Dzisiejszy ustrój sądownictwa powstał w 1989 roku przy Okrągłym Stole, a właściwie przy "podstoliku sądowym", który nazywał się podzespół do spraw reformy prawa i sądów.
Ze strony rządowej przewodniczył mu Łukasz Balcer, ówczesny minister sprawiedliwości, a ze strony społecznej - profesor Adam Strzembosz. Zespół liczył trzydzieści pięć osób. Był w nim też Jarosław Kaczyński, ale - jak mówi profesor Strzembosz - nie był uczestnikiem szczególnie aktywnym. Potwierdzają to stenogramy. Jarosław Kaczyński nie prezentował własnej wizji wymiaru sprawiedliwości. Profesor Strzembosz wspomina, że wszyscy, którzy w ramach "podstolika" reprezentowali stronę społeczną, formułowali wspólne zdanie, nikt się nie wyłamywał, obowiązywała solidarność w przedstawianiu stanowiska stronie rządowej.
Jarosław Kaczyński popierał stworzenie gwarancji niezależności dla sądów i niezawisłości dla sędziów. Popierał postulat stworzenia samorządu sędziowskiego i Krajowej Rady Sądownictwa jako niezależnego organu stojącego na straży niezależności i niezawisłości. Popierał - wbrew argumentom strony rządowej, która wskazywała, że na przykład we Francji sędziowie mogą należeć do partii politycznych - postulat apolityczności sędziów. Mówił (stenogram z 22 lutego 1989 roku): "Nam chodzi o to, aby sądownictwo w tej nowej strukturze politycznej czy - powiedzmy sobie do końca - w nowym ustroju Polski, mogło odgrywać rolę arbitra zarówno w sporach indywidualnych, jak i w sporach zbiorowych, szerszych sporach społecznych, w życiu publicznym także. No i tutaj ta neutralność polityczna, neutralność wobec sił politycznych, które aktualnie kontrolują ośrodki dyspozycyjne władzy wykonawczej, administracji, jest rzeczą po prostu konieczną z powodów, których, jak sądzę, tutaj nie trzeba tłumaczyć".
Strona społeczna przyniosła na obrady "podstolika" gotowy projekt nowego ustroju sądownictwa. Był to projekt, który powstał w 1981 roku w ramach prac Społecznej Rady Legislacyjnej Centrum Obywatelskich Inicjatyw Ustawodawczych NSZZ "Solidarność", w której działali m.in. profesor Adam Strzembosz i Lech Kaczyński[1]. Profesor Strzembosz mówi, że wzorowali się wtedy na ustroju sądownictwa stworzonym w Portugalii po obaleniu dyktatury wojskowej w 1974 roku. Najważniejszym punktem ustroju były właśnie gwarancje dla niezależności sądów i niezależności sędziów. Jedną z nich była Krajowa Rada Sądownictwa, której większość stanowili sędziowie wybierani przez sędziowski samorząd.
"Podstolik sądowy" zakończył swoje prace sformułowaniem trzynastu postulatów:
1. Wprowadzenie do konstytucji zasady nieusuwalności sędziów.
2. Zniesienie kadencyjności sędziów Sądu Najwyższego (na tej podstawie rozwiązano w 1990 roku Sąd Najwyższy i powołano go od nowa).
3. Rezygnacja z wymogu rękojmi należytego wykonywania obowiązków sędziego przy powoływaniu i odwoływaniu sędziów.
4. Konstytucyjne ustanowienie Krajowej Rady Sądownictwa.
5. Rozszerzenie uprawnień samorządu sędziowskiego poprzez między innymi współdecydowanie w obsadzaniu stanowisk prezesów sądów.
6. Wybór członków kolegium sądu wojewódzkiego w całości przez zgromadzenie ogólne.
7. Wprowadzenie kadencyjności prezesów sądów.
8. Zmodyfikowanie wytycznych dla wymiaru sprawiedliwości i praktyki sądowej wydawanych przez Sąd Najwyższy w taki sposób, aby nie naruszały one zasady, że sędziowie podlegają tylko ustawom.
9. Prawo sądów do kierowania do Trybunału Konstytucyjnego pytań prawnych.
10. Poszerzenie prawa do sądu, między innymi do sądowego dochodzenia prawa do zrzeszania się i o rozstrzyganie spraw gospodarczych.
11. Powoływanie ławników w wyborach bezpośrednich (niezrealizowane).
12. Określenie kryteriów przydzielania sędziom spraw i zasad zastępowania się przez sędziów.
13. Ustalanie wynagrodzeń sędziów odpowiednich do społecznej rangi zawodu, ujednolicenie wynagrodzeń sędziów poszczególnych instancji. Różnicować je może jedynie wysługa lat i dodatek funkcyjny.
Większość postulatów wkrótce zrealizowano. Siódmego kwietnia 1989 roku uchwalono zmiany w konstytucji z 1952 roku dotyczące wymiaru sprawiedliwości: wprowadzono zasadę nieusuwalności sędziów, zniesiono kadencyjność sędziów Sądu Najwyższego, wprowadzono Krajową Radę Sądownictwa. Potem, 20 grudnia 1989 roku, uchwalono ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, a także znowelizowano ustawy: Prawo o ustroju sądów powszechnych, o Sądzie Najwyższym, o Naczelnym Sądzie Administracyjnym, o Trybunale Konstytucyjnym, o ustroju sądów wojskowych i Prawo o notariacie.
Wprowadzono trójszczeblowy model sądów powszechnych: sądy rejonowe, wojewódzkie (potem zmienione na okręgowe) i nowość: apelacyjne, które przejęły od Sądu Najwyższego rozpatrywanie środków odwoławczych. Sąd Najwyższy zajmował się odtąd tylko rewizjami nadzwyczajnymi (teraz kasacje, skargi kasacyjne) i podejmowaniem uchwał w odpowiedzi na pytania prawne sądów.
Zasadę, że sędziowie podlegają konstytucji i ustawom, a konstytucję stosuje się bezpośrednio, wprowadzono dopiero w konstytucji z 1997 roku. Ale wcześniej Trybunał Konstytucyjny wyinterpretował ją z zasady demokratycznego państwa prawa.
* * *
Gwarancje sędziowskiej niezawisłości, które były rdzeniem odnowy systemu wymiaru sprawiedliwości w III RP, stały się już w kilka lat potem przedmiotem krytyki. Władza wykonawcza chciała mieć większy wpływ na sądy. Dziś mamy apogeum tego procesu. Poziom kontroli władzy politycznej nad sądowniczą stał się na tyle alarmujący, że Komisja Europejska wszczęła wobec Polski procedurę ochrony praworządności i skarży "sądowe" ustawy PiS-u do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
Politycy przez lata tłumaczyli, że ułomności wymiaru sprawiedliwości, takie jak przewlekłość postępowań czy brak w społeczeństwie poczucia sprawiedliwości sądowych wyroków, to wina sędziowskiej samorządności. Że sędziowie "sami się wybierają i sami się sądzą", więc dlatego z nikim się nie liczą. A zwiększenie nadzoru władzy wykonawczej nad sądami i sędziami może to ukrócić. Tyle że oznacza to likwidację zasady trójpodziału i równorzędności władz. Czyli powrót do PRL-u.
Głównym celem zmian, jakie od 2017 roku PiS wprowadza do systemu wymiaru sprawiedliwości, jest właśnie zwiększenie kontroli rządu nad sędziami. To nieuchronnie oznacza też kontrolę nad orzecznictwem sądów. Jak wygląda sąd podległy politycznie, widać po działalności Trybunału Konstytucyjnego od grudnia 2016 roku.
Uzyskiwanie kontroli politycznej nad orzecznictwem sądów odbywa się dwiema drogami: zmniejszania roli samorządu sędziowskiego na rzecz władzy ministra sprawiedliwości i zwiększania władzy partii rządzącej i prezydenta nad sędziowskimi nominacjami i nad usuwaniem z zawodu.
* * *
Przy Okrągłym Stole stworzono system sądownictwa cieszący się sporą autonomią. Ale nadzór pozostawiono ministrowi sprawiedliwości, czyli członkowi rządu. Miał to być nadzór "administracyjny", ale przez lata - do dziś - toczy się spór o jego granice: gdzie kończy się administrowanie, a zaczyna ingerencja w orzecznictwo?
Dyskusja ta stała się jednym z głównych tematów debaty publicznej pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy politycy i media zaczęli coraz ostrzej krytykować sądy. Tematem przewodnim stała się przewlekłość postępowań. Pretensje zaczęto kierować nie tylko do sędziów - których oskarżano o lenistwo, ale też do ministrów sprawiedliwości jako sprawujących nadzór administracyjny. I wtedy to, co miało być gwarancją niezależności sądów i niezawisłości sędziów, stało się - w ustach polityków, dziennikarzy i niektórych ekspertów - przeszkodą w prawidłowym działaniu wymiaru sprawiedliwości. Bardzo popularnym hasłem było stwierdzenie, że sędziowie powinni być niezawiśli, ale nie od pracy.
Sędziowie bronili się, że władza ustawodawcza wciąż poszerza kategorie spraw, które mają sądzić sądy (dziś dziesięć tysięcy sędziów ma osądzić piętnaście milionów spraw wpływających rocznie do sądów), a władza wykonawcza nie daje pieniędzy na nowe etaty sędziowskie i pomocnicze, na remonty i budowę nowych sądów (brakuje sal rozpraw), na informatyzację. I na sędziowskie pensje, przez co doświadczeni sędziowie odchodzą na przykład do adwokatury.
Opinia publiczna oczekiwała od ministrów sprawiedliwości "pogonienia sędziów do pracy".
Nadzór ministra nad sądami
Władza wykonawcza od lat walczy o więcej nadzoru nad sądami. W 2012 roku rząd PO-PSL znowelizował ustawę o ustroju sądów powszechnych, wprowadzając między innymi instytucję dyrektora sądu. To człowiek ministra w sądzie, zajmujący się wyłącznie sprawami administracyjnymi i podległy ministrowi. Ale dyrektor trzyma kasę, a to może mieć wpływ na orzecznictwo sądu. Bo od tego, czy i ilu sędziów dostanie asystentów, sekretarki, komputery, zależy sprawność orzekania. A od sprawności ocena prezesa sądu przez ministra, który może prezesa odwołać ze względu na nieudolność. Prezesa można też odwołać pod pretekstem naruszenia dyscypliny finansowej, a finanse trzyma dyrektor. Z pomocą dyrektora minister może zatem naciskać na prezesa.
Dyrektorów do sądów wprowadzono. Ale okazało się, że wcale nie spowodowało to definitywnego oddzielenia sfery orzekania i sfery administrowania, co miało być zaletą tego rozwiązania. Sędziowie twierdzą nawet, że dyrektor to po prostu kolejny instrument nadzoru więcej. A Trybunał Konstytucyjny, rozpatrując skargę KRS, uznał w 2013 roku, że wprowadzenie dyrektorów nie narusza konstytucji, bo to sfera administracji i nie ma tu wkraczania w sferę orzecznictwa.
Kolejny element władzy ministra nad sądami, a właściwie nad sędziami: minister może polecić rzecznikowi dyscyplinarnemu (którym jest sędzia) wszczęcie postępowania przeciwko sędziemu. I żądać zawieszenia sędziego w obowiązkach. O zawieszeniu decyduje sąd dyscyplinarny, ale już sam wniosek jest formą presji wywieranej przez ministra zarówno na sędziego, jak i na sąd. Minister może też odwoływać się od odmowy postawienia sędziego przed sądem dyscyplinarnym. I od wyroku sądu dyscyplinarnego pierwszej instancji. Ostatnie zmiany w prawie poszerzyły władzę dyscyplinarną ministra sprawiedliwości.
Na Pierwszym Kongresie Sędziów Polskich w 1999 roku padł postulat, aby sądownictwo powszechne podlegało nadzorowi pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, tak jak sądownictwo administracyjne podlega prezesowi Naczelnego Sądu Administracyjnego. Inny wariant: aby podlegało Krajowej Radzie Sądownictwa.
Krajowa Rada Sądownictwa kilkakrotnie przy rozmaitych okazjach skarżyła do Trybunału Konstytucyjnego nadzór ministra nad sądami. Argumentowała, że sfery orzecznictwa nie da się oddzielić od administrowania. KRS skarżyła konkretne uprawnienia ministra i w ogóle nadzór jako taki. Trybunał czasem uznawał jakieś uprawnienie ministra za nadmierne[2], ale konsekwentnie we wszystkich tych sprawach orzekał, że nadzór ministra nad sądami - jako zasada - jest zgodny z konstytucją. To fragment jednego z orzeczeń: "Odnosząc się do zarzutu KRS co do powierzenia Ministrowi Sprawiedliwości nadzoru nad działalnością administracyjną sądów, Trybunał wskazał, że do ustawodawcy należy wybór, czy nadzór zostanie zorganizowany w ramach władzy sądowniczej, czy też kompetencje nadzorcze zostaną przypisane innej władzy - w tym przypadku władzy wykonawczej. Trybunał przypomniał, że we wcześniejszym orzecznictwie nadzór ministra sprawiedliwości nad działalnością administracyjną sądów, w tym bezpośrednio związaną z działalnością orzeczniczą sądu, został uznany za konstytucyjnie dopuszczalny".
Dziś wobec skali poszerzania władzy ministra nad sądami dokonanej przez PiS wielu prawników (w tym były prezes TK, profesor Marek Safjan) mówi, że to mogła być krótkowzroczność, jeżeli nie błąd. "Po prostu nie wierzyliśmy, że władzy [ministra] można tak nadużyć" - mówi profesor Safjan.
Ministrem sprawiedliwości, który zasłynął poszerzaniem granic nadzoru administracyjnego nad sądami w ramach "poganiania do pracy", była Hanna Suchocka (minister w rządzie Jerzego Buzka w latach 1997-2000). Walczyła - w 2000 roku - o prawo decydowania o przenoszeniu spraw zagrożonych przedawnieniem do innego sądu. Myśl wydaje się słuszna: skoro sądy warszawskie są zapchane sprawami, to niech taką zagrożoną przedawnieniem sprawę rozpatrzy sąd, powiedzmy, w Suwałkach. Tylko: dlaczego o przeniesieniu miałby decydować minister? Jego intencje nie zawsze muszą być czyste. W końcu jest władzą wykonawczą, którą władza sądownicza ma kontrolować. Może mu więc chodzić o to, żeby sprawę osądzili "swoi" sędziowie. Konstytucja, art. 45, nie bez kozery mówi o osądzeniu sprawy przez "właściwy sąd" - ma to zapewnić prawo do bezstronnego sądu. I oto teraz o tym, który sąd osądzi sprawę, miałaby decydować nie ustawowa właściwość sądu, ale przedstawiciel władzy wykonawczej. Gdyby to prawo miał dziś minister Zbigniew Ziobro, mógłby zdecydować o przeniesieniu na przykład spraw wytaczanych Obywatelom RP, sądzonym za protesty w obronie demokracji i państwa prawa, z sądu dla Warszawy-Śródmieścia (gdzie zapadają wyroki korzystne dla Obywateli) do Suwałk.
Pomysł minister Suchockiej - przenoszenia spraw - zwalczała Krajowa Rada Sądownictwa. Ostatecznie uchwalono przepisy o możliwości przenoszenia spraw zagrożonych przedawnieniem, ale decydować miały sądy apelacyjne. To nie budziło wątpliwości z punktu widzenia trójpodziału władzy i prawa do sądu.
Powoływanie prezesów
Kolejna kwestia związana z nadzorem ministra i gwarancjami niezależności sądów: powoływanie i odwoływanie prezesów sądów. Minister Suchocka wywalczyła sobie taką zmianę prawa, która jej, a nie kolegium danego sądu, dała prawo do wysuwania kandydata na prezesa. Ale kolegium sądu zachowało prawo sprzeciwu.
Spektakularną, wygraną w końcu walkę o usunięcie prezesa sądu wbrew kolegium stoczył w 2000 roku minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Żądał ustąpienia prezesa Sądu Okręgowego w Katowicach Tadeusza Kałusowskiego - za to, że na czas urlopu powierzył kierowanie sądem wiceprezesowi, o którym wtedy plotka głosiła, że jest zamieszany w korupcję (po latach procesów został od wszelkich zarzutów uwolniony). Kolegium się nie zgodziło na odwołanie prezesa, ale minister naciskał tak długo, że kolegium zaczęło naciskać na prezesa Kałusowskiego, żeby sam podał się do dymisji. Po trzech miesiącach walki prezes się poddał.
Dlaczego kolegium na niego naciskało, chociaż oficjalnie odmówiło zgody na odwołanie? Można się domyślać: minister ma sto sposobów, żeby obrzydzić życie sędziom i konkretnemu sądowi. Od tego, że nie da dość pieniędzy na funkcjonowanie sądu, przez nieprzyznawanie etatów sędziowskich, sekretarskich i innych, nieogłaszanie konkursów na wolne miejsca sędziowskie po nasyłanie wizytacji i lustracji.
Radykalnie ze sprawą odwoływania prezesów poradził sobie rząd PiS-u w osobie Zbigniewa Ziobry: w 2017 roku uchwalono prawo, według którego minister sprawiedliwości może odwołać wszystkich dotychczasowych prezesów i powołać nowych bez pytania o zgodę kolegium sądu czy Krajowej Rady Sądownictwa. Zniesiono też kadencyjność prezesów, a minister może w każdej chwili odwołać prezesa, który jego zdaniem się nie sprawdził. Po krytyce ze strony Komisji Europejskiej (w ramach trwającej od 2016 roku procedury ochrony praworządności) i po odwołaniu tylu prezesów, ilu zdołał (nie było wielu chętnych na zajęcie miejsc po odwołanych koleżankach i kolegach), znowelizowano prawo: na odwołanie prezesa minister musi mieć zgodę KRS. Tyle że jest to już nowa KRS, do której wszystkich członków de facto deleguje większość parlamentarna, czyli partia rządząca. Czyli nie zabezpiecza to przed arbitralnością działań ministra.
Znoszenie sądów
Inna kwestia związana z władzą ministra sprawiedliwości: prawo ministra do powoływania i znoszenia sądów jednoosobowo, rozporządzeniem. Minister może z niego korzystać racjonalnie po to, by sprawy były sprawniej sądzone. Ale może na przykład znieść jakiś sąd po to, by ominąć konstytucyjną zasadę nieprzenaszalności sędziów. Zniesienie sądu pozwala bowiem przerzucić jego sędziów gdzie indziej bez ich zgody. Likwidacja sądu mogła też służyć pozbyciu się prezesa sądu, którego minister nie mógł arbitralnie usunąć, bo chroniła go kadencja. Jedynym znanym przypadkiem takiego użycia prawa ministra było zlikwidowanie Sądu Okręgowego w Przemyślu. Minister Hanna Suchocka zniosła ten sąd, bo chciała odwołać jego prezesa, ale kolegium sądu się nie zgodziło.
O likwidację sądów ministerialnym rozporządzeniem był wielki spór w 2012 roku, gdy minister Jarosław Gowin (rząd PO-PSL) przeprowadzał swoją reformę "łączenia sądów". Polegała na fikcyjnej likwidacji jednych sądów i przyłączaniu ich do innych jako ich filie. W ten sposób przeniesiono bez ich zgody ponad pięciuset sędziów, którzy odtąd mieli obowiązek orzekać w obu sądach, jeśli zajdzie taka potrzeba. I zlikwidowano siedemdziesiąt dziewięć sądów rejonowych. Był bunt, część sędziów odmówiła orzekania, obawiając się, że ich wyroki, wydane w sądzie, który nie był tym sądem, do którego zostali mianowani przez prezydenta, będą nieważne. Po roku reformę - która miała usprawnić sądzenie, a spowodowała zwiększenie zaległości w sądach - cofnięto. Ministerstwo Sprawiedliwości nigdy nie podało, ile ten eksperyment kosztował.
Mimo że jednoosobowe tworzenie i znoszenie sądów przez polityka - członka rządu - pozwala na przenoszenie bez zgody sędziów, Trybunał Konstytucyjny orzekł w marcu 2013 roku, rozpatrzywszy skargi Krajowej Rady Sądownictwa i grupy posłów, że przepis pozwalający ministrowi sprawiedliwości tworzyć i znosić sądy jednoosobowo, bez konsultacji, rozporządzeniem, nie narusza ani niezależności sądów, ani nieprzenaszalności sędziów. Jest to - zdaniem Trybunału - przepis pozwalający racjonalnie administrować sądami.
Samorząd sędziowski
Samorząd sędziowski jest ważną gwarancją niezawisłości i niezależności. PiS, korzystając z tego, że nadzór ministra - co do zasady - Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodny z konstytucją, poszerzył uprawnienia ministra na przykład do powoływania prezesów i wiceprezesów. A jednocześnie ograniczył uprawnienia samorządu sędziowskiego, który był kolejną gwarancją niezależności sądownictwa ustaloną przy "podstoliku sądowym" Okrągłego Stołu.
Wcześniej kolegium sądu mogło się nie zgodzić na prezesa zaproponowanego przez ministra. Teraz wyraża tylko niewiążącą opinię. Do 2017 roku samorząd sędziowski wybierał sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa. Teraz robią to posłowie. Jednym z najnowszych ograniczeń jest odebranie kolegium prawa decydowania o przeniesieniu sędziego w ramach sądu do innego wydziału. Takie przeniesienie od dwóch lat dotyka sędziów, do wyroków których minister-prokurator generalny ma zastrzeżenia. Na przykład sędzia Wojciech Łączewski z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia został przeniesiony z wydziału karnego do gospodarczego po tym, jak skazał byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego i trzech innych funkcjonariuszy CBA za nadużycie władzy podczas prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa w 2007 roku[3].
Według najnowszej nowelizacji decyzję o przeniesieniu może podjąć prezes sądu pod pretekstem zmiany zakresu obowiązków sędziego. Do tej pory o zakresie obowiązków sędziego decydowało kolegium.
Kolejne ograniczenie samorządności sędziowskiej: na posiedzeniu kolegium do podjęcia uchwały nie musi być kworum, czyli nie musi być obecna połowa sędziów danego sądu. Dzięki temu mianowany przez ministra prezes może zwoływać kolegium tak, by "niepokorni" sędziowie nie mogli na nie przyjść. A wtedy kolegium, na które przyjdą wybrani przez prezesa sędziowie, może podjąć uchwały - na przykład popierającą zmiany w prawie inicjowane przez partię rządzącą - które, gdyby było kworum, nie miałyby szansy przejść. W ten sposób władza próbuje poradzić sobie z mnożącymi się uchwałami kolegiów sądów, w których sędziowie krytykują czy wręcz potępiają zmiany w sądownictwie.
Krajowa Rada Sądownictwa
Wiele gwarancji niezawisłości stało się problematyczne, odkąd zmieniono - w 2017 roku - zasady wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa. Obecność w liczącej dwudziestu czterech członków KRS piętnastu sędziów wybieranych przez samorząd sędziowski gwarantowała, że swoje kompetencje KRS będzie wykonywała z poszanowaniem sędziowskiej niezawisłości, stosując kryteria merytoryczne, a nie polityczne. Chodzi na przykład o takie kompetencje KRS, jak mianowanie asesorów czy nominacje na stanowiska sędziowskie, prawo weta wobec odwołania prezesa sądu, ustalanie standardów odpowiedzialności dyscyplinarnej i kodeksu etyki sędziego. Nowa KRS już na pierwszym posiedzeniu, pod koniec kwietnia 2018 roku, postanowiła zająć się publiczną aktywnością sędziów - na przykład uczestnictwem w wiecach w obronie sądów - a także ustaleniem zasad odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów za treść wyroków. Jako przykład wyroku zasługującego na ukaranie wiceprzewodniczący KRS Wiesław Johann (sędzia TK w stanie spoczynku) podał wyrok sędziego Igora Tulei z 2013 roku, w którym sędzia metody działania CBA określił jako przypominające metody z lat stalinizmu[4].
Jeśli chodzi o obsadzanie stanowisk sędziowskich, to posiedzenie KRS z 12 lipca 2018 roku, na którym głosowano nad kandydaturami na wolne stanowiska sędziowskie, pokazało, że Rada kieruje się kryteriami politycznymi: kandydatom zadawano pytania o to, czy uważają, że nowe prawo skutecznie usunęło z funkcji pierwszą prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf[5] . Wypominano też przynależność do stowarzyszeń sędziowskich czy przychodzenie na protesty pod sądami. Takie osoby zostały w konkursie odrzucone. Zatem KRS przestała być gwarantem, że nominacje sędziowskie są wolne od kryteriów politycznych.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
1 Inne znane dziś nazwiska osób tworzących Społeczną Radę Legislacyjną: Antoni Agopszowicz, Maciej Bednarkiewicz, Stanisław Biernat, Zbigniew Bujak, Janusz Barta, Wiesław Chrzanowski, Barbara Czachórska, Zbigniew Ćwiąkalski, Stanisław Dąbrowski, Zbigniew Dyka, Krystyna Daszkiewicz, Izabela Dobosz, Wacław Dawidowicz, Tomasz Dybowski, Tadeusz Ereciński, Wanda Falkowska, Lech Falandysz, Aleksander Głazek, Tomasz Gizbert-Studnicki, Bogusław Gawlik, Mieczysław Gil, Jerzy Ignatowicz, Józef Iwulski, Lech Kaczyński, Michał Kulesza, Alfred Kaftal, Andrzej Kopff, Andrzej Kubas, Jacek Kurczewski, Aleksander Lichorowicz, Irena Lipowicz, Teresa Liszcz, Wojciech Łączkowski, Ewa Łętowska, Władysław Mącior, Andrzej Mączyński, Ryszard Markiewicz, Bogusław Nizieński, Kazimierz Ostrowski, Włodzimierz Olszewski, bp Tadeusz Pieronek, Walerian Pańko, Maksymilian Pazdan, Walery Pisarek, Józef S. Piątowski, Stanisław Prutis, Zbigniew Radwański, Zbigniew Romaszewski, Andrzej Rozmarynowicz, Andrzej Rzepliński, Stanisław Rudnicki, Marek Sadowski, Elżbieta Sadzik, Mieczysław Sawczuk, Marek Safjan, Tadeusz Syryjczyk, Jerzy Stembrowicz, Adam Strzembosz, Jan Selwa, Józef Skąpski, Jadwiga Skórzewska, Andrzej Stelmachowski, Franciszek Studnicki, Adam Szpunar, Stanisław Sołtysiński, Hanna Suchocka, Klemens Szaniawski, Wacław Szubert, Elżbieta Traple, Mieczysław Tyczka, Michał du Vall, Tadeusz de Virion, Stanisław Waltoś, Andrzej Wasilewski, Zofia Wasilkowska, Jan Widacki, Andrzej Wielowieyski, Stanisław Włodyka, Sylwester Wójcik, Tadeusz Wołek, Mirosław Wyrzykowski, Janina Zakrzewska, Kazimierz Zawada, Tadeusz Zieliński, Zygmunt Ziembiński, Czesława i Jacek Żuławscy, Marek A. Nowicki z Komitetu Helsińskiego, który aktywnie współpracował z COIUS - SRL.
2 Np. możliwość powołania i odwołania dyrektora sądu bez konsultacji z prezesem i kolegium sądu (K 31/12), żądanie ministra przesłania mu akt sądowych konkretnej sprawy (U 9/13) czy dostęp ministra do akt w systemie elektronicznym wymiaru sprawiedliwości (Kp 1/15) (koniec końców minister i tak ma ten dostęp, bo jest "administratorem danych osobowych" - wszelkich gromadzonych w sądach w całej Polsce. A ministerstwo ma wgląd do systemu Currenda, gdzie znajdują się zdigitalizowane akta).
3 Prowokacja w Ministerstwie Rolnictwa znana też jako afera gruntowa miała miejsce w 2007 roku. CBA usiłowało udowodnić, że ówczesny minister rolnictwa i wicepremier Andrzej Lepper przyjmuje łapówki za odrolnienie ziemi. Dla uwiarygodnienia sprawy CBA sfałszowało dokumenty dotyczące owego gruntu, podczas gdy przepisy pozwalały jedynie fałszować dokumenty tożsamości funkcjonariuszy działających pod przykryciem. Lepper łapówki nie przyjął, co CBA tłumaczyło rzekomym ostrzeżeniem go przez b. prokuratora krajowego Janusza Kaczmarka i biznesmena Ryszarda Krauze. Owego przecieku nigdy nie udowodniono, a cała afera posłużyła rządowi Jarosława Kaczyńskiego do pozbycia się Andrzeja Leppera i jego partii Samoobrona z rządu. Szef CBA Mariusz Kamiński i trzej funkcjonariusze odpowiedzialni za prowokację zostali skazani w marcu 2015 roku na kary bezwzględnego pozbawienia wolności za nadużycie władzy. W listopadzie 2015 roku prezydent Andrzej Duda ułaskawił ich, mimo że wyrok by nieprawomocny. To pierwszy znany przypadek ułaskawienia bez prawomocnego stwierdzenia winy. W lipcu 2018 roku Trybunał Konstytucyjny w pięcioosobowym składzie uznał, że prezydent ma prawo ułaskawiać na każdym etapie postępowania, nawet zanim sprawa trafi do sądu.
4 Wyrok w sprawie o korupcję w szpitalu MSWiA w Warszawie, tzw. sprawa doktora G. Sędzia Igor Tuleya skrytykował metody działania CBA: "Nocne przesłuchania, zatrzymania - taktyka organów ścigania w sprawie dr. Mirosława G. może budzić przerażenie. Budzi to skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. - czasów najgłębszego stalinizmu".
5 Większość prawników i organizacje sędziowskie uważają, że kadencji pierwszego prezesa, gwarantowanej w konstytucji, nie można przerwać ustawą - w tym przypadku obniżając wiek stanu spoczynku. Sędziowie Sądu Najwyższego w uchwale uznali, że Małgorzata Gersdorf nadal pełni funkcję pierwszego prezesa.