Mamie i Tacie - bo bez nich nie przyszedłbym na świat i ta książka by nie powstała,
Żonie Barbarze - bo bez jej wsparcia i konstruktywnej recenzji pewnie bym tej książki nie skończył,
Synowi Piotrowi - pierwszemu czytelnikowi oraz pomysłodawcy tytułu,
Synowi Michałowi - za nieustającą i wytrwałą wiarę, że ta książka jednak powstanie,
a także Wszystkim tym, którzy w celu przekazania swoich cennych uwag podjęli ryzyko zagłębienia się w przedstawioną tutaj opowieść, nie bacząc na brak doświadczenia jej autora
Dziękuję
"Tego samego roku (1313) w Prusach połowy śledzi przyniosły tak mizerny plon, jakiego nie było od czasu, jak pamięć sięga.
W roku Pańskim 1314 w kalendy marca, pod Carpentras, gdzie wówczas znajdowała się Kuria Rzymska, około godziny ósmej ukazały się trzy słońca, jedno na wschodzie, dwa na południu, jedno było naturalne, pozostałe dwa istniały wbrew biegowi natury. (...) Był to pewien znak i przepowiednia oznaczająca śmierć papieża oraz rozłam w kolegium kardynalskim wkrótce po jego śmierci. (...) W 14 kalendy maja, zmarł papież Klemens, w tym dniu, w którym rok wcześniej zaczęła się ukazywać kometa."
Piotr z Dusburga "Kronika ziemi pruskiej" (1326 r.)
"Tegoż roku (1313) Henryk VII cesarz przed Florencyją otruty od mnicha zakonu dominikanów, który mu truciznę w sakramencie Ciała Pańskiego zadał.
Roku 1314 dwie komecie i trzy księżyce razem w dzień Narodzenia Pańskiego były widziane. (...) Głód potem w Polszcze, Prusiech, w Mazowszu, w Litwie i innych przyległych krajach tak srogi był, że gdy już ludziom zielsk, korzenia i inszych pokarmów sprosnych nie stawało, matki i ojcowie dzieci swe, dzieci zaś rodzice zabijali i jedli, drudzy nieznośny głód śmierząc, leda ścierw i trupy żarli. Ta plaga przez dwie lecie trwała, potem zaś okrutne powietrze nastąpiło i cały rok trwało, że ludzie wymarli (jako Pruska Kronika świadczy), iż nie miał kto z pola zbierać, tak na polach wszystkie zboża i jarzyny nie pożęte zostały."
Marcin Murinius "Kronika mistrzów pruskich" (1582 r.)
[1] Tak zwana "rzeź Gdańska", dokonana przez Krzyżaków 13 listopada 1308 roku. Ofiarą masakry padli przede wszystkim rycerze polscy, wśród których znaleźli się członkowie załogi grodu wraz z rodzinami, a także część mieszczan. Tych, którzy pozostali przy życiu wypędzono, a samo miasto spalono.
[2] Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus (łac.)
[3] Teraz i na wieki (łac.)
[4] Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, potocznie nazywany "templariuszami"
[5] Potrimpus - pruski bóg wody, bóg magii w postaci węża. Władca życia, płodności i śmierci. Opiekun kapłanów, wróżbitów, szamanów - bóg mądrości
[6] "Pycha wszystko plugawi, jeśli ci towarzyszy" (łac.) - fragment inskrypcji umieszczonej na portalu wejściowym do kapitularza zamku w Malborku
[7] Ap 20, 7-8
[8] Edykt mediolański - edykt ogłoszony wspólnie przez cesarza zachodniej części Imperium Rzymskiego Konstantyna Wielkiego oraz cesarza wschodniej części Licyniusza w 313 roku w Mediolanie. Zaprowadzał wolność wyznania wiary w Cesarstwie Rzymskim. Od tej pory chrześcijanie bez przeszkód mogli wyznawać swoją religię.
Rozdział 6
Prusy Zakonne, Marienburg, Zamek Wysoki, wrzesień 1310 r.
Kompleta dobiegła końca. Wielki komtur Henryk von Plötzkau klęknął i uczynił znak krzyża. Nie skierował się jednak do wyjścia, lecz pozostał w stallach. Czekał, aż wszyscy bracia opuszczą kaplicę.
Nie chciał, aby widzieli, że o tej porze, zamiast udać się na spoczynek, zmierza do kapitularza. Wprawdzie robił to na osobiste wezwanie wielkiego mistrza, ale mimo wszystko wolał być ostrożny. Tym bardziej, że zaproszenie brzmiało dość tajemniczo i nie potrafił się domyśleć jego przyczyny.
Henryk nie znosił wielkiego mistrza. Zygfryd von Feutchwangen od zawsze go irytował, a teraz, kiedy po opuszczeniu Wenecji osiadł na stałe w Marienburgu, uczucie to uległo spotęgowaniu. Poczucie wyższości, które Zygfryd przy każdej możliwej okazji okazywał wobec podległych mu braci - w tym również w stosunku do Henryka - powodowało u wielkiego komtura nieustanne rozdrażnienie.
Bo przecież to nie Feuchtwangen, ale właśnie on, Henryk von Plötzkau, już od ładnych kilku lat sprawował rzeczywistą władzę w Prusach. Było tak zarówno wtedy, gdy był jeszcze komturem Bałgi, jak i później, kiedy to, anno domini tysiąc trzysta sześć, kapituła wybrała go na mistrza krajowego.
Jego pozycja jeszcze bardziej się wzmocniła, gdy prawie trzy lata później, opromieniony glorią zwycięstwa, triumfalnie powrócił do Marienburga po zdobyciu Gdańska[1] i zajęciu Pomorza Wschodniego. Wszystko to dawało Henrykowi mocną podstawę, by sądzić, że na następnego wielkiego mistrza kapituła wybierze właśnie jego.
Co więcej: on już czuł się wielkim mistrzem, pomimo, że nie pełnił jeszcze tej funkcji oficjalnie.
I dlatego tak denerwowało go wyniosłe i władcze zachowanie Feuchtwangena. Ten "nadęty, wenecki fircyk", jak nazywał go dla swoich potrzeb, wydawał się nie przyjmować do wiadomości faktu, że tak naprawdę to nie on tutaj rządzi.
Plötzkau wyszedł z kaplicy na krużganki i ruszył w stronę kapitularza. Przed wejściem stał jeden z braci służebnych. Henryk odniósł wrażenie, że jego zadaniem jest niewpuszczanie osób niepowołanych. O tej porze i w tym miejscu było to dość niezwykłe.
Wartownik, gdy tylko zauważył idącego, otworzył drzwi i usunął się na bok.
Wielki komtur wszedł do środka.
Świeżo odnowiona sala wyglądała bardzo efektownie. W powietrzu unosił się jeszcze zapach wapna i świeżych farb. W głębi, na tronie przeznaczonym dla wielkiego mistrza, siedział Feuchtwangen.
- Laudetur Jesus Christus[2] - powitał przybyłego.
- Nunc et in aeternum[3] - odpowiedział Plötzkau.
- Dziękuję czcigodny bracie, że zechciałeś przyjąć zaproszenie o tak późnej porze - Zygfryd wstał i powoli zaczął się przechadzać po pomieszczeniu. - Nie uważasz, że wyjątkowo pięknie prezentuje się nasz nowy kapitularz? - spytał zatrzymując się pod naściennym malowidłem przedstawiającym Michała Archanioła walczącego ze smokiem.
Plötzkau kurtuazyjnie przytaknął. Wiedział jednak doskonale, że wielki mistrz nie wezwał go tutaj po to, aby zachwalać profesjonalizm mistrzów budowlanych.
Feuchtwangen wstał i skierował się w jego stronę.
- Spocznijcie, bracie Henryku - wskazał miejsce na drewnianej ławie pod ścianą. - Pora późna, więc od razu przejdę do rzeczy. Jak zapewne słyszałeś, trzynastego października roku Pańskiego tysiąc trzysta siódmego, w Paryżu, miały miejsce wstrząsające i brzemienne w skutkach wydarzenia. Król francuski Filip, zwany "le Bel", ośmielił się podnieść swoją świętokradczą dłoń na naszych braci z zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa[4]