Sekret magika - Max Czornyj

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

W Antykwariacie Zamkowym można było spędzić cały dzień i się nie nudzić. Nie nudziłoby się zapewne, spędzając w nim nawet cały dzień oraz całą noc. Sklep z rozmaitymi starociami zajmował dwie komnaty we wschodnim skrzydle niewielkiego zamku (a właściwie fortalicji, lecz wytłumaczenie różnicy pozostawię Erykowi). Od podłogi po sam sufit wypełniały je regały, których półki uginały się pod ciężarem zakurzonych ksiąg, srebrnych świeczników, zegarków kieszonkowych, misternie wykonanych precjozów oraz mnóstwa przedmiotów, których przeznaczenia można się było jedynie domyślać. Do tego pomiędzy regałami znajdowały się mniejsze i większe skrzynie, szkatuły oraz zabytkowe meble.

W rogu mniejszej z komnat, za chińskim jedwabnym parawanem, znajdował się Sekretny Gabinet. Tak Zagadkowi Agenci nazywali tę niewielką, wydzieloną część pomieszczenia służącą im za główną siedzibę. Zgodnie z niepisaną umową zawartą z rodzicami Eryka oraz Romana dorośli nie mogli tam wchodzić. Mimo to w Sekretnym Gabinecie panował zadziwiający porządek. Centralny punkt stanowiło wielkie, bogato rzeźbione biurko z szufladami pełnymi szpargałów oraz notatek ze śledztw prowadzonych przez agentów. Naprzeciw niego znajdowało się okno, a po obu stronach przestrzeń zamykały przysadziste szafy.

To właśnie w Sekretnym Gabinecie tego przedpołudnia przesiadywali Zagadkowi Agenci. Był gorący, lipcowy dzień, od trzech tygodni trwały wakacje, a przyjaciele nie mieli nic specjalnego do roboty.

Eryk od godziny wertował pożółkły podręcznik kryminalistyki, a Ewa bawiła się Bestią - skonstruowanym przez jej tatę robotem przypominającym tygrysiątko. Bestia reagowała na kilka komend dźwiękowych oraz wymagała regularnego karmienia, czyli ładowania baterii. Dla dziewczynki stanowiła namiastkę prawdziwego pupila, na którego jej rodzice nie chcieli się zgodzić.

- Grzeczna Bestia, brawo! - Ewa zaklaskała z radości, gdy zabawka przeturlała się w cyrkowym popisie. - No, dalej, dalej!

Roman zerknął na nią z uśmiechem. Odłożył czasopismo o sporcie i zatrzymał bujany fotel, w którym siedział.

- Wiesz, że to nie jest prawdziwe zwierzę? - zagadnął, przechylając głowę.

- Oczywiście - odparła z determinacją Ewa. - Masz mnie za szaloną?

- Po co więc te wszystkie pochwały? Bestia ich nie rozumie.

- Tego nie możesz wiedzieć. Tata twierdzi, że sztuczna inteligencja jest przez ludzi bardzo niedoceniana.

- Jest sztuczna, więc z pewnością nie ma uczuć.

- A jeśli ma, tylko nie chcemy tego zaakceptować?

Roman pokręcił głową. Ciężko westchnął i spojrzał w stronę Eryka, jakby szukał pomocy. Jednak jego brat był całkowicie pochłonięty lekturą.

- Układ scalony i kilka kabelków nie może mieć emocji - powiedział z naciskiem.

Ewa nie zamierzała ustąpić.

- Właśnie że może. Jesteś zbyt ograniczony, aby chociaż dopuścić taką możliwość.

- Bo to bzdura.

- Mój tata mówi, że człowiek też jest obdarzony rodzajem sztucznej inteligencji. To kwestia szerszego spojrzenia na ten temat.

- Nie jestem robotem, nie stworzył mnie...

Roman chciał powiedzieć, że nie stworzył go człowiek, ale zdał sobie sprawę, że to przecież nieprawda. Niektórzy od dziecka mówili, że stworzył go Bóg, a inni, że jest dziełem mamy i taty. Westchnął. Dostrzegł, że Eryk oderwał się od książki i spogląda za okno. Rozciągał się z niego rozległy widok na ogród oraz główny podjazd do zamku.

- Coś tam zobaczył? - zagadnął, widząc na twarzy brata wyraz zainteresowania. - Znowu przyszły zające?

- Nie. - Eryk odchylił się w fotelu i zmarszczył czoło. - Ktoś idzie spotkać się z nami.

- Skąd wiesz? Może po prostu to klient antykwariatu.

Roman podszedł do biurka i spojrzał za okno. Zobaczył chłopca mniej więcej w ich wieku, który dziarsko maszerował w stronę zamku. Bacznie się przy tym rozglądał.

- Po pierwsze - Eryk uniósł dłoń i wyprostował palec wskazujący - nie mamy tu wielu klientów w tym wieku. Po drugie - w ślad za palcem wskazującym podążył palec środkowy - ten chłopiec jest tu po raz pierwszy, idzie w konkretnym celu. Po trzecie - śladem dwóch poprzednich palców podążył kciuk - zdaje się, że ma zapłakane oczy. Płacz oznacza jakiś problem, a my jesteśmy od rozwiązywania problemów.

Ewa spojrzała z uznaniem na Eryka. Poklepała po głowie Bestię, po czym również podeszła do okna.

- Koniec lenistwa, koniec nudy! Chyba będziemy mieć nową sprawę. - Uśmiechnęła się szeroko. - Zagadkowi Agenci wracają do akcji?

Eryk w zadumie pokiwał głową. Był ogromnie ciekawy, z jakim problemem przychodzi do nich ten chłopiec. Po chwili, zgodnie z jego oczekiwaniami, zabrzęczał mosiężny dzwonek zainstalowany przy drzwiach antykwariatu.

 

- Odrestaurowaną? - zdziwił się Witold. - Jest tu jakaś restauracja?

Młodszy z braci Deryłów westchnął.

- "Odrestaurowana" znaczy, że ją zrewitalizowano.

- Zre... Co takiego?

- Zrewitalizowano, czyli odbudowano lub odnowiono. Jeszcze kilkanaście lat temu większość tego budynku była kupą gruzów, które nasi rodzice stopniowo przywracali do poprzedniego, oryginalnego kształtu.

Witold Kotwicki był pod coraz większym wrażeniem. Z zainteresowaniem przypatrywał się kolejnym przedmiotom. Podskoczył, gdy zza jednego z regałów dobiegł stukot.

- Co tam, dzieciaki, bawicie się? - W przejściu pojawił się wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Był to pan Józef, tata Eryka i Romana. Uśmiechnął się szeroko, po czym odstawił na jedną z półek zabytkowy kandelabr. - Później przyda mi się wasza pomoc.

- Teraz jesteśmy zajęci - wyjaśnił Roman. - Musimy pomóc Witkowi.

- Pomóc? Pomaganie innym to bardzo ważna sprawa. Ale pamiętajcie, że i mnie będziecie potrzebni.

Eryk kiwnął głową.

 

 

- Dobrze, tato. Daj nam trochę czasu.

Chłopcy czym prędzej zniknęli mężczyźnie z oczu i poprowadzili nowego kolegę za chiński parawan. Przedstawili Witkowi czekającą w Sekretnym Gabinecie Ewę, a następnie wskazali, by usiadł na czarnym, hebanowym krześle.

- Czy tu straszy? - Witek najwyraźniej był tak podekscytowany miejscem, że na chwilę zapomniał o własnym problemie. - W starych domach chyba często straszy.

Eryk z lekceważeniem wzruszył ramionami.

- Nie. Choć ten budynek z pewnością ma duszę.

- W przeciwieństwie do Bestii. - Roman nie mógł się powstrzymać przed zrobieniem przytyku Ewie.

Dziewczynka zerknęła na robota, który przykuł uwagę Witka. Chłopiec przykucnął, by się mu bliżej przyjrzeć, i wyciągnął dłoń.

- Łał, ale czadowy!

- Też tak myślę. - Ewa się uśmiechnęła i nacisnęła jeden z guzików na niewielkim pilocie. Mały, mechaniczny tygrys otworzył oczy, po czym się przeciągnął. Witek aż podskoczył z wrażenia.

- To kompletny odlot! - krzyknął. - Czy rozwiązaliście wiele spraw?

- Pomogliśmy kilku osobom - odparł skromnie Eryk.

- Mam nadzieję, że uda się wam pomóc również mnie... Choć nie mogę dużo zapłacić.

Roman się skrzywił i założył dłonie za głowę.

- Nawet o tym nie myśl! Za nasze śledztwa nie przyjmujemy pieniędzy.

- A co?

- Obietnicę pomocy, gdybyśmy jej kiedyś potrzebowali.

- I nic więcej?

- Nic.

Witek przez chwilę się zastanawiał, wreszcie skinął głową i uśmiechnął się słabo.

- Na to chyba mógłbym przystać.

Eryk podszedł do niego i chłopcy na znak umowy podali sobie dłonie.

- Teraz musisz nam opowiedzieć, co się stało.

- Mam nadzieję, że mi uwierzycie. To wszystko brzmi nieprawdopodobnie, zupełnie jak z jakiegoś horroru. Będziecie musieli zmierzyć się z prawdziwą czarną magią...

 

Drodzy Przyjaciele, teraz wraz z Witkiem przenieśmy się o dwa dni w przeszłość. Wysłuchajmy jego opowieści.

 

 

 

- Słyszałeś o Szalonym Magiku?

Marek Kruk, tęgi, ostrzyżony na jeża szesnastolatek, spojrzał głęboko w oczy Witka. Był osiedlowym rozrabiaką, którego większość dzieci się bała. Za plecami nazywano go Zbirem, ale w bezpośrednich kontaktach pozostawał po prostu Krukiem.

- O Szalonym Magiku? - Witek zmarszczył czoło. - To ten od znikających zwierząt i czarnej magii?

Kruk przewrócił oczami. Chłopcy stali na osiedlowym boisku, czekając na przyjście reszty towarzystwa. W wakacje codziennie koło osiemnastej rozgrywano mecze. Była to niepisana tradycja, zdawało się, że to rytuał trwający od pokoleń.

- Czarna magia nie istnieje - wycedził Kruk. - To wyssane z palca bajeczki dla takich naiwniaków jak ty.

- Ale w szkole panie przestrzegały przed chodzeniem na takie przedstawienia. Przynajmniej bez wiedzy rodziców.

- Gdyby rodzice o nich wiedzieli, nie miałyby sensu. Wtedy nie byłoby czego się bać.

- Czyli w przeciwnym razie jest się czego bać?

Kruk ponownie przewrócił oczami i podniósł z ziemi piłkę. Wsadził ją sobie pod ramię.

- Widziałem już przedstawienie Szalonego Magika. - Konspiracyjnie zniżył ton, po czym uważnie się rozejrzał. Od strony osiedla maszerowała grupka składająca się z dwóch chłopców oraz kilku dziewcząt. - Naprawdę jest niesamowity, choć to, co robi, to nie jest żadna magia.

- A co takiego robi?

- Jego sztuczki po prostu trzeba zobaczyć. O pewnych sprawach nawet lepiej nie mówić.

Witek z zainteresowaniem przygryzł usta. Przestąpił z nogi na nogę, po czym cicho mlasnął.

- I nie powiesz nic więcej? Proszę...

- Nie mogę. Wszyscy zobowiązują się do zachowania całkowitej tajemnicy.

- A jeśli ją zdradzą?

Kruk zaśmiał się nerwowo.

- Podobno zdrajcy tracą dusze lub przepadają bez wieści. - Nastolatek podrzucił piłkę i kopnął ją w stronę nadchodzących chłopców. - Ale kto ich tam wie.

- Mówiłeś przecież, że czarna magia nie istnieje.

- Tyle że lepiej nie ryzykować, prawda? Poza tym musisz przekonać się sam.

Witek aż poczerwieniał z ciekawości. Kątem oka dostrzegł, że wszystkie dzieci zdają się czymś podekscytowane i rozmawiają przyciszonymi głosami. Domyślał się tematu ich rozmów. Zazwyczaj trzymał się na uboczu, lecz teraz był dumny, że Kruk dopuścił go do sekretu.

- Masz.

Szesnastolatek wyciągnął z kieszeni świstek i podał mu ukradkiem.

- Założę się, że i tak będziesz miał pietra.

- Nie, no skąd...

- Musiałbyś wziąć ze sobą Toskę.

Toska była trzymiesięcznym szczeniakiem cane corso. Witek dostał ją od rodziców na dziesiąte urodziny po bardzo długich prośbach i zaklinaniach, że będzie się zajmował psem najlepiej, jak potrafi. Na ogół dotrzymywał słowa, choć tego popołudnia wyjątkowo pojawił się na podwórku bez swojej podopiecznej.

 

Tekst ? Max Czornyj, 2022

Ilustracje ? Ola Stępień, 2022

Copyright ? by Grupa Wydawnicza FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Wydanie pierwsze, Poznań 2022

 

PROJEKT OKŁADKI: Katarzyna Bajerowicz

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Ola Stępień

REDAKTOR PROWADZĄCA: Natalia Szenrok-Brożyńska

REDAKCJA: Karol Francuzik

KOREKTA: Małgorzata Kuśnierz, Aleksandra Deskur

SKŁAD I ŁAMANIE: Monolitera Piotr Przepiórkowski

Druk: EDICA

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

"DARKHART"

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8280-092-0

 

 

Wydawnictwo FRAJDA

Imprint Grupy Wydawniczej FILIA Sp. z o. o.

www.wydawnictwofrajda.pl

 

Grupa Wydawnicza FILIA Sp. z o. o.

ul. Franciszka Kleeberga 2

61-615 Poznań

www.wydawnictwofilia.pl