Sekretny język dziewczyn - Frances Roark Dowell O

-
Proszę czekać

Na co się wy­mie­nisz?

Kate trąciła stopą ka­mień.

- Jak myślisz, czy ro­ba­kom coś się śni? - za­py­tała przy­ja­ciółkę.

Gro­mad­ka obłych, po­kry­tych pan­ce­rzy­kiem ku­la­nek czmychnęła w popłochu w stronę chod­ni­ka.

- Nie wy­da­je mi się, żeby one w ogóle miały mózgi - od­parła Ma­ry­lin i pod­ciągnęła ko­la­na pod brodę, bo bała się, że któryś z ro­ba­li wej­dzie jej na nogi. - Nie do­ty­kałabym ich na two­im miej­scu - dodała.

- Mogą prze­no­sić ja­kieś wstrętne choróbska.

Za późno. Kate sztur­chała owa­dy pal­cem, skut­kiem cze­go zwi­jały się w ku­lecz­ki. Zgarnęła kil­ka i pa­trzyła, jak tur­lają się na jej dłoni.

- Mniam - sko­men­to­wała. - Może chcesz trochę grosz­ku na ko­lację?

Właśnie w ta­kich chwi­lach Ma­ry­lin myślała so­bie, że jej przy­ja­ciółka mogłaby już nie­co wy­do­rośleć.

Dziewczęta sie­działy na scho­dach przed do­mem Kate. Parę metrów da­lej, na tle gasnącego wie­czor­ne­go nie­ba, za­mi­go­tało na­gle kil­ka świe­tlików. Chwilę później całe podwórze ja­rzyło się lśniącymi punk­ci­ka­mi. Pe­tey, młod­szy brat Ma­ry­lin, twier­dził, że kie­dy ro­bacz­ki świętojańskie za­pa­lają swo­je świa­tełka, prze­syłają so­bie w ten sposób zna­ki: Hej, to ja. Mówiłem ci już, że cię ko­cham?

Kate po­de­rwała się z miej­sca i zaczęła bie­gać po tra­wie, pi­kując ni­czym ptak za każdym ra­zem, gdy rozbłyskał przed nią jakiś świe­tlik. Chwy­tała jed­ne­go za dru­gim w półprzy­mkniętą dłoń, jak­by to była siat­ka na mo­ty­le. Nie­bo po­ciem­niało o jesz­cze je­den ton. W półmro­ku opa­lo­ne nogi dziew­czyn­ki spra­wiały wrażenie białych jak pa­pier, a ona sama przy­po­mi­nała zjawę. Ma­ry­lin pa­trzyła na bie­gającą po wil­got­nej tra­wie przy­ja­ciółkę, której bose sto­py ko­ja­rzyły jej się z dwo­ma małymi księżyca­mi.

- No do­brze, zo­bacz­my, co się tu kry­je - wy­sa­pała Kate, kie­rując się ku scho­dom. W złożonych dłoniach niosła świecącą zdo­bycz, jej pal­ce rozświe­tlała czer­wo­na­wa poświa­ta.

Przez szcze­linę pomiędzy kciu­ka­mi zaj­rzała do wnętrza dłoni. - Do­li­czyłam się sześciu, nie, sied­miu sztuk. Na co się wy­mie­nisz za sie­dem ro­baczków świętojańskich?

W "na co się wy­mie­nisz" dziewczęta bawiły się, odkąd obie poszły do przed­szko­la. Wte­dy właśnie Ma­ry­lin za­miesz­kała na tej sa­mej uli­cy, pięć domów da­lej.

Na co się wy­mie­nisz, jak ja ci dam ka­napkę z masłem orze­cho­wym, uszy mysz­ki Miki albo sie­dem­naście żelków?

Ma­ry­lin sięgnęła do kie­sze­ni, wyjęła pół list­ka gumy owo­co­wej i podała go przy­ja­ciółce.

- Nie ma wy­mia­ny - odmówiła Kate. - Nie wol­no mi żuć gumy. Chy­ba że bez cu­kru.

- To wszyst­ko, co mam - od­parła Mary lin. - Bie­rzesz czy nie?

Kate otwo­rzyła dłonie i po­wiodła wzro­kiem za świe­tli­ka­mi ula­tującymi w wil­got­ne wie­czor­ne po­wie­trze.

- Wy­da­je mi się, że i tak nie po­win­nyśmy wy­mie­niać żyjących stwo­rzeń - stwier­dziła.

Na we­ran­dzie za­pa­liło się światło. Ma­ry­lin wyciągnęła przed sie­bie nogę i przyj­rzała się uważnie swo­jej sto­pie.

- A co z pal­ca­mi? Mogłabym się wy­mie­nić na two­je.

Ma­ry­lin uważała pal­ce u stóp za naj­gorszą część swo­je­go ciała. Nie była w sta­nie zro­zu­mieć, dla­cze­go nig­dy wcześniej nie za­uważyła, jak bar­dzo są dzi­wacz­ne. Do­pie­ro wczo­raj na ba­se­nie Mat­thew Sholls zwrócił jej na to uwagę. Dru­gi pa­lec wy­sta­wał poza pa­luch, naj­mniej­sze były pra­wie nieza­uważalne, po­zo­stałe nieład­nie się za­krzy­wiały. Kate miała ab­so­lut­nie nor­mal­ne, pro­ste pal­ce. Pa­lu­chy były najdłuższe, dokład­nie tak jak po­win­ny, a naj­mniej­sze pal­ce przy­po­mi­nały dwa krągłe orzesz­ki ziem­ne.

Kate przy­siadła obok przy­ja­ciółki.

- Na pal­ce? A kto by się przej­mo­wał pal­ca­mi?

Ma­ry­lin zaśmiała się sztucz­nie.

- Tak, wiem, że to głupie. Masz rację. Kto by się przej­mo­wał pal­ca­mi.

- Chodź - po­wie­działa Kate - zo­ba­czy­my, co jest w te­le­wi­zji.

Ma­ry­lin weszła za przy­ja­ciółką do domu. Włączo­ny kli­ma­ty­za­tor wypełniał wnętrze chłod­nym po­wie­trzem. Schodząc z Kate po scho­dach do po­ko­ju te­le­wi­zyj­ne­go, który znaj­do­wał się w piw­ni­cy, Ma­ry­lin zadrżała lek­ko. Po­win­na była za­brać ze sobą swe­ter. Po­win­na była za­brać też skar­pet­ki, żeby za­kryć te po­wy­krzy­wia­ne pal­ce. Po­mi­mo że bar­dzo jej się to nie po­do­bało, mu­siała się przed sobą przy­znać - należała do tych osób, które przej­mują się pal­ca­mi u stóp.

Za trzy ty­go­dnie przy­ja­ciółki za­czy­nały naukę w szóstej kla­sie. Na samą myśl o gim­na­zjum Ma­ry­lin czuła w żołądku lo­do­wa­te zim­no, jak­by połknęła garść śnie­gu.

Naj­praw­do­po­dob­niej w szóstej kla­sie za­cznie uma­wiać się na rand­ki. Mnóstwo dziewcząt, które znała, miało chłopaków. To było zupełnie nor­mal­ne.

Pro­blem po­le­gał na tym, że Ma­ry­lin nie roz­ma­wiała z rówieśni­ka­mi płci prze­ciw­nej, od kie­dy w czwar­tej kla­sie przyłożyła w nos Dale'owi Mor­rel­lo­wi. De­ner­wo­wała się w ich obec­ności, a wolała uni­kać stre­sujących sy­tu­acji. Nie­mniej jed­nak, jeśli wie­rzyć książce na te­mat okre­su doj­rze­wa­nia, którą do­stała od mamy ty­dzień wcześniej, w każdej chwi­li mogło dojść do tego, że za­cznie gonić po ko­ry­ta­rzach gim­na­zjum im. Bren­ne­ra P. Dun­na za Da­lem Mor­rel­lem, próbując zmu­sić go do pocałunku. Ma­ry­lin znała kil­ka dziew­czyn z piątej kla­sy, które wy­czy­niały ta­kie rze­czy. Brit­ta­ny Lamb wręcz z nich słynęła. Za to Kate nie zno­siła ta­kiego za­cho­wa­nia. W ogóle była za­go­rzałą prze­ciw­niczką ja­kie­go­kol­wiek całowa­nia.

Na­to­miast Ma­ry­lin nie miała w tej kwe­stii jed­no­znacz­nych poglądów.

Lubiła, kie­dy tata dawał jej bu­zia­ka w nos na do­bra­noc. Nie cier­piała na­to­miast, gdy bab­cia McIn­tosh cmo­kała ją w po­li­czek, bo za­wsze zo­sta­wiała na nim ma­zio­wa­ty ślad szmin­ki w ko­lo­rze fuk­sji. A jeśli cho­dzi o całowa­nie z chłopa­kiem, no cóż, na ten te­mat nie miała zda­nia. Gdy­by był gwiaz­do­rem fil­mo­wym, to ja­sne, że tak. Ma­ry­lin spędziła mnóstwo cza­su, wy­obrażając so­bie, że całuje się z ja­kimś zna­nym ak­to­rem. Ale w praw­dzi­wym życiu nie miała nie­ste­ty do czy­nie­nia z żad­nym gwiaz­do­rem. Znała je­dy­nie chłopaków ta­kich jak Mat­thew Sholls i Dale Mor­rell, a tego ro­dza­ju osob­ni­cy ra­czej nie wywoływa­li w niej ma­rzeń o pocałunkach.

Tego dnia, przed przyjściem do Kate, Ma­ry­lin sie­działa na swo­im łóżku, próbując przy­ciągnąć lewą stopę do twa­rzy możli­wie jak naj­bliżej, żeby móc dokład­nie przyj­rzeć się pal­com, gdy do po­ko­ju weszła mama i usiadła ciężko obok niej.

- Mamo, czy myślisz, że moje pal­ce będą wyglądać nor­mal­nie, jeśli po­ma­luję pa­znok­cie? - spy­tała Ma­ry­lin i po­ru­szyła pal­ca­mi, żeby za­pre­zen­to­wać ich dzi­wacz­ność w całej pełni.

- Prze­cież są wspa­niałe! - wy­krzyknęła mama. - Masz pal­ce po cio­ci Bet­te. Wszy­scy ją uwiel­bia­li.

- No, a czy wszy­scy uwiel­bia­li też jej pal­ce u stóp?

- Skąd ci się wzięła ta ob­se­sja, głupta­sie?

Na twa­rzy mamy zagościła mina typu "mar­twię się o moją córkę i zro­bię wszyst­ko, żeby jej pomóc". Ma­ry­lin lubiła ją dużo bar­dziej niż minę "daj mi spokój, właśnie pokłóciłam się z two­im oj­cem", którą mama pre­zen­to­wała wcześniej tego popołudnia, tuż przed tym, jak tata wy­je­chał w ko­lejną podróż służbową. Dziew­czyn­ka sta­rała się nie myśleć o tej kłótni ani o podróży, ani o tym, że będzie mu­siała no­co­wać u Kate, żeby mama mogła wyżalić się przez te­le­fon na ojca przed cio­cią Tish. Wolała już myśleć o pal­cach.

- Nie chcę, żeby ominęła mnie z ich po­wo­du jakaś nie­po­wta­rzal­na życio­wa szan­sa - wyjaśniła. - Czy je­stem za młoda na ope­rację pla­styczną?

Od daw­na już mama nie roz­ma­wiała z Ma­ry­lin na ta­kie te­ma­ty. Tłuma­czyła, że bez względu na wszyst­ko nie wol­no jej sto­so­wać żad­nych głupich upiększających sztu­czek, jak na przykład roz­jaśnie­nie włosów na pla­ty­no­wy blond, czy wy­sku­ba­nie brwi lub ope­ra­cja pla­stycz­na palców u stóp. A ma­lo­wa­nie się zde­cy­do­wa­nie nie pod­le­gało dys­ku­sji. Wia­do­mo było, że mama jest za­de­kla­ro­wa­nym wro­giem ma­ki­jażu u je­de­na­sto­la­tek. Był to je­den z jej ulu­bio­nych te­matów.

- Je­steś bar­dzo ładną dziew­czynką, Ma­ry­lin - upie­rała się mama. - Ko­bie­ty płacą za to, żeby mieć taki ko­lor włosów. Ko­ja­rzy się ze światłem księżyca. I do tego brązowe oczy? Proszę cię! Nie niszcz tego, czym ob­da­rzyła cię na­tu­ra.

- A la­kier do pa­znok­ci? - spy­tała Ma­ry­lin, kie­dy mama skończyła. - Po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie to prze­cież nie jest ma­ki­jaż.

Mama zamyśliła się. Od cza­su, gdy zaczęły się te okrop­ne kłótnie z tatą, można było cza­sem nakłonić ją do zmia­ny zda­nia.

Tak jak­by owe sprzecz­ki wy­czer­py­wały całą jej ener­gię.

- Byle nie na czar­no - po­wie­działa w końcu, posyłając przy tym Ma­ry­lin su­ro­we spoj­rze­nie. - Sta­now­czo nie zga­dzam się na czar­ny la­kier.

- Czar­ny od­pa­da - obie­cała Ma­ry­lin.

- To kie­dy za­czy­nasz ma­lo­wać pa­znok­cie? - Kate spy­tała przy­ja­ciółkę pod­czas prze­rwy na re­kla­my. - Nie mogę uwie­rzyć, że two­ja mama się zgo­dziła.

- Po­wie­działa, że nie ma spra­wy - od­parła Ma­ry­lin, ru­szając pal­ca­mi. Na jej pa­znok­ciach za­mi­go­tało nie­bie­skie światło te­le­wi­zo­ra. - Nie wol­no mi tyl­ko używać la­kie­ru czar­ne­go ani czer­wo­ne­go. Uważa, że różowy jest zupełnie przy­zwo­ity.

- To do­brze - sko­men­to­wała bez en­tu­zja­zmu Kate i odwróciła się z po­wro­tem do te­le­wi­zo­ra.

Na ekra­nie jakaś na­der atrak­cyj­na pani potrząsała głową, przez co jej włosy kołysały się jak sprężynki. Miała na so­bie długą je­dwabną suk­nię z głębo­kim de­kol­tem. Ma­ry­lin po­czuła roz­drażnie­nie. Za­sta­na­wiała się, o czym myślą ro­dzi­ce tej ład­nej pani, kie­dy ją widzą w te­le­wi­zji. Czy chcie­li­by, żeby zasłoniła so­bie to i owo?

Pod­niosła ze sto­li­ka długo­pis i blo­czek pa­pie­ru. Ostat­nio ćwi­czyła pod­pis, próbując nadać mu bar­dziej ele­ganc­ki wygląd. Kto wie, może któregoś dnia zo­sta­nie gwiazdą i będzie roz­da­wać au­to­gra­fy na pra­wo i lewo? Kil­ka ty­go­dni wcześniej zmie­niła pi­sow­nię swo­je­go imie­nia z Ma­ri­lyn na Ma­ry­lin, aby wyglądało mniej sta­ro­mod­nie. W jaki sposób jej ro­dzi­ce wpa­dli na po­mysł, żeby na­zwać dziew­czynkę, uro­dzoną u pro­gu dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku, Ma­ri­lyn, tego nie mogła pojąć.

- Kto to jest Ma­ry­lin? - spy­tała Kate, zaglądając jej przez ramię. - Wiesz, że zro­biłaś błąd w swo­im własnym imie­niu?

- Właśnie tak się je te­raz pi­sze - wyjaśniła. - To sym­bo­li­zu­je nową mnie.

- Dla­cze­go chcesz być nową sobą? - do­py­ty­wała się Kate. - Nie ma nic złego w sta­rej to­bie. Lubię starą cie­bie.

- Mam już dosyć sta­rej mnie - wy­rzu­ciła z sie­bie Ma­ry­lin.

Nie myślała o tym wcześniej, ale w chwi­li, gdy wy­po­wie­działa to na głos, zdała so­bie sprawę, że tak było na­prawdę.

Na­gle z góry, od stro­ny kuch­ni, do­biegły je ja­kieś nie­po­kojące odgłosy.

- Wynoś się stąd na­tych­miast! No już! - krzy­czała mama Kate. - Wstrętne ko­ci­sko!

Kate ze­rwała się na równe nogi.

- Co się stało, mamo? - zawołała, biegnąc po scho­dach.

- To ten głupi kot. - Głos pani Fa­ber urwał się na­gle. Ma­ry­lin usłyszała łomo­ta­nie w okno i zno­wu krzyk: - Nie! Prze­stań!

Kate gnała po scho­dach, przy­ja­ciółka tuż za nią. Gdy do­biegły do kuch­ni, pani Fa­ber była już przed do­mem i goniła ru­de­go kota unoszącego w py­sku pta­ka.

- Rzuć to, ty dumy zwie­rza­ku! - wołała pani Fa­ber za ko­tem, zni­kającym właśnie za ciemną linią krzaków buksz­pa­nu. Odwróciła się do Kate i Ma­ry­lin, które właśnie ją do­ga­niały. - I dla­te­go mamy psa - po­wie­działa gniew­nie. - Psy nie jedzą ptaków.

- Nie pamiętasz już, jak Max próbował zjeść kaczkę? - za­py­tała Kate.

Max był bas­se­tem pani Fa­ber.

- Max nie próbował zjeść kacz­ki - w głosie mamy Kate brzmiała iry­ta­cja - tyl­ko ją powąchać. To na­tu­ral­ne u bas­setów, że lubią wąchać różne rze­czy.

Ma­ry­lin usłyszała po­pi­ski­wa­nie do­bie­gające z krzaków rosnących nie­opo­dal we­ran­dy Fa­berów. Ru­szyła w stronę, skąd do­cho­dziły dźwięki. Na gałęziach, tworzących w pew­nym miej­scu coś w ro­dza­ju so­lid­nej kon­struk­cji przy­po­mi­nającej da­szek, znaj­do­wało się gniaz­do oświe­tlo­ne światłem z we­ran­dy, a w nim maleńki sza­ry pta­szek. Otwie­rał dzio­bek tak sze­ro­ko, że Ma­ry­lin mogła zo­ba­czyć całe jego gar­dziołko.

- Cze­ka, aż wróci mama i go na­kar­mi - ode­zwała się Kate, pod­chodząc do przy­ja­ciółki. - Wygląda na bar­dzo głod­ne­go.

- Boję się, że jego mama nie wróci - po­wie­działa pani Fa­ber i do­tknęła de­li­kat­nie ra­mie­nia Kate. - Przy­pusz­czam, że do­padł ją ten dumy kot.

- W ta­kim ra­zie my mu­si­my go na­kar­mić - po­sta­no­wiła Kate. - Włożymy go ra­zem z gniaz­dem do pudełka po bu­tach i za­nie­sie­my do domu, żeby było mu ciepło w nocy. Zdobędzie­my dla nie­go ja­kieś ro­ba­ki.

- To może nie wy­star­czyć, Kate - za­uważyła pani Fa­ber. Miała smut­ny głos. - Nie wy­da­je mi się, żeby ten ma­lec po­ra­dził so­bie bez mamy.

Kate zi­gno­ro­wała te uwa­gi. Odwróciła się do Ma­ry­lin i po­wie­działa:

- Idź po Pe­teya. Pomoże nam wy­ko­pać ro­ba­ki. Niech weźmie la­tarkę. I za­py­taj swoją mamę, czy ma za­kra­placz. Będzie nam po­trzeb­ny.

Ma­ry­lin po­czuła się jak żołnierz przyj­mujący roz­ka­zy od ge­ne­rała Pat­to­na.

- Tak jest! - od­po­wie­działa przy­ja­ciółce i odwróciw­szy się na pięcie, po­biegła po wil­got­nej tra­wie w stronę domu, za­sta­na­wiając się, skąd Kate na­gle zna­lazła w so­bie tyle sta­now­czości.

Kie­dy Ma­ry­lin prze­cho­dziła przez ulicę, za­uważyła światło u no­wych sąsiadów. Daw­niej ten dom należał do Sa­voy­ow, ale pan Sa­voy do­stał pracę w Bo­sto­nie, a pani Sa­voy doszła do wnio­sku, że nie za­mie­rza prze­no­sić się z mężem w nowe miej­sce, ale też po­sta­no­wiła zmie­nić lo­kum. Mama Ma­ry­lin już od mie­siąca co­dzien­nie roz­ma­wiała przez te­le­fon z panią Sa­voy i roz­ważała z nią plu­sy i mi­nu­sy różnych osie­dli miesz­ka­nio­wych w oko­li­cy.

Nowi sąsie­dzi przy­by­li z córką o rok starszą od Ma­ry­lin i Kate. Miała na imię Flan­ne­ry, cze­go Ma­ry­lin do­wie­działa się po­przed­nie­go dnia, kie­dy poszła tam z przy­ja­ciółką, żeby się przed­sta­wić. Gdy­by to Ma­ry­lin była nową osobą na uli­cy, czułaby się onieśmie­lo­na i nie mówiła zbyt wie­le, co naj­wyżej pytałaby o szkołę i o to, ja­kie ciu­chy się tam nosi. Przede wszyst­kim na pew­no cie­szyłaby się, gdy­by dwie dziew­czy­ny przyszły ją po­wi­tać, na­wet gdy­by były od niej o rok młod­sze.

Ale Flan­ne­ry należała do zupełnie in­nej ka­te­go­rii lu­dzi. Z miej­sca zaczęła się prze­chwa­lać tym, jak to była naj­bar­dziej po­pu­larną osobą w hi­sto­rii swo­jej sta­rej szkoły, i stwier­dziła z prze­ko­na­niem, że w no­wej szko­le wszy­scy z pew­nością okażą się strasz­nie nud­ni.

- Wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie, jak dla mnie - po­wie­działa Kate, gdy wra­cały do domu Ma­ry­lin. - Miałam na­dzieję, że będzie można się z nią za­przy­jaźnić. Zwłasz­cza że lubi ko­szykówkę. Ale je­stem prze­ko­na­na, że ona nie jest ty­pem oso­by, która spraw­dza się w drużynie.

Ma­ry­lin do­sko­na­le ro­zu­miała, co przy­ja­ciółka miała na myśli. Mimo to Flan­ne­ry w pe­wien sposób - choć trochę prze­rażający - fa­scy­no­wała ją. Jak to jest nie przej­mo­wać się tym, co myślą o to­bie inni, i być na sto pro­cent pewną, że z miej­sca zo­sta­niesz uzna­na za naj­bar­dziej wyjątkową osobę w kla­sie? Flan­ne­ry bez wątpie­nia tak właśnie myślała.

Ma­ry­lin sta­rała się ze wszyst­kich sił wczuć się w taką osobę jak Flan­ne­ry, ale zupełnie jej to nie wy­cho­dziło.

Z gniaz­da ułożone­go na biur­ku Kate do­cho­dziło kwi­le­nie ptasz­ka. Ma­ry­lin wy­gra­mo­liła się ze śpi­wo­ra i oparła na łokciach, żeby spoj­rzeć na ze­gar w ra­diu. Była dru­ga trzy­naście nad ra­nem. Czy ten pi­sklak za­mie­rza kie­dy­kol­wiek zasnąć?

- Może chce jesz­cze jed­ne­go ro­ba­ka - ode­zwała się Kate ze swo­je­go łóżka.

Ma­ry­lin prze­stra­szyła się. Nie wie­działa, że Kate nie śpi.

- Dałaś mu już jed­ne­go o północy - za­uważyła. - Ile ro­baków po­trze­bują ta­kie małe ptasz­ki, żeby się najeść?

- A ilu praw­ników po­trze­ba do wkręce­nia żarówki? - za­chi­cho­tała Kate.

- Że co?

- To taki dow­cip, który lubi opo­wia­dać mój tata - wyjaśniła Kate. - Nie­ważne. I tak nie pamiętam od­po­wie­dzi.

Ma­ry­lin wes­tchnęła. Kate cofnęła się w cza­sie i była zno­wu na eta­pie pierw­szej kla­sy. Wyglądała jak małe dziec­ko, które się do­pie­ro obu­dziło. Jej krótkie brązowe włosy ster­czały we wszyst­kie możliwe stro­ny, jak­by chwilę wcześniej na­wie­dziło je tor­na­do.

- Może po­win­naś się trochę prze­spać? - spy­tała łagod­nie Ma­ry­lin przy­ja­ciółkę.

Kate wzięła z noc­ne­go sto­li­ka la­tarkę i skie­ro­wała jej pro­mień na pudełko po bu­tach. Dzio­bek pi­skla­ka zaświe­cił się na czer­wo­no.

- Nie mogę spać - od­po­wie­działa. - Ktoś musi przy nim czu­wać, na wy­pa­dek gdy­by cze­goś po­trze­bo­wał.

Po­de­rwała się z łóżka i po­deszła do biur­ka. Za­nu­rzyła pi­petę w szklan­ce z wodą.

- Może je­steś spra­gnio­ny, ptasz­ku? Masz ochotę na coś do pi­cia? - Odwróciła się do Ma­ry­lin i po­wie­działa: - Po­win­nyśmy wymyślić dla nie­go ja­kieś imię, żeby nie trze­ba było ciągle mówić do nie­go "ptasz­ku". Co po­wiesz na Pee Wee?

Ma­ry­lin wśli­zgnęła się z po­wro­tem do śpi­wo­ra.

- On pew­nie umrze - po­wie­działa. - Nie wy­da­je mi się, żeby wymyśla­nie dla nie­go imie­nia było do­brym po­mysłem.

I wte­dy pomyślała so­bie, że jej słowa mu­siały za­brzmieć bar­dzo okrut­nie, zwłasz­cza o dru­giej czter­naście w nocy. Mimo to był już czas, żeby Kate do­wie­działa się cze­goś o życiu. Już czas, żeby trochę spo­ważniała.

- A może wca­le nie umrze? - upie­rała się Kate, sia­dając na podłodze obok śpi­wo­ra Ma­ry­lin. - Pamiętasz, jak w dru­giej kla­sie Pri­scil­la Jo­nes za­cho­ro­wała i wszy­scy myśleli, że umrze? Ale nie umarła. Wy­zdro­wiała, bo miała na­prawdę do­brych le­ka­rzy.

- Tyl­ko że Pri­scil­la Jo­nes nie była po­zba­wio­nym mamy pi­sklęciem - za­uważyła Ma­ry­lin. - A poza tym ty nie je­steś le­ka­rzem.

- Ale mogę nim być któregoś dnia - od­po­wie­działa Kate. - Nie wia­do­mo, czy nie zo­stanę w przyszłości we­te­ry­na­rzem.

Ma­ry­lin za­mknęła oczy. Kie­dy je otwo­rzyła, ze­gar po­ka­zy­wał 4:38. Kate sie­działa przy biur­ku, po­chy­lo­na nad pi­skla­kiem.

- Pee Wee, Pee Wee, Pee Wee - nuciła - pew­ne­go dnia po­fru­niesz wy­so­ko po­nad drze­wa­mi.

Kie­dy następne­go po­ran­ka słońce zmu­siło Ma­ry­lin do otwar­cia oczu, od razu zwróciła uwagę na ciszę pa­nującą w po­ko­ju Kate. Spoj­rzała na pudełko po bu­tach i na­tych­miast zro­zu­miała, dla­cze­go tak było. Pi­sklę prze­stało kwi­lić.

Ma­ry­lin ro­zej­rzała się po po­ko­ju, jak­by spo­dzie­wała się uj­rzeć ptasz­ka siedzącego na pa­ra­pe­cie lub śpiącego na po­dusz­ce Kate. Ale na po­dusz­ce leżały sto­py przy­ja­ciółki, a jej głowa spo­czy­wała na plu­szo­wej żyra­fie. Kate po­chra­py­wała, wy­dając krótkie świszczące odgłosy.

- Ptasz­ku - szepnęła Ma­ry­lin, kie­dy wy­grze­by­wała się ze śpi­wo­ra. - Pee Wee - powtórzyła ci­cho, pod­chodząc do biur­ka. - Masz ochotę na swo­je­go po­ran­ne­go ro­bacz­ka?

Pi­sklak leżał nie­ru­cho­mo w gnieździe. Ma­ry­lin po­wo­li wyciągnęła w jego stronę pa­lec. Nie chciała go wy­stra­szyć. Ale pta­szek nie po­ru­szył się, kie­dy go do­tknęła. Po pro­stu leżał, zim­ny i sztyw­ny.

- To zna­czy, że umarłeś? - po­wie­działa do nie­go Ma­ry­lin. - Wie­działam, że tak będzie.

Ma­ry­lin usiadła na krześle przy biur­ku. Tak na­prawdę nie wie­działa wca­le, że pta­szek umrze. Powie­działa to tyl­ko dla­te­go, żeby spra­wić przy­krość przy­ja­ciółce. Ale może pta­szek ją usłyszał i stra­cił całą na­dzieję?

Od stro­ny łóżka do­bie­gało ci­che, ryt­micz­ne chra­pa­nie Kate. Ma­ry­lin pomyślała, żeby obu­dzić przy­ja­ciółkę i po­wie­dzieć jej o ptasz­ku, ale tak nie zro­biła. Po pro­stu sie­działa ci­cho i wpa­try­wała się w swo­je sto­py.

Wy­mie­niłaby swe różowe pa­znok­cie na to, żeby usłyszeć kwi­le­nie ptasz­ka.

- Ko­cha­ni, ze­bra­liśmy się tu dzi­siaj, aby opłaki­wać utratę na­sze­go przy­ja­cie­la, za którym wszy­scy będzie­my tęsknić, a zwłasz­cza ja.

Kate stała w ogródku nad pudełkiem po bu­tach, z założony­mi rękami. Głęboko na­su­nięty ka­pe­lusz za­trzy­my­wał się tuż nad jej brwia­mi. Ma­ry­lin uznała, że ka­pe­lusz do­da­wał uro­czy­stości należytej po­wa­gi, na­wet jeśli był częścią należącego do pana Fa­be­ra ko­stiu­mu Char­lie­go Cha­pli­na.

Tego ran­ka Ma­ry­lin bała się, że Kate za­cznie płakać, kie­dy do­wie się o śmier­ci pi­skla­ka. Lecz przy­ja­ciółka po­ru­szyła nim parę razy i po­wie­działa tyl­ko:

- Pew­nie spo­tkał się już w nie­bie ze swoją mamą. Myślę, że jest te­raz bar­dzo szczęśliwy.

Następnie włożyła dżinsy, T-shirt z emo­ti­ko­nem "Chodzę z kre­ty­nem" i za­niosła pudełko na we­randę.