Sekretnik Matyldy - Anna Czerwińska Rydel

Kup ebooka

19.50 zł
16.68 zł (16,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poranna burza i tajemniczy nieznajomy

Było wpół do siód­mej, gdy Ma­tyl­da otwo­rzy­ła oczy. Za oknem pa­no­wa­ła zim­na ciem­ność i zło­wro­gi szum.

"To deszcz" - po­my­śla­ła i szczel­niej owi­nę­ła się koł­drą. Ga­wot, któ­ry od cza­su ha­nieb­nej po­dró­ży ba­ga­żów­ką spał nie­prze­rwa­nie w skrzyp­co­wym fu­te­ra­le i nie od­zy­wał się do ni­ko­go, otwo­rzył jed­no oko i ziew­nął prze­cią­gle. Ma­tyl­da spoj­rza­ła na skrzyp­ce, któ­re le­ża­ły na sto­le. Wy­ję­ła je spe­cjal­nie po to, żeby znie­wa­żo­ny Ga­wot mógł roz­ło­żyć się wy­god­nie w pu­stym fu­te­ra­le. Było to je­dy­ne god­ne za­ufa­nia, bez­piecz­ne miej­sce, któ­re nie zmie­ni­ło swo­je­go wy­glą­du i za­pa­chu w tym no­wym, ob­cym świe­cie.

Ma­tyl­da wsta­ła i wzię­ła skrzyp­ce do ręki. Daw­no na nich nie gra­ła. Tyle dzia­ło się ostat­nio - pa­ko­wa­nie, prze­pro­wadz­ka, urzą­dza­nie no­we­go domu, a rów­no­cze­śnie nor­mal­ny tryb na­uki w szko­le... Prze­su­nę­ła ręką po za­ku­rzo­nym gry­fie, po­trą­ci­ła pal­cem stru­ny, któ­re wy­da­ły ża­ło­sny, fał­szy­wy dźwięk, i po­czu­ła się win­na. Za­nie­dba­ła skrzyp­ce...

- Za­cznę zno­wu grać. Od dziś! - po­wie­dzia­ła sta­now­czo do Ga­wo­ta. - Do­syć tego za­mie­sza­nia i sza­leństw! Trze­ba wró­cić do po­rząd­ku i nor­mal­no­ści!

Na te sło­wa Ga­wot pod­niósł gło­wę, otwo­rzył zło­te oczy i Ma­tyl­da mo­gła­by przy­siąc, że się do niej po ko­cie­mu ła­ska­wie uśmiech­nął. Kto jak kto, ale on umiał do­ce­nić sta­łość, po­rzą­dek i nor­mal­ność, w prze­ci­wień­stwie do za­mie­sza­nia i sza­leństw, któ­re były do­me­ną tych wścib­skich jam­ni­czek.

Te­raz wy­szedł więc po­wo­li ze swo­je­go le­go­wi­ska, otarł się o nogi Ma­tyl­dy i pod­szedł do drzwi. Spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co, aż dziew­czyn­ka mu je otwo­rzy. Bo to, cze­go praw­dzi­wy kot po­trze­bu­je naj­bar­dziej - to wol­ność i spo­kój. No i peł­na mi­secz­ka, oczy­wi­ście.

Z kuch­ni do­la­ty­wał nie­zwy­kle ku­szą­cy za­pach, a kie­dy kot i Ma­tyl­da uchy­li­li drzwi, zo­stał on spo­tę­go­wa­ny prze­mi­łym wi­do­kiem. Tata, w prze­past­nym far­tu­chu w ko­lo­ro­we kwia­ty, stał przy ku­chen­ce i gwiż­dżąc ja­kąś we­so­łą me­lo­dię, za­ma­szy­ście mie­szał ja­jecz­ni­cę na pa­tel­ni. Mama, uśmiech­nię­ta i roz­pro­mie­nio­na, za­glą­da­ła mu przez ra­mię i pró­bo­wa­ła dziob­nąć jaj­ko wi­del­cem, żeby spraw­dzić, czy da­nie jest wy­star­cza­ją­co smacz­ne. Ma­tyl­da spoj­rza­ła po­ro­zu­mie­waw­czo na kota, a po­tem wy­co­fa­ła się ci­chut­ko w stro­nę ła­zien­ki. "Le­piej nie prze­szka­dzaj­my" - szep­nę­ła do nie­go, pró­bu­jąc przy­mknąć ku­chen­ne drzwi. Ale on nie zwa­żał na nic, tyl­ko prze­pchnął się po­mię­dzy nimi z wiel­ką pew­no­ścią sie­bie i z do­no­śnym miauk­nię­ciem wpadł do środ­ka, wska­ku­jąc pro­sto na ku­chen­ny stół.

- Ga­wo­cie!!! - Ma­tyl­da, któ­ra myła się już wła­śnie pod prysz­ni­cem, usły­sza­ła krzyk mamy, a po­tem brzęk tłu­czo­ne­go szkła. Za­mar­ła, na­słu­chu­jąc, co wy­da­rzy się da­lej. Za­le­gła jed­nak nie­po­ko­ją­ca ci­sza, w cza­sie któ­rej dziew­czyn­ka szyb­ko wy­cie­ra­ła się i ubie­ra­ła. Mia­ła dziw­ne prze­czu­cie, że w kuch­ni roz­gry­wa się wła­śnie ja­kiś dra­mat lub hor­ror z Ga­wo­tem w roli głów­nej. Kie­dy w po­śpie­chu na­cią­ga­ła golf i wkła­da­ła skar­pet­ki na mo­kre jesz­cze nogi, roz­legł się ko­lej­ny krzyk:

- Ja­jecz­ni­ca!!! Kom­plet­nie spa­lo­na!!! - głos taty wy­ra­żał roz­pacz i bez­rad­ność rów­no­cze­śnie.

W ca­łym domu nie­przy­jem­nie pach­nia­ło przy­pa­lo­ny­mi jaj­ka­mi. Mama sprzą­ta­ła roz­bi­te przez kota na­czy­nia z naj­lep­sze­go ser­wi­su, któ­re wła­śnie wy­ję­ła z kar­to­nu i po­sta­wi­ła na sto­le, żeby w od­po­wied­nim cza­sie po­ukła­dać je w kre­den­sie. Nie zdą­ży­ła. Tata, z krwa­wią­cym pal­cem, zra­nio­nym odła­ma­nym uchem od fi­li­żan­ki, ze­skro­by­wał reszt­ki ja­jek z pa­tel­ni. Kie­dy na­stą­pi­ła ka­ta­stro­fa z ser­wi­sem - rzu­cił się na po­moc ma­mie, ale nie­ste­ty przez nie­uwa­gę za­dra­snął się w pa­lec. W tym cza­sie za­czę­ła przy­pa­lać się ja­jecz­ni­ca, trze­ba więc było ra­to­wać pa­tel­nię, bo śnia­da­nie nada­wa­ło się już tyl­ko do wy­rzu­ce­nia. Nie chcia­ły go na­wet jam­nicz­ki, nie mó­wiąc o Ga­wo­cie, któ­ry jak gdy­by nig­dy nic, z cał­ko­wi­cie nie­win­ną miną i pod­nie­sio­nym dum­nie ogo­nem, chłep­tał roz­czu­la­ją­co ró­żo­wym ję­zycz­kiem mle­ko z mi­secz­ki.

"W tym domu cią­gle ner­wo­wo" - zda­wa­ły się mó­wić jego zdzi­wio­ne oczy. - "Do­praw­dy, tyl­ko tak wy­jąt­ko­wy kot jak ja jest w sta­nie to wy­trzy­mać. Do­brze, że przy­najm­niej mle­ko nie jest pro­sto z lo­dów­ki. Nie lu­bię zim­ne­go, miau­uu!".

Kie­dy Ma­tyl­da we­szła do kuch­ni, już umy­ta i ubra­na, przy­wi­ta­ły ją dwa mil­czą­ce i po­nu­re spoj­rze­nia.

- Do­brze, że je­steś, có­recz­ko... - po­wie­dzia­ła mama, a jej głos po­wiał chło­dem jak gór­ski wiatr. - Zo­bacz, co zro­bił ten  t w ó j  ko­cha­ny kot! Czy nie uwa­żasz, że już dość mamy przez nie­go kło­po­tów? Czy jest ja­ka­kol­wiek szan­sa, żeby on wresz­cie  n a p r a w d ę  wy­do­ro­ślał?!

- Ko­cha­nie... - tata pró­bo­wał ła­go­dzić wzbu­rze­nie mamy, cho­ciaż było to trud­ne, zwa­żyw­szy na to, że wciąż wal­czył ze zwę­glo­ny­mi reszt­ka­mi ja­jek na pa­tel­ni, na któ­rą ka­pa­ły kro­ple krwi ze ska­le­czo­ne­go pal­ca. - Koty już ta­kie są. Taka ich na­tu­ra. A Ma­tyl­da nie ma z tym nic wspól­ne­go. Prze­cież nie jest ko­tem - uśmiech­nął się i ode­tchnął, bo ostat­ni przy­pa­lo­ny ka­wa­łek ode­rwał się od dna i pa­tel­nia była ura­to­wa­na.

- Ty jej nie broń! - mama była na­praw­dę zde­ner­wo­wa­na. - Chcia­ła mieć kota, to te­raz musi po­no­sić za nie­go od­po­wie­dzial­ność! I to  o n a  po­win­na te­raz sprzą­tać ten cały ba­ła­gan! A nie my!

- Ale ja za­raz wszyst­ko zro­bię. Nie bę­dzie śla­du, na­praw­dę! - tata za­wi­nął pa­lec w ku­chen­ną ście­recz­kę, spoj­rzał pro­szą­co na mamę, a po­tem uśmiech­nął się po­ro­zu­mie­waw­czo do Ma­tyl­dy. - I przy­go­tu­ję pysz­ne śnia­da­nie.

Nieoczekiwany splot wydarzeń

Kot Ga­wot naj­bar­dziej w świe­cie nie lu­bił za­mie­sza­nia i ner­wo­wej at­mos­fe­ry. Do­brze się czuł, gdy wszyst­ko to­czy­ło się usta­lo­nym to­rem, a on mógł le­ni­wie wy­grze­wa się na ka­lo­ry­fe­rze, pra­co­wi­cie wy­li­zy­wać swo­je lśnią­ce czar­ne fu­ter­ko, fi­lo­zo­ficz­nie ob­ser­wo­wać po­ru­sza­ne wia­trem li­ście na drze­wach za oknem albo po pro­stu spo­koj­nie drze­mać w skrzyp­co­wym fu­te­ra­le. Dzi­siej­szy dzień, nie­ste­ty, od­bie­gał znacz­nie od wszel­kich in­nych, któ­re dane mu było prze­żyć. A spo­tka­ło go już w ży­ciu nie­jed­no - po­cząw­szy od mro­żą­cej krew w ży­łach przy­go­dy na da­chu, kie­dy był jesz­cze zu­peł­nie ma­łym ko­cia­kiem i miesz­kał ze swo­ją mamą - kot­ką Zwrot­ką u pani Ali­cji1, po­przez cięż­kie przej­ścia zwią­za­ne z na­głym po­ja­wie­niem się dwóch wścib­skich jam­ni­czek w domu jego wła­ści­ciel­ki Ma­tyl­dy2, aż po dzień dzi­siej­szy - zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny, pe­łen nie­ty­po­wych zwro­tów ak­cji i nie­przy­jem­nych wy­da­rzeń.

Daw­niej, kie­dy był jesz­cze mło­dym ko­tem, Ga­wot lu­bił cza­sem po­sza­leć po da­chach, wska­ki­wać na naj­wyż­sze pół­ki w miesz­ka­niu i wy­ja­dać cich­cem z nie­win­ną miną reszt­ki je­dze­nia zo­sta­wia­ne przez Ma­tyl­dę na sto­le w kuch­ni. Te­raz był do­ro­sły. Po­waż­ny i do­stoj­ny (tak przy­najm­niej mu się wy­da­wa­ło). Z wyż­szo­ścią spo­glą­dał na po­czy­na­nia bez­tro­skich ko­cia­ków z są­siedz­twa i po­gar­dli­wie mru­żył swo­je zło­te oczy. Cha­dzał dum­nym kro­kiem po oko­li­cy i ob­ser­wo­wał świat - wy­chu­dzo­ne śmiet­ni­ko­we koty, ha­ła­śli­we psy, trud­no do­stęp­ne, świer­go­lą­ce wciąż pta­ki i spie­szą­cych się nie wia­do­mo gdzie i nie wia­do­mo po co lu­dzi. Nie da się ukryć - Ga­wot czuł się lep­szy od nich wszyst­kich. Uwa­żał, że jest zu­peł­nie wy­jąt­ko­wy i nie­zwy­kły, i tak miłe było dla nie­go od­kry­wa­nie tej fa­scy­nu­ją­cej praw­dy, że po­tra­fił spę­dzać na ob­ser­wa­cjach świa­ta całe dnie, a cza­sem i noce. Tak też było tym ra­zem. Czar­ny kot o zło­tych oczach spę­dził noc przy bla­sku księ­ży­ca na roz­pa­mię­ty­wa­niu swo­jej nie­po­wta­rzal­nej na­tu­ry, mru­cząc z za­do­wo­le­niem. Kie­dy jed­nak nad ra­nem po­czuł nie­przy­jem­ny skurcz gdzieś w oko­li­cy żo­łąd­ka, do­szedł do wnio­sku, że naj­wyż­sza pora wró­cić do domu i dać się po­gła­skać w za­mian za mi­secz­kę mle­ka i cze­goś pysz­ne­go. Mrau­uu! Ostat­nio mama Ma­tyl­dy po­czę­sto­wa­ła go ku­szą­co pach­ną­cą ryb­ką! Może dzi­siaj, kie­dy wró­ci, cze­ka go to samo? Trze­ba się spie­szyć, bo wkrót­ce mama wyj­dzie do pra­cy, Ma­tyl­da do szko­ły i nie bę­dzie miał kto za­dbać o ele­men­tar­ne po­trze­by kota.

Po­biegł więc (zu­peł­nie nie­do­stoj­nym kro­kiem) w stro­nę domu i wsko­czył na pa­ra­pet, ocze­ku­jąc, że czy­jeś tro­skli­we ręce jak zwy­kle wpusz­czą go do miesz­ka­nia. Ale to, co spo­tka­ło go dzi­siaj, nie mie­ści­ło się w żad­nych gra­ni­cach ko­cie­go poj­mo­wa­nia świa­ta! Było to strasz­ne i obu­rza­ją­ce. Jego ko­cia duma zo­sta­ła ura­żo­na w tak bez­par­do­no­wy spo­sób, że nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, zu­peł­nie nic in­ne­go, jak tyl­ko się ob­ra­zić. Bo cóż moż­na zro­bić, je­śli od sa­me­go rana nikt kotu nie na­lał mle­ka do mi­secz­ki, ba, nie dał nic pysz­ne­go do je­dze­nia i w ogó­le nie za­in­te­re­so­wał się tym, że cho­ciaż każ­dy kot  m u s i  mieć tro­chę wol­no­ści, to jed­nak, gdy wra­ca z dłu­giej prze­chadz­ki, wy­pa­da oka­zać mu na­le­ży­ty sza­cu­nek. Nie­ste­ty, za­miast nor­mal­nej - peł­nej cie­pła, czu­ło­ści i spo­ko­ju at­mos­fe­ry, w domu pa­no­wa­ła zu­peł­nie nie­moż­li­wa gma­twa­ni­na nie­zna­jo­mych osób, za­pa­chów, dziw­nych sprzę­tów i ner­wo­wych ru­chów. I gdy wy­da­wa­ło mu się już, że chy­ba o nim - Ga­wo­cie - w tej trą­bie po­wietrz­nej, któ­ra prze­la­ty­wa­ła od rana przez dom, wszy­scy za­po­mnie­li, na­stą­pi­ło naj­gor­sze. Ja­kieś obce, pach­ną­ce nie­zna­jo­mo ręce pod­nio­sły go (by­najm­niej nie de­li­kat­nie) i umie­ści­ły w wi­kli­no­wym ko­szy­ku, któ­ry na­stęp­nie zo­stał za­mknię­ty za po­mo­cą me­ta­lo­wej krat­ki, a po­tem umiesz­czo­ny w wiel­kim sa­mo­cho­dzie po­mię­dzy sto­sem pię­trzą­cych się skrzyń i kar­to­nów. Hań­ba Ga­wo­ta była strasz­na! A zło wy­rzą­dzo­ne naj­nie­win­niej­sze­mu z do­mow­ni­ków - nie­wy­ba­czal­ne.

W tym cza­sie, kie­dy na­pu­szo­ny Ga­wot w sa­mot­no­ści prze­ży­wał swo­je upo­ko­rze­nie, Ma­tyl­da sta­ła na brze­gu mo­rza i wsłu­chi­wa­ła się w szum fal. To był pięk­ny mar­co­wy dzień. Taki, kie­dy jesz­cze nie da się spa­ce­ro­wać bez czap­ki i cie­płe­go płasz­cza, ale słoń­ce, któ­re cie­ka­wie wy­glą­da zza chmur, za­po­wia­da, że już wkrót­ce ogrze­je wszyst­ko wo­kół tro­skli­wie i na­sta­nie praw­dzi­wa wio­sna. Ma­tyl­da czu­ła tę nad­cho­dzą­cą wio­snę w za­pa­chu mor­skie­go, lek­ko sło­ne­go po­wie­trza i z za­chwy­tem przy­glą­da­ła się po­ły­sku­ją­cej de­li­kat­nym bla­skiem wo­dzie. Nie da się ukryć - przy­ro­da bu­dzi­ła się do ży­cia, a mo­rze, któ­re było ta­jem­ni­cze i fa­scy­nu­ją­ce - od­po­wia­da­ło na to, zmie­nia­jąc ko­lo­ry i mu­zy­kę. O tym, że mo­rze jest mu­zy­ką, i to taką, któ­ra każ­de­go dnia ofe­ru­je inny re­per­tu­ar, do­wie­dzia­ła się Ma­tyl­da od taty kil­ka mie­się­cy temu.

Było wte­dy cie­płe wrze­śnio­we po­po­łu­dnie. Tata za­brał ją na dłu­gi spa­cer po pla­ży. Szli przy sa­mym brze­gu mo­rza, a woda pra­wie ob­my­wa­ła im buty. Po­tem usie­dli na pia­sku - tata w swo­im nie­od­łącz­nym płasz­czu, owi­nię­ty dłu­gim sza­li­kiem - i za­czę­li słu­chać mor­skiej mu­zy­ki. Ma­tyl­da tego dnia do­ko­na­ła nie­sa­mo­wi­te­go od­kry­cia - mo­rza moż­na słu­chać bez koń­ca! To nie jest wca­le nud­ny, jed­no­staj­ny szum. Mimo po­wta­rzal­no­ści dźwię­ku fal, któ­re ude­rza­ją o brzeg, jego mu­zy­ka jest wciąż nowa, tyl­ko trze­ba  c h c i e ć  to usły­szeć. I wła­śnie wte­dy, kie­dy Ma­tyl­da  u s ł y s z a ł a  tę prze­dziw­ną mor­ską sym­fo­nię na szum wia­tru, plusk fal, pisk prze­la­tu­ją­cych mew i od­gło­sy da­le­kich stat­ków, tata po­ka­zał jej ob­ro­śnię­ty blusz­czem sta­ry dom sto­ją­cy przy sa­mej pla­ży i po­wie­dział, że ku­pił go dla nich. Tu, już wkrót­ce, będą miesz­kać wszy­scy ra­zem - mama, tata, Ma­tyl­da oraz oczy­wi­ście kot Ga­wot i nie­roz­łącz­ne jam­nicz­ki Toc­ca­ta i Fuga.

Od cza­su kon­kur­su skrzyp­co­we­go, któ­ry wy­gra­ła Ma­tyl­da, mi­nę­ło spo­ro cza­su. Wie­le zmie­ni­ło się w jej ży­ciu. Nie­ocze­ki­wa­nie po­ja­wił się tata, wpro­wa­dza­jąc w upo­rząd­ko­wa­ny świat mamy i cór­ki na­głe zwro­ty i za­wi­ro­wa­nia. Ma­tyl­da, któ­rą za­uro­czył ten nie­zna­ny do­tąd oj­ciec, za­czę­ła ma­rzyć. Ma­rzy­ła, żeby mieć praw­dzi­wy dom. Taki, w któ­rym jest mi­łość i cie­pło, praw­da i uczci­wość i każ­dy ma swo­je wy­jąt­ko­we miej­sce3. Jej ma­rze­nie w pew­nym sen­sie się speł­ni­ło, bo tata bar­dzo chciał na­pra­wić to, że nie było go tak dłu­go, a mama prze­ko­na­ła się, że po­mi­mo tych wszyst­kich lat, kie­dy była sama, za­gu­bio­na, zo­sta­wio­na bez po­mo­cy w wy­cho­wy­wa­niu cór­ki, po­tra­fi jesz­cze wciąż otwo­rzyć ser­ce i wy­ba­czyć ta­cie. To był wiel­ki prze­łom i Ma­tyl­da czu­ła, że trud­no wy­ma­gać cze­goś wię­cej. Tata miesz­kał da­le­ko, miał tam pra­cę, miesz­ka­nie (w któ­rym pa­no­wał za­wsze sza­lo­ny ba­ła­gan), for­te­pian, dwie jam­nicz­ki - Toc­ca­tę i Fugę - i swo­je mu­zycz­ne ży­cie. Mama na­to­miast pra­co­wa­ła nadal w ban­ku, a miesz­ka­ła z cór­ką i ko­tem Ga­wo­tem w ich ma­leń­kim upo­rząd­ko­wa­nym miesz­kan­ku w ka­mie­ni­cy, nie­da­le­ko pani Ali­cji - na­uczy­ciel­ki skrzy­piec, u któ­rej wciąż uczy­ła się Ma­tyl­da. I cho­ciaż dziew­czyn­ka tę­sk­ni­ła za tatą przez wszyst­kie mie­sią­ce szko­ły, a po­tem za mamą, kie­dy na fe­rie i wa­ka­cje jeź­dzi­ła do taty, przy­ję­ła, że tak już wi­docz­nie musi być. Cie­szy­ła się, kie­dy mama za­pro­si­ła ojca na Boże Na­ro­dze­nie, a on od­wdzię­czył się za­pro­sze­niem jej na kon­cert z or­kie­strą, w któ­rym wy­stę­po­wał jako so­li­sta. Wi­dzia­ła, że tata pa­trzy wciąż nie­śmia­ło na mamę i pró­bu­je w lo­cie od­czy­tać każ­de jej ży­cze­nie. Za­uwa­ży­ła, że mama czę­ściej się uśmie­cha, jest roz­pro­mie­nio­na i ślicz­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek. Ale nig­dy by nie przy­pusz­cza­ła - na­wet w naj­śmiel­szych swo­ich ma­rze­niach - że może zda­rzyć się coś tak nie­zwy­kłe­go, jak wspól­ny dom nad mo­rzem, w któ­rym będą miesz­kać wszy­scy ra­zem!

- Co się sta­ło, Ma­tyl­do? - tata za­nie­po­ko­ił się mil­cze­niem dziew­czyn­ki. - Nie cie­szysz się?

- Nie cie­szę? - Ma­tyl­dzie za­drżał głos, od­wró­ci­ła gło­wę, żeby oj­ciec nie za­uwa­żył łez krę­cą­cych się w jej oczach, i spoj­rza­ła da­le­ko w mo­rze, któ­re­go ciem­ny gra­nat sty­kał się na ho­ry­zon­cie z błę­ki­tem nie­ba. - Ale ja się cie­szę, tato... - po­wie­dzia­ła ci­cho. Po chwi­li od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i szyb­kim ru­chem za­rzu­ci­ła mu ręce na szy­ję tak, że ten, za­sko­czo­ny, prze­wró­cił się na pia­sek i za­czął się śmiać. Ma­tyl­da też się śmia­ła, po­da­ła ta­cie rękę i po­mo­gła mu wstać. Za­czę­ła ska­kać, pisz­czeć i tań­czyć z ra­do­ści. Tata przy­łą­czył się do tego tań­ca i wi­ro­wa­li obo­je. Wy­glą­da­li bar­dzo dziw­nie - z nie­sfor­ny­mi wło­sa­mi roz­wia­ny­mi na wie­trze, tań­czą­cy sza­lo­ny ta­niec na środ­ku pla­ży, śpie­wa­ją­cy i klasz­czą­cy ni­czym pier­wot­ni wo­jow­ni­cy.

Te­raz Ma­tyl­da sta­ła na brze­gu mo­rza i uśmie­cha­ła się, przy­po­mi­na­jąc so­bie tam­ten wrze­śnio­wy dzień. Mor­ski wiatr owi­jał ją de­li­kat­nie nie­zna­nym, eks­cy­tu­ją­cym za­pa­chem, a ser­ce na­peł­niał ta­jem­ni­czym ocze­ki­wa­niem. Za­czy­na­ła się wio­sna. Za­czy­na­ło się nowe ży­cie w no­wym domu, do któ­re­go prze­pro­wa­dzi­li się wczo­raj póź­nym wie­czo­rem. Dzi­siaj mia­ły przy­je­chać jesz­cze książ­ki, na­czy­nia ku­chen­ne, róż­ne drob­ne sprzę­ty, a za kil­ka dni for­te­pian, na któ­ry z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał tata. Mama, któ­ra wzię­ła na tę oko­licz­ność kil­ka dni urlo­pu, myła od rana okna, wie­sza­ła fi­ran­ki i wy­pa­ko­wy­wa­ła rze­czy z kar­to­nów. Tata po­ma­gał jej, usta­wia­jąc me­ble, prze­su­wa­jąc cięż­kie sprzę­ty i wbi­ja­jąc w od­po­wied­nie miej­sca gwoź­dzie. Toc­ca­ta i Fuga bie­ga­ły po ogro­dzie, ob­wą­chu­jąc cie­ka­wie wszyst­kie nowe miej­sca. Bra­ko­wa­ło tyl­ko Ga­wo­ta, któ­ry w dniu prze­pro­wadz­ki wy­ru­szył na swo­ją wie­czor­ną prze­chadz­kę, lek­ce­wa­żąc wszyst­kich, i nie po­ja­wił się mimo dłu­gich na­wo­ły­wań Ma­tyl­dy, mamy i taty. Nie po­mo­gły na­wet po­szu­ki­wa­nia, któ­re pod­ję­ły my­śliw­skie jam­nicz­ki - z no­sa­mi przy zie­mi pró­bo­wa­ły wy­tro­pić włó­czę­gę. Nic z tego. Ga­wot za­szył się w so­bie tyl­ko zna­nym miej­scu i naj­wi­docz­niej nie miał za­mia­ru ni­ko­mu zdra­dzać kry­jów­ki. Po­zo­sta­ło więc tyl­ko cze­kać, aż ła­ska­wie wró­ci rano do sta­re­go domu i przy­je­dzie sa­mo­cho­dem do­staw­czym wraz z kar­to­na­mi peł­ny­mi ksią­żek i in­ny­mi sprzę­ta­mi - na nowe miej­sce.

"Pew­nie bę­dzie ob­ra­żo­ny" - po­my­śla­ła Ma­tyl­da, uśmiech­nę­ła się do sie­bie i po­szła ścież­ką obok pla­ży w kie­run­ku no­we­go domu.