Sekret w kopercie - Katarzyna Dulak

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Siedziała skulona na swoim ulubionym krześle przy kuchennym stole. Mogła tak tkwić godzinami, wypatrując przez szybę. Kwiecień był miesiącem przebudzenia. Słońce zaczynało mocniej przygrzewać, a przyroda stopniowo zabierała się do życia. Z kuchennego okna roztaczał się widok na niewielkie podwórko, którego centralny punkt stanowił okazały orzech włoski. Już teraz, wczesną wiosną, drzewo budziło się ze snu. Jego nagie gałęzie, jeszcze pozbawione liści, wyciągały się ku niebu, jakby chciały jak najszybciej dotknąć pierwszych promieni słońca. Kora drzewa, głęboko spękana, świadczyła o jego zaawansowanym wieku.

Zasadził go jeszcze jej mąż w pierwszych dniach po przeprowadzce, zaraz po wojnie. Może właśnie dlatego nikt nie śmiał przyciąć ani jednej gałązki - to był powód, dla którego ten wielkolud tak się rozrósł. Pod drzewem, na wciąż jeszcze wilgotnej ziemi, pojawiały się pierwsze oznaki wiosny. Delikatne listki przebiśniegów przebijały się przez zeschłą zeszłoroczną trawę, a tu i ówdzie można było dostrzec pąki innych roślin, które wkrótce wypuszczą barwne kwiaty. Niebo było dziś błękitne, a powietrze wypełnione śpiewem ptaków, które wróciły z ciepłych krajów.

Miała na sobie swoją ulubioną sukienkę z drugiej połowy XX wieku. Małgosia do dziś nie rozumiała, jakim cudem materiał przetrwał bez ani jednej dziurki, podczas gdy jej ubrania po roku były do wyrzucenia.

Dziewczyna stanęła cicho w progu i przyglądała się drobniutkiej osóbce. Nie chciała jej spłoszyć. Kochana staruszka o srebrnych włosach i błękitnych oczach odpłynęła myślami gdzieś daleko.

W swoich starych, poprzecinanych pajęczyną zmarszczek dłoniach trzymała kubek z naparem, który tak bardzo lubiła - czarna, liściasta herbata Yunnan z dwiema łyżeczkami cukru i plasterkiem cytryny. Małgosi nigdy nie udało się przyrządzić tak pysznej herbaty. Ta kobieta powinna stanąć na miejskim straganie i sprzedawać ją jak lemoniadę.

Czekała na nią z obiadem. Wypatrywała też swojej cotygodniowej gazety, która ukazywała się w każdy poniedziałek. To był ich rytuał. Rano, przed wyjściem do pracy, Zosia zawsze przypominała wnuczce o zakupie tej gazety, a Małgosia, wracając z pracy, przynosiła świeżutki numer "Tele Tygodnia". Chociaż żyły w złotym wieku internetu, staruszka pozostawała wierna programowi telewizyjnemu. Czytała go jak ulubioną lekturę i wypatrywała filmów, które miały się pojawić na ekranie. Mimo że miały wykupione konto na Netfliksie i mogły obejrzeć, co tylko zapragnęły, ona nie chciała o tym słyszeć. Twierdziła, że to psuje całą zabawę. "Przecież trzeba na coś czekać" - mówiła. - "A nie mieć wszystko od razu. To jak z filmem o Kevinie. Naprawdę zachwyca tylko w święta Bożego Narodzenia".

- O, jesteś już, kochana. - Zauważyła ją w końcu. - Już nakładam obiad - powiedziała i zerwała się z krzesła tak szybko, jak tylko pozwalało jej już stare ciało.

- Spokojnie, przecież nie umrę z głodu - odparła Małgosia, ściągając płaszcz.

- Oczywiście, że nie umrzesz. Ale znam ja twoje humorki, kiedy jesteś głodna - zaśmiała się.

Dobrze ją znała. Nie lubiła być głodna. Obiecała sobie dawno temu, że już nigdy nie będzie. Nie znosiła też pustej lodówki - wolała wyrzucić więcej, niż kupić mniej. Wiele razy się o to spierały, ale Gosia i tak robiła swoje.

- Znowu dzwonił - wspomniała nieśmiało po chwili, kiedy na talerzu Gosi zrobiło się pusto.

- Nie rozumiem, dlaczego dzwoni tutaj? Przecież zna numer mojej komórki.

- Może chce przeprosić?

- Bierze cię na litość. Wie, że będziesz chciała, żebyśmy się pogodzili i wrócili do siebie.

- A może to dobry pomysł? Mówił, że się zmieni.

- Babciu, słyszysz samą siebie? Chyba nie mówisz poważnie. Życia nie znasz? Wiesz przecież, że ludzie się nie zmieniają. Nie tacy jak on.

- Stara się. Płakał do słuchawki i prosił o jeszcze jedną szansę.

- Ciebie prosił? No wiesz... Jeśli chcesz z nim być, to masz moje błogosławieństwo - zaśmiała się.

- Oj, Gosiu, przecież wiesz, o czym mówię.

- Ile jeszcze tych szans mam mu dawać? Sama mi mówiłaś, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Czyżbyś teraz zmieniła zdanie? - zapytała, szelmowsko unosząc brwi. Odniosła talerz do zlewu i kucnęła przy kolanach babci. - Wiem, Zosieńko, że się o mnie martwisz. O to, że będzie za późno dla mnie na założenie rodziny, że grozi mi staropanieństwo. Zrozum, nie mogę być z kimś, kto podczas deszczu zbiera tylko swoje pranie. Z kimś, kto nie chce tańczyć ani pocałować się o północy w Sylwestra. Nie chcę być z kimś, kto w łazience spędza więcej czasu ode mnie i robi awanturę, że nie ma wody w czajniku. Nie chcę jeździć na wczasy wiecznie sama i nie mieć z kim podziwiać tych pięknych widoków.

- Wysłał ci kwiaty pocztą - wyszeptała Zosia z lekkim uśmiechem. - Postawiłam ci je na stoliku.

- Zapewne goździki? Domyślam się, że białe. Jak na pogrzeb jakiś.

Spojrzały na siebie i obie parsknęły śmiechem. Babunia znała ją i doskonale wiedziała, jaka potrafi być bezpośrednia.

To ona była z nią w najtrudniejszych chwilach. To ona przygarnęła ją głodną i zziębniętą pod swój dach. To ją wzywał dyrektor, kiedy w szkole napluła historyczce na włosy. Wiecznie wdawała się w zbędne dyskusje z nauczycielami, a Zosia brała wszystko na klatę, obiecując poprawę wnuczki. To ona biegła po nią zapłakana, gdy okładała kolegów, którzy wyzywali ją od sierot. To również ona tłumaczyła się przed rozwścieczonymi rodzicami tych chłopaków. Kochana starowinka - tyle z nią przeszła. Teraz powinna odpoczywać, zwłaszcza po tym wszystkim, czego sama doświadczyła w życiu.

Małgosia spojrzała w jej jasne oczy i zaczęła mówić najdelikatniej, jak tylko potrafiła:

- Ty nie rozumiesz, że ja chcę prawdziwej miłości. Chcę, żeby trzasnął mnie piorun z jasnego nieba, gdy spojrzę na tego jedynego. To, kochana Zosiu, nazywa się chemia. Chcę się przy nim nie bać niczego. Nie martwić się, że nie będzie na kredyt. Chcę, żeby to on zapłacił za te cholerne bilety do kina. Chcę, żeby wiedział, że kiedy się denerwuję, zaczyna mnie swędzieć głowa. Że nie lubię się dzielić jedzeniem i że na czterdzieste urodziny chcę pojechać do Tajlandii, bo to moja wymarzona podróż życia. Chcę dostawać kwiaty nie tylko na przeprosiny i chcę godzinami chodzić po plaży, trzymając się za ręce. Takiej miłości pragnę! Tego, czego potrzebuję, Marek nie potrafi mi dać. Jedyne, co się dla niego liczy, to czy dobrze wygląda w kurtce za siedem stówek i czy jego złoty sygnet odpowiednio rzuca się w oczy. Możliwe, że w tym wszystkim jest więcej mojej winy niż jego. Nie powinnam była tkwić w tym chorym związku ani dawać nam nadziei na coś więcej.

- Moje dziecko, chemia, o której mówisz, to nie wszystko. Jak związek się psuje, trzeba zakasać rękawy i naprawiać. Wiem, co mówię. Z twoim dziadkiem przeżyłam ponad trzydzieści pięć lat.

- Bardzo się cieszę, że byliście razem tak długo. Udowodniliście, na czym polega miłość. Ale mój przypadek jest inny. Ja już nie mam czego naprawiać. Fundamenty, na których chciałam zbudować swoje gniazdko, zostały doszczętnie zniszczone. Wpadła olbrzymia koparka i zepchnęła wszystko w wielką otchłań beznadziei.

- Wiesz, dziecko, że ja do najmłodszych nie należę.

- Co ty mówisz, babuniu! Jesteś jeszcze rześka jak skowronek. Będziesz żyła sto lat, zobaczysz. - Zaśmiała się głośno i pocałowała ją w rękę.

- Nie żartuj sobie. Wiem, że moja pora niedługo nadejdzie. Nie chciałabym zostawiać cię samej na tym świecie. Człowiek jest tak stworzony, że potrzebuje drugiego do życia.

- Nie bój się, nie będę sama. Zaadoptuję trzy psy i cztery koty. Będziemy urządzać psie i kocie imprezki - zażartowała.

- Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o takie towarzystwo - obruszyła się Zośka.

- Wiem, wiem, chodzi o chłopa. Dla higieny intymnej dwie randki w miesiącu wystarczą. Ale za piwo sam będzie musiał płacić - parsknęła śmiechem.

- Boże, zlituj się nade mną! Takich bzdur to jeszcze nie słyszałam!

Zosieńka podniosła ręce do sufitu i wyszła z kuchni, kręcąc głową.

W swoim pokoju, który znajdował się najdalej od drzwi wejściowych, Małgosia miała swój azyl. Nie za duży, nie za mały - w sam raz. Wszystko, co najpotrzebniejsze, się tu mieściło. Duża szafa na zamówienie kosztowała ją dwie "trzynastki". Łóżko sypialniane z szafką nocną oraz biurko - jej miejsce pracy z widokiem na podwórze - kupiła na raty. Spłaciła je szybciej, jak wszystko, co brała na raty. Piętnaście lat ten pokój był jej ostoją. I zmieniał się razem z nią.

W pierwszych latach był cały oklejony plakatami. Można było znaleźć tam niemal wszystko: od The Kelly Family i Backstreet Boys po Michaela Jacksona i Mariah Carey. Z czasem plakaty zostały zdjęte, kolory ścian wyblakły, aż w końcu zostały przemalowane na szaro - zgodnie z trendem skandynawskiej mody, którą tak intensywnie promowała w telewizji Dorota Szelągowska.

W ich bezpiecznym, siedemdziesięciometrowym mieszkaniu były trzy pokoje. Dwa pozostałe były znacznie większe od jej sypialni. Jeden zajmowała babcia - służył jej jako sypialnia i pokój telewizyjny zarazem. Trzecim pokojem był nowoczesny, a zarazem przytulny salon. Małgosia urządziła go sama przy pomocy mebli ze sklepu IKEA. Programy Doroty bardzo jej w tym pomogły i udało jej się dokonać cudu. Babcia wolała jednak spędzać czas u siebie, w bardziej tradycyjnym pokoju. W salonie przyjmowały gości, piły w weekendy kawę i czasami wspólnie oglądały filmy. Epicentrum mieszkania był długi korytarz, który prowadził do wszystkich pomieszczeń.

Gosia kochała to miejsce. To tutaj odbywały się wszystkie święta. Babcia zawsze zapraszała swoją szwagierkę. Małgosia już jako dziecko lubiła do niej przychodzić - tylko tutaj czuła odrobinę normalności i tak bardzo potrzebny spokój.

Piętnaście lat temu stanęła przed tym domem i z ulgą pomyślała, że mogłaby tu być szczęśliwa. I nie myliła się. Zosieńka dokonała cudu. Dom wypełniła miłością i ciepłem, które dawały Małgosi schronienie przed cierpieniem aż do dziś. Los, który je połączył, doskonale wiedział, że dziewczyna będzie jej tak bardzo potrzebować.

Usiadła przy biurku i westchnęła z obrzydzeniem na widok bukietu od Marka. Babcia wyeksponowała go na stoliku nocnym, tuż przy łóżku - tak, żeby rzucał się w oczy od razu po wejściu. Dziewczyna postanowiła, że jak tylko staruszka pójdzie spać, ona wyrzuci to dziadostwo do kubła na śmieci. Cztery długie lata byli parą, a on wysłał jej białe goździki. Zabrakło tylko rajstop - jak na Dzień Kobiet. Umiał zakodować, że wyciskanie francuskie sztangą łamaną to najlepsze ćwiczenie na tricepsy, ale że Małgosia kocha czerwone róże - tego już nie zapamiętał. Kiedy ona zachwycała się kwiatami, on zapewne zastanawiał się, czy jego biceps ma czterdzieści centymetrów w obwodzie, czy może już czterdzieści jeden.

Co ich łączyło przez tyle lat? Nie miała pojęcia. Po studenckich kilkutygodniowych nieudanych relacjach Marek był pierwszym, z którym się związała po powrocie do domu. Na początku jej odpowiadał - przystojny, umięśniony, zadbany, nie wtrącał się w jej życie zawodowe. Ona również nie wypytywała o jego.

Nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Zawsze doszukiwała się w nich cech swojego ojca - była podejrzliwa i nieufna. Tym razem chciała być inna. Nie dociekać, co Marek robi, gdy nie jest z nią. Dać przestrzeń, nie podejrzewać, nie kontrolować. Wiedziała też, że to nie to, o czym marzyła, ale powoli godziła się z myślą, że nie zawsze w życiu dostaje się to, czego się chce. Jednak popełniła ogromny błąd, myśląc, że nie zasługuje na miłość. Po tych czterech latach zyskała już pewność, że każdy na nią zasługuje. Tak naprawdę była z Markiem na siłę i miała coraz większe przekonanie, że on nigdy jej nie kochał. W jakim celu więc to ciągnąć? Z przyzwyczajenia? Nie na tym polega miłość - a Gosia, mimo wszystko, pragnęła jej całym sercem.

Wzięła do ręki swoją torbę i wyciągnęła z niej gruby plik arkuszy z testami, które napisali uczniowie klasy siódmej z działu "Gleby w Polsce". Musiała je dzisiaj sprawdzić, żeby nie złapać zaległości. Nie lubiła zostawiać rzeczy na później - zawsze starała się robić wszystko na bieżąco. Otworzyła laptop, za który zapłaciła dopiero trzy raty, i zalogowała się do wirtualnego dziennika ocen. Zawsze starała się kupować rzeczy trochę lepszej jakości. Nauczycielska wypłata pozwalała jej od czasu do czasu zaszaleć i wziąć coś na raty. Spłacała jedno, brała drugie - i tak sobie żyły w tym ich mieszkanku. Często robiła prezentacje multimedialne, dlatego laptop był wręcz niezbędny. Chciała zainteresować dzieciaki przedmiotem przez nowoczesne technologie i gry interaktywne, a nie tylko suchą teorię.

Kiedy spełniła swoje marzenie życia i dostała pracę na etacie nauczyciela edukacji wczesnoszkolnej, obiecała sobie, że jej lekcje nigdy nie będą nudne. Zrobi wszystko, żeby zainteresować uczniów. Obecne czasy były zupełnie inne niż te, w których sama się wychowywała. Dziś nikt już nie chodził do czytelni, żeby znaleźć definicję nieznanego pojęcia, tak jak robiła to ona. Teraz trzeba było naprawdę się postarać, żeby uczniowie chcieli słuchać i cokolwiek zapamiętali z lekcji. Bodźców dookoła było tyle, że samo mówienie już nie wystarczało. Dużo ją kosztowało zdobycie tytułu magistra. Renta po matce była skromna. By wszystko opłacić, Małgosia pracowała w kiepskiej restauracji - ale dała radę. Od babci nie chciała wziąć złotówki. Musiała sama utrzymać mieszkanie, do którego mogła wracać w każdy wolny weekend. Dzienne studia na Uniwersytecie Szczecińskim dały jej szansę na coś więcej niż tylko kelnerowanie czy sprzątanie hotelowych pokoi nad morzem.

Po powrocie do domu od razu dostała pracę w pobliskiej szkole podstawowej. Studiowała dalej i ukończyła podyplomówkę z nauk przyrodniczych - dzięki temu mogła uczyć starsze klasy geografii. Ogromnym plusem tej pracy był fakt, że w ciągu roku miała sporo wolnego, co pozwalało naładować akumulatory. Latem mogła się wylegiwać na leżaku w cieniu orzecha albo zabrać ręcznik i pobiec nad morze. Od dziecka kochała wodę, a choć Bałtyk należy do chłodnych mórz, bywała tam często - tym bardziej że plaża była zaledwie dziesięć minut pieszo od domu.

Mimo bliskości morza co roku z przyjaciółmi jeździła po Europie w poszukiwaniu cieplejszych wód. Zbierali się wtedy u kogoś w domu i robili prezentację - każdy wybierał kraj, który chciałby zobaczyć. Jej przyjaciółki ze swoimi połówkami, a ona - zawsze sama.

Markowi szkoda było pieniędzy. Przeliczał, że za taką kwotę mógłby dokupić godziny na siłowni albo kolejną wypasioną kurtkę - tym razem w kolorze khaki. Po takiej analizie zostawał, a ona wyjeżdżała samotnie. On liczył nadal niewydane pieniądze, a ona próbowała cieszyć się podróżą. Z jednej strony lubiła podróżować sama - nikt jej nie mówił, że za dużo wypiła albo że pora się zbierać. Ale jednak... więcej było powodów, by mieć przy sobie kogoś bliskiego.

* * *

- Gośka, nie wzięłam cię tutaj, żebyś wybrzydzała na wszystko, co ci pokażę - warknęła Aśka.

Była jedną z trzech najlepszych przyjaciółek Gosi. Pracowała z mężem w firmie swoich rodziców, która wkrótce miała zostać na nich przepisana. Asia była grzeczną i miłą żoną. Kochali się od liceum. Była także oddaną przyjaciółką, a do tego miała świetny gust i wyczucie stylu. Jej garderoba zawsze odpowiadała najnowszym trendom.

Tego dnia wyciągnęła Gosię na zakupy - chciała pomóc jej znaleźć tę jedyną sukienkę na trzydzieste urodziny, które miały się odbyć za niedługo. Tylko one cztery i całe miasto. Żadnych mężczyzn. Taki "seks w mniejszym mieście" - z tym że wolna była tylko Gosia. Reszta jej kompanii była już zajęta, w tym dwie zamężne.

- Sama nie wiem. To, co mi pokazujesz, jest strasznie kuse. Będę się czuła, jakbym wyszła nago - odparła Małgorzata.

- Co ty pleciesz?! Od kiedy z ciebie taka cnotka?

- Asik, wiesz, że nie lubię odsłaniać pleców, a te sukienki są mocno wykrojone.

- Nic się nie martw, przecież już prawie nie widać blizn. Popatrz, ta sukienka wygląda, jakby była szyta specjalnie na ciebie. Nie wstydź się swojego ciała. Jesteś piękna, a te ślady już dawno zniknęły. Tylko w twojej głowie zostały - powiedziała, głaszcząc ją po ramieniu. - Słuchaj, właśnie takiej kiecki ci trzeba. Musisz poczuć się silną i piękną kobietą bez kompleksów. Z taką figurą w ogóle nie powinnaś ich mieć. No, a teraz leć przymierzyć to bóstwo.

- Ale ta sukienka...

- Nie chcę słyszeć sprzeciwu. Ruszaj w stronę przymierzalni! Ale to już!

Siedząc później na łóżku, Gosia sama nie wierzyła, że dała się namówić na zakup małej czarnej z głęboko wykrojonymi plecami i zbyt dużym dekoltem. Aśka nie chciała słyszeć sprzeciwu i zapewniała ją, że wygląda w niej bosko. Może miała rację. W końcu wchodziła w "trójkę" z przodu - może to odpowiedni moment, żeby coś zmienić w swoim życiu, przeobrazić się w piękną łabędzicę.

Zaczynała nowy etap. Ten dzień miał być zamknięciem przeszłości i pozostawieniem wszystkiego za sobą. Dorosła do tego, by uwierzyć, że jej również może się udać w życiu.

Powiesiła sukienkę na wieszak i stanęła przed szafą, którą zrobił jej przystojny stolarz. W planach mebel miał wyglądać inaczej, ale pamiętała, że nie mogła się skupić, gdy stolarz pytał, czy ma jakieś specjalne życzenia. Nie wiedzieć czemu, potakiwała wszystkiemu, co proponował. W rezultacie wyszło całkiem ładnie, choć dziś Gosia pewnie zmieniłaby to i owo. Kiedy przychodził zebrać wymiary, ona myślała tylko o tym, żeby zdjął z niej ubranie. I faktycznie - w dniu rozliczenia tak się stało. W chwili kulminacyjnej zapierała się o świeżo zamontowaną szafę, czując zapach drewna w nozdrzach.

Skłamałaby, gdyby powiedziała, że sukienka była brzydka. Asia trafiła z nią w dziesiątkę. Tylko... bała się pokazać to, co całe życie próbowała ukryć. Czasem było to naprawdę trudne, szczególnie latem, gdy wszyscy nosili skąpe ubrania. Ona zawsze zakrywała plecy, choć minęło tyle lat i rany się zabliźniły. Dziś wyglądały, jakby ktoś ją podrapał - cienkie, białe, ledwo widoczne linie. Jednak pomimo komplementów przyjaciółek i zainteresowania ze strony mężczyzn ona wciąż widziała uszkodzone ciało, którego bardzo się wstydziła.

Spojrzała w lustro i zobaczyła szczupłą brunetkę o wzroście metr siedemdziesiąt pięć. Brązowe oczy, kręcone, długie włosy i śniada cera dodawały jej urody. Nie wiedziała, czyje geny przeważyły. Matkę przypominała w ruchach i drobnych gestach. Babcia opowiadała o dalekim kuzynie marynarzu, do którego ponoć była podobna. W lustrze zobaczyła twarz swojego oprawcy. Była cała czerwona, a po czole spływał jej pot. Ogromny zamach i pierwsze uderzenie - czuła to, jakby stało się wczoraj. Skóra pękła i zapiekła. Pierwsza łza spłynęła po policzku. Kolejne razy rozerwały ciało w kilku miejscach. Charczenie wydobywające się z jego ust było gorsze niż świst kabla antenowego. Młoda, pełna radości dziewczyna została wtedy brutalnie okaleczona - i ukryła się przed światem na bardzo długi czas.

* * *

W szkole dzieci były bardzo rozkojarzone z powodu zbliżających się Świąt Wielkanocnych. A to przecież oznaczało dni wolne od zajęć. Musieli wytrzymać jeszcze tylko tydzień, co dla uczniów było niemal niemożliwe - z niecierpliwością odliczali dni do przerwy. Na korytarzu panował chaos. Tylko jeden człowiek próbował z uśmiechem na twarzy opanować ten znudzony tłum - Waldek Ostrowski.

Waldi był nauczycielem wychowania fizycznego. Wysportowany, szczupły, wysoki i do tego wszystkiego zabawny - niewiele starszy od Małgosi. Dla dzieciaków dałby się pokroić. Prowadził liczne zajęcia sportowe, za które dyrekcja niekoniecznie chciała mu płacić. Wycofała nawet koszykówkę, która odbywała się dwa razy w tygodniu, ale Waldek i tak prowadził zajęcia - mimo braku wynagrodzenia. Kochał to, co robił. Tylko jak utrzymać z takiej pensji trójkę dzieci? Żona zostawiła go pięć lat temu. Wyjechała do Szczecina w poszukiwaniu lepszego życia i znalazła je... wśród najbardziej aktywnych narkomanów. Niedawno udało mu się po latach uzyskać rozwód i prawa do dzieci. Robił, co mógł, żeby jego pociechy miały wszystko, co najpotrzebniejsze. Zawsze uprzejmy, pogodny, lubiany przez uczniów i nauczycieli. Dlaczego nadal był samotny? Twierdził, że nie ma ani czasu, ani pieniędzy na nową miłość - wszystko, czego potrzebuje, już ma.

- Gosiu, dokąd tak biegniesz?! - zawołał, gdy ją dostrzegł.

Zawsze starał się zagadać do każdego.

- Do domu lecę, skończyłam na dziś.

- Słyszałem od Maćka, że macie szansę wygrać ten projekt, nad którym tak ciężko pracowaliście. To będzie dla ciebie duże wyróżnienie.

- Nie mów "hop". Jeszcze cała dokumentacja leży w Szczecinie. Wszystko się okaże na dniach. Jestem dobrej myśli. A jeśli się uda, to nie widzę lepszego opiekuna niż ty, oczywiście. - Uśmiechnęła się. - Pojedziesz z nami.

- Chciałbym, ale... kasy nie mam, rozumiesz? Nie wiem jeszcze, czy dzieciaki puszczę. Trójka sporo kosztuje.

- Waldek, o czym ty mówisz? Nagroda pokrywa wszelkie koszty! Opiekunowie jadą za darmo, przecież wiesz o tym. Przyda wam się ta wycieczka. Kiedy ostatnio byliście gdzieś razem? To szansa. Nie widzę opcji, żebyś z niej nie skorzystał. Poza tym wiesz przecież, że nie dam rady sama z dwudziestką dzieci. Połączymy przyjemne z pożytecznym.

Tego dnia do domu wróciła z Anką - kolejną z jej przyjaciółek. Ania pracowała razem z nią w szkole. Tam się poznały i od razu przypadły sobie do gustu. Przez sześć lat bardzo się do siebie zbliżyły i wspierały w gorszych chwilach. Dodatkowym plusem było to, że mieszkały niedaleko siebie, więc mogły razem pokonywać służbową drogę. Anka była szczera i wesoła, czasem palnęła coś bez zastanowienia, a potem główkowała, jak to odkręcić. Zawsze chciała dla wszystkich jak najlepiej - i właśnie przez to często wpadała w tarapaty. Miała dwójkę przezabawnych dzieci i kochającego męża, który był wojskowym. Oboje pracowali w stabilnej budżetówce i radzili sobie całkiem dobrze. Duże mieszkanie przyznane z wojska, bez żadnych kredytów, dawało im możliwość życia na niezłym poziomie. Bywała częstym gościem u Gosi. Oczywiście kochała swoją rodzinę, ale czasami potrzebowała choć pół godziny oddechu przy aromatycznej kawie albo słodkim winie - zależnie od pory dnia.

Jeszcze chwilę stały na skrzyżowaniu ulic Koszalińskiej i Słowiańskiej - zawsze brakowało im tych kilku minut rozmowy, zanim się rozstały. Słowiańska, przy której mieszkała Gosia, była spokojną uliczką, usytuowaną przy wyjeździe na Koszalin. Choć leżała przy jednej z głównych arterii Kołobrzegu, była cicha i przyjazna. Mieszkało się tu naprawdę dobrze - najpotrzebniejsze sklepy były pod ręką. Kościół, tak ważny dla babci, znajdował się zaledwie pięć minut drogi od domu. To było jej miejsce - tak wtedy przynajmniej sądziła. Życzliwi sąsiedzi, uczynni ludzie - sielankowe życie w mieście liczącym niespełna pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. To nie był tylko punkt na mapie Kołobrzegu. To miejsce, w którym przeszłość splatała się z teraźniejszością, a każdy dom skrywał swoje tajemnice. Tu zaczęła się historia jej babci, potem matki - i teraz jej.

Gdy zbliżała się do domu, zauważyła Zosię wyglądającą zza furtki. Machnęła do niej ręką - w tym samym momencie zza pleców babci wyłoniła się nieznajoma kobieta. Małgosia przyspieszyła kroku i dostrzegła, że to kobieta około sześćdziesiątki. Stały i o czymś rozmawiały, a z twarzy babci można było wyczytać niepokój.

- Gosiu, ta pani przyszła do ciebie - odezwała się babcia, gdy tylko zbliżyła się do bramki.

- Dzień dobry pani, nazywam się Stanisława Bogacka - powiedziała kobieta, wyciągając rękę na przywitanie.

- Małgorzata Głowińska - przedstawiła się, uścisnęła ciepłą, miękką dłoń kobiety.

- Nie wiem, czy nie zaszła tu jakaś pomyłka, bo szukam pani Małgorzaty Nowik.

- Nie zaszła. Zmieniłam nazwisko kilka lat temu.

- To dobrze, że udało mi się panią znaleźć. Babcia już wszystko mi wyjaśniła, ale wolałam się upewnić. Pani Małgosiu, nie wiem, od czego zacząć... wiele lat temu byłam pielęgniarką pani matki, Bożeny Nowik. Leżała u nas na oddziale wewnętrznym aż do samego końca. To moja wina, że nie dostarczyłam na czas tego, co pani matka mi przekazała. Proszę mi wybaczyć, nie miałam na to wpływu...

- Zaraz... proszę się uspokoić, bo ja nic z tego nie rozumiem - przerwała jej, oszołomiona lawiną informacji.

- Chciałam tylko powiedzieć, że pani matka... napisała do pani listy. Przed śmiercią. Ona bardzo panią kochała.

Nie mogła tego słuchać. "Ona bardzo panią kochała?" Naprawdę?! Czy zostawia się dziecko, które się bardzo kocha? Jakim prawem ta obca kobieta mówi o matczynej miłości? To nie tak wygląda miłość! Dziecko powinno być kochane miłością nieskończoną. A ona kochała tylko alkohol. Skazała Gosię na lata cierpienia. A teraz - znowu wraca. Pojawia się w jej życiu, które wreszcie jakoś się układa, i burzy jego równowagę. Nie ma już dla niej miejsca. Gosia zapomniała o niej dawno temu. Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi.

- Gosiu, co ty robisz, dziecko? - zdziwiła się babcia. - Ja panią bardzo przepraszam za wnuczkę, ona jest zdenerwowana...

- Małgoś! - zawołała pielęgniarka.

Stanęła jak wryta. Tylko matka tak do niej mówiła.

Odwróciła się powoli.

- Powinnaś dostać te listy piętnaście lat temu. Bardzo chciałam je ci przekazać. Nawet nie wiesz jak bardzo. Ale wtedy nie miałam dyżuru. Kiedy wróciłam, nie zostało już nic po twojej matce. Pytałam, szukałam - ale nikt nic nie wiedział. Dopiero wczoraj znalazłam je w archiwum - z rzeczami po anonimowych zgonach. Ktoś przez pomyłkę je tam włożył. Miałam ci je dać zaraz po śmierci twojej matki. Albo spalić, jeśli Bożenie udałoby się wyzdrowieć. Proszę, przeczytaj je. Może wtedy zrozumiesz, dlaczego wszystko się tak potoczyło.

Po policzkach spłynęły jej łzy. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz płakała. Babcia patrzyła na nią zmartwionym wzrokiem. Wiedziała, że w duchu modli się, żeby Gosia przyjęła te listy. Chciała mieć pamiątkę po jedynej córce. Oczami wręcz chłonęła pożółkłą kopertę zaadresowaną do Małgosi.

- Dziękuję pani za fatygę. A teraz proszę wybaczyć, chcę już iść do domu - powiedziała, wyciągając rękę po kopertę, i zniknęła w cieniu klatki schodowej.

* * *

Pani Stasia wchodziła nadal roztrzęsiona w ulicę Koszalińską. Stanęła i jeszcze raz spojrzała w stronę domu pań Głowińskich.

Biedne dziecko, nawet nie wie, że tajemnica skrywana przez jej matkę odmieni jej całe życie - pomyślała i ruszyła w stronę przystanku miejskiego.

LIST 1

Moja kochana Małgoś.

Mam cichą nadzieję, że nigdy tych listów nie będziesz musiała czytać. Byłoby wspaniale, gdybym mogła Ci opowiedzieć o tym wszystkim sama. Jeśli jednak tak się nie stanie i los nie zechce dać mi tej szansy, to nie będę go obwiniać. Widocznie tak ma być.

Jeśli to czytasz, znaczy, że mnie już nie ma - ale nie płacz teraz. Płakać możesz później, kiedy przeczytasz wszystko i kiedy zrozumiesz, że nie pisałam tego z żalu, tylko z miłości.

Chciałam Ci powiedzieć rzeczy, których nie umiałam wyznać, kiedy jeszcze siedziałaś obok mojego łóżka. Bo czasem obecność dziecka boli bardziej niż samotność - wtedy, kiedy się wie, że nie można go ochronić.

Piszę, bo chcę, żebyś znała prawdę. Nie o mnie - o sobie. Bo Ty masz przed sobą jeszcze całe życie i nie chcę, żebyś szła przez nie po śladach mojego lęku.

Zaprzyjaźniłam się tutaj z pewną miłą pielęgniarką - Stasią. Obiecała, że dostarczy moje listy do Ciebie, najszybciej jak się da, oczywiście jeśli zajdzie taka potrzeba. Mam nadzieję, że będzie dane mi jeszcze Cię zobaczyć. Jednak sytuacja, w której się znalazłam, nie zapowiada się najlepiej. Dlatego proszę, żebyś spojrzała na mnie trochę inaczej. Chcę, żebyś zobaczyła tę historię moimi oczami, poznała mnie od innej strony. Najgorsze dni są już za mną. Oczyszczanie organizmu trwało dość długo, ale dzięki temu myślę teraz trzeźwo. Listy bywają trudne, choć ja zawsze wolałam pisać o uczuciach, niż je wypowiadać na głos. Może z racji mojego zawodu? Ale przyznam, że jest to najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek w życiu napisałam. Nigdy nie wytłumaczę się z tego, co zrobiłam. Zniszczyłam Ci dzieciństwo i nic nigdy tego nie usprawiedliwi. Pragnę tylko, żebyś zrozumiała, dlaczego czasami życie się nie układa. Nie chciałam takiego losu dla siebie, a tym bardziej dla Ciebie, moja kochana córeczko. Nawet nie wiem, jak i kiedy wpadłam w to bagno, z którego najprawdopodobniej nie będzie dane mi się wydostać. Siadam do tego listu z ciężkim sercem i łzami w oczach. Przez lata unikałam tych słów, chowałam je gdzieś głęboko w sobie. Ale dziś wiem, że muszę je wypowiedzieć, by choć trochę załagodzić ból, który Ci sprawiłam.

Moja Małgoś, z całego serca przepraszam za to, że zniszczyłam Twoje dzieciństwo. Przez mój nałóg, przez alkohol, który zawładnął moim życiem, zabrałam Ci radość, poczucie bezpieczeństwa i beztroskę. Nie byłam taką matką, na jaką zasługiwałaś. Pamiętam Twoje przestraszone oczy, kiedy fundowałam Ci koszmar po kolejnej libacji. Pamiętam Twoje pytania, na które nie umiałam odpowiedzieć. Pamiętam Twój smutek, który rozdzierał mi serce, ale który jednocześnie blokowałam, by nie myśleć o tym, co Ci robię. Wiem, że słowa nie mogą cofnąć czasu ani wymazać bólu, który Ci zadałam. Jednak chcę, żebyś wiedziała, że każdego dnia żałowałam tego, co Ci robiłam. Żałuję, że nie byłam dla Ciebie oparciem w trudnych chwilach, że nie mogłaś wtedy na mnie liczyć. Zdaję sobie sprawę z tego, że zaufanie, którym mnie kiedyś darzyłaś, odeszło w zapomnienie. Odbudowa go będzie wymagała wiele starań z mojej strony. Obiecuję Ci, że jeśli Bóg da, będę walczyć o to, by odzyskać Twoją miłość i zaufanie.

Otóż wierz mi, że ja też kiedyś byłam taką dziewczyną jak wszystkie nastolatki. Miałam marzenia, przyjaciół, randki i swoje sprawy jak każdy w tym wieku. Dużo o mnie nie wiesz, bo przecież nie zdążyłaś poznać swojej matki. To moja wina, nigdy nie byłam z Tobą tak naprawdę. Poświęcałam Ci za mało czasu. Jednak moment, w którym wzięłam Cię na ręce i przytuliłam, zapadł w mojej pamięci głęboko. Zrozumiałam, że jesteś moja, z mojej krwi i nigdy Cię nie zostawię. Zapewne teraz się ironicznie śmiejesz, że nie dotrzymałam słowa. Uwierz mi jednak, że wtedy właśnie tak myślałam. Nie chciałam Cię wypuścić z objęć. Dodawało mi to siły na kolejny dzień. Odliczałam godziny w pracy, kiedy wrócę do domu i wezmę Cię w ramiona. Pachniałaś wtedy najpiękniej na świecie. Uspakajałam się przy Tobie i nie myślałam o męczącej mnie depresji. Nie myślałam również, że niedługo wróci z morza mój mąż i będę się musiała z Tobą rozstać. Nienawidził się mną dzielić, ale to przecież wiesz. Nie mógł znieść naszego widoku i rozdzielił mnie z Tobą. Próbowałam mu tłumaczyć, że przecież nie ma być o co zazdrosny, ale nakręcał się wtedy jeszcze bardziej. Dopóki mój cały świat ostatecznie nie runął, byłaś moją ostoją. Wiem, że nie jest łatwo czytać Ci te słowa, które teraz wydają się kłamstwem. Za dużo widziałaś, słyszałaś i czułaś, żeby teraz wierzyć w cokolwiek, co Ci tu będę pisać. Obraz mojej osoby dla Ciebie zapewne jest ohydny. To nic, zasłużyłam sobie na to. Dlatego właśnie chcę, żebyś mnie poznała, taką prawdziwą mnie. Bez tajemnic, wiecznego ukrywania, okłamywania, bez depresji i bez alkoholu. Kochanie moje, jesteś już prawie kobietą i rozumiesz o wiele więcej, niż mi się zdaje, dlatego poznaj dziewczynę o imieniu Bożenka.

Bożenka urodziła się i wychowała jako jedynaczka w bardzo kochającej się rodzinie. Rodzice wyczekiwali jej dość długo, bo po ślubie musiało minąć parę lat, nim pojawiła się na świecie. Kobieta w tamtych czasach zazwyczaj wstydziła się tak późnej ciąży, jednak Zosia była tak szczęśliwa, że nie reagowała na uszczypliwe docinki swoich rówieśniczek. Oczywiście rozpieszczali Bożenkę, jak tylko mogli. Jej matka podsuwała jej pod nos same rarytasy i dogadzała w najróżniejszy sposób. Uwielbiała się nią chwalić i dlatego zabierała Bożenę zawsze ze sobą. Kupowała jej najmodniejsze ubrania i traktowała jak lalkę z porcelany, którą - ku jej zmartwieniu - nigdy się nie czuła. Była również oczkiem w głowie swojego ojca, Stefan cenił mądrych ludzi, a ona zapowiadała się na inteligentną osóbkę. Już w przedszkolu wyróżniała się spośród rówieśników i dlatego rodzice, a raczej ojciec postanowił dać ją szybciej do szkoły.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej