ROZDZIAŁ DRUGI
- Wędzona kaczka była wyśmienita - oznajmił sędzia pokoju Lo, splatając dłonie na brzuchu. - Do wieprzowych nóżek dodano jednak zbyt wiele octu. W każdym razie, jak na mój gust.
Sędzia Di wsparł się na miękkim obiciu wygodnego palankinu kolegi, w którym niesiono ich z rządowego zajazdu z powrotem do trybunału. Gładząc długą brodę, sędzia Di odparł:
- Masz rację co do świńskich nóżek, Lo, ale podano wiele innych smakowitości. Uczta była doprawdy okazała. A prefekt sprawia wrażenie zdolnego człowieka, który szybko potrafi zorientować się w bieżącej sytuacji. Uważam, że podsumował wyniki naszej konferencji w sposób nader pouczający.
Sędzia pokoju Lo stłumił czknięcie, delikatnie osłaniając usta pulchną dłonią, następnie podkręcił koniuszki maleńkich wąsików, które przyozdabiały jego twarz.
- Pouczające, zgoda, lecz raczej nudne. Wielkie Nieba, ależ tu gorąco! - powiedział, zsuwając ze spotniałego czoła sędziowski czepiec z czarnego aksamitu. Obaj sędziowie, Lo i Di, mieli na sobie wymagany w obecności prefekta pełny ceremonialny strój, na który składała się szata z zielonego brokatu i zaopatrzone w nauszniki nakrycie głowy. Był chłodny październikowy poranek, lecz teraz dach palankinu rozgrzały promienie ostrego słońca.
Lo ziewnął.
- No, konferencję mamy za sobą, Di, możemy się zająć przyjemniejszymi sprawami! Nakreśliłem szczegółowy program dwóch dni, w czasie których będziesz mnie zaszczycał swoją obecnością, starszy bracie! Powiem nieskromnie, że czekają nas miłe przeżycia!
- Nie chciałbym nadużywać twojej gościnności i sprawiać ci kłopotów, Lo! Chętnie poczytam sobie w twojej wspaniałej bibliotece...
- Nie ma czasu na czytanie, drogi przyjacielu! - odparł Lo, odsuwając zasłonę okna. Palankin niesiono wzdłuż głównej ulicy. Sędzia pokoju Lo wskazał na fasady sklepów wesoło udekorowane wielobarwnymi lampionami o rozmaitych kształtach i rozmiarach. - Jutro odbędzie się Festyn Jesienny! Zaczniemy go świętować jeszcze dziś wieczorem! Kolacyjką. Zaprosiłem nieliczne, lecz doborowe towarzystwo!
Sędzia Di uśmiechnął się uprzejmie, lecz wzmianka o Festynie Jesiennym sprawiła, że poczuł żal. To właśnie święto, bardziej niż którekolwiek inne w kalendarzu, obchodzono rodzinnie, w towarzystwie kobiet; uczestniczyły w nim również dzieci. Sędzia Di oczekiwał, że spędzi je otoczony rodziną w zaciszu domowym Poo-yang. Jednakże kazano mu pozostać przez dwa dni w Chin-hwa, aby był pod ręką, w razie gdyby prefekt, który wracał do stolicy prowincji w przyszłym tygodniu, musiał go wezwać po raz wtóry. Sędzia Di westchnął. Wolałby od razu powrócić do Poo-yang, nie tylko z powodu święta, lecz także dlatego, że w trybunale toczyła się skomplikowana sprawa dotycząca oszustwa, przy której rozwiązywaniu sędzia chciał być obecny. Właśnie z powodu owego procesu postanowił udać się do Chin-hwa w pojedynkę, pozostawiając w Poo-yang zaufanego doradcę, sierżanta Hoonga oraz trzech przybocznych, aby zebrali dla niego wszystkie dane potrzebne podczas formułowania aktu oskarżenia.
- Słucham, co powiedziałeś?
- Akademik Shao, drogi przyjacielu! Zgodził się zaszczycić swą obecnością moje skromne progi!
- Masz na myśli byłego przewodniczącego Akademii? Człowieka, który do niedawna kreślił wszystkie najważniejsze dekrety cesarskie?
Sędzia pokoju Lo uśmiechnął się szeroko.
- Tak! Jeden z największych pisarzy naszych czasów, tworzący zarówno poezję, jak i prozę. A także poeta nadworny, czcigodny Chang Lan-po.
- Wielkie Nieba, jeszcze jedno znakomite nazwisko! Doprawdy nie powinieneś nazywać siebie amatorem, Lo! Fakt, że ci słynni poeci przyjeżdżają do ciebie, świadczy o tym, że...
Jego korpulentny kolega uniósł dłoń.
- O nie, Di! To po prostu szczęśliwy zbieg okoliczności. Przypadek zdarzył, że akademik akurat przejeżdżał tędy, wracając do stolicy. A Chang, który się tutaj, w Chin-hwa, urodził i wychował, przybył, by oddać cześć zmarłym przodkom. Jak wiesz, tutejszy trybunał, łącznie z moją urzędową rezydencją, mieści się w dawnym książęcym letnim pałacu, należącym swego czasu do cieszącego się złą sławą Dziewiątego Księcia, który przed dwudziestu laty chciał sobie przywłaszczyć tron. Na terenie dawnego pałacu mieści się wiele dziedzińców i pięknych ogrodów. Dwaj wytworni mężczyźni przyjęli moje zaproszenie tylko dlatego, że będą tu mieli większe wygody niż w rządowym zajeździe!
- Jesteś nadmiernie skromny, Lo! Obydwaj, Shao i Chang, są ludźmi o wyszukanym smaku i z pewnością nie przyjęliby zaproszenia, gdyby nie byli pod wrażeniem twojej wysmakowanej poezji. Kiedy przybędą?
- Powinni już być na miejscu, starszy bracie! Zapowiedziałem służbie, by podano im południowy posiłek w głównej sali. Mój doradca ma wystąpić w roli czyniącego honory domu. Myślę, że wkrótce tam dotrzemy. - Odsunął zasłonę z okna. - Na Niebiosa, co tutaj robi Kao? - Wystawiwszy głowę przez okno, wykrzyknął do kierującego tragarzami: - Stać!
Podczas gdy stawiano palankin na ziemi przed frontową bramą trybunału, sędzia Di ujrzał przez okno grupę zaniepokojonych ludzi zbitych w gromadkę na szerokich stopniach. Rozpoznał schludnego mężczyznę w czarnym paltocie i niebieskiej szacie; był to Kao, konsyliarz sędziego Lo. Szczupły mężczyzna w brązowej kurtce z czarnymi lamówkami i w takichż spodniach oraz w czarnym lśniącym hełmie z długim czerwonym pióropuszem to ani chybi naczelnik konstabli. Dwaj pozostali to z pewnością cywile. Trzej konstable trzymali się nieco z boku. Mieli na sobie takie same mundury jak ich przełożony, lecz ich hełmom brakowało czerwonych pióropuszy. Byli przepasani cienkimi łańcuchami, na których dyndały kajdanki oraz przydatne przy torturowaniu śruby do zgniatania kciuków. Kao pospiesznie zbiegł po schodach i pokłonił się przed oknem palankinu.
- O co chodzi, Kao? - szorstko zapytał sędzia pokoju Lo.
- Pół godziny temu zarządca kupca herbacianego, pana Menga, przyszedł zgłosić morderstwo. Pan Soong, student, który wynajmował tylne podwórze w rezydencji pana Menga, został znaleziony z poderżniętym gardłem. Wszystkie jego pieniądze skradziono. Wygląda na to, panie sędzio, że do zdarzenia doszło dzisiaj, wczesnym rankiem.
- Morderstwo w przeddzień święta! Nie mogło być gorzej! - mruknął sędzia Lo, zwracając się do sędziego Di.
- A co z moimi gośćmi? - zapytał konsyliarza Kao, spoglądając nań niespokojnym wzrokiem.
- Jego Dostojność akademik Shao przybył tuż po pańskim wyjściu, a zaraz za nim czcigodny Chang. Pokazałem obu ich siedziby, przepraszając za nieobecność pana sędziego. Właśnie gdy zasiadaliśmy do południowego posiłku, pojawił się grabarz Lu. Spożywszy posiłek, trzej panowie oddalili się, by odbyć sjestę.
- Dobrze. To oznacza, że mogę bezzwłocznie udać się na wizję lokalną. Zdążę ich powitać, gdy zakończą sjestę. Wyślij na miejsce zbrodni naczelnika konstabli i kilku jego ludzi, Kao. Niechaj pojadą tam konno i dopilnują, by nikt niczego nie ruszał. Czy zawiadomiłeś koronera?
- Tak, proszę pana. Wydobyłem z naszych akt dokumenty dotyczące ofiary oraz kupca Menga. - Wyjął z rękawa plik papierów i z szacunkiem wręczył je swemu zwierzchnikowi.
- Dobra robota! Zostań w trybunale, Kao. Sprawdź, czy nie nadeszły jakieś ważne dokumenty, którymi powinienem się zająć, i uporaj się z rutynowymi sprawami! - Następnie zwrócił się szorstko do nadstawiającego uszu przodownika tragarzy: - Wiesz, gdzie jest dom pana Menga? W pobliżu Bramy Wschodniej, powiadasz? Dobrze, ruszajmy w drogę!
Tragarze podnieśli palankin. Sędzia pokoju Lo położył dłoń na ramieniu sędziego Di i rzekł:
- Mam nadzieję, Di, że nie masz nic przeciwko temu, by zrezygnować ze sjesty! Potrzebuję twojej rady i pomocy. Z pełnym brzuchem nie poradziłbym sobie w pojedynkę. Nadużyłem wina. Obawiam się, że wypiłem o jeden kielich za wiele! - Otarł pot z twarzy i jeszcze raz zapytał zaniepokojony: - Naprawdę nie masz mi za złe, Di?
- Ani trochę. Chętnie uczynię wszystko, co w mojej mocy. - Sędzia Di pogładził wąsy, a potem dodał: - Zwłaszcza że znajdę się na miejscu zbrodni wraz z tobą. Nie będziesz mi mógł mydlić oczu, jak niedawno na Rajskiej Wyspie!
- Cóż, ty także nie byłeś zbyt rozmowny, starszy bracie! Mam na myśli zdarzenia z zeszłego roku, gdy przyjechałeś do mnie, żeby stąd porwać te dwie miłe dziewczyny!
Sędzia Di uśmiechnął się blado.
- No dobrze, powiedzmy, że jesteśmy kwita! Jednakże podejrzewam, że tym razem czeka nas rutynowa sprawa. Większość morderstw bywa popełniana dla rabunku. Przekonajmy się, kim właściwie była ofiara.
Lo szybko podał koledze plik dokumentów.
- Przejrzyj je pierwszy, starszy bracie! Ja na chwileczkę zmrużę oczy. By skupić myśli, ma się rozumieć. Do Bramy Wschodniej mamy kawał drogi. - Nasunął czepiec na oczy i z westchnieniem zadowolenia opadł na poduszki.
Sędzia Di odsunął na bok zasłonę po swojej stronie, by mieć lepsze światło do czytania. Zanim jednak zagłębił się w papierach, przez chwilę spoglądał w zamyśleniu na zaczerwienioną twarz młodszego kolegi. Ciekawe, jak Lo zabierze się do prowadzenia śledztwa? Pomyślał, że sędzia pokoju, któremu bez pozwolenia prefekta nie wolno opuszczać własnego okręgu, rzadko miewa okazję przyjrzenia się, jak pracuje kolega po fachu. Poza tym Lo był osobą niezwykłą. Posiadał znaczny majątek i krążyły o nim słuchy, że podjął się pracy na stanowisku sędziego pokoju w Chin-hwa tylko dlatego, że dawała mu niezależną pozycję urzędową oraz okazję do folgowania zamiłowaniom do wina, kobiet i poezji. Chin-hwa zawsze było trudnym do obsadzenia okręgiem, ponieważ imponującą rezydencję był w stanie utrzymać tylko sędzia o wysokich dochodach własnych. W kręgach dobrze poinformowanych szeptano, że głównie dlatego Lo utrzymuje się na tamtejszym stanowisku. Sędzia Di podejrzewał jednak, że sława niezainteresowanego urzędowymi obowiązkami bon vivanta nie jest w pełni zasłużona, ale pieczołowicie przez niego podtrzymywana, choć w gruncie rzeczy sędzia Lo należycie wywiązuje się ze swych obowiązków. Teraz był mile zaskoczony decyzją kolegi, by osobiście udali się na miejsce zbrodni. Wielu sędziów pokoju pozostawiłoby rutynowe oględziny podwładnym. Sędzia Di rozwinął dokumenty. Na wierzchu znajdował się papier podający oficjalne dane na temat zamordowanego studenta.
Nazywał się Soong I-wen; łat dwadzieścia trzy, nieżonaty. Kiedy zdał celująco drugi egzamin z literatury, otrzymał stypendium, umożliwiające mu wydanie prac dotyczących historii jednej z dawnych dynastii. Soong przybył do Chin-hwa przed dwoma tygodniami i bezzwłocznie zarejestrował się w trybunale, składając pismo z prośbą o zezwolenie na miesięczny pobyt. Wyjaśnił konsyliarzowi Kao, że celem wizyty jest badanie historycznych zapisów. Kilka stuleci temu, w okresie, który badał Soong, w Chin-hwa doszło do rewolty wieśniaków - student miał nadzieję, że znajdzie w tutejszych starych archiwach dodatkowe dane na ten temat. Konsyliarz wydał mu odpowiedni dokument zezwalający na prowadzenie badań dawnych akt w kancelarii. Z załączonej listy wizyt wynikało, że Soong spędził wszystkie wieczory w bibliotece trybunału. I to wszystko.
Inne dokumenty odnosiły się do kupca herbacianego, Meng Su-chaia, który wynajmował lokum studentowi. Meng przejął od ojca dawno założoną firmę. Przed osiemnastoma laty poślubił córkę kolegi o nazwisku Hwang, która urodziła mu córkę, obecnie szesnastoletnią, i syna, obecnie czternastoletniego. Kupiec ma oficjalnie zarejestrowaną konkubinę. Do akt dołączono świadectwa zawarcia związku małżeńskiego oraz metryki urodzin dzieci. Di z zadowoleniem skinął głową; wygląda na to, że konsyliarz Kao jest skrupulatnym urzędnikiem. Kupiec Meng obecnie liczy sobie czterdzieści lat; terminowo wpłaca podatki i wspiera kilka organizacji charytatywnych. Najwyraźniej jest buddystą, gdyż sponsoruje Świątynię Subtelnego Wglądu, jedno z wielu sanktuariów mieszczących się przy ulicy Świątynnej. Na myśl o buddyzmie sędzia uświadomił sobie coś jeszcze. Szturchnął swego z lekka pochrapującego towarzysza i spytał:
- Co twój konsyliarz powiedział na temat grabarza?
- Grabarza? - Lo wlepił w sędziego Di zaspane oczy.
- Wydawało mi się, że Kao wspomniał, jakoby grabarz uczestniczył w południowym posiłku w twojej rezydencji.
- Ależ tak. Słyszałeś zapewne o grabarzu Lu, mam rację?
- Nie. Nie słyszałem. Nieczęsto pospolituję się z tym buddyjskim motłochem. - Jako zatwardziały konfucjanin sędzia Di nie aprobował buddyzmu, a skandaliczne postępowanie mnichów w Świątyni Transcendentalnej Mądrości w podlegającym mu okręgu jeszcze bardziej umocniło jego antagonistyczną postawę.
Sędzia pokoju Lo zachichotał.
- Grabarz Lu bynajmniej nie należy do motłochu, Di. Poznanie go sprawi ci niewątpliwą przyjemność, starszy bracie! Rozmowa z nim na pewno ci się spodoba. Rozjaśniło mi się w głowie. Niech no rzucę okiem na te dokumenty!
Sędzia Di podał mu plik papierów i odchyliwszy się na oparcie, milczał przez resztę drogi.