Sekret wędrowca. Siedem najważniejszych decyzji twojego życia - Andy Andrews


Reflow text when sidebars are open.
Światła reflektorów omiotły dom, gdy taksówka zjeżdżała z podjazdu. David Ponder stał samotnie na trawniku, wpatrując się w miejsce, gdzie razem ze swoją żoną, Ellen, przeżył ponad dwadzieścia lat. Osunął się na trawę. Ogarnęły go mdłości - poczuł, jak panika wdziera się do jego duszy niczym wąż, który luzuje uścisk wokół kręgosłupa tylko po to, by zacisnąć go na gardle. Nie był to gwałtowny, niszczycielski atak, lecz powoli narastająca, obezwładniająca świadomość końca życia, jakie znał. Miał czterdzieści sześć lat. Był bez pracy, bez pieniędzy, bez celu.
Chwilę później stał w drzwiach pokoju córki. Mijał dokładnie miesiąc od chwili, gdy po raz ostatni widział ją wybudzoną. W ostatnim czasie jego grafik był prawdziwym szaleństwem. Po podjęciu rozpaczliwej walki o uratowanie firmy swojego pracodawcy przed przejęciem nierzadko wychodził z domu przed świtem i równie często wracał długo po tym, jak rodzina zdążyła już zasnąć. W ciągu kilku minionych tygodni zdarzało mu się w ogóle nie przychodzić do domu na noc.
Delikatnie położył teczkę obok szafy i ruszył w kierunku łóżka. W cichym pokoju oddech jego jedynego dziecka wydawał mu się głośny. Klęknął i wyciągnął dłoń, by dotknąć włosów córki. Były takie miękkie. Nocna lampka w kształcie Kopciuszka, którą ubóstwiała od czasu swojej czwartej Gwiazdki, rzucała na jej doskonałą twarz anielską poświatę. Jennifer Christine Ponder. "Moja mała Jenny", zamruczał. Pamiętał moment jej narodzin. Dwanaście lat temu - co do dnia. Spojrzał na zegar na szafce nocnej. Była 2.18 w nocy. "Okej - przyznał niechętnie - dwanaście lat minęło wczoraj". Po jego policzku spłynęła łza.
- David?
To była Ellen. Weszła do pokoju i dotknęła jego ramienia.
- Usłyszałam, jak wchodzisz. Wszystko w porządku?
Spojrzał na żonę. Jej włosy były w nieładzie, a twarz - rzecz jasna - bez makijażu. Miała na sobie długi biały t-shirt, mocno kontrastujący z jej ciemnymi, średniej długości włosami. Jej brązowe oczy były senne, ale właśnie taka pozostawała dla niego równie piękna, jak dwadzieścia pięć lat temu, w dniu, gdy się poznali. Uklękła obok niego. Palcami odgarnęła włosy opadające mu na czoło.
- David - zapytała ponownie - czy z tobą wszystko w porządku?
Objął jej dłoń i przysunął do swoich ust.
- Nie - powiedział po prostu.
O piątej rano Ellen, z głową na jego piersi, w końcu zapadła w sen. Leżąc na plecach, David zastanawiał się, w jaki sposób zdołała zasnąć. Nie był pewien, czy jemu się to uda. Przez blisko dwie ostatnie godziny opowiedział żonie wszystko, co przydarzyło się mu poprzedniego wieczora.
Późnym popołudniem David i członkowie kadry kierowniczej zebrali się w sali konferencyjnej. Przed siedemnastą chwycili za telefony, gorączkowo zabiegając o wsparcie ze strony udziałowców. To była ostatnia desperacka próba, by zapobiec wrogiemu przejęciu firmy przez drapieżny konglomerat. Wszystko stało się jasne krótko przed północą. Pomimo usiłowań - łez, próśb, modlitw i przekleństw - przejęcie stało się faktem. Stanowiska kierownicze zostały zlikwidowane ze skutkiem natychmiastowym.
Niecały kwadrans po rozmowie telefonicznej do jego biura wszedł strażnik i zaproponował pomoc w opróżnianiu biurka. Godzinę później David znajdował się już przy budynku ochrony i czekał na taksówkę. Po dwudziestu trzech latach pracy został poproszony o zwrot kluczy do gabinetu, siłowni i samochodu służbowego.
A teraz leżał, rozmyślając o swoim życiu. Z Ellen poznali się dzień po ukończeniu Uniwersytetu Stanowego w Iowa. David uzyskał dyplom z handlu i był zdeterminowany, by znaleźć się na liście pracowników pięciuset największych przedsiębiorstw magazynu "Fortune", a Ellen, z dyplomem nauczycielki, po prostu chciała uczyć.
Spotykali się przez dwa lata. Często słyszeli pytanie o to, czy są rodzeństwem. Jedyną różnicą był wzrost Davida. Ze swoimi stu osiemdziesięcioma siedmioma centymetrami był od niej wyższy, ale upodabniały ich do siebie ciemne włosy, brązowe oczy i szczupłe sylwetki. Pobraliby się szybciej, gdyby nie jego upór, by w pierwszej kolejności znaleźć pracę w zawodzie. Tymczasowo zatrudnił się w sklepie obuwniczym ojca, a w międzyczasie rozsyłał swoje CV po całym kraju. Gdy przyjęto go na staż w firmie chemicznej w Dallas, Ellen od blisko roku uczyła piąte klasy. Ślub wzięli niemal natychmiast.
Davida pochłonęła praca. Czuł, że znalazł zajęcie, które pozwalało mu zabezpieczyć przyszłość jego rodziny. Ellen czerpała radość z uczenia; pracowała do narodzin Jenny, później jednak nie wróciła do wykonywania zawodu. Od strony finansowej borykali się z drobnymi trudnościami, próbując utrzymać rodzinę z jednej pensji, ale było to poświęcenie, na które świadomie godzili się po to, by jedno z nich mogło w pełni poświęcić czas córce.
- Ellen - powiedział, ściskając ramię śpiącej żony.
- Co tam, kochanie? - wymamrotała.
- Czy Jenny jest na mnie zła?
- Co takiego?
- Czy Jenny jest zła, że przegapiłem jej urodziny? - wyjaśnił.
Ellen objęła Davida.
- Nie, kochanie. Jenny ma się dobrze.
- Jestem wściekły z tego powodu, wiesz... Kochanie... Ellen?
Westchnął. Ellen ponownie zasnęła. Świat mógłby właśnie się kończyć, a ona nie miałaby najmniejszych problemów ze snem. Nigdy nie mógł pojąć, w jaki sposób jej się to udawało. Zwykle śmiała się i mówiła, że po prostu ma pewność, iż David się nią zaopiekuje. "Jeśli to prawda - pomyślał - jak to możliwe, że ona teraz śpi? Czy to nie oczywiste, że całkowicie zawiodłem na tym polu?".
Wpatrzony w mrok sypialni wspominał wspólne spacery po zalanej światłem księżyca plaży na wyspie Saint John. Miesiąc miodowy na Karaibach był prezentem od rodziców. Ojciec Ellen, właściciel firmy zajmującej się pielęgnacją trawników, naciskał, by początek małżeństwa córki uczcić w szczególny sposób. Wydał na ten cel całe oszczędności. Rzeczywiście był to dla nich szczególny czas. Godzinami spacerowali po plaży i rozmawiali. Pamiętał, jak w pewnym momencie objął dłońmi twarz Ellen i powiedział: "Obiecuję ci wszystko". Nie roześmiała się. Wiedziała, że traktował tę deklarację poważnie.
Przez ponad dziesięć lat modlili się o dziecko, a gdy w końcu pojawiła się Jenny, ich życie wydało im się kompletne. David włożył całą swoją energię w pracę, koncentrując się na tym, by jego rodzinie niczego nie zabrakło. Jego zarobki pozwalały im jednak tylko przeżyć, a nie cieszyć się pełnią życia. Pewnego dnia zwierzył się przyjacielowi: "Pracuję tak ciężko, by zaspokoić nasze potrzeby, że właściwie nie jestem w stanie cieszyć się życiem".
Lata mijały, a ich oszczędności były na wyczerpaniu. Biznes komputerowy, który David rozkręcił z przyjacielem z czasów studenckich, przepadł już po dwóch latach, zaś rosnące stopy procentowe doprowadziły ich inwestycje w nieruchomości do upadku. Pieniądze z funduszu na poczet przyszłych studiów, który założyli zaraz po narodzinach Jenny, przeznaczyli na aparat ortodontyczny dla córki zaledwie pół roku temu. David daremnie próbował teraz rozstrzygnąć, czy kwota, jaką zapłacił ortodoncie, wystarczyła na pokrycie wszystkich kosztów. "To zabawne, jakie rzeczy przychodzą do głowy człowiekowi w takiej chwili", pomyślał David. "Gdybym we właściwym czasie nie zdecydował się wyłożyć na to wszystko pieniędzy - spekulował dalej w myślach - Jenny prawdopodobnie nosiłaby aparat do trzydziestki".
Myśli Davida wróciły do czasów plażowania na wyspie Saint John. "Obiecuję ci wszystko", tak właśnie powiedział. Poczuł wzbierającą w przełyku falę żółci. "Obiecałem ci wszystko - pomyślał - a skończyło się na niczym". David pospiesznie wstał z łóżka, z trudem dotarł do łazienki i zwymiotował.
Ellen obudziła się około siódmej. Włożyła szlafrok i kapcie i poszła do kuchni, gdzie zastała męża siedzącego przy stole. Wydało jej się dziwne, że ma on na sobie dżinsy i zwykłą koszulkę. Przez te wszystkie lata David zawsze jako pierwszy był na nogach, a o tej porze zwykle stał już gotowy do wyjścia - w garniturze i pod krawatem. Dla Ellen było oczywiste, że w nocy nie zmrużył oka.
- Dzień dobry, kochany - powiedziała.
- Jenny jeszcze nie wstała - zauważył. - Kawa już gotowa.
Przez chwilę mu się przyglądała.
- David - powiedziała - wszystko będzie dobrze.
Odwrócił się w stronę okna i zaczął patrzeć na podwórze.
- David - powtórzyła - wszystko będzie dobrze, już przechodziliśmy ciężkie chwile.
- Mam czterdzieści sześć lat, Ellen - powiedział z żalem. - Czterdziestosześcioletni menedżer nie znajduje zatrudnienia nigdzie poza barem McDonalda. Wiesz dobrze, że wzięliśmy drugi kredyt pod zastaw domu. Twój samochód wciąż nie został spłacony, a własnego już nie mam. Nie mogę liczyć na odprawę z firmy. Nie mamy żadnych pieniędzy i nie wiem, od kogo moglibyśmy je pożyczyć. To coś więcej niż trudne chwile, jakie wcześniej przechodziliśmy.
- Więc co zrobimy? - zapytała.
- Nie wiem - przyznał. - Nie mam zielonego pojęcia.
Siedem miesięcy później David czuł się pokonany. Ubezpieczenie zdrowotne od poprzedniego pracodawcy utraciło ważność, a za pracę na pół etatu, którą znalazł w sklepie z narzędziami, otrzymywał marne grosze. Ellen zarabiała więcej od niego. Rozmieściła ogłoszenia na miejskich tablicach reklamowych. Pięć razy w tygodniu sprzątała mieszkania. W tym czasie David nie przestawał szukać pracy. I tak codziennie - miesiącami. Niekończące się pasmo niepowodzeń wytrącało go z równowagi. "Przynajmniej jestem na dobrej drodze", powtarzał sobie. "Przecież nie może być już gorzej". Ale było.
Tamten dzień przywitał go nieprzyjemnym chłodem. Właśnie tego David nie znosił w zimie najbardziej. Niebo miało barwę brudnej wody, a lodowaty wiatr kąsał z zaciekłością tysiąca wirujących noży. David mruczał pod nosem kolejne przekleństwa, gdy przedzierał się do używanego samochodu kupionego za pieniądze pożyczone od ojca.
Ten samochód stale przypominał mu o jego porażce. Dał za niego dziewięćset dolarów jakiemuś dzieciakowi z liceum, który zamieścił ogłoszenie w prasie. To miało być jedynie tymczasowe rozwiązanie problemu transportu. Dwudrzwiowy Dodge Colt po prawej stronie niemal zupełnie już wypłowiał, z wyjątkiem czarnych błotników. Światła stopu zepsuły się mniej więcej dziesięć minut po tym, jak David sfinalizował ich zakup. Ogrzewanie nie działało od samego początku.
W drodze do pracy umysł Davida pozostawał równie otępiały, jak jego zesztywniałe od zimna ciało. Ellen spędziła większą część nocy z Jenny. Od trzech dni córka zmagała się z gorączką i zapaleniem gardła. Wszystkim dawał się we znaki brak snu. Jenny poważnie się rozchorowała. Piąty lub szósty raz tej zimy. David stracił rachubę.
Kiedy tego ranka wyszedł spod prysznica, usłyszał, jak Ellen odkłada słuchawkę telefonu.
- Kto to był? - spytał.
- To z gabinetu doktora Reeda. Muszę zabrać Jenny do lekarza. Lek nie zadziałał - powiedziała.
"Jakim ja jestem rodzicem?", pytał samego siebie, gdy parkował na tyłach sklepu Marshalla. "Jakim ja jestem człowiekiem? Co się ze mną stało?"
Eksplodował, gdy Ellen wspomniała o lekarzu. Skąd wezmą na to wszystko pieniądze, krzyczał, podobnie zresztą jak ona, gdy zarzekała się, że je ukradnie, jeśli zostanie do tego zmuszona. W końcu chodziło o ich córkę. Czy już mu na niej nie zależało? Wychodząc z domu, zajrzał do pokoju Jenny, by ucałować ją na pożegnanie. Po jej policzkach płynęły łzy. Wszystko słyszała.
Około dziesiątej David zajęty był załadunkiem dachówek na ciężarówkę stojącą przed sklepem. W tamtej chwili odpowiadała mu ta praca, choć dachówki nie były lekkie. Mógł przynajmniej wyładować gniew.
- Ponder! - ktoś krzyknął.
David się rozejrzał. Był to głos pana Marshalla, właściciela sklepu. Przez drzwi wychylił się wysoki, szczupły staruszek z burzą białych włosów i czerwonym nosem. Machał do Davida.
- Telefon! - wrzasnął, gdy David wszedł do ciepłego pomieszczenia. - Twoja żona. Pośpiesz się. Już ci mówiłem, co myślę o prywatnych rozmowach.
- Ellen - powiedział, gdy podniósł słuchawkę - gdzie jesteś?
- W domu - odparła. - Właśnie wróciłyśmy od lekarza.
- Co powiedział?
- To migdałki.
- Wszystko z nimi w porządku?
Zawahała się.
- Kochanie, doktor Reed powiedział, że trzeba będzie je wyciąć. Dodał, że trzeba to zrobić natychmiast.
- Ponder!
Odwrócił się. To ponownie był pan Marshall.
- Chodźmy, synu - powiedział. - Kierowca na ciebie czeka.
- David, jesteś tam? - usłyszał w słuchawce głos Ellen.
- Tak, jestem - powiedział. - Ellen, nie mamy ważnego ubezpieczenia.
- Już to sprawdziłam - odpowiedziała. - Operacja razem z pobytem w szpitalu będzie kosztować tylko tysiąc sto dolarów.
David zdębiał.
- Nie mamy tysiąca stu dolarów - oświadczył.
- Możemy zrobić debet na karcie.
- Hej, Ponder! Mówię do ciebie po raz ostatni. Rozłącz się - ostrzegł go właściciel sklepu.
David docisnął słuchawkę do ucha, próbując się skoncentrować na rozmowie z żoną.
- Nie mamy już takiej możliwości, Ellen, wyczyściliśmy już wszystkie karty - przyznał z bólem.
Rozpłakała się.
- Więc będziemy musieli pożyczyć te pieniądze. Jenny jest chora - nie ustępowała.
- Wiem, że Jenny jest chora, ale nie możemy tego zrobić. Od miesiąca zalegamy z opłatą za dom, od dwóch miesięcy za samochód. Nie możemy liczyć na żaden bank. Moi rodzice nie mają już pieniędzy, które mogliby nam pożyczyć, podobnie zresztą jak twoi. Z trudem wiążą koniec z końcem, by jakoś przetrwać tę zimę.
Ellen z trudem mówiła przez łzy:
- David, i co my teraz zrobimy?
- Nie martw się - powiedział. - Jakoś zdobędę te pieniądze. Może będę mógł tutaj pracować po godzinach. Albo dostanę zaliczkę. Zdobędę tę kwotę.
Ellen wciąż płakała, a on ją błagał:
- Kochanie, proszę, uspokój się. Muszę już iść. Zajmę się tym, obiecuję. Kocham cię.
Odłożył słuchawkę. Za rogiem wpadł na Marshalla.
- Przepraszam... - zaczął się tłumaczyć, ale staruszek mu przerwał.
- W nowej pracy będziesz się musiał skupić na przestrzeganiu obowiązujących zasad.
David był zdezorientowany.
- Co takiego? - zapytał.
- Możesz wrócić tu w piątek po czek. Zwalniam cię.
- Zwalnia mnie pan? - wyjąkał. - Zostałem zwolniony, bo skorzystałem z telefonu?
Marshall skrzyżował ramiona na piersiach.
- Moja córka jest chora - wyjaśnił David.
Staruszek wciąż milczał. David z niedowierzaniem wskazał na telefon.
- Żona dzwoniła, ponieważ nasza córka jest chora - powiedział z desperacją w głosie.
Zamilkł, by po chwili powtórzyć to raz jeszcze, tym razem niemal szeptem:
- Moja córka jest chora.
Bezradnie potrząsając głową, David odwrócił się i wolnym krokiem wyszedł na zewnątrz.
Gdy dochodził do samochodu, sięgnął po kluczyki i się roześmiał. Przyszło mu do głowy, że silnik mógłby teraz, jak wcześniej, odmówić posłuszeństwa. "Panie Marshall - wyobraził sobie taką rozmowę - mój samochód nie chce ruszyć. Czy mógłbym skorzystać z telefonu?". Po przekręceniu kluczyka w stacyjce samochód jednak zapalił, a David ponownie parsknął śmiechem. "Najwidoczniej śmieję się, ponieważ jestem na skraju załamania nerwowego", próbował wyjaśnić swoje zachowanie. Gdy opuszczał miejsce postojowe na parkingu przy sklepie, pomyślał, że jeśli wciąż jest na tyle zdrowy na umyśle, by móc rozpoznać własny obłęd, to może jednak wszystko z nim w porządku? Ponownie się roześmiał. Tym razem jednak śmiech w końcu przeszedł w płacz.
Zjechał z autostrady w kierunku domu. Był kwadrans po jedenastej, na drodze niewielki ruch. Żadnego powodu, żeby wracać ze złą wiadomością do Ellen. "Ona niczym sobie na to nie zasłużyła", pomyślał. "No i oczywiście nie takiego ojca wybrałaby sobie Jenny. Rok temu znajdowałem się na szczycie. W tej chwili nie jestem w stanie utrzymać rodziny".
Zjechał na pobocze, pochylił głowę i złożył dłonie do modlitwy.
- O, Boże - powiedział głośno.
Przerwał i milczał przez chwilę.
- Boże - spróbował ponownie.
Po kolejnej minucie uruchomił samochód i wrócił na autostradę. "Nawet modlić się nie potrafię", pomyślał.
Pod wpływem impulsu skręcił w zjazd na Grayton Road. Znajdował się niemal siedemdziesiąt kilometrów od domu; jechał właściwie donikąd. "To tak, jak w moim życiu", pomyślał. "Zmierzam donikąd. Czy kiedyś nie wydawało mi się, że mam przed sobą jakiś cel?". Zaczął rozmyślać. "Czy dokądś się zbliżałem?"
Spojrzał na licznik. Jechał sto dziesięć kilometrów na godzinę. W zasięgu wzroku nie było żadnego innego samochodu. Docisnął pedał gazu. Sto trzydzieści. Sto trzydzieści pięć. Pokonując kolejne wzgórza i zakręty, przestał myśleć o prędkości. Sto czterdzieści pięć kilometrów na godzinę. Jego myśli również pędziły. Ellen wciąż była młoda. Piękna. Gdyby go zabrakło, mogłaby znaleźć sobie kogoś lepszego. Kogoś, kto lepiej zająłby się nią i Jenny. "Wciąż mam ubezpieczenie na życie", pomyślał. "Czy byłoby im lepiej beze mnie? Czy wszystkim wiodłoby się lepiej beze mnie?"
Zatopiony w myślach, docisnął pedał gazu do końca. Samochód jęknął. David zacisnął palce na kierownicy - uciekał od własnego życia. Ze łzami spływającymi po twarzy opuścił boczną szybę i wystawił głowę. Lodowaty wiatr przywrócił mu trzeźwość myślenia.
- Jak się tutaj znalazłem? - powiedział na głos. - Dlaczego mnie to wszystko spotyka?
Uderzył dłonią w kierownicę i zmniejszył nacisk na pedał gazu, ale po chwili ponownie docisnął go do podłogi.
- Dlaczego ja?! - wykrzykiwał. - Dlaczego ja?!
Samochód zrozpaczonego Davida znalazł się na oblodzonym moście. Most ten, zawieszony nad niewielkim strumieniem, miał najwyżej piętnaście metrów długości. Pędzące auto wpadło w poślizg i z piskiem opon odbiło się od balustrady. David zdołał się jednak utrzymać na szosie - desperacko walczył o odzyskanie kontroli nad samochodem i w końcu gwałtownie zjechał z drogi.
Ludzie, którzy znaleźli się w sytuacji walki o własne życie, często opowiadają, że przeszłość przewijała im się przed oczami niczym film. W ułamku sekundy ponownie przeżyli własne dzieciństwo, okres dorastania i wiele lat dorosłego życia. W takich chwilach jednych dławią wyrzuty sumienia, a inni godzą się z tym, co nieuniknione, i odzyskują wewnętrzny spokój. Gdy samochód Davida pędził w kierunku ogromnego dębu, kierowcą - dla odmiany - targały wątpliwości. Resztką woli zdjął dłonie z kierownicy i wysoko je uniósł.
- Proszę cię, Boże! - krzyknął. - Dlaczego ja?!
A potem nastała pustka.