ROZDZIAŁ DRUGI
Sędzia Di ponuro spoglądał na bezgwiezdne niebo. Groźne, nisko wiszące chmury zdawały się ciążyć nad czarnymi sylwetami zakrzywionych dachów i zwieńczonych blankami murów obronnych. Szerokie barki sędziego obwisły pod jego haftowaną złotem szatą, gdy oparł obie dłonie na monumentalnej balustradzie marmurowego tarasu oświetlonego pojedynczą lampą stojącą. Od rozpościerającego się poniżej miasta nie docierał żaden odgłos.
- Cesarz i jego Dwór opuścili stolicę - rzekł ochrypłym głosem. - Teraz miastem Cesarza zawładnął Duch Śmierci. Stolica stała się miastem strachu.
Stojący obok sędziego wysoki mężczyzna w mundurze polowym słuchał go w milczeniu. Jego przystojna twarz o regularnych rysach wyrażała niepokój. Widoczna na gorsie kolczugi złota odznaka przedstawiająca dwa splecione smoki wskazywała, że jest on pułkownikiem gwardii. Zdjął prawą dłoń z rękojeści szerokiego miecza, który miał u pasa, i zsunął spiczasty hełm ze spoconego czoła. Nawet tutaj, na tarasie, wysoko na trzecim piętrze pałacu, panowały skwar i duchota.
Sędzia wyprostował się i skrzyżował ukryte w szerokich rękawach ramiona. Nie odrywając wzroku od tonącego w ciemnościach miasta, ciągnął:
- Za dnia widuje się wyłącznie zakapturzonych uprzątaczy zwłok ciągnących wózki ze zmarłymi. A teraz, nocą, widać tylko cienie. Wymarłe miasto cieni. - Obrócił się w stronę swego towarzysza i mówił dalej: - Ale hen, w głębi, w nędznych domach i piwnicach starego miasta, coś się porusza w nieprzeniknionej ciemności. Czy nie czujesz, Chiao Tai, unoszących się miazmatów śmierci i rozkładu? Zdają się rozprzestrzeniać nad miastem niczym duszący całun.
Chiao Tai z namysłem skinął głową.
- Tak, panie sędzio, ta cisza jest niesamowita. Przechodniów coraz mniej, już od pierwszego tygodnia. Ale na początku ulicami codziennie przechodziła procesja ze statuą Króla Smoka, błagając o deszcz, a każdego ranka i wieczoru słychać było docierające ze świątyni buddyjskiej dźwięki gongów i bębnów towarzyszących modlitwom wznoszonym do Bogini Miłosierdzia. Teraz zaprzestano nawet tego. Pomyśleć, że przez ostatnie dwa tygodnie nie słyszeliśmy nawet nawoływań domokrążcy.
Sędzia Di pokręcił głową. Podszedł do fotela stojącego przy wielkim marmurowym stole zasłanym teczkami i zwojami dokumentów. W głębi tarasu wznosiły się solidne czerwone filary prywatnego gabinetu, który sędzia urządził sobie na najwyższym piętrze namiestnikowskiego pałacu. Roztaczał się stąd widok na całą stolicę. Gdy siadał, złote insygnia na jego wysokim czepcu z nausznikami cicho zadzwoniły. Sędzia rozchylił sztywny, pokryty haftami kołnierz uroczystej szaty i mruknął:
- Tym cuchnącym, nieruchomym powietrzem z trudem się oddycha. - Następnie uniósł wzrok i zapytał niespokojnie: - Chiao Tai, czy Tao Gan uporządkował meldunki dzielnicowych?
Pułkownik pochylił się nad stołem i przyjrzał się na pół zwiniętemu dokumentowi.
- Liczba zgonów wciąż wzrasta, panie sędzio. Zwłaszcza wśród mężczyzn i starszych dzieci. Liczby zgonów kobiet i małych dzieci są znacznie mniejsze.
Sędzia uniósł dłonie oznaczającym bezradność gestem.
- Niewiele wiemy o sposobie, w jaki choroba się rozprzestrzenia - powiedział. - Niektórzy uważają, że to wina skażonego powietrza, inni obwiniają wodę, jeszcze inni twierdzą, że to szczury mają z tym coś wspólnego. Minęły już trzy tygodnie, odkąd mianowano mnie nadzwyczajnym namiestnikiem stolicy Cesarstwa. Ale nie potrafię zapobiec szerzeniu się zarazy. Nie mogę na nią nic poradzić, nic a nic. - Sędzia gniewnie szarpnął siwiejące wąsy. Następnie podjął: - Naczelnik centralnego targowiska skarżył się dziś po południu, że nie jest w stanie zapewnić należytego rozdziału żywności. Powiedziałem, że musi sobie poradzić w ten czy inny sposób. Nie mamy nikogo, kto by zastąpił kupca Mei. Nieliczni notable, którzy nie opuścili miasta, nie cieszą się zaufaniem ludzi. Fatalny wypadek, któremu uległ kupiec Mei, to istna katastrofa.
- Tak, panie sędzio, pan Mei doskonale zorganizował dystrybucję ryżu. Pomimo zaawansowanego wieku był na nogach od świtu do nocy. A będąc bardzo bogatym, niejednokrotnie kupował dla ubogich całe wozy mięsa i warzyw, często po czarnorynkowych cenach. Wielka szkoda, że ów starzec spadł ze schodów, i to we własnym domu!
- Musiał dostać ataku, gdy miał z nich zejść - zauważył sędzia. - A może zakręciło mu się w głowie. Nie mógł nie dojrzeć stopnia, gdyż często obserwowałem, że ma nadzwyczajnie dobry wzrok. Przez ten niefortunny wypadek straciliśmy dobrego człowieka, i to w czasie, gdy najbardziej go potrzebujemy. - Sędzia upił łyk herbaty, której nalał mu Chiao Tai, i ciągnął: - Zdaje się, że ten modniś, doktor o nazwisku Liu, był wtedy w rezydencji Mei. Wygląda na to, że to ich lekarz rodzinny. Dowiedz się, gdzie mieszka, Chiao Tai, i poinformuj go, że chcę się z nim zobaczyć. Miałem jak najlepsze zdanie o kupcu Mei i chcę zapytać tego lekarza, czy mógłbym coś zrobić dla wdowy po Mei.
- Śmierć Mei oznacza, że wygasła jedna z trzech najstarszych rodzin w mieście - rozległ się poza nimi bezbarwny głos.
Na taras wkroczył chudy, tyczkowaty, nieco przygarbiony mężczyzna. Sunął bezszelestnie na filcowych podeszwach. Ubrany był w brązową szatę z szerokimi haftowanymi połami i kołnierzem sekretarza sądu najwyższego oraz wysoki czepiec z czarnego muślinu. Miał pociągłą twarz o sardonicznym wyrazie, ozdobioną cienkim wąsikiem i strzępiastą brodą. Skubiąc trzy długie włoski, które wyrastały z brodawki na lewym policzku, mówił dalej:
- Dwaj synowie Mei zmarli młodo, a jego drugie małżeństwo nie wydało dzieci. Następny w kolejce do dziedziczenia jest daleki kuzyn.
- Czyżbyś już zdążył przeczytać jego akta, Tao Gan? - zapytał zdumiony sędzia. - Dopiero dzisiejszego ranka dowiedzieliśmy się, że Mei zmarł minionej nocy!
- Przestudiowałem teczkę rodziny Mei już przed miesiącem, panie sędzio - beznamiętnie odparł chudy mężczyzna. - Od około sześciu tygodni całymi nocami czytuję akta dotyczące wszystkich prominentnych familii.
- Widziałem te akta w archiwum kancelarii - wtrącił się Chiao Tai. - Większość z nich zapełnia kilka skrzyń z dokumentami! Przypuszczam, że studiowanie jednej takiej teczki zajmuje ci czas od północy do samego rana!
- Czasami. Ale ja potrzebuję niewiele snu, a taka lektura działa na mnie uspokajająco. A niejednokrotnie bywa zabawna.
Sędzia Di spojrzał na swego przybocznego wzrokiem pełnym zaciekawienia. Ten cichy, małomówny mężczyzna o swoistym poczuciu humoru był u niego na służbie od wielu lat, a sędzia coraz to odkrywał wciąż nowe jego cechy.
- Teraz, gdy rodzina Mei wygasła, spośród starej arystokracji zostały tylko rodziny Yi i Hoo - powiedział.
Tao Gan skinął głową.
- Sto lat temu, w burzliwym okresie wojny domowej i barbarzyńskich najazdów, który poprzedził założenie obecnej dynastii, na długo przed wybraniem tego miasta na stolicę Imperium, właśnie te trzy rody sprawowały rządy żelaznej ręki nad tą częścią Cesarstwa.
Sędzia pogładził długą brodę.
- Interesujący krąg, ten tak zwany stary świat. Wszystkich, którzy nie należą do ich grupy, uważają za nowo przybyłych. Nawet naszego Cesarza. Nie do wiary! Słyszałem, że między sobą nadal używają przestarzałych tytułów szlacheckich i rozmawiają własnym dialektem.
- Oni celowo ignorują teraźniejszość, panie sędzio - oznajmił Tao Gan. - Trzymają się wśród swoich i nigdy nie pełnią żadnych oficjalnych funkcji. Pełno tam związków endogamicznych i aż się roi od godnego ubolewania cudzołóstwa między państwem a służbą. To pozostałości dawnego rozpasania feudalnego. W samym środku ogromnej, ruchliwej metropolii wiodą życie w swoim własnym światku, w światku na uboczu.
- Kupiec Mei był wśród nich wyjątkiem - rzekł zamyślony sędzia Di. - Swoje obowiązki obywatelskie traktował z wielką powagą. Co się zaś tyczy Yi i Hoo, nigdy ich nie poznałem!
- Ludzie w śródmieściu uważają śmierć Mei za zły omen, panie sędzio - odezwał się Chiao Tai, który dotychczas słuchał w milczeniu. - Są święcie przekonani, że los tych starych miejscowych rodów jest w jakiś tajemniczy sposób powiązany z przeznaczeniem miasta, którym rządziły. Istnieje pewna uliczna przyśpiewka, którą sobie przekazują jeden drugiemu. Wydaje się, że przepowiada ona zgubę wszystkich trzech rodzin. Ludzie przywiązują do niej wielką wagę i powiadają, że oznacza koniec miasta. Oczywiste banialuki, rzecz jasna!
- Takie uliczne przyśpiewki to ciekawa sprawa - zauważył sędzia. - Nikt nie wie, skąd się biorą. Pojawiają się nagle i roznoszą lotem błyskawicy. Jaka jest ta przyśpiewka, o której wspomniałeś, Chiao Tai?
Raz dwa trzy
Mei Hoo Yi
Jeden stracił łoże
Drugi stracił oko
A ten trzeci głowę
Pan Mei zmarł na skutek roztrzaskania czaszki, dlatego też pismacy z kancelarii utrzymują, że ostatnia linijka nawiązuje do jego wypadku.
- W czasach takich jak obecne - rzekł zaniepokojony sędzia Di - ludzie dają wiarę najdziwniejszym pogłoskom. Co zameldowali twoi strażnicy na temat ogólnej sytuacji?
- Nie jest najgorzej - odparł Chiao Tai. - Jak dotąd nie doszło do plądrowania magazynów żywności. Obyło się bez większych rabunków i aktów brutalności. Ma Joong i ja byliśmy przygotowani na poważne zamieszki, ponieważ niegodziwcy mają teraz idealne warunki. Przy komunalnym stosie spalającym ciała potrzeba wielu mężczyzn, więc musieliśmy zmniejszyć liczebność grup nocnych wartowników. A większość bogatych rodzin opuszczała miasto w takim pospiechu, że nie zadbano o to, by ich siedziby były odpowiednio pilnowane.
- Na dodatek - wtrącił się Tao Gan - ci, którzy zostali, odesłali większość służby, zachowując jedynie najpotrzebniejszych domowników. Miasto stało się istnym rajem dla złodziei! Na szczęście jednak rabusie nie korzystają z sytuacji.
- Nie dajmy się zwieść chwilowemu spokojowi, moi przyjaciele! - rzekł sędzia z powagą. - Na razie ludzie są sparaliżowani strachem, ale ten strach w każdej chwili może się przekształcić w nieokiełznaną panikę. A wtedy w całym mieście zaczną się gwałty i rzezie.
- Brat Ma i ja wprowadziliśmy niezły system alarmowy, panie sędzio - szybko powiedział Chiao Tai. - Nasi strażnicy zajmują strategiczne punkty na starym i nowym mieście. Są to małe posterunki, ale wszyscy oficerowie są starannie dobrani. Tuszę, że stłumimy rozruchy w zarodku. A ponieważ wprowadzenie stanu wyjątkowego pozwala na stosowanie doraźnego trybu sądzenia...
Sędzia Di uniósł dłoń.
- Słuchajcie! - wykrzyknął. - Czy w mieście nadal są śpiewacy uliczni?
Z ulicy poniżej dobiegł wysoki, niesamowicie brzmiący dziewczęcy głos, któremu akompaniowało brzdąkanie na jakimś instrumencie strunowym. Z trudem rozróżniali słowa:
Nie besztaj mnie,
Miła pani Luno,
Za to, że tak wcześnie
Zawarłam okno przed twą poświatą.
Lecz najsłodsza tęsknota
Nigdy nie jest...
Śpiew przerwał piskliwy wrzask przerażenia.
Sędzia Di dał Chiao Taiowi znak. Pułkownik pospiesznie ruszył ku schodom.