Sekcja M. Tom I - Christina Larsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

- Mama jest naj­waż­niej­szą osobą w moim ży­ciu. Za­wsze stała u mego boku i dla­tego chcę dla niej jak naj­le­piej. Mu­szę być pewna, że otrzyma wła­ściwą opiekę. Zbyt czę­sto czy­ta­łam o do­mach opieki, w któ­rych pen­sjo­na­riu­szom nie po­zwa­lano wy­cho­dzić na świeże po­wie­trze, a w cza­sie ad­wentu nie po­da­wano im do kawy bu­łe­czek sza­fra­no­wych.

Edvard Bro­ling ski­nął głową na znak, że po­dziela tę opi­nię, i lekko zmarsz­czył czoło. To je­den z jego do­brze wy­uczo­nych ge­stów. Po­woli splótł dło­nie i po­chy­lił się w kie­runku sie­dzą­cej na­prze­ciwko ko­biety.

- Bar­dzo do­brze pa­nią ro­zu­miem. To, o co pani pyta, znaj­duje się w ofer­cie na­szego ośrodka w Lin­g?r­den. Zwró­ciła się pani do wła­ści­wej pla­cówki.

Ko­bieta miała czter­dzie­ści kilka lat i wy­glą­dała na za­możną. Miała mar­kową, eks­klu­zywną to­rebkę i ele­ganc­kie ubra­nie. Ciemne, pra­wie czarne włosy się­gały jej do ra­mion. Bro­ling za­sta­na­wiał się przez chwilę, czy to nie pe­ruka. Ko­bieta za­cho­wy­wała się tro­chę sztywno i sztucz­nie. Spoj­rzała na niego ba­daw­czym wzro­kiem, jakby nie mo­gła się zde­cy­do­wać, czy jest wia­ry­godny. W końcu na jej twa­rzy po­ja­wił się po­wścią­gliwy uśmiech.

- Pro­szę mi wy­ba­czyć, nie chcia­łam być nie­grzeczna.

- Nic się nie stało. Jak już wspo­mnia­łem, do­sko­nale ro­zu­miem, co pa­nią nie­po­koi. Czy ży­czy pani so­bie, że­bym jesz­cze raz opro­wa­dził ją po na­szym ośrodku? A może ma pani do­dat­kowe py­ta­nia?

Bro­ling z tru­dem nad sobą pa­no­wał. Ko­bieta była u niego od dwóch go­dzin. Za­da­wała py­ta­nia, wy­piła za­ofe­ro­waną jej kawę, a mimo to wciąż za­cho­wy­wała się tak, jakby nie mo­gła się zde­cy­do­wać. Ta­kie ko­biety po­trze­bują sta­now­czej ręki. Do­brze by jej zro­biło, gdyby ktoś ją prze­le­ciał. Mó­wiąc krótko: przy­dałby się jej chłop z ku­ta­sem, żeby mo­gła się tro­chę roz­luź­nić. Na myśl o tym do­stał wzwodu. Czy pod­ję­cie de­cy­zji na­prawdę jest ta­kie trudne? Wo­lał się jed­nak nie de­ner­wo­wać i nie oka­zy­wać, że ma waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Mo­głoby to znie­chę­cić ko­bietę do umiesz­cze­nia swo­jej cier­pią­cej na de­men­cję matki w ośrodku. Musi się ha­mo­wać, bo po­trze­buje pie­nię­dzy. Pu­ste łóżko to utra­cony zysk.

- Prze­ko­nał mnie pan - po­wie­działa w końcu ko­bieta. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem wstała z krze­sła i strzep­nęła ze spód­nicy kilka nie­wi­dzial­nych pył­ków. - Dzię­kuję za po­świę­cony czas i in­for­ma­cje, któ­rych mi pan udzie­lił.

Mó­wiąc to, wska­zała bro­szurki, które do­stała od Bro­linga, i uśmiech­nęła się do niego, tym ra­zem tro­chę cie­plej niż po­przed­nio.

- Od­no­szę wra­że­nie, że to przy­ja­zne miej­sce i mo­jej ma­mie bę­dzie tu na­prawdę do­brze.

Bro­ling też wstał z krze­sła, ob­szedł biurko, po­dał ko­bie­cie rękę i od­pro­wa­dził ją do drzwi. Na­gle ko­bieta się za­trzy­mała.

- Bar­dzo prze­pra­szam, ale czy mo­gła­bym pana o coś po­pro­sić?

- Oczy­wi­ście - od­parł Bro­ling, roz­kła­da­jąc ręce. - W czym mogę po­móc?

O co jej znowu cho­dzi? - po­my­ślał z nie­za­do­wo­le­niem. Niech to szlag! Żeby się tylko nie roz­my­śliła.

- Chcia­ła­bym się cze­goś na­pić. Czy mogę do­stać szklankę wody?

Bro­ling od­wró­cił się i spoj­rzał na tacę. Stały na niej dwie fi­li­żanki, ta­le­rzyk z kil­koma cia­stecz­kami i ter­mos z kawą. Za­czął się za­sta­na­wiać, czy wy­pada mu wziąć fi­li­żankę, z któ­rej ko­bieta piła wcze­śniej kawę, iść do ła­zienki i na­lać do niej wody? Chyba nie, zro­bi­łoby to na ko­bie­cie nie­ko­rzystne wra­że­nie. Mo­głaby so­bie po­my­śleć, że w po­dobny spo­sób per­so­nel ośrodka trak­tuje swo­ich pod­opiecz­nych. Za­ci­snął zęby.

- Służę uprzej­mie - od­parł.

Wy­szedł z ga­bi­netu i wró­cił ze szklanką wody. Ko­bieta wy­piła kilka ły­ków i po­pa­trzyła na niego z wdzięcz­no­ścią. Bro­ling od­pro­wa­dził ją do wyj­ścia, po czym wró­cił do ga­bi­netu, usiadł przy biurku i włą­czył kom­pu­ter. Szybko wpi­sał do prze­glą­darki ad­res strony z grami ha­zar­do­wymi i za­lo­go­wał się. Od razu po­czuł, jak ogar­nia go na­pię­cie i bu­dzi się w nim na­dzieja. Dziś wie­czo­rem znowu za­gra w po­kera. Za­pi­sał się wczo­raj i wła­śnie otrzy­mał po­twier­dze­nie, że przy­znano mu miej­sce przy sto­liku. Gra to­czyć się bę­dzie o wy­so­kie stawki, ale wy­grane też będą nie­małe. Do ta­kiej gry nie siada byle kto. Ostat­nio karta mu nie szła i sporo prze­grał, ale ma prze­czu­cie, że dzi­siaj pój­dzie mu le­piej. Może po­wi­nien za­grać o wy­soką stawkę? Po­ka­zać po­zo­sta­łym gra­czom, z kim mają do czy­nie­nia? Po za­sta­no­wie­niu po­sta­no­wił za­grać o wię­cej i od razu prze­lał na swoje pry­watne konto po­nad sie­dem­dzie­siąt ty­sięcy z konta At­tica Care. Było nie było, jest wła­ści­cie­lem firmy i jej dy­rek­to­rem na­czel­nym. Główny księ­gowy bę­dzie ma­ru­dził, ale do­brze mu płaci, więc na pewno znaj­dzie ja­kieś roz­wią­za­nie.

Na jego biurku le­żało kilka wy­dru­ko­wa­nych fak­tur, które cze­kały na za­pła­ce­nie. Za­klął w my­ślach. Ma do spła­ce­nia raty za nowy sa­mo­chód i miesz­ka­nie w Mar­belli, które ku­pił wio­sną. Uśmiech­nął się do sie­bie. Uwiel­bia to uczu­cie, gdy su­nie bez­sze­lest­nie swoją te­slą i wi­dzi za­zdro­sne spoj­rze­nia. Kosz­tuje go to mnó­stwo pie­nię­dzy, ale warte jest efektu.

Gło­śno wes­tchnął. Przez pe­wien czas miał pro­blemy z wpły­wami z dru­giego źró­dła swo­ich do­cho­dów. Po­wi­nien zak­tu­ali­zo­wać stronę in­ter­ne­tową i umie­ścić na niej nowe zdję­cia i filmy. Przez ostat­nie pół roku mu­siał się ogra­ni­czyć, ale gdy tylko umowy zo­staną prze­dłu­żone, wszystko wróci do normy. Za­dzi­wia­jąco wiele osób jest go­to­wych za­pła­cić za to, co im ofe­ruje. Nie mógł się już do­cze­kać, kiedy znowu za­czną wpły­wać nowe za­mó­wie­nia. Dzięki nim nie bę­dzie mu­siał uśmie­chać się przy­mil­nie do ta­kich bab jak ta, która była tu przed chwilą, a tym bar­dziej im nad­ska­ki­wać.

Na­gle roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Za­mknął okienko prze­glą­darki i za­wo­łał po­iry­to­wany:

- Pro­szę wejść!

Drzwi się otwo­rzyły i w progu sta­nęła za­rzą­dza­jąca ośrod­kiem Mar­ga­reta Ohlin z se­gre­ga­to­rem pod pa­chą.

Bro­ling zer­k­nął na ze­ga­rek. Wpół do je­de­na­stej. Po­czuł bur­cze­nie w brzu­chu. To znak, że jest głodny. Po­stara się jak naj­szyb­ciej za­ła­twić sprawy, które ma z nią do omó­wie­nia, a po­tem pój­dzie na lunch.

- Słu­cham - po­wie­dział, kiedy Ohlin usia­dła na sto­ją­cym przed biur­kiem krze­śle.

- Bar­dzo się cie­szę, że bę­dziemy mo­gli po­roz­ma­wiać - za­częła. - Jest kilka spraw, które po­win­ni­śmy omó­wić.

Bro­ling zro­bił po­nurą minę i gło­śno wes­tchnął. Od razu za­uwa­żył, że ta­kim za­cho­wa­niem ze­stre­so­wał pod­władną.

- Na obecną chwilę po­byt w na­szym ośrodku kosz­tuje wię­cej niż w in­nych po­dob­nych pla­ców­kach - kon­ty­nu­owała Ohlin. - Na dłuż­szą metę jest to nie do utrzy­ma­nia. Czy ma pan ja­kiś plan oszczęd­no­ściowy?

Bro­ling uśmiech­nął się. Z ko­bie­tami po sześć­dzie­siątce za­wsze ła­two so­bie ra­dził. Ohlin za­czer­wie­niła się na twa­rzy i spu­ściła wzrok.

- Bę­dziemy mieć nową pen­sjo­na­riuszkę - po­wie­działa, po­da­jąc mu przez stół wy­peł­nione do­ku­menty. - Zgło­sił ją ktoś z ro­dziny.

- Co mam z tym zro­bić? - spy­tał Bro­ling.

- Po­my­śla­łam, że może chciałby pan...

- Nie mam ochoty. To na­leży do pani obo­wiąz­ków i za to pani płacę. Tak trudno to zro­zu­mieć?

Ohlin po­krę­ciła głową.

- Ko­lejna sprawa: jedna z sa­lo­wych zgło­siła brak zgod­no­ści w...

- Jest za­trud­niona na etat?

- Nie.

- To pro­szę ją zwol­nić.

- Ale prze­cież...

Bro­ling wstał z krze­sła, oparł dło­nie o biurko i po­chy­lił się do niej.

- Po­wiem wprost: od na­stęp­nego ty­go­dnia ma pani uzgad­niać gra­fik dy­żu­rów z tym, który obo­wią­zuje w na­szych pla­ców­kach w So­l?sen i Aspud­den. Obiema za­rzą­dza Ka­te­rina Sto­ica. Musi się pani od niej wiele na­uczyć. Pro­szę oszczę­dzać na pie­lu­chach i ogra­ni­czyć za­stęp­stwa w te­ra­pii za­ję­cio­wej. Lu­dziom, któ­rzy cier­pią na de­men­cję, jest to obo­jętne. Ro­zu­miemy się?

Ohlin ski­nęła głową. Bro­ling za­uwa­żył, że zbiera jej się na płacz, ale udał, że tego nie wi­dzi.

- To wszystko na dzi­siaj - za­koń­czył i spoj­rzał na ekran kom­pu­tera. Dla niego spo­tka­nie do­bie­gło końca. Kiedy Ohlin wstała z krze­sła i ru­szyła do drzwi, gło­śno chrząk­nął. Ko­bieta się od­wró­ciła i po­pa­trzyła na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

- Pro­szę przy­go­to­wać ra­port i w ciągu ty­go­dnia wy­słać mi go ma­ilem.

- Oczy­wi­ście. Tak zro­bię.

- Dzię­kuję. Pro­szę za­mknąć za sobą drzwi.

Le­d­wie Ohlin wy­szła z po­koju, Bro­ling wy­buch­nął śmie­chem, który był tak obez­wład­nia­jący, że męż­czy­zna mu­siał za­kryć usta dło­nią, by idąca ko­ry­ta­rzem Ohlin już tego nie usły­szała. Boże, co za stra­chajło! Na do­da­tek bar­dzo jej za­leży, żeby ro­bić wszystko zgod­nie z jego wolą. Wcale go to nie dzi­wiło: to w końcu on ura­to­wał jej kie­dyś skórę, gdy zna­lazł w jej biurku złoty ze­ga­rek na­le­żący do jed­nego z pen­sjo­na­riu­szy. Pró­bo­wała tłu­ma­czyć, że zna­la­zła go w ja­dalni i za­mie­rzała prze­trzy­mać u sie­bie do czasu, aż bę­dzie wia­domo, do kogo na­leży.

Ko­niecz­nie mu­siał coś zjeść. Po­kle­pał się po brzu­chu, żeby spraw­dzić, czy w kie­szeni ma­ry­narki ma te­le­fon, i się­gnął po wi­szący na ha­czyku koło drzwi płaszcz marki Hugo Boss. Wziął do rąk sza­lik z tą samą metką i wpraw­nie ufor­mo­wał wę­zeł pa­ry­ski. Za każ­dym ra­zem sta­rał się ro­bić to nie­zwy­kle ele­gancko. Chciał za­piąć płaszcz pod szyją, ale za­uwa­żył, że ostatni gu­zik od­padł. Od razu się zi­ry­to­wał. Ku­pu­jąc odzież z tej półki, ocze­kuje się, że gu­ziki są na­le­ży­cie przy­szyte. Trudno, odda go do krawca, a ra­chu­nek za usługę wy­śle do sklepu, w któ­rym do­ko­nał za­kupu.

Za­kła­da­jąc rę­ka­wiczki, zer­k­nął na tacę, która zo­stała w po­koju. Dla­czego Mar­ga­reta nie za­brała jej ze sobą? Znie­cier­pli­wiony zdjął jedną rę­ka­wiczkę i wci­snął kla­wisz we­wnętrz­nego te­le­fonu. Cze­ka­jąc na po­łą­cze­nie, wpa­try­wał się w ślady szminki na fi­li­żance. W słu­chawce roz­le­gły się trza­ski, a po­tem usły­szał głos dy­rek­torki, która przed­sta­wiła się z imie­nia i na­zwi­ska.

- Pro­szę za­brać tacę z mo­jego po­koju - po­wie­dział i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, roz­łą­czył się. Przez cały czas wpa­try­wał się w ślad szminki na fi­li­żance, z któ­rej piła przed chwilą ko­bieta. Szminka była w ko­lo­rze krwi. Za­uwa­żył też, że na tacy nie ma fi­li­żanki, z któ­rej on pił kawę. Ro­zej­rzał się po po­koju. Dziwne, był pe­wien, że ją tam po­sta­wił. Jed­nak sły­sząc bur­cze­nie w brzu­chu, wzru­szył ra­mio­nami, za­brał ak­tówkę i wy­szedł z po­koju.

ROZ­DZIAŁ 2

Nora Fel­ler wes­tchnęła, wsu­nęła dło­nie w kie­sze­nie dżin­sów i ro­zej­rzała się po po­koju. Z su­fitu zwi­sała ża­rówka bez aba­żuru, która oświe­tlała ja­sno­be­żowe ta­pety. Na ścia­nach wi­dać było ślady po ob­ra­zach i in­nych przed­mio­tach, które kie­dyś tu wi­siały. Miała szczę­ście, że udało jej się tak szybko wy­na­jąć miesz­ka­nie na cały rok, i to sto­sun­kowo bli­sko cen­trum Göte­borga. Przy ścia­nie je­dy­nego po­koju stały kar­tony z jej rze­czami, skła­dana wer­salka, re­gał na książki i kilka wa­li­zek z ubra­niami. Obok le­żał zwi­nięty dy­wan. Na pa­ra­pe­cie okna, z któ­rego roz­ta­czał się wi­dok na brzydki ko­ściół, sklep spo­żyw­czy i rondo z to­rami tram­wa­jo­wymi, stały dwa roz­ga­łę­zione kwiaty z ga­tunku za­mio­kul­kas za­mio­listny, a obok nich or­chi­dea, która w cza­sie prze­pro­wadzki do­znała po­waż­nego uszczerbku. Nora do­szła do wnio­sku, że naj­le­piej bę­dzie je wszyst­kie wy­rzu­cić i ku­pić nowe. Sama nie wie, po co przy­wio­zła je ze swo­jego po­przed­niego miesz­ka­nia. Na­gle uświa­do­miła so­bie, że całe jej do­tych­cza­sowe dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nie ży­cie zmie­ściło się na nie­wielu me­trach kwa­dra­to­wych cu­dzego, brzyd­kiego miesz­ka­nia. Za­gry­zła wargi, żeby nie wy­buch­nąć pła­czem. Wszystko od­było się tak szybko. Przy­po­mniała jej się prze­pro­wa­dzona przed dwoma ty­go­dniami roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna.

Kiedy do niej za­dzwo­nili i za­ofe­ro­wali to sta­no­wi­sko, zgo­dziła się bez wa­ha­nia. Po tym, co wy­da­rzyło się wcze­śniej, nie było sensu da­lej tkwić w Ka­tri­ne­hol­mie. Chciała uciec od do­tych­cza­so­wego ży­cia z Kri­stia­nem i pracy na ko­men­dzie, gdzie jako śled­cza zaj­mo­wała się bar­dzo po­waż­nymi spra­wami. Te­raz, gdy jest już po wszyst­kim, czuje się tak, jakby tamte cztery lata zo­stały wy­kre­ślone z jej ży­cia.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Za nie­całą go­dzinę po­winna się sta­wić na ko­men­dzie po­li­cji przy Ernst Fon­tells Plats, na­prze­ciwko hali spor­towo-wi­do­wi­sko­wej Ul­levi. My­jąc zęby, wpa­try­wała się w swoje od­bi­cie w lu­strze. Po­sta­no­wiła, że zwiąże ciem­no­brą­zowe włosy w koń­ski ogon, za­miast pusz­czać je luźno na ra­miona. Po­winna wy­glą­dać po­waż­nie. Jej strój na ten dzień był do­kład­nie prze­my­ślany: czarna ma­ry­narka, do­pa­so­wane do niej spodnie, biała ko­szula z de­kol­tem, perły w uszach, a do tego pro­sty złoty łań­cu­szek z ser­dusz­kiem. Chciała wy­glą­dać na­tu­ral­nie, pro­fe­sjo­nal­nie, żeby nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Wy­pluła pa­stę do umy­walki, po­chy­liła się i na­brała do ust wody z kranu. Od­chy­liła głowę, żeby je wy­płu­kać, ale za­krztu­siła się i kasz­ląc, wy­pluła resztę wody. Oczy za­szły jej łzami, ma­skara roz­ma­zała się po twa­rzy. Niech to szlag! Ode­rwała długi ka­wa­łek pa­pieru to­a­le­to­wego, żeby otrzeć nim usta i skórę pod oczami. Po­pa­trzyła w lu­stro i zo­ba­czyła w nim twarz zde­spe­ro­wa­nej osoby. Wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów przez nos i wy­pu­ściła po­wie­trze ustami. Mu­siała ja­koś za­pa­no­wać nad my­ślami i uczu­ciem nie­po­koju. Od tej pory nie ma drogi od­wrotu, musi iść do przodu. Inna po­stawa jest wy­klu­czona.

*

Do prze­je­cha­nia miała szes­na­ście mi­nut. Zgod­nie z tym, co po­ka­zy­wała jej apli­ka­cja, ostatni od­ci­nek, ja­kieś cztery mi­nuty, przej­dzie pie­chotą. Ja­dąc tram­wa­jem, do­szła do wnio­sku, że miała dużo szczę­ścia, po­nie­waż udało jej się do­stać pracę w cha­rak­te­rze śled­czej w sek­cji do spraw za­bójstw, czyli Sek­cji M. Była to nie­za­leżna ekipa zło­żona z wy­so­kiej klasy spe­cja­li­stów z róż­nych dzie­dzin kry­mi­na­li­styki. Ce­lem ist­nie­nia grupy było roz­wią­zy­wa­nie spraw, które - na co wszystko wska­zy­wało - do­ty­czyły za­bójstw z pre­me­dy­ta­cją, a jed­no­cze­śnie można było z góry wy­klu­czyć prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­waną.

Ża­ło­wała, że przed prze­pro­wadzką nie miała dla sie­bie wię­cej czasu, ale od roz­mowy, pod­czas któ­rej za­pro­po­no­wano jej pracę, i od przy­ję­cia oferty mi­nęło za­le­d­wie kilka dni. Cały ten czas po­świę­ciła na pa­ko­wa­nie, za­my­ka­nie spraw, które miała na biurku, prze­ka­zy­wa­nie ich in­nym śled­czym i trzy­ma­nie Kri­stiana na dy­stans. Wczo­raj wie­czo­rem przy­je­chała do Göte­borga wy­na­jętą fur­go­netką, którą po roz­ła­dunku i prze­nie­sie­niu rze­czy do swo­jego no­wego miesz­ka­nia na par­te­rze od­sta­wiła na sta­cję ben­zy­nową. Za­nim się na nie zde­cy­do­wała, oglą­dała je w ser­wi­sie in­ter­ne­to­wym Bloc­ket.se. To jej drugi po­byt w Göte­borgu. Za pierw­szym ra­zem przy­je­chała tu z wy­cieczką szkolną pod ko­niec pod­sta­wówki. Uśmiech­nęła się do sie­bie. To, co zo­stało jej w gło­wie po wi­zy­cie w parku roz­rywki Li­se­berg, Mu­zeum Mor­skim i parku Slot­ts­sko­gen, nie przyda jej się w no­wej pracy.

Za każ­dym ra­zem, kiedy mo­tor­ni­czy ha­mo­wał, tram­waj zgrzy­tał i chrzę­ścił, a jej dzwo­niło w uszach. Sta­rała się za­pa­mię­ty­wać przy­stanki, na któ­rych się za­trzy­my­wali: Här­landa, Red­berg­splat­sen, Ol­skrok­stor­get, Svin­geln. Prze­jeż­dżali też koło cmen­ta­rza, przy któ­rego wej­ściu wy­gra­we­ro­wano słowa Me­mento mori. Po­czuła ucisk w piersi. Przy­po­mniały jej się groźby, które Kri­stian kie­ro­wał wo­bec niej po tym, jak z nim ze­rwała, gdy so­bie uświa­do­mił, że nie żar­to­wała i rze­czy­wi­ście chce się z nim roz­stać.

- Spró­buj mnie zo­sta­wić, a zgo­tuję ci ta­kie pie­kło, że po­pa­mię­tasz. Po­waż­nie się za­sta­nów i nie pró­buj mnie oskar­żać, bo nikt ci nie uwie­rzy. Do­pil­nuję, żeby nikt cię nie za­trud­nił ani nie chciał mieć z tobą nic wspól­nego. Niech wie­dzą, że je­steś ta­nią dziwką, która roz­kłada nogi przed każ­dym, kto ma na to ochotę.

Wy­szła od niego z tymi sło­wami w uszach i si­nia­kami na brzu­chu. Naj­gor­sze było to, że jego groźby były jak naj­bar­dziej re­alne. Kri­stian był funk­cjo­na­riu­szem po­li­cji, a ci nie do­no­szą na swo­ich ko­le­gów z pracy. To świat męż­czyzn, w któ­rym wszy­scy się wspie­rają. Za­wsze tak jest na zdo­mi­no­wa­nych przez nich sta­no­wi­skach.

Gło­śnik na su­fi­cie tram­waju za­trzesz­czał i me­cha­niczny głos oznaj­mił w miej­sco­wym dia­lek­cie, że na­stępny przy­sta­nek to Ul­levi.

Nora wy­sia­dła. Kiedy tram­waj od­je­chał, zo­ba­czyła bu­dy­nek po­li­cji, w któ­rym miała się spo­tkać ze swo­imi no­wymi ko­le­gami. Prze­nik­nął ją li­sto­pa­dowy chłód, więc pod­cią­gnęła koł­nierz kurtki, cia­śniej za­wią­zała sza­lik i do­piero wtedy ru­szyła do wej­ścia. W od­dali za­uwa­żyła wielki ekran, na któ­rym wy­świe­tlał się duży na­pis: "Wi­taj­cie w Göte­borgu". Wi­tam, od­po­wie­działa w my­ślach, a gdy po­czuła na twa­rzy kro­ple desz­czu, nie po­tra­fiła po­wstrzy­mać się od uśmie­chu.

*

Po wej­ściu do bu­dynku zgło­siła się na re­cep­cji. Dwie mi­nuty póź­niej zja­wił się pra­cow­nik działu kadr, który prze­pro­wa­dzał z nią roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

- Miło mi - po­wie­dział. Po­dał jej rękę, ro­zej­rzał się i do­dał: - A to Luka Pe­tro­vić. Bę­dzie pani bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym.

Pe­tro­vić był wy­spor­to­wa­nym męż­czy­zną w wieku około czter­dzie­stu pię­ciu lat. Miał ciemne krę­cone włosy i szcze­ci­nia­sty za­rost. Przez kilka se­kund mie­rzył ją znu­dzo­nym wzro­kiem, a po­tem po­dał jej rękę na po­wi­ta­nie. Uścisk dłoni miał krótki i mocny.

- Chodźmy - po­wie­dział pra­cow­nik działu kadr, po­ka­zu­jąc ręką, w którą stronę mają się skie­ro­wać. Nora ru­szyła za nim w mil­cze­niu. Prze­szli koło war­towni, po­je­chali windą na dru­gie pię­tro i ru­szyli ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc po­za­my­kane po­koje. W końcu za­trzy­mali się przy ciem­no­sza­rych drzwiach, do któ­rych do­stępu bro­nił elek­tro­niczny za­mek. Pe­tro­vić usta­wił się w taki spo­sób, żeby go przed nią za­sło­nić. Wpi­sał kod, a gdy roz­le­gło się klik­nię­cie i roz­bły­sła zie­lona lampka, po­szli da­lej.

Oczom Nory uka­zał się na­stępny ko­ry­tarz, tym ra­zem węż­szy i jakby bar­dziej przy­tulny niż po­przedni. Na ścia­nach wi­siały duże ob­razy, na pod­ło­dze le­żała tłu­miąca każdy krok wy­kła­dzina. Na końcu ko­ry­ta­rza, po pra­wej stro­nie, za­uwa­żyła otwarte drzwi jed­nego z po­ko­jów, z któ­rego do­bie­gał gwar gło­sów. Męż­czy­zna skrę­cił jed­nak w lewo i po chwili we­szli do nie­wiel­kiego po­miesz­cze­nia, w któ­rym stały cztery krze­sła i stół.

- Pro­szę usiąść - po­wie­dział i sam za­jął miej­sce. - Wi­tam w Göte­borgu, Dys­tryk­cie Za­chod­nim, w sek­cji do spraw za­bójstw. Kie­ruje nią na­czel­nik, który jed­no­cze­śnie za­rzą­dza wy­dzia­łem praw­nym miej­sco­wej po­li­cji. Pod­czas roz­mowy wstęp­nej zo­stała pani po­in­for­mo­wana, że sek­cja po­wstała dwa lata temu. W jej skład wcho­dzą osoby z wie­lo­let­nim, spe­cja­li­stycz­nym do­świad­cze­niem w za­kre­sie kry­mi­na­li­styki i w spra­wach o za­bój­stwo. Dys­po­nują też wie­dzą me­dyczną i psy­cho­lo­giczną. Sek­cja działa na te­re­nie ca­łego kraju i nie pro­wa­dzi jed­no­cze­śnie kilku do­cho­dzeń. Póź­niej, gdy wy­ma­gane są więk­sze środki i ko­nieczne jest wsz­czę­cie ko­lej­nych do­cho­dzeń, prze­ka­zu­jemy sprawę in­nym sek­cjom. Po­mysł oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę, bo mamy pra­wie stu­pro­cen­tową wy­kry­wal­ność. Nie mu­simy się więc bać, że grupa zo­sta­nie roz­wią­zana. Wy­niki na­szej pracy pod­le­gają sta­łej oce­nie, a szef Cen­tral­nego Urzędu Śled­czego1 jest z nas bar­dzo za­do­wo­lony.

Po tym wstę­pie męż­czy­zna zer­k­nął na ze­ga­rek i zmarsz­czył czoło.

- Mu­szę już iść. Za kilka mi­nut mam na­stępne spo­tka­nie.

Po tych sło­wach wstał z krze­sła i wy­szedł z po­koju.

- No tak - po­wie­dział Pe­tro­vić, gdy zo­stali sami. Przez chwilę mie­rzył Norę wzro­kiem, na chwilę za­trzy­mał go na wy­so­ko­ści jej piersi, a po­tem po­pa­trzył jej spo­koj­nie w oczy. - Naj­wyż­szy czas, że­byś po­znała człon­ków na­szej sek­cji. Chodźmy.

Wy­szli na ko­ry­tarz i skie­ro­wali się w stronę po­koju, z któ­rego na­dal do­bie­gały głosy. Kiedy we­szli do środka, za­pa­dła ci­sza. Wo­kół stołu kon­fe­ren­cyj­nego sie­działy cztery osoby, które ob­rzu­ciły Norę uważ­nym spoj­rze­niem.

- To jest Nora Fel­ler - po­wie­dział Pe­tro­vić, wska­zu­jąc jej wolne krze­sło. Sam usiadł na in­nym.

Pa­nu­jąca w po­koju ci­sza była tak doj­mu­jąca, że pra­wie można ją było sły­szeć. Nora czuła na so­bie ba­daw­cze, tak­su­jące spoj­rze­nia. Nikt się do niej nie uśmiech­nął. Po­czuła się nie­swojo.

W końcu mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nia, ele­gancko ubrana ko­bieta z ja­skrawą szminką na ustach i do­sko­na­łym ma­ki­ja­żem, wy­cią­gnęła rękę nad sto­łem i po­wie­działa z uśmie­chem:

- Na­zy­wam się Char­lotte Vic­to­rin i je­stem pro­fi­lerką. Cze­ka­li­śmy na cie­bie i wi­tamy w na­szym ze­spole, prawda? - skie­ro­wała py­ta­nie do Pe­tro­vi­cia.

- Oczy­wi­ście - od­parł. - Je­stem nie tylko sze­fem tej grupy, ale także śled­czym, co ozna­cza, że wy­ko­nuję taką samą pracę jak ty. A te­raz kon­ty­nu­ujmy pre­zen­ta­cję...

Mó­wiąc to, ski­nął głową męż­czyź­nie, który miał około dwu­dzie­stu pię­ciu lat i spra­wiał wra­że­nie znu­dzo­nego. Miał na so­bie szarą, wy­tartą od cią­głego pra­nia bluzę z kap­tu­rem z nie­czy­tel­nym na­pi­sem. Nie­ucze­sane włosy się­gały mu pra­wie do ra­mion. Kiedy po­dał No­rze rękę, żeby się przy­wi­tać, zo­ba­czyła, że ma po­ob­gry­zane pa­znok­cie. Ich oczy spo­tkały się przez chwilę. Nora do­my­śliła się, że męż­czy­zna za­uwa­żył, co zwró­ciło jej uwagę.

- Masz z tym ja­kiś pro­blem? - spy­tał. Nora po­krę­ciła głową, a twarz i szyję ob­lał jej ru­mie­niec. - No to nie gap się na nie - po­wie­dział. Uścisk jego dłoni spra­wił No­rze tak silny ból, że z tru­dem nad sobą za­pa­no­wała, żeby się nie skrzy­wić. - Na­zy­wam się Si­mon Bauer. Zaj­muję się in­for­ma­tyką kry­mi­na­li­styczną i od­po­wia­dam za sprawy tech­niczne.

Po tych sło­wach pu­ścił jej rękę, jakby na­gle stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie Norą, i sku­pił uwagę na le­żą­cych na stole pa­pie­rach.

Za­pa­dła krótka ci­sza. Nora za­częła się za­sta­na­wiać, co tu robi i co to za lu­dzie. Może nie jest jesz­cze za późno, żeby się wy­co­fać?

- Na­prze­ciwko cie­bie sie­dzi Alba Svens­son. Jest fo­ren­sy­kiem, spe­cja­listką od za­bez­pie­cza­nia śla­dów na miej­scu zbrodni - kon­ty­nu­ował Pe­tro­vić. - Śmiem twier­dzić, że na­leży do naj­lep­szych w swoim fa­chu w Szwe­cji.

Ko­bieta, która mo­gła mieć mniej wię­cej tyle lat co Nora, ski­nęła jej głową.

- Wi­taj - po­wie­działa ci­cho, ucie­ka­jąc wzro­kiem. Jej skóra na twa­rzy i szyi była su­cha, czer­wona i spę­kana, po­dob­nie jak wargi. Nora uznała ją na pierw­szy rzut oka za osobę bez­barwną i prze­ciętną, cho­ciaż czę­sto miała do sie­bie pre­ten­sje o to, że zbyt po­chop­nie oce­nia i ka­te­go­ry­zuje spo­ty­ka­nych lu­dzi. Ty­powa wada za­wo­dowa, od któ­rej nie po­tra­fiła się uwol­nić.

- Cześć - od­parła, pró­bu­jąc się grzecz­nie uśmiech­nąć.

- Zo­sta­łem jesz­cze ja - po­wie­dział trzeci z męż­czyzn. - Wi­taj, Noro Fel­ler!

Miał twardy i bez­barwny głos, który pa­so­wał do jego wy­glądu. Jej imię i na­zwi­sko wy­po­wie­dział tak, jakby wy­plu­wał z sie­bie po­szcze­gólne dźwięki. - Na­zy­wam się Carl Aston i je­stem le­ka­rzem me­dy­cyny są­do­wej. Chyba nie mu­szę ci wy­ja­śniać, czym się zaj­muję - do­dał i wy­buch­nął śmie­chem.

Nora zmu­siła się do uśmie­chu. Aston miał krót­kie, szcze­ci­nia­ste siwe włosy i przy­po­mi­nał star­szego wie­kiem żoł­nie­rza ame­ry­kań­skiej pie­choty mor­skiej. Oparł się o krze­sło i skrzy­żo­wał ręce.

- Mu­szę po­wie­dzieć, że by­łem zdzi­wiony, kiedy usły­sza­łem, że to wła­śnie ty do­sta­łaś tę ro­botę.

- Na­prawdę? - od­parła Nora. W końcu zro­zu­miała, że musi pod­jąć tę psy­cho­lo­giczną walkę, bo ina­czej jej praca za­mieni się w pie­kło. Skrzy­żo­wała więc ręce na piersi i spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Po chwili Aston znowu wy­buch­nął śmie­chem, zer­k­nął na Pe­tro­vi­cia i uniósł brwi, jakby o coś go py­tał.

- Jak wiesz, ob­sa­dze­nie wol­nego etatu prze­bie­gło pra­wi­dłowo - wy­ja­śnił Pe­tro­vić. Nora do­my­śliła się z tonu jego głosu, że te­mat po­ru­szany był wcze­śniej. Aston wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie tylko ja się za­sta­na­wiam, ja­kim cu­dem tak nie­do­świad­czo­nej oso­bie, która na do­da­tek peł­niła służbę w tak ma­łej miej­sco­wo­ści jak Ka­tri­ne­holm, udało się do­stać tę pracę.

- Wy­star­czy - stwier­dził Pe­tro­vić. - Dział kadr pod­jął de­cy­zję, a my mu­simy się do niej do­sto­so­wać.

- Masz ochotę na kawę? - spy­tała ko­bieta, która przed­sta­wiła się jako pro­fi­lerka. - My już pi­li­śmy przed twoim przyj­ściem.

Nora mu­siała od­chrząk­nąć, żeby od­po­wie­dzieć. Stres i to, co roz­gry­wało się w po­koju, spra­wiło, że za­schło jej w ustach.

- Chęt­nie, na pewno jest smaczna.

- W ta­kim ra­zie wyjdź z po­koju i idź ko­ry­ta­rzem, aż doj­dziesz do au­to­matu. W lo­dówce pod spodem znaj­dziesz białe pie­czywo, po­czę­stuj się. A może wo­lisz, że­bym po­szła z tobą?

Nora po­krę­ciła głową. Czuła, że przez chwilę musi po­być sama, żeby wy­rów­nać od­dech, dojść do sie­bie i od­bu­do­wać się men­tal­nie. Lu­dzie, któ­rych przed chwilą po­znała, przy­pra­wili ją o skur­cze żo­łądka. Otwar­cie i bez ogró­dek po­trak­to­wali ją ne­ga­tyw­nie.

*

Kiedy kilka mi­nut póź­niej wró­ciła z kub­kiem pa­ru­ją­cej kawy do salki kon­fe­ren­cyj­nej, ku swemu zdu­mie­niu za­stała w niej tylko Pe­tro­vi­cia i Char­lotte. Sie­dzieli obok sie­bie z po­chy­lo­nymi gło­wami i po­waż­nymi mi­nami, jakby na­mięt­nie o czymś dys­ku­to­wali. Kiedy we­szła, uśmiech­nęli się do niej me­cha­nicz­nie i ski­nęli jej gło­wami. Nora była prze­ko­nana, że roz­ma­wiali o niej. Za­sta­na­wiała się, gdzie się po­dziali po­zo­stali. Pe­tro­vić chrząk­nął i wy­jął dłu­go­pis.

- Nie­czę­sto przy­cho­dzimy na ko­mendę, po­nie­waż więk­szość czasu spę­dzamy w te­re­nie. Na pewno to ro­zu­miesz. Zo­sta­łaś o tym po­in­for­mo­wana pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej i w trak­cie uzgod­nień z dzia­łem kadr. Ni­gdy nie wiemy, kiedy do­sta­niemy nowe zle­ce­nie, dla­tego peł­nimy stały dy­żur. In­nymi słowy mo­żesz się spo­dzie­wać te­le­fonu o każ­dej po­rze dnia i nocy. Dla­tego mu­sisz mieć za­wsze przy­go­to­waną torbę z ubra­niami na zmianę i przy­bo­rami ko­sme­tycz­nymi. Oso­bi­ście ra­dzę ci, że­byś miała przy­szy­ko­wane dwa ta­kie ze­stawy. To na wy­pa­dek, gdyby wy­jazdy na­stę­po­wały w krót­kim od­stę­pie czasu, je­den po dru­gim.

Pe­tro­vić wstał z krze­sła, wziął le­żącą na stole teczkę z do­ku­men­tami, wsu­nął ją pod pa­chę i spoj­rzał na Char­lotte.

- Te­raz ty przej­mij stery - po­wie­dział.

- Oczy­wi­ście - ski­nęła głową pro­fi­lerka.

Pe­tro­vić po­pa­trzył na Norę, wy­cią­gnął rękę i spoj­rzał jej w oczy.

- Mamy tu nie­ty­pową sy­tu­ację, która wy­maga lu­dzi o szcze­gól­nych umie­jęt­no­ściach. Chyba już zdą­ży­łaś to za­uwa­żyć?

Nora ski­nęła głową i uści­snęła mu dłoń. Pe­tro­vić wy­szedł z po­koju. Char­lotte za­mknęła za nim drzwi i usia­dła na­prze­ciwko Nory.

- Wiesz, co ci po­wiem? Je­stem ab­so­lut­nie pewna, że świet­nie się do­ga­damy. Po­zo­stali człon­ko­wie na­szego ze­społu są tro­chę...

Tu prze­rwała, wy­wró­ciła oczami i do­dała z uśmie­chem:

- ...szcze­gólni, ale każdy z nich jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą w swoim fa­chu.

- Dzięki - od­parła Nora. Od razu po­czuła się le­piej, wi­dząc, że przy­naj­mniej jedna osoba od­nosi się po­zy­tywne do tego, że to wła­śnie Nora do­stała tę pracę. Na­wet je­śli tylko udaje.

_______________

1 Szwedzki od­po­wied­nik ame­ry­kań­skiej FBI (przyp. tłum.).

ROZ­DZIAŁ 3

Jo­han Kal­mér za­klął ci­cho. Przed chwilą po­tknął się i o mało co nie prze­wró­cił. Oświe­tle­nie nie dzia­łało tak, jak po­winno, więc żeby wi­dzieć, gdzie sta­wia stopy, drogę oświe­tlał so­bie te­le­fo­nem. Ka­zano mu się trzy­mać poza za­się­giem ka­mer mo­ni­to­ringu i tak wła­śnie zro­bił. Żeby tu wejść, po­słu­żył się klu­czem, który "po­ży­czył" bez po­zwo­le­nia z ar­chi­wum. Za­mek lekko się za­ci­nał, więc trzeba było użyć obu rąk. Kiedy wszedł do środka, dę­bowe drzwi za­mknęły się za nim z głu­chym trza­skiem i od tego mo­mentu mu­siał to­ro­wać so­bie drogę w ciem­no­ściach po omacku. Jedną dło­nią do­ty­kał ce­gla­nej ściany, w dru­giej trzy­mał te­le­fon. Szedł po­woli ko­ry­ta­rzem, który lekko opa­dał. Co prawda z szybu świetl­nego prze­bi­jało słabe świa­tło, ale im da­lej szedł, tym blask był słab­szy. W pew­nym miej­scu spa­dek się skoń­czył i Kal­mér do­my­ślił się, że do­tarł na naj­niż­szy po­ziom. Z le­wej strony zo­ba­czył świa­tło, więc udał się w tam­tym kie­runku. Do­tarł do końca ko­ry­ta­rza i zna­lazł się w ja­kimś po­miesz­cze­niu. Przed nim, ty­łem do niego, stała ubrana na czarno osoba.

Był na­prawdę po­iry­to­wany, że mu­siał sta­wić się na spo­tka­nie w ta­kim miej­scu. Co ten ktoś so­bie wy­obraża, po­my­ślał. Mimo to, kie­ro­wany cie­ka­wo­ścią, wszedł do środka. Przed kil­koma go­dzi­nami od­był pewną roz­mowę, z któ­rej do­wie­dział się, że ktoś chce mu opo­wie­dzieć coś o Ca­milli. Osoba, z którą roz­ma­wiał, nie chciała zdra­dzić szcze­gó­łów. Wspo­mniała tylko, że je­śli chce usły­szeć coś wię­cej, po­wi­nien przyjść na umó­wione miej­sce. Do­sta­nie tam in­te­re­su­jące zdję­cia, które bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać jako do­wód. Na myśl o swo­jej żo­nie i o tym, co miał zo­ba­czyć, ogar­nęła go za­zdrość. Fał­szywa dziwka! Był tak zły, że za­ci­snął dło­nie.

Kiedy zna­lazł się w od­le­gło­ści nie­ca­łych dwóch me­trów od ubra­nej na ciemno po­staci, za­trzy­mał się.

- Je­stem - po­wie­dział. - Co chcesz mi po­ka­zać?

Kal­mér wy­po­wie­dział te słowa wład­czym to­nem, ale mury i ciem­ność stłu­miły jego głos.

- Po­dejdź bli­żej i po­patrz na ścianę - szep­nęła po­stać.

Kal­mér nie­chęt­nie speł­nił to po­le­ce­nie. Pod­szedł do ce­gla­nego muru i spoj­rzał na wska­zane miej­sce. Na­gle wzdry­gnął się, bo usły­szał dźwięk przy­po­mi­na­jący dzwo­nie­nie lub szczęk­nię­cie. Mimo to nie ru­szył się z miej­sca, cho­ciaż coś w nim krzy­czało, że po­wi­nien ucie­kać co sił w no­gach. Opa­no­wał się jed­nak, co wię­cej, ogar­nęła go złość. Co za głu­pie sztuczki! Spoj­rzał na ciemną po­stać, żeby spy­tać, co to za wy­głupy, ale nie zdą­żył na­wet otwo­rzyć ust.

Pierw­szy cios do­stał w plecy. Chciał krzyk­nąć, ale był tak zszo­ko­wany, że nie mógł zła­pać po­wie­trza. Nogi ugięły się pod nim, ale utrzy­mał rów­no­wagę. Drugi cios tra­fił go w kark, mię­dzy pierw­szy kręg szyjny a kręg ob­ro­towy. Pa­ra­liż na­stą­pił na­tych­miast. Wy­wo­łany bó­lem im­puls do­tarł do jego mó­zgu, jesz­cze za­nim ko­lejne ciosy zmiaż­dżyły mu czaszkę. Chwilę póź­niej zna­lazł się w ob­ję­ciach mrocz­nej wiecz­no­ści.

ROZ­DZIAŁ 4

Nora obu­dziła się gwał­tow­nie. Była spo­cona i prze­stra­szona. Serce biło jej mocno, prze­ście­ra­dło le­piło się do ciała. Śniło jej się, że ktoś ją go­nił. Wi­działa dło­nie, które pró­bo­wały ją chwy­cić, bie­gła przed sie­bie, ale przez cały czas czuła się ści­gana. W po­koju było jesz­cze ciemno. Za­częła szu­kać po omacku te­le­fonu ko­mór­ko­wego, który przed za­śnię­ciem po­ło­żyła na noc­nej szafce, a gdy go zna­la­zła, wci­snęła kla­wisz, żeby roz­ja­śnić ekran. Za dzie­sięć szó­sta. Ro­zej­rzała się, ale nie czuła żad­nego za­pa­chu. Przez uła­mek se­kundy nie wie­działa, gdzie się znaj­duje, ale szybko przy­po­mniała so­bie, że prze­pro­wa­dziła się do Göte­borga, mieszka w za­py­zia­łym, wy­na­ję­tym miesz­ka­niu i oprócz no­wych ko­le­gów i ko­le­ża­nek z pracy ni­kogo tu nie zna. Ale czy na pewno może ich tak na­zy­wać? Chyba lep­szym okre­śle­niem by­łoby słowo "współ­pra­cow­nicy". Sta­no­wili oso­bliwą mie­szankę dziw­nych po­staci. Była pra­wie pewna, że wszyst­kich z wy­jąt­kiem Char­lotte prze­nie­siono tu z in­nych wy­dzia­łów, po­nie­waż nie nada­wali się do pracy w nor­mal­nych struk­tu­rach po­li­cyj­nych. Jak to moż­liwe? Czuła, jak ogar­nia ją co­raz więk­sza nie­chęć.

Nie chciało jej się le­żeć w łóżku, więc po­szła do ła­zienki, wzięła prysz­nic i się ubrała. Wło­żyła czarne dżinsy i czarny T-shirt. W gło­wie miała bu­rzę my­śli. Czuła się tak, jakby ktoś ją oszu­kał. My­ślała, że tra­fiła do eli­tar­nej grupy, w któ­rej pra­cują naj­lepsi, a tu ta­kie za­sko­cze­nie. Czy mo­gło być tak, że tra­fili tu lu­dzie, któ­rych po­zbyto się z in­nych ekip, po­nie­waż w po­przed­nich miej­scach pracy spra­wiali kło­poty? A je­śli tak, to czy i ją za­trud­niono tu z tego sa­mego po­wodu? Prze­cież nie bra­kuje po­li­cjan­tów i po­li­cjan­tek, któ­rzy mają więk­szą wie­dzę i do­świad­cze­nie niż ona. Wes­tchnęła. Wszystko od­było się tak szybko, w jej pry­watne ży­cie wkradł się chaos. Śledz­two w spra­wie za­bój­stwa, które pro­wa­dziła w Ka­tri­ne­holm, wy­mknęło jej się z rąk i mniej lub bar­dziej zo­stała zmu­szona do odej­ścia.

Ro­zej­rzała się po po­koju. Musi się do­pro­wa­dzić do po­rządku, za­jąć się czymś, żeby stłu­mić nie­po­kój. Za­brała się do roz­pa­ko­wy­wa­nia kar­to­nów, ale w jej gło­wie na­dal trwała go­ni­twa my­śli. Może do­szło do ja­kichś dys­ku­sji na jej te­mat? Wie, że bywa uparta i prze­korna, a w cza­sie śledztw zbyt czę­sto cho­dzi wła­snymi dro­gami. Zwłasz­cza w tym ostat­nim. Ich ekipa była na tro­pie ja­kiejś grub­szej sprawy, ale nikt jej nie ufał. W końcu do­szło do tego, że pra­wie ze wszyst­kimi się po­kłó­ciła i nikt nie chciał z nią współ­pra­co­wać. Ro­snąca za­zdrość Kri­stiana, jego co­raz więk­sza chęć do ste­ro­wa­nia jej ży­ciem, a do tego co­raz bar­dziej cham­skie groźby kie­ro­wane pod jej ad­re­sem spra­wiły, że dal­sze ży­cie w ta­kich wa­run­kach stało się nie do znie­sie­nia. I wła­śnie wtedy za­uwa­żyła tamto ogło­sze­nie. Nie za­sta­na­wia­jąc się, wy­słała zgło­sze­nie na po­dany ad­res.

Po­szła do kuchni, usia­dła przy stole, oparła łok­cie o blat i wsparła na nich brodę. Pa­trzyła przez okno i za­częła się za­sta­na­wiać, ja­kim spo­so­bem wszystko się tak na­gle po­sy­pało.

Dzwo­nek te­le­fonu przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści. Ode­brała po pierw­szym sy­gnale. Dzwo­nił Pe­tro­vić.

- Do­sta­li­śmy nowe zle­ce­nie - po­wie­dział su­chym, chłod­nym to­nem. - Wy­jeż­dżamy za pół go­dziny. Au­to­bus czeka w na­szej ba­zie przy ulicy Sankt Sig­frids­ga­tan w Kal­le­bäck­smo­tet. Ja­kieś py­ta­nia?

- Nie - od­parła Nora, cho­ciaż miała ich mnó­stwo. Na przy­kład: kto zo­stał za­mor­do­wany i dla­czego śledz­two zle­cono ich sek­cji.

- To do­brze. Wi­dzimy się za trzy­dzie­ści mi­nut.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek: za kwa­drans dzie­siąta. Do­brze, że wie, gdzie się znaj­duje wspo­mniana baza. Umó­wiła się tam na dzi­siaj z Char­lotte, która za­mie­rzała po­ka­zać jej au­to­bus i za­po­znać ją ze sprzę­tem, któ­rym dys­po­nuje sek­cja. Kiedy jadą w te­ren, za­wsze ru­szają z tego sa­mego miej­sca. Wczo­raj­szy dzień po­świę­ciła na za­ła­twia­nie kilku spraw: po­brała kody do­stępu do sieci i ode­brała służ­bo­wego lap­topa. Nie­stety, po­ja­wiły się pro­blemy z lo­go­wa­niem do służ­bo­wego te­le­fonu, więc przez kilka na­stęp­nych dni bę­dzie mu­siała uży­wać wła­snego.

Za­mó­wiła tak­sówkę i za­częła się pa­ko­wać. Wrzu­ciła do torby kilka par maj­tek i raj­stop, dwa czy­ste T-shirty, dres i sa­szetkę z przy­bo­rami to­a­le­to­wymi. Ma­sywna brama ze sta­lo­wych prę­tów, a zwłasz­cza wy­soki be­to­nowy mur za­bez­pie­czony po­dwój­nym dru­tem kol­cza­stym i prze­wo­dem elek­trycz­nym sko­ja­rzyły jej się z wej­ściem do Parku Ju­raj­skiego.

Si­mon Bauer wpu­ścił ją do środka i mruk­nął coś, czego nie zro­zu­miała. Zro­bił to z taką samą kwa­śną miną co po­przed­niego dnia. Do­szła do wnio­sku, że w ten spo­sób naj­praw­do­po­dob­niej się z nią przy­wi­tał. Po­tem od­wró­cił się do niej ty­łem i ru­szył przed sie­bie, a ona po­szła za nim. Na­wet nie spraw­dził, czy za nią idzie. Na środku placu stał au­to­bus - szary me­ta­liczny la­kier, przy­ciem­nione szyby. Od razu wzbu­dził w niej cie­ka­wość. A więc tak wy­gląda po­jazd, któ­rym człon­ko­wie sek­cji jeż­dżą na miej­sca zbrodni. Wpa­try­wała się w po­tężne an­teny i duże urzą­dze­nie kli­ma­ty­za­cyjne na da­chu wozu, który przy­po­mi­nał we­hi­kuł z po­gra­ni­cza świa­tów na­uki i fan­ta­zji.

- To nasz mer­ce­des. Ma pięt­na­ście me­trów dłu­go­ści, pra­wie cztery me­try wy­so­ko­ści, dwa i pół me­tra sze­ro­ko­ści i po­dwójne osie. W ra­zie po­trzeby można go wy­dłu­żyć o metr do tyłu i po­sze­rzyć o metr w prawo. Po­wstał w Niem­czech na spe­cjalne za­mó­wie­nie dla na­szych wy­łącz­nych po­trzeb. Jest w nim wszystko, czego ekipa śled­cza może po­trze­bo­wać w tra­sie: la­bo­ra­to­rium, kom­pu­tery, łą­cze sa­te­li­tarne, a na­wet miej­sca do spa­nia, cho­ciaż naj­czę­ściej no­cu­jemy w ho­te­lach. Na tyle znaj­duje się po­miesz­cze­nie z osob­nym wej­ściem do prze­pro­wa­dza­nia sek­cji zwłok.

Bauer spoj­rzał na Norę, a wska­zu­jąc ręką otwarte drzwi au­to­busu, do­dał:

- Po­zo­stali już na nas cze­kają.

Nora we­szła po dwóch schod­kach do środka. Si­mon po­szedł na prawo i usiadł za kie­row­nicą. Po le­wej, pa­trząc od strony drzwi, zo­ba­czyła Char­lottę, Pe­tro­vi­cia, Astona i Albę. Cała czwórka sie­działa na ka­na­pie w kształ­cie li­tery "U". Nikt się z Norą nie przy­wi­tał, a nie­znaczne kiw­nię­cia głową miały chyba wy­star­czyć za "cześć" albo "dzień do­bry". Tylko Char­lotte lekko się uśmiech­nęła. Nora nie wie­działa, co ze sobą zro­bić, więc tylko roz­glą­dała się po wnę­trzu po­jazdu. Na­prze­ciwko ka­napy znaj­do­wał się zle­wo­zmy­wak, a nad nim dłu­gie przy­ciem­nione okno. Ściany za­bu­do­wane były od pod­łogi do su­fitu szaf­kami i szu­fla­dami. Na tył po­jazdu pro­wa­dził wą­ski ko­ry­tarz. Za­uwa­żyła też drzwi z sym­bo­lem to­a­lety.

Na­gle au­to­bus drgnął i usły­szała przy­tłu­miony szum. Wy­kła­dzina pod­ło­gowa tłu­miła dźwięki, na­da­jąc wnę­trzu wra­że­nie przy­tul­no­ści. Drgnie­nie, po któ­rym do­my­śliła się, że już ru­szyli, spra­wiło, że na­pięła mię­śnie nóg. Była cie­kawa, do­kąd jadą.

Pe­tro­vić chrząk­nął, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę ca­łej ekipy, i wska­zał jej miej­sce na półce pod su­fi­tem.

- Mo­żesz tam po­ło­żyć swoją torbę.

Nora wy­ko­nała jego po­le­ce­nie, a Alba po­su­nęła się tro­chę, ro­biąc jej miej­sce. Nora zdjęła kurtkę i usia­dła obok.

- Naj­pierw po­słu­chaj, co mam ci do po­wie­dze­nia - za­czął Pe­tro­vić, przy­ku­wa­jąc jej spoj­rze­nie. - Nie zdą­ży­li­śmy za­po­znać cię z me­to­dami na­szej pracy ani nie po­ka­za­li­śmy ci sprzętu, na któ­rym pra­cu­jemy. Każde z nas ma tu swoje wła­sne sta­no­wi­sko pracy do­sto­so­wane do kon­kret­nych po­trzeb. Na końcu au­to­busu znaj­duje się la­bo­ra­to­rium, w któ­rym więk­szość czasu spę­dza Alba. Obok niej swój po­kój ma Si­mon, który prze­pro­wa­dza ana­lizy i ba­da­nia tech­niczne. Reszta ma do dys­po­zy­cji coś w ro­dzaju bok­sów, w któ­rych znaj­dują się kom­pu­tery sta­cjo­narne. Można pod­łą­czyć do nich lap­topy, prze­cho­wy­wać dane, fol­dery i ra­porty, na­ła­do­wać te­le­fon ko­mór­kowy i tak da­lej. Si­mon stwo­rzył dla nas bazę da­nych, w któ­rej umiesz­czamy całą zgro­ma­dzoną wie­dzę zwią­zaną ze śledz­twem.

- Póź­niej cię opro­wa­dzę - wtrą­ciła Char­lotte, a Nora ski­nęła jej z wdzięcz­no­ścią głową.

Pe­tro­vić stuk­nął kilka razy w kla­wia­turę swo­jego lap­topa. Chwilę póź­niej zga­sło świa­tło i z su­fitu wy­su­nął się duży roz­ja­śniony ekran. Pe­tro­vić wy­świe­tlił na nim prawo jazdy na­le­żące do męż­czy­zny w śred­nim wieku, który nie miał jesz­cze pięć­dzie­się­ciu lat.

- Nasi ko­le­dzy z ko­mendy w Var­bergu zi­den­ty­fi­ko­wali ofiarę w trak­cie pierw­szych, bez­po­śred­nich oglę­dzin. Na­zywa się Jo­han Kal­mér i od czte­rech lat był dy­rek­to­rem w Urzę­dzie Mia­sta i Gminy. Wczo­raj rano jego zwłoki zna­le­ziono na te­re­nie sta­rej twier­dzy. Śled­czy od razu usta­lili, że zo­stał za­mor­do­wany. Cha­rak­ter zbrodni pa­suje do pro­filu pro­wa­dzo­nych przez nas spraw, ale śledz­two po­wie­rzono nam do­piero po upły­wie doby. Alba, co usta­li­łaś?

Alba po­dra­pała się po szyi i po rę­kach. Przez cały czas wpa­try­wała się w ekran le­żą­cego przed nią lap­topa. Kilka bia­łych płat­ków na­skórka spa­dło jej na ko­lana.

- Jo­han Kal­mér, czter­dzie­ści sześć lat, za­mel­do­wany na ulicy Ryt­tar­g?n­gen pod nu­me­rem trzy­dzie­stym dru­gim. Wcze­śnie owdo­wiał, ko­lejny zwią­zek za­warł ze swoją obecną żoną, Ca­millą. Mają dwójkę dzieci, córkę w wieku sied­miu i syna w wieku dzie­wię­ciu lat. Jego do­chód przed opo­dat­ko­wa­niem wy­no­sił mi­lion sześć­set dwa­dzie­ścia trzy ty­siące ko­ron. Miał też do­chód z ka­pi­tału w wy­so­ko­ści sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech ty­sięcy.

Alba za­gry­zła dolną, wy­su­szoną wargę. Wpraw­nymi ru­chami ska­kała pal­cami po kla­wia­tu­rze. Reszta osób wy­ra­ziła swój sto­su­nek do kwot, które wy­mie­niła, lek­kim po­mru­kiem.

- Zna­la­złam zgło­sze­nie w spra­wie po­bi­cia. Po­li­cja przy­jęła je dwa lata temu, ale z braku do­wo­dów sprawa zo­stała umo­rzona. Po­cho­dziło od jego żony. Wy­gląda na to, że je wy­co­fała.

Alba unio­sła głowę i uj­rzała wpa­trzone w sie­bie oczy po­zo­sta­łych człon­ków sek­cji.

- Kto pro­wa­dził tę sprawę? - spy­tał Pe­tro­vić.

- In­spek­tor An­ders Lind­bom.

Char­lotte za­stu­kała w blat stołu jed­nym ze swo­ich dłu­gich, po­ma­lo­wa­nych czer­wo­nym la­kie­rem pa­znokci.

- Co o Kal­mérze mówi in­ter­net? - spy­tała. - Cztery lata pracy na tak eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku to nie­zła gratka. Tacy lu­dzie żyją zwy­kle kró­cej od in­nych.

Alba wzru­szyła ra­mio­nami.

- W in­ter­ne­cie jest mnó­stwo in­for­ma­cji na jego te­mat, po­nie­waż pra­co­wał w in­sty­tu­cji pu­blicz­nej.

- Do­brze. Szu­kaj da­lej - po­le­cił Pe­tro­vić.

- Po­je­dziemy od razu do twier­dzy? - spy­tał zza kie­row­nicy Si­mon.

- Tak - po­twier­dził Pe­tro­vić. - Za sta­rym urzę­dem cel­nym w por­cie znaj­duje się par­king. Mamy się tam spo­tkać z Chri­stin Val­lmo z ko­mendy w Var­bergu. Wy­gląda na to, że na­szym au­to­bu­sem nie pod­je­dziemy bli­żej.

*

Do Var­bergu do­tarli w nie­całą go­dzinę, ale Nora i tak do­stała mdło­ści w cza­sie jazdy. Kiedy więc au­to­bus wje­chał na par­king, wy­sia­dła z niego jako pierw­sza, żeby za­czerp­nąć świe­żego mor­skiego po­wie­trza. Roz­wie­wane przez wiatr ko­smyki wło­sów prze­sła­niały jej twarz.

Ni­gdy przed­tem tu nie była. Za­par­ko­wali nad wodą. Ka­wa­łek od brzegu stał duży żół­to­brą­zowy bu­dy­nek z czar­nymi ko­pu­łami w kształ­cie ce­buli i dużą liczbą iglic, które przy­wo­dziły na myśl Księgę ty­siąca i jed­nej nocy. Zwany Ła­zien­kami pa­wi­lon spo­czy­wał na gru­bych pa­lach, które przy­po­mi­nały nogi pa­jąka. W środku znaj­do­wały się łaź­nie i prysz­nice. Do wspa­nia­łego wej­ścia pro­wa­dziło dłu­gie drew­niane molo z mi­ster­nymi zdo­bie­niami. Nora nie­chęt­nie od­wró­ciła się od pięk­nej bu­dowli. Na lewo od niej wzno­siła się twier­dza z ciem­nymi ka­mien­nymi mu­rami, którą ota­czała fosa wy­peł­niona bru­natną wodą. Prze­szył ją dreszcz. Na dwo­rze było chłod­niej, niż się spo­dzie­wała, więc za­cią­gnęła za­mek bły­ska­wiczny pod samą brodę.

Na par­king wje­chał po­li­cyjny ra­dio­wóz, który za­par­ko­wał obok au­to­busu. Wy­sia­dła z niego wy­soka szczu­pła ko­bieta, która przed­sta­wiła się jako Chri­stin Val­lmo. Nora od razu za­uwa­żyła po mo­wie jej ciała, że cho­ciaż po­li­cjantka przy­glą­dała im się z cie­ka­wo­ścią, za­cho­wy­wała pe­wien dy­stans, jakby chciała pod­kre­ślić nie­za­do­wo­le­nie z tego, że ich wy­dzia­łowi tę sprawę ode­brano.

- To ja będę w tej spra­wie wa­szą osobą kon­tak­tową w miej­sco­wej ko­men­dzie - wy­ja­śniła, gdy ze wszyst­kimi się przy­wi­tała. Wy­jęła wi­zy­tówkę i po­dała ją Pe­tro­vi­ciowi, ale ten wsu­nął ją do kie­szeni bez czy­ta­nia.

- Co dla nas ma­cie? - spy­tał.

- Zbrod­nia okryła smut­kiem całe na­sze mia­sto i dla­tego wiele osób bę­dzie się przy­glą­dać wa­szej pracy bar­dzo uważ­nie. Kilka go­dzin temu roz­ma­wia­łam z kimś z na­szego wy­działu praw­nego. Przy­znam, że nikt z nas nie wie, dla­czego to wam prze­ka­zano śledz­two. Ta­kie de­cy­zje ro­dzą plotki i bu­dują ne­ga­tywny ob­raz po­li­cji w Var­bergu.

Po­li­cjantka od­wró­ciła się w stronę mo­rza, żeby ukryć wzbu­rze­nie. Nora do­my­ślała się, że ko­bieta wal­czy ze sobą, pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój.

- Oczy­wi­ście bę­dziemy was wspie­rać na wszel­kie moż­liwe spo­soby - po­wie­działa po chwili, wy­cią­ga­jąc rękę w stronę twier­dzy. - Za­mknę­li­śmy te­ren, na któ­rym do­szło do za­bój­stwa, i prze­szu­ka­li­śmy go. We wszyst­kich miej­scach, przez które można wejść do twier­dzy, usta­wi­li­śmy na­szych lu­dzi.

- Świet­nie - stwier­dził Pe­tro­vić, a wska­zu­jąc na co­raz bar­dziej ciemne niebo, za­czął: - Czy mo­gli­by­śmy...

- Oczy­wi­ście - od­parła Val­lmo. - Pro­szę iść za mną.

Po dro­dze wy­ja­śniła, że ulica do­jaz­dowa, którą szli, wcho­dziła daw­niej w skład for­ty­fi­ka­cji ze­wnętrz­nych. Po­ni­żej, na lewo od nich, znaj­do­wała się fosa. Woda była zie­lona od glo­nów i in­nych ro­ślin. Wy­sta­wał z niej za­rdze­wiały ro­wer, który mu­siał tam le­żeć od dłuż­szego czasu. Wy­ko­nany z du­żych brą­zo­wych ka­mien­nych blo­ków mur miał we­dług Val­lmo czter­na­ście me­trów wy­so­ko­ści i ota­czał całą twier­dzę. Przed wej­ściem roz­pięta była nie­bie­sko­biała ta­śma po­li­cyjna. Sto­jący przy niej umun­du­ro­wany po­li­cjant prze­pu­ścił ich bez słowa. Skle­pie­nie bramy wej­ścio­wej, która miała kilka me­trów wy­so­ko­ści i sze­ro­ko­ści, było za­krzy­wione w prawo.

Po pew­nym cza­sie zna­leźli się w zu­peł­nie in­nym oto­cze­niu. Uj­rzeli mniej­sze ka­mienne za­bu­do­wa­nia i sze­regi ni­skich nie­bie­sko-zło­tych bu­dyn­ków. Na ich fa­sa­dach wi­siały ta­blice z in­for­ma­cjami, że miesz­czą się w nich schro­ni­ska, re­stau­ra­cje i inne punkty usłu­gowe. Bu­dynki cią­gnęły się po obu stro­nach ka­mien­nej ulicy, którą szli. W od­dali uj­rzeli ko­lejną bramę i na­stępny mur. We­szli na piasz­czy­stą drogę pro­wa­dzącą na wały i do­piero z tego miej­sca zo­ba­czyli za­mek - dwu­kon­dy­gna­cyjną bu­dowlę po­krytą gład­kim czer­wo­no­brą­zo­wym tyn­kiem.

Szli w mil­cze­niu. Nora do­szła do wnio­sku, że to cał­kiem przy­jemne miej­sce. Przez chwilę ża­ło­wała, że jest tu służ­bowo. Chęt­nie po­zwie­dza­łaby oko­licę, chło­nąc hi­sto­ryczne oto­cze­nie. Pra­wie sły­szała stu­kot koń­skich ko­pyt ude­rza­ją­cych o ka­mienny bruk. Oprócz żoł­nie­rzy mu­siało tu miesz­kać mnó­stwo in­nych osób. Tyle ludz­kich lo­sów! Duń­czycy i Szwe­dzi, kró­lo­wie i zwy­kli lu­dzie, któ­rzy sie­dzieli w wię­zie­niu albo żyli tu w róż­nych - lep­szych lub gor­szych - wa­run­kach.

Po chwili zna­leźli się na tak du­żej wy­so­ko­ści, że z punktu, w któ­rym stali, wi­dzieli mia­sto. Piękne drew­niane za­bu­do­wa­nia ze de­ko­ra­cyjną sny­cerką, parki, ko­ściół, bru­ko­wane ulice i ka­mienne domy, któ­rych fa­sady zdo­biły pi­la­stry i ko­lumny. Var­berg wy­glą­dał na za­możne mia­sto. Nora trzy­mała się ścieżki. Do fosy z wodą było stam­tąd da­leko, wiatr szar­pał ich ubra­nia.

- Po­pa­trz­cie - po­wie­działa Val­lmo, wska­zu­jąc czarne skle­pione drew­niane drzwi, przy któ­rych stał na­stępny po­li­cjant. Pod­czas tego krót­kiego mar­szu Nora na­li­czyła ich pię­ciu. - Znaj­du­jemy się w ba­stio­nie, który na­zywa się Gr? mun­ken2. Zej­dziemy nim do po­miesz­cze­nia, w któ­rym wczo­raj rano zna­le­ziono zwłoki. Od­kry­cia do­ko­nał do­wódca straży, który pra­cuje w twier­dzy. Jest tu kilka wejść, a to jedno z nich. Na­zywa się Koc­ken­burg.

Val­lmo dała im osłony na buty i do­piero wtedy we­szli do środka.

- Tro­chę tu ciemno, ale można się przy­zwy­czaić.

Cała piątka ru­szyła za po­li­cjantką ostro opa­da­ją­cym ce­gla­nym, spi­ral­nie ukształ­to­wa­nym chod­ni­kiem bie­gną­cym wo­kół szybu świetl­nego z ma­łymi otwo­rami wy­cho­dzą­cymi na chod­nik. Po po­ko­na­niu wielu za­krę­tów, któ­rych Nora na­wet nie li­czyła, otwo­rzył się przed nimi chod­nik przy­po­mi­na­jący tu­nel. Przez szcze­liny w drew­nia­nych drzwiach prze­bi­jało świa­tło dzienne, tak jak przy drzwiach wej­ścio­wych. Val­lmo za­trzy­mała się.

- Tam jest wyj­ście - po­wie­działa, wska­zu­jąc je ręką. Zro­biła kilka kro­ków w kie­runku otworu w ka­mien­nej ścia­nie i do­dała: - A tu na­stępne. Dam wam mapę.

Wró­cili do spi­ral­nego ko­ry­ta­rza i po­szli da­lej, aż zna­leźli się na pła­skim te­re­nie.

- Te­raz pój­dziemy w tym kie­runku - po­wie­działa Val­lmo, wska­zu­jąc ko­lejny ka­mienny ko­ry­tarz. - Są tam ka­za­maty, czyli po­miesz­cze­nia z otwo­rami dla dział. A tam - do­dała, wy­ko­nu­jąc za­ma­szy­sty ruch ręką w prze­ciw­nym kie­runku - jest po­dobne po­miesz­cze­nie. Wła­śnie w nim znaj­dują się zwłoki.

- Dzię­kuję - po­wie­dział Pe­tro­vić. - Ile osób za­glą­dało tam po zna­le­zie­niu zwłok?

- Oprócz do­wódcy straży by­łam tam ja, dwaj po­li­cjanci, któ­rzy ode­brali we­zwa­nie, tech­nicy i le­karz.

- Czy mo­gli­by­śmy z nimi wszyst­kimi po­roz­ma­wiać? Naj­pierw jed­nak chcie­li­by­śmy na chwilę usiąść, żeby omó­wić to, co już wiemy.

- Oczy­wi­ście. W ra­zie czego będę na ko­men­dzie. Py­taj­cie o mnie na re­cep­cji.

- Dzię­kuję - po­wie­dział Pe­tro­vić, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. - Przyj­dziemy mniej wię­cej za go­dzinę. Naj­pierw mu­simy coś po­uzgad­niać. Pro­simy o za­trzy­ma­nie po­li­cjan­tów pil­nu­ją­cych wejść do czasu, aż za­koń­czymy oglę­dziny miej­sca zbrodni. Będą nam też po­trzebne dwa albo trzy sa­mo­chody z kie­row­cami, że­by­śmy mo­gli się po­ru­szać po mie­ście.

Za­ci­snęła wargi, oczy jej roz­bły­sły.

- Nie ma sprawy - od­parła. Wy­jęła z kie­szeni dłu­go­pis i no­tes, coś w nim za­pi­sała i po­dała kartkę Pe­tro­vi­ciowi. - To dwa bez­po­śred­nie nu­mery te­le­fo­nów do dys­po­zy­tora. Je­śli trzeba was bę­dzie do­kądś pod­wieźć, za­dzwoń­cie do niego.

Pe­tro­vić po­dzię­ko­wał, od­wró­cił się i po­wie­dział:

- Wra­camy do au­to­busu. Mu­simy po­roz­ma­wiać.

_______________

2 Gr? mun­ken (szw.) - fran­cisz­ka­nin.