Sekretny język dziewczyn - Frances Roark Dowell O

Reflow text when sidebars are open.
Kate trąciła stopą kamień.
- Jak myślisz, czy robakom coś się śni? - zapytała przyjaciółkę.
Gromadka obłych, pokrytych pancerzykiem kulanek czmychnęła w popłochu w stronę chodnika.
- Nie wydaje mi się, żeby one w ogóle miały mózgi - odparła Marylin i podciągnęła kolana pod brodę, bo bała się, że któryś z robali wejdzie jej na nogi. - Nie dotykałabym ich na twoim miejscu - dodała.
- Mogą przenosić jakieś wstrętne choróbska.
Za późno. Kate szturchała owady palcem, skutkiem czego zwijały się w kuleczki. Zgarnęła kilka i patrzyła, jak turlają się na jej dłoni.
- Mniam - skomentowała. - Może chcesz trochę groszku na kolację?
Właśnie w takich chwilach Marylin myślała sobie, że jej przyjaciółka mogłaby już nieco wydorośleć.
Dziewczęta siedziały na schodach przed domem Kate. Parę metrów dalej, na tle gasnącego wieczornego nieba, zamigotało nagle kilka świetlików. Chwilę później całe podwórze jarzyło się lśniącymi punkcikami. Petey, młodszy brat Marylin, twierdził, że kiedy robaczki świętojańskie zapalają swoje światełka, przesyłają sobie w ten sposób znaki: Hej, to ja. Mówiłem ci już, że cię kocham?
Kate poderwała się z miejsca i zaczęła biegać po trawie, pikując niczym ptak za każdym razem, gdy rozbłyskał przed nią jakiś świetlik. Chwytała jednego za drugim w półprzymkniętą dłoń, jakby to była siatka na motyle. Niebo pociemniało o jeszcze jeden ton. W półmroku opalone nogi dziewczynki sprawiały wrażenie białych jak papier, a ona sama przypominała zjawę. Marylin patrzyła na biegającą po wilgotnej trawie przyjaciółkę, której bose stopy kojarzyły jej się z dwoma małymi księżycami.
- No dobrze, zobaczmy, co się tu kryje - wysapała Kate, kierując się ku schodom. W złożonych dłoniach niosła świecącą zdobycz, jej palce rozświetlała czerwonawa poświata.
Przez szczelinę pomiędzy kciukami zajrzała do wnętrza dłoni. - Doliczyłam się sześciu, nie, siedmiu sztuk. Na co się wymienisz za siedem robaczków świętojańskich?
W "na co się wymienisz" dziewczęta bawiły się, odkąd obie poszły do przedszkola. Wtedy właśnie Marylin zamieszkała na tej samej ulicy, pięć domów dalej.
Na co się wymienisz, jak ja ci dam kanapkę z masłem orzechowym, uszy myszki Miki albo siedemnaście żelków?
Marylin sięgnęła do kieszeni, wyjęła pół listka gumy owocowej i podała go przyjaciółce.
- Nie ma wymiany - odmówiła Kate. - Nie wolno mi żuć gumy. Chyba że bez cukru.
- To wszystko, co mam - odparła Mary lin. - Bierzesz czy nie?
Kate otworzyła dłonie i powiodła wzrokiem za świetlikami ulatującymi w wilgotne wieczorne powietrze.
- Wydaje mi się, że i tak nie powinnyśmy wymieniać żyjących stworzeń - stwierdziła.
Na werandzie zapaliło się światło. Marylin wyciągnęła przed siebie nogę i przyjrzała się uważnie swojej stopie.
- A co z palcami? Mogłabym się wymienić na twoje.
Marylin uważała palce u stóp za najgorszą część swojego ciała. Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego nigdy wcześniej nie zauważyła, jak bardzo są dziwaczne. Dopiero wczoraj na basenie Matthew Sholls zwrócił jej na to uwagę. Drugi palec wystawał poza paluch, najmniejsze były prawie niezauważalne, pozostałe nieładnie się zakrzywiały. Kate miała absolutnie normalne, proste palce. Paluchy były najdłuższe, dokładnie tak jak powinny, a najmniejsze palce przypominały dwa krągłe orzeszki ziemne.
Kate przysiadła obok przyjaciółki.
- Na palce? A kto by się przejmował palcami?
Marylin zaśmiała się sztucznie.
- Tak, wiem, że to głupie. Masz rację. Kto by się przejmował palcami.
- Chodź - powiedziała Kate - zobaczymy, co jest w telewizji.
Marylin weszła za przyjaciółką do domu. Włączony klimatyzator wypełniał wnętrze chłodnym powietrzem. Schodząc z Kate po schodach do pokoju telewizyjnego, który znajdował się w piwnicy, Marylin zadrżała lekko. Powinna była zabrać ze sobą sweter. Powinna była zabrać też skarpetki, żeby zakryć te powykrzywiane palce. Pomimo że bardzo jej się to nie podobało, musiała się przed sobą przyznać - należała do tych osób, które przejmują się palcami u stóp.
Za trzy tygodnie przyjaciółki zaczynały naukę w szóstej klasie. Na samą myśl o gimnazjum Marylin czuła w żołądku lodowate zimno, jakby połknęła garść śniegu.
Najprawdopodobniej w szóstej klasie zacznie umawiać się na randki. Mnóstwo dziewcząt, które znała, miało chłopaków. To było zupełnie normalne.
Problem polegał na tym, że Marylin nie rozmawiała z rówieśnikami płci przeciwnej, od kiedy w czwartej klasie przyłożyła w nos Dale'owi Morrellowi. Denerwowała się w ich obecności, a wolała unikać stresujących sytuacji. Niemniej jednak, jeśli wierzyć książce na temat okresu dojrzewania, którą dostała od mamy tydzień wcześniej, w każdej chwili mogło dojść do tego, że zacznie gonić po korytarzach gimnazjum im. Brennera P. Dunna za Dalem Morrellem, próbując zmusić go do pocałunku. Marylin znała kilka dziewczyn z piątej klasy, które wyczyniały takie rzeczy. Brittany Lamb wręcz z nich słynęła. Za to Kate nie znosiła takiego zachowania. W ogóle była zagorzałą przeciwniczką jakiegokolwiek całowania.
Natomiast Marylin nie miała w tej kwestii jednoznacznych poglądów.
Lubiła, kiedy tata dawał jej buziaka w nos na dobranoc. Nie cierpiała natomiast, gdy babcia McIntosh cmokała ją w policzek, bo zawsze zostawiała na nim maziowaty ślad szminki w kolorze fuksji. A jeśli chodzi o całowanie z chłopakiem, no cóż, na ten temat nie miała zdania. Gdyby był gwiazdorem filmowym, to jasne, że tak. Marylin spędziła mnóstwo czasu, wyobrażając sobie, że całuje się z jakimś znanym aktorem. Ale w prawdziwym życiu nie miała niestety do czynienia z żadnym gwiazdorem. Znała jedynie chłopaków takich jak Matthew Sholls i Dale Morrell, a tego rodzaju osobnicy raczej nie wywoływali w niej marzeń o pocałunkach.
Tego dnia, przed przyjściem do Kate, Marylin siedziała na swoim łóżku, próbując przyciągnąć lewą stopę do twarzy możliwie jak najbliżej, żeby móc dokładnie przyjrzeć się palcom, gdy do pokoju weszła mama i usiadła ciężko obok niej.
- Mamo, czy myślisz, że moje palce będą wyglądać normalnie, jeśli pomaluję paznokcie? - spytała Marylin i poruszyła palcami, żeby zaprezentować ich dziwaczność w całej pełni.
- Przecież są wspaniałe! - wykrzyknęła mama. - Masz palce po cioci Bette. Wszyscy ją uwielbiali.
- No, a czy wszyscy uwielbiali też jej palce u stóp?
- Skąd ci się wzięła ta obsesja, głuptasie?
Na twarzy mamy zagościła mina typu "martwię się o moją córkę i zrobię wszystko, żeby jej pomóc". Marylin lubiła ją dużo bardziej niż minę "daj mi spokój, właśnie pokłóciłam się z twoim ojcem", którą mama prezentowała wcześniej tego popołudnia, tuż przed tym, jak tata wyjechał w kolejną podróż służbową. Dziewczynka starała się nie myśleć o tej kłótni ani o podróży, ani o tym, że będzie musiała nocować u Kate, żeby mama mogła wyżalić się przez telefon na ojca przed ciocią Tish. Wolała już myśleć o palcach.
- Nie chcę, żeby ominęła mnie z ich powodu jakaś niepowtarzalna życiowa szansa - wyjaśniła. - Czy jestem za młoda na operację plastyczną?
Od dawna już mama nie rozmawiała z Marylin na takie tematy. Tłumaczyła, że bez względu na wszystko nie wolno jej stosować żadnych głupich upiększających sztuczek, jak na przykład rozjaśnienie włosów na platynowy blond, czy wyskubanie brwi lub operacja plastyczna palców u stóp. A malowanie się zdecydowanie nie podlegało dyskusji. Wiadomo było, że mama jest zadeklarowanym wrogiem makijażu u jedenastolatek. Był to jeden z jej ulubionych tematów.
- Jesteś bardzo ładną dziewczynką, Marylin - upierała się mama. - Kobiety płacą za to, żeby mieć taki kolor włosów. Kojarzy się ze światłem księżyca. I do tego brązowe oczy? Proszę cię! Nie niszcz tego, czym obdarzyła cię natura.
- A lakier do paznokci? - spytała Marylin, kiedy mama skończyła. - Pomalowane paznokcie to przecież nie jest makijaż.
Mama zamyśliła się. Od czasu, gdy zaczęły się te okropne kłótnie z tatą, można było czasem nakłonić ją do zmiany zdania.
Tak jakby owe sprzeczki wyczerpywały całą jej energię.
- Byle nie na czarno - powiedziała w końcu, posyłając przy tym Marylin surowe spojrzenie. - Stanowczo nie zgadzam się na czarny lakier.
- Czarny odpada - obiecała Marylin.
- To kiedy zaczynasz malować paznokcie? - Kate spytała przyjaciółkę podczas przerwy na reklamy. - Nie mogę uwierzyć, że twoja mama się zgodziła.
- Powiedziała, że nie ma sprawy - odparła Marylin, ruszając palcami. Na jej paznokciach zamigotało niebieskie światło telewizora. - Nie wolno mi tylko używać lakieru czarnego ani czerwonego. Uważa, że różowy jest zupełnie przyzwoity.
- To dobrze - skomentowała bez entuzjazmu Kate i odwróciła się z powrotem do telewizora.
Na ekranie jakaś nader atrakcyjna pani potrząsała głową, przez co jej włosy kołysały się jak sprężynki. Miała na sobie długą jedwabną suknię z głębokim dekoltem. Marylin poczuła rozdrażnienie. Zastanawiała się, o czym myślą rodzice tej ładnej pani, kiedy ją widzą w telewizji. Czy chcieliby, żeby zasłoniła sobie to i owo?
Podniosła ze stolika długopis i bloczek papieru. Ostatnio ćwiczyła podpis, próbując nadać mu bardziej elegancki wygląd. Kto wie, może któregoś dnia zostanie gwiazdą i będzie rozdawać autografy na prawo i lewo? Kilka tygodni wcześniej zmieniła pisownię swojego imienia z Marilyn na Marylin, aby wyglądało mniej staromodnie. W jaki sposób jej rodzice wpadli na pomysł, żeby nazwać dziewczynkę, urodzoną u progu dwudziestego pierwszego wieku, Marilyn, tego nie mogła pojąć.
- Kto to jest Marylin? - spytała Kate, zaglądając jej przez ramię. - Wiesz, że zrobiłaś błąd w swoim własnym imieniu?
- Właśnie tak się je teraz pisze - wyjaśniła. - To symbolizuje nową mnie.
- Dlaczego chcesz być nową sobą? - dopytywała się Kate. - Nie ma nic złego w starej tobie. Lubię starą ciebie.
- Mam już dosyć starej mnie - wyrzuciła z siebie Marylin.
Nie myślała o tym wcześniej, ale w chwili, gdy wypowiedziała to na głos, zdała sobie sprawę, że tak było naprawdę.
Nagle z góry, od strony kuchni, dobiegły je jakieś niepokojące odgłosy.
- Wynoś się stąd natychmiast! No już! - krzyczała mama Kate. - Wstrętne kocisko!
Kate zerwała się na równe nogi.
- Co się stało, mamo? - zawołała, biegnąc po schodach.
- To ten głupi kot. - Głos pani Faber urwał się nagle. Marylin usłyszała łomotanie w okno i znowu krzyk: - Nie! Przestań!
Kate gnała po schodach, przyjaciółka tuż za nią. Gdy dobiegły do kuchni, pani Faber była już przed domem i goniła rudego kota unoszącego w pysku ptaka.
- Rzuć to, ty dumy zwierzaku! - wołała pani Faber za kotem, znikającym właśnie za ciemną linią krzaków bukszpanu. Odwróciła się do Kate i Marylin, które właśnie ją doganiały. - I dlatego mamy psa - powiedziała gniewnie. - Psy nie jedzą ptaków.
- Nie pamiętasz już, jak Max próbował zjeść kaczkę? - zapytała Kate.
Max był bassetem pani Faber.
- Max nie próbował zjeść kaczki - w głosie mamy Kate brzmiała irytacja - tylko ją powąchać. To naturalne u bassetów, że lubią wąchać różne rzeczy.
Marylin usłyszała popiskiwanie dobiegające z krzaków rosnących nieopodal werandy Faberów. Ruszyła w stronę, skąd dochodziły dźwięki. Na gałęziach, tworzących w pewnym miejscu coś w rodzaju solidnej konstrukcji przypominającej daszek, znajdowało się gniazdo oświetlone światłem z werandy, a w nim maleńki szary ptaszek. Otwierał dziobek tak szeroko, że Marylin mogła zobaczyć całe jego gardziołko.
- Czeka, aż wróci mama i go nakarmi - odezwała się Kate, podchodząc do przyjaciółki. - Wygląda na bardzo głodnego.
- Boję się, że jego mama nie wróci - powiedziała pani Faber i dotknęła delikatnie ramienia Kate. - Przypuszczam, że dopadł ją ten dumy kot.
- W takim razie my musimy go nakarmić - postanowiła Kate. - Włożymy go razem z gniazdem do pudełka po butach i zaniesiemy do domu, żeby było mu ciepło w nocy. Zdobędziemy dla niego jakieś robaki.
- To może nie wystarczyć, Kate - zauważyła pani Faber. Miała smutny głos. - Nie wydaje mi się, żeby ten malec poradził sobie bez mamy.
Kate zignorowała te uwagi. Odwróciła się do Marylin i powiedziała:
- Idź po Peteya. Pomoże nam wykopać robaki. Niech weźmie latarkę. I zapytaj swoją mamę, czy ma zakraplacz. Będzie nam potrzebny.
Marylin poczuła się jak żołnierz przyjmujący rozkazy od generała Pattona.
- Tak jest! - odpowiedziała przyjaciółce i odwróciwszy się na pięcie, pobiegła po wilgotnej trawie w stronę domu, zastanawiając się, skąd Kate nagle znalazła w sobie tyle stanowczości.
Kiedy Marylin przechodziła przez ulicę, zauważyła światło u nowych sąsiadów. Dawniej ten dom należał do Savoyow, ale pan Savoy dostał pracę w Bostonie, a pani Savoy doszła do wniosku, że nie zamierza przenosić się z mężem w nowe miejsce, ale też postanowiła zmienić lokum. Mama Marylin już od miesiąca codziennie rozmawiała przez telefon z panią Savoy i rozważała z nią plusy i minusy różnych osiedli mieszkaniowych w okolicy.
Nowi sąsiedzi przybyli z córką o rok starszą od Marylin i Kate. Miała na imię Flannery, czego Marylin dowiedziała się poprzedniego dnia, kiedy poszła tam z przyjaciółką, żeby się przedstawić. Gdyby to Marylin była nową osobą na ulicy, czułaby się onieśmielona i nie mówiła zbyt wiele, co najwyżej pytałaby o szkołę i o to, jakie ciuchy się tam nosi. Przede wszystkim na pewno cieszyłaby się, gdyby dwie dziewczyny przyszły ją powitać, nawet gdyby były od niej o rok młodsze.
Ale Flannery należała do zupełnie innej kategorii ludzi. Z miejsca zaczęła się przechwalać tym, jak to była najbardziej popularną osobą w historii swojej starej szkoły, i stwierdziła z przekonaniem, że w nowej szkole wszyscy z pewnością okażą się strasznie nudni.
- Wielkie rozczarowanie, jak dla mnie - powiedziała Kate, gdy wracały do domu Marylin. - Miałam nadzieję, że będzie można się z nią zaprzyjaźnić. Zwłaszcza że lubi koszykówkę. Ale jestem przekonana, że ona nie jest typem osoby, która sprawdza się w drużynie.
Marylin doskonale rozumiała, co przyjaciółka miała na myśli. Mimo to Flannery w pewien sposób - choć trochę przerażający - fascynowała ją. Jak to jest nie przejmować się tym, co myślą o tobie inni, i być na sto procent pewną, że z miejsca zostaniesz uznana za najbardziej wyjątkową osobę w klasie? Flannery bez wątpienia tak właśnie myślała.
Marylin starała się ze wszystkich sił wczuć się w taką osobę jak Flannery, ale zupełnie jej to nie wychodziło.
Z gniazda ułożonego na biurku Kate dochodziło kwilenie ptaszka. Marylin wygramoliła się ze śpiwora i oparła na łokciach, żeby spojrzeć na zegar w radiu. Była druga trzynaście nad ranem. Czy ten pisklak zamierza kiedykolwiek zasnąć?
- Może chce jeszcze jednego robaka - odezwała się Kate ze swojego łóżka.
Marylin przestraszyła się. Nie wiedziała, że Kate nie śpi.
- Dałaś mu już jednego o północy - zauważyła. - Ile robaków potrzebują takie małe ptaszki, żeby się najeść?
- A ilu prawników potrzeba do wkręcenia żarówki? - zachichotała Kate.
- Że co?
- To taki dowcip, który lubi opowiadać mój tata - wyjaśniła Kate. - Nieważne. I tak nie pamiętam odpowiedzi.
Marylin westchnęła. Kate cofnęła się w czasie i była znowu na etapie pierwszej klasy. Wyglądała jak małe dziecko, które się dopiero obudziło. Jej krótkie brązowe włosy sterczały we wszystkie możliwe strony, jakby chwilę wcześniej nawiedziło je tornado.
- Może powinnaś się trochę przespać? - spytała łagodnie Marylin przyjaciółkę.
Kate wzięła z nocnego stolika latarkę i skierowała jej promień na pudełko po butach. Dziobek pisklaka zaświecił się na czerwono.
- Nie mogę spać - odpowiedziała. - Ktoś musi przy nim czuwać, na wypadek gdyby czegoś potrzebował.
Poderwała się z łóżka i podeszła do biurka. Zanurzyła pipetę w szklance z wodą.
- Może jesteś spragniony, ptaszku? Masz ochotę na coś do picia? - Odwróciła się do Marylin i powiedziała: - Powinnyśmy wymyślić dla niego jakieś imię, żeby nie trzeba było ciągle mówić do niego "ptaszku". Co powiesz na Pee Wee?
Marylin wślizgnęła się z powrotem do śpiwora.
- On pewnie umrze - powiedziała. - Nie wydaje mi się, żeby wymyślanie dla niego imienia było dobrym pomysłem.
I wtedy pomyślała sobie, że jej słowa musiały zabrzmieć bardzo okrutnie, zwłaszcza o drugiej czternaście w nocy. Mimo to był już czas, żeby Kate dowiedziała się czegoś o życiu. Już czas, żeby trochę spoważniała.
- A może wcale nie umrze? - upierała się Kate, siadając na podłodze obok śpiwora Marylin. - Pamiętasz, jak w drugiej klasie Priscilla Jones zachorowała i wszyscy myśleli, że umrze? Ale nie umarła. Wyzdrowiała, bo miała naprawdę dobrych lekarzy.
- Tylko że Priscilla Jones nie była pozbawionym mamy pisklęciem - zauważyła Marylin. - A poza tym ty nie jesteś lekarzem.
- Ale mogę nim być któregoś dnia - odpowiedziała Kate. - Nie wiadomo, czy nie zostanę w przyszłości weterynarzem.
Marylin zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, zegar pokazywał 4:38. Kate siedziała przy biurku, pochylona nad pisklakiem.
- Pee Wee, Pee Wee, Pee Wee - nuciła - pewnego dnia pofruniesz wysoko ponad drzewami.
Kiedy następnego poranka słońce zmusiło Marylin do otwarcia oczu, od razu zwróciła uwagę na ciszę panującą w pokoju Kate. Spojrzała na pudełko po butach i natychmiast zrozumiała, dlaczego tak było. Pisklę przestało kwilić.
Marylin rozejrzała się po pokoju, jakby spodziewała się ujrzeć ptaszka siedzącego na parapecie lub śpiącego na poduszce Kate. Ale na poduszce leżały stopy przyjaciółki, a jej głowa spoczywała na pluszowej żyrafie. Kate pochrapywała, wydając krótkie świszczące odgłosy.
- Ptaszku - szepnęła Marylin, kiedy wygrzebywała się ze śpiwora. - Pee Wee - powtórzyła cicho, podchodząc do biurka. - Masz ochotę na swojego porannego robaczka?
Pisklak leżał nieruchomo w gnieździe. Marylin powoli wyciągnęła w jego stronę palec. Nie chciała go wystraszyć. Ale ptaszek nie poruszył się, kiedy go dotknęła. Po prostu leżał, zimny i sztywny.
- To znaczy, że umarłeś? - powiedziała do niego Marylin. - Wiedziałam, że tak będzie.
Marylin usiadła na krześle przy biurku. Tak naprawdę nie wiedziała wcale, że ptaszek umrze. Powiedziała to tylko dlatego, żeby sprawić przykrość przyjaciółce. Ale może ptaszek ją usłyszał i stracił całą nadzieję?
Od strony łóżka dobiegało ciche, rytmiczne chrapanie Kate. Marylin pomyślała, żeby obudzić przyjaciółkę i powiedzieć jej o ptaszku, ale tak nie zrobiła. Po prostu siedziała cicho i wpatrywała się w swoje stopy.
Wymieniłaby swe różowe paznokcie na to, żeby usłyszeć kwilenie ptaszka.
- Kochani, zebraliśmy się tu dzisiaj, aby opłakiwać utratę naszego przyjaciela, za którym wszyscy będziemy tęsknić, a zwłaszcza ja.
Kate stała w ogródku nad pudełkiem po butach, z założonymi rękami. Głęboko nasunięty kapelusz zatrzymywał się tuż nad jej brwiami. Marylin uznała, że kapelusz dodawał uroczystości należytej powagi, nawet jeśli był częścią należącego do pana Fabera kostiumu Charliego Chaplina.
Tego ranka Marylin bała się, że Kate zacznie płakać, kiedy dowie się o śmierci pisklaka. Lecz przyjaciółka poruszyła nim parę razy i powiedziała tylko:
- Pewnie spotkał się już w niebie ze swoją mamą. Myślę, że jest teraz bardzo szczęśliwy.
Następnie włożyła dżinsy, T-shirt z emotikonem "Chodzę z kretynem" i zaniosła pudełko na werandę.