Sekcja M. Tom 5. Wet za wet - Christina Larsson & Caroline Grimwalker

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści po­zdra­wia ski­nie­niem głowy dwóch umun­du­ro­wa­nych straż­ni­ków, któ­rzy stoją przy głów­nym wej­ściu do urzędu przy ulicy Her­ku­les­ga­tan 17, i wy­cho­dzi na ulicę. Przed opusz­cze­niem bu­dynku sta­rym zwy­cza­jem pod­nosi koł­nierz płasz­cza, ale szybko so­bie uświa­da­mia, że na dwo­rze nie jest aż tak zimno, jak się spo­dzie­wał. Kwiet­niowe słońce świeci nad trwa­ją­cym w sta­nie wio­sen­nego wy­bu­dze­nia Sztok­hol­mem. Jak na tę porę roku jest nie­zwy­kle cie­pło. Ale to nie wcze­sne na­dej­ście wio­sny wy­wo­łuje uśmiech na jego twa­rzy. Po wyj­ściu z bu­dynku skręca w prawo w ulicę Drot­t­ning­ga­tan.

Sku­tecz­ność dzia­ła­nia Sek­cji M jest fak­tem bez­spor­nym. Cho­ciaż ostat­nia sprawa była trudna i skom­pli­ko­wana, a eks­plo­zja ma­te­riału wy­bu­cho­wego i han­del ludźmi wska­zy­wały na to, że cho­dzi o prze­stęp­czość zor­ga­ni­zo­waną, eki­pie udało się tę sprawę roz­wią­zać w krót­kim cza­sie. Ich suk­ces zwró­cił po­wszechną uwagę. Dzwo­nili do niego z gra­tu­la­cjami mi­ni­stro­wie z wielu kra­jów świata, a dy­rek­tor de­par­ta­mentu stwier­dził na ran­nym po­sie­dze­niu, że sam pre­mier za­mie­rza wy­gło­sić oświad­cze­nie za­wie­ra­jące po­chwałę dla człon­ków sek­cji. To po­winno prze­ko­nać tego krnąbr­nego Tho­réna, szefa wy­działu praw­nego ko­mendy głów­nej po­li­cji. Jo­han Tho­rén jesz­cze nie tak dawno stwier­dził, że Sek­cja M jest już nie­po­trzebna. Za to ostat­nio za­cho­wy­wał się tak, jakby nie był już tego taki pewny. Po ostat­nim suk­ce­sie Sek­cji M nie miał in­nego wy­boru, jak tylko ogło­sić z urzędu, że sek­cja znowu sta­nie się jed­nostką sa­mo­dzielną i wy­dzie­loną. Te­raz bę­dzie mógł oka­zy­wać swoje nie­zde­cy­do­wa­nie w cza­sie wol­nym od pracy.

Z ulicy Drot­t­ning­ga­tan skręca w prawo, cie­sząc oczy wi­do­kiem Riks­dagu i mo­stu Riks­bron. Ja­sno­nie­bie­skie niebo, piękna za­bu­dowa, po­rządni lu­dzie. To jego mia­sto. Kie­dyś być może sta­nie na czele kraju. Ktoś mniej am­bitny pew­nie by się za­do­wo­lił tym po­zio­mem ży­cia, ale dla niego to tylko ko­lejny szcze­bel w dro­dze na szczyt. Jesz­cze tam nie do­tarł, ale cel jest w za­sięgu ręki, co tylko do­pin­guje go do więk­szego współ­za­wod­nic­twa. Nie wy­ob­raża so­bie, że ktoś taki jak Tho­rén mógłby sta­nąć mu na dro­dze.

Ja­kaś ko­bieta w ja­sno­nie­bie­skich szor­tach i ja­snych jak len wło­sach uśmie­cha się do niego nie­śmiało, jakby nie była pewna, czy kie­dyś się nie spo­tkali. Wła­śnie tak to wy­gląda, gdy ktoś jest Pa­nem Mi­ni­strem ca­łego szwedz­kiego na­rodu. Uśmie­cha się do niej po­wścią­gli­wie i przy­spie­sza kroku.

Szorty w kwiet­niu. Coś ta­kiego! Po­winna ist­nieć ja­kaś gra­nica.

W dwa ty­siące osiem­na­stym roku Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści prze­nio­sło się z dziel­nicy Ro­sen­bad na ulicę Her­ku­les­ga­tan, co na po­czątku wy­wo­ły­wało sze­reg pro­ble­mów lo­gi­stycz­nych. Na do­miar złego zwraca na niego uwagę o wiele mniej waż­nych i zna­czą­cych osób, gdy tak jak te­raz idzie ulicą, cie­szy się z wio­sen­nego słońca i wy­gląda przy tym jak zwy­kły prze­cho­dzień. Idąc koło ka­łuży, do­strzega przez chwilę na jej błysz­czą­cej po­wierzchni swoje od­bi­cie. Czuje się bar­dziej spo­kojny i pewny sie­bie. Wie, do­kąd zmie­rza i jak do­trzeć do celu.

W tej sa­mej chwili stadko go­łębi zrywa się do lotu.

Przy­dzie­lony mu ochro­niarz po­dej­rzewa, że spo­tka­nie lun­chowe, na które mi­ni­ster się wy­biera, do­ty­czyć bę­dzie je­dy­nie uciech cie­le­snych. Mi­ni­ster nie musi na­wet się sta­rać, żeby go zgu­bić. Ochro­niarz ma wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie w za­kre­sie ochrony VIP-ów i zdą­żył się przy­zwy­czaić, że pa­no­wie zaj­mu­jący wy­so­kie sta­no­wi­ska wy­my­kają się cza­sem z pracy, żeby po­fi­glo­wać so­bie z ko­chan­kami obu płci.

Za­trzy­muje się przy re­stau­ra­cji Po­lpette, chwilę się roz­gląda, po czym wcho­dzi do środka przez skromne, brą­zowe, drew­niane drzwi. W ogród­kach przy re­stau­ra­cjach za­czyna się co­dzienny ruch, go­łę­bie wra­cają nad ka­łużę, a kil­ka­set me­trów da­lej ja­kaś dziew­czynka stoi nad por­cją lo­dów, które przed chwilą upu­ściła na chod­nik.

Mi­ni­ster wcho­dzi do chłod­nej, ciem­nej klatki scho­do­wej i idzie ka­mien­nymi scho­dami na górę. Za­sta­na­wia się, co po­wie­dzieć w cza­sie spo­tka­nia, które za­raz się za­cznie. Bę­dzie mu­siał prze­ko­nać Tho­réna. Zżera go cie­ka­wość, kim są po­zo­stałe osoby, które Tho­rén za­pro­sił na roz­mowę. Bez względu na to jedno jest dla niego ja­sne: Sek­cja M, mo­bilna jed­nostka śled­cza o sze­ro­kich kom­pe­ten­cjach, po­winna nie tylko dzia­łać tu­taj, ale także bry­lo­wać na te­re­nie ca­łego kraju, żeby roz­wią­zy­wać rów­nież te zbrod­nie, któ­rymi na co dzień zaj­muje się zwy­kła po­li­cja. Inna de­cy­zja jest nie do za­ak­cep­to­wa­nia.

Za­trzy­muje się na pierw­szym pię­trze i przez chwilę wsłu­chuje w dźwięki do­bie­ga­jące z dołu, od strony drzwi wej­ścio­wych do bu­dynku. Po­tem wyj­muje klucz i otwiera nim drzwi ka­wa­lerki, która ofi­cjal­nie na­leży do Ko­mi­sji Nad­zoru. Za­pach cy­gar i nie­mod­nej wody po go­le­niu są po­twier­dze­niem, że do­tarł na umó­wione miej­sce.

Zdej­muje ja­sno­brą­zowy płaszcz z sier­ści wiel­błąda i wie­sza go na mie­dzia­nym haku w przed­po­koju. Prze­ciąga dło­nią po co­raz rzad­szych wło­sach i robi naj­bar­dziej urzę­dową minę, na jaką go stać. Na końcu pro­stuje plecy i wy­pina pierś.

To nie­ważne, kim są po­zo­stali uczest­nicy spo­tka­nia i co mają do po­wie­dze­nia. On już pod­jął de­cy­zję, co ozna­cza, że oni też to zro­bili - tylko jesz­cze o tym nie wie­dzą.

ROZ­DZIAŁ 2

- Ależ, mamo, czy to na­prawdę do­bry po­mysł?

Nora Fel­ler wró­ciła wła­śnie do domu. Całą trasę z ko­mendy po­ko­nała ro­we­rem. Po wej­ściu do miesz­ka­nia wal­czy przez chwilę z zi­mową kurtką. Pró­buje ją zdjąć, a jed­no­cze­śnie przy­trzy­muje te­le­fon mię­dzy brodą a ra­mie­niem.

- Chcesz się prze­pro­wa­dzić do Malmö? Czemu aku­rat tam?

- A czemu nie?

Głos jej mamy brzmi sła­biej niż daw­niej, jakby w ciągu ostat­niego pół­ro­cza się skur­czyła. Nie ma się jed­nak czemu dzi­wić: naj­pierw po­trą­cił ją sa­mo­chód i zła­mała szyjkę ko­ści udo­wej, a za­raz po­tem do­stała udaru i za­pa­dła w śpiączkę. Pięć­dzie­siąt dwa lata to wciąż młody wiek, ale po tych wszyst­kich nie­szczę­ściach jej mama się zmie­niła i po­sta­rzała.

Te­raz Norę drę­czy su­mie­nie, że tak rzadko kon­tak­to­wała się z matką. Ostat­nie śledz­two, w które była za­an­ga­żo­wana, wy­ma­gało peł­nej kon­cen­tra­cji, więc prze­zna­czyła na nie cały swój czas. W willi we Frösa­kull do­szło do eks­plo­zji bomby. Na miej­scu zgi­nęły dwie osoby. Trze­cia od­nio­sła tak roz­le­głe ob­ra­że­nia, że zmarła w szpi­talu. Szybko się oka­zało, że za­mach zwią­zany był z han­dlem ludźmi. Grupa prze­stęp­ców wię­ziła ko­biety w kilku miesz­ka­niach w An­ders­bergu, dziel­nicy Halm­stadu. Wy­ko­rzy­sty­wali je jako nie­wol­nice sek­su­alne.

Na samą myśl o tym, jak okrut­nie i bru­tal­nie były trak­to­wane, No­rze robi się nie­do­brze. Męż­czyźni, któ­rzy za­spo­ka­jali w ten spo­sób swoje po­trzeby sek­su­alne, byli mę­żami, oj­cami i sza­no­wa­nymi oby­wa­te­lami mia­sta. Po pew­nym cza­sie po­li­cji udało się usta­lić toż­sa­mość mar­twej ko­biety, któ­rej szczątki od­ko­pano na te­re­nie dziel­nicy prze­my­sło­wej. Oka­zało się, że była jedną z wielu, które w na­dziei na lep­sze ży­cie i lep­szą przy­szłość przy­były do Szwe­cji, gdzie tra­fiły do pie­kła. Śledz­two, które pro­wa­dzono w tej spra­wie, stało się dla niej jesz­cze bar­dziej nie­zno­śne po tym, jak wmie­szała się w nie Sek­cja M. Póź­niej się do­wie­działa, że Char­lotte roz­po­wszech­niała plotki, ja­koby ona, Nora, mu­siała odejść z sek­cji, po­nie­waż nie umiała się do­pa­so­wać do obo­wią­zu­ją­cych stan­dar­dów. Naj­chęt­niej za­po­mnia­łaby o tam­tym okre­sie swo­jego ży­cia, zwłasz­cza o tym, czego się wtedy do­wie­działa na te­mat me­tod sto­so­wa­nych przez człon­ków sek­cji.

Wstaje z pod­łogi, zdej­muje spor­towe obu­wie, pod­cho­dzi do okna i wy­gląda na dwór z po­miesz­cze­nia, które przez ostatni rok na­zy­wała swoim miesz­ka­niem. Na drze­wach wy­strze­liły ja­sno­zie­lone pąki, w skrzyn­kach, które stoją na bal­ko­nach są­sied­niego bloku, roz­kwi­tły pierw­sze wio­senne kwiaty.

- Na­prawdę pla­nu­jesz prze­pro­wadzkę do Malmö? Prze­cież tam dzia­łają gangi i ktoś cią­gle do ko­goś strzela.

Nora jest już tak zde­spe­ro­wana, że po­sta­no­wiła użyć tego ar­gu­mentu, byle tylko na­kło­nić mamę do zmiany de­cy­zji. Od­po­wie­dzią jest gło­śny śmiech.

- Chcesz po­wie­dzieć, że tra­fię na li­nię strzału? To by do­piero była sen­sa­cja!

Nora nie może się po­wstrzy­mać od uśmie­chu. To mało praw­do­po­do­bne, żeby po tym wszyst­kim, co prze­szła jej mama, jej los mógł się zmie­nić na gor­sze. Fakt, że za­cho­wała po­czu­cie hu­moru, rów­nież tego czar­nego, spra­wia, że Norę ogar­nia przy­jemne cie­pło. Do­piero te­raz uświa­da­mia so­bie, jak bar­dzo się za nią stę­sk­niła.

- Wiem, że me­dia pu­bli­kują na te­mat Malmö mnó­stwo ne­ga­tyw­nych in­for­ma­cji, ale oko­lica, w któ­rej miesz­kała moja ciotka, to stara i bar­dzo uro­kliwa osada ry­backa. Na­zywa się Lim­hamn. Nie wiem, ile za­pa­mię­ta­łaś z na­szych wi­zyt u ciotki, gdy by­łaś mała, ale na pewno nie jest tam tak jak w dziel­nicy Ro­sen­lund, je­śli to ją mia­łaś na my­śli.

- Ro­sen­g?rd.

- Nie­ważne... Cho­dzi o to, że mia­sto przed­sta­wiane jest w me­diach w złym świe­tle. To, o czym do­no­szą, rzadko bywa prawdą. Nie są­dzisz?

Nora prze­ciąga dło­nią po czole.

- Tak bywa, oczy­wi­ście.

Mona Fel­ler kon­ty­nu­uje, ale ton jej głosu jest już ła­god­niej­szy:

- To na­prawdę piękny dom. Cio­cia nie miała wła­snych dzieci, a spo­śród wszyst­kich człon­ków na­szej ro­dziny naj­bliż­sze kon­takty utrzy­my­wała ze mną. To dla­tego odzie­dzi­czy­łam po niej ten dom. Brzmi to tro­chę jak sce­na­riusz fil­mowy. Wciąż nie mogę w to uwie­rzyć.

- Ale dla­czego Malmö? - po­dej­muje ko­lejną próbę Nora. - Prze­cież mo­gła­byś ten dom sprze­dać i ku­pić coś w oko­licy Halm­stadu. Co­raz czę­ściej bę­dziesz po­trze­bo­wać po­mocy, a ja już tu miesz­kam. Po co prze­pro­wa­dzać się do in­nego mia­sta, w któ­rym ni­kogo nie znasz?

- Wła­śnie o to cho­dzi. Po­trze­buję no­wego im­pulsu do ży­cia. Po tym, co ostat­nio prze­ży­łam, wła­śnie tego mi po­trzeba.

Tym ra­zem głos pani Fel­ler brzmi bar­dziej sta­now­czo.

Nora do­tyka czo­łem chłod­nej szyby i pa­trzy na par­king przed bu­dyn­kiem. Wra­cają wspo­mnie­nia zwią­zane z sa­mo­cho­dem, z któ­rego nie­dawno ktoś ob­ser­wo­wał jej miesz­ka­nie. Jest na sto pro­cent pewna, że to była Char­lotte Vic­to­rin. Na samo jej wspo­mnie­nie robi jej się kwa­śno w ustach. Za nic w świe­cie nie chcia­łaby mieć z tą wa­riatką cze­go­kol­wiek wspól­nego. Żeby po­zbyć się nie­mi­łego uczu­cia, ude­rza dwa razy dło­nią o szybę, pło­sząc mewę. Ptak gwał­tow­nie za­wraca i od­la­tuje, wy­da­jąc z sie­bie krótki, obu­rzony krzyk.

- Dom stoi w fan­ta­stycz­nym miej­scu - kon­ty­nu­uje pani Fel­ler. - Wi­dać z niego mo­rze i most nad Sun­dem. Szcze­rze mó­wiąc, je­stem już zmę­czona ży­ciem w Mos­se­bergu. Wpraw­dzie mogę tu li­czyć na stałą po­moc i opiekę, za to w Malmö by­ła­bym sama w inny spo­sób. Ale zga­dzam się z tobą co do tego, że taki wy­jazd na pewno bę­dzie dla mnie wy­zwa­niem.

- Wciąż nie ro­zu­miem, jak so­bie po­ra­dzisz w no­wym mie­ście sama.

W te­le­fo­nie za­pada krótka ci­sza. Od­po­wiedź pada po chwili:

- Naj­le­piej by było, gdy­by­śmy za­miesz­kały ra­zem. Co ty na to? Mo­gła­byś się wy­pro­wa­dzić z Halm­stadu i za­miesz­kać ze mną w Malmö. Miej­sca dla dwóch osób na pewno wy­star­czy. Pracę za­ła­twisz so­bie bez pro­blemu w miej­sco­wej po­li­cji, bo je­śli sy­tu­acja w mie­ście jest rze­czy­wi­ście taka zła, jak ją opi­sują, na pewno po­trze­bują tam wię­cej po­li­cjan­tów. W Lim­hamn jest mor­ska pro­me­nada i mnó­stwo przy­tul­nych re­stau­ra­cji, a do Ko­pen­hagi sa­mo­cho­dem je­dzie się go­dzinę.

Nora krąży po po­koju, prze­ciąga dło­nią po twa­rzy. Nowe ży­cie. Te dwa słowa kryją w so­bie coś, co jej się po­doba. Tylko co z pracą? Prze­cież cał­kiem nie­dawno do­stała etat w Halm­sta­dzie. Czuje się tu do­brze, bez pro­blemu do­ga­duje się z Ulfem i całą resztą.

- Je­śli się ze mną nie prze­pro­wa­dzisz, zro­bię to sama - sły­szy w od­po­wie­dzi na swoje wąt­pli­wo­ści. Czuje, jak ogar­nia ją pa­nika.

- Sama so­bie nie po­ra­dzisz.

- No to po­jedź ze mną. Nie pierw­szy raz za­miesz­kamy ra­zem. My­ślę, że ra­zem bę­dzie nam bar­dzo do­brze. Poza tym znaj­dziemy się da­leko od...

Mona Fel­ler nie wy­po­wiada jego imie­nia i na­zwi­ska, ale Nora wie, że miała na my­śli In­ge­mara Wal­lina.

Od kiedy jej mama do­stała skie­ro­wa­nie do cen­trum re­ha­bi­li­ta­cyj­nego w Mos­se­bergu, sę­dzia Wal­lin wi­siał nad nią jak ciemna chmura. Mimo to mama nie chce zdra­dzić, o co w tym cho­dzi. Nora po­dej­rzewa, że fun­dusz, z któ­rego po­cho­dziły hojne środki na opła­ce­nie po­bytu w tak eks­klu­zyw­nym ośrodku, może być po­wią­zany z pre­ze­sem Sądu Naj­wyż­szego. Wy­star­czy tro­chę po­grze­bać i wszystko sta­nie się ja­sne. Nie­stety, są dwa po­wody, dla któ­rych nie ma tego jak spraw­dzić: praca w wy­dziale za­bójstw po­chła­nia cały jej czas, a w gło­sie mamy, gdy roz­ma­wiają o Wal­li­nie, za każ­dym ra­zem po­ja­wia się obca, mroczna nuta: ża­łość, smu­tek, a może na­wet złość. Robi więc wszystko, żeby się po­zbyć złych prze­czuć, cho­ciaż wy­raź­nie wi­dzi, że coś jest nie tak. Być może po­wo­dem ta­kiego za­cho­wa­nia jest ja­kaś dawna, przy­kra i nie­wy­po­wie­dziana pre­ten­sja.

- No więc jak bę­dzie, có­reczko? Pod­ję­łaś de­cy­zję?

Mona Fel­ler czuje, że jej głos od­zy­skał dawną ra­dość i siłę. Te­raz znowu brzmi tak jak wcze­śniej, za­nim do­szło do tych wszyst­kich strasz­nych rze­czy. Być może po­wo­dem jest na­dzieja na to, że Nora jed­nak z nią za­mieszka.

Poza tym z Malmö do Göte­borga jest da­lej niż z Göte­borga do Halm­stadu, a tym sa­mym da­lej od Sek­cji M, jej człon­ków i ich ma­cek. Da­lej od Char­lotte, Wal­lina i złych wspo­mnień z Ka­tri­ne­holmu.

Przy­trzy­muje te­le­fon ra­mie­niem i wyj­muje z lo­dówki bu­telkę wody ga­zo­wa­nej. Otwiera ją, wraca do po­koju i siada na nie­bie­skiej, obi­tej ma­te­ria­łem ka­na­pie. Ka­pi­tu­luje.

- Zgoda. Opo­wiedz mi wię­cej o tym domu, bo pra­wie wcale go nie pa­mię­tam. Czy on na­prawdę stoi nad sa­mym mo­rzem?

ROZ­DZIAŁ 3

Char­lotte Vic­to­rin wije się z roz­ko­szy i ję­czy, gdy Ni­ko­lina pie­ści ją ję­zy­kiem. Na­gle je­den z jej dwóch te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych emi­tuje dwa sy­gnały. Po prze­rwie, która trwa pół mi­nuty, te­le­fon znowu dzwoni. Gdyby chciał się z nią skon­tak­to­wać ktoś inny niż osoba po­słu­gu­jąca się umó­wio­nym spo­so­bem, Char­lotte ni­gdy by nie ode­brała. Za nic by nie prze­rwała Ni­ko­li­nie tego, co spra­wia tak ogromną przy­jem­ność. Nie­stety musi ode­brać, więc chwyta młodą ko­bietę za włosy i unosi jej głowę.

Ni­ko­lina robi zdzi­wioną minę. Jest na­prawdę ładna. Z lekko roz­chy­lo­nych, ró­żo­wych ust na­dal wy­staje czu­bek ję­zyka. Twarz z błę­kit­nymi oczami oka­lają dłu­gie, zło­to­brą­zowe włosy, które opa­dają na uda Char­lotte i cu­dow­nie ją ła­sko­czą je­dwab­nym, de­li­kat­nym do­ty­kiem. Dziew­czyna unosi brwi, ale o nic nie pyta.

Char­lotte wska­zuje jej drzwi. Ni­ko­lina na­dal nie ro­zu­mie, co się stało, pod­czas gdy te­le­fon wciąż dzwoni.

Char­lotte nie może dłu­żej cze­kać. Po­py­cha dziew­czynę, wska­zuje jej drzwi i daje znak, żeby opu­ściła po­kój ma­sażu. Pierw­szy raz od­wie­dziła ten sa­lon przed ro­kiem. Szybko prze­ko­nała swoją ulu­bioną ma­sa­żystkę, że o praw­dzi­wym or­ga­zmie ma­rzą nie tylko fa­ceci. Oka­zało się, że za do­dat­kową opłatą dziew­czyna go­towa jest zro­bić tro­chę wię­cej. W końcu Ni­ko­lina się do­my­śla, dla­czego Char­lotte każe jej wyjść, i opusz­cza po­kój ze zwie­szo­nymi ra­mio­nami.

- Słu­cham? - mówi Char­lotte do słu­chawki.

- To ja - od­po­wiada Wal­lin.

Na dźwięk jego głosu kur­czy jej się żo­łą­dek. Char­lotte na­tych­miast pod­nosi się z le­żanki. Ta roz­mowa nie była za­pla­no­wana, bo gdyby ją uzgod­nili, na pewno by o niej pa­mię­tała. Czego on chce? Pró­buje so­bie sko­ja­rzyć, czy o czymś nie za­po­mniała, ale bez­sku­tecz­nie. W jej gło­wie na­tych­miast za­czy­nają się kłę­bić my­śli.

- Cześć - mówi i sama sły­szy swój pod­dań­czy ton. Za­wsze brzmi tak, jakby nie po­tra­fiła mó­wić ina­czej, cho­ciaż lo­gicz­nie rzecz uj­mu­jąc, to ona ma nad nim prze­wagę w tych roz­mo­wach. Co w nim jest, że pod wpły­wem jego głosu za­mie­nia się na­gle w nie­pewną sie­bie dziew­czynkę? - Prze­pra­szam, że tro­chę to trwało, ale by­łam czymś za­jęta.

- Chcę ci tylko po­wie­dzieć, że bę­dzie tak, jak so­bie ży­czy­łaś.

Wal­lin jak zwy­kle od razu prze­cho­dzi do rze­czy. Żad­nych czu­ło­ści, po­zdro­wień ani py­tań w ro­dzaju "Jak leci?". Szkoda, bo ta­kim ję­zy­kiem roz­ma­wiają ze sobą do­brzy zna­jomi. Wi­docz­nie ni­gdy so­bie na to nie za­słu­żyła. W lu­strze dym­nym wi­szą­cym na ścia­nie wi­dzi swoje ciemne oczy. Siłę czer­pie ze zło­ści.

- Do­my­ślam się, że mó­wisz o Sek­cji M?

Wal­lin mru­czy coś w od­po­wie­dzi.

- Sek­cja M otrzyma jesz­cze jedno zle­ce­nie, ale bez względu na to, co po­wie mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści, bę­dzie to wa­sza ostat­nia mi­sja. Po­tem sek­cja zo­sta­nie roz­wią­zana i każde z was wróci do swo­ich nor­mal­nych obo­wiąz­ków. Czy wy­ra­zi­łem się ja­sno?

Char­lotte czuje przy­spie­szone bi­cie serca. Ostat­nie zle­ce­nie. Ostat­nia szansa, żeby za­bły­snąć. Wal­lin wy­daje z sie­bie dłu­gie wes­tchnie­nie.

- Wiele osób jest pod wra­że­niem wa­szej na­sta­wio­nej na wy­niki pracy śled­czej, dla­tego przy tym zle­ce­niu znowu sta­nie­cie się mo­bilną, sa­mo­dzielną ekipą śled­czą, a nie tylko kon­sul­tan­tami. Bę­dzie­cie też mo­gli dzia­łać na te­re­nie ca­łego kraju.

Char­lotte jesz­cze raz prze­gląda się w lu­strze. Te­raz, gdy wie, jak sprawy się mają, i gdy do niej do­tarło, co tak na­prawdę po­wie­dział jej oj­ciec, po­czuła, że wraca jej pew­ność sie­bie. Na jej twa­rzy po­ja­wia się sze­roki uśmiech. Całe szczę­ście, że jest w tym ma­łym po­koju sama. Już czuje smak nad­cho­dzą­cego zwy­cię­stwa nad Norą. Osta­tecz­nie to ona, Char­lotte, za­im­po­no­wała Wal­li­nowi.

- To do­brze - od­po­wiada, wy­po­wia­da­jąc te słowa chłod­nym, obo­jęt­nym to­nem. - Chcia­ła­bym mieć prawo do wy­bie­ra­nia zle­ceń z li­sty.

- Prze­cież wiesz, że... - za­czyna ostrze­gaw­czym to­nem Wal­lin, ale Char­lotte od razu mu prze­rywa. De­cy­duje się po­wie­dzieć to, co od dawna chciała z sie­bie wy­rzu­cić, do­póki nie opu­ści jej od­waga. Siłę, żeby to zro­bić, czer­pie z faktu, że przed chwilą do­stała to, na czym tak jej za­le­żało.

- Je­śli się nie zgo­dzisz, za­dzwo­nię do Nory i po­wiem, kto jest jej praw­dzi­wym oj­cem. Co ty na to?

Wal­lin wy­daje z sie­bie słaby, bo­le­sny jęk, który przy­pra­wia Char­lotte o strach i eks­cy­ta­cję.

- Zresztą zgoda, niech bę­dzie, jak chcesz - do­daje szybko, za­nim Wal­lin zdą­żył od­po­wie­dzieć. - Zdzwo­nimy się.

Roz­łą­cza się i na­gle do­znaje uczu­cia, jakby wło­żyła pa­lec do gniazdka i prze­szedł ją prąd. Ni­gdy wcze­śniej nie roz­ma­wiała z Wal­li­nem z ta­kim lek­ce­wa­że­niem.

A może bie­rze na sie­bie zbyt wiele obo­wiąz­ków? Co bę­dzie, je­śli Wal­lin się wku­rzy i wy­jawi ca­łemu światu, kim tak na­prawdę jest Char­lotte Vic­to­rin? Może po­su­nęła się za da­leko? Prze­łyka ślinę i czuje dła­wie­nie w gar­dle. Fak­tem jest, że zbyt długo za­cho­wy­wała się wo­bec niego w uni­żony spo­sób. Płasz­czyła się przed nim i szu­kała w jego oczach uzna­nia, ale on za każ­dym ra­zem ją od­rzu­cał. Być może po­winna zmie­nić ton, także w roz­mo­wach z nim. Niech inni za­czną ją w końcu trak­to­wać z sza­cun­kiem.

- Ni­ko­lina! - woła. Czeka nie­cier­pli­wie przez dwie se­kundy i znowu ją woła. Tym ra­zem drzwi się otwie­rają i dziew­czyna wraca.

Char­lotte mie­rzy wzro­kiem jej szczu­płą syl­we­tkę i ob­ci­sły, biały far­tuch. Wy­ob­raża so­bie młode, jędrne ciało, które się pod nim kryje. Po roz­mo­wie z Wal­li­nem po­trze­buje tylko jed­nego: chce do­koń­czyć to, co za­częły. Musi się po­zbyć złych my­śli i nie­po­koju, który po­ja­wił się pod­czas roz­mowy z Wal­li­nem.

- Mo­żesz się ro­ze­brać - mówi do dziew­czyny. - Tro­chę to po­trwa.

Ni­ko­lina uśmie­cha się krzywo i po­woli za­czyna roz­pi­nać swój biały far­tuch. Przez cały czas pa­trzy jej pro­sto w oczy.

ROZ­DZIAŁ 4

Trzy go­dziny póź­niej Char­lotte wy­siada z tram­waju przy ulicy Älvs­borgs­ga­tan w dziel­nicy Ma­jorna. Wpraw­dzie w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tego nie robi, ale tym ra­zem wy­sta­wia twarz na wio­senne słońce i za­ciąga się świe­żym, pach­ną­cym po­wie­trzem, które zwia­stuje na­dej­ście cie­plej­szych dni. Idący chod­ni­kiem mały chło­piec z ba­lo­nem sze­roko się do niej uśmie­cha. Od­wza­jem­nia jego uśmiech i ku swemu zdu­mie­niu po­zdra­wia jego mamę. Po krót­kim spa­ce­rze wcho­dzi do znaj­du­ją­cego się przy ulicy Ma­ria­ga­tan pubu The Red Lion i mówi do bar­mana:

- Po­pro­szę lampkę czer­wo­nego wina.

Prze­ciąga pal­cami po kon­tu­arze z ciem­nego drewna i do­daje:

- Ja­kiś moc­niej­szy ga­tu­nek. Będę sie­dzieć na ze­wnątrz.

Bar­man po­twier­dza przy­ję­cie za­mó­wie­nia i od­wraca się do kilku rzę­dów ciem­no­zie­lo­nych bu­te­lek, które stoją tuż za nim na pół­kach. Char­lotte kie­ruje się do szkla­nego ogródka i siada przy sto­ją­cym tro­chę z boku wol­nym sto­liku. Korci ją, żeby za­dzwo­nić, ale na ra­zie nie sięga po te­le­fon. Do­ko­nuje w my­ślach swego ro­dzaju prze­glądu każ­dego z człon­ków Sek­cji M.

Pe­tro­vić nie bę­dzie uszczę­śli­wiony, bo wo­lałby już ni­gdy nie sły­szeć o Sek­cji M, ale to bez zna­cze­nia - nie ma in­nego wyj­ścia. Na myśl o nim Char­lotte uśmie­cha się szy­der­czo. Oj­ciec i mąż. Kie­dyś był zdol­nym po­li­cjan­tem, ale na sku­tek kilku błęd­nych de­cy­zji wpa­ko­wał się w ta­kie ta­ra­paty, że mu­siał się zgo­dzić na pod­ję­cie pracy w Sek­cji M. Jest po uszy za­dłu­żony. Je­śli bę­dzie chciała, w każ­dej chwili go za­de­nun­cjuje. Pe­tro­vić wie, że je­żeli ją zmusi, ona wy­ko­rzy­sta prze­ciwko niemu jego naj­słab­szy punkt, któ­rym są jego dzieci. Bez chwili wa­ha­nia.

Alba Svens­son jest fo­ren­sy­kiem, w sek­cji zaj­muje się za­bez­pie­cza­niem śla­dów na miej­scu zbrodni. Na­leży do naj­lep­szych spe­cja­li­stek w tej dzie­dzi­nie. W eki­pie jest nie­zbędna. Do­póki do­staje te swoje ta­bletki i pro­chy, bez ga­da­nia wy­ko­nuje po­le­ce­nia. Z dru­giej strony taka współ­praca to ta­niec na li­nie, bo od pew­nego czasu Alba wy­gląda na wy­czer­paną. Poza tym cią­gle się dra­pie po tej swo­jej su­chej skó­rze. Char­lotte na­zywa ją w my­ślach Skó­rzaną Łu­ską. Jak długo może jej jesz­cze ufać? Prze­cież ist­nieje gra­nica tego, co ludzki mózg jest w sta­nie prze­ro­bić, za­nim znisz­czą go nar­ko­tyki. Na szczę­ście Alba nie za­nie­dbuje swo­ich obo­wiąz­ków i można na niej w pełni po­le­gać.

Si­mon Bauer to in­for­ma­tyk, który cierpi na za­awan­so­waną po­stać ze­społu Asper­gera. Po­winno go ucie­szyć, że koń­czy pracę w dość licz­nym ze­spole, w któ­rym jest za­trud­niony jako kon­sul­tant. Si­mon ma ce­chy, które od­po­wia­dają jej naj­bar­dziej: su­mien­nie wy­ko­nuje po­le­ce­nia i nie za­daje zbęd­nych py­tań. Fa­cet z za­awan­so­wa­nym au­ty­zmem to wy­ma­rzony pra­cow­nik. Char­lotte uśmie­cha się w my­ślach: tacy jak on za­wsze osią­gają do­bre wy­niki w pracy.

To, że Sek­cja M bę­dzie jed­nostką sa­mo­dzielną, upro­ści wiele spraw, cho­ciaż nie wszy­scy są tego świa­domi. Ale to bez zna­cze­nia.

Mu­szą so­bie ja­koś ra­dzić bez Carla Astona, który pra­co­wał w sek­cji jako le­karz me­dy­cyny są­do­wej. Co prawda jest wy­bit­nym spe­cja­li­stą, ale mu nie ufa. Zbyt wiele fak­tów wska­zuje na to, że nie do końca ak­cep­tuje me­tody śled­cze, któ­rymi po­słu­guje się sek­cja. Gdyby znowu do nich tra­fił, mógłby sta­no­wić praw­dziwy pro­blem, ale to ża­den kło­pot. Po­do­bno prze­bywa w Sy­rii, gdzie po­maga iden­ty­fi­ko­wać ofiary za­ma­chu bom­bo­wego. Je­śli o nią cho­dzi, może tam zo­stać do końca świata.

Zja­wia się bar­man z wi­nem. Minę ma taką, jakby za­mie­rzał wy­gło­sić po­ga­dankę na te­mat ga­tunku ser­wo­wa­nego al­ko­holu, ale Char­lotte uci­sza go krót­kim "Dzię­kuję, to wszystko" i po­daje kartę płat­ni­czą.

Bar­man idzie po pa­ra­gon, a Char­lotte bie­rze pierw­szy łyk wina. Po­tem wyj­muje z to­rebki je­den z te­le­fo­nów i włą­czyła w nim apli­ka­cję umoż­li­wia­jącą pro­wa­dze­nie pod­glądu.

Sek­cja M to osobna sprawa. Od te­raz bę­dzie mo­gła nią za­rzą­dzać we­dług wła­snego uzna­nia. Ina­czej jest z Norą. Na szczę­ście w jej przy­padku może łą­czyć ko­rzyść z przy­jem­no­ścią. Tak samo jest z wie­loma in­nymi spra­wami w ży­ciu.

Opiera się ple­cami o krze­sło, upija drugi łyk moc­nego czer­wo­nego wina i za po­śred­nic­twem wgra­nej apli­ka­cji uru­cha­mia ka­merkę za­in­sta­lo­waną w miesz­ka­niu Nory w Halm­sta­dzie.

- To nie było za­pla­no­wane - mówi Nora. - Mam na­dzieję, że zro­zu­miesz?

Char­lotte sku­pia całą uwagę na ekra­nie. Z kim ona roz­ma­wia?

- Nie, Ka­ta­rino, zdaję so­bie z tego sprawę.

Czyżby roz­ma­wiała z Wil­lius, sze­fową wy­działu za­bójstw w Halm­sta­dzie?

- I bar­dzo prze­pra­szam, że ro­bię to bez uprze­dze­nia i po tak krót­kim cza­sie, jaki z wami spę­dzi­łam. Praca z wa­szym ze­spo­łem spra­wiała mi praw­dziwą przy­jem­ność. Zwłasz­cza z tobą i Ulfem. Mu­szę jed­nak po­sta­wić ro­dzinę na pierw­szym miej­scu i za­jąć się mamą. Ona nie po­ra­dzi so­bie bez mo­jej po­mocy.

W po­koju za­pada ci­sza. Nora wsłu­chuje się w te­le­fon.

- Dzięki. Ow­szem, zdaję so­bie sprawę, że praca w ta­kim mie­ście jak Malmö to coś in­nego. Gor­szy kli­mat i tak da­lej, ale sama wiesz, że mam od­po­wied­nie do­świad­cze­nie.

Char­lotte czeka do końca roz­mowy. No pro­szę, a więc tak się sprawy mają? Wy­łą­cza apli­ka­cję i od­kłada te­le­fon. Ma­jorna o tej po­rze roku to ładne miej­sce, ale Malmö? Je­śli o nią cho­dzi, po­trafi się od­na­leźć wszę­dzie. Miej­sce to rzecz dru­go­rzędna, li­czy się głów­nie to, na czym jest skon­cen­tro­wana. Ale Malmö? Hm, czemu nie? Na li­ście, którą do­stała od Wal­lina, z pew­no­ścią znaj­dzie kilka na­zwisk z tego re­gionu.

Wy­pija resztę wina, prosi bar­mana o do­lewkę i szuka w te­le­fo­nie nu­meru Pe­tro­vi­cia. Jest co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana. Czuje się jak wąż, który ru­sza na po­lo­wa­nie. Wresz­cie coś się dzieje. Od ostat­niego śledz­twa upły­nęło zbyt wiele czasu. Nie mo­gła się do­cze­kać, kiedy znowu za­sa­dzi się na upa­trzoną zdo­bycz. Tym ra­zem do­pil­nuje, żeby Nora Fel­ler już się nie pod­nio­sła.

ROZ­DZIAŁ 5

So­phia Bern­hard jest już tak po­iry­to­wana, że bębni pal­cami po wy­ko­na­nym z ko­ści sło­nio­wej bla­cie biurka. Przed wej­ściem do jej po­koju przez cały czas krząta się sprzą­taczka z od­ku­rza­czem. Szum sil­nika jest tak ogłu­sza­jący, że bije w uszy. Ile ku­rzu może się znaj­do­wać na jed­nym me­trze kwa­dra­to­wym dy­wanu?

A może to szpieg? Myśl wy­dała jej się ab­sur­dalna, ale na wszelki wy­pa­dek po­sta­na­wia nie ry­zy­ko­wać.

- Ja­in­aba! - woła w kie­runku ko­biety, ale musi to zro­bić jesz­cze raz, bo sprzą­taczka jej nie sły­szy.

- Tak, pro­szę pani?

Ko­bieta wy­po­wiada te słowa uni­żo­nym to­nem i staje w progu. Ubrana jest w czarno-białe służ­bowe ubra­nie. Stoi ze wzro­kiem wbi­tym w pod­łogę, do­kład­nie tak, jak So­phia ją tego na­uczyła.

- Idź po­sprzą­tać kuch­nię. Po­trze­buję tro­chę spo­koju.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pani - od­po­wiada ko­bieta i znika w ko­ry­ta­rzu.

So­phia znowu sku­pia wzrok na ekra­nie mo­ni­tora. Od­po­wiada na e-ma­ila od am­ba­sa­dora Fi­li­pin, od­rzuca za­pro­sze­nie na galę w Sztok­hol­mie i od­pi­suje na pa­te­tyczny, pe­łen mi­ło­ści list od męża. Dzi­siaj wpły­nęły trzy wnio­ski o przy­ję­cie do szkoły. Każdy z nich po­wi­nien za­wie­rać zdję­cie kan­dy­data i list mo­ty­wa­cyjny. Li­stów nie czyta, tylko ogląda zdję­cia. Dwaj kan­dy­daci to ładni, wy­spor­to­wani chłopcy. Trzeci wy­gląda na lekko upo­śle­dzo­nego, i to w któ­rymś po­ko­le­niu. Na do­da­tek ma wielką, wy­sta­jącą szczękę. Na zdję­ciu stoi przed swoją marną le­pianką i sze­roko się uśmie­cha. W tle wi­dać od­wró­coną ty­łem kozę.

Nie, dzię­kuję, mówi w my­ślach So­phia. Wy­syła mu wia­do­mość z od­mową, a dwóm po­zo­sta­łym po­twier­dze­nie przy­ję­cia do szkoły. Na ko­niec zo­sta­wia so­bie list, który do­stała od pro­wa­dzo­nej przez kró­lową Syl­wię fun­da­cji World Chil­dhood Fo­un­da­tion. Wkrótce mają na­wią­zać cie­kawą współ­pracę, co ozna­cza, że bę­dzie mu­siała przy­go­to­wać na­le­ży­cie sfor­mu­ło­waną od­po­wiedź. Było nie było, cho­dzi o członka ro­dziny kró­lew­skiej. Za­miast jed­nak wy­słać od­po­wiedź, wy­biera w książce ad­re­so­wej nu­mer te­le­fonu H?kana Lin­drina ze Sto­wa­rzy­sze­nia Przed­się­bior­ców. Ka­rin, Lena i Ca­milla już do­stały od nich na­grodę, a ona cią­gle czeka, cho­ciaż bar­dzo jej na tym za­leży. Na szczę­ście już wie, dla­czego tak się działo. Po­wód był je­den: pie­nią­dze.

Wy­biera nu­mer, a gdy po trze­cim sy­gnale Lin­drin od­biera, So­phia in­for­muje go, jak dużą da­ro­wi­znę jej szkoła za­mie­rza prze­zna­czyć w tym roku na dzia­łal­ność sto­wa­rzy­sze­nia.

Jest pewna, że te­go­roczna na­groda trafi tylko do niej i do ni­kogo in­nego.

ROZ­DZIAŁ 6

Sto­jący przy ulicy Strand­ga­tan mały, tyn­ko­wany i po­ma­lo­wany na biało dom z da­chem kry­tym czer­woną da­chówką po­ło­żony jest w na­prawdę cu­dow­nym miej­scu. Nie da się za­prze­czyć, że wszystko wy­gląda do­kład­nie tak, jak opo­wia­dała mama. Nora wy­siada z cię­ża­rówki, żeby roz­pro­sto­wać nogi, i jej wzrok od razu bie­gnie w stronę wody. Do mo­rza ma stąd ja­kieś sto kil­ka­dzie­siąt me­trów. Po­wierzch­nia wody jest gładka jak lu­stro. Na po­łu­dnie od tego miej­sca wznosi się most bie­gnący nad Sun­dem. Kon­struk­cja ma­ja­czy w mor­skiej mgle, która za­lega aż do Ko­pen­hagi. Na pół­nocy znaj­duje się ma­rina, a tro­chę da­lej wi­dać słynny dra­pacz chmur, Tur­ning Torso.

- Po­mo­żesz mi? - pyta córkę Mona Fel­ler. Otwiera drzwi sa­mo­chodu, ale jej wzrok bie­gnie w od­wrot­nym kie­runku, w stronę domu. Pra­wie go nie wi­dać za ga­łę­ziami bzu, które opa­dają na stary drew­niany płot. Ciotka naj­wi­docz­niej nie dbała o ogród albo nie była już w sta­nie się nim zaj­mo­wać, po­nie­waż w ostat­nich la­tach ży­cia była chora. Mię­dzy szta­chety wplą­tały się chwa­sty, jakby za­mie­rzały wziąć w po­sia­da­nie bie­gnący za nim chod­nik. Po­łowę bramy za­krywa ogromny kol­cza­sty krzew. Z tego, co Nora za­pa­mię­tała, na­zywa się ro­kit­nik. Traw­nik jest cały za­ro­śnięty, cho­ciaż wio­sna do­piero się za­częła.

- Mu­simy się za­jąć ogro­dem - mówi pani Fel­ler, pod­czas gdy Nora po­maga jej wy­siąść z cię­ża­rówki. - Krzaki za­sła­niają wi­dok. Wy­obra­żasz so­bie, ja­kie za­pa­chy roz­siewa ten ogród, gdy w maju i czerwcu kwitną bzy?

Po tym, jak wy­ła­do­wa­nym po brzegi wo­zem me­blo­wym, w który spa­ko­wały cały swój do­by­tek, przy­je­chały na miej­sce, obie do­znają tego sa­mego po­czu­cia nie­rze­czy­wi­sto­ści, tyle że każda na inny spo­sób. Mona Fel­ler nie może uwie­rzyć w swoje szczę­ście: odzie­dzi­czyła cał­ko­wi­cie spła­cony dom i od razu może się do niego wpro­wa­dzić. Na do­da­tek w okre­sie re­kon­wa­le­scen­cji bę­dzie w nim miesz­kać z uko­chaną córką. Z ko­lei Nora, która nie tak dawno roz­pa­ko­wy­wała swoje kar­tony po prze­pro­wadzce z Göte­borga do Halm­stadu, za­sta­na­wia się, co z nią jest nie tak: raz za ra­zem zmie­nia miej­sce za­miesz­ka­nia, a w wieku pra­wie trzy­dzie­stu lat po­sta­no­wiła za­miesz­kać z mamą.

To już trzy­dziestka! Świa­do­mość tego faktu spły­nęła na nią na­gle. Chyba ina­czej wy­obra­żała so­bie swoje ży­cie w tym wieku. Jed­nak na wi­dok uszczę­śli­wio­nej mamy nie może się po­wstrzy­mać od uśmie­chu.

Fakt, że jej mama miała udar i przez pe­wien czas le­żała w śpiączce, spra­wił, że śmierć stała się dla Nory czymś bar­dziej na­ma­cal­nym niż dla więk­szo­ści in­nych osób w mło­dym wieku. Trudno jej się po­go­dzić z my­ślą, że mamy kie­dyś za­brak­nie. Naj­gor­sze jest jed­nak to, że nie wia­domo, kiedy ten dzień przyj­dzie. I cho­ciaż praca w po­li­cji ją na­uczyła, że śmierć po­trafi za­brać ko­goś w pełni ży­cia, nie wy­obra­żała so­bie, że ta prawda bę­dzie mieć prze­ło­że­nie na mamę. Na szczę­ście jej re­ha­bi­li­ta­cja prze­biega pra­wi­dłowo.

Dom, który kie­dyś na­le­żał do ja­kie­goś ry­baka, przy­po­mina nie­oszli­fo­wany dia­ment. Nora za­ciąga się po­wie­trzem, które jest na­sy­cone jo­dem. Roz­gląda się po ulicy i po Gamla Lim­hamn. Wszę­dzie wi­dzi małe domy z po­ro­śnię­tymi ro­ślin­no­ścią ogro­dami. Tu­li­pany, nar­cyzy i kwiaty z ro­dziny szpa­ra­go­wa­tych two­rzą w nich ja­skrawą pa­letę barw. Na­biera głę­boko po­wie­trza i po­sta­na­wia sku­pić się na rze­czach po­zy­tyw­nych, które wiążą się z prze­pro­wadzką. Musi prze­stać my­śleć o pracy w Halm­sta­dzie i ko­le­gach, z któ­rymi pod­czas ostat­niego śledz­twa bar­dzo się po­lu­bili.

- Tylko po­myśl, mamo: wkrótce za­cznie się lato, a my bę­dziemy cho­dzić na plażę, żeby brać po­ranną ką­piel. Mo­rze do­cho­dzi pra­wie do sa­mego ogrodu. Pro­po­nuję, że­by­śmy się naj­pierw ro­zej­rzały po domu, a po­tem wnie­siemy kar­tony, do­brze?

- Cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam - od­po­wiada pani Fel­ler, ma­cha­jąc z ra­do­ścią pę­kiem klu­czy. Jej uśmiech przy­po­mina gry­mas, ale Nora udaje, że tego nie wi­dzi. Nie chce, żeby ten nie­przy­jemny fakt za­kłó­cił jej ra­dość chwili.

Gdy schy­lają się pod gę­stymi krze­wami i wcho­dzą do ogrodu, dzwoni te­le­fon. Nora pusz­cza przo­dem mamę, która idzie do drzwi wej­ścio­wych po nie­rów­nej ka­mien­nej alejce, a ona od­biera po­łą­cze­nie.

- Fel­ler, słu­cham.

- Czy roz­ma­wiam z Norą Fel­ler?

Głos w te­le­fo­nie jest mroczny i for­malny. Męż­czy­zna mówi z po­łu­dnio­wym dia­lek­tem. Jego głos wy­daje się No­rze zna­jomy.

- Tak, to ja.

- Mówi Leon Pauls­son.

Jej nowy szef. Nora pro­stuje się, jakby Pauls­son wi­dział ją przez te­le­fon.

- O, dzień do­bry. Wła­śnie przy­je­cha­ły­śmy z mamą do Malmö i urzą­dzamy się w na­szym no­wym domu.

- Cie­szę się. Wi­tam w mie­ście. My­ślę, że bar­dzo nam się przy­dasz w wy­dziale za­bójstw. Mó­wię tak, opie­ra­jąc się na po­chwa­łach na twój te­mat, które usły­sza­łem od two­jej prze­ło­żo­nej w Halm­sta­dzie. Po­win­naś wie­dzieć, że bar­dzo cię tam do­ce­niali.

Nora dra­pie się za­wsty­dzona po szyi. W cza­sie pro­cesu re­kru­ta­cyj­nego ani razu nie wspo­mniano o jej pracy w Sek­cji M. Zdzi­wiło ją to, bo do­brze wie, że Char­lotte nie­raz ob­rzu­cała ją bło­tem. Cie­kawe, czy jej kłam­stwa do­tarły też do Malmö i co wie Pauls­son albo co mu się wy­daje, że wie. Za­sta­na­wia się, co ma da­lej mó­wić.

- Dzię­kuję. Nie mogę się do­cze­kać po­nie­działku.

- Świet­nie. W ta­kim ra­zie nie będę dłu­żej prze­szka­dzał w urzą­dza­niu się w no­wym miej­scu. Pew­nie ma­cie tam ty­powy dla prze­pro­wa­dzek ba­ła­gan, ale za bar­dzo się nie prze­cią­żaj. Spo­tkamy się w po­nie­dzia­łek o wpół do ósmej w na­szej ko­men­dzie przy ulicy Po­rslins­ga­tan. Od­biorę cię przy re­cep­cji.

- Dzię­kuję. Niech tak bę­dzie.

Nie­stety jej nowy szef już nie usły­szał tych słów, bo chwilę wcze­śniej się roz­łą­czył.

- Noro, czy mo­gła­byś mi po­móc?! - woła pani Fel­ler. - Nie mogę otwo­rzyć drzwi.

Wło­żyła klucz do zamka i pró­bo­wała go prze­krę­cić, ale cho­ciaż cią­gnie za klamkę dwiema rę­kami, ja­sno­nie­bie­skie drzwi nie ustę­pują na­wet na mi­li­metr.

Drzwi, któ­rych nie można otwo­rzyć, to bar­dzo kon­kretny, ziem­ski pro­blem. Na szczę­ście je­den z tych, z któ­rymi można so­bie po­ra­dzić. Aku­rat w dniu ta­kim jak ten. Nora ma­cha w od­po­wie­dzi ręką i ru­sza ma­mie z po­mocą.

ROZ­DZIAŁ 7

Char­lotte stoi z kar­to­no­wym pu­dłem prze­wią­za­nym sznur­kiem i wy­peł­nio­nym róż­nymi dro­bia­zgami i pa­trzy przez okno swo­jego po­koju w sie­dzi­bie po­li­cji w Göte­borgu. Mię­dzy bu­dyn­kiem ko­mendy a halą wi­do­wi­skowo-spor­tową Ul­levi bie­gnie ulica Sk?ne­ga­tan. Char­lotte przy­gląda się na­sa­dze­niom na bul­wa­rze, które po­woli za­czy­nają się zie­le­nić. Może na­zwa ulicy była za­po­wie­dzią tego, że Sek­cja M po­je­dzie do Ska­nii?

Na­zwa placu - Ernst Fon­tells Plats - też pa­suje do tego miej­sca. W ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym trze­cim roku Fon­tell zo­stał mia­no­wany ko­men­dan­tem po­li­cji w Göte­borgu. To on wy­my­ślił me­todę zdej­mo­wa­nia od­ci­sków pal­ców, która szybko się roz­po­wszech­niła na ca­łym świe­cie, a w Szwe­cji wpro­wa­dził do użytku po­li­cyjne ra­dio­wozy. Można po­wie­dzieć, że uko­ro­no­wa­niem jego idei stała się mo­bilna jed­nostka po­li­cji znana jako Sek­cja M. Wszystko, czego po­trze­bują, żeby zna­leźć sprawcę zbrodni, mają do dys­po­zy­cji w swoim au­to­bu­sie. Li­czy się skład per­so­na­lny ich ekipy. Jest pewna, że bez niej Sek­cja M na­wet by się nie zbli­żyła do wy­niku, jaki osią­gnęła, a klu­czem do suk­ce­sów jest ona: Char­lotte Vic­to­rin.

Zwy­kle bywa tak, że to męż­czy­zna pod­suwa do­bry po­mysł, a do per­fek­cji do­pro­wa­dza go ko­bieta. Może w przy­szło­ści ktoś na­zwie taki au­to­bus jej imie­niem i na­zwi­skiem? Bar­dzo w to wątpi.

Męż­czyźni. Za­wsze i wszę­dzie oni. Jedna po­łowa ma kwa­li­fi­ka­cje, druga jest za coś chwa­lona.

Na­gle jej te­le­fon dzwoni w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. Sy­gnał jest za­po­wie­dzią, że chce się z nią skon­tak­to­wać kon­kretna osoba. Jed­nak Char­lotte jest już tak wście­kła z po­wodu pa­nu­ją­cej na świe­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści, że nie ma ochoty ode­brać. Siada w fo­telu za biur­kiem i z we­wnętrz­nej kie­szeni gra­na­to­wej ma­ry­narki wyj­muje li­stę z na­zwi­skami. Kie­dyś do­sta­wała tylko teczkę z ak­tami osoby, która miała być obiek­tem ko­lej­nego zle­ce­nia, ale w końcu udało jej się wy­ne­go­cjo­wać sil­niej­szą po­zy­cję. Od dawna wie­działa, że się do tego na­daje, dla­tego tym ra­zem to ona wy­bie­rze ofiarę i ko­zła ofiar­nego.

Wspól­nym mia­now­ni­kiem lu­dzi z li­sty jest to, że zro­bili coś złego, ale unik­nęli spra­wie­dli­wo­ści i dla­tego jak naj­bar­dziej za­słu­gują na wszystko, co po­sta­no­wiła z nimi zro­bić. Do­słow­nie. Czuje ła­sko­ta­nie w kro­czu i w brzu­chu - jak zwy­kle, gdy szy­kuje się nowe za­da­nie.

Już wkrótce ży­cie nie­któ­rych z tych osób do­bie­gnie końca. Wy­star­czy, że wy­bie­rze z li­sty dwa na­zwi­ska, za­pla­nuje wszystko z Pe­tro­vi­ciem i wy­ja­śni po­zo­sta­łym człon­kom sek­cji, co mają ro­bić. Ra­zem wy­ko­nują ważną pracę: na swój szcze­gólny spo­sób czysz­czą świat, usu­wa­jąc z niego prze­stęp­ców, któ­rzy wy­mi­gali się od kary.

Au­to­bus jest go­towy do wy­jazdu, wkrótce wy­ru­szą do Malmö. Bez względu na to, co kto my­śli o Ern­ście Fon­tellu, zmiana oto­cze­nia do­brze im zrobi i bę­dzie dla nich czymś od­świe­ża­ją­cym. Kiedy ja­kiś czas temu Sek­cja M stra­ciła sta­tus jed­nostki ope­ra­cyj­nej i za­mie­niła się w grupę kon­sul­tan­tów, uzie­miono ich przy biur­kach ko­mendy w Göte­borgu. A prze­cież ich sku­tecz­ność nie wy­nika z tego, że sie­dzą w bu­dynku, tylko że są mo­bilni i nie­za­leżni.

Za­zna­cza na li­ście dwa na­zwi­ska, od któ­rych za­czną. To wła­ściwy wy­bór.

Prze­ciąga się i czuje, że jest co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wana. Wpraw­dzie na po­czątku każ­dego zle­ce­nia za­wsze jest dużo pla­no­wa­nia, ale wła­śnie ta faza spra­wia jej wiele przy­jem­no­ści, cho­ciaż cza­sem musi zre­zy­gno­wać z nie­któ­rych swo­ich... hm... bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych po­my­słów. Cała ich ekipa jest jak do­brze na­oli­wiona ma­szyna, która już wcze­śniej wy­ko­ny­wała po­do­bne czyn­no­ści. Cho­dzi głów­nie o to, żeby we wła­ściwy spo­sób roz­dzie­lić obo­wiązki, bio­rąc pod uwagę to, w czym kto jest naj­lep­szy.

Do­cho­dzi do wnio­sku, że to wła­śnie ta­kie me­tody od­róż­niają do­brego prze­ło­żo­nego od złego. Przez pe­wien czas za­sta­na­wia się nad na­zwi­skami, które wy­brała. Nie­któ­rzy lu­dzie za­słu­gują na zwy­kłą karę, nie­któ­rzy na śmierć. Na tym to po­lega. Ci, któ­rych wy­brała, na­leżą do tej dru­giej ka­te­go­rii. Krzywi się z obrzy­dze­niem. Te­le­fon znowu dzwoni. Dwa sy­gnały, prze­rwa, dwa sy­gnały. W końcu po­sta­na­wia ode­brać.

- Tak? - rzuca do te­le­fonu, prze­glą­da­jąc się w wy­ga­szo­nym ekra­nie mo­ni­tora. Ma na­dzieję, że Wal­lin za­po­mniał, ja­kim to­nem roz­ma­wiała z nim ostat­nio, i nie uka­rze jej za to.

- Mia­łaś do mnie wczo­raj za­dzwo­nić.

- Prze­pra­szam, ale wiele się ostat­nio działo - od­po­wiada Char­lotte, prze­śli­zgu­jąc się wzro­kiem po li­ście z na­zwi­skami. Może po­winna prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment po­le­ga­jący na spraw­dze­niu, ile czasu czło­wiek może spę­dzić na ko­la­nach w opa­rach kwasu flu­oro­wo­do­ro­wego?

- Na­prawdę? - pyta chłod­nym to­nem Wal­lin. - Wy­daje ci się, że tylko ty masz na gło­wie tyle spraw?

Wal­lin żach­nął się i chciał kon­ty­nu­ować wy­po­wiedź, ale Char­lotte go uprze­dziła:

- Do­sta­łam li­stę z na­zwi­skami i ob­my­śli­łam stra­te­gię dzia­ła­nia, dzięki czemu nic wię­cej nie mu­sisz ro­bić. Uzgod­ni­li­śmy, że te­raz to ja po­cią­gam za sznurki, prawda?

Wal­lin zgrzyta zę­bami.

- No pro­szę. Już wy­bra­łaś ko­lejne zle­ce­nie? I co, wszystko ja­sne? - pyta.

Char­lotte nie od­po­wiada, bo my­ślami jest gdzie in­dziej. Za­sta­na­wia się, czy or­gazm może być bar­dziej in­ten­sywny, je­śli w trak­cie sto­sunku ktoś umiera. Je­śli wie­rzyć dur­niom, któ­rzy sto­sują as­fik­sję au­to­ero­tyczną, do­zna­nia, ja­kich do­świad­czają, gdy pod­czas szczy­to­wa­nia do­cho­dzi do od­cię­cia do­pływu tlenu, są wprost cu­do­wne. Może po­winna spraw­dzić, jak to działa? Na przy­kład za­ło­żyć ofie­rze torbę na głowę i wy­mu­sić or­gazm?

A ką­piel w kwa­sie? Po­wolne du­sze­nie? Ob­dar­cie ze skóry ca­łego ciała albo sa­mych stóp, żeby po­tem zmu­sić ofiarę do dwu­ki­lo­me­tro­wej prze­bieżki po wy­sy­pa­nej żwi­rem dro­dze? W nie­któ­rych przy­pad­kach ta­kie me­tody do­pro­wa­dzą ofiarę do śmierci, w in­nych będą sta­no­wić w pełni za­słu­żoną karę. I to wła­śnie ona, Char­lotte Vic­to­rin, ma do­ko­nać tego wy­boru, za­de­cy­do­wać o czy­jejś śmierci. Wła­dza szumi jej w gło­wie jak naj­lep­szy ga­tu­nek wina.

- Tak - od­po­wiada po chwili, kła­dąc pa­lec na wy­bra­nym na­zwi­sku. - Wszystko jest w pełni ja­sne.

Wal­lin nie musi wie­dzieć wię­cej, a jej nie po­doba się ton jego głosu. Za­słu­guje na to, żeby trak­to­wał ją le­piej.

- To do­brze. Niech tak bę­dzie.

Wal­lin roz­łą­cza się, a ona czuje, jak ogar­nia ją fala cie­pła.

Wie, że wy­grała.

Oczami wy­ob­raźni wi­dzi wszyst­kie moż­li­wo­ści, które stwa­rza jej przy­szłość. Kwitną jak kwiat nie­zwy­kłej urody.

PRO­LOG

Je­den rzut oka na mapę po­ka­zuje, że Kofi An­nan Street, Old Cape Road i Cape Po­int Road two­rzą na niej trój­kąt. Jed­nak nikt, kto pa­trzy na mapę le­żą­cej w za­chod­niej Afryce Gam­bii, na­wet się nie do­my­śla, że ist­nieją tu ta­kie luk­susy i jest tak pięk­nie. So­phia Bern­hard układa się wy­god­nie na le­żaku i po­pra­wia biały słom­kowy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Dwa domy da­lej, w dole po le­wej stro­nie, stoi oto­czona gru­bymi pal­mami re­zy­den­cja am­ba­sa­dora Wiel­kiej Bry­ta­nii. Drzewa mają tak do­sko­nały kształt, jakby wszyst­kie były od­ry­so­wane od jed­nego sza­blonu. Są­sia­dem am­ba­sa­dora jest mi­ni­ster fi­nan­sów, a po dru­giej stro­nie ulicy mieszka ro­dzina, która wy­naj­muje luk­su­sowe jachty bo­ga­tym tu­ry­stom od­wie­dza­ją­cym Cape Po­int Be­ach w Ba­kau.

Jest do­piero dzie­siąta rano, ale słońce praży ją w de­li­katną szwedzką skórę. Bez względu na to, ja­kiego spo­sobu używa, ni­gdy nie może zła­pać ład­nej opa­le­ni­zny. Jej skóra przy­biera co naj­wy­żej ko­lor czer­wo­no­brą­zowy. Ina­czej jest z La­mi­nem, który po­ko­nuje ko­lejne dłu­go­ści ba­senu, albo z Mo­mo­dou, który gra w piłkę na wy­pie­lę­gno­wa­nej i przy­strzy­żo­nej co do mi­li­me­tra tra­wie. So­phia ob­ser­wuje obu mło­dych męż­czyzn, pod­czas gdy wo­kół niej fru­wają barwne ko­li­bry. Praw­do­po­dob­nie przy­cią­gają je słodko pach­nące grządki or­chi­dei.

La­min i Mo­mo­dou są sty­pen­dy­stami jej fun­da­cji Na­dzieja i Serce, która pro­wa­dzi w Gam­bii mię­dzy­na­ro­dową szkołę. Wczo­raj, gdy na ostat­niej lek­cji we­szła do sali, wy­wo­łała z niej dwóch uczniów z naj­star­szej klasy i po­szła z nimi do wy­na­ję­tego sa­mo­chodu, Pe­tra Hof­f­man zmie­rzyła ją zdu­mio­nym wzro­kiem. Była jed­nak na tyle mą­dra, że tego nie sko­men­to­wała, co ona przy­jęła z za­do­wo­le­niem. Pe­tra nie za­da­wała zbęd­nych py­tań. Pew­nie za­cho­wała się tak z obawy przed utratą pracy.

La­min czuje, że So­phia na niego pa­trzy, więc wy­cho­dzi z wody i siada na brzegu ba­senu ple­cami do niej. Na­pręża się, jego mo­kre plecy lśnią w bla­sku słońca. So­fia uśmie­cha się do sie­bie. W Gam­bii czuje się znacz­nie swo­bod­niej niż w sztyw­nej, nud­nej Szwe­cji. Szkoda, że Lena, Ka­rin i inne ko­le­żanki jej nie wi­dzą. Di­no­za­ury! W Höl­lvi­ken mieszka od pew­nego czasu, więc za­wsze jej do­ci­nają, że one są tam od po­ko­leń, pod­czas gdy jej ro­dzina prze­pro­wa­dziła się nie­dawno. Szkoda, że nie mogą jej te­raz wi­dzieć. Luk­sus, który ją ota­cza, jest in­nego ro­dzaju niż ten, który ist­nieje we wspa­nia­łej Szwe­cji - kraju, w któ­rym wszy­scy po­winni mieć "w sam raz".

I po­my­śleć, że upły­nęły już dwa lata. Po­wo­ła­nie do ży­cia mię­dzy­na­ro­do­wej szkoły w Gam­bii było su­per­po­my­słem. Dzięki jej ła­ska­wo­ści chłopcy i mło­dzi męż­czyźni bez na­dziei na lep­szą przy­szłość zdo­by­wają tu pierw­szo­rzędne wy­kształ­ce­nie, o któ­rym ich ró­wie­śnicy mogą je­dy­nie po­ma­rzyć. Sze­roko się uśmie­cha, bie­rze szklankę z ga­zo­waną le­mo­niadą i unosi do ust. To kla­syczna sy­tu­acja, w któ­rej wy­gry­wają obie strony. Pro­ce­dury w Gam­bii są pro­ste, dzięki czemu ła­two tu o pie­nią­dze, które czę­sto tra­fiają do jej kie­szeni. Chłopcy cho­dzą do li­ceum i zdo­by­wają nie tylko wy­kształ­ce­nie, ale także do­świad­cze­nia ży­ciowe. Poza tym mogą prze­żyć coś cie­ka­wego. Dzięki temu, że ma z nimi do czy­nie­nia na co dzień, mimo swo­ich sześć­dzie­się­ciu je­den lat czuje się znowu młoda i pełna ży­cia. Wie, że po­doba im się jej luk­su­sowe miesz­ka­nie, i do­ce­niają, że po­zwala im pły­wać w swoim ba­se­nie.

Bie­rze tubkę olejku ko­ko­so­wego i sma­ruje nim ra­miona. Przed trzema mie­sią­cami w jej ży­ciu do­ko­nała się ważna zmiana i te­raz nie cią­gnie jej z po­wro­tem do Szwe­cji. Jej re­la­cje z mę­żem ochło­dły dawno temu. Mats jest zbyt miękki i ustę­pliwy, a ich na­sto­let­nia córka Alice ob­raca się w nie­wła­ści­wym to­wa­rzy­stwie i robi wszystko, żeby znisz­czyć so­bie ży­cie.

Tłumi wes­tchnie­nie i są­czy na­pój z lo­dem. Kie­dyś, gdy Alice była małą, słodką dziew­czynką, lu­biła za­bie­rać ją na różne im­prezy, żeby się nią chwa­lić. Za­zwy­czaj sły­szała te same ko­men­ta­rze, że jej córka jest ładna i do­brze wy­cho­wana. Nie­stety, od nie­dawna jakby dia­beł w nią wstą­pił. Sy­tu­acja stała się już tak zła, że stra­ciła siły i ochotę, żeby to dłu­żej to­le­ro­wać, i sprawy zwią­zane z wy­cho­wa­niem córki zo­sta­wiła Mat­sowi. Niech się czymś zaj­mie, kiedy wraca do domu z tej swo­jej nud­nej pracy.

Złosz­czą ją te pie­przone chwa­li­pięty z Höl­lvi­ken. Pa­trzą na nią z góry i cią­gle im się wy­daje, że otrzy­mały lep­sze wy­cho­wa­nie, za­ra­biają wię­cej pie­nię­dzy, zdo­były lep­sze wy­kształ­ce­nie i mają wię­cej klasy. Na samo wspo­mnie­nie o nich ogar­nia ją złość. Na szczę­ście już wkrótce za­mknie tym ję­dzom usta. Raz na za­wsze.

O sto­lik ude­rza piłka, bu­dząc ją z za­my­śle­nia. Mo­mo­dou stoi kilka me­trów od niej i pa­trzy na nią z prze­ra­żoną miną. Ona ma jed­nak inne sprawy na gło­wie i nie za­mie­rza go upo­mi­nać.

Na­gle czuje w tyle głowy zna­jome ła­sko­ta­nie. Dzieje się tak za­wsze, gdy wpada na ja­kiś świetny po­mysł. Już wie, jak może owi­nąć so­bie te ję­dze wo­kół palca.

Twar­dym wzro­kiem pa­trzy Mo­mo­dou pro­sto w oczy i wy­pija ko­lejny łyk zim­nego na­poju.