Sekret profesora - Małgorzata Kasprzyk

Kup ebooka

43.90 zł
35.12 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WARSZAWA, 1933

- Felicja jest już w zasadzie starą panną... - W głosie ciotki zabrzmiała szczera troska.

- Chyba przesadzasz, moja droga - odparła matka. - Skończyła dopiero dwadzieścia sześć lat.

- No właśnie! Wszystkie jej rówieśnice mają mężów i dzieci.

- Nie wszystkie. Córka mecenasa Wolskiego jeszcze nie wyszła za mąż.

- Ale się zaręczyła - nie ustępowała ciotka.

- Naprawdę? - W tonie matki dało się słyszeć szczere zdumienie. - Kiedy?

- W zeszłym tygodniu. Pani Wolska nie omieszkała zadzwonić do mnie z tą wieścią. Podobno ślub planowany jest na wiosnę.

Tym razem matce chyba zabrakło argumentów, ponieważ nie zareagowała. Ciotka zaś wykorzystała jej milczenie, aby kontynuować.

- Powinnaś wreszcie podjąć konkretne działania - stwierdziła. - Teraz jest najlepszy moment. Od tego nieszczęsnego skandalu upłynęło kilka lat i ludzie prawie o nim zapomnieli. Na pewno znajdzie się jakiś chętny, zważywszy na posag Felicji i jej urodę.

- Ale ja nie wiem, czy ona będzie chciała...

- Nie musisz o to pytać. Po prostu postaraj się ją wyswatać i tyle. W końcu sama będzie ci wdzięczna.

- Tak myślisz? - Matka chyba wciąż miała wątpliwości.

- Oczywiście - odparła stanowczo ciotka. - Kiedy urodzi dziecko, przestanie miewać migreny i ulegać melancholii.

Usłyszawszy kroki pokojówki, Felicja błyskawicznie odsunęła się od drzwi, pod którymi podsłuchiwała rozmowę matki i ciotki, po czym pobiegła do swego pokoju i zamknęła się w nim na klucz. Była wściekła. Gdyby ktoś inny usłyszał tę konwersację, mógłby pomyśleć, że to ona spowodowała przed czterema laty skandal, o którym plotkowała cała warszawska śmietanka towarzyska. Może nawet uznałby ją za skompromitowaną...?

Tymczasem Felicja sama czuła się ofiarą i wciąż miała wielki żal do losu za to, co ją spotkało. Poznała wówczas przystojnego oficera lotnictwa, kapitana Brzozowskiego, w którym zakochała się bez pamięci. Kiedy odwzajemnił jej zainteresowanie, była w siódmym niebie. Słyszała wprawdzie plotki o jego wcześniejszym romansie z żoną bogatego fabrykanta z Żyrardowa, ale nie przywiązywała do nich większej wagi. Ostatecznie rzadko który mężczyzna bywa święty przed ślubem. Przyjęła zatem oświadczyny w nadziei, że jej narzeczony się ustatkuje - zwłaszcza gdy zostanie ojcem. W końcu sam fakt, że poprosił ją o rękę, świadczył o chęci założenia rodziny i uporządkowania spraw osobistych. Podobnego zdania byli jej rodzice, którzy bez wahania dali im swoje błogosławieństwo.

Narzeczeństwo stanowiło najszczęśliwszy okres w jej życiu. Wspólnie z matką szykowała wyprawę, planowała przyjęcie weselne, zamawiała nowe suknie... Wprawdzie kapitan miał dużo obowiązków i rzadko znajdywał czas na spotkania, ale zachowywał się w sposób niesłychanie romantyczny: ciągle przysyłał bukiety kwiatów oraz miłosne liściki pełne wyznań i zapewnień o swojej tęsknocie.

Któregoś dnia posłaniec dostarczył jej następną przesyłkę od niego. Felicja szybko otworzyła kopertę i... zamarła. Patrzyła na tekst, jakby go nie rozumiała, chociaż przekaz zasadniczo był jasny.

Daj mi znać, jeśli Twój mąż jutro wyjedzie. Jestem wolny około szóstej, możemy spotkać się tam, gdzie zawsze.

Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że to nie ona była adresatką tej wiadomości.

Najwyraźniej kapitan korespondował również z kochanką, a posłaniec po prostu pomylił koperty...

Po kolejnej, jeszcze dłuższej, chwili zrozumiała również, że jego romans wcale się nie zakończył. Czyżby zaręczyny oraz planowany ślub miały stanowić zasłonę dymną, na którą się zdecydował, aby ostatecznie zamknąć usta plotkarzom? Wszystko wskazywało na to, że tak. Przecież dla niej nie miał czasu, a dla kochanki miał, skoro proponował spotkanie...

Kiedy minął szok, Felicję ogarnął gniew. Poczuła się wykorzystana i oszukana. Ignorując jedną z zasad dobrego wychowania - "przyzwoita panna nigdy nie dzwoni do mężczyzny" - skontaktowała się z narzeczonym telefonicznie i zażądała, aby natychmiast do niej przyszedł. Musiała go niebywale zaskoczyć, gdyż niebawem pojawił się w salonie jej rodziców. Wtedy bez słowa podała mu otrzymany liścik.

Jego reakcja utwierdziła ją o słuszności snutych podejrzeń. Nawet nie próbował się tłumaczyć, patrzył na tekst z takim samym zdumieniem, jak wcześniej ona. Jedynie trupia bladość twarzy wskazywała na to, że zrozumiał, co się stało...

Wówczas Felicja zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy i położyła go przed nim na stole.

- Nie mogę wyjść za mąż za człowieka, który oszukuje mnie jeszcze przed ślubem - wyjaśniła krótko.

- Ale...

- Tylko nie próbuj kłamać. Ja już wiem, jaka jest prawda.

Tego samego wieczoru powiedziała rodzicom, że przypadkiem zdemaskowała swego narzeczonego, w związku z czym zerwała zaręczyny. Ich reakcja mocno ją zaskoczyła.

- Chyba postąpiłaś zbyt pochopnie - stwierdziła matka. - Należało przynajmniej pozwolić mu wytłumaczyć...

- Oczywiście - podchwycił ojciec. - Może coś źle zrozumiałaś?

- Zrozumiałam, że umawiał się na schadzkę z kochanką pod nieobecność jej męża.

Rodzice wymienili między sobą pełne troski spojrzenia.

- Sądzisz, że...?

Matka nie dokończyła, jakby bała się sformułować myśl, która zaświtała jej w głowie.

- Sądzę, że on wcale nie miał zamiaru z nią zerwać, nawet po naszym ślubie.

- Po ślubie zerwałby z nią na pewno - rzekł ojciec. - Teraz czuł się jeszcze wolny...

- Wybacz, tato, ale nie chcę ryzykować sprawdzania, czy masz rację - powiedziała stanowczo. - Mogłabym się rozczarować.

- Ja cię wcale do tego nie namawiam. Nie chcę tylko, abyś podjęła pochopną decyzję, której później możesz żałować.

- Zdecydowanie nie będę żałować tego, że nie wyszłam za łajdaka i oszusta. Po oficerze wojska polskiego spodziewałam się bardziej honorowego zachowania.

- Ja w sumie też - przyznała matka. - Nie mogę uwierzyć, że tak postępował. Ale czy ty na pewno nie zmienisz zdania? Może za jakiś czas zechcesz mu wybaczyć i dać drugą szansę?

- W żadnym wypadku! Wolę zostać starą panną niż zdradzaną żoną.

- Skoro tak...

Wspominając tę rozmowę, Felicja uświadomiła sobie, że niechcący sprowokowała los: upłynęły cztery lata, a ona była na najlepszej drodze do tego, aby stać się starą panną.

Początkowo w ogóle o tym nie myślała. Przestała bywać w towarzystwie, które żyło plotkami o jej zerwaniu z narzeczonym. On sam nie unikał tematu, mówiąc, że przyczyną ich rozstania była okazywana przez nią zazdrość - rzecz jasna bezpodstawna. Kiedy się o tym dowiedziała, znów ogarnął ją gniew, lecz tym razem posłuchała ojca, który doradził jej, by sama nie zabierała głosu.

- Ludzie pogadają i przestaną - powiedział stanowczo. - Z czasem sprawa przycichnie, bo zainteresują się czymś nowym. Gdybyśmy mieszkali na prowincji, może potrwałoby to dłużej, ale w Warszawie tyle się dzieje...

Oczywiście okazało się, że miał rację. Za jakiś czas śmietanka towarzyska stolicy zaczęła żyć innymi wydarzeniami, a Felicja powoli doszła do siebie. Kiedy minął gniew i ustąpił ból, coraz częściej pojawiała się na spotkaniach towarzyskich. Wówczas zauważyła pewną zmianę: młodzi mężczyźni zaczęli się do niej odnosić z dużą powściągliwością. Nawet ci, którzy okazywali jej zainteresowanie przed zaręczynami i byli niepocieszeni, gdy przyjęła oświadczyny kapitana Brzozowskiego, teraz adorowali inne panny, a ją najwyżej zabawiali rozmową. Wiele razy zastanawiała się, z czego to wynika. Może uwierzyli, że jest skłonna do bezpodstawnej zazdrości? A może po prostu woleli nie ryzykować wiązania się z panną, która już raz zerwała zaręczyny tuż przed ślubem?

Felicja starała się nie okazywać rozczarowania i powtarzała sobie, że wkrótce wszystko wróci do normy. Czas jednak płynął, a ona nadal była samotna. Kuzynki i znajome wychodziły za mąż, zostawały matkami, a jej nikt nawet nie poprosił o rękę. Mimo to wciąż wierzyła, że spotka mężczyznę, przy którym rozpocznie nowe życie - aż do teraz. Brutalne postawienie sprawy przez ciotkę, która nazwała ją starą panną, uświadomiło jej, że to wcale nie jest takie pewne. W dodatku czasu miała coraz mniej - już tylko trzy i pół roku pozostawało do trzydziestki, która była dla niezamężnej kobiety gwoździem do trumny. Dlatego na myśl o zaistniałej sytuacji nieoczekiwanie ogarnął ją strach...

***

Dopiero dwa dni później Felicja dowiedziała się, że rozmowa matki i ciotki doprowadziła do pewnych praktycznych konkluzji.

- Ciocia ma dla ciebie propozycję - powiedziała matka, gdy pod nieobecność ojca piły razem herbatę.

- Tak...?

- W pierwszej połowie lutego wybiera się do Lwowa, aby odwiedzić swoich krewnych. Sugeruje, abyś pojechała razem z nią.

- Po co? Przecież ja tam nikogo nie znam.

Matka uśmiechnęła się lekko.

- No właśnie! Ty nikogo nie znasz i nikt nie zna ciebie. Nikt nie słyszał o tym, że kiedyś zerwałaś zaręczyny na miesiąc przed ślubem...

Felicja nagle doznała olśnienia.

- Ciocia myśli, że tam szybciej znajdę męża?

- Oczywiście!

Zdumienie sprawiło, że nie odpowiedziała.

- Wydaje mi się, że ma rację - mówiła tymczasem jej rodzicielka. - Jesteś piękną dziewczyną, więc na pewno zrobisz wrażenie, gdy pojawisz się w towarzystwie. Przecież obiektywnie rzecz biorąc, stanowisz świetną partię: pochodzisz z szanowanej rodziny, masz duży posag... Gdyby nie ten skandal, już dawno byłabyś mężatką.

Ponieważ Felicja w dalszym ciągu milczała, matka postanowiła dać jej czas na przemyślenie sprawy.

- Zastanów się nad tym spokojnie - powiedziała, spoglądając na nią z czułością w oczach. - Wiesz, że ciocia chce dla ciebie dobrze.

- No tak, w końcu jest moją chrzestną - zgodziła się Felicja.

Matka była wyraźnie zadowolona, że zdołała ją przekonać.

- Daj mi znać, jak podejmiesz decyzję - poprosiła. - Teraz muszę się zająć przygotowaniami do kolacji.

Felicja bezwiednie skinęła głową, prawie nie słysząc jej ostatnich słów. Wciąż nie otrząsnęła się ze zdumienia...

Wiedziała, że jest źle, ale nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo! Więc doszło do tego, że ona - córka jednego z najsłynniejszych warszawskich prawników - musi szukać męża na prowincji? Wprawdzie Lwów był dużym miastem, ale nie umywał się do stolicy! Nigdy nie odczuwała chęci, aby tam jechać, a myśl o przeprowadzce nawet nie powstała jej w głowie. Była zakochana w Warszawie i przez pierwszy okres młodości uchodziła za ozdobę tutejszego towarzystwa. Dopiero ten skandal spowodował, że jej gwiazda straciła blask.

Teraz znów poczuła się niesłusznie napiętnowaną ofiarą. Dlaczego musiała ponosić konsekwencje tego, że jej narzeczony okazał się draniem? Przecież to on ją oszukiwał, a nie ona jego! Miała się z tym pogodzić i udawać, że o niczym nie wie? Nie potrafiła być taka obłudna! Poza tym chciała chociaż trochę szanować mężczyznę, z którym będzie dzielić życie, a szacunek dla kapitana straciła bezpowrotnie po przeczytaniu tego nieszczęsnego listu. Nie mogła zatem zrozumieć, czemu tak nagle utraciła wielbicieli. Wszyscy się bali, że ich też zechce porzucić przed ślubem...?

Nieoczekiwanie pomyślała, że już nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Musiała rozważyć wyjazd z ciotką do Lwowa - tam miała istotnie większe szanse na znalezienie męża. Oczywiście mąż z prowincji byłby niejako przyznaniem się do klęski, oficjalnym potwierdzeniem tego, że w Warszawie nikt jej nie chciał. Ale może lepszy taki niż żaden?

Felicja żywiła głębokie przekonanie, że nie ma nic gorszego od staropanieństwa. Nie zamierzała być gderliwą, zasuszoną, wzbudzającą politowanie kobietą. Czasami wspominała daleką kuzynkę matki, która nie wyszła za mąż i pozostawała na łasce brata, zajmując się wychowaniem jego dzieci niczym płatna niania. Za nic na świecie nie chciała takiego losu. Wprawdzie jej sytuacja finansowa przedstawiała się lepiej, ponieważ była jedyną córką bogatego człowieka, ale to stanowiło marną pociechę. I tak każda koleżanka, która wyszła za mąż, miałaby prawo patrzeć na nią z satysfakcją.

Poza tym Felicja chciała mieć dziecko. Wiele jej rówieśnic zostało już matkami, toteż zawsze, gdy je odwiedzała, czuła bolesny skurcz serca. Tak bardzo pragnęła wziąć na ręce własne maleństwo i usłyszeć, jak mówi "mama". Tak bardzo chciała je całować, kołysać i tulić do snu. Jeśli miała spełnić to marzenie, musiała zdecydować się na małżeństwo!

Zmuszona była zatem dojść do wniosku, że nie stać jej na odrzucenie propozycji ciotki. Powinna pojechać z nią do Lwowa i zobaczyć, co z tego wyniknie. Wprawdzie zupełnie inaczej wyobrażała sobie swoją przyszłość: marzyła o ślubie w Warszawie z kimś znaczącym i bogatym, kto wzmocniłby jeszcze jej pozycję towarzyską; chciała zamieszkać w pięknej kamienicy w Śródmieściu, najlepiej na Nowym Świecie lub w Alejach Jerozolimskich; pragnęła być gwiazdą tutejszej socjety. Nic jednak nie wskazywało na to, aby te marzenia miały się ziścić, więc musiała pogodzić się z losem.

Podjąwszy decyzję, poszła do jadalni, gdzie jej rodzicielka doglądała przygotowań do kolacji.

- Mamo, zdecydowałam się - powiedziała cicho. - Pojadę z ciocią do Lwowa.

Ta informacja sprawiła, że twarz matki rozjaśnił uśmiech.

- Bardzo się cieszę - odparła spontanicznie. - Może faktycznie poznasz tam kogoś ciekawego... A nawet jeśli nie, to przynajmniej trochę się rozerwiesz.

- Mam nadzieję.

Matka objęła ją ramionami i przytuliła.

- Kochanie, ja wiem, jak się czujesz - przyznała. - Nie powinnaś ponosić konsekwencji tego, że twój narzeczony niegodziwie postępował. Na pewno w końcu spotkasz człowieka, który wynagrodzi ci tamto rozczarowanie.

- Wystarczy, że się ze mną ożeni i będzie dobrym mężem - odparła Felicja, nie kryjąc goryczy.

- Skoro masz takie małe wymagania, to jeszcze wszystko jest możliwe - podsumowała matka.

Felicja odwzajemniła uścisk i przez chwilę obie trwały w milczeniu. Córka zdawała sobie sprawę, że matka też odczuwa pewne rozczarowanie zaistniałą sytuacją. Nie tak wyobrażała sobie przyszłość ukochanej jedynaczki.

- Pójdę już do siebie - powiedziała, nie chcąc jej więcej przeszkadzać.

Matka pogładziła ją po głowie.

- Oczywiście, pójdź i się przebierz. Przecież wieczorem mamy gości.

- Jakich gości?

- Zapomniałaś, że tata zaprosił dziś na kolację tych profesorów?

Rzeczywiście Felicja zupełnie o tym zapomniała. Słyszała wprawdzie, że ojciec reprezentuje dwóch uczonych z Politechniki Warszawskiej w sprawie związanej z naruszeniem praw patentowych, ale zupełnie wypadło jej z głowy, że przyjdą do nich na kolację. Takie spotkania odbywały się bowiem rzadko - mecenas Gorczyca zapraszał do domu tylko swoich najlepszych i najbardziej wpływowych klientów.

- Tata będzie z nimi dyskutował o procesie, a my będziemy bawić rozmową ich nudne żony? - zapytała szeptem, aby nie usłyszała jej żadna z pokojówek.

Matka najpierw zareagowała oburzonym spojrzeniem, ale później lekko się uśmiechnęła. Sama też traktowała tę kolację jak przykry obowiązek.

- Tylko żonę profesora Zielińskiego - odparła szeptem. - Profesor Dyszkiewicz jest wdowcem.

***

Alojzy Dyszkiewicz nie zamierzał powtórnie się żenić. Tragedia, którą przeżył przed dziesięciu laty, sprawiła, że całkowicie poświęcił się pracy naukowej. Wykłady, badania i egzaminy bez reszty zajmowały mu czas, pozostawiając jedynie margines niezbędny do podtrzymywania relacji z dalszą rodziną oraz znajomymi. Zaowocowało to szybką karierą i uzyskaniem tytułu profesora w wieku czterdziestu lat. W dniu, kiedy oficjalnie otrzymał nominację, nieoczekiwanie pomyślał, że Jadwiga byłaby z niego bardzo dumna i... popadł w chwilową depresję. Uświadomił sobie, że jest na świecie zupełnie sam, skoro nie może z nikim dzielić swojej radości. Rodzina nie rozumiała doniosłości wydarzenia, a znajomi z uczelni po cichu mu zazdrościli. Wyłącznie ona potrafiłaby cieszyć się jego sukcesem z całego serca...

Ich małżeństwo trwało zaledwie dwa lata. Pobrali się z wielkiej, szalonej miłości, toteż bardzo pragnęli mieć dziecko. Kiedy ich starania przyniosły rezultat, Alojzy był w siódmym niebie. Z zapałem urządzał pokoik dla swego potomka, ignorując wszelkie twierdzenia, że należy się wstrzymać, aby nie zapeszyć. Tamtej nocy, gdy żona dostała krwotoku, też o tym nie myślał, tylko błagał lekarzy, by ją ratowali, ponieważ nie potrafił bez niej żyć. Niestety ich wysiłki na nic się zdały i nad ranem Jadwiga zmarła. Kiedy Alojzy wrócił do pustego mieszkania, a potem zobaczył pięknie urządzony pokój dziecięcy, chwycił się za głowę i - po raz pierwszy w życiu - wybuchnął gwałtownym płaczem. Nieoczekiwanie pomyślał, że należało posłuchać życzliwych ludzi...

Od tamtej pory był samotnikiem. Gdzieś w głębi duszy żywił przekonanie, że nikt nie będzie w stanie go zrozumieć, więc nie ma sensu z nikim rozmawiać o tym, co się stało. Jedynie profesor Zieliński pozostawał jego przyjacielem, zwłaszcza od czasu, gdy obaj wykryli naruszenie swoich praw patentowych i zdecydowali się wytoczyć proces firmie, która chciała za darmo korzystać z owoców ich wspólnej pracy. Jednak nawet jemu trudno było namówić Alojzego do wzięcia udziału w jakimkolwiek spotkaniu towarzyskim. Kiedy usłyszał, że mecenas Gorczyca zaprosił ich na kolację, też pokręcił głową.

- Czy to konieczne? - zapytał wprost. - Przecież z naszym prawnikiem spotykamy się w kancelarii.

- Tak, ale dobrze jest nawiązać bliższy kontakt. Kto wie czy nie będziemy go jeszcze kiedyś potrzebować...

- Myślisz, że lepiej pozostawać z nim w przyjacielskich stosunkach?

- Oczywiście. Wtedy zawsze będziemy mogli na niego liczyć.

Ostatecznie Alojzy uznał słuszność tej argumentacji. Rzeczywiście warto było mieć po swojej stronie jednego z najlepszych warszawskich prawników. Honorarium było kwestią oczywistą, lecz niekoniecznie musiało oznaczać, że mecenas zaangażuje się w sprawę całym sercem. Tymczasem oni chcieli, aby nie traktował ich jak rutynowego przypadku. Mieli nadzieję ustanowić pewien precedens, który pomógłby innym uczonym w dochodzeniu swoich praw wobec nieuczciwych przedsiębiorców, a takim precedensem mogłaby być odpowiednio wysoka kara dla sprawcy. Dlatego zaangażowali mecenasa Gorczycę i liczyli na jego pomoc.

Mimo to Alojzy poszedł na kolację do niego bez żadnego entuzjazmu - potraktował ją jak obowiązek do spełnienia, a nie jak przyjemność. Zupełnie odruchowo włożył wieczorowy garnitur, jeszcze bardziej odruchowo spryskał się wodą kolońską, po czym na pocieszenie powiedział sobie, że cała sprawa na pewno nie potrwa dłużej niż dwie godziny.

Ostatecznie kolacja w domu mecenasa Gorczycy trwała trzy godziny, a on nawet nie zauważył upływu czasu. Siedział przy stole naprzeciwko córki gospodarza - pięknej, poważnej panny o cudownych błękitnych oczach. Te oczy wpatrywały się w niego najpierw ze zdziwieniem, potem z zainteresowaniem, a na końcu z podziwem. Niestety Alojzy nie miał pojęcia, z czego to wynikało. Owszem, brał czynny udział w rozmowie przyjaciela z jej ojcem i aktywnie odnosił się do kwestii procesowych, gdyż na wszelki wypadek sam przestudiował stosowne przepisy, ale nie przypuszczał, aby mógł jej tym zaimponować. A może wyobrażała sobie, że naukowiec to człowiek, który buja w obłokach i nie ma pojęcia o życiu? Albo poznała wcześniej innych klientów ojca, którzy wykazywali się całkowitą ignorancją w zakresie przepisów prawnych? Niezależnie od tego, która z tych koncepcji była bliższa prawdzie, jednemu nie mógł zaprzeczyć: te spojrzenia sprawiły mu nieoczekiwaną przyjemność...

Na zakończenie wieczoru spotkała go kolejna niespodzianka: przy pożegnaniu panna Felicja powiedziała, że ma nadzieję, iż odwiedzi ich ponownie. Jej rodzice podchwycili tę sugestię i dodali, że zawsze będzie u nich mile widzianym gościem. Nieco zmieszany, obiecał znaleźć wolną chwilę na następną wizytę. Potem on i profesorostwo Zielińscy ostatecznie pożegnali się z gospodarzami.

Dopiero kiedy wyszli, zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Czuł się ogromnie zaskoczony złożoną obietnicą - od tak dawna nikt nie potrafił go namówić na spotkanie towarzyskie! Przyjaciel i jego żona zaś potraktowali tę kwestię zupełnie naturalnie.

- Wpadłeś w oko pannie Felicji - stwierdziła Klotylda.

- Tak, dlatego cię zaprosiła - zawtórował jej mąż.

- To się musiało stać...

- Nie możesz przecież być wdowcem do końca życia...

- Zwłaszcza że jesteś jeszcze młody i przystojny...

- O czym wy mówicie? - zapytał zdumiony.

- O tym, że panna Felicja się tobą zainteresowała - wyjaśnił Mieczysław.

- Oczywiście - potwierdziła jego żona. - Przez cały wieczór nie spuszczała z ciebie wzroku.

Alojzy aż przystanął z wrażenia. Ona się nim zainteresowała jako mężczyzną...? Z tego wynikały jej spojrzenia...? Na to by w życiu nie wpadł!

- Chyba wam się zdawało - powiedział niepewnie.

Klotylda roześmiała się, usłyszawszy te słowa.

- Mój drogi, obydwoje nie mogliśmy się pomylić - stwierdziła stanowczo.

W tym momencie podjechała dorożka, więc musieli przerwać rozmowę. Dopiero gdy wsiedli, żona jego przyjaciela kontynuowała:

- Słyszałam, że ona była kiedyś zaręczona z jakimś oficerem, ale do ślubu nie doszło. Podobno zerwała, bo dawał jej powody do zazdrości.

- To był znany kobieciarz - uzupełnił jej mąż.

- W takim razie dobrze, że poznała się na nim jeszcze przed ślubem - podsumował krótko Alojzy.

- Tak czy inaczej musiała już dojść do siebie po doznanym rozczarowaniu. - W głosie Klotyldy zabrzmiało przekonanie. - Przecież ono miało miejsce kilka lat temu...

- Aż dziwne, że wcześniej nie wyszła za mąż - powiedział Mieczysław.

- Może tym razem czekała na poważnego człowieka?

- W takim razie nie mogła trafić lepiej!

Po wymienieniu tych uwag profesorostwo Zielińscy jednocześnie się roześmieli.

- Wy naprawdę myślicie, że...

Alojzy nie miał odwagi powiedzieć tego głośno.

- Naprawdę - zapewniła go Klotylda, a jej mąż dodatkowo pokiwał głową.

- Nawet ślepy by to zauważył!

Ta rozmowa sprawiła, że profesor Dyszkiewicz wrócił do domu w stanie lekkiego szoku. Nie zdjął butów, tylko poszedł wprost do salonu, nalał sobie kieliszek koniaku i bezwładnie opadł na fotel. Miał wrażenie, że w jego życiu wydarzyło się coś dziwnego, czego w ogóle nie planował. Myślał przecież wyłącznie o pracy naukowej, zupełnie ignorując fakt, iż mógł zacząć wszystko od nowa: ożenić się, założyć rodzinę... Co więcej, żywił przekonanie, że tak już zostanie, chociaż niekiedy ciążyła mu samotność. Wątpił jednak, aby ktoś mógł zrozumieć jego odczucia, dlatego z nikim się nimi nie dzielił. Wolał uchodzić za dziwaka. Dla naukowca nie było to wielkim problemem, gdyż ci najbardziej genialni z reguły mieli podobną reputację.

W rezultacie teraz nie mógł uwierzyć, że zwróciła na niego uwagę młoda kobieta. Potrzebował więcej czasu, aby oswoić się z tym nieoczekiwanym zwrotem w swoim życiu. Pomyślał tylko, że skoro Felicja doznała poważnego rozczarowania uczuciowego, musiała przez dłuższy okres czuć się samotna i nierozumiana przez nikogo - podobnie jak on. Pewnie dlatego wcześniej nie zdecydowała się na małżeństwo...

***

Chociaż matka powiedziała jej, że profesor Dyszkiewicz jest bezdzietnym wdowcem, Felicja nie zainteresowała się nim od razu. Wyobrażała go sobie bowiem jako mężczyznę co najmniej sześćdziesięcioletniego o siwych włosach i naznaczonej zmarszczkami twarzy. Nie szykowała się zatem na spotkanie ze szczególnym entuzjazmem, wciąż traktując zaplanowaną kolację jako obowiązek. Dopiero gdy go zobaczyła, zaczęła żałować, że nie ubrała się bardziej kobieco - na przykład w suknię z większym dekoltem. Jej skromna toaleta w kolorze przydymionego różu była wprawdzie ładna, ale nie eksponowała specjalnie ramion ani piersi. Tymczasem gość okazał się godny zainteresowania!

Najpierw Felicja ze zdumieniem stwierdziła, że on może mieć najwyżej czterdzieści lat, czyli jak na profesora jest dość młody. To nasunęło jej wniosek, że zapewne jest też wybitnie zdolny, skoro tak szybko zrobił karierę naukową. Pod wpływem tych myśli przyjrzała mu się dokładniej i zauważyła jedynie drobne zmarszczki w kącikach oczu oraz... całkowity brak srebrnych nitek we włosach. Te ostatnie mogły się wprawdzie kryć w gęstwinie jasnych włosów, lecz to nie zmieniało faktu, że były zupełnie niewidoczne. Ogólnie rzecz biorąc, profesor wyglądał młodo i atrakcyjnie.

W czasie rozmowy przy stole dodatkowo ją zaskoczył, gdyż dyskutował z jej ojcem o procesie tak, jakby był specjalistą w dziedzinie prawa, a nie mechaniki. Wtedy znowu pomyślała, że jest niezwykle inteligentny, skoro rozumie te wszystkie przepisy i paragrafy. Ona nie cierpiała kolacji z klientami ojca właśnie dlatego, że zawsze nudziła się śmiertelnie i koncentrowała swoją uwagę głównie na tym, by przypadkowo nie ziewnąć. To był pierwszy wieczór, kiedy naprawdę zaciekawiła ją prowadzona rozmowa.

Pod wpływem tych spostrzeżeń i szczerego zainteresowania profesorem spontanicznie zaproponowała, aby ich znowu odwiedził. Rodzice szybko ją poparli, nie okazując najmniejszego zdziwienia taką inicjatywą. Obydwoje w lot zrozumieli, o co chodzi.

Dopiero po wyjściu gości zasypali córkę pytaniami.

- Podobał ci się?

- Naprawdę się nim zainteresowałaś?

- Uważasz, że jest w odpowiednim wieku dla ciebie?

Felicja na wszystkie pytania odpowiadała skinieniem głowy i radosnym uśmiechem.

- Byłby świetnym kandydatem na męża - przyznała. - Poważny, zamożny, inteligentny...

- Nie wiadomo tylko, czy chce się drugi raz ożenić - westchnął ojciec.

- Przecież mówiłeś, że owdowiał dziesięć lat temu - przypomniała mu matka. - Przez ten czas na pewno pogodził się z losem.

- Tak, ale pochłonęła go kariera naukowa.

- To oczywiste, skoro tak młodo został profesorem. Ale nie sądzę, żeby zupełnie przestał zwracać uwagę na kobiety...

- Nawet jeśli przestał, to przecież może znowu zacząć - podsumowała sprawę Felicja.

- W każdym razie bardzo dobrze zrobiłaś, sugerując mu, aby nas ponownie odwiedził - stwierdziła matka. - Powinniście się spotkać jeszcze raz. Wtedy zobaczysz, czy coś może z tego wyniknąć.

- Zgadzam się - powiedział ojciec. - Jedno spotkanie to za mało. Kiedy przyjdzie drugi raz, przyjrzycie się sobie dokładniej. Wtedy już będzie można wysnuć jakieś wstępne wnioski.

Kiedy ojciec zaczynał używać takich sformułowań, matka z reguły zwracała mu uwagę, że nie jest na sali sądowej, lecz teraz była zbyt podekscytowana, aby dostrzegać podobne drobiazgi. W gruncie rzeczy myślała z niechęcią o wyjeździe Felicji do Lwowa, gdyż nie chciała stracić ukochanej córki. Dlatego nieoczekiwany kandydat na męża mieszkający w Warszawie wydał jej się wybawieniem. Poza tym profesor Dyszkiewicz był człowiekiem, który śmiało mógł uchodzić za lepszą partię niż kapitan Brzozowski, więc ewentualne małżeństwo z nim stanowiłoby dla Felicji triumf towarzyski, a jej dałoby możliwość podkreślania, że "nie ma tego złego...".

Oczywiście najpierw należało doprowadzić do tego ślubu, toteż poprosiła męża, aby przy najbliższym spotkaniu w kancelarii dyskretnie przypomniał profesorowi o złożonej obietnicy - na wszelki wypadek.

- Naukowcy bywają roztargnieni - dodała.

- Wezmę to pod uwagę - odparł spokojnie.

Felicja była zachwycona współpracą rodziców, którym najwyraźniej spodobał się plan oczarowania profesora Dyszkiewicza i doprowadzenia go do ołtarza. Miała tylko nadzieję, że zdołała wzbudzić jego zainteresowanie. Wprawdzie podczas kolacji kilka razy odwzajemnił jej spojrzenie i raz się nawet uśmiechnął, ale mogło to wynikać jedynie z towarzyskiej uprzejmości. Poza tym przez cały czas był zajęty rozmową o procesie...

Następny dzień rozstrzygnął jej wątpliwości, gdyż po południu posłaniec dostarczył do ich domu dwa bukiety kwiatów: jeden dla matki z podziękowaniem za wspaniałą kolację, a drugi dla niej z podziękowaniem za miłe towarzystwo. Wtedy obie zgodnie stwierdziły, że profesor jest prawdziwym dżentelmenem, a Felicja dodatkowo nabrała pewności siebie. Przez kilka kolejnych dni żyła zatem marzeniami o przyszłości. Może uda jej się zostać w Warszawie i tutaj wyjść za mąż? Może nie będzie już kandydatką na starą pannę, tylko panią profesorową? Może wreszcie zaimponuje wszystkim znajomym, którzy dotąd jej współczuli? Byłoby wspaniale!

Kiedy jednak ojciec przyniósł z kancelarii wiadomość, że profesor potwierdził zaproszenie na podwieczorek, wpadła w lekką panikę. O czym ona będzie z nim rozmawiać...? Na jakiej podstawie doszła do wniosku, że taki inteligentny mężczyzna uzna ją za odpowiednią kandydatkę na towarzyszkę życia? A jeśli się rozczaruje podczas tego spotkania...?

W rezultacie ogarnęło ją zwątpienie, toteż oczekiwała gościa, walcząc z tremą. Powtarzała sobie, że musi ją pokonać, aby zrobić dobre wrażenie, ale nie była pewna, czy jej się uda. Gdy matka zauważyła, że profesor się spóźnia, nawet poczuła ulgę. Może coś mu wypadło i przyjdzie innego dnia?

Niestety w tym momencie pokojówka zaanonsowała jego przybycie, a chwilę później on sam pojawił się w salonie i zaczął przepraszać panie za swoje spóźnienie.

- Rozmawialiśmy na uczelni o tym nowym kanclerzu Niemiec - wyjaśnił. - On robi bardzo nieciekawe wrażenie. Ledwie wygrał wybory, a już zaczął zgłaszać pretensje i wysuwać roszczenia.

- Słyszałam o nim - przyznała mecenasowa. - Nazywa się...

- Adolf Hitler - włączyła się Felicja. - Ja też o nim słyszałam. Niektórzy twierdzą, że jest niebezpieczny i może doprowadzić do nowej wojny.

Jej matka załamała ręce.

- Przecież poprzednia zakończyła się piętnaście lat temu! Naprawdę uważacie, że Europie grozi kolejna?

- Kto wie? - odparł profesor. - Ten człowiek utrzymuje, że Niemcy zostały skrzywdzone zapisami w traktacie wersalskim i teraz należy im się zadośćuczynienie. Nie wiadomo, jak daleko się posunie w swoich żądaniach.

Wkrótce całą trójkę pochłonęła rozmowa o sytuacji w Europie. Felicja zapomniała o tremie, jej matka przestała myśleć o przyszłości, a profesor zachowywał się tak naturalnie, jakby bywał w ich domu od zawsze. Kiedy pół godziny później dołączył do nich ojciec Felicji, od razu zauważył, że wszystko idzie dobrze.

- Widzę, że interesuje was polityka - powiedział, wchodząc do salonu.

- To ja przypadkiem wspomniałem o nowym kanclerzu Niemiec - wyjaśnił profesor.

- Tym z wąsikiem? - Na twarzy mecenasa pojawił się wyraz niesmaku. - Okropny typ! Nie może przeżyć utraty ziem na wschodzie i zachodzie, chociaż Wielkopolska i Śląsk należały wcześniej do Polski, a Alzacja i Lotaryngia do Francji. Nie sądzę jednak, aby posunął się do rozpoczęcia kolejnej wojny. Niemcy są osłabione, poza tym zostały częściowo zdemilitaryzowane...

- Na razie nie - zgodził się profesor. - Ale kto wie co będzie później. Jego polityka od początku wydaje się agresywna i nastawiona na odwet. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Niemcy również mają dość wojen, zwłaszcza po stratach, które ponieśli w poprzedniej. Zginęło ich przecież ponad dwa miliony, a ilu zostało rannych...

- No właśnie - podchwyciła mecenasowa. - Dlatego ja nie wierzę w kolejną wojnę. Po tej tragedii, jaką była ostatnia, ludzie we wszystkich krajach pragną pokoju. Zresztą trudno, żeby było inaczej, skoro prawie każda rodzina kogoś straciła. Dlatego politycy będą starali się unikać konfliktów zbrojnych w obawie przed utratą poparcia. Ten Niemiec też trochę pokrzyczy i przestanie.

- To nie Niemiec, tylko Austriak - wtrąciła Felicja.

- Oby pani miała rację - podsumował profesor, zwracając się do jej matki. - Wojna to straszna rzecz!

- Dlatego uważam, że powinniśmy zmienić temat - stwierdził mecenas. - Po co rozmawiać o możliwych kataklizmach? Trzeba być optymistą i wierzyć, że do nich nie dojdzie.

- Masz rację, tato - poparła go Felicja. - Opowiedz nam lepiej, jakie zrobiłeś postępy w sprawie panów profesorów.

***

Obudziwszy się rano po pamiętnej kolacji w domu mecenasa Gorczycy, Alojzy z niemałym zdziwieniem przypomniał sobie komentarze Klotyldy i Mieczysława. Obydwoje sugerowali, że wpadł w oko córce gospodarza? Naprawdę? Teraz, w świetle dnia, wydało mu się to niedorzeczne. Może tylko z niego żartowali, a on dał się nabrać?

Jego ścisły umysł podpowiadał mu, że powinien to sprawdzić. W końcu panna Felicja zasugerowała, aby przyszedł do nich na podwieczorek. W takim razie skorzysta z zaproszenia i przekona się, jak sprawy stoją.

Pod wpływem tego postanowienia wysłał do domu mecenasa dwa bukiety kwiatów - uznał, że tak będzie bezpieczniej, gdyż jego gest zostanie uznany za zwykłą uprzejmość. Gdyby pomyślał tylko o kwiatach dla Felicji, zasugerowałby osobiste zainteresowanie, a z tym nie miał zamiaru się spieszyć. Chciał najpierw odwiedzić ją powtórnie i przekonać się, czy sugestie profesorostwa Zielińskich miały jakieś podstawy.

Niestety wizyta nie wyjaśniła sprawy do końca. Córka mecenasa traktowała go uprzejmie, ale nie próbowała z nim flirtować - przynajmniej nie w taki sposób, jak czyniły to panny w latach jego młodości, kiedy był zaledwie dobrze zapowiadającym się pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej. Słuchała z uwagą tego, co mówił, odpowiadała bardzo rozsądnie i często się uśmiechała, ale nie robiła "słodkich oczu" ani nie próbowała żartować. Mimo to nie był rozczarowany, przyszło mu bowiem do głowy, że mężczyzn w jego wieku nie uwodzi się tak jak młodzieńców. Panna Felicja najwyraźniej wyczuwała to i dlatego okazywała mu zainteresowanie w sposób subtelniejszy.

Co do tego, że za jej zachowaniem kryło się coś więcej niż zwykła towarzyska uprzejmość, nabrał przekonania dopiero później. Pod koniec wizyty rozmowa zeszła bowiem na nowe premiery teatralne i wówczas mecenasowa zapytała, czy nie miałby ochoty wybrać się z nimi na przedstawienie. Kiedy wyraził zgodę, twarz jej córki ozdobił promienny uśmiech.

- Na pewno będziemy się wspaniale bawić - stwierdziła spontanicznie.

Wtedy zrozumiał również, że sam ma ochotę na to wyjście tylko ze względu na nią. Nie był w teatrze od lat i nazwiska takich gwiazd jak Hanka Ordonówna, Loda Halama, Eugeniusz Bodo czy Adolf Dymsza kompletnie nic mu nie mówiły. Owszem, widywał je czasami na afiszach, lecz na tym sprawa się kończyła. Chciał pójść do teatru wyłącznie dlatego, by spędzić kolejny wieczór z Felicją - patrzeć na nią, słuchać jej opinii o przedstawieniu i o gwiazdach. Tego wieczoru spodobał mu się jej spokojny, wyważony sposób bycia. Uświadomił sobie, że nie mógłby się zainteresować jakąś wesołą trzpiotką, choćby była równie ładna jak ona. Jako dojrzały mężczyzna mógł zwrócić uwagę tylko na poważną kobietę, której uroda łączyła się z pewnym doświadczeniem życiowym.

Żegnając się z gospodarzami, miał już świadomość tego, że rozpoczęło się coś, co może na trwałe zmienić jego spokojną, wręcz monotonną egzystencję. Ku swemu zdumieniu nie odczuwał jednak ochoty, aby się przed tym bronić. Być może gdzieś w głębi duszy zachował nieśmiałe pragnienie, by jego życie w przyszłości nieco się zmieniło. Od tylu lat był sam, że zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Dopiero spotkanie Felicji otworzyło mu oczy - poczuł nagle, że nie jest jeszcze na tyle stary, by oddawać się tylko nauce, więc naprawdę mógłby pomyśleć o innych urokach życia...

Te uroki symbolizowały w tej chwili jej smukła sylwetka, którą przez cały wieczór mógł swobodnie podziwiać, a także błękitne oczy i promienny uśmiech. Nie mógł zaprzeczyć, że Felicja jest bardzo atrakcyjna, a co więcej robi wrażenie mądrej kobiety - takiej, która orientuje się w bieżących wydarzeniach politycznych, sporo wie o sztuce, ma duże obycie towarzyskie i potrafi w ciekawy sposób prowadzić rozmowę. Dlaczego zatem nie miałby zainteresować się nią bliżej, skoro - jak twierdzili profesorostwo Zielińscy - wpadł jej w oko? Przecież zachęcając go, by wybrał się z nią i jej rodzicami do teatru, w zasadzie to potwierdziła!

Myślał o tym przez kolejne dni i nabierał coraz większej ochoty, aby zacieśnić tę znajomość oraz zobaczyć, dokąd go zaprowadzi. Przed wyjściem na przedstawienie kupił nawet nowy krawat, chcąc wyglądać bardziej elegancko. Wprawdzie gdy go założył, przyszło mu do głowy, że powinien kupić także nowy garnitur, lecz na to było już za późno. Nieoczekiwanie pomyślał wtedy, że kupi, jeśli będzie się żenił...

Te refleksje nieco go rozstroiły. Jeszcze w dorożce powtarzał sobie, że nie powinien się spieszyć z podejmowaniem takiej ważnej życiowej decyzji.

Owszem, Felicja mu się podobała, ale przecież nie był w niej zakochany. Tymczasem pierwsze małżeństwo zawarł z miłości, więc żywił przekonanie, że podobnie powinno być z drugim - o ile do niego dojdzie.

Kiedy dotarł na miejsce, zapomniał jednak o swoich wątpliwościach. Felicja nigdy nie wyglądała tak pięknie! Podczas spotkań w domu rodziców nosiła eleganckie, lecz skromne toalety, do teatru natomiast wybrała śmiałą kreację odsłaniającą ramiona i zaczesała włosy do góry, chcąc wyeksponować dekolt. Wszyscy panowie się za nią oglądali! Alojzy nie mógł zatem uwierzyć, że to on towarzyszy jej tego wieczoru. Z ogromną przyjemnością zajął miejsce w loży wynajętej przez mecenasa i wcale nie poczuł się skrępowany, gdy zauważył skierowane w kierunku tej loży lornetki. Niech ludzie patrzą i plotkują - co mu tam!

Na szczęście dla niego przedstawienie było utrzymane w lekkim kabaretowym stylu - takiego wyboru dokonali państwo Gorczyca, chcąc się trochę zrelaksować. On sam wtedy nie protestował, ponieważ było mu wszystko jedno, a teraz nawet się cieszył, gdyż nie mógłby skupić uwagi na poważnej sztuce. Właściwie bardziej niż gwiazdy na scenie interesowała go siedząca obok piękna kobieta...

W czasie antraktu zaproponował jej, by wyszli się czegoś napić, na co przystała z ochotą. Mecenas i jego małżonka zaś postanowili pozostać w loży. Wobec tego Felicja i Alojzy skierowali się do bufetu tylko we dwoje, w dalszym ciągu budząc zainteresowanie mijanych znajomych.

- Na co ma pani ochotę? - zapytał.

- Poproszę o kieliszek białego wina - odparła Felicja zdecydowanym głosem.

Dopiero kiedy przyniósł żądany trunek, zauważył jej irytację. Nim spróbował odgadnąć, czym może być spowodowana, usłyszał pytanie.

- Co pan myśli o tym wielkim przeboju?

- Miłość ci wszystko wybaczy? - zapytał niepewnie.

Taki tytuł miała piosenka, która zebrała największe brawa, ale nie był przekonany, czy to o nią Felicji chodzi. Tymczasem ona od razu skinęła głową.

- Głupi tytuł i jeszcze głupszy test - stwierdziła. - Czy fakt, że się kogoś kocha, usprawiedliwia zdradę? Przecież to zwykła podłość wobec tej rzekomo kochanej osoby. Człowiek uczciwy i prawy nigdy by się jej nie dopuścił.

- Ma pani całkowitą rację - odparł spokojnie.

- Poza tym wybaczenie to tylko zachęta do dalszych nikczemnych uczynków.

- W zasadzie tak...

Felicja wyglądała na zadowoloną z tego, że się z nią zgodził. Pochyliła się w jego kierunku, po czym dodała szeptem.

- I kto to śpiewa...?

Alojzy nie kojarzył nazwiska tej gwiazdy, ale był przekonany, że Felicja je kojarzy, toteż niebywale zaskoczyła go tym pytaniem. Tymczasem, jak się okazało, wcale nie oczekiwała odpowiedzi.

- Kobieta zdradzona i porzucona - powiedziała również szeptem.

W holu był tłok, więc przysunęła się do niego bliżej, dzięki czemu poczuł ciepło jej ciała i zapach perfum. Potem kontynuowała:

- Wie pan, dlaczego ona nosi takie dziwne kapelusze? Zasłaniające jedną część czoła, a odsłaniające drugą? Próbowała popełnić samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości. Strzeliła do siebie i ledwie ją odratowali. Na tej zasłoniętej części czoła ma ślad po kuli...

- Naprawdę...?

Felicja skinęła głową.

- A po tym, co przeżyła, śpiewa piosenki zachęcające do kłamstwa, zdrady i grzechu!

- To rzeczywiście dziwne - przyznał szczerze.

W tej chwili usłyszeli dzwonek sygnalizujący koniec antraktu, zatem Alojzy odniósł kieliszki, po czym podał Felicji ramię. Ona oparła się na nim z uśmiechem, wyraźnie odprężona. Może pomogło jej wino, a może rozmowa z nim? Tego nie wiedział. Pomyślał jednak, że sama też musiała kiedyś bardzo przeżyć swój zawód miłosny, skoro teraz doznała takiego silnego wzburzenia. Ogarnęła go dziwna tkliwość. Nagle poczuł ochotę, aby wziąć ją w ramiona, pocałować i zapewnić, że nie wszyscy mężczyźni to dranie...

***

Felicja nie mogła darować sobie rozmowy z profesorem na temat przeboju Ordonki. Po co dała mu do zrozumienia, że jest zwolenniczką bezwzględnej uczciwości i wierności? Jeszcze się przestraszy... Przecież mężczyźni na ogół wolą mieć do czynienia z tolerancyjnymi kobietami - nawet jeśli nie planują zdrady...

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że dość mocno zaangażowała się w tę znajomość. Nie było to, rzecz jasna, zaangażowanie uczuciowe, zresztą Felicja wątpiła, aby była w stanie ponownie się zakochać. Po prostu profesor wydawał jej się idealnym kandydatem na męża, więc nie chciała go stracić. Zaczynała się powoli przyzwyczajać do myśli, że w końcu przełamie złą passę i zostanie stateczną mężatką. Czyżby miała stracić tę szansę przez swoją nieostrożność?

Jej przygnębienie nie uszło uwadze matki, która zapytała wprost, czy coś się stało.

- Chyba byłam wczoraj zbyt szczera w rozmowie z profesorem - przyznała.

Mecenasowa popatrzyła na nią ze zdumieniem w oczach.

- Opowiedziałaś mu o swojej znajomości z kapitanem Brzozowskim i zerwaniu zaręczyn?

- Nie, skądże znowu - zaprzeczyła gorąco. - Aż taka bezmyślna nie jestem.

- To o czym rozmawialiście?

- O piosence Ordonki.

Teraz dostrzegła w oczach matki wyraz jeszcze większego zdumienia.

- Miłość ci wszystko wybaczy?

- Tak. Powiedziałam, że treść jest wyjątkowo głupia, ponieważ zachęca do nieuczciwego postępowania.

- I jak on zareagował?

- Zgodził się ze mną...

- To w czym problem?

Felicja zastanawiała się przez chwilę. Rzeczywiście profesor się z nią zgodził i wcale nie wyglądał na przejętego...

- Może nie powinnam była stawiać sprawy tak otwarcie?

Matka uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Kochanie, to tylko piosenka. Rozumiem, że sprowokowała cię do wyrażenia swoich poglądów, ale nie robiłabym z tego wielkiej afery. Profesor na pewno wczoraj nie doznał rozczarowania. Przez cały wieczór częściej patrzył na ciebie niż na scenę.

W tym momencie Felicja odetchnęła z ulgą. Sama bardzo nie chciała doznać rozczarowania, ponieważ podświadomie czuła, że byłoby ostateczne. Gdyby on przestał się nią interesować, nie miałaby nawet siły jechać z ciotką do Lwowa.

Na szczęście jej obawy okazały się płonne. Od czasu wspólnego wyjścia do teatru profesor coraz częściej bywał u nich w domu i wcale nie krył faktu, że przychodzi ze względu na nią. Rodzice zawsze witali go serdecznie i powoli nabierali przekonania, iż wkrótce stanie się członkiem rodziny.

- Widzisz, skarbie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - powiedział któregoś dnia ojciec. - On mi się zdecydowanie bardziej podoba niż ten fircyk, z którym byłaś zaręczona. To poważny człowiek, godny zaufania i szacunku. Na pewno będzie dobrym mężem.

- Tato, on mnie jeszcze nie poprosił o rękę - przypomniała mu Felicja.

Mecenas lekceważąco machnął ręką.

- To tylko kwestia czasu - stwierdził spokojnie. - Nie odwiedzałby nas tak często, gdyby nie miał poważnych zamiarów. W końcu jest bardzo zajęty: wykłada, prowadzi badania naukowe, bierze udział w konferencjach...

Trudno było z tym polemizować, więc Felicja skinęła głową. Jej nadzieje nieco wzrosły pod wpływem słów ojca, co sprawiło, że przez kilka dni miała wyjątkowo dobry humor.

W następnym tygodniu po raz pierwszy wybrali się z profesorem na spotkanie towarzyskie - tylko we dwoje. Jej matka miała straszną migrenę, więc wymówiła się od tego wyjścia, a ojciec przebywał akurat służbowo w Łodzi, gdzie prowadził sprawę spadkową. Szli w dobrych nastrojach, wesoło rozmawiając o zbliżających się świętach. Kiedy dotarli do mieszkania jej ciotki, usłyszeli gwar głosów dobiegający z salonu. Początkowo nie zwracali na niego uwagi, lecz kiedy zdejmowali płaszcze, dobiegły ich słowa jednej z pań:

- Słyszałam, że Felicja ma nowego absztyfikanta. Nie wiecie, kto to jest?

- Podobno jakiś naukowiec...

- Coś takiego! A wszystko wskazywało na to, że zostanie starą panną.

- Tak, mecenasowa już straciła nadzieję na pojawienie się odpowiedniego kandydata na zięcia.

Felicja poczuła nagle, że na jej twarz wpływa gwałtowny rumieniec. Miała ochotę zapaść się pod ziemię i nigdy nie wchodzić do salonu pełnego plotkujących o niej gości. Nie była nawet w stanie podnieść oczu, by spojrzeć na twarz profesora, do którego również dotarły te uwagi. Wtedy nieoczekiwanie usłyszała jego głos.

- Ale plociuchy!

Ku swemu zdumieniu usłyszała również w tym głosie wyraźne rozbawienie. Kiedy wreszcie uniosła wzrok, zobaczyła, że profesor się uśmiecha.

- Wchodzimy dalej, czy rezygnujemy z przyjęcia? - zapytał spokojnie.

Felicja miała ogromną ochotę zrezygnować, lecz jego postawa dodała jej odwagi.

- Wchodzimy i podkreślamy, że przyszliśmy już kilka minut temu - odparła.

Wtedy profesor bez słowa podał jej ramię.

Ich wejście wywołało wśród gości prawdziwą konsternację. Zwłaszcza panie, które przed chwilą obgadywały Felicję, zupełnie straciły rezon.

- Wybaczcie, przez ten gwar nie słyszałam dzwonka - powiedziała ciotka przepraszającym tonem.

- Tak, zauważyliśmy, że wszyscy dobrze się bawią - odparł profesor z iście diabelskim uśmiechem.

- To może ja pana przedstawię - jęknęła ciotka, która chyba zrozumiała, co jej gość chciał powiedzieć.

Tymczasem Felicja była autentycznie pod wrażeniem. Naprawdę nie spodziewała się, że on ma takie poczucie humoru i taką skłonność do złośliwości.

Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to są podobno cechy ludzi inteligentnych...

Tego wieczoru zrozumiała też, że bardzo lubi profesora. Może nie była w nim zakochana, ale na pewno darzyła go wystarczającym uczuciem, aby być dobrą, oddaną żoną. Poza tym... w sumie jej się podobał. Oczywiście nie tak, jak przed laty kapitan Brzozowski, ale jednak. Uwielbiała jego uśmiech i łagodne spojrzenie piwnych oczu ocienionych ciemnymi rzęsami, kontrastującymi z jasnym kolorem włosów. Myśl o tym, że mógłby ją całować i pieścić, nie wzbudzała w niej sprzeciwu...

To wszystko sprawiło, że gdy miesiąc później zapytał ją, czy zechce wyjść za niego, bez wahania odpowiedziała "tak".

***

Ślub Felicji z profesorem Dyszkiewiczem stał się wydarzeniem towarzyskim karnawału. Ze względu na mroźną styczniową pogodę panna młoda narzuciła na suknię futerko z białych lisów, a na głowę włożyła ozdobiony kwiatami kapelusz. Nie miała ochoty na welon, gdyż kojarzył jej się z przygotowaniami do pierwszego ślubu, który był planowany latem. Musiała jakoś zaznaczyć, że to inny ślub, skoro u jej boku stał inny mężczyzna.

Profesor nie przejmował się zupełnie pogodą, więc wystąpił tylko w nowym garniturze, który zakupił przy pomocy znającej się na męskiej modzie Klotyldy Zielińskiej. Żona przyjaciela była zachwycona, gdy poprosił ją o pomoc, i podkreślała, że już pierwszego wieczoru odgadła, jaki będzie dalszy ciąg jego znajomości z córką mecenasa Gorczycy.

Kościół był pełen gości, gdyż małżonkowie chcieli, by wszyscy znajomi mogli podziwiać triumf ich ukochanej jedynaczki. W końcu Felicja wychodziła za mąż za znanego i poważanego naukowca! Nie musiała podejmować żadnych desperackich kroków, aby powetować sobie nikczemny postępek pierwszego narzeczonego. Co więcej, jej matka mówiła wszystkim, że to właśnie doznane rozczarowanie spowodowało, iż przeniosła swoje zainteresowania z niedojrzałych młodzieńców na nieco starszych mężczyzn, i dlatego dokonanie wyboru zajęło jej tyle czasu. Ciotki i kuzynki Felicji kiwały ze zrozumieniem głowami, słysząc te informacje - faktycznie wśród dojrzałych mężczyzn trudniej o odpowiedniego kandydata, który byłby wolny.

Po wspaniałym przyjęciu wydanym przez rodziców panny młodej świeżo poślubieni państwo Dyszkiewiczowie wyjechali w krótką podróż poślubną do Krynicy. Niestety obowiązki profesora na uczelni nie pozwoliły mu na zaplanowanie zagranicznego wyjazdu. Felicja nie robiła z tego żadnego problemu. Wystarczył jej w zupełności tydzień w polskich górach. Najważniejsze, że wreszcie była mężatką i nie groziło jej już staropanieństwo!

Zamieszkali w niedawno zbudowanym, eleganckim pensjonacie Lwigród. Ta nazwa przypomniała Felicji o propozycji ciotki, która swego czasu chciała ją zabrać do Lwowa. Na myśl o tym, że jednak nie musiała tam jechać, poczuła wielką ulgę. W rezultacie przez cały tydzień dopisywał jej humor ku ogromnemu zadowoleniu męża.

Wprawdzie żadne z nich nie jeździło na nartach, lecz i tak spędzali czas bardzo przyjemnie, chodząc na długie spacery, odwiedzając pijalnię w domu zdrojowym, wypoczywając w słońcu na tarasie pensjonatu i tańcząc wieczorami w eleganckich restauracjach lub słuchając koncertów. Felicja była mile zaskoczona tym, że jej mąż potrafi tańczyć, a co więcej - nawet lubi. Może nie był na bieżąco z najnowszymi trendami w muzyce, ale ona też nie. Od czasu zerwania poprzednich zaręczyn rzadko bywała na zabawach, ponieważ widok innych panien bawiących się ze swoimi ukochanymi wpływał na nią przygnębiająco. W rezultacie wolała tańce klasyczne, które nigdy się nie starzeją. Podobnego zdania był profesor, którego ta zbieżność gustów bardzo ucieszyła.

- Myślałem, że wydam ci się pod tym względem nieco staroświecki - przyznał szczerze.

Felicja roześmiała się serdecznie, słysząc te słowa.

- Mężczyzna powinien umieć zatańczyć walca i tango - powiedziała. - To podstawa. Te nowomodne charlestony i inne cuda są w zasadzie przebojami sezonu.

- Masz rację.

W ostatnim dniu pobytu zdecydowali się jednak na małe szaleństwo, czyli kulig z pochodniami, podczas którego podawano gościom grzane wino.

Wrócili do pensjonatu nieco podchmieleni, ale szczęśliwi, po czym zgodnie stwierdzili, że "miesiąc miodowy" im się udał.

Po przyjeździe do Warszawy profesor powrócił do zajęć na uczelni, a Felicja z zapałem oddała się obowiązkom pani domu. Cieszyło ją, że ma teraz piękne mieszkanie, pokojówkę i kucharkę do pomocy oraz możliwość samodzielnego podejmowania decyzji. Nie musiała o nic pytać matki ani nawet męża, który nie przejawiał żadnych skłonności do ingerowania w domowe sprawy, gdyż jego życie całkowicie koncentrowało się na pracy. Felicja mogła zatem rządzić wszystkim tak, jak chciała, co bardzo jej odpowiadało. Kiedy spotykała się z kuzynkami i przyjaciółkami, często podkreślała, jaka jest szczęśliwa i zadowolona z życia.

- Chcesz powiedzieć, że ani trochę się nie nudzisz? - zapytała jedna z nich. - Przecież twój mąż ma takie poważne zainteresowania!

- To mu wcale nie przeszkadza znać się na sztuce i muzyce - odparła spokojnie. - Poza tym świetnie tańczy. W Krynicy bawiliśmy się co wieczór.

Rzecz jasna Felicja żywiła przekonanie, że jej mąż jest równie szczęśliwy i zadowolony z życia. W końcu bardzo o niego dbała, nie przeszkadzała mu, gdy pracował, ani nie wyciągała go zbyt często na spotkania towarzyskie. Pamiętała, że jest żoną naukowca, a nie lwa salonowego, więc zapewniała mu potrzebny do pracy spokój i wcale nie uważała tego za poświęcenie ze swej strony. Nie musiała zbyt często bywać wśród ludzi, aby przypominać im, że jest panią profesorową - i tak o tym pamiętali.

Oczywiście Alojzy to wszystko doceniał i w pełni zgadzał się z Klotyldą Zielińską, która twierdziła, że Felicja okazała się dla niego idealną żoną. W głębi serca odczuwał jednak pewien niedosyt. Ponieważ był już raz żonaty, siłą rzeczy porównywał swoje drugie małżeństwo z pierwszym i z przykrością stwierdzał, że pod pewnymi względami jest inne.

Przed laty połączyła go z Jadwigą namiętność, która nadała ich życiu posmak niewypowiedzianej słodyczy. Uwielbiali się kochać, więc przez pierwsze tygodnie po ślubie prawie nie wychodzili z łóżka. Potem sprawy przybrały trochę łagodniejszy bieg, ale wciąż spędzali razem upojne noce, ciesząc się rozkoszą, jaką dawało im małżeńskie pożycie. Żeniąc się z Felicją, Alojzy podświadomie oczekiwał, że będzie tak samo, i tu spotkała go niespodzianka: było inaczej. Wprawdzie Felicja lubiła jego pocałunki i pieszczoty, ale reagowała na nie zdecydowanie spokojniej - właściwie ani razu nie porwała jej namiętność. Początkowo sądził, że to jego wina, więc robił, co mógł, aby obudzić w niej ogień - niestety bezskutecznie...

Po kilku tygodniach zaczęły go nachodzić niewesołe myśli: uświadomił sobie, że w czasach pierwszego małżeństwa był o ponad dziesięć lat młodszy. Może mężczyzna w jego wieku siłą rzeczy nie potrafił już wzbudzić w kobiecie namiętności, niezależnie od swoich starań? Może uczucie, jakim darzyła go druga żona, było inne - bardziej stonowane, a mniej szalone? Może to, co przeżył w pierwszym małżeństwie, stanowiło niejako przywilej młodości?

Twierdzące odpowiedzi na te pytania mocno go przygnębiały, więc postanowił nie spieszyć się z wyciąganiem wniosków. Dbał o to, aby Felicja czuła się kochana, spełniał wszystkie jej życzenia i powtarzał sobie, że z czasem będzie lepiej. W grę wchodziła bowiem także możliwość, że ona należy do tych kobiet, które po prostu potrzebują czasu, aby odkryć w pełni uroki małżeństwa. Na pocieszenie Alojzy przyjął tę możliwość za pewnik i postanowił uzbroić się w cierpliwość.

Niestety niewiele to dało. Po zimie przyszła wiosna, zazieleniły się drzewa, rozkwitły kwiaty, a między nimi nic się nie zmieniło. Teraz mógł się jedynie pocieszać tym, że wszyscy znajomi uważają ich za bardzo udane małżeństwo. Jak na ironię Felicja całkowicie się z nimi zgadzała i sama wielokrotnie podkreślała, jaka jest szczęśliwa. O tym zaś, że on sam odczuwa jakiś niedosyt, nikt nie miał pojęcia.

***

Ostatecznie wiosna przyniosła znaczącą zmianę w życiu państwa Dyszkiewiczów. Kiedy Alojzy wrócił do domu w pewien majowy wieczór, zauważył, że żona ma niezwykle promienny wyraz twarzy. Już miał zapytać, co go spowodowało, gdy podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość - powiedziała cicho. - Spodziewam się dziecka.

W odpowiedzi przytulił ją i pocałował, chcąc dać do zrozumienia, jak bardzo się ucieszył. W głębi serca poczuł jednak strach. Od razu przypomniały mu się tragiczne wydarzenia sprzed lat. Wtedy naprawdę oddawał się spontanicznej radości i robił plany na przyszłość. Nie przypuszczał, że zły los obróci je w niwecz...

Felicja znała tę historię, toteż od razu zrozumiała jego reakcję.

- Nie musisz się o nic martwić - dodała. - Lekarz mówi, że wszystko w porządku, a ja jestem zdrową kobietą, wręcz stworzoną do rodzenia dzieci.

Pomimo tych zapewnień w sercu Alojzego pozostała obawa. Troszczył się o żonę aż do przesady, zabraniał jej jakichkolwiek wysiłków i chwilowo zapomniał, że istnieje coś takiego jak współżycie małżeńskie. Chciał tylko, aby wszystko poszło dobrze, aby tym razem mógł się cieszyć z przyjścia na świat potomka i aby nie musiał już więcej nosić żałoby.

Felicję na początku zachwycała jego troskliwość, a potem zaczęła męczyć.

- Kochanie, nie przesadzaj - mówiła, gdy zachęcał ją do odpoczynku. - Ja się świetnie czuję.

Jej zapewnienia były całkowicie szczere. Po pierwszych trzech miesiącach, kiedy miewała lekkie mdłości, nagle poczuła niespodziewany przypływ energii. Chcąc ją jakoś spożytkować, pomyślała o urządzeniu pokoju dziecięcego. Kiedy Alojzy stanowczo się temu sprzeciwił, mówiąc, że nie chce zapeszyć, po raz pierwszy się z nim pokłóciła.

- Naprawdę wierzysz w takie przesądy? - zapytała zdumiona. - Ty, człowiek nauki?

- Już raz miałem okazję się przekonać, że nie wolno ich lekceważyć.

- Chyba znowu przesadzasz. Nie może być tak, że dziecko się urodzi, a my nie będziemy mieli dla niego łóżeczka ani ubranek.

- Jak tylko się urodzi, zaraz wszystko kupię: łóżeczko, ubranka, wózek...

- Ale ja bym chciała sama wybrać...

- W takim razie pójdziemy wcześniej do sklepu i pokażesz mi, co ci się podoba. Obiecuję, że kupię właśnie to.

Felicji opadły ręce. Czuła się tak, jakby miała wybrać sobie suknię balową, którą kupi dopiero na następnego sylwestra, albo jakby miała zdecydować, które lody zje, gdy przyjdzie lato. Nie chciała jednak mówić mężowi, że śmierć jego pierwszej żony była wynikiem problemów medycznych, a nie przedwczesnych zakupów - byłoby to zbyt okrutne.

Zakończyła zatem rozmowę, udając, że akceptuje jego dziwaczną propozycję.

Jeszcze tego samego dnia zwierzyła się ze swego problemu matce, która odwiedzała ją prawie codziennie.

- Skarbie, postaraj się go zrozumieć - powiedziała mecenasowa. - On już raz miał zostać ojcem, a potem przeżył straszne rozczarowanie. Dlatego teraz dmucha na zimne.

- Mamo, ja jestem w stanie to zrozumieć. Nie protestuję, kiedy każe mi odpoczywać, nie prowadzę zbyt aktywnego życia... W rezultacie czasami okropnie się nudzę, ale chcę, żeby mój mąż nie musiał się o mnie martwić.

- No widzisz...

- Zakupy dla dziecka zaś uważam za rzecz konieczną. Ono powinno mieć przygotowaną wyprawkę, chociażby na wypadek, gdyby urodziło się wcześniej.

W tym momencie matka chwyciła ją za rękę i uśmiechnęła się porozumiewawczo.

- W takim razie zrobimy tak: kupimy wszystko, co potrzebne, a jemu nic nie powiemy.

Na twarzy Felicji też pojawił się cień uśmiechu.

- A gdzie to schowamy? - zapytała. - Przecież łóżeczko i wózek to duże rzeczy...

- U nas w domu w twoim dawnym pokoju - wyjaśniła mecenasowa. - Odkąd wyszłaś za mąż, stoi pusty i nikt tam nie zagląda.

- Mamo, to jest znakomity pomysł!

- Potem oczywiście możesz pójść z mężem do sklepu i pokazać mu rzeczy, które wybrałyśmy. Tylko nic nie mów o naszych zakupach! Niech ma złudzenie, że nad wszystkim panuje.

- W ten sposób wilk będzie syty i owca cała - podsumowała Felicja.

Zgodnie z umową kilka dni później obie wybrały się do Domu Towarowego Braci Jabłkowskich.

Przez dwie godziny oglądały ubranka dla niemowląt i wybierały najpiękniejsze. W jednym tylko Felicja okazała się podobna do męża: starała się, aby były to ubranka uniwersalne, dobre zarówno dla chłopca, jak i dla dziewczynki. Wprawdzie jej samej płeć dziecka była w zasadzie obojętna, ale domyślała się, że on - jak każdy mężczyzna - w skrytości ducha marzy o synu. Nie chciała zatem kupować ubranek typowych dla chłopca, aby nie zapeszyć.

Potem poczuły się zmęczone, więc zakup wózka i łóżeczka postanowiły odłożyć na kolejną okazję. Poszły zatem do kawiarni, by trochę odetchnąć i poplotkować o znajomych. Kiedy nie zostawiły już suchej nitki na żadnym z nich, mecenasowa nagle zapytała:

- A wybraliście imiona dla dziecka, czy z tym też Alojzy chce czekać do rozwiązania?

Felicja roześmiała się swobodnie.

- Powiedział mi kiedyś, że u nich jest taka tradycja: chłopiec otrzymuje zawsze imię po kimś z rodziny ze strony ojca. W związku z tym nasz synek będzie nazywał się Ludwik.

- Bardzo ładnie.

- Imię dla dziewczynki zaś wybiera z reguły matka po kimś ze swojej rodziny.

- W takim razie musimy się nad tym zastanowić - stwierdziła mecenasowa. - Może Honorata po twojej babci za strony ojca? Albo Michalina po babci z mojej strony?

- Ja chciałabym dać córeczce na imię Laura - przyznała Felicja.

Ta wiadomość kompletnie zaskoczyła jej matkę.

- W naszej rodzinie nikt nie miał takiego imienia!

- A czy Alojzy musi o tym wiedzieć? Powiem mu, że to było drugie imię którejś z babć. Na pewno nie będzie tego sprawdzał.

- No wiesz!

- Mamo, to takie niewinne kłamstewko...

- Ale zawsze...

Pomimo lekkiego oburzenia mecenasowa zaakceptowała plan córki. Skoro syn miał mieć na imię Ludwik, to czemu dziewczynka nie miałaby mieć Laura? W końcu oba imiona zaczynały się na tę samą literę...

Jak się okazało, los postanowił tym razem zaoszczędzić profesorowi trudnych przeżyć. Felicja poczuła pierwsze bóle porodowe zaraz po tym, jak jej mąż wyszedł na uczelnię, uprzedziwszy ją, że wróci późnym wieczorem, gdyż ma kilka ważnych spotkań. Zadzwoniła zatem do matki oraz do lekarza i położnej. Potem przez cały dług dzień starała się wydać na świat swoje dziecko. Starania te zakończyły się sukcesem około dwudziestej, a gdy pół godziny później profesor wrócił do domu, czekała na niego z synkiem w ramionach.

***

Narodziny Ludwika wprawiły w euforię oboje rodziców. Profesor omal nie zemdlał z wrażenia, gdy dowiedział się, że już po wszystkim. Najpierw od ręki wybaczył żonie małe oszustwo z zakupami dla niemowlęcia, a potem stwierdził, że sam musi wyjść po zakupy. Wrócił kilka minut później z butelką oryginalnego francuskiego szampana. W oblewaniu narodzin syna towarzyszyli mu teściowie i lekarz. Żona i położna całą swą uwagę poświęcały maleństwu, które wcale nie miało ochoty na sen - wolało oglądać świat. Felicja z zachwytem wpatrywała się w jego oczy, tak samo błękitne jak jej. Miała cudowne wrażenie, że przepadła bez reszty, kiedy po raz pierwszy je zobaczyła. Teraz, po wielu smutnych latach, jej życie wróciło na właściwy tor i znowu stała się taką samą szczęśliwą kobietą, jaką była niegdyś - przed swoim wielkim miłosnym rozczarowaniem.

Położna przychodziła jeszcze przez kolejny tydzień, aby pomagać jej w opiece nad dzieckiem i udzielać wskazówek dotyczących karmienia. Potem Felicja stwierdziła, że da sobie radę sama, co wywołało panikę u jej matki.

- Jak to sama? - zapytała zdumiona. - Powinnaś zatrudnić niańkę.

- A po co? Potrafię przewijać Ludwika, karmić, kołysać do snu...

- Ale to ci zajmuje cały czas. Jesteś zmęczona, masz podkrążone oczy...

- Bo budzę się w nocy. To normalne przy niemowlęciu.

Mecenasowa uznała, że za wcześnie poruszyła temat, więc postanowiła poczekać, aż córce dadzą się we znaki trudy opieki nad dzieckiem. Wtedy na pewno zapragnie mieć kogoś do pomocy. Ku jej zdumieniu upłynął jednak cały miesiąc, a Felicja nadal nie straciła zapału do matczynych obowiązków. Sypiała w pokoju dziecięcym obok łóżeczka synka, wstawała, kiedy zapłakał, karmiła go, wychodziła z nim na spacery... Wcale nie skarżyła się na zmęczenie, chociaż widać było po niej, że niedosypia. Profesor nie wtrącał się do jej decyzji i nie namawiał do wprowadzenia zmian, lecz jego teściowa postanowiła nie dawać za wygraną. Ostatecznie nie mogła wymagać działań od mężczyzny, który nie znał się na opiece nad dziećmi, więc wzięła sprawy w swoje ręce.

- Felicjo, najwyższy czas, abyś przemyślała kwestię niańki - powiedziała stanowczo. - Przecież musisz powoli wrócić do życia towarzyskiego i do obowiązków wobec męża. Kiedy ona zajmie się Ludwikiem, ty będziesz mogła bardziej zadbać o siebie.

- Mamo, mój mąż pracuje nad jakimś wynalazkiem i nie ma najmniejszej ochoty na prowadzenie życia towarzyskiego.

- A ty?

- Ja też nie. Najlepiej czuję się w domu z dzieckiem.

W tej sytuacji pozostał jej już tylko jeden argument.

- Jeśli nikogo nie zatrudnisz, wszystkie ciotki i kuzynki zaczną plotkować, że Alojzy jest skąpiradłem, który na tobie oszczędza. Przecież ludzie z jego pozycją na ogół mają niańki.

- Nie obchodzą mnie czyjeś plotki.

To była prawda. Odkąd Felicja została panią profesorową, czuła, że nie musi się już przejmować ludzkim gadaniem. Dosyć się namartwiła, gdy groziło jej staropanieństwo. Teraz była szanowaną kobietą i matką. Jeśli ktoś uważał jej życie za dziwne, to trudno - w końcu wyszła za mąż za wybitnego naukowca, a on miał prawo do dziwactw. W rezultacie jego żona też mogła zachowywać się nieco ekscentrycznie.

Sugestie matki dotyczące zatrudnienia niani odrzucała, ponieważ nie mogła sobie wyobrazić powierzenia Ludwika opiece obcej kobiety. Wciąż by się bała, że tamta coś zrobi źle. Ona, jako matka, najlepiej wiedziała, kiedy jest głodny, kiedy boli go brzuszek, a kiedy po prostu potrzebuje przytulenia. Poza tym opieka nad nim sprawiała jej niewysłowioną radość. Uwielbiała jego śliczną główkę pokrytą jasnym puszkiem, maleńkie paluszki i buzię, której prawie nigdy nie marszczył. Chyba niezawodnym dziecięcym instynktem wyczuwał, że jest przy nim ktoś, kto bardzo go kocha. Przy niani nie byłby taki pogodny!

Oczywiście Felicja nie powiedziała tego wszystkiego matce, ponieważ... nie odczuwała już potrzeby, aby się przed nią tłumaczyć. Małżeństwo dało jej pewność siebie oraz przekonanie, że własne zdanie jest najważniejsze. Mogłaby jedynie brać pod uwagę opinię męża, ale on akurat do niczego się nie wtrącał. Wychodził z założenia, że kobiety najlepiej znają się na wychowaniu dzieci, poza tym dużo pracował, aby zabezpieczyć byt powiększonej rodziny.

To nie znaczyło oczywiście, że zamierzał się uchylać od ojcowskich obowiązków. Przeciwnie - z przyjemnością myślał o tym, że pewnego dnia zacznie bawić się z Ludwikiem, uczyć go różnych rzeczy i rozwijać w nim różne pasje. Tylko... do tego wszystkiego jego synek musiał trochę podrosnąć. Na razie, gdy był taki malutki, najlepiej czuł się z matką. Profesor uważał to za naturalne i nie chciał Felicji niczego narzucać. Skoro chłopczyk zdrowo się chował i rósł jak na drożdżach, to bez wątpienia znaczyło, że potrafiła się nim znakomicie opiekować. Gdyby powiedziała mu, że potrzebuje do pomocy niańki, zgodziłby się na jej zatrudnienie, ale przecież nic nie mówiła... On sam nie widział powodu, aby sprowadzać do domu obcą kobietę, a z tego, że ludzie plotkują, po prostu nie zdawał sobie sprawy.

***

Kiedy Ludwik skończył osiem miesięcy, jego tata wspólnie z profesorem Zielińskim opatentował kolejny wynalazek, co stało się okazją do urządzenia małego spotkania towarzyskiego w domu Dyszkiewiczów. Felicja po raz pierwszy od narodzin synka ubrała się wówczas w wieczorową suknię z głębokim dekoltem i wysoko upięła włosy, odsłaniając kark. Nawet matka kiwnęła z aprobatą głową, kiedy ją zobaczyła, Klotylda Zielińska zaś spontanicznie powiedziała:

- Moja droga, wyglądasz jeszcze piękniej niż kiedyś. Macierzyństwo wyraźnie ci służy!

Wtedy Alojzy uważnie spojrzał na swoją żonę i z pewnym zdumieniem przyznał rację żonie przyjaciela. Felicja faktycznie wypiękniała. Jak to się stało, że wcześniej tego nie zauważył?

Potrzebował dłuższej chwili, by skojarzyć, jak bardzo jej obecny wygląd różni się od codziennego. Niestety prawda była taka, że siedząc w domu z dzieckiem, Felicja nie odczuwała potrzeby, aby specjalnie o siebie dbać. Troszczyła się przede wszystkim o wygodę, poza tym nie widziała sensu noszenia eleganckich sukien, które synek mógłby pobrudzić lub zachlapać. Tylko na spacery z nim ubierała się nieco strojniej, lecz zapracowany mąż nie miał okazji tego zauważyć, gdyż prawie nigdy jej nie towarzyszył. Teraz jednak przyszedł mu do głowy zaskakujący wniosek: najwyraźniej Felicja nie odczuwała też potrzeby dbania o siebie dla niego i nie martwiła się o to, czy w jego oczach wygląda atrakcyjnie, czy nie...

Na myśl o tym niespodziewanie zrobiło mu się przykro. Zdawał sobie sprawę, że ostatnio był bardzo zajęty, ale przecież pracował dla rodziny! Może żona poczuła się zaniedbywana...?

W przystępie lekkiej paniki przeanalizował ich rozmowy na przestrzeni ostatnich miesięcy i stwierdził, że jednak nic na to nie wskazywało. Od czasu urodzenia Ludwika Felicja wciąż miała dobry nastrój, chyba że chłopczyk płakał lub marudził. Kiedy wszystko było z nim w porządku, robiła wrażenie bardzo szczęśliwej kobiety. Nie zgłaszała żadnych pretensji, nie robiła wymówek, nie protestowała, kiedy Alojzy późno wracał do domu...

Z rozważań wyrwał go głos teścia.

- Nie myśleliście o siostrzyczce lub braciszku dla małego?

- Jeszcze nie - odpowiedziała beztrosko Felicja.

Ta niewinna wymiana zdań uświadomiła profesorowi kolejną rzecz: od czasu, gdy zostali rodzicami, mieli osobne sypialnie. Ściśle rzecz ujmując, Felicja sypiała w pokoju dziecięcym obok kołyski Ludwika, a on w ich małżeńskim łożu - sam. Na początku tego nie kwestionował, przyznając, że miał spokój, gdy mały płakał w nocy. Zamknięte drzwi wygłuszały hałas i pozwalały mu się wyspać przed pójściem na uczelnię. Teraz jednak skojarzył, że Ludwik budzi się coraz rzadziej i właściwie nie ma powodu, aby matka spędzała noce w jego pokoju. Mogłaby już bez przeszkód wrócić do małżeńskiej sypialni...

Po namyśle postanowił jej to zasugerować jeszcze tego wieczoru. Widząc ją taką piękną i ożywioną, zapragnął nawet, aby nie skończyło się na wspólnym spaniu. Żona dawno przeszła okres połogu, nabrała sił, więc mogliby znowu żyć jak małżeństwo - byłoby to wskazane nie tylko ze względu na możliwość poczęcia kolejnego dziecka. Po prostu pozwoliłoby im się ponownie do siebie zbliżyć...

Pod wpływem tego postanowienia niespodziewanie nabrał energii.

Z apetytem zjadł kolację, wdał się w ożywioną dyskusję z gośćmi na temat agresywnej polityki prowadzonej przez kanclerza Niemiec, ponownie doszedł do wniosku, że jednak nie będzie następnej wojny, bo Francja i Anglia na pewno na to nie pozwolą, po czym... otworzył kolejną butelkę wina. Chciał uczcić swój sukces i podtrzymać dobry nastrój.

Kiedy goście wyszli, podszedł do żony i ją przytulił.

- Przepięknie dziś wyglądasz - powiedział namiętnym szeptem.

Felicja wydawała się zadowolona z komplementu. Odwzajemniła uścisk i pocałowała go w policzek.

- Dziękuję, starałam się...

Wtedy też zaczął ją całować, na co w pierwszej chwili zareagowała ze zdziwieniem - jakby zapomniała, że takie rzeczy się zdarzają między małżonkami. Gdy skojarzyła, o co mu chodzi, odsunęła się lekko.

- Kochanie, jestem taka zmęczona - stwierdziła. - Dawno nie przyjmowaliśmy gości, więc zupełnie się od tego odzwyczaiłam.

Alojzy stłumił rozczarowanie, uznając słuszność tego argumentu. Faktycznie Felicja miała prawo odczuwać znużenie po przyjęciu. Może nie było sensu nalegać? Przecież za dzień lub dwa poczuje się lepiej i wtedy na pewno go nie odepchnie...

Istotnie kilka dni później żona dała się namówić na spędzenie nocy w małżeńskiej sypialni, ale wtedy poczuł jeszcze większe rozczarowanie. Pamiętał, że nigdy nie okazywała zbyt wielkiej namiętności, lecz teraz miał wrażenie, że przez cały czas myślała o czym innym. W dodatku... czuł, że w zasadzie poświęciła się dla niego, bo sama wolałaby jak zwykle spać w pokoju dziecięcym.

Nie były to miłe refleksje, lecz Alojzy mimo wszystko nie dał Felicji do zrozumienia, że doznał zawodu. Postanowił poczekać, aż sprawy wrócą do normy. Powtarzał sobie, że może się po prostu odzwyczaiła od współżycia przez te miesiące, kiedy koncentrowała się na dziecku, więc jego cierpliwość musi w końcu przynieść rezultaty.

Niestety kilka tygodni po pamiętnym przyjęciu, dzięki któremu zwrócił uwagę na swoje problemy małżeńskie, wydarzyło się coś, co rzuciło na nie zupełnie inne światło: odwiedziła ich kuzynka Felicji - ta sama, która kiedyś wyraziła zdziwienie zaręczynami. "Wszystko wskazywało na to, że zostanie starą panną" - powiedziała o jego obecnej żonie. Alojzy wtedy zignorował jej słowa, lecz teraz niespodziewanie je sobie przypomniał i zaczął się nad nimi zastanawiać. Co więcej, zaczął podejrzewać, że kryło się w nich ziarno prawdy. Może Felicja zainteresowała się nim, ponieważ chciała wyjść za mąż? Może faktycznie groziło jej staropanieństwo? Może nigdy go nie kochała?

Początkowo przeraziły go te pytania, lecz z czasem zaczął je sobie zadawać coraz odważniej. Wierzył wprawdzie w to, że żona jest do niego przywiązana, ale wątpił, czy czuje coś więcej. Musiał przecież istnieć jakiś powód jej chłodu w sypialni. Kochająca kobieta na pewno okazywałaby więcej uczucia - jak niegdyś Jadwiga. Tymczasem Felicja zachowywała się tak, jakby nie potrzebowała już jego bliskości. Czyżby wyszła za niego tylko po to, by mieć męża...?

Niestety odpowiedź na to pytanie nasuwała się sama. Piękna córka mecenasa Gorczycy osiągnęła to, czego chciała: dzięki niemu miała nazwisko, odpowiednią pozycję i upragnione dziecko. Tym samym spełnił swoją rolę w jej życiu i niejako zszedł na margines. Dlatego nie poświęcała mu już tyle uwagi, co kiedyś, dlatego nie była zainteresowana dzieleniem z nim łoża i dlatego traktowała go tak beznamiętnie. Teraz musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, co powinien w tej sytuacji zrobić...

***

Kolejne miesiące nie przyniosły odpowiedzi. W zasadzie sytuacja się nie zmieniła: Felicja nadal sypiała w pokoju synka, a gdy mąż sugerował, by przyszła do niego, wyrażała zgodę, lecz bez entuzjazmu. W rezultacie on też stracił entuzjazm do kontynuowania współżycia. Miał wrażenie, jakby otrzymywał jałmużnę, co stanowiło dla niego upokorzenie i odbierało mu chęć do ponawiania sugestii. W dodatku jedna rzecz drażniła go niemiłosiernie, chociaż nie przyznawał się do tego otwarcie: Felicja nie zdawała sobie sprawy z jego odczuć. Z jej punktu widzenia wszystko było w porządku! Cieszyła się tym, że synek rośnie, znowu dbała o siebie i nieco bardziej udzielała się towarzysko, a dla niego samego zawsze była miła. Gdyby jej powiedział o swoim niezadowoleniu, pewnie zareagowałaby zdziwieniem.

Tymczasem on wciąż nie mógł zdobyć się na odwagę, by postawić sprawę jasno. Może wynikało to z faktu, że nigdy nie mówił wprost o swoich potrzebach intymnych, a może z poczucia upokorzenia, które nieuchronnie musiałoby towarzyszyć temu wyznaniu. Poza tym nigdy wcześniej nie pomyślał, że mógłby mieć taki problem - to stanowiło dodatkowy aspekt kwestii. Jedyne pytanie, jakie mu przeszło przez usta, brzmiało:

- Czy ty mnie jeszcze kochasz?

Felicja zareagowała na nie z ogromnym zdziwieniem.

- Oczywiście, że cię kocham - odpowiedziała. - Nie rozumiem, dlaczego masz wątpliwości...

- Dlatego, że nie poświęcasz mi już tyle uwagi, co kiedyś - wyjaśnił dość enigmatycznie, zważywszy na swoje odczucia.

- Przecież to zrozumiałe w zaistniałych okolicznościach. Kiedyś nie mieliśmy dziecka, więc cała moja uwaga skupiała się na tobie, a teraz jest jeszcze Ludwik, więc muszę swoją uwagę poświęcać wam obu.

- No tak...

- Chyba nie jesteś o to zazdrosny?

Teraz on poczuł się zdziwiony tym pytaniem. Oczywiście, że nie był zazdrosny o synka i czas, który Felicja mu poświęcała. Uwielbiał bawić się z chłopcem, słuchać jego pierwszych słów i snuć plany na przyszłość. Chodziło o coś zupełnie innego...

Kiedy zaprzeczył, żona z zadowoleniem pocałowała go w policzek, po czym... zaproponowała, że w najbliższą niedzielę zostawi Ludwika u swojej matki, aby mogli się dokądś razem wybrać. Może do kina albo do teatru - jak w narzeczeńskich czasach? Alojzy był tak zdumiony jej sugestią, że odruchowo przytaknął.

Rzecz jasna teściowa zgodziła się zająć wnukiem i nawet pochwaliła córkę za tę inicjatywę.

- Powinniście częściej razem wychodzić - powiedziała. - Ludwik rośnie i już nie potrzebuje cię dwadzieścia cztery godziny na dobę. Możesz spędzać więcej czasu z mężem i bardziej się o niego troszczyć.

Gdyby mecenasowa konkretnie wyjaśniła córce, na co powinna zwrócić uwagę, Felicja mogłaby jej posłuchać, lecz ona też obawiała się postawić sprawę jasno. Sądziła, że młoda żona sama wyciągnie właściwe wnioski odnośnie do potrzeb swego męża. Niestety pani Dyszkiewicz najwyraźniej była zdania, że wystarczy większa aktywność w codziennym życiu, toteż częściej teraz zapraszała gości, aby mąż miał rozrywkę, i częściej proponowała mu wspólne wyjścia. Kiedy nie okazał specjalnego zadowolenia, poczuła się lekko zdziwiona...

Tymczasem Alojzy zaczął powoli obojętnieć na uroki życia małżeńskiego. Nie próbował już zaciągać żony do sypialni, bo wiedział, że kolejna noc skończy się rozczarowaniem. Znowu zaczął więcej sił i energii poświęcać pracy, która zawsze stanowiła dla niego lekarstwo na wszelkie problemy. Dzięki niej udało mu się pozbierać po stracie pierwszej żony i pierwszego dziecka, więc wierzył, że tym razem również spełni swoją rolę terapeutyczną. Ostatecznie obecny problem nie był taki poważny: miał dziecko i żonę, która przykładnie wywiązywała się z obowiązków matki, tylko zupełnie zapomniała o tym, że on jest mężczyzną. Musiał się z tym pogodzić, gdyż nie miał w zasadzie innego wyjścia - skoro wcześniej potrafił żyć samotnie, to i teraz powinno mu się udać. Jednego nie wziął pod uwagę: wcześniej był wdowcem, a teraz miał obok siebie kobietę, którą poślubił. Dlatego było mu o wiele bardziej przykro spędzać noce w samotności.

***

Kiedy Ludwik skończył dwa i pół roku, Felicja przyszła do męża z nieoczekiwaną propozycją.

- Wiesz, mąż mojej kuzynki wynajął dla niej willę w Juracie na cały miesiąc. Ich córeczka ciągle się przeziębia i lekarz powiedział, że pobyt nad morzem powinien jej pomóc. Ona nie ma chęci wyjeżdżać sama, więc zasugerowała mi, abym wzięła Ludwika i pojechała razem z nią. Ta willa jest na tyle duża, że bez problemu się zmieścimy.

- Przecież Ludwik wcale nie choruje - odparł spontanicznie.

- Ale dzięki temu pobytowi nabierze dodatkowej odporności. Poza tym to nie będzie nas nic kosztowało.

- Naprawdę?

- Tak, koszt wynajmu pokrył jej mąż. Ja miałabym tylko zabrać ze sobą kucharkę i pokojówkę, aby nie trzeba było nikogo zatrudniać na miejscu. Pomyślałam sobie, że ty mógłbyś przez ten miesiąc stołować się u mojej mamy...

Alojzy dopiero teraz zauważył niezwykły blask w oczach żony. Najwyraźniej perspektywa spędzenia miesiąca w najpopularniejszym nadmorskim kurorcie bardzo przypadła jej do gustu. Ich samych nie byłoby stać na wynajęcie tam willi, lecz mąż jej kuzynki był bogatym przemysłowcem, który mógł sobie na to pozwolić. Skoro zatem trafiła się okazja...

- No dobrze - powiedział powoli. - Jeśli masz ochotę...

Felicja poderwała się z krzesła.

- Zgadzasz się? Naprawdę?

- Tak, jakoś dam sobie radę przez ten miesiąc.

- Kochany jesteś! - krzyknęła radośnie, rzucając mu się na szyję. - Zobaczysz, ja wszystko ustalę z mamą. Namówię ją też, aby zgodziła się przysyłać do ciebie pannę służącą, która tu trochę posprząta.

Alojzy skinął głową, chociaż pomyślał, że słowo "kochany" niewiele znaczyło w jej ustach. Felicja wypowiadała je raczej odruchowo.

Tego wieczoru przekonał się, że radość żony wywołała niespodziewany przypływ małżeńskich uczuć. Wieczorem sama przyszła do jego sypialni i została do rana. Po raz pierwszy od miesięcy byli razem, a jednak nie poczuł z tego tytułu wielkiej radości, ponieważ niespodziewanie uświadomił sobie, że... przestało mu na tym zależeć. Chyba po prostu zbyt długo czekał.

Następnego dnia w jego domu zapanował zamęt. Żona rozpoczęła przegląd swojej garderoby, po czym doszła do wniosku, że nie ma co na siebie włożyć. Ponieważ kuzynka uprzedziła ją, że w Juracie latem panie prezentują najnowsze trendy mody, postanowiła koniecznie za nimi nadążyć, aby nie wyglądać gorzej od innych. Na szczęście nie zawracała mu głowy szczegółami, tylko poprosiła o pomoc matkę, która przysłała do niej swoją krawcową, aby ta dokonała przeróbek starych sukni i wzięła miarę na nowe. Podniecenie związane z wyjazdem udzieliło się też kucharce i pokojówce. Wprawdzie one nie myślały o nowych toaletach, lecz obie były równie podekscytowane perspektywą zobaczenia morza po raz pierwszy w życiu - pokojówka stwierdziła nawet, że trochę się boi tej ogromnej wody. Tylko mały Ludwik podchodził do sprawy obojętnie. Kiedy mama powiedziała mu, że wyjeżdżają na wakacje, ograniczył się do kiwnięcia głową, ponieważ i tak nie był w stanie sobie wyobrazić, co go czeka.

W końcu Alojzy miał dość zamieszania i zaczął odliczać dni do ich wyjazdu, chociaż przykro mu było rozstawać się z synkiem. Wiedział jednak, że miesiąc szybko minie, a mały prawdopodobnie wróci radosny i szczęśliwy. On sam wolał mieć możliwość odpoczynku po pracy w ciszy i spokoju, nawet za cenę tego rozstania oraz konieczności jadania obiadów u teściowej.

Na trzy dni przed wyjazdem żona powiedziała mu, że chyba nie będzie musiał stołować się poza domem.

- Wiesz, pani Kazia poleciła mi do pomocy żonę swojego kuzyna. Ona też podobno świetnie gotuje i bardzo chętnie sobie dorobi. Poza tym posprząta, upierze i uprasuje twoje ubrania.

- Kto? - zapytał niezbyt przytomnie, bo właśnie oderwał się od ciekawego artykułu w fachowej prasie.

- Żona kuzyna naszej kucharki - powtórzyła Felicja. - Będzie tu przychodzić przez ten miesiąc, aby się zająć domem.

- Dobrze - odparł z zadowoleniem.

Wprawdzie lubił swoją teściową, lecz myśl o widywaniu jej codziennie niespecjalnie go pociągała. Zdecydowanie wolał jadać u siebie.

- Jutro przyjdzie pierwszy raz i ugotuje nam obiad - zakończyła jego małżonka, co skwitował radosnym skinieniem głowy.

Oczywiście następnego dnia pochłonęły go zajęcia na uczelni, więc zupełnie zapomniał o czekającej go niespodziance. Kiedy wrócił do domu, spokojnie zasiadł do stołu i nieco się zdziwił, zobaczywszy na nim aż trzy przystawki: jajka przepiórcze w sosie tatarskim, sałatkę jarzynową i galaretkę z kurczaka. Potem pojawiła się zupa porowa, a następnie pieczeń z purée ziemniaczanym i opiekanymi pomidorami. Były to w zasadzie proste dania, lecz rozpływały się w ustach - Alojzy miał wrażenie, że w życiu nie jadł nic tak pysznego! A kiedy spróbował podanej na deser szarlotki i napił się wyśmienitej herbaty, poczuł, że ma za sobą istną ucztę.

- Smakowało ci? - zapytała Felicja.

- Jeszcze jak!

- No widzisz! To wszystko pani Rozalia przygotowała...

Chwilę później w salonie pojawiła się ich stała kucharka, prowadząc ze sobą szczupłą, około trzydziestoletnią kobietę, ubraną w prostą szarą sukienkę.

- To właśnie żona mojego kuzyna, Rozalia Karska - powiedziała, wskazując na swoją towarzyszkę. - Pyta, czy pan profesor jest zadowolony.

- Bardzo - odparła Felicja, nim jej mąż zdążył się odezwać.

Na twarzy nowo przybyłej pojawił się cień nieśmiałego uśmiechu. Nie towarzyszyły mu żadne słowa, ale widać było, że jest zadowolona z tej odpowiedzi. Potem obie kobiety wróciły do kuchni.

- Czyli zostawiam cię w dobrych rękach - podsumowała sprawę Felicja. - Nie będę musiała się martwić, że chodzisz głodny.

- Na pewno nie - powiedział. - Zresztą u twojej mamy też bym się najadał.

- Tak, ale mógłbyś ulegać pokusie, aby się czasami wykręcać od wizyt. - Przy tych słowach uśmiechnęła się chytrze. - Mężczyźni rzadko lubią obiady u teściowej.

Profesor odruchowo odwzajemnił uśmiech. Nawet nie wiedział, że jego żona jest taka bystra...

***

Po wyjeździe rodziny w domu zapanował błogi spokój. Kiedy Alojzy wracał z uczelni, cisza wręcz kłuła go w uszy! Miał wrażenie, że jest zupełnie sam i dopiero obiad na stole uświadamiał mu, że Rozalia Karska bezszelestnie krząta się po kuchni. Nie wiedział, w jaki sposób potrafiła to robić - pani Kazia na ogół przed posiłkiem stukała garnkami, jakby chciała zwiększyć apetyt domowników, tymczasem ona wyczarowywała cudowne dania w absolutnej ciszy. Gdy je podawała, też nie mówiła ani słowa, tylko po zakończeniu obiadu nieśmiało pytała, czy mu smakował. Alojzy zawsze zapewniał, że tak, i uśmiechał się do niej, lecz ona odpowiadała połowicznie: na jej ustach majaczyło coś na kształt uśmiechu, ale w oczach widoczny był smutek.

Po kilku dniach to dziwne zachowanie zaczęło go zastanawiać. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Rozalię coś dręczy i odbiera jej radość życia. Może przeżyła jakąś tragedię lub miała problemy rodzinne? Nie śmiał o to zapytać, ale zaczął przyglądać jej się bardziej uważnie. Pierwszą koncepcję odrzucił po kolejnych kilku dniach. Kobieta nie była w żałobie, gdyż nosiła ubrania w jasnych kolorach: szare, beżowe, niebieskie... Podkreślały one jej delikatną cerę i kolor oczu, do złudzenia przypominający wodę morską. Zaczął zatem rozważać drugą koncepcję, lecz ta również szybko upadła. Rozalia na pewno nie była żoną brutala, który się nad nią znęcał. Ponieważ wcale się nie malowała, bez trudu mógł stwierdzić brak jakichkolwiek oznak przemocy - nigdy nie maskowała podbitych oczu ani nie zasłaniała ramion, by ukryć siniaki. Poza tym pamiętał, jak wspominała jego żonie, że sama jeszcze nie ma dzieci, z czego jasno wynikał brak kłopotów z potomstwem. A jednak Alojzy dałby sobie rękę uciąć, że czuła się nieszczęśliwa...

Po tygodniu przyszło mu do głowy coś dziwnego: ich sytuacja w zasadzie była podobna. Obydwoje mieli współmałżonków i obydwoje nie odczuwali radości życia. Cierpienie Rozalii musiało w gruncie rzeczy być wynikiem uczuciowego rozczarowania, dlatego w jej oczach nie gościła udręka, tylko cichy smutek, do którego kobieta chyba była już przyzwyczajona. Czyżby mąż jej nie kochał? Na to wyglądało...

Chcąc się upewnić co do swoich przypuszczeń, Alojzy zaczął delikatnie podpytywać Rozalię, czy ma jakieś problemy i czy mógłby jej w czymś pomóc. Napomknął, że jego teść jest prawnikiem, poza tym zna wielu innych wpływowych ludzi, więc gdyby potrzebowała wsparcia...

Reakcja Rozalii mocno go zaskoczyła. Pani Karska najpierw się zarumieniła, potem odpowiedziała cicho, że nie potrzebuje pomocy, a następnie... uśmiechnęła się do niego tak, jak nigdy wcześniej. Jej oczy rozjaśnił cudowny blask, gdy rzekła:

- Dziękuję! To miło z pana strony...

Wtedy zrozumiał, że wcześniej miał rację: ona po prostu nie czuła się kochana i potrzebowała odrobiny zwykłej ludzkiej życzliwości. Od tej pory częściej wciągał ją w rozmowy, bardziej entuzjastycznie chwalił przygotowywane przez nią posiłki, a nawet czasami żartował. Bez trudu zauważył, że to wszystko sprawiało jej przyjemność. Coraz pewniej się czuła w jego towarzystwie, coraz chętniej odpowiadała na pytania i coraz częściej się uśmiechała. Robiła wrażenie wręcz zadowolonej z możliwości dbania o niego i odwdzięczania się za tę odrobinę zainteresowania, jaką jej okazał.

Wszystko zmieniło się w początkach trzeciego tygodnia pobytu Felicji nad morzem. Alojzy wrócił wtedy do domu w świetnym humorze i od razu zajrzał do kuchni, chcąc sprawdzić, co Rozalia dla niego przygotowała. Musiał ją zaskoczyć, gdyż na jego widok szybko otarła oczy.

- Co się stało? - zapytał. - Czemu pani płacze?

- Bez powodu - wyjaśniła enigmatycznie. - Po prostu ciężko mi dziś na duszy...

Chyba nie wyglądał na przekonanego tą odpowiedzią, ponieważ dodała:

- Każdy ma czasem gorsze dni...

Wtedy spontanicznie zrobił coś, kierując się odruchem serca: podszedł do niej i zaczął całować te oczy, w których jeszcze pobłyskiwały łzy. Rozalia tylko przez chwilę wydawała się zdziwiona. Potem objęła go ramionami i przytuliła się ufnie jak zakochana dziewczyna. Pachniała świeżym masłem i wanilią, gdyż właśnie kończyła przygotowywać ciasto - te zapachy wydały mu się nagle najwspanialszym afrodyzjakiem. Całował ją coraz goręcej, a ona coraz goręcej odwzajemniała jego pocałunki.

Potem wszystko potoczyło się jak w cudownym śnie. Alojzy rozpiął guziki przy sukni Rozalii i smakował delikatność jej skóry na szyi, dekolcie oraz jędrnych piersiach. Jednocześnie tulił ją do siebie coraz mocniej, a ona zatapiała palce w jego włosach i odchylała głowę, jakby chciała ułatwić jego ustom wędrówkę po swoim ciele. Potem wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni...

Jeśli wcześniej miał wątpliwości, czy potrafi jeszcze rozbudzić namiętność w kobiecie, to teraz musiał je porzucić. Najwyraźniej wcale nie był na to za stary, gdyż Rozalia odwzajemniała jego pieszczoty z takim żarem, jakiego na próżno oczekiwał od swojej żony. Chyba chciała zatracić się w miłości i zapomnieć o całym świecie - podobnie jak on. Żadne z nich nie potrafiłoby powiedzieć, jak długo trwało to szaleństwo. Kiedy wreszcie się skończyło, leżeli przytuleni do siebie, oddychając głęboko w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa, niczym para rozbitków, która uratowała się z tonącego statku i trafiła na stały ląd. Mieli wrażenie, że życie dało im wspaniały, nieoczekiwany prezent...

***

Ten dzień zmienił wszystko. Potem kochankowie każdego popołudnia spędzali upojne chwile w sypialni Alojzego, beztrosko porzuconej przez Felicję dwa i pół roku wcześniej. Nie myśleli o swoich współmałżonkach, nie przeżywali dylematów moralnych, nie dbali o nic... Po prostu kochali się w zapamiętaniu, wiedząc, że nie zostało im dane wiele czasu. Chcieli do maksimum wykorzystać ten cudowny okres, gdy byli zupełnie sami, zapomniani przez cały świat, który wydawał się bardzo odległy. Obydwoje mieli bowiem świadomość, że ich szalona przygoda zakończy się wraz z powrotem rodziny profesora. Rozalia odważyła się wspomnieć o tym pierwsza.

- Teraz będzie mi łatwiej żyć - westchnęła któregoś wieczoru. - Będę miała co wspominać.

- Ja też - odparł Alojzy, wzdychając lekko.

- Przedtem wszystko było takie szare, smutne...

- I przygnębiające - uzupełnił.

W ten sposób przyznali się przed sobą, że nie byli szczęśliwi w swoich związkach. Nie wchodzili w szczegóły ani nie wymieniali imion współmałżonków, ponieważ było to niepotrzebne. Cechowała ich przecież taka sama chęć, by zaznać jeszcze odrobiny szczęścia, skoro niespodziewanie pojawiła się możliwość. Obydwoje wiedzieli, że będą musieli wrócić do dawnego życia i nadal akceptować je takim, jakie było, chociaż nie dawało im satysfakcji. Ta sprawa nie podlegała dyskusji, więc nie próbowali dalej planować romansu. Koncentrowali się wyłącznie na tym, co tu i teraz...

Przez te dwa wspaniałe tygodnie Alojzy miał wrażenie, że czas się cofnął, a on znowu jest szczęśliwym młodym człowiekiem - takim, jakim był w okresie małżeństwa z Jadwigą. Rozalia też wydawała się radosna jak dziewczyna, którą bez wątpienia była kiedyś - zanim życie przyniosło jej rozczarowania i zgasiło blask w oczach. Chcąc zatrzymać tę ułudę, rozmawiali tylko o drobiazgach, takich jak piękna pogoda, obfitość letnich owoców czy menu kolejnego obiadu. Nieświadomie negowali istnienie swoich problemów, jakby odłożenie ich na później mogło sprawić, że znikną.

Rzeczywistość dała o sobie znać na dwa dni przed powrotem Felicji z Juraty. Żona zadzwoniła do profesora i poinformowała go, kiedy może jej oczekiwać. Ku swemu zdumieniu ucieszył się jedynie z tego, że niebawem zobaczy synka. Nawet nie zwrócił uwagi na jej zawoalowaną aluzję do niespodzianki, jaką mu zrobi po przyjeździe, a wieczorem kochał się z Rozalią jeszcze namiętniej niż wcześniej...

Ona dopiero następnego dnia nawiązała w rozmowie do zbliżającego się rozstania - zapytała, co ma mu ugotować na ostatni obiad. Po chwili namysłu poprosił o taką samą pieczeń, jaką przygotowała za pierwszym razem, i o szarlotkę na deser. Jednak wcale nie miał apetytu. Wolał cieszyć się jej pięknym ciałem niż obiadem - nawet najpyszniejszym z możliwych.

Tego ostatniego wieczoru Rozalia została z nim dłużej. Mimo to nie mieli już takiego cudownego nastroju jak wcześniej. Ich pocałunki i pieszczoty niosły w sobie znamiona pożegnania...

- Zmieniłeś moje życie - powiedziała, gdy wychodziła. - Nigdy cię nie zapomnę.

- Ja ciebie też - odparł najzupełniej szczerze.

Wiedział, że teraz, leżąc samotnie w sypialni, będzie przynajmniej miał o czym myśleć.

***

W całej sprawie najbardziej dziwiło Alojzego nie to, że wplątał się w pozamałżeńską przygodę, lecz to, że nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. W jego odczuciu historia z Rozalią nie była w żaden sposób związana z codziennym życiem, na które składały się obowiązki męża i ojca. Stanowiła coś niezwykle osobistego, co dotyczyło tylko jego samego.

Poza tym czuł się w zasadzie porzuconym człowiekiem. Od czasu urodzenia dziecka Felicja traktowała go dość obojętnie, nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi i nie dzieliła z nim łoża. W rezultacie on też przestał się czuć z nią związany. Momentami miał wręcz absurdalne wrażenie, że znowu jest wdowcem...

W tych okolicznościach bardziej cieszył się z chwil szczęścia, które przeżył w ramionach Rozalii, niż martwił możliwymi konsekwencjami. Zresztą jakie mogły być konsekwencje? Nie zamierzał się przecież przyznawać do winy ani prosić o przebaczenie. W gruncie rzeczy było mu całkiem obojętne, co Felicja pomyślałaby o jego postępku, lecz i tak wolał zachować go w tajemnicy. Wiedział, że niektórzy skruszeni mężowie kajają się przed żonami, ale sam nie był skruszonym mężem. Nigdy nie zdradziłby Felicji, gdyby okazywała mu więcej uczucia - co do tego nie miał wątpliwości. Zrobił to, ponieważ w jakimś sensie go zostawiła, zatem nie musiał jej się tłumaczyć. Oczekiwał na powrót rodziny zupełnie spokojnie, w przekonaniu, że teraz życie wróci do swego zwykłego, nieco monotonnego biegu. W pewnej chwili jednak zaświtało mu w głowie niespodziewane pytanie: a jeśli Felicja sama się czegoś domyśli? Jeśli zauważy, że coś się zmieniło pod jej nieobecność? Co on jej wtedy powie?

Alojzy nie potrafił kłamać, być może dlatego, że nigdy wcześniej nie miał powodu. Był solidnym, uczciwym człowiekiem, na którym bliscy zawsze mogli polegać. W gruncie rzeczy nie miał pojęcia, czy będzie w stanie tym razem minąć się z prawdą, ale coś mu mówiło, że powinien. Przypomniał sobie bowiem rozmowę z Felicją w teatrze na temat piosenki Ordonki. Twierdziła wtedy, że nawet miłość nie może wybaczyć wszystkiego, gdyż byłaby to zachęta do dalszego niegodziwego postępowania. Zapewne jemu też by nie wybaczyła, zwłaszcza że jej miłość była sprawą nieco problematyczną - chyba faktycznie wyszła za niego wyłącznie po to, by nie zostać starą panną. W miarę upływu lat był o tym coraz bardziej przekonany. W tej sytuacji po prostu musiał skłamać, gdyby się czegoś domyśliła - wyprzeć się, zasugerować, że kieruje nią bezpodstawna zazdrość, a nawet wyśmiać ją. Przecież i tak nikt nie mógł mu niczego udowodnić! Tylko Rozalia mogłaby powiedzieć, co się między nimi wydarzyło, lecz ona również chciała zachować tę kwestię w tajemnicy, ponieważ miała męża...

Po przemyśleniu sprawy Alojzy postanowił zatem iść w zaparte i do niczego się nie przyznawać. Jeśli Felicja będzie miała jakieś podejrzenia, to obojętnie wzruszy ramionami i powie, że nie rozumie, o co jej chodzi. Taka taktyka na pewno sprawdzi się lepiej niż gwałtowne zaprzeczenia, które mogłyby utwierdzić ją w przekonaniu o słuszności żywionych podejrzeń.

Umocniony podjętym postanowieniem, przywitał żonę uśmiechem na twarzy, co spotkało się z jej entuzjastyczną reakcją. Od razu podeszła i przytuliła się do niego.

- Bardzo za tobą tęskniliśmy - powiedziała spontanicznie, całując go w policzek. - Ludwik codziennie pytał o tatę.

- To wspaniale - odparł odruchowo.

Odwzajemnił pocałunek żony, po czym chwycił synka w ramiona.

- Widzę, że się opaliłeś i zmężniałeś.

- Tak, apetyt dopisywał mu przez cały pobyt - potwierdziła Felicja. - Poza tym zachwycił się morzem i chciał bez przerwy chodzić na plażę. Nawet nie wiesz, ile zbudowaliśmy zamków z piasku!

- W takim razie na pewno się zahartował i nie dopadnie go żadne przeziębienie.

Alojzy bez trudu zauważył, że żona jest zadowolona z pobytu, pochłonięta wrażeniami i szczęśliwa.

Na jej twarzy też mógł dostrzec ślady przebywania na słońcu - rozjaśniał ją niezwykły blask i opromieniał delikatny złocisty koloryt, bez wątpienia dodający uroku. Właściwie Felicja wyglądała piękniej niż kiedykolwiek! Co więcej, jej twarz rozświetlało to wewnętrzne poczucie radości, które zawsze wzmacnia urodę kobiety.

Wszystko to powodowało, że nie przejawiała nawet cienia podejrzliwości.

Po powitaniu popatrzyła na niego z czułością w oczach i powiedziała:

- Wiele razy myślałam o tym, że zostałeś w Warszawie całkiem sam i siedzisz w tym pustym mieszkaniu nad pracami dyplomowymi swoich studentów. Miałam wyrzuty sumienia...

- Przecież wiesz, że nie mogłem wam towarzyszyć. Poza tym to nieistotnie. Najważniejsze jest zdrowie Ludwika i twoje dobre samopoczucie.

Ostatnie zdanie podyktowała mu chęć bycia miłym dla żony, która wyobrażała sobie, że przez cały miesiąc tęsknił za rodziną i walczył z poczuciem samotności. Nie miał przecież zamiaru wyprowadzać jej z błędu!

Tymczasem ona uśmiechnęła się tajemniczo i powiedziała:

- Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to jest wyjątkowo dobre. Pamiętasz, jak wspominałam przez telefon, że mam dla ciebie niespodziankę?

Bogiem a prawdą Alojzy zupełnie o tym zapomniał, lecz teraz skinął głową.

- Opowiem ci o niej przy kolacji. Ludwik na pewno szybko zaśnie, bo jest zmęczony po podróży.

Przewidywania Felicji sprawdziły się.

Chłopczyk chciał wprawdzie opowiedzieć tacie o swoich wspaniałych wakacjach, ale w połowie opowiadania poczuł się senny. Alojzy otulił go zatem kołderką, pocałował w czoło na dobranoc i wrócił do salonu, gdzie czekała na niego żona, zajęta nadzorowaniem przygotowań do wieczornego posiłku. Przyzwyczajony do skromnych, lecz pysznych dań serwowanych przez Rozalię, Alojzy ze zdumieniem zauważył, że będzie to wyjątkowa kolacja. Na stole pyszniły się: wędzony łosoś, kawior i sardele.

- Wszystko przywiozłam specjalnie dla ciebie - powiedziała Felicja.

- Co za niespodzianka! Mam białe wino, które będzie świetnie pasowało do tych specjałów. Może otworzę?

- Jeśli masz ochotę, to otwórz. Ja nie mogę teraz pić alkoholu.

- Dlaczego?

- Spodziewam się drugiego dziecka.

Alojzy aż usiadł z wrażenia. Przez chwilę odnosił wrażenie, że żona żartuje. Kiedy zaszła w ciążę, skoro prawie nie sypiali ze sobą...?

Dopiero po kilku minutach skojarzył, że spędzili razem noc po tym, jak zgodził się na wyjazd do Juraty. Felicja wtedy sama przyszła do niego...

- Cieszysz się? - zapytała teraz, odwzajemniając jego uśmiech.

- Oczywiście - powiedział nieswoim głosem. - Bardzo się cieszę.

***

Druga ciąża żony całkowicie zmieniła życie profesora. Przekonany, że opieka nad kolejnym maleństwem całkowicie pochłonie Felicję, coraz więcej czasu poświęcał synkowi i coraz mocniej doceniał uroki ojcostwa. Po pracy zawsze spędzał czas z Ludwikiem, bawił się z nim, zabierał na spacery... Nie chciał, aby chłopczyk poczuł się zaniedbywany, gdy zostanie braciszkiem, więc tłumaczył mu, że starsze dzieci w pewnym wieku przechodzą pod opiekę swoich tatusiów. Ludwik wydawał się zadowolony z tej zmiany, niewątpliwie dlatego, że tata miewał ciekawe pomysły na spędzanie czasu i bawił się z nim w "męskie zabawy" - budował wieże z klocków, uczył obsługiwać kolejkę, pokazywał, jak strzelać do celu. Kiedy Felicja szykowała się do porodu, obaj byli już bardzo zżyci.

Pod wpływem nowych wrażeń, jakich dostarczało mu ojcostwo, Alojzy pogodził się z tym, że jego życie uczuciowe w zasadzie dobiegło końca. Nie miał co do tego złudzeń - opieka nad dwójką dzieci musiała ostatecznie przypieczętować cielesne rozstanie z żoną. Wiedział, że teraz Felicja będzie miała kolejną wymówkę, aby nie odwiedzać małżeńskiej sypialni. Wspominał zatem przygodę z Rozalią jako piękne zakończenie pewnego etapu w życiu. Nie tylko nie miał wyrzutów sumienia, lecz nawet się cieszył, że było mu dane jeszcze coś przeżyć.

Rzecz jasna nikt nie podejrzewał go o romans. Jak na ironię druga ciąża żony stanowiła dla wszystkich koronny dowód na to, że ich małżeństwo okazało się bardzo udane. Profesorostwo Zielińscy i inni znajomi szczerze gratulowali mu powtórnego ojcostwa, a teściowie wprost rozpływali się z zachwytu nad perspektywą powtórnego zostania dziadkiem i babcią. Alojzy mógł zatem czuć się pewnie i bezpiecznie.

Pomny wydarzeń po urodzeniu Ludwika, spodziewał się, że żona znów zaanektuje maleństwo i nie pozwoli nikomu go dotknąć. Kiedy jednak na świat przyszła wyczekiwana dziewczynka, spotkała go niespodzianka. Felicja czuła się już dużo lepiej w roli matki, więc pozwalała swojej rodzicielce czasami zajmować się córeczką, a jemu - wychodzić z nią na spacery. Najwyraźniej nie bała się, że on nie zdoła zapewnić małej należytej opieki - czasami nawet chwaliła go za wspaniałe podejście do dzieci.

- Dasz sobie radę - mówiła, szykując Laurę do wyjścia. - Dzieci złapią trochę świeżego powietrza, a ja sobie odpocznę i może się prześpię...

W rezultacie profesor zżył się z córeczką znacznie wcześniej niż z synkiem. Poza tym miał do niej wyjątkową słabość, ponieważ była do niego niezwykle podobna: miała takie same rysy, takie same piwne oczy i taki sam uśmiech.

- Dziewczynki z reguły dziedziczą urodę po ojcach - mówił jego teść.

- Faktycznie - dodawała teściowa. - Ale Laura to po prostu wykapany tata.

Te słowa sprawiały mu dużą przyjemność. Nie mógł się oprzeć pokusie brania maleńkiej na ręce i kołysania jej do snu, chociaż w przypadku synka nigdy tego nie robił.

- Moja córeńka - powtarzał szeptem, gdy zamykała oczka. - Najdroższa, ukochana, jedyna...

To ostatnie słowo nie było zgodne z prawdą, ale o tym profesor jeszcze nie wiedział.