Rozdział 1
Gdyby nie tamten ptak, siedziałabym w samochodzie ze swoją rodziną, zamiast stać na parkingu stacji benzynowej. Nie żebym winiła ptaka za to, co się stało.W żadnym wypadku.
Patrzyłam na autostradę numer 290, zastanawiając się, jak daleko zajedzie moja rodzina, zanim zorientuje się, że do pełnego minivana brakuje im jednego dziecka.
Nie stałam na typowej stacji benzynowej ze sklepikiem i regałem z chipsami. Aż tak słabo nie było. Buc-ee's potrzebuje całej ściany na wyeksponowanie samej suszonej wołowiny w różnych smakach. To ogromna przestrzeń z niekończącymi się alejkami przekąsek, stoiskiem z krówkami, kawiarnią, zabawkami, T-shirtami, a nawet rzeczami do dekoracji domu. Mama uznała, że ozdobione cekinami krowie czaszki z kwiatami w oczodołach są tandetne, a przecież mieliśmy już na ścianie salonu wielką metalową gwiazdę. Buc-ee's było jedynym miejscem, w którym mama mogła skorzystać z toalety podczas wycieczki. Ta stacja słynie ze swoich łazienek. Bóbr, maskotka Buc-ee's, pojawia się na billboardach wzdłuż autostrady z takimi hasłami jak: "Jeśli zaczekasz, czeka cię najlepsze BBQ" i "120 km do Buc-ee's! Wytrzymasz!". I chociaż myślałam: "Nie, absolutnie nie wytrzymam", i tak musiałam zaczekać, bo nie mogliśmy się zatrzymać nigdzie indziej.
Zmierzam do tego, że jeśli już mają cię gdzieś porzucić, możesz trafić o wiele gorzej.
Wracaliśmy do Houston po długim weekendzie w domu nad jeziorem w Austin. Gdy tylko zatrzymaliśmy się przy dystrybutorze, mama i tata wzięli po jednym z bliźniaków, które już dawno powinny mieć zmienione pieluchy. Chloe i Aiden przeważnie korzystają z nocnika, ale to "przeważnie" jest istotne, gdy próbujesz zdążyć między przystankami w Buc-ee's.
- Trzymajcie się razem, dzieciaki - powiedziała mama do reszty z nas, co oznaczało mnie i moją szesnastoletnią siostrę Sage oraz mojego brata Declana, tylko rok starszego ode mnie. Mama wręczyła Sage kartę kredytową i powiedziała: "Idź zamówić kanapki. Spotkamy się przy samochodzie".
Declan i ja poszliśmy po napoje. Podstawialiśmy kubki pod każdy kranik dystrybutora, żeby zrobić mieszankę wszystkich smaków. Sage zwykle robiła tak samo. Ale tym razem postawiła kubek i poszła w stronę lodówek, gdzie jacyś goście, którzy wyglądali na piłkarzy, wybierali napoje dla sportowców. Poszłam za nią, popijając swój napój. Smakował całkiem dobrze, chociaż przesadziłam z pomarańczową fantą.
- Czy możesz mi zdjąć Dr. Peppera? - zapytała Sage jednego z chłopaków i wskazała na górną półkę.
- Czemu nie sięgniesz sama? - zapytałam.
Zgromiła mnie wzrokiem.
- Po prostu mam ochotę na Dr. Peppera w puszce, okej? - Szeroko otworzyła oczy, jakby próbowała przekazać mi tajną wiadomość. - I potrzebuję kogoś, kto mi ją zdejmie.
- Nawet ja dałabym radę sięgnąć.
- To moja młodsza siostra - zwróciła się znów do chłopaków, kręcąc głową. Potem zarzuciła włosami i posłała ogromny uśmiech temu, który podał jej napój. - Bardzo ci dziękuję - powiedziała, naprawdę uradowana, jakby wręczył jej zwycięski bilet na loterię.
- Dziwnie się zachowujesz - skomentowałam, gdy Declan stanął obok mnie.
Sage roześmiała się, a potem podała mi kartę kredytową.
- Proszę. Może pójdziecie zamówić kanapki?
- Mama powiedziała, że mamy trzymać się razem.
- Dogonię was - odparła. - Dacie sobie radę, prawda? Po prostu zamówcie, co kto lubi.
Declan i ja znaleźliśmy wolny ekran dotykowy w kawiarni i złożyliśmy zamówienie na kanapki. Pieczony mostek BBQ dla niego, croissant z kurczakiem dla mnie, grillowany ser pokrojony na ćwiartki dla Chloe i Aidena do podziału, pastrami dla taty i indyk dla mamy. Dla Sage wybrałam szynkę z serem z dodatkową porcją pikli. Sage nie znosi pikli.
- Zerknę na przekąski - powiedział Declan.
- Rodzice nic ci nie kupią.
- Jeeezu, Nina, tylko popatrzę. Zaczekasz na kanapki?
- Okej.
Sage i banda piłkarzy podeszli do ściany z suszoną wołowiną. Moja siostra zachichotała i żartobliwie pacnęła jednego z nich w ramię.
- Doskonale - mruknęłam. - Byczki przy ścianie z wołowiną. - Zaczerwieniłam się z zażenowania, chociaż nikt mnie nie słyszał. Zachowywałam się jak małe dziecko. Może gdy będę starsza, będę postępować jak Sage. Spojrzałam jeszcze raz w jej stronę i pokręciłam głową, bo nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Po co śmiać się z czegoś, co nawet nie jest śmieszne? Nie żebym mogła dosłyszeć, co mówią ci goście, ale na pewno nie było to aż tak zabawne.
Po kilku minutach z głośnika pod sufitem usłyszałam "zamówienie dla Niny". Jakaś kobieta w białym fartuchu, założonym na T-shirt Buc-ee's i spodnie khaki, stała za ladą z lodami obok miejsca odbioru kanapek. Siwe loki ścisnęła pod siatką na włosy. Jedną ręką nakładając lody, pochyliła się i przesunęła torbę z kanapkami w moją stronę.
- Dasz sobie radę, skarbie? - zapytała. - To duże zamówienie.
Plastikowy identyfikator na jej koszulce miał napis: "WANDA".
- Dziękuję. Poradzę sobie.
W tej chwili do blatu podszedł tata, trzymając za rączkę Chloe. Jak zwykle rozplątała swoje warkoczyki i jej włosy wyglądały teraz jak chmura waty cukrowej.
- Tu jesteś - powiedział tata. - Gdzie są Declan i Sage?
Podałam mu kartę i torbę, a potem wskazałam na Sage.
- A Declan ogląda przekąski.
- Idź i powiedz mu, że autobus Barlowów odjeżdża.
W drodze po Declana zauważyłam szarobiałego ptaka zaglądającego do środka przez przeszklone boczne drzwi. To był przedrzeźniacz - rozpoznałam go, bo był w kolorowance z ptakami żyjącymi w stanie Teksas, którą dostaliśmy w podstawówce. Niezbyt fajnie się je kolorowało, zwłaszcza tuż po otwarciu nowiutkiego pudełka z kredkami.
Przedrzeźniacz spojrzał na mnie, wykonał parę skoków na chodniku, a potem odwrócił się, jakby chciał, żebym za nim poszła. Declana nigdzie nie było widać. Pospieszę się, a potem po niego wrócę. Na zewnątrz ptak znów się odwrócił na krawędzi chodnika, a potem poderwał się z ostrym "ćwir-ćwir". Poszłam za nim do cedru za sklepem.
Kiedy ptak znów zaśpiewał, siedząc na gałęzi, brzmiało to, jakby wołał mnie po imieniu. "Ni-na, Ni-na, Ni-na. Wi-dzisz? Wi-dzisz?"
Nieco niżej, w gnieździe z gałązek, siedział drugi przedrzeźniacz. Spomiędzy gałązek i nad brzegami gniazda wystawał mech.
- Tak, widzę! - zawołałam. - Macie tam jajka?
Ptak nic nie odpowiedział, tylko zeskoczył i przycupnął za gniazdem.
- Uznam to za potwierdzenie. - Rozejrzawszy się, żeby się upewnić, że nikt nie widzi, jak rozmawiam z ptakiem, dodałam: - Dzięki, że mi to pokazałeś. Miło was było poznać.
Gdy wróciłam do sklepu, Declana tam nie było. Pewnie wyszedł na zewnątrz. Ale na parkingu, gdzie wcześniej zaparkował nasz minivan, stał już inny samochód. Cofnęłam się do środka, żeby upewnić się, że nie wyszłam niewłaściwymi drzwiami. Nie, stało tam źródełko z wodą. To były właściwe drzwi.
Obiegłam sklep, zaglądając do alejek między regałami. Może moi rodzice zapomnieli o czymś dla bliźniaków. Na pewno o to chodziło.
Nikt nie robił zakupów w alejce dla dzieci. Minivana nie było przy żadnym z wyjść ani nigdzie indziej na parkingu. Poklepałam się po kieszeniach. Pusto. Zostawiłam telefon w samochodzie. Po kolejnym okrążeniu sklepu podeszłam do blatu z lodami. Wanda wydawała się miła, gdy podawała mi zamówienie.
- Wróciłaś po deser? - zapytała. - Chyba nie zjadłaś tych wszystkich kanapek sama, co? - roześmiała się. Nie tak jak Sage, gdy rozmawiała z tamtymi chłopakami. Wanda śmiała się szczerze.
- Moja rodzina chyba o mnie zapomniała? - Zabrzmiało to jak pytanie. Chociaż tak musiało być, było to zbyt absurdalne, żeby w to uwierzyć.
Wanda rozejrzała się, jakby moja rodzina gdzieś tam stała, niewidzialna dla mnie. Odłożyła łyżkę do nakładania lodów.
- Chcesz powiedzieć, że cię tu zostawili?
Kiwnęłam głową. Wanda poprosiła inną pracownicę, żeby ją zastąpiła, a potem wyszła przez wahadłowe drzwiczki obok lady z lodami i położyła dłoń na moim ramieniu.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniła mnie. Spojrzałam na nią i zamrugałam kilka razy, z nadzieją, że nie zauważyła, że staram się powstrzymać płacz. Zaprowadziła mnie do pokoju socjalnego, powiedziała: "Zaczekaj tutaj" i poszła do swojej kierowniczki.
Wróciła kilka minut później.
- Twoi rodzice zadzwonili, żeby się upewnić, że nic ci nie jest - powiedziała. - Wracają. Na pewno zahamowali z piskiem na autostradzie, kiedy się zorientowali, że nie ma cię z nimi! Co powiesz na lody? Jaki jest twój ulubiony smak?
- Ciasteczkowe z kremem są najlepsze.
Wanda wskazała na mnie palcem.
- Mądra dziewczyna. Zaraz wracam.
Czasem miewaliśmy lody ciasteczkowe z kremem w zamrażarce, ale nigdy nie zdążyłam się do nich dorwać, zanim Declan nie wydrążył tunelu w kartonie, żeby wygrzebać najlepsze kawałki. Gałka, którą podała mi Wanda, była pełna ciasteczek. Przyniosła też lody dla siebie i usiadła ze mną w socjalnym, gdzie czekałyśmy na moją rodzinę.
- Taki duży sklep - powiedziała Wanda. - Ludzie zaczynają się rozglądać i tracą rachubę czasu. I siebie z oczu! - Pewnie chciała mnie pocieszyć po tym, jak mnie zostawili. Nie planowałam wspominać nikomu o przedrzeźniaczu. Większość osób uznałaby, że jestem dziwna. Ale czułam się bezpiecznie, mówiąc o tym Wandzie.
- Nie tak straciliśmy się z oczu. - Opowiedziałam jej wszystko: jak wyszłam za ptakiem na zewnątrz i poszłam chodnikiem aż do drzewa, gdzie pokazał mi swoje gniazdo i zaśpiewał moje imię.
Wanda zrobiła wielkie oczy.
- Przedrzeźniacze zwykle atakują każdego, kto zbliży się do ich gniazd. Bronią swojego terytorium. - Pochyliła się, jakby zdradzała mi sekret: - Ale myślę, że zwierzęta poznają się na dobrych ludziach. Ten ptak ci zaufał.
Mogłabym tam zostać przez cały dzień, rozmawiając z Wandą w pokoju socjalnym. Wydawała się osobą, która ma przytulny dom. Niewielki, dość stary, ale wygodny, może z kotem zwiniętym w kłębek na końcu kanapy z kraciastym obiciem.
Wkrótce przyszła kierowniczka Mavis, a po niej tata, który wydawał się spanikowany. Mocno mnie przytulił i przeprosił. Bardzo, bardzo przeprosił.
- Jak mogliśmy cię zostawić? - Nie wyglądał, jakby oczekiwał odpowiedzi, więc mu nie odpowiedziałam. Ale pomyślałam: "No, jak mogliście mnie zostawić?". Odjechali, nawet nie zauważywszy, że coś jest nie tak. Jakby nikogo nie brakowało w rodzinie.
Oboje podziękowaliśmy Wandzie, a potem poszliśmy razem do samochodu.
Okazało się, że to Chloe zauważyła, że mnie nie ma. Declan powiedział mi, że przejechali z piętnaście kilometrów, kiedy Chloe spytała: "Gdzie Nina?". W tym samym czasie mama rozdawała kanapki i zorientowała się, że jedna jej została. Sage i Declan mieli przerąbane, że mnie nie pilnowali, a mama i tata wydawali się wściekli na siebie nawzajem.
- Przepraszam - powiedziałam. Wszyscy już odwijali kanapki. Ja też rozpakowałam swoją, chociaż nie byłam głodna.
- Fuuuj, pikle! - oznajmiła Sage z siedzenia przede mną.
Gdy wyjechaliśmy już na autostradę, wyjrzałam przez okno i powiedziałam:
- Ptak zaśpiewał moje imię i pokazał mi swoje gniazdo.
Może nikt mnie nie usłyszał, ale nie miało to znaczenia. Powtórzyłam to jeszcze raz, dla siebie, żeby zapamiętać, że naprawdę się wydarzyło.
- Ptak zaśpiewał moje imię.
Rozdział 2
Po tamtym dniu w Buc-ee's słuchałam i szukałam ptaków wszędzie. Aplikacje ornitologiczne, które ściągnęłam na telefon, miały zdjęcia każdego gatunku, więc mogłam dopasować je do tych, które sama zrobiłam. Najlepsze aplikacje rozpoznawały też ptasie śpiewy. Jeśli włączyłam nagrywanie, gdy tylko usłyszałam piosenkę, mogłam sprawdzić, jaki ptak ją śpiewał. Rankiem, gdy ptaki były najgłośniejsze, pod wykresem dźwięku pojawiała się długa lista gatunków. Aplikacje miały także listy kontrolne, do notowania, które ptaki już się widziało. Od razu odhaczyłam kardynały, modrosójki błękitne, wróble i kilka innych, ale minęło parę tygodni, zanim zauważyłam coś nowego. Mama pozwoliła mi zamówić tanią kamerę leśną, którą ustawiałam na noc w różnych częściach ogrodu. Codziennie rano sprawdzałam, co nagrała i które ptaki obudziły się przede mną. A Sage uważała, że wiewiórki i szopy, które odwiedzały nasze karmniki dla ptaków, są urocze, chociaż zjadały cały pokarm, zanim ptaki zdążyły się do niego dostać.
W któryś piątek po szkole zatrzymałam się w domu na tyle długo, żeby coś przekąsić, zanim znów wybiegnę szukać ptaków. Declan był na podjeździe, gdzie ćwiczył rzuty do kosza.
- Cześć, ptasi móżdżku - powiedział.
- Ptaki są tak naprawdę bardzo mądre - odparłam.
Pokręcił głową i wrócił do rzucania piłką do kosza.
Moim ulubionym drzewem był stary dąb, rosnący kilka ulic od domu, z gęstą koroną, stanowiącą idealną kryjówkę do podglądania ptaków. Jego najniższa gałąź, szeroka jak parkowa ławka, praktycznie zapraszała mnie, abym na nią wskoczyła. Lubiłam je nie tylko dlatego, że rosło naprzeciwko domu mojej przyjaciółki, która, cóż, tak naprawdę nie była moją przyjaciółką. Iris na pewno by nas tak nie nazwała. Ale może mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, gdybyśmy miały szansę znów porozmawiać. Kiedyś chodziłyśmy do jednej klasy, ale ona zmieniła szkołę. Może przeze mnie.
Tego dnia siedziałam cicho na swojej drzewnej grzędzie i nasłuchiwałam nawoływań ptaków. Lubiłam zgadywać, kto śpiewa, zanim zauważyłam ptaka albo sprawdziłam w aplikacji. Nadal słuchając śpiewu ptaka, wypatrywałam jakiegoś ruchu. Ten brzmiał jak modrosójka - wkurzona modrosójka. A może nie fair było tak myśleć? Równie dobrze modrosójki mogły tak brzmieć, gdy były szczęśliwe.
Na drzewie obok mnie zaszeleściły liście, chociaż nie poczułam żadnego wiatru. I proszę - modrosójka. Miałam rację.
Na dźwięk śmiechu przeniosłam uwagę z modrosójki na parę dziewczyn idących chodnikiem. Miały może dziesięć albo jedenaście lat. Ich głosy docierały do drzewa, ale nie słyszałam, co mówią. Zastanawiałam się, co powiedziała ta pierwsza, że rozśmieszyła tę drugą. Może opowiedziała żart. Nie z tych, w których nabijasz się z kogoś, ale taki, z którego śmieją się wszyscy razem. A może w ogóle nie był to żart. Tylko zabawna historyjka.
Wymyśliłam historię o tym, jak się zaprzyjaźniły. Ich rodzice znali się od lat, a one spotykały się w parku, żeby się razem pobawić albo pójść na lody. A teraz, gdy są starsze, nadal się lubią. Po prostu tak się to potoczyło. Śmieją się z rzeczy, które robiły razem, gdy były małe. Nigdy nie doszły do punktu, w którym jedna z nich powiedziała, że druga zachowuje się jak małe dziecko, i nie znalazły innych znajomych, z którymi teraz spędzałyby czas. A może dopiero niedawno się zaprzyjaźniły. Poznały się w szkole i odkryły, że lubią te same rzeczy. Balet albo kotki, a może komiksy.
Skierowałam swój telefon na dziewczyny, udając, że mam aplikację, która je dla mnie zidentyfikuje. Nie tylko ich imiona, ale to, kim naprawdę są. Co lubią, jak podejmują decyzje, że chcą z kimś spędzać czas, czego trzeba, żeby się z nimi zaprzyjaźnić.
Inaczej niż w przypadku aplikacji do obserwowania ptaków, nie mogłam sprawdzić żadnej z tych rzeczy. To wszystko było zagadką. Inni ludzie jakoś wiedzieli, jak znajdować znajomych, jakby dostali instrukcję obsługi akurat tego dnia, gdy ja byłam nieobecna.
Zeszłam częściowo z drzewa, gdy otworzyły się drzwi wejściowe domu Iris, a ona i jej starszy brat wyszli na zewnątrz. Próbowałam zrozumieć, co do siebie mówią. Problemem nie była zbyt duża odległość, ale to, że używali języka migowego, bo Iris jest głucha. Nauczyłam się go trochę, nie dość jednak, by zrozumieć ich rozmowę.
Kiedyś próbowałam zaprzyjaźnić się z Iris, ale strasznie narozrabiałam. I teraz za każdym razem, gdy siadam na tym drzewie, wyobrażam sobie, co bym do niej powiedziała, gdybym ją spotkała. Może szłabym do domu, a potem przystanęła, żeby powiedzieć: "O, cześć!", jakby zaskoczona jej widokiem. Rozmowa mogłaby się od tego zacząć, a potem wspomniałabym o ciekawostce dotyczącej ptaków, która mnie nurtuje - najlepszej ciekawostce o ptakach, jaka istnieje. Nikomu dotąd o tym nie mówiłam. Była to także ciekawostka dotycząca wielorybów. Spodobałoby jej się to, więc od tego bym zaczęła, migając najpierw "wieloryb", żeby zwrócić jej uwagę. Potem opowiedziałabym jej resztę i znalazłybyśmy się na dobrej drodze, aby się zaprzyjaźnić.
Ale gdy tylko myślałam o tym, aby zeskoczyć z tego drzewa, żeby z nią porozmawiać, gałęzie zatrzymywały mnie w miejscu. Wymyślanie rozmowy między nami, takiej, w której Iris ucieszyłaby się na mój widok, było łatwiejsze. Rozmawiałybyśmy o tym, jak nam idzie w szkole, a ja zapytałabym, czy to przeze mnie się przeniosła. "Czy to dlatego, że byłam wkurzająca?" A ona odpowiedziałaby: "Nie, oczywiście, że nie. W ogóle nie byłaś wkurzająca". A wtedy ja wskazałabym jakieś ptaki i opowiedziała jej o nich.
Może tak by się to potoczyło, gdybym zeskoczyła z drzewa. A może jedna mina Iris pokazałaby mi, że nie chce ze mną rozmawiać. Albo gorzej, mogłaby udać, że w ogóle mnie nie widzi.
Iris i jej brat wsiedli do jego pikapa i wycofali z podjazdu. Ja zostałam schowana wśród gałęzi, aż zniknęli mi z oczu.
Rozdział 3
Kiedy wróciłam do domu, Sage siedziała z laptopem na kanapie, a Declan na podłodze oglądał coś na tablecie. Już miałam pójść na górę do swojego pokoju, gdy Sage się odezwała:
- Zaczekaj, Nino.
- O co chodzi?
Zamknęła laptopa i poklepała miejsce obok siebie. Gdy usiadłam, powiedziała:
- Dowiedziałam się dzisiaj czegoś o ptakach. Chodzi o ptasie mózgi.
- Nina się w tym specjalizuje - wtrącił Declan.
Zignorowałam go.
- Okej. Ale pewnie już o tym wiem - odparłam.
- Słyszałaś o popędzie migracyjnym?
- O czym? - spytałam.
- O popędzie migracyjnym. To coś, co mówi ptakom, że czas odlecieć. Coś w ich mózgach podpowiada im, że czas wyruszyć w drogę. Może jeszcze nawet nie wiedzą, dokąd lecą. Dowiedzą się po drodze. Ale czują zew do odlotu i odlatują. Tak po prostu. Myślisz, że ludzie też mają coś takiego?
Sage wyjrzała przez okno. Raczej nie czekała na odpowiedź.
- Część naszego mózgu jest taka sama jak u ptaków, prawda? - ciągnęła. - To jest gdzieś głęboko i mówi nam, że musimy odejść, że powinniśmy być gdzie indziej.
Sage wyglądała, jakby sama chciała odlecieć, ale dlaczego? Przecież jej życie było doskonałe. Tamtego lata dostała się na staż w gabinecie senatora, co oznaczało, że będzie tam pracować za darmo. Dla mnie nie miało to sensu, ale mama i tata powiedzieli, że coś takiego znakomicie wygląda w podaniu o przyjęcie na studia. Uznałam, że Sage też jest z tego zadowolona.
Declan wstał i oznajmił:
- Czekajcie, czuję to. Czuję zew w kierunku... kuchni. Wzywają mnie lody ciasteczkowe z kremem!
- Zgarnie wszystkie kawałki ciasteczek - zauważyłam.
- Mogłabyś się wybrać, wiesz - powiedziała Sage.
- Do kuchni?
- Chodziło mi o jakieś inne miejsce. Na lato. Nie musisz tu zostawać i chodzić na te wszystkie zajęcia, na które zapisała cię mama. Nie ma czegoś w rodzaju, no nie wiem, obozu ornitologicznego czy coś? A co z obozem ciotki Audrey? Wygląda fajnie, sądząc po tych zdjęciach, które wrzuca. Na pewno jest jakieś miejsce dla ciebie, miejsce, w którym powinnaś być.
Nie pomyślałam o tym. Mama lubiła wypełniać nasze letnie wakacje różnymi zajęciami. Zapisała mnie na parę rzeczy i pozwoliła mi wybrać kilka innych, ale jeszcze się nie zdecydowałam. Jeśli szybko się tym nie zajmę, podejmie decyzję za mnie. Jedna z ulotek, które kazała mi przejrzeć, dotyczyła tygodniowych półkolonii florystycznych. Nie mam nic przeciwko kwiatom, ale nie chciałam spędzić tygodnia swoich letnich wakacji na układaniu bukietów.
Później w swoim pokoju sprawdziłam ten termin, o którym wspomniała Sage. Znalazłam go dość szybko. Popęd migracyjny. Artykuł mówił, że ptaki stają się niespokojne, gdy nadchodzi czas migracji. Zdarza się to nawet tym, które nie odlatują albo nie mogą tego zrobić, na przykład żyjącym w niewoli. Chodzą i machają skrzydłami, jakby szykowały się do odlotu. Niektóre próbują odlecieć i uderzają o kraty klatek. Smutno było o tym czytać, więc zamknęłam artykuł.
Ale może Sage miała rację.
Moja ciotka Audrey prowadzi obóz w miasteczku zwanym Bee Holler, jakieś dwie godziny jazdy samochodem od naszego domu. Kiedyś zapraszała nas, żebyśmy spędzili tam część wakacji. Myślę, że przestała to robić, bo moi rodzice zawsze odpowiadali: "Jasne, być może!", ale nigdy nie skorzystali z jej zaproszenia.
Zapytałam mamę, czy mogłabym tam pojechać na lato, a ona odparła, że porozmawia o tym z tatą. Czasem oznacza to, że porozmawiają, a potem i tak mi odmówią.
Tamtego wieczoru podsłuchiwałam pod drzwiami łazienki na dole, gdy rodzice kąpali bliźnięta. Niestety głosy Chloe i Aidena zagłuszały ich rozmowę. Przez okrzyki i chlupot dobiegały do mnie tylko urywki.
- ...coś, w czym jest dobra - powiedział tata.
- Ale ptaki...? - zapytała mama. - ...mieszkanie w lesie... wpływ, jakiego chcemy...?
Pewnie rozmawiali o tym, jak obserwowanie ptaków wyglądałoby w podaniu o przyjęcie na studia, chociaż miałam do tego jeszcze wiele lat. Może dobrym pomysłem byłoby sprawdzenie stypendiów ornitologicznych, tak na wszelki wypadek.
Mama powiedziała coś o ciotce Audrey, ale nie dosłyszałam, co to było.
W tej chwili do kuchni wszedł Declan i cofnął się o krok, gdy zauważył mnie w korytarzu.
Już miał się odezwać, ale położyłam palec na ustach. Jak znam Declana, pewnie chciał zapytać, co robię, chociaż było to oczywiste: podsłuchiwałam rodziców przez drzwi łazienki. W każdym razie próbowałam to zrobić. Nie miałam pojęcia, którą wersję Declana dostanę - tę, która wrzaśnie: "Hej, Nino!", czy tę miłą, która zrozumie, że to ważne. Rzuciłam mu swoje najlepsze spojrzenie, mówiące: "Nie zepsuj mi tego, proszę". Spojrzał na mnie, a następnie na zamknięte drzwi łazienki. Potem pokręcił głową, jakbym zachowywała się jak dziwny ptasi móżdżek. Ale poszedł sobie.
Rodzice przyszli do mojego pokoju później, gdy szykowałam się do spania. Mama westchnęła i powiedziała:
- Dobrze. Przegadaliśmy to i postanowiliśmy puścić cię na ten obóz. Zadzwoniłam w tej sprawie do Audrey. Powiedziała, że z radością cię tam zobaczy. Będziesz mieszkać w wolnym pokoju w jej domku.
- Naprawdę? Mogę pojechać?
- Tak - potwierdziła mama. - Audrey to...
- Kaczka dziwaczka - dokończył tata. - Hej, może ci się to spodoba! No wiesz, w związku z ptakami.
- Chciałam powiedzieć, że Audrey to Audrey - sprostowała mama. - Ale jest rodziną. Zaopiekuje się tobą.
Zerwałam się i uściskałam ich po kolei.
- Dziękuję!
Oboje się roześmiali.
- Nie ma za co - powiedziała mama. - Ale posłuchaj, chcemy, żebyś brała udział w zajęciach, a nie tylko spała, czytała i szukała ptaków.
- Będę. Brać udział w zajęciach. Obozowych.
- I postaraj się zaprzyjaźnić z innymi dziewczynkami - dodała.
Kiwnęłam głową, ale nic nie powiedziałam. Zawsze się staram.
Tata potargał mi włosy i powiedział:
- Na pewno chcesz pojechać, mała? Będziemy tu za tobą tęsknić.
Rodzice muszą mówić takie rzeczy. Nie przypomniałam mu, że odjechali z Buc-ee's beze mnie.
- Na pewno. Ja też będę za wami tęsknić.
Wyglądało na to, że Sage cieszy się moją radością, gdy powiedziałam jej i Declanowi o obozie.
- Będę uzupełniać dla ciebie karmniki - obiecała.
- Dzięki. Być może nie zostanę na całe wakacje. Mama powiedziała, że mogę wrócić do domu, jeśli mi się nie spodoba.
- Spodoba ci się - zapewniła mnie. - Nawet jeśli z początku będzie ci się wydawało, że jest inaczej, spróbuj wytrwać.
- Dziwnie tu będzie bez ciebie - stwierdził Declan. - No wiesz, jeszcze dziwniej, niż kiedy tu jesteś.
Mama wyjaśniła, że Declan w ten sposób chciał powiedzieć, że będzie za mną tęsknić. Declan i ja roześmialiśmy się na to, ale mama chyba nie żartowała. Wyglądała, jakby w to wierzyła.