ROZDZIAŁ PIERWSZY
Krystal
Zamykam za sobą drzwi do łazienki i szepczę do telefonu:
- Lepiej, żeby to było ważne.
Theresa wydzwaniała do mnie co chwilę przez ostatnie dziesięć minut. Sędzia Kern posłała mi najbardziej zirytowane na świecie spojrzenie, gdy zapytałam, czy mogę prosić o chwilę przerwy. Nie będzie zadowolona, jeżeli szybko nie wrócę. Kucam i prędko sprawdzam, czy w którejś z kabin są widoczne stopy. Nie ma nikogo. Dobrze. Jestem sama.
- Przepraszam, że ci przeszkadzam - mówi Theresa, zanim jestem w stanie dodać coś więcej. - Wiesz, że nie wyciągałabym cię z sali sądowej, gdyby to nie było coś naprawdę ważnego.
W tym momencie dociera do mnie ponaglenie w jej głosie. Uznałam, że dzwoni w sprawie majątku Wilkinsów. Od miesięcy czekamy na warunki ugody. Moja irytacja natychmiast znika, a jej miejsce zastępuje zmartwienie.
- Co się dzieje?
- Chodzi o Nichole.
Czuję ucisk w piersi na wspomnienie imienia mojej siostry.
- Nichole? Co z nią?! - Dopada mnie panika.
Gdy skończy się proces, to ona jest pierwszą osobą, z którą muszę nadrobić zaległości. Ta sprawa odebrała mi cały miesiąc życia. Prawie z nią nie rozmawiałam ani z nikim innym, ale właśnie tak wyglądają sprawy rozwodowe z przemocą domową w tle. Po godzinach spędzonych na sali sądowej czeka na mnie góra dokumentów. Każdej nocy, gdy tylko moja głowa dotykała poduszki, padałam z wycieńczenia.
- Przykro mi, Krystal. - Po głosie Theresy słyszę, jak poważną ma dla mnie informację.
- Po prostu powiedz mi, co się dzieje - żądam, brzmiąc gorzej, niż planowałam.
- Jest w szpitalu Wright Memorial...
Wtrącam, zanim ma możliwość dokończyć:
- W szpitalu? Co ona tam robi?
- Wczoraj w nocy w ich domu był pożar i...
- Mój Boże. - Zasłaniam usta dłonią. - Nic jej nie jest? - Odwracam się i wychodzę drzwiami, którymi dosłownie chwilę temu weszłam. Stukam obcasami o podłogę, gdy pędzę korytarzem. Wielkie drzwi do sal sądowych znajdują się po obu stronach. Sędzia Kern będzie niezadowolona, że zniknęłam podczas zeznań końcowych, ale w ogóle mnie to nie obchodzi. Powstrzymuję się od biegu, gdy Theresa mówi dalej. Narobiłabym tylko zbędnego zamieszania, którym ściągnęłabym na siebie uwagę, a to na pewno by mnie spowolniło.
- Nic jej nie jest. Przynajmniej fizycznie. W ostatniej chwili wydostała się z domu. Aiden nie miał tyle szczęścia. Utknął w ich sypialni i zatruł się dymem. Też jest we Wright, ale na intensywnej terapii, podłączony do tlenu.
Od nadmiaru emocji aż ją zatyka. Jest moją asystentką od prawie dziesięciu lat, więc Nichole i jej mąż Aiden są dla niej jak rodzina. Mogę się założyć, że zna więcej szczegółów z ich życia niż z mojego, bo zdradzam jej więcej sekretów tej dwójki niż swoich.
- Co się stało z Nichole? - Kocham mojego szwagra, ale tylko dlatego, że ożenił się z moją ukochaną osobą na świecie. Macham ochroniarzom przepustką w drodze do garażu i przechodzę przez aluminiowe drzwi, wciskam przycisk na pilocie, nasłuchując dźwięku swojego samochodu. Nigdy nie pamiętam, gdzie go zaparkowałam i dzisiejszy dzień nie stanowi wyjątku.
- I tu zaczyna się robić dziwniej. - Theresa zniża głos, jakby była wśród ludzi i nie chciała, żeby ktokolwiek usłyszał to, co za chwilę mi powie. - Nie jest w głównym szpitalu jak Aiden. Umieszczono ją w Riverside East.
Zatrzymuję się, jakbym wpadła na ścianę, i szybko zapominam, że muszę znaleźć samochód. Riverside East to szpital psychiatryczny we wschodnim skrzydle Wright Memorial. Co mogło ją tam sprowadzić?
- To doktor McGowan zadzwonił, bo został do niej przypisany - wyjaśnia Theresa. - Powtarza jedynie, że Nichole jest w złym stanie psychicznym.
Z moich ust wyrywa się jęk.
Doktor McGowan to ostatnia osoba, co do której chciałabym, żeby zajmowała się moją siostrą. To najmniej przyjemny psychiatra na oddziale. Nie interesuje się ludźmi i nie stara się ich zrozumieć, więc nie mam zielonego pojęcia, dlaczego wybrał właśnie taką specjalizację. Jestem zaznajomiona z większością psychiatrów, pielęgniarzy i pielęgniarek w Riverside East, od kiedy zajmuję się prawem rodzinnym i w większości reprezentuję kobiety. Rozwód to jedno z trzech najbardziej traumatycznych przeżyć i czasami kobiety załamują się pod presją. Wiele z moich klientek spotykałam po raz pierwszy w jednej z sal Eastside West po tym, jak połknęły opakowanie tabletek albo zgłosiły się na oddział z prośbą o przyjęcie, bo nie miały pojęcia, co ze sobą zrobić.
- Wiem - zgadza się Theresa. Jest typem osoby, która łatwo potrafi postawić się w czyjejś sytuacji, więc podziela moją antypatię wobec doktora McGowana, bo ten rzadko kiedy okazuje empatię. - Chce, żebyś przyjechała spotkać się z nim oraz z kimś z zespołu prawnego szpitala. Aiden nie może podejmować teraz decyzji za Nichole, a potrzebują kogoś, kto będzie mówić za nią, biorąc pod uwagę jej obecny stan.
- Powiedziałaś, że wszystko z nią w porządku. - Nic tu nie ma sensu. W mojej głowie wiruje od możliwych scenariuszy. Żaden z nich nie jest dobry. Dostrzegam swój samochód rząd dalej i ruszam w jego kierunku.
- Chodzi o to, że mogą jej zostać postawione zarzuty.
- Zarzuty? - Otwieram auto i wsiadam do niego. Wrzucam wsteczny i wyjeżdżam w pośpiechu.
Theresa odchrząkuje.
- Podpalenie i próba zabójstwa. A... może nawet zabójstwo, jeśli Aiden nie przeżyje...
- Co? - Prawie uderzam w czerwoną ciężarówkę, która wyrusza z miejsca parkingowego, i zmuszam się do skupienia podczas wyjazdu z garażu. - To najbardziej niedorzeczna rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam.
- Doktor McGowan nie przekazał mi żadnych szczegółów. Ledwie udało mi się to z niego wyciągnąć. Powtarzał, że ilość informacji, które może przekazać, jest ograniczona. W każdym razie policja twierdzi, że to ona dokonała podpalenia, bo sama się do tego przyznała, gdy tylko pierwsi policjanci przyjechali na miejsce.
Kręcę głową, nie dopuszczając do siebie jej słów.
- To niemożliwe. Nichole nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego. Nigdy.
Jest nie tylko jedną z najbardziej praworządnych osób, jakie znam, ale też kocha Aidena do szaleństwa. Są parą od ponad dziesięciu lat, a ona szaleje za nim tak samo jak wtedy, gdy się poznali. Nie potrafi bez niego funkcjonować i gdy ten jedzie w podróż służbową, Nichole przenosi się do mnie albo każe mi nocować u siebie, dopóki on nie wróci, bo nienawidzi spać sama.
- Wiem - mówi Theresa, będąc na granicy płaczu. - On chce, żebyś jak najszybciej przyjechała do szpitala i sugeruje zabranie prawnika.
Gdy tylko światło przede mną zmienia się na zielone, wciskam gaz do dechy.
- Ja jestem prawniczką. - Wjeżdżam na autostradę i od razu zmieniam pas na trasę szybkiego ruchu. - I to ja mam ją pod swoją opieką.
***
- Chcę ją zobaczyć - żądam, układam ręce na piersi. Odmawiam, gdy doktor McGowan wskazuje na krzesło i mówi, żebym usiadła. Sam siedzi po drugiej stronie stołu, a tuż obok niego ulokował się jeden ze szpitalnych prawników, Robert Barnes. Chcę pomówić z Nichole przed rozmową z kimkolwiek innym. Jak mam podejmować jakiekolwiek decyzje przed spotkaniem się z nią?
- Przebywa na 72-godzinnej izolacji i nie może się z nikim widzieć - powtarza po raz trzeci doktor McGowan, jakbym nie rozumiała tego, co mówi, a on jest zirytowany moim brakiem zrozumienia. Ciemne włosy ma zaczesane do tyłu, a kilka cienkich kosmyków zasłania placek łysiny. Ma na sobie wyprasowaną białą koszulę zapiętą na ostatni guzik, ciemny krawat i marynarkę w tym samym kolorze. Nigdy nie widziałam go w tak oficjalnym stroju, a powaga tej sytuacji uderza we mnie z pełną mocą.
Przytakuję i z całych sił staram się nie pokazywać po sobie frustracji, bo nie chcę wyglądać na agresywną. Ci ludzie mają w swoich rękach los Nichole.
- Rozumiem wymogi związane z trzydniową izolacją. Jednakże nie chcę jej odwiedzać jako przyjaciółka czy członek rodziny. Chcę z nią rozmawiać jako reprezentująca ją prawniczka.
Pan Barnes kręci głową ze szczytu stołu. To wielki facet z ogromnym dziobatym nosem i małymi zielonymi oczami, który nie wstał, żeby mnie przywitać, gdy weszłam do tego pomieszczenia.
- To się nie stanie z wielu różnych powodów. Po pierwsze, nie jest w stanie traktować pani jak prawniczki, po drugie...
Nie mogę się powstrzymać. Muszę mu przerwać:
- Ciągle mówisz, że nie jest w stanie wyrazić zgody ani podjąć żadnej decyzji, tak jakby była niekompetentnym dzieckiem. Rozumiem, że wpakowała się w coś poważnego, ale nadal ma prawo do mówienia za siebie w tej sytuacji, niezależnie od tego, w jakim znajduje się stanie.
- Może nie byliśmy wystarczająco dokładni, wypowiadając się na temat Nichole. - Pan Barnes zaciska szczękę. Jeszcze bardziej mruży oczy. - Nichole znajduje się w jednej z naszych izolatek dla bezpieczeństwa nie tylko swojego, ale też całego otoczenia. Jest skrępowana sześciopunktowymi pasami bezpieczeństwa, aby nie mogła zrobić sobie krzywdy.
- Unieruchomiliście ją? Rozumiem procedury związane z zapewnieniem pacjentowi bezpieczeństwa, ale bez przesady. - Moje słowa przepełnia furia. Nie mogą traktować jej, jakby była jakimś zwierzęciem. - Żadna z tych rzeczy nie jest konieczna. Przesadzacie. - Szukam w głowie jakiejś sprawy, która mogłaby być precedensem, ale niczego nie znajduję. Mam na koncie kilka naprawdę okropnych rozwodów, ale nic w tym stylu.
- Pani Benson, z całym szacunkiem, ale nie umieszczamy naszych pacjentów w izolatkach i nie unieruchamiamy ich, dopóki nie jest to konieczne. To zawsze ostatnia procedura, jaką wdrażamy, żeby powstrzymać ich przed wyrządzeniem krzywdy sobie lub innym. Nie byliśmy w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa w inny sposób - powiedział pan Barnes i złożył dłonie na stole, jakby wszystko zostało wyjaśnione.
- Trudno mi w to uwierzyć. - Nie mogę tego wszystkiego pojąć. Nic z tego, co opisują, nijak nie pasuje do czegokolwiek, co Nichole mogłaby zrobić albo powiedzieć, a znam ją lepiej niż ktokolwiek inny. Jesteśmy niemal jak bliźniaczki, nasze urodziny dzieli dwutygodniowa przerwa.
- To prawda. - Doktor McGowan przytakuje, jakby chciał się upewnić, że pan Barnes dostrzeże w nim empatię. Siedzi po jego prawej stronie, ciągle oczekując, że zajmę miejsce naprzeciwko nich. - Nichole ugryzła jedną z naszych pielęgniarek w ramię, gdy ta sprawdzała jej funkcje życiowe. Zrobiła to tak mocno, że przegryzła skórę. Potem nastąpił kolejny incydent, gdy wypuściliśmy ją do łazienki, a ona tak mocno drapała się po twarzy, że zaczęła krwawić. To wtedy ją unieruchomiliśmy. - Patrzy na mnie wyzywająco, jakby czekając, aż ponownie zaprotestuję.
Odsuwam sobie krzesło i powoli na nim siadam. Na tę chwilę godzę się z porażką, bo już wiem, że dzisiaj nie pozwolą mi się z nią spotkać. Spróbuję jutro, gdy wszyscy będą mieli szansę na to, żeby się uspokoić.
- Opowiedz mi o wszystkim, co się do tej pory wydarzyło - mówię, wchodząc w tryb śledczy. Wyjmuję długopis oraz notes z torebki maestro, wdzięczna, że ją zabrałam, kiedy wychodziłam z sali sądowej.
Odwracamy się w stronę Deana Sparksa, detektywie, któremu została przydzielona sprawa. Przedstawił się, gdy wchodziłam do pomieszczenia, ale od tamtego czasu siedział cicho w kącie, a ja prawie zapomniałam o jego obecności. Wychodzi do przodu i splata ręce na piersiach. Ma krótko przycięte brązowe włosy i wygląda bardziej jak żołnierz niż detektyw.
- Ogień w sypialni Fischerów uruchomił alarm, a oddział straży pożarnej zareagował natychmiast. Gdy przyjechali na miejsce zdarzenia, zastali panią Fischer tańczącą na trawniku, w pełni ubraną. Śpiewała różne piosenki. Gdy zaczęli pytać ją o to, co się stało, zrobiła się niespokojna i próbowała zaatakować strażaków, gdy ci chcieli wejść do domu ratować pana Fischera. Skoczyła jednemu z nich na plecy, a jego partner musiał ją powstrzymywać do czasu przyjazdu policji. Jej zachowanie mogło kosztować życie pana Aidena. - Każde słowo wypowiada powoli i ostrożnie, jakby go nagrywano podczas opowiadania szczegółów.
- Po wejściu do domu strażacy skierowali się do sypialni, gdzie skupiał się ogień. Przed drzwiami do tego pomieszczenia postawione było biurko, które musieli odsunąć, żeby dostać się do środka. Aiden leżał nieprzytomny, zaraz za drzwiami. Wygląda na to, że próbował się przez nie przebić. Policjanci przesłuchiwali Nichole i starali się ją uspokoić, a w międzyczasie Aiden został wyniesiony na zewnątrz. Ratownicy od razu zaczęli udzielać mu pomocy. W tym momencie Nichole uciekła policjantom i rzuciła się na medyków, którzy ratowali życie Aidena. Z zeznań ratowników wynika, że zaczęła ich atakować i wrzeszczeć, żeby zostawili Aidena, bo "on ma umrzeć". Rozkazała strażakom, aby zanieśli go z powrotem do środka.
- Nic nie ma sensu. - Kręcę głową od momentu, gdy zaczął mówić. - Nichole nigdy nie skrzywdziłaby Aidena. On jest miłością jej życia. - Ich historia to prawdziwa bajka i, w odróżnieniu od większości ludzi, z ich perspektywy to wygląda jeszcze lepiej - lepiej niż na zdjęciach z Instagrama. - Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale musi istnieć jakieś wytłumaczenie. Powiedziała coś jeszcze?
Doktor McGowan i pan Barnes wymienili się spojrzeniami.
- Co?
Detektyw Sparks robi krok w moją stronę i patrzy mi prosto w oczy.
- Powiedziała, że Aiden zasługuje na śmierć, bo jest mordercą.