić, co wywo­łało całą awan­turę, star­sza pani sie­działa zalana łzami. Póź­niej Anna odkryła kilka paskud­nych sinia­ków na ramie­niu Joan Nevin, które wedle Shar­ron Ward powstały wsku­tek nie­po­ro­zu­mie­nia, kiedy "ta głu­pia sta­ru­cha o mało nie upa­dła pod prysz­ni­cem".

Kilka dni póź­niej pani Nevin naj­wy­raź­niej pomy­liła szat­nię per­so­nelu z toa­letą, choć odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego posta­no­wiła oddać mocz aku­rat do nale­żą­cej do Shar­ron Ward nowiut­kiej torebki firmy Coach z jaskra­wo­czer­wo­nej skóry, pozo­sta­wała tajem­nicą dla nie­któ­rych osób z Pater­son Manor... lecz nie dla wszyst­kich.

- Sły­sza­łem, co zro­biła, sły­sza­łem! - Kory­ta­rzem niósł się rechot, a tycz­ko­waty męż­czy­zna na bocia­nich nogach wiel­kimi susami wpa­ro­wał do pokoju aku­rat w chwili, gdy Anna ukła­dała Joanie w łóżku. - Wspa­niałe wia­do­mo­ści! Nada­wali przed chwilą w CNN! Znów byli­śmy nie­grzeczni, sta­ruszko, co? Podobno pierw­szo­rzędne tra­fie­nie, w sam śro­dek tar­czy za pierw­szym razem! - Wydo­był z sie­bie odgłos bomby spa­da­ją­cej z dużej wyso­ko­ści.

Pod­czas pierw­szego mie­siąca pobytu Lesa Howella w Pater­son Manor trzy­krot­nie przy­ła­pano go w łóżku z trzema róż­nymi, bar­dzo zdez­o­rien­to­wa­nymi star­szymi paniami. W kolej­nym tygo­dniu zastano go w dość jed­no­znacz­nej pozy­cji z jesz­cze inną pen­sjo­na­riuszką, która wyda­wała się tym dużo mniej prze­jęta niż inne kobiety. Ostro sprze­ci­wiła się wypusz­cze­niu go z pokoju, póki "cho­ler­nie dobrze jej nie dogo­dzi" - były to jej słowa, nie jego, jak ujaw­niono w rapor­cie z incy­dentu, który cze­kał na opi­nię docho­dzą­cego psy­cho­loga kli­nicz­nego. Pan Howell utrzy­my­wał, że doszło do nie­po­ro­zu­mie­nia i że on sam ma pro­blemy z orien­ta­cją. W każ­dym razie abso­lut­nie nie był w sta­nie "dogo­dzić" jakiej­kol­wiek kobie­cie, choć przy­znał, że chęt­nie by spró­bo­wał.

Więk­szość pen­sjo­na­riu­szy domu opieki wywo­dziła się z klasy śred­niej, opłaty za pobyt były pokry­wane z ich ogra­ni­czo­nych zaso­bów oso­bi­stych i uzu­peł­niane przez hojne rodziny. Kilka dola­rów mie­sięcz­nie to nie­wy­gó­ro­wana cena za pozby­cie się iry­tu­ją­cych sta­rych pry­ków.

Ci naj­bar­dziej samotni spę­dzali czas na patrze­niu na ogród, odgrze­by­wa­niu utra­co­nych wspo­mnień i daw­nych miło­ści, inni uda­wali, że czy­tają gazety albo roz­wią­zują krzy­żówki, lecz i oni byli pogrą­żeni w prze­szło­ści. Zda­rzali się wśród nich kar­cia­rze i ukła­da­cze puz­zli, gaduły i plot­ka­rze, spo­kojni i mało­mówni, któ­rzy lubili kolo­ro­wanki i robótki na dru­tach, żywotne kobiety jak Joanie Nevin i nie­sforni, hała­śliwi męż­czyźni jak Les Howell. Sta­no­wili zróż­ni­co­waną grupę, a Anna kochała ich wszyst­kich, podob­nie jak oni ją. Zawsze znaj­do­wała czas na poga­wędkę albo pomoc w zna­le­zie­niu opusz­czo­nego oczka czy zagu­bio­nego ele­mentu ukła­danki. Chęt­nie oglą­dała z nimi tele­no­wele i uwiel­biała słu­chać opo­wie­ści ze szczę­śliw­szych cza­sów. Nikt nie powie­działby na nią złego słowa. Nikt, prócz nowego miesz­kańca z pokoju dwa­dzie­ścia cztery, Pawła Micha­lika, który poda­wał się za Polaka.

5

Paweł Micha­lik prze­żył ostat­nie dwa lata dru­giej wojny świa­to­wej, kiedy eks­ter­mi­na­cja Żydów osią­gnęła kul­mi­na­cję, w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Był kimś w rodzaju boha­tera, uwiel­biał opo­wia­dać o swo­ich wyczy­nach każ­demu, kto chciał słu­chać, choć jego scho­ro­wana publicz­ność nie­rzadko zasy­piała, gdy glę­dził o trud­nych doświad­cze­niach i nie­doli tam­tych strasz­nych lat.

Kiedy w ośrodku przy­ci­chło począt­kowe poru­sze­nie wywo­łane obec­no­ścią boha­tera wojen­nego, więk­szość jego miesz­kań­ców zaczęła omi­jać Polaka sze­ro­kim łukiem. Był czło­wie­kiem trud­nym, odro­binę zbyt wybu­cho­wym i zaro­zu­mia­łym jak na gust innych, w końcu zaczął więc prze­sia­dy­wać w swoim pokoju, spę­dza­jąc więk­szość czasu w łóżku, gdzie w dal­szym ciągu odda­wał się prze­szu­ki­wa­niu pamięci.

Cza­sem jed­nak podej­mo­wał wysi­łek poja­wie­nia się na obie­dzie, ponie­waż wie­dział, że będzie miał tam mimo­wol­nych słu­cha­czy. Dru­gim sta­łym towa­rzy­szem Polaka - obok wybu­ja­łego ego - była srebrna pier­siówka, tak zwany oży­wiacz. Posia­da­nie alko­holu w nie­do­zwo­lo­nym naczy­niu było ści­śle zabro­nione w Pater­son Manor, ale Polak był prze­ko­nany, że per­so­nel nie ma poję­cia o spryt­nie ukry­wa­nym przez niego trunku. Mylił się - wie­dzieli, lecz posta­no­wili przy­mknąć oko. Kie­row­niczka zmiany zde­cy­do­wała się trak­to­wać Polaka tro­chę luź­niej; nie dość, że był boha­te­rem wojen­nym, to w jego kar­cie wspo­mniano o moż­li­wej demen­cji oraz począt­kach przed­wcze­snej utraty pamięci.

Polak był nowy w oko­li­cach New Jer­sey, wcze­śniej zamiesz­ki­wał z rodziną duży dom w eks­klu­zyw­nej czę­ści Flo­rydy. Nie było jasne, jak ani dla­czego przy­był do zawil­go­co­nego, pod­upa­dłego domu opieki w Pater­son, wziąw­szy pod uwagę, że to wła­śnie Flo­rydę uwa­żano za ame­ry­kań­ską sto­licę eme­ry­tów. Przy­pi­sy­wano to kwe­stiom finan­so­wym i ludzie błęd­nie przy­pusz­czali, że nie stać go już na dobre życie w Sło­necz­nym Sta­nie.

Wkrótce po zja­wie­niu się Micha­lika w Pater­son Manor kie­row­nic­two puściło w obieg arty­kuł o jego doświad­cze­niach obo­zo­wych, wycho­dząc z zało­że­nia, że może on zain­te­re­so­wać pozo­sta­łych miesz­kań­ców. Opa­trzony foto­gra­fiami tekst uka­zał się we "Flo­rida Times" kilka mie­sięcy wcze­śniej pod skrom­nym nagłów­kiem Boha­ter z obozu kon­cen­tra­cyj­nego.

Polak twier­dził, że po zatrzy­ma­niu przez Niem­ców haro­wał w fabryce, a w gaze­cie napi­sano, że jest pol­skim Żydem. Shar­ron Ward szybko zwró­ciła uwagę zain­te­re­so­wa­nych, że zgod­nie z doku­men­ta­cją medyczną Paweł Micha­lik nie został obrze­zany. "Może miał nie­prak­ty­ku­ją­cych rodzi­ców", wywnio­sko­wała.

Pomimo zaawan­so­wa­nego wieku Micha­lik miał w sobie jakąś dys­tynk­cję oraz auto­ry­ta­tyw­ność i gdyby nie pod­upa­da­jące zdro­wie, można by było powie­dzieć, że trzy­mał się po woj­sko­wemu.

Mówiąc, led­wie poru­szał ustami, zmu­szał tym samym słu­cha­czy do kon­cen­tra­cji, a to dawało mu poczu­cie waż­no­ści. Cerę miał posza­rzałą, zie­mi­stą, cza­sem przy­bie­ra­jącą nie­mal trupi odcień, i gdy jakieś dziecko odwie­dzało krew­nego w Skrzy­dle Wol­no­ści, to albo gapiło się na Polaka z bez­piecz­nej odle­gło­ści, albo ucie­kało prze­ra­żone - zwy­kle wybie­rało tę drugą opcję.

Anna uni­kała go jak ognia. Kiedy Stella zauwa­żyła, że on zawsze sie­dzi zwró­cony ple­cami do ściany, jakby cią­gle obser­wu­jąc, Anna zaczęła przy­glą­dać mu się po kry­jomu i prze­ko­nała się, że przy­ja­ciółka ma rację. Towa­rzy­stwo Micha­lika nie­któ­rych wytrą­cało z rów­no­wagi.

Flo­rydzka gazeta dono­siła, że zdu­mie­wa­jąca histo­ria Polaka zosta­nie przed­sta­wiona w dwóch czę­ściach, i rze­czy­wi­ście: w kolej­nym nume­rze poja­wił się znowu, z doku­men­tem, który rze­komo oca­lił z tlą­cego się stosu akt nisz­czo­nych w pośpie­chu przez nie­miec­kich straż­ni­ków przed wyzwo­le­niem. Polak utrzy­my­wał, że zdo­był go pota­jem­nie. Nie tylko zawie­rał ziar­ni­ste zdję­cie jego udrę­czo­nej twa­rzy zro­bione w dniu przy­jazdu do obozu, lecz także wyszcze­gól­niał mia­sto pocho­dze­nia, kolor wło­sów, skóry i tak dalej. W rubryce zawód z jakie­goś powodu wpi­sano "urzęd­nik", a nie "robot­nik fabryczny". Na doku­men­cie przy­bito pie­czątkę ze sło­wem "Juden" wypi­sa­nym zło­wróżb­nie wiel­kimi lite­rami.

Wedle Ellen Ran­dolph, nie­za­leż­nej dzien­ni­karki, autorki arty­kułu we "Flo­rida Times", Polak był wię­ziony w Wiśnicy, jed­nym z pomoc­ni­czych obo­zów gigan­tycz­nego kom­pleksu Auschwitz-Bir­ke­nau. Wiśnica dostar­czała drewno, wapno, żwir oraz, co istot­niej­sze, siłę robo­czą. Bada­nia potwier­dziły, że nie róż­niła się istot­nie od wielu innych ówcze­snych obo­zów, była miej­scem prze­zna­czo­nym do kara­nia wro­gów Rze­szy, inte­lek­tu­ali­stów, arty­stów, spo­ra­dycz­nie jeń­ców, Romów i homo­sek­su­ali­stów. Wraz z inten­sy­fi­ka­cją dzia­łań wojen­nych i kry­sta­li­zo­wa­niem się hitle­row­skiego "osta­tecz­nego roz­wią­za­nia" Wiśnica potro­iła swoje roz­miary, by pomóc w radze­niu sobie z ogrom­nym napły­wem euro­pej­skich Żydów. Stała się obo­zem zagłady, takim jak Auschwitz.

Paweł Micha­lik mówił, że prze­by­wał tam w cza­sie, gdy do obozu zaczęły przy­by­wać tysiące węgier­skich Żydów. Cheł­pił się, że był zupeł­nie inny niż oni. O ile tamci szli na spo­tka­nie swego losu "cicho i bez­wol­nie", on przy­jął samo­zwań­czą rolę "agi­ta­tora", by jak naj­bar­dziej krzy­żo­wać Niem­com szyki, a zara­zem utrzy­mać się przy życiu.

Twier­dził, że ukry­wał się pośród hord przy­by­szów, robiąc uniki, lawi­ru­jąc i prze­my­ka­jąc po tere­nie obozu, sypia­jąc co noc w innym baraku, uni­ka­jąc apeli, gdy tylko się dało, robiąc wszystko, by oca­lić życie. Bie­gle opa­no­wał sztukę nie­prze­by­wa­nia ni­gdy w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie, acz wie­dział, że kie­dyś wyczer­pie mu się szczę­ście. "Niemcy mieli pełne ręce roboty", zacy­to­wano jego słowa. "Na końcu było po pro­stu za dużo więź­niów. Na każdy tysiąc wysłany do komór gazo­wych następ­nego dnia przy­jeż­dżały dwa tysiące. Nie­trudno było zgu­bić się w tym tłu­mie, jeśli miało się głowę na karku".

Micha­lik opo­wia­dał, że każdą godzinę poświę­cał sabo­to­wa­niu wysił­ków wroga. Choć było to skraj­nie nie­bez­pieczne, robił, "co trzeba", żeby spo­wol­nić nie­miecką machinę śmierci. Dzięki niemu jego żydow­scy bra­cia mogli przy­naj­mniej pood­dy­chać nieco dłu­żej, nawet jeśli było to zale­d­wie kilka godzin.

"Bóg w swo­jej nie­skoń­czo­nej mądro­ści opu­ścił Żydów w Wiśnicy", mówił Polak w arty­kule. "Zosta­wił nas samym sobie, byśmy umie­rali z jego imie­niem na ustach. Może o nas zapo­mniał? Posta­no­wi­łem, że usły­szy mój głos w tej otchłani nie­doli". Dalej twier­dził, że przed wyzwo­le­niem obozu zabił kilku straż­ni­ków, któ­rzy zamie­nili jego życie w pasmo udręki. "Nad­szedł czas małego odwetu", powie­dział.

Po publi­ka­cji dru­giej czę­ści wspo­mnień kilka ogól­no­kra­jo­wych gazet codzien­nych pod­chwy­ciło histo­rię i także zamie­ściło arty­kuły na ten temat, nawet pro­du­cenci pro­gramu publi­cy­stycz­nego 60 minut, emi­to­wa­nego w tele­wi­zji CBS, zaczęli się roz­glą­dać, czy nie skap­nie coś dla nich. Rela­cję Polaka doku­men­to­wały wycinki pra­sowe, listy oraz doku­menty, które z dumą puścił w obieg przy stole pod­czas obiadu kilka tygo­dni po swoim przy­jeź­dzie. Jego sława zata­czała coraz szer­sze kręgi.

Aż nagle pew­nego dnia Ellen Ran­dolph otrzy­mała tajem­ni­czy list z Pol­ski, który poda­wał w wąt­pli­wość wia­ry­god­ność opo­wie­ści Polaka. Ellen zro­biła to, co uczy­niłby na jej miej­scu każdy solidny dzien­ni­karz - zaczęła węszyć. Na począ­tek posta­no­wiła ponow­nie zło­żyć wizytę boha­te­rowi swo­jego arty­kułu i zadać mu wię­cej pytań. Nie bra­ko­wało jej doświad­cze­nia, udała więc, że nosi się z zamia­rem napi­sa­nia kolej­nego tek­stu okra­szo­nego więk­szą por­cją sen­sa­cyj­nych infor­ma­cji. Obrana tak­tyka nie­stety zawio­dła i kiedy pani Ran­dolph przy­była na spo­tka­nie, dzieci Pawła Micha­lika poin­for­mo­wały ją, że ojciec nagle posta­no­wił wybrać się w podróż do Europy, na stare śmieci, z sen­ty­mentu do daw­nych cza­sów, i że nie mają poję­cia, kiedy wróci. Ellen im nie uwie­rzyła. Micha­lik był zbyt wątłego zdro­wia, by wyje­chać z Flo­rydy do Pol­ski bez osoby towa­rzy­szą­cej, oni tym­cza­sem utrzy­my­wali, że podró­żuje sam i nie wia­domo, jak długo zabawi... Nie­moż­liwe.

Dal­sze docie­ka­nia potwier­dziły, że ni­gdzie nie ma dowodu, by kto­kol­wiek o nazwi­sku Micha­lik opu­ścił Stany Zjed­no­czone drogą mor­ską lub powietrzną w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy. Zagadka się pogłę­biała. Gdzie on się podzie­wał, a co istot­niej­sze, dla­czego znik­nął?

Poszu­ki­wa­nia trwały. Gdyby tylko pani Ran­dolph znała praw­dziwą histo­rię Pawła Micha­lika, sprze­da­łaby duszę za taką bombę - mówiłby o tym cały świat. Jed­nak to nie ambitna młoda dzien­ni­karka z Flo­rydy dopi­sała ostatni roz­dział opo­wie­ści Polaka, tylko stary wyja­dacz z "New York Timesa", który pod­su­mo­wał wszystko sło­wami: "Życie Pawła Micha­lika jest tak nie­sa­mo­wite, że sam Ste­phen King czy John Gri­sham by tego nie wymy­ślili!".

6

Gdy Stella wciąż jesz­cze śmiała się z tego, jak Joan Nevin nasi­kała rano do torebki Shar­ron, zauwa­żyła, że sta­ruszka się uśmie­cha. Joanie była wytrawną żar­tow­ni­sią o wod­ni­stych, jasno­nie­bie­skich oczach z czer­wo­nymi obwód­kami, na­dal skrzą­cych się szel­mow­sko, co urze­kało jej męża aż do śmierci, która nastą­piła wkrótce po jego dzie­więć­dzie­sią­tych czwar­tych uro­dzi­nach. Joan unio­sła wątłą, nie­mal szpo­nia­stą dłoń i przy­wo­łała Stellę zakrzy­wio­nym pal­cem.

- O co cho­dzi, Joanie? Czego byś chciała?

Szept sta­ruszki poniósł się w powie­trzu na nie­wi­dzial­nych moty­lich skrzy­dłach.

- Zasłu­żyła sobie!

- Kto sobie na co zasłu­żył, kochana? Mówisz o Shar­ron?

- Tak. O tej wred­nej suce Shar­ron. Zawsze mnie nie­na­wi­dziła, ale tym razem ją dopa­dłam, co? Nie­źle zala­złam jej za skórę, a nie wie jesz­cze o naj­gor­szym!

Po tej uwa­dze szel­mow­sko zachi­cho­tała. Stella zadała sobie w duchu pyta­nie, cóż może być gor­szego od nasi­ka­nia komuś do torebki.

- Pocze­kaj, aż wie­czo­rem włoży buty - cią­gnęła sta­ruszka. - Jak zdej­mie te stare, brudne teni­sówki i wsu­nie swoje śmier­dzące stopy z odci­skami w te nowiut­kie ele­ganc­kie buciki!

Shar­ron Ward kupiła sobie dro­gie na pierw­szy rzut oka botki i wło­żyła je tego dnia do pracy, żeby się wszyst­kim pochwa­lić. Były z czer­wo­nej lakie­ro­wa­nej skóry oraz zamszu, ide­al­nie dobrane do nowej torebki.

Wątła star­sza pani pochy­liła się ku Stelli i zdra­dziła jej sekret:

- Lewy but.

- Co z tym lewym butem, kochana? Joanie, o czym ty, na litość boską, mówisz? - Stella spoj­rzała w twarz pani Nevin i natych­miast poża­ło­wała tego pyta­nia.

- Nie mogłam nic pora­dzić, musia­łam, więc zała­twi­łam się do tych jej nowiut­kich butów, do lewego, jak już mówi­łam. Zro­bi­łam kupę tuż przed tym, jak mnie nakryli na siu­sia­niu do jej torebki!

Sta­ruszka zgar­biła kości­ste ramiona, głowa zawi­sła mię­dzy oboj­czy­kami, pod­ska­ku­jąc w górę i w dół, ponie­waż Joanie zaśmie­wała się ze swo­jej śmier­dzą­cej tajem­nicy niczym psotne dziecko, któ­rym zresztą zawsze była.

Stella krzyk­nęła, w jej gło­sie szok mie­szał się z zachwy­tem.

- Och, dobry Boże, Joanie! Jesteś nie­re­for­mo­walna! Mogłaś mi nie mówić!

Kilka minut póź­niej Stella była już w jadalni dla per­so­nelu. Miała nadzieję, że wpad­nie tam na Annę i opo­wie jej o naj­now­szym akcie zemsty Joan Nevin. Jeśli cokol­wiek mogłoby prze­ła­mać lody pomię­dzy Stellą a Anną, to wła­śnie opo­wieść o Joanie robią­cej kupę do ele­ganc­kich nowych butów Shar­ron Ward!

Nucąc pod nosem That's Amore, Stella wyjęła kubek z szafki nad zle­wem i wsy­pała do niego pełną łyżkę kawy roz­pusz­czal­nej. Następ­nie otwo­rzyła lodówkę i się­gnęła po resztkę cia­sta, które przy­nio­sła rano z domu.

I wła­śnie wtedy, gdy cze­kała, aż zago­tuje się woda w czaj­niku, roze­grała się ta straszna histo­ria.

Zaczęło się od krzyku tak dono­śnego, że wszyst­kie ptaki za oknem zerwały się do lotu, a ludziom w budynku słowa zamarły na ustach.

Krzy­czał męż­czy­zna. Bez wąt­pie­nia. Gło­śno i w wiel­kiej zło­ści. Stella natych­miast wybie­gła na kory­tarz, by zoba­czyć, skąd docho­dzą odgłosy awan­tury. Oka­zało się, że z pokoju numer dwa­dzie­ścia cztery, pokoju Polaka.

- Nie rób tego! Odłóż to, ty pol­ska suko, ina­czej poża­łu­jesz. Odłóż to, mówię!

Stelli sta­nęły dęba deli­katne wło­ski na ramio­nach, puściła się bie­giem do pokoju dwa­dzie­ścia cztery i bez zapo­wie­dzi wpa­dła do środka.

Naj­pierw ujrzała sie­dzą­cego pro­sto na łóżku Polaka, wciąż jesz­cze w piża­mie, wyraź­nie dygo­czą­cego. Z roz­dzia­wio­nymi ustami i nitką śliny roz­cią­gniętą mię­dzy górną a dolną sztuczną szczęką. Miał roz­sze­rzone noz­drza i tru­pio bladą skórę. W pokoju mocno było czuć uryną. Po raz pierw­szy oczy Polaka były kom­plet­nie nie­ru­chome, wiel­kie jak spodki, wpa­trzone w kogoś sto­ją­cego naprze­ciwko, w nogach łóżka.

Stella powio­dła wzro­kiem za jego spoj­rze­niem i wtedy po raz pierw­szy zoba­czyła przy­ja­ciółkę z bro­nią w ręku. Co dziwne, Anna ani drgnęła, gdy Stella wpa­ro­wała do pokoju; nawet na sekundę nie ode­rwała oczu od Polaka. Tak jakby się jej tam spo­dzie­wała. Stella wtedy jesz­cze tego nie wie­działa, dopiero póź­niej powie­dziano jej, że trzy­many przez przy­ja­ciółkę pisto­let to luger, stan­dar­dowe wypo­sa­że­nie SS pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Dla niej rów­nie dobrze mogła to być zabawka, sądząc jed­nak po minie Polaka oraz trud­no­ści, jaką naj­wy­raź­niej spra­wiał Annie cię­żar broni, pisto­let był jak naj­bar­dziej praw­dziwy.

- To on, Stell. Od początku wie­dzia­łam, że to on - rzu­ciła cicho przez ramię, jakby intu­icyj­nie roz­po­znała, kto wszedł wła­śnie do pokoju.

- Jaki on?

- On. Polak. Chart. To Polak i Chart, nie rozu­miesz? Jedna i ta sama osoba. - Anna mówiła zagad­kami.

- Może odło­żysz tę broń? - wtrą­cił Polak łamią­cym się gło­sem. - Jestem boha­te­rem wojen­nym i jeśli mnie zastrze­lisz, nie zyskasz nic prócz doży­wot­niego wię­zie­nia.

Anna zaczęła wyma­chi­wać bro­nią i zaśmiała się - śmie­chem sza­leńca, który prze­ra­ził Stellę rów­nie mocno jak pisto­let.

- Ja jestem w wię­zie­niu, ty stary dur­niu, od stycz­nia tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku!

- Anno, o co tu cho­dzi? - zapy­tała Stella. - Mogła­byś odło­żyć broń? Anno, pro­szę, boję się. Zrób to dla mnie, odłóż pisto­let.

Polak jakby odro­binę się roz­luź­nił, usa­do­wił się wygod­niej i nacią­gnął koł­drę. Pierś falo­wała pod piżamą, oczy miał przy­mru­żone. Kąciki ust wygięły się w górę, tak jakby drwił sobie z Anny.

Serce Stelli waliło jak mło­tem. Nad górną wargą wystą­piły kro­ple potu, dło­nie zwil­got­niały. Dla­czego Anna mie­rzy do Polaka? Prze­cież nie ma poję­cia, jak się posłu­gi­wać bro­nią palną, a jed­nak wygląda na bar­dzo zde­ter­mi­no­waną.

- Pro­szę cię, Anno, odłóż broń. Pro­szę. Na pewno roz­wią­żemy pro­blem. Kim­kol­wiek jest, chyba nie warto, prawda?

- Och, Stell, bar­dzo się mylisz. Zasłu­żył sobie na to, na każdą z tych chwil i na jesz­cze wię­cej.

Po pięk­nych policz­kach Anny zaczęły spły­wać łzy, otarła twarz ręka­wem. A potem nagle zasty­gła, jakby wła­śnie wpadł jej do głowy pewien pomysł. Gło­śno kich­nęła, kil­ka­krot­nie zamru­gała powie­kami, zbie­ra­jąc siły do powzię­tej przed chwilą decy­zji. Prze­cież tego nie zrobi, nie pocią­gnie za spust, prawda?

Jed­nym celo­wym ruchem nie­mal w zwol­nio­nym tem­pie unio­sła i w pełni wypro­sto­wała prawe ramię - ręka już nie drżała, pew­nie dzier­żyła pisto­let. Anna roz­myśl­nie wsparła pod­bró­dek na oboj­czyku, zamknęła jedno oko, dru­gie zmru­żyła, patrząc wzdłuż wycią­gnię­tego ramie­nia pro­sto w celow­nik pisto­letu na linii głowy Polaka... Następ­nie kciu­kiem odbez­pie­czyła broń.

7

9 stycz­nia 1940 Węgrzyn, Pol­ska

Według nie­miec­kich żoł­nie­rzy prze­mie­rza­ją­cych Pol­skę po blitz­kriegu pierw­szego wrze­śnia tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku zabi­ja­nie to pestka. Roz­ma­wiali o tym w trak­cie podróży, pod­ska­ku­jąc i tłu­kąc się na wybo­jach pośród smęt­nego, sza­rego kra­jo­brazu, gdy zbli­żali się do nie­miec­kiej gra­nicy i leżą­cych za nią pol­skich wsi. Pano­wała powszechna zgoda co do tego, że jak już się zacznie, trudno prze­stać. Pierw­szy raz był naj­trud­niej­szy, a potem to już "masowe strze­la­nie do szczu­rów", jak ktoś zauwa­żył, a cała reszta zaśmiała się z tej ana­lo­gii, ponie­waż wła­śnie tak mini­ster Goeb­bels nazy­wał Żydów i Pola­ków: szczu­rami.

Brak oporu pod­czas dru­giej fali zasko­czył oddziały SS, które nie wzięły pod uwagę faktu, że mają do czy­nie­nia jedy­nie z chło­pami i ich rodzi­nami, a nie z wyszko­lo­nym per­so­ne­lem woj­sko­wym. Z jakąż łatwo­ścią robiło się czystki, podą­ża­jąc śla­dem eli­tar­nych oddzia­łów sztur­mo­wych, które zale­d­wie kilka tygo­dni wcze­śniej niczym nie­moż­liwa do zatrzy­ma­nia machina uto­ro­wały drogę do War­szawy. Nie­miec - to brzmi dum­nie.

Teraz tylko sprzą­tali i przy udziale drob­nych lokal­nych urzęd­ni­ków spo­rzą­dzali listy - nie­koń­czące się listy. Każda naj­drob­niej­sza rzecz musiała być udo­ku­men­to­wana i zatwier­dzona stem­plem, ponie­waż osta­tecz­nie całą doku­men­ta­cję depo­no­wano w Ber­li­nie. Führer oświad­czył, że wszyst­kie dzia­ła­nia trzeba ewi­den­cjo­no­wać, ponie­waż Niemcy two­rzą wła­śnie histo­rię. Zapew­niano ich, że są nie­zwy­cię­żeni, a zwa­żyw­szy na łatwość, z jaką wszystko im się pod­da­wało, naj­wy­raź­niej była to prawda.

Nikt nie powie­dział, jak długa jest droga do zwy­cię­stwa, sta­wało się jed­nak jasne, że skła­dała się z wielu eta­pów. Im prę­dzej upo­rają się z bie­żą­cymi zada­niami, tym prę­dzej wojna się zakoń­czy. Nale­żało dzia­łać spraw­nie także i w dru­giej fazie; SS miało roz­pra­wić się z drob­nymi sprze­ci­wami i głu­pimi narze­ka­niami (wielu ludzi będzie nie­za­do­wo­lo­nych ze zmian) i nie pozwo­lić, by kto­kol­wiek lub cokol­wiek sta­nęło im na dro­dze.

Ber­lin wpadł na dosko­nały pomysł wyko­rzy­sta­nia więź­niów do fizycz­nej pracy, wyzna­cza­jąc nie­miec­kich żoł­nie­rzy dokład­nie do tych zadań, do któ­rych się zgło­sili - walki o ojczy­znę. Pod­bite zie­mie dostar­czały licz­nej siły robo­czej, a z dotych­cza­so­wych doświad­czeń wyni­kało, że Führer miał rację - Polacy nadają się do pracy fizycz­nej i do niczego ponadto. Stoją o sto­pień wyżej od Żydów, ale to nie­wielka róż­nica.

Męż­czyźni, mając mnó­stwo czasu w trak­cie dłu­giej podróży, w cię­ża­rówce poru­szali wiele róż­nych tema­tów, a nastrój popra­wił się im jesz­cze bar­dziej, gdy zaczęli roz­pra­wiać o dodat­ko­wych korzy­ściach zwią­za­nych z "drugą falą". Na przy­kład dostaje się naj­lep­sze kwa­tery, zwłasz­cza jeśli jest się ofi­ce­rem. Dobrze też mieć zna­jo­mego w Gestapo, ponie­waż to przy­spie­sza sprawy, a nie ma nic lep­szego, niż prze­jąć miesz­ka­nie zwol­nione nie­dawno przez jakie­goś zamoż­nego Żyda, jako że to oni mieli zawsze naj­pięk­niej­sze nie­ru­cho­mo­ści i zosta­wiali po sobie dobry jako­ściowo doby­tek. Wolno im było zabrać ze sobą tylko tyle, ile zdo­łali unieść, ku wiel­kiej korzy­ści wpro­wa­dza­ją­cego się na ich miej­sce nowego loka­tora.

Naj­więk­szymi pro­ble­mami dru­giej fali były zasoby i czas. To typowe dla Ber­lina, sie­dziby ano­ni­mo­wych biu­ro­kra­tów, któ­rzy odczy­ty­wali tre­ści zawarte mię­dzy wier­szami prze­mó­wień Führera: nie mieli poję­cia o prak­tycz­nych trud­no­ściach, z któ­rymi ci na miej­scu musieli mie­rzyć się każ­dego dnia. Tyle dobrego, że nie narzu­cali wielu zasad. Ow­szem, wszystko musiało być udo­ku­men­to­wane i odno­to­wane, prze­pro­wa­dzano kon­trole, audyty i bilanse, ale ist­niała moż­li­wość dowol­nego doboru środ­ków, byle wyko­nać zada­nie. Po pro­stu. I takie były roz­kazy. Wyko­nać!

Wtedy nade­szła pora na zabi­ja­nie. Cza­sem nie miało się wyboru, bo ina­czej spo­wal­nia­łoby się pro­ces i wyni­kłyby z tego pie­kielne kło­poty. Jeśli ktoś powo­do­wał zbędne opóź­nie­nia, nale­żało roz­pra­wić się z nim natych­miast, by móc przejść do następ­nego celu. Tylko to się liczyło.

Rolf Schro­der, naj­wyż­szy rangą Nie­miec w cię­ża­rówce, mówił o otrzy­ma­nej kore­spon­den­cji doty­czą­cej pro­ble­mów czę­ści młod­szych rekru­tów SS z likwi­do­wa­niem dużych grup - strze­la­nie przez wiele godzin do nie­uzbro­jo­nych star­szych ludzi oraz dzieci dla nie­któ­rych sta­wało się nie­zno­śne. Sprawa zaczęła nabie­rać roz­pędu, gdy do Ber­lina wpły­nęły liczne raporty z ope­ra­cyj­nych dzia­łań polo­wych. Zamiast mówić żoł­nie­rzom, by "się uod­por­nili" i wypeł­niali swoje obo­wiązki, Reichsführer Him­m­ler, który dowo­dził SS, a nawet Obersturmbannführer Eich­mann (komen­dant wszyst­kich obo­zów) poszu­ki­wali innych metod eli­mi­na­cji, by uspo­koić sytu­ację.

Wraz z sze­rze­niem się wie­ści o zakła­da­niu gett, w któ­rych tym­cza­sowo zakwa­te­ro­wy­wano Żydów, stało się jasne, że liczeb­ność się zwięk­szy. Mówiło się nawet o stwo­rze­niu pro­gramu euta­na­zji dla doro­słych, który pomógłby w roz­wią­za­niu kwe­stii prak­tycz­nych zwią­za­nych z tymi spra­wami. Wszy­scy czuli się pokrze­pieni na duchu, że Ber­lin poważ­nie trak­tuje ich obawy.

Rosyj­skich jeń­ców wojen­nych oraz pol­skich dysy­den­tów likwi­do­wano szybko, ponie­waż byli poten­cjal­nie naj­bar­dziej szko­dliwi. Pomimo tra­gicz­nego w oczy­wi­sty spo­sób poło­że­nia z jakie­goś nie­do­rzecz­nego powodu wciąż mieli w sobie zapał i deter­mi­na­cję. Im moc­niej ude­rzało się w wichrzy­cieli, tym bar­dziej rósł upór tych głup­ców. Żydów było wię­cej niż wszyst­kich innych razem wzię­tych, ale na szczę­ście zacho­wy­wali się tak bier­nie i ule­gle, że nie nastrę­czali więk­szych trud­no­ści. Znę­cano się nad nimi i ponie­wie­rano, sys­te­ma­tycz­nie bito i odczło­wie­czano do tego stop­nia, że zga­dzali się nawet pil­no­wać samych sie­bie!

Z wybra­nych for­mo­wano grupy kapo - zaufa­nych więź­niów - któ­rych zada­niem było utrzy­my­wa­nie dys­cy­pliny wśród swo­ich. Niemcy musieli mieć ubaw, gdy roz­ma­wiali o tym, że kapo ocho­czo stłuką na kwa­śne jabłko każ­dego z żółtą gwiazdą Dawida na ręka­wie! To genialny Adolf Eich­mann roz­pra­co­wał spo­sób postę­po­wa­nia tych ludzi na długo przed prze­nie­sie­niem ich do gett. Ni­gdy nie podej­mo­wali walki; sta­wali na bacz­ność, gdy im kazano, pra­co­wali do ostat­ków sił, kopali wła­sne groby, a nawet wła­sno­ręcz­nie zapeł­niali te już wyko­pane, zanim ich roz­strze­lano. Łatwiej być nie mogło. Gdyby tylko nie było ich tak wielu!

Wart uwagi jest fakt, że zda­niem czę­ści eses­ma­nów z Żydami nie było żad­nej frajdy. Gdzie pościg, gdzie polo­wa­nie? Ich ule­głość spra­wiała, że wiało nudą, więc oddziały musiały pod­trzy­my­wać swoje zaan­ga­żo­wa­nie w sprawę wszel­kimi dostęp­nymi środ­kami. Trudno mieć sza­cu­nek dla wroga, który nie sta­wia oporu.

"Brak frajdy" naj­bar­dziej doskwie­rał Kar­lowi Brau­nowi. Jego kole­dzy z cię­ża­rówki widzieli go już w akcji i nie wąt­pili, że zabi­ja­nie spra­wiało mu przy­jem­ność. Cza­sem dostrze­gali to w jego oczach - błysz­czały, gdy zaczy­nało się roz­strze­li­wa­nie. Ale dobrze było mieć go pod ręką. Kiedy Chart znaj­do­wał się w pobliżu, można było robić swoje.

8

Poranne słońce pró­bo­wało obwie­ścić swoje poja­wie­nie się na sza­rym nie­bie za zasłoną nagich drzew. Szron osa­dził się na tra­wie, lód chrzę­ścił pod kołami cię­ża­rówki tele­pią­cej się po zamar­z­nię­tym bło­cie i wybo­jach. Rolf Schro­der patrzył, jak wstaje kolejny ponury dzień pol­skiej zimy. Nie­na­wi­dził Pol­ski, jej zasnu­tego nieba i nija­kiego kra­jo­brazu. Poprzed­niego wie­czora spo­tkał się z kłó­tli­wym bur­mi­strzem spo­rego mia­sta, w końcu wycią­gnął od niego inte­re­su­jące go nazwi­ska i zatrzy­mał się tam na nocny spo­czy­nek. Przed wyjaz­dem posta­no­wił pozo­sta­wić przy­kład, dla­czego nie należy sprze­ci­wiać się SS w takich cza­sach. Przy­kład zawisł na drze­wie pod ratu­szem. A dokład­niej - trzy takie przy­kłady.

Póź­niej Schro­der wyru­szył w godzinną podróż wąskimi bocz­nymi dro­gami do maleń­kiej wio­ski Węgrzyn, dzie­sięć kilo­me­trów za nie­miecko-pol­ską gra­nicą.

Pozwo­lił sobie na prze­lotny uśmiech. Życie pod­po­rucz­nika SS oka­zało się nie takie złe, jak z początku oba­wiali się jego rodzice. Nie wal­czył na linii frontu. Los naj­wy­raź­niej mu sprzy­jał i Schro­der był prze­ko­nany, że jeśli nie będzie pako­wał się w kło­poty, prze­czeka wojnę i gdy kon­flikt zbrojny się zakoń­czy, powróci do nor­mal­nego życia, wzbo­ga­co­nego o nowe doświad­cze­nia.

Lech Bur­czyk dźwi­gnął z łóżka swoje obo­lałe ciało, prze­cią­gnął się i pod­szedł boso do okna po zim­nych deskach pod­łogi. Gdy roz­su­wał jutowe zasłony, zza któ­rych wyło­nił się kolejny mroźny pora­nek, oddech zawisł przed nim w powie­trzu pod posta­cią lek­kiego obłoczka nie­wy­po­wie­dzia­nych jesz­cze słów. Zima cią­gnęła się już długo, oka­zała się cza­sem burz­li­wym, obfi­tu­ją­cym w wyda­rze­nia wsz­częte z hanieb­nych pobu­dek. Nie­miecka inwa­zja, o któ­rej mówiło się ze stra­chem od dawna, prze­pro­wa­dzona w prze­ra­ża­jąco bły­ska­wicz­nym tem­pie, zwia­sto­wała nadej­ście nowego roku w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób.

Zwy­kle o tej porze Lech myślał o wio­śnie i nad­cho­dzą­cych sie­wach. Ale do wio­sny pozo­stały jesz­cze dwa mie­siące, a dwa mie­siące mogą bar­dzo się dłu­żyć, gdy zależy od cie­bie życie tak wielu osób, a tym­cza­sem twój los jest w cudzych rękach.

Dobie­ga­jący osiem­dzie­siątki Lech uro­dził się w tym domu, a przed nim jego ojciec. Poko­le­nia prze­mi­jały i teraz dom nale­żał do Lecha, jego żony Zlaty i ich córki Rozy, z którą zamiesz­kały tam jej dwie nasto­let­nie córki, Danuta i Ania. Miej­sce znów wypeł­niło się ludźmi, ale na nie­szczę­ście Lecha samymi kobie­tami! Mię­dzy innymi z tego powodu zerwał z rodzinną tra­dy­cją i dbał o to, by wsta­wać o świ­cie jako pierw­szy - chcąc zakosz­to­wać ciszy i spo­koju wcze­snego poranka.

Roza była tą nie­okieł­znaną, naj­trud­niej­szą lato­ro­ślą z pię­ciorga dzieci Lecha i Zlaty, która okryła rodzinę naj­gor­szą moż­liwą hańbą. Miesz­kała ze swoim mężem Lesz­kiem (leni­wym nie­udacz­ni­kiem i wał­ko­niem, jak więk­szość męż­czyzn z Lublina, zda­niem Lecha) oraz ich pierw­szym dziec­kiem, córką Danutą, w nie­wiel­kim dzier­ża­wio­nym gospo­dar­stwie pośrodku niczego, gdzieś pod Łodzią. Gdy Roza oznaj­miła, że znowu jest w ciąży, Leszek nie przy­jął tej nowiny z rado­ścią. Jesz­cze jedna gęba do wyży­wie­nia. Lepiej, żeby tym razem uro­dził się chło­piec. Kiedy doro­śnie, będzie przy­naj­mniej poma­gać w gospo­dar­stwie. Wspól­nymi siłami jakoś dawali sobie radę, ale ledwo, a teraz stracą dochód, jaki przy­no­sił im ich loka­tor, któ­rego pokój wkrótce będzie potrzebny powięk­sza­ją­cej się rodzi­nie.

Leszek odczuje brak loka­tora. Męż­czyźni regu­lar­nie gry­wali w karty albo sza­chy i zwy­kle popi­jali razem wie­czo­rami - Leszek i cichy pod­ku­wacz koni przed­sta­wiony mu na targu przez zna­jo­mego, który zaba­wił u nich dłu­żej niż kto­kol­wiek prze­wi­dy­wał. Pod­ku­wacz koni wyglą­dał jakoś dziw­nie, tro­chę jak Cygan, miał dłu­gie, czarne, krę­cone włosy oraz oczy w róż­nych kolo­rach. Trudno było roz­gryźć, czy jest krę­ta­czem, czy ory­gi­na­łem (męż­czyźni na targu widzieli w nim krę­ta­cza, za to ich kobiety ory­gi­nała). Ale jakie to miało zna­cze­nie? W piciu dorów­ny­wał naj­tęż­szym gło­wom, a przy­ła­pany na kar­cia­nym oszu­stwie par­skał śmie­chem. Dora­biał pokąt­nym han­dlem końmi i zawsze pła­cił czynsz na czas. Zwy­kle wyko­ny­wał w domu różne drobne prace, te, do któ­rych Leszek jakoś ni­gdy nie mógł się zabrać, ponie­waż był albo zbyt zajęty, albo zbyt pijany. Drobna kwota, którą dorzu­cał do domo­wego budżetu, oraz pomoc, którą świad­czył, szybko spra­wiły, że stał się nie­zbędny.

Uprze­dzono go, że będzie musiał się wypro­wa­dzić wkrótce po naro­dzi­nach dziecka. Oka­zało się tym­cza­sem, że wyniósł się znacz­nie szyb­ciej, niż się spo­dzie­wali - już kilka godzin po przyj­ściu na świat nie­mow­lę­cia. Dzie­sięć minut póź­niej wybiegł z domu także Leszek - w pogoni za loka­to­rem.

Dopadł go na przed­mie­ściach Łodzi i nie­mal zatłukł na śmierć, następ­nie wró­cił do domu, ude­rzył Rozę pię­ścią w twarz, spa­ko­wał manatki i tyle go widziano. Roza zabrała dwójkę dzieci do gospo­dar­stwa rodzi­ców w Węgrzy­nie, powró­ciła do panień­skiego nazwi­ska i samot­nie wycho­wy­wała dzieci.

Nowo naro­dzona Ania stała się atrak­cją tar­go­wej mie­ściny: bądź co bądź nie­czę­sto widuje się na pol­skiej wsi dziecko o kru­czo­czar­nych wło­sach, jed­nym oku nie­bie­skim, a dru­gim brą­zo­wym.

W miarę doj­rze­wa­nia i wkra­cza­nia w nasto­let­niość uroda Ani coraz bar­dziej roz­kwi­tała. Zde­cy­do­wa­nie róż­niła się od paty­ko­wa­tych, jasno­wło­sych i błę­kit­no­okich dziew­cząt, które uczęsz­czały do miej­sco­wej szkoły. I choć nie­któ­rzy sądzili, że ma w sobie odro­binę cha­rak­te­ry­stycz­nej dzie­cię­cej pulch­no­ści, wkrótce stało się jasne, że tak nie jest. Natura obda­ro­wała Anię ponętną figurą oraz zachwy­ca­jącą urodą cygań­skiej kró­lo­wej, co w oczach chłop­ców dawało jej praw­dziwą prze­wagę nad innymi dziew­czę­tami, ona jed­nak przez więk­szość czasu opę­dzała się od zalot­ni­ków, zamiast ich ośmie­lać.

Danuta, star­sza o dwa lata sio­stra Ani, była bar­dzo podobna do matki - Polka z krwi i kości. Krót­kie blond włosy, owalna twarz, szla­chetny nos. Nogi do pasa, szczu­pła, zwarta budowa spor­t­smenki. Były jej pisane wiel­kie suk­cesy na are­nie spor­to­wej, ale nauka także szła jej bar­dzo dobrze, podob­nie jak Ani, zwłasz­cza języki. Dziew­czynki stały się nie­roz­łączne.

Danuta miała zde­cy­do­wa­nie więk­sze doświad­cze­nie w spra­wach ser­co­wych. Nim skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat, była już dwu­krot­nie zako­chana i zdą­żyła zapo­mnieć, kiedy stra­ciła dzie­wic­two i kto je ode­brał. Ani udało się je zacho­wać, ale jako sie­dem­na­sto­latka zna­la­zła się pod ostrza­łem kilku ado­ra­to­rów, w tym dwóch ojców kole­ża­nek. Na razie wolała jed­nak słu­chać o wyczy­nach sio­stry, gdy leżały razem w łóżku i roz­ma­wiały do póź­nej nocy.

Żadna z nich nie bała się pracy, obie robiły w gospo­dar­stwie dziadka wię­cej, niż powinny. Miały silne ramiona i nogi - i rów­nie silne cha­rak­tery: nikt nie zadzie­rał z Bur­czy­ków­nami, a ci, któ­rzy ośmie­lali się spró­bo­wać, zawsze źle koń­czyli, zwłasz­cza chłopcy.

O ile Danuta potra­fiła wyka­zać się upo­rem, Ania zawsze była realistką, choć miała też w sobie tro­chę non­sza­lan­cji, która, jak się mówiło, pew­nego dnia może wpę­dzić ją w tara­paty. Lech i Zlata dzię­ko­wali Bogu, że obda­rzył ich tak wspa­nia­łymi wnucz­kami, choć jed­no­cze­śnie prze­kli­nali Rozę za wstyd i trudne doświad­cze­nia, które spro­wa­dziła na nich i na sie­bie. Ale koniec koń­ców rodzina to rodzina, byli sobie bli­scy jak koszula ciału. Lech czuł, że Bóg naprawdę mu bło­go­sła­wił.

Dłu­gie lata pracy na roli odci­snęły na Lechu piętno. Odkąd pamię­tał, uprawa bura­ków cukro­wych sta­no­wiła cen­trum jego wszech­świata. A teraz? Wszystko zmie­niało się z dnia na dzień, w dodatku Niemcy narzu­cili w Pol­sce ści­słe regu­la­cje żyw­no­ściowe.

Dieta pol­skich oby­wa­teli została ogra­ni­czona do sze­ściu­set pięć­dzie­się­ciu czte­rech kalo­rii dzien­nie, czyli mniej wię­cej dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cent reko­men­do­wa­nego spo­ży­cia, Żydom przy­słu­gi­wały tylko sto osiem­dzie­siąt cztery kalo­rie. Gro­żono kon­tro­lami, wymu­szono racjo­no­wa­nie, a więk­szość pło­dów rol­nych upra­wia­nych przez takich chło­pów jak Lech zabie­rano dla nie­miec­kiej armii. Dla­tego miał prze­świad­cze­nie, że są bez­pieczni. Po co Niemcy mie­liby krzyw­dzić rol­ni­ków, któ­rzy tak ciężko pra­co­wali, by wyży­wić swo­ich panów i wład­ców? Plotki roz­sie­wane na targu były pozba­wione sensu.

Lech nacią­gnął na ramiona pat­chwor­kową koł­drę, odwró­cił się i zosta­wił swoje myśli przy oknie. Przez chwilę zasta­na­wiał się, co to za hałas dobiega gdzieś z oddali. Brzmiał meta­licz­nie, jak tłu­cze­nie metalu o metal, przy­pi­sał go więc łań­cu­chom i kłód­kom na drzwiach sto­doły, które czę­sto stu­kały bez powodu. Zano­to­wał w pamięci, że trzeba je spraw­dzić.

Gdy wró­cił do sypialni, Zlata mam­ro­tała coś przez sen. Sta­nął w drzwiach, spoj­rzał czule na kobietę, która została jego żoną w wieku pięt­na­stu lat. On sam miał zale­d­wie szes­na­ście, kiedy się pobrali. Wypeł­nione ciężką pracą życie odci­snęło na niej swoje piętno, ale była dobrą żoną i cudowną matką jego dzieci, a jesz­cze lep­szą babką. Inni męż­czyźni ze wsi (z któ­rymi Lech od czasu do czasu pił i grał w sza­chy) nie­ustan­nie klęli na swoje żony, on jed­nak nie widział żad­nego kon­kret­nego powodu do skar­że­nia się na Zlatę - bez względu na to, jak mocna była wódka albo jak późna pora!

Zlata wyśmie­ni­cie goto­wała i rzą­dziła w domu jak wszyst­kie pol­skie kobiety. Cza­sem bywała trudna, co u Polki nie było niczym wyjąt­ko­wym, ale żyli zgod­nie, a na pewno lepiej, niż się wielu spo­dzie­wało lata temu, kiedy się ze sobą zeszli.

Tar­gowe plotki zawsze wywo­ły­wały w Zla­cie panikę i od kiedy po raz pierw­szy doszły ją słu­chy o nie­miec­kiej inwa­zji, nie prze­spała spo­koj­nie żad­nej nocy. Lech stale zapew­niał ją, że nic im nie grozi. Niemcy polują na Żydów. "Pol­skę nie­raz już najeż­dżano w prze­szło­ści i praw­do­po­dob­nie na tym się nie skoń­czy, ale wziąw­szy wszystko pod uwagę, Hitler potrze­buje takich jak my, by wyży­wić swoją armię", uspo­ka­jał któ­ryś raz z kolei. Oto nada­rzała się oka­zja do zaro­bie­nia w końcu tro­chę gro­sza, acz­kol­wiek kosz­tem cudzego nie­szczę­ścia, ale tak to już w życiu bywa.

W dro­dze do kuchni Lech pozwo­lił sobie na uśmie­szek i wspo­mniał roz­mowę z poprzed­niego dnia przy obie­dzie. Zlata jak zwy­kle widziała wszystko w czar­nych bar­wach i już po raz drugi zepsuła bigos! Doło­żył drewna pod kuch­nią, dmu­chał, póki nie wystrze­lił pło­mień i nie spo­wił szczap, posta­wił na fajerce ron­del z wodą. Słońce wstało nie­całe pół godziny wcze­śniej, ale było dość widno. Ponie­waż artre­tyzm Zlaty zimą się zaostrzał, Lech z przy­jem­no­ścią zano­sił żonie kubek gorą­cej her­baty, by mogła nie­spiesz­nie wstać z łóżka i roz­po­cząć dzień.

Nie mógł się docze­kać wie­czora. O siód­mej on i kilku innych męż­czyzn ze wsi miało się zebrać w domu jego kuzyna na par­tyjkę sza­chów, roz­mowy o poli­tyce, spo­rcie i inwa­zji, wspólne pale­nie papie­ro­sów i picie domo­wego bim­bru. Był to jego ulu­biony czas w tygo­dniu, tylko dla niego, z dala od kobiet.

Sie­dząc przy sta­rym drew­nia­nym stole, owi­nięty koł­drą, którą Zlata uszyła mu ręcz­nie na dzie­siątą rocz­nicę ślubu, znów usły­szał na zewnątrz jakieś postu­ki­wa­nia. Tym razem był pewien, że to nie łań­cu­chy na drzwiach sto­doły. Dźwięk był zbyt gło­śny i zbyt mecha­niczny, jakby pod dom zaje­chał jakiś pojazd.

Trzask drzwi potwier­dził, że się nie myli.

Lech nie znał nikogo, kto miałby auto. Prawdę mówiąc, pierw­szy raz ktoś odwie­dził go samo­cho­dem kilka dni temu, kiedy miej­scowi urzęd­nicy przy­byli zatwier­dzić roczny limit bura­ków cukro­wych. Może wró­cili po wię­cej infor­ma­cji albo zapo­mnieli o coś zapy­tać. Ale nie zja­wia­liby się o świ­cie. Przy­je­cha­liby w godzi­nach urzę­do­wych - chyba że jest jakiś pro­blem.

Lech wstał od stołu, sły­sząc, jak dwie pary cięż­kich bucio­rów tupią na ścieżce pro­wa­dzą­cej do domu. Nim doszedł do połowy kory­ta­rza, ktoś już koła­tał do drzwi.

Lech miesz­kał w Węgrzy­nie całe swoje życie. Od czasu do czasu jeź­dził na targ do dużego mia­sta, do Kra­kowa, i poza poby­tem w woj­sku ni­gdy nie sły­szał innego języka niż pol­ski. Tym razem, kiedy szyb­kim kro­kiem po raz ostatni tego ranka pod­cho­dził do fron­to­wych drzwi, usły­szał głos mówiący po nie­miecku:

- Öffnen. Otwie­rać. Schnell, szyb­ciej, schnell!

9

Prze­klęte drzwi zablo­ko­wały się jak zwy­kle w zimie i kiedy Lech zdo­łał wresz­cie otwo­rzyć je szarp­nię­ciem, sta­nął twa­rzą w twarz z nie­miec­kim żoł­nie­rzem celu­ją­cym z kara­binu w jego pierś oraz dru­gim, trzy­ma­ją­cym w ręku pod­kładkę do pisa­nia. Lech momen­tal­nie zastygł.

Naj­wy­raź­niej dowo­dził ten z pod­kładką, choć bar­dziej przy­po­mi­nał bla­dego urzęd­nika pań­stwo­wego niż ofi­cera nie­miec­kiej armii.

- Herr Bur­czyk?

Lech w odpo­wie­dzi ski­nął głową. Nie­miec z listą zadzie­rał nosa, stał z ołów­kiem w ręku, odha­cza­jąc nazwi­ska, i sta­rał się ukryć przed Lechem powo­do­wane zim­nem drże­nie gołej ręki.

Lechowi bar­dziej nie podo­bał się ten chudy z kara­bi­nem. Mróz mu naj­wy­raź­niej nie prze­szka­dzał, spra­wiał wra­że­nie kogoś, kto lubi szu­kać guza, a głę­boko osa­dzone czarne oczy tylko to potwier­dzały. Lech czuł, że przy odro­bi­nie szczę­ścia oraz ele­men­cie zasko­cze­nia mógłby w razie potrzeby sprząt­nąć ich oby­dwu pomimo dość zaawan­so­wa­nego wieku. Ale wtedy dostrzegł w tle dwóch innych uzbro­jo­nych eses­ma­nów palą­cych papie­rosy na tyłach cię­ża­rówki. Wie­dział, że nie ma wyboru, musi współ­pra­co­wać. Mimo lodo­wa­tego powie­trza, które wpa­dło do kory­ta­rza i pene­tro­wało głę­biej, Lech cier­pli­wie cze­kał, aż ten dowo­dzący znów prze­mówi. Ten moment cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność, zda­wał się trwać całe wieki, choć w rze­czy­wi­sto­ści upły­nęło zale­d­wie kilka sekund.

Gdy Nie­miec w końcu się ode­zwał, jego głos brzmiał obo­jęt­nie i mimo że Lech kom­plet­nie nic nie zro­zu­miał, ścier­pła mu skóra na karku. Nie miał czasu na zasta­no­wie­nie, ponie­waż od razu oszo­ło­mił go ogłu­sza­jący huk wystrzału, po któ­rym roz­bły­sło ośle­pia­jące świa­tło i coś wybu­chło mu w piersi, odrzu­ca­jąc go w tył. Osu­nął się na pod­łogę, zosta­wia­jąc za sobą na ścia­nie resztki swego życia w postaci gru­bej czer­wo­nej smugi.

Dwaj Niemcy omi­nęli prze­szkodę w postaci zwłok i skie­ro­wali się w głąb pustego kory­ta­rza, z deter­mi­na­cją zmie­rza­jąc w stronę drzwi na jego końcu.

Nagłe hałasy wybu­dziły Zlatę z głę­bo­kiego snu, a sły­sząc prze­ra­ża­jący odgłos wystrzału odbi­ja­jący się od ścian cia­snego kory­ta­rza, gwał­tow­nie wypro­sto­wała się na łóżku i wle­piła wzrok w drzwi sypialni. Od cięż­kich kro­ków zbli­ża­ją­cych się do jej pokoju trzę­sły się deski pod­łogi, wywo­łu­jąc drże­nie wody w szklance na noc­nym sto­liku. Do środka wtar­gnęli dwaj męż­czyźni, więc przez wzgląd na skrom­ność Zlata odru­chowo pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę. Nastą­pił kró­ciutki kon­takt wzro­kowy, a potem Zlata prze­nio­sła spoj­rze­nie na otwarte drzwi i dostrze­gła leżące w kory­ta­rzu zakrwa­wione ciało męża.

Wtedy widziała go po raz ostatni, a w zasa­dzie nie zdą­żyła zoba­czyć niczego wię­cej, ponie­waż z lufy kara­binu chu­dego żoł­nie­rza śmierć wypa­dła z impe­tem po raz drugi w ciągu nie­spełna minuty. Zlata leżała na łóżku z roz­łu­paną głową, a wyrwane z poduszki pie­rze deli­kat­nie uno­siło się w powie­trzu, po czym miękko lądo­wało na bro­czą­cym ciele.

Czas miał klu­czowe zna­cze­nie, dla­tego Schro­dera fru­stro­wało, że nie zna­lazł dwóch dziew­cząt z listy. Ten idiota bur­mistrz, któ­rego wywlókł poprzed­niego wie­czoru z ratu­sza, wisiał teraz na drze­wie w rynku wraz z dwoma innymi urzęd­ni­kami. Wcze­śniej nie­chęt­nie wydał listę wszyst­kich rodzin z dziew­czę­tami w wyma­ga­nym wieku, które zamiesz­ki­wały oko­liczne wsie, a dla dobra jego wła­snej rodziny uczci­wie podał nazwi­ska. Bur­czy­ko­wie byli pierwsi na liście.

Wykrzy­czano roz­kazy, chudy żoł­nierz z kara­bi­nem poma­sze­ro­wał do sąsied­niego pokoju, chwilę póź­niej w domu huk­nął kolejny strzał. Nagie ciało Rozy zwi­sało z łóżka niczym porzu­cona lalka.

Pozo­stały jesz­cze jedne drzwi.

Karl Braun wpa­ro­wał do środka i wresz­cie zna­lazł drżącą ze stra­chu sie­dem­na­sto­let­nią Anię, wypro­sto­waną jak struna, sie­dzącą w łóżku z białą jak płótno twa­rzą. Pod­szedł do niej cięż­kim kro­kiem i wycią­gnął ją za włosy. Krzy­czała.

- Rasch, rasch, szybko!

Wlókł ją za sobą kory­ta­rzem nad zwło­kami dziadka, przez kałużę jego krwi, po czym cisnął ją na zamar­z­nięty próg. Potem pod­niósł koł­drę leżącą obok ciała star­szego męż­czy­zny i rzu­cił ją dziew­czy­nie trzę­są­cej się jak prze­ra­żone szcze­nię i patrzą­cej wiel­kimi jak spodki oczami.

Dowo­dzący, ten, który, jak dowie się póź­niej Ania, nazy­wał się Rolf Schro­der, ponow­nie spraw­dził listę - bra­ko­wało jed­nej dziew­czyny. Wła­śnie miał naka­zać grun­tow­niej­sze prze­szu­ka­nie domu, gdy nagle usły­szał jakieś odgłosy z sypialni Ani. Ruchem głowy wska­zał pokój, instru­ując Brauna, by wró­cił tam i się rozej­rzał. Może to ta druga dziew­czyna. Niech ją szlag, opóź­nia sprawy.

Chudy żoł­nierz szybko ruszył we wska­za­nym kie­runku i od razu się zorien­to­wał, że ktoś jest w sza­fie. Pew­nie ta druga. Roz­ka­zał jej wyjść. I nic, choć wyła­pał jakiś dźwięk. Coś jak chlip­nię­cie. Na dwo­rze cię­ża­rówka włą­czyła już sil­nik, wie­dział, że czas nagli. Pod­niósł kara­bin, puścił serię i usły­szał stłu­miony odgłos upa­da­ją­cego w sza­fie ciała.

Spod naroż­nika drzwi wypły­nęła strużka krwi, zbie­ra­jąc się w kałużę na drew­nia­nej pod­ło­dze.

Przy cię­ża­rówce Schro­der zapy­tał, co się wyda­rzyło.

- Nie chciała wyjść, więc... - Braun wzru­szył ramio­nami i wsiadł do szo­ferki.

- Spraw­dzi­łeś? Potwier­dzi­łeś, że to ona?

- Jasne, że ona, a kto inny? Tak czy owak było mnó­stwo krwi.

- Sche­is­skopf!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki