ROZDZIAŁ 4
Nora obudziła się gwałtownie. Była spocona i przestraszona. Serce biło jej mocno, prześcieradło lepiło się do ciała. Śniło jej się, że ktoś ją gonił. Widziała dłonie, które próbowały ją chwycić, biegła przed siebie, ale przez cały czas czuła się ścigana. W pokoju było jeszcze ciemno. Zaczęła szukać po omacku telefonu komórkowego, który przed zaśnięciem położyła na nocnej szafce, a gdy go znalazła, wcisnęła klawisz, żeby rozjaśnić ekran. Za dziesięć szósta. Rozejrzała się, ale nie czuła żadnego zapachu. Przez ułamek sekundy nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale szybko przypomniała sobie, że przeprowadziła się do Göteborga, mieszka w zapyziałym, wynajętym mieszkaniu i oprócz nowych kolegów i koleżanek z pracy nikogo tu nie zna. Ale czy na pewno może ich tak nazywać? Chyba lepszym określeniem byłoby słowo "współpracownicy". Stanowili osobliwą mieszankę dziwnych postaci. Była prawie pewna, że wszystkich z wyjątkiem Charlotte przeniesiono tu z innych wydziałów, ponieważ nie nadawali się do pracy w normalnych strukturach policyjnych. Jak to możliwe? Czuła, jak ogarnia ją coraz większa niechęć.
Nie chciało jej się leżeć w łóżku, więc poszła do łazienki, wzięła prysznic i się ubrała. Włożyła czarne dżinsy i czarny T-shirt. W głowie miała burzę myśli. Czuła się tak, jakby ktoś ją oszukał. Myślała, że trafiła do elitarnej grupy, w której pracują najlepsi, a tu takie zaskoczenie. Czy mogło być tak, że trafili tu ludzie, których pozbyto się z innych ekip, ponieważ w poprzednich miejscach pracy sprawiali kłopoty? A jeśli tak, to czy i ją zatrudniono tu z tego samego powodu? Przecież nie brakuje policjantów i policjantek, którzy mają większą wiedzę i doświadczenie niż ona. Westchnęła. Wszystko odbyło się tak szybko, w jej prywatne życie wkradł się chaos. Śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadziła w Katrineholm, wymknęło jej się z rąk i mniej lub bardziej została zmuszona do odejścia.
Rozejrzała się po pokoju. Musi się doprowadzić do porządku, zająć się czymś, żeby stłumić niepokój. Zabrała się do rozpakowywania kartonów, ale w jej głowie nadal trwała gonitwa myśli. Może doszło do jakichś dyskusji na jej temat? Wie, że bywa uparta i przekorna, a w czasie śledztw zbyt często chodzi własnymi drogami. Zwłaszcza w tym ostatnim. Ich ekipa była na tropie jakiejś grubszej sprawy, ale nikt jej nie ufał. W końcu doszło do tego, że prawie ze wszystkimi się pokłóciła i nikt nie chciał z nią współpracować. Rosnąca zazdrość Kristiana, jego coraz większa chęć do sterowania jej życiem, a do tego coraz bardziej chamskie groźby kierowane pod jej adresem sprawiły, że dalsze życie w takich warunkach stało się nie do zniesienia. I właśnie wtedy zauważyła tamto ogłoszenie. Nie zastanawiając się, wysłała zgłoszenie na podany adres.
Poszła do kuchni, usiadła przy stole, oparła łokcie o blat i wsparła na nich brodę. Patrzyła przez okno i zaczęła się zastanawiać, jakim sposobem wszystko się tak nagle posypało.
Dzwonek telefonu przywrócił ją do rzeczywistości. Odebrała po pierwszym sygnale. Dzwonił Petrović.
- Dostaliśmy nowe zlecenie - powiedział suchym, chłodnym tonem. - Wyjeżdżamy za pół godziny. Autobus czeka w naszej bazie przy ulicy Sankt Sigfridsgatan w Kallebäcksmotet. Jakieś pytania?
- Nie - odparła Nora, chociaż miała ich mnóstwo. Na przykład: kto został zamordowany i dlaczego śledztwo zlecono ich sekcji.
- To dobrze. Widzimy się za trzydzieści minut.
Zerknęła na zegarek: za kwadrans dziesiąta. Dobrze, że wie, gdzie się znajduje wspomniana baza. Umówiła się tam na dzisiaj z Charlotte, która zamierzała pokazać jej autobus i zapoznać ją ze sprzętem, którym dysponuje sekcja. Kiedy jadą w teren, zawsze ruszają z tego samego miejsca. Wczorajszy dzień poświęciła na załatwianie kilku spraw: pobrała kody dostępu do sieci i odebrała służbowego laptopa. Niestety, pojawiły się problemy z logowaniem do służbowego telefonu, więc przez kilka następnych dni będzie musiała używać własnego.
Zamówiła taksówkę i zaczęła się pakować. Wrzuciła do torby kilka par majtek i rajstop, dwa czyste T-shirty, dres i saszetkę z przyborami toaletowymi. Masywna brama ze stalowych prętów, a zwłaszcza wysoki betonowy mur zabezpieczony podwójnym drutem kolczastym i przewodem elektrycznym skojarzyły jej się z wejściem do Parku Jurajskiego.
Simon Bauer wpuścił ją do środka i mruknął coś, czego nie zrozumiała. Zrobił to z taką samą kwaśną miną co poprzedniego dnia. Doszła do wniosku, że w ten sposób najprawdopodobniej się z nią przywitał. Potem odwrócił się do niej tyłem i ruszył przed siebie, a ona poszła za nim. Nawet nie sprawdził, czy za nią idzie. Na środku placu stał autobus - szary metaliczny lakier, przyciemnione szyby. Od razu wzbudził w niej ciekawość. A więc tak wygląda pojazd, którym członkowie sekcji jeżdżą na miejsca zbrodni. Wpatrywała się w potężne anteny i duże urządzenie klimatyzacyjne na dachu wozu, który przypominał wehikuł z pogranicza światów nauki i fantazji.
- To nasz mercedes. Ma piętnaście metrów długości, prawie cztery metry wysokości, dwa i pół metra szerokości i podwójne osie. W razie potrzeby można go wydłużyć o metr do tyłu i poszerzyć o metr w prawo. Powstał w Niemczech na specjalne zamówienie dla naszych wyłącznych potrzeb. Jest w nim wszystko, czego ekipa śledcza może potrzebować w trasie: laboratorium, komputery, łącze satelitarne, a nawet miejsca do spania, chociaż najczęściej nocujemy w hotelach. Na tyle znajduje się pomieszczenie z osobnym wejściem do przeprowadzania sekcji zwłok.
Bauer spojrzał na Norę, a wskazując ręką otwarte drzwi autobusu, dodał:
- Pozostali już na nas czekają.
Nora weszła po dwóch schodkach do środka. Simon poszedł na prawo i usiadł za kierownicą. Po lewej, patrząc od strony drzwi, zobaczyła Charlottę, Petrovicia, Astona i Albę. Cała czwórka siedziała na kanapie w kształcie litery "U". Nikt się z Norą nie przywitał, a nieznaczne kiwnięcia głową miały chyba wystarczyć za "cześć" albo "dzień dobry". Tylko Charlotte lekko się uśmiechnęła. Nora nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc tylko rozglądała się po wnętrzu pojazdu. Naprzeciwko kanapy znajdował się zlewozmywak, a nad nim długie przyciemnione okno. Ściany zabudowane były od podłogi do sufitu szafkami i szufladami. Na tył pojazdu prowadził wąski korytarz. Zauważyła też drzwi z symbolem toalety.
Nagle autobus drgnął i usłyszała przytłumiony szum. Wykładzina podłogowa tłumiła dźwięki, nadając wnętrzu wrażenie przytulności. Drgnienie, po którym domyśliła się, że już ruszyli, sprawiło, że napięła mięśnie nóg. Była ciekawa, dokąd jadą.
Petrović chrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę całej ekipy, i wskazał jej miejsce na półce pod sufitem.
- Możesz tam położyć swoją torbę.
Nora wykonała jego polecenie, a Alba posunęła się trochę, robiąc jej miejsce. Nora zdjęła kurtkę i usiadła obok.
- Najpierw posłuchaj, co mam ci do powiedzenia - zaczął Petrović, przykuwając jej spojrzenie. - Nie zdążyliśmy zapoznać cię z metodami naszej pracy ani nie pokazaliśmy ci sprzętu, na którym pracujemy. Każde z nas ma tu swoje własne stanowisko pracy dostosowane do konkretnych potrzeb. Na końcu autobusu znajduje się laboratorium, w którym większość czasu spędza Alba. Obok niej swój pokój ma Simon, który przeprowadza analizy i badania techniczne. Reszta ma do dyspozycji coś w rodzaju boksów, w których znajdują się komputery stacjonarne. Można podłączyć do nich laptopy, przechowywać dane, foldery i raporty, naładować telefon komórkowy i tak dalej. Simon stworzył dla nas bazę danych, w której umieszczamy całą zgromadzoną wiedzę związaną ze śledztwem.
- Później cię oprowadzę - wtrąciła Charlotte, a Nora skinęła jej z wdzięcznością głową.
Petrović stuknął kilka razy w klawiaturę swojego laptopa. Chwilę później zgasło światło i z sufitu wysunął się duży rozjaśniony ekran. Petrović wyświetlił na nim prawo jazdy należące do mężczyzny w średnim wieku, który nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat.
- Nasi koledzy z komendy w Varbergu zidentyfikowali ofiarę w trakcie pierwszych, bezpośrednich oględzin. Nazywa się Johan Kalmér i od czterech lat był dyrektorem w Urzędzie Miasta i Gminy. Wczoraj rano jego zwłoki znaleziono na terenie starej twierdzy. Śledczy od razu ustalili, że został zamordowany. Charakter zbrodni pasuje do profilu prowadzonych przez nas spraw, ale śledztwo powierzono nam dopiero po upływie doby. Alba, co ustaliłaś?
Alba podrapała się po szyi i po rękach. Przez cały czas wpatrywała się w ekran leżącego przed nią laptopa. Kilka białych płatków naskórka spadło jej na kolana.
- Johan Kalmér, czterdzieści sześć lat, zameldowany na ulicy Ryttarg?ngen pod numerem trzydziestym drugim. Wcześnie owdowiał, kolejny związek zawarł ze swoją obecną żoną, Camillą. Mają dwójkę dzieci, córkę w wieku siedmiu i syna w wieku dziewięciu lat. Jego dochód przed opodatkowaniem wynosił milion sześćset dwadzieścia trzy tysiące koron. Miał też dochód z kapitału w wysokości siedemdziesięciu czterech tysięcy.
Alba zagryzła dolną, wysuszoną wargę. Wprawnymi ruchami skakała palcami po klawiaturze. Reszta osób wyraziła swój stosunek do kwot, które wymieniła, lekkim pomrukiem.
- Znalazłam zgłoszenie w sprawie pobicia. Policja przyjęła je dwa lata temu, ale z braku dowodów sprawa została umorzona. Pochodziło od jego żony. Wygląda na to, że je wycofała.
Alba uniosła głowę i ujrzała wpatrzone w siebie oczy pozostałych członków sekcji.
- Kto prowadził tę sprawę? - spytał Petrović.
- Inspektor Anders Lindbom.
Charlotte zastukała w blat stołu jednym ze swoich długich, pomalowanych czerwonym lakierem paznokci.
- Co o Kalmérze mówi internet? - spytała. - Cztery lata pracy na tak eksponowanym stanowisku to niezła gratka. Tacy ludzie żyją zwykle krócej od innych.
Alba wzruszyła ramionami.
- W internecie jest mnóstwo informacji na jego temat, ponieważ pracował w instytucji publicznej.
- Dobrze. Szukaj dalej - polecił Petrović.
- Pojedziemy od razu do twierdzy? - spytał zza kierownicy Simon.
- Tak - potwierdził Petrović. - Za starym urzędem celnym w porcie znajduje się parking. Mamy się tam spotkać z Christin Vallmo z komendy w Varbergu. Wygląda na to, że naszym autobusem nie podjedziemy bliżej.
*
Do Varbergu dotarli w niecałą godzinę, ale Nora i tak dostała mdłości w czasie jazdy. Kiedy więc autobus wjechał na parking, wysiadła z niego jako pierwsza, żeby zaczerpnąć świeżego morskiego powietrza. Rozwiewane przez wiatr kosmyki włosów przesłaniały jej twarz.
Nigdy przedtem tu nie była. Zaparkowali nad wodą. Kawałek od brzegu stał duży żółtobrązowy budynek z czarnymi kopułami w kształcie cebuli i dużą liczbą iglic, które przywodziły na myśl Księgę tysiąca i jednej nocy. Zwany Łazienkami pawilon spoczywał na grubych palach, które przypominały nogi pająka. W środku znajdowały się łaźnie i prysznice. Do wspaniałego wejścia prowadziło długie drewniane molo z misternymi zdobieniami. Nora niechętnie odwróciła się od pięknej budowli. Na lewo od niej wznosiła się twierdza z ciemnymi kamiennymi murami, którą otaczała fosa wypełniona brunatną wodą. Przeszył ją dreszcz. Na dworze było chłodniej, niż się spodziewała, więc zaciągnęła zamek błyskawiczny pod samą brodę.
Na parking wjechał policyjny radiowóz, który zaparkował obok autobusu. Wysiadła z niego wysoka szczupła kobieta, która przedstawiła się jako Christin Vallmo. Nora od razu zauważyła po mowie jej ciała, że chociaż policjantka przyglądała im się z ciekawością, zachowywała pewien dystans, jakby chciała podkreślić niezadowolenie z tego, że ich wydziałowi tę sprawę odebrano.
- To ja będę w tej sprawie waszą osobą kontaktową w miejscowej komendzie - wyjaśniła, gdy ze wszystkimi się przywitała. Wyjęła wizytówkę i podała ją Petroviciowi, ale ten wsunął ją do kieszeni bez czytania.
- Co dla nas macie? - spytał.
- Zbrodnia okryła smutkiem całe nasze miasto i dlatego wiele osób będzie się przyglądać waszej pracy bardzo uważnie. Kilka godzin temu rozmawiałam z kimś z naszego wydziału prawnego. Przyznam, że nikt z nas nie wie, dlaczego to wam przekazano śledztwo. Takie decyzje rodzą plotki i budują negatywny obraz policji w Varbergu.
Policjantka odwróciła się w stronę morza, żeby ukryć wzburzenie. Nora domyślała się, że kobieta walczy ze sobą, próbując zachować spokój.
- Oczywiście będziemy was wspierać na wszelkie możliwe sposoby - powiedziała po chwili, wyciągając rękę w stronę twierdzy. - Zamknęliśmy teren, na którym doszło do zabójstwa, i przeszukaliśmy go. We wszystkich miejscach, przez które można wejść do twierdzy, ustawiliśmy naszych ludzi.
- Świetnie - stwierdził Petrović, a wskazując na coraz bardziej ciemne niebo, zaczął: - Czy moglibyśmy...
- Oczywiście - odparła Vallmo. - Proszę iść za mną.
Po drodze wyjaśniła, że ulica dojazdowa, którą szli, wchodziła dawniej w skład fortyfikacji zewnętrznych. Poniżej, na lewo od nich, znajdowała się fosa. Woda była zielona od glonów i innych roślin. Wystawał z niej zardzewiały rower, który musiał tam leżeć od dłuższego czasu. Wykonany z dużych brązowych kamiennych bloków mur miał według Vallmo czternaście metrów wysokości i otaczał całą twierdzę. Przed wejściem rozpięta była niebieskobiała taśma policyjna. Stojący przy niej umundurowany policjant przepuścił ich bez słowa. Sklepienie bramy wejściowej, która miała kilka metrów wysokości i szerokości, było zakrzywione w prawo.
Po pewnym czasie znaleźli się w zupełnie innym otoczeniu. Ujrzeli mniejsze kamienne zabudowania i szeregi niskich niebiesko-złotych budynków. Na ich fasadach wisiały tablice z informacjami, że mieszczą się w nich schroniska, restauracje i inne punkty usługowe. Budynki ciągnęły się po obu stronach kamiennej ulicy, którą szli. W oddali ujrzeli kolejną bramę i następny mur. Weszli na piaszczystą drogę prowadzącą na wały i dopiero z tego miejsca zobaczyli zamek - dwukondygnacyjną budowlę pokrytą gładkim czerwonobrązowym tynkiem.
Szli w milczeniu. Nora doszła do wniosku, że to całkiem przyjemne miejsce. Przez chwilę żałowała, że jest tu służbowo. Chętnie pozwiedzałaby okolicę, chłonąc historyczne otoczenie. Prawie słyszała stukot końskich kopyt uderzających o kamienny bruk. Oprócz żołnierzy musiało tu mieszkać mnóstwo innych osób. Tyle ludzkich losów! Duńczycy i Szwedzi, królowie i zwykli ludzie, którzy siedzieli w więzieniu albo żyli tu w różnych - lepszych lub gorszych - warunkach.
Po chwili znaleźli się na tak dużej wysokości, że z punktu, w którym stali, widzieli miasto. Piękne drewniane zabudowania ze dekoracyjną snycerką, parki, kościół, brukowane ulice i kamienne domy, których fasady zdobiły pilastry i kolumny. Varberg wyglądał na zamożne miasto. Nora trzymała się ścieżki. Do fosy z wodą było stamtąd daleko, wiatr szarpał ich ubrania.
- Popatrzcie - powiedziała Vallmo, wskazując czarne sklepione drewniane drzwi, przy których stał następny policjant. Podczas tego krótkiego marszu Nora naliczyła ich pięciu. - Znajdujemy się w bastionie, który nazywa się Gr? munken2. Zejdziemy nim do pomieszczenia, w którym wczoraj rano znaleziono zwłoki. Odkrycia dokonał dowódca straży, który pracuje w twierdzy. Jest tu kilka wejść, a to jedno z nich. Nazywa się Kockenburg.
Vallmo dała im osłony na buty i dopiero wtedy weszli do środka.
- Trochę tu ciemno, ale można się przyzwyczaić.
Cała piątka ruszyła za policjantką ostro opadającym ceglanym, spiralnie ukształtowanym chodnikiem biegnącym wokół szybu świetlnego z małymi otworami wychodzącymi na chodnik. Po pokonaniu wielu zakrętów, których Nora nawet nie liczyła, otworzył się przed nimi chodnik przypominający tunel. Przez szczeliny w drewnianych drzwiach przebijało światło dzienne, tak jak przy drzwiach wejściowych. Vallmo zatrzymała się.
- Tam jest wyjście - powiedziała, wskazując je ręką. Zrobiła kilka kroków w kierunku otworu w kamiennej ścianie i dodała: - A tu następne. Dam wam mapę.
Wrócili do spiralnego korytarza i poszli dalej, aż znaleźli się na płaskim terenie.
- Teraz pójdziemy w tym kierunku - powiedziała Vallmo, wskazując kolejny kamienny korytarz. - Są tam kazamaty, czyli pomieszczenia z otworami dla dział. A tam - dodała, wykonując zamaszysty ruch ręką w przeciwnym kierunku - jest podobne pomieszczenie. Właśnie w nim znajdują się zwłoki.
- Dziękuję - powiedział Petrović. - Ile osób zaglądało tam po znalezieniu zwłok?
- Oprócz dowódcy straży byłam tam ja, dwaj policjanci, którzy odebrali wezwanie, technicy i lekarz.
- Czy moglibyśmy z nimi wszystkimi porozmawiać? Najpierw jednak chcielibyśmy na chwilę usiąść, żeby omówić to, co już wiemy.
- Oczywiście. W razie czego będę na komendzie. Pytajcie o mnie na recepcji.
- Dziękuję - powiedział Petrović, zerkając na zegarek. - Przyjdziemy mniej więcej za godzinę. Najpierw musimy coś pouzgadniać. Prosimy o zatrzymanie policjantów pilnujących wejść do czasu, aż zakończymy oględziny miejsca zbrodni. Będą nam też potrzebne dwa albo trzy samochody z kierowcami, żebyśmy mogli się poruszać po mieście.
Zacisnęła wargi, oczy jej rozbłysły.
- Nie ma sprawy - odparła. Wyjęła z kieszeni długopis i notes, coś w nim zapisała i podała kartkę Petroviciowi. - To dwa bezpośrednie numery telefonów do dyspozytora. Jeśli trzeba was będzie dokądś podwieźć, zadzwońcie do niego.
Petrović podziękował, odwrócił się i powiedział:
- Wracamy do autobusu. Musimy porozmawiać.
_______________
2 Gr? munken (szw.) - franciszkanin.