Eryk głośno się roześmiał i w ostatniej chwili uchylił przed śnieżką rzuconą przez Ewę. Poprawił cylinder, który zsunął mu się na czoło. Był to stary, wysoki kapelusz, w jakich chadzali dziewiętnastowieczni dżentelmeni. W niemal identycznym sportretowano słynnego baśniopisarza Hansa Christiana Andersena, ale również mnóstwo książąt, hrabiów oraz baronów.
- Rodzice nie będą zadowoleni, jeśli go zniszczysz - przestrzegł brata Roman. - Lepiej uważaj.
Eryk wzruszył ramionami.
- Daj spokój, nikt o nim nie pamięta. Powyżerały go mole i od lat nie ma chętnych, żeby go kupić.
- Jest w rejestrze antykwariatu.
- Razem z milionem innych zapomnianych przedmiotów.
- Tata o niczym nie zapomina.
Antykwariat Zamkowy mieścił się w ogromnym budynku, który odrestaurowali rodzice chłopców. Utrzymanie zamku, a właściwie fortalicji, wymagało wielkich inwestycji, które miały zostać sfinansowane ze sprzedaży rozmaitych staroci.
- Spójrzcie! - Ewa przerwała chłopcom wymianę zdań. Wskazała na przejeżdżający ulicą samochód z opuszczoną szybą po stronie kierowcy. Ze środka wyjrzał brodaty starzec w czerwonej czapce z puchatym pomponem. Na jego widok Toska, kilkumiesięczne szczenię rasy cane corso, zaczęła szczekać. Auto zwolniło i w końcu się zatrzymało.
- Ho, ho, drogie dzieci, podejdźcie! - zakrzyknął Święty Mikołaj. - No, śmiało! Chodźcie do mnie. Mam coś dla was.
Ewa ukradkiem zerknęła na braci Deryłów i chuchnęła w zmarznięte dłonie.
- Czego on chce? - zapytała szeptem.
- Nie wiem - odparł Roman. - Ale udawajcie, że go nie widzicie.
- To nieładnie - zaprotestowała dziewczynka. - Może potrzebuje pomocy?
- Nie wygląda na takiego - mruknął starszy z braci. - Poza tym mówi, że ma coś dla nas... Może prezent?
Eryk parsknął i z niedowierzaniem pokręcił głową. Ponownie poprawił cylinder.
- Przecież to fałszywy Święty Mikołaj - stwierdził.
- Fałszywy? - Ewa spojrzała na niego z ukosa. - Wszyscy są fałszywi, to tylko historia opowiadana dzieciom przez rodziców, którzy...
- Nieprawda - przerwał jej Eryk. - Święty Mikołaj mieszka w Laponii i choć nie ma zaprzęgu latających reniferów, istnieje. Można oczywiście polemizować na temat jego świętości.
- Pole... Co? - zdziwił się Roman.
Jego brat miał zdolność wplatania w zwykłe zdania trudnych słów. Wiele dzieci ich nie rozumiało, przez co czasem uchodził za zarozumiałego dziwaka. Cylinder z pewnością nie służył zmianie tego wizerunku, ale Eryk nic sobie z tego nie robił. Podobnie jak z tego, że czasem ze względu na duże okulary korekcyjne przezywano go Okularnikiem.