Prolog (piątek)
Do północy pozostała godzina i dwadzieścia minut, gdy portier siedmiokondygnacyjnego biurowca położonego przy ruchliwym placu w samym centrum miasta poczuł, jak podłoga pod jego nogami lekko drgnęła. Oderwał wzrok od ekranu i zamarł. Na jednym z kanałów zaczynała się właśnie jatka w powtarzanym po raz trzeci w tym miesiącu niskobudżetowym horrorze. Przez chwilę siedział nieruchomo. Na moment przestał przeżuwać kanapkę z kurczakiem, którą dwie godziny temu, idąc na nocną zmianę, kupił w KFC. Popatrzył na szarą wykładzinę, zastanawiając się, czy nie powinien zejść na dół na parking, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, po czym spojrzał w kierunku wejścia.
Przed budynkiem przetoczył się z hukiem wielki tir z naczepą, kierując się w stronę alei Wojska Polskiego. Przed wielkimi szklanymi drzwiami, oddzielającymi hall od szerokiego chodnika, przeszła, głośno się śmiejąc, grupka lekko wstawionej młodzieży.
- Powinni zamknąć ruch w centrum dla tych tirów - burknął do siebie i wrócił do śledzenia akcji w amerykańskim dreszczowcu.
*
Cztery piętra wyżej, przy wielkim półkolistym biurku, dziewczyna z burzą zmierzwionych brązowych włosów przerzucała strony specyfikacji technicznej nowego modelu urządzenia do laserowego pomiaru wilgotności, które duża angielska firma wprowadzała właśnie na polski rynek. Artykuł zapowiadał się tak nieprawdopodobnie nudny, że bała się, iż ktoś popełni samobójstwo po jego przeczytaniu, dzięki czemu powiedzenie "umrzeć z nudów" przestanie być za jej sprawą przenośnią. Nie miała najmniejszej ochoty o tym pisać, ale dostała ten temat, bo większość materiału była po niemiecku. I to w specjalistycznym, technicznym żargonie. Artykuł miał być gotowy na następny tydzień. A następny tydzień zaczynał się za dwa dni.
Odłożyła stronę z niemieckim tekstem, który interesował ją w stopniu tak niewielkim, że ledwo mogła na nim skupić uwagę, i przetarła oczy. Godzinę temu dzwonił jej ojciec, żeby zapytać, czy zamierza dziś wrócić. Dawno by już stąd wyszła, ale bała się, że w poniedziałek redaktor naczelny gazety, w której siedzibie spędzała ten uroczy piątkowy wieczór, zrobi jej prawdziwe piekło, jeśli nie dostanie skończonego tekstu do redakcji. Nie pracowała tutaj na stałe. Gazeta nie miała wolnych etatów, tak przynajmniej twierdziło szefostwo, mieli jednak na tyle dużo pracy, by dość często korzystać z jej usług na zasadzie umowy o dzieło. Nie bez znaczenia był fakt, że jej szef chętnie by zmienił rodzaj ich wzajemnych stosunków. Ta relacja zaczynała już ją męczyć. Nie dawała mu żadnych powodów do tego, żeby sobie coś obiecywał, po prostu dobrze wykonywała zlecenia, które jej podsyłał, ale bała się, że jakoś to wszystko zmierza w złą stronę. Tym bardziej, że jej się podobał. Przystojny, wysoki ciemny blondyn. Cztery lata po ślubie.
I tym bardziej, że obiecywał jej stały etat, a ona na to po cichu liczyła.
Trochę ją to wszystko dołowało, ale te - najczęściej koszmarne, za to dobrze płatne - tematy były na tyle regularne, że stanowiły dość znaczny procent jej dochodów. Szef przysyłał jej skomplikowane, najczęściej sponsorowane teksty techniczne, które sprawiały problem większości tutejszych dziennikarzy po filologii, filozofii albo naukach społecznych. Jej nie. Ukończyła politechnikę i przez cztery lata pracowała w Londynie w dużej firmie produkującej sprzęt budowlany, dla której tłumaczyła dokumentację na polski rynek.
Tęskniła jednak za krajem i przyjaciółmi. Wolała wrócić do Szczecina.
Cholera wie po co, pomyślała, wstając od biurka, żeby wyciągnąć z drukarki kilka stron opisu z dokumentacji technicznej.
Ostatnio ciągle czuła się zmęczona. Odkąd wróciła, stale towarzyszyło jej niezadowolenie. Najczęściej z siebie. Rekompensowała to sobie w niewielkim stopniu pracą w redakcji szczecińskiego portalu internetowego. Kolejna umowa o dzieło, ale przynajmniej satysfakcjonująca.
A na emeryturze będę żebrać, skrzywiła się, siadając z powrotem przed swoim kieratem. Spojrzała w wielkie okno, w którym odbijało się biurko, stos papierów na nim i otwarty laptop. I ona sama. Miała zmęczoną twarz i potargane włosy. Pomyślała, że jak tylko odda w poniedziałek tekst, musi coś ze sobą zrobić. Peeling, fryzjer...
Raczej ekshumacja. Przeczesała włosy palcami, patrząc w swoje odbicie.
Odbicie drgnęło.
Poczuła pod stopami, jakby miękka wykładzina zafalowała. Wstrzymała oddech i zaczęła nasłuchiwać. Pewnie jakiś wypadek. Miesiąc temu mercedes vito wjechał w szybę witryny kawiarni na parterze. Mnóstwo ludzi miało świetny pretekst, żeby oderwać się od pracy.
*
Kilkaset metrów dalej, na poddaszu kamienicy przy parku Żeromskiego, Igor Fleming, wysoki, szczupły - albo chudy, jak utrzymywała jego matka - brunet, dźwignął się z sofy i poczłapał w kierunku dwudrzwiowej lodówki. Wyjął z niej zieloną puszkę, przez chwilę spoglądał tęsknym okiem na czekoladowy jogurt, po czym zamknął drzwi. Podjadanie o tej porze nie kończy się dobrze dla paska od spodni. Myśl, że piwo wywołuje podobny efekt, odsunął od siebie z niesmakiem. No, bo kto może sobie odmówić piwa w piątek wieczorem?
Wrócił przed telewizor i rozłożył się na kanapie, kładąc długie nogi na oparciu. Czuł, jak zmęczenie powoli rozlewa się w nim wraz z wywołanym drugą puszką piwa relaksującym, miłym poczuciem lekkości.
Piątkowy wieczór. Nie miał ochoty na nic innego poza leżeniem przed telewizorem i oglądaniem byle czego. Znajomi wybierali się do klubu i bite dwie godziny molestowali go telefonami, a później, gdy przestał odbierać, esemesami, usiłując nakłonić go do zmiany decyzji.
Wieczór tylko dla siebie, który i tak, jak wiedział, straci na oglądaniu powtórek, a potem pójdzie spać. Nieważne, dochodziła jedenasta i teraz było mu dobrze. Należało mu się. Dzisiaj był ważny dzień. Udało mu się skończyć duży, mocno spóźniony projekt i oddać inwestorowi, który od miesiąca dawał wyraźne sygnały, że traci cierpliwość. Projekt, który kosztował go sporo nerwów i zdrowia. Teraz natomiast sporo nerwów i zdrowia straci, czekając na realizację faktury. Zawsze tak było.
W niskobudżetowym horrorze zaczynała się właśnie krwawa jatka. Igor skrzywił się, sięgnął po pilota i zaczął przerzucać kanały w poszukiwaniu czegoś ciekawszego.
*
Siedmiokondygnacyjny biurowiec oddany został do użytku całkiem niedawno. Zajmował sporą narożną działkę, na której przed wojną stały dwie eleganckie kamienice, a po wojnie popularne "koguciki", czyli obskurne drewniane budy z piwem i tostami. Kilka lat wcześniej cały teren na preferencyjnych warunkach wydzierżawił tajemniczy Hiszpan, którego lukrowane przez miejskich urzędników plany budowy nowoczesnego gmachu skończyły się na zapowiedziach. Gdy więc po latach zainteresowanie placem, ogrodzonym walącym się płotem, okazała szwedzka firma, miejscy decydenci, byle tylko odebrać dziennikarzom temat do nieustannego nękania urzędu, gotowi byli przychylić Szwedom nieba. Posunęli się nawet do tego, że do tworzonego właśnie planu zagospodarowania tej części śródmieścia przemycili jeden, ale za to bardzo istotny zapis, który umożliwił cofnięcie budynku, dzięki czemu jego realizacja - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - potaniała o dobrych kilkaset tysięcy złotych, których nie trzeba było wydawać na zabezpieczanie ulicy, przejścia dla pieszych i zwężanie na czas budowy jezdni.
Budowa gmachu poprzedzona została rozdmuchaną akcją promocyjną i jeszcze w fazie projektowania wzbudziła wiele kontrowersji. Podstawowy zarzut dotyczył banalności architektury, wkomponowanej w miejsce, które aż prosiło się o bardziej indywidualne potraktowanie. Gmach posiadał żelbetowy szkielet, na którym rozpięta była tkanka kolorowych płyt elewacyjnych i hartowanego szkła.
Tuż obok stała stara kamienica, zamieniona po wojnie na hotel, która mimo że kilka lat temu przeszła gruntowny remont i zmieniła ponownie przeznaczenie, tym razem na biurowiec, nadal siłą przyzwyczajenia nazywana była hotelem.
Tymczasem dochodziła dwudziesta trzecia. Miasto wypełniało się wesołymi i niezbyt trzeźwymi tłumem młodych ludzi, ożywionych radością z pięknej pogody i rozpoczynającego się weekendu.
W oknach biurowca paliły się pojedyncze światła, rozsiane bez żadnego ładu po całej elewacji. Na piątym piętrze szczupła szatynka zdecydowanym ruchem zatrzasnęła pokrywę laptopa, zgarnęła plik papierów do czarnej skórzanej torby i wstała od biurka. Przeszła się po całym biurze, gasząc lampy przy biurkach i wyłączając monitory. Przewiesiła torbę przez ramię, dźwignęła torbę na laptopa i sięgnęła po klucze od biura oraz kluczyki od samochodu. Na moment przystanęła. Wróciła do biurka, odłożyła torbę, sięgnęła po laptopa i wepchnąwszy go do środka, zabrała wszystko i ruszyła ku drzwiom. Włączyła alarm i skierowała się do windy. Światła w kilku oknach piątego piętra zgasły.
Miała na imię Paulina. Lubiła wysiąść na parterze, pożegnać się z portierem i na parking zejść schodami, ale dziś postanowiła zjechać na sam dół. Czuła się wymięta i zmęczona, chciała, niezauważona, wsiąść do swojej micry i jak najszybciej dostać się na Pogodno.
Drzwi windy otworzyły się bezszelestnie na najniższym poziomie i parking zalało światło. Nie znosiła tej jednej sekundy, kiedy po otwarciu drzwi na zewnątrz wokół panowała jeszcze kompletna ciemność. Ten motyw powtarzał się w tylu horrorach, że ilekroć tu zjeżdżała, starała się patrzeć w inną stronę, aż do momentu, gdy zapalą się światła. Na szczęście gazeta miała swoje cztery miejsca parkingowe blisko windy. O tej godzinie mogła parkować na miejscu Pawła, którego po siedemnastej nigdy w redakcji już nie było. Po wyjściu na zewnątrz skręciła w prawo, kierując się na koniec parkingu. Pod ścianą, osamotniona w pustym garażu, stała jej zielona micra.
Światło w korytarzu przy windzie zgasło.
Żeby ich pogięło z tą automatyką! Sięgnęła do kieszeni, szukając nerwowo kluczyków. Wyjęła je i nacisnęła przycisk pilota. Samochód pisnął i błysnął światłami, które na chwilę oświetliły ścianę naprzeciwko. Sporo za wysoko. No jasne, źle ustawione, a wydawało się, że dopiero co wóz był na przeglądzie.
Chciała obejść samochód i złapać za klamkę, ale jej uwagę zwróciło jego dziwne ustawienie. Jakby przód stał wyżej. Postawiła torbę z laptopem na posadzce. Poczuła się zaniepokojona i zirytowana jednocześnie. Bardzo chciała być już w domu. Pochyliła się i spojrzała pod koła. Tylne prawe stało wyraźnie niżej.
Guma, jęknęła w duchu. Żeby to jasny szlag trafił!
Wyprostowała się, automatycznie sięgając po komórkę, po czym zreflektowała się, że jest za późno, aby prosić brata lub ojca o pomoc. Jakoś sobie poradzi. Taka karma. Fatalna praca, nie ma faceta i jeszcze w piątkowy wieczór o dwudziestej trzeciej łapie gumę. W dodatku na parkingu!
Zdjęła torbę z ramienia, postawiła obok laptopa i obeszła auto. Koło było jednak w porządku. Stało tylko wewnątrz dziwnej wyrwy w posadzce. Pochyliła się nad tylnym błotnikiem i pomyślała, że rano niczego takiego tu nie było.
I wtedy zobaczyła, że to nie jedyna wyrwa w nawierzchni parkingu. Wzdłuż całej tylnej ściany za samochodem i jeszcze o dwa miejsca postojowe w prawo posadzka upstrzona była rysami i pęknięciami. To nie był zwykły beton, który łatwo mógł ulec zniszczeniu pod wpływem uderzenia czy szorowania zderzakiem, ale solidna nawierzchnia na bazie płynnej żywicy na elastycznej membranie z poliuretanu. Takie posadzki są wyjątkowo odporne na uszkodzenia mechaniczne i obciążenia. Pamiętała to z jakiejś ulotki reklamowej zawierającej ofertę najmu powierzchni biurowych w budynku. Czasem jej techniczne wykształcenie się przydawało.
Nachyliła się i przejechała ręką po rysach. Dziury nie były powierzchniowe. Raczej głębokie, tak jakby zniszczeniu uległa także warstwa konstrukcyjna posadzki.
Światło w garażu nagle zgasło. Zapanowała kompletna ciemność. Paulina, czując ucisk w gardle, gwałtownie poderwała się do góry. Fotokomórka nad samochodem zareagowała na ruch i światło ponownie rozbłysło.
Mam nadzieję, że naprawa tej cholernej posadzki będzie kosztowała dziesięć razy więcej niż miesięczne oszczędności na tym pieprzonym oświetleniu! - pomyślała ze złością.
I wtedy nagle poczuła mocny wstrząs. Dach micry zaczął się dziwnie przekrzywiać. Paulina krzyknęła i odskoczyła do tyłu. Zobaczyła, jak w narożniku pomiędzy ścianą a posadzką zrobiła się kolejna wielka wyrwa. Poczuła, że zaczyna ją ogarniać panika.
Nagle płyta parkingu wzdłuż ściany zapadła się gwałtownie, przełamując w kilku miejscach. Micra osunęła się tylnymi kołami w głąb powstałej dziury, a przednie koła bezradnie podniosły się w górę. Jednocześnie zawył alarm, jakby samochodzik zaczął rozpaczliwie wzywać pomocy. Przerażona Paulina ujrzała, jak w murze zaczyna powstawać pęknięcie, jakby ktoś otwierał betonową ścianę otwieraczem do konserw. Odwróciła się, chwyciła swoje dwie torby i ruszyła biegiem w kierunku windy. Przed samą windą zatrzymała się niezdecydowanie, w ułamku sekundy przypominając sobie instrukcje ewakuacyjne, żeby nie korzystać z dźwigów podczas pożarów i katastrof budowlanych. Zawróciwszy, rzuciła się w kierunku schodów. Wbiegając na górę, usłyszała alarmy dochodzące z całego budynku.
Pchnęła drzwi od klatki schodowej i znalazła się w hallu na parterze. Zdała sobie sprawę, że kurczowo trzyma paski swoich toreb, a laptop boleśnie poobijał jej biodra. Kilka metrów od niej stał zdezorientowany portier, trzymając słuchawkę telefonu.
- Proszę natychmiast wyjść na zewnątrz! To prawdopodobnie bomba! - krzyknął do niej, machając w kierunku drzwi.
Bomba? Boże! W Szczecinie? - przemknęło jej przez myśl i ruszyła biegiem w kierunku wielkiej tafli szkła. I w tym momencie znowu poczuła, jak podłoga drgnęła. Ku jej przerażeniu, wielkie tafle hartowanego szkła w drzwiach rozprysły się na maleńkie kawałki i zobaczyła, jak na chodnik przed budynkiem z potwornym hukiem spadają płyty aluminium i szkła z wyższych pięter. Drzwi od klatki schodowej nagle otworzyły się z trzaskiem i wybiegły przez nie dwie osoby. Brunet w ciemnym garniturze i blondynka w lekkiej sukience na ramiączkach.
- Co tu się dzieje? - wrzasnął facet, którego Paulina kojarzyła z kancelarii na trzecim piętrze.
- Nie mam pojęcia. Zapadła się posadzka na parkingu. Pękła tam cała ściana. Portier twierdzi, że to bomba. - Odwróciła się gwałtownie i krzyknęła do portiera: - Czy tylne drzwi są otwarte?
- Tak, ale przejście pod hotelem jest zamknięte. Nie wyjdziemy tamtędy na ulicę. Jedzie już straż pożarna i policja. Nie wiecie państwo, czy ktoś jeszcze został w budynku? - krzyknął do faceta z kancelarii i przerażonej blondynki, która właśnie zaczęła histerycznie płakać.
- W tej części już chyba nikt! - odkrzyknął facet.
Portier chwycił wielką latarkę i rzucił się w kierunku schodów.
Cały czas wyły alarmy antywłamaniowe w poszczególnych biurach oraz główny alarm przeciwpożarowy w całym budynku. Przez wielką dziurę po rozbitych drzwiach wejściowych Paulina widziała, jak po drugiej stronie ulicy zbiegają się ludzie, a przed budynkiem stają samochody. Nagle usłyszała ryk syreny i przy biurowcu zatrzymała się policyjna furgonetka.
- Biegnijmy teraz! - krzyknęła blondynka, szlochając. - Zaraz się cały budynek zawali.
Z samochodu wybiegli umundurowani policjanci i podbiegli do skraju chodnika. Jeden zaczął gwałtownie machać rękami i wrzeszczeć coś, pokazując na górę gmachu. Paulina chwyciła blondynkę za rękę i w ostatniej chwili powstrzymała ją przed wybiegnięciem na zewnątrz. W tym samym bowiem momencie na chodnik przed drzwiami spadły wielkie tafle szkła, rozbryzgując się w drobny mak, i wielka szafa biurowa, z której wyfrunęły, trzepocząc kartkami, segregatory. Strop nad drzwiami przekrzywił się i runął w dół, odsłaniając kanały wentylacji mechanicznej, rurki klimatyzacji i kable elektryczne.
Dwaj policjanci wbiegli do środka, złapali za ręce Paulinę i wrzeszczącą blondynkę i błyskawicznie wyciągnęli je na zewnątrz. Paulina kątem oka zauważyła, że za nimi wybiegł także facet z kancelarii adwokackiej.
- Proszę nie stawać! - wrzasnął jeden z policjantów i popchnął obie dalej. Paulina dobiegła do furgonetki i dopiero tutaj odwróciła się i spojrzała za siebie.
Wielki fragment elewacji budynku nad drzwiami wejściowymi pozbawiony był płyt i szkła. Na drugiej i trzeciej kondygnacji ziały wielkie dziury po rozbitych szybach. Stropy nad trzema dolnymi piętrami były dziwnie odkształcone. Dopiero teraz zauważyła, że wielki kawał chodnika przed budynkiem mocno się zapadł.
Ruch przy budynku był już wstrzymany, policja rozstawiała właśnie zaimprowizowane zapory z obu stron, usiłując zapanować nad coraz większym tłumem ludzi, który zaczął się gromadzić na placu przed wielką barokową bramą staromiejską. W dalszym ciągu spadały pojedyncze tafle płyt i szkła z budynku, a z wnętrza dobiegał jazgot alarmów. Paulina podbiegła do policjanta stojącego najbliżej i krzyknęła do niego:
- Wewnątrz jest portier, poszedł sprawdzić, czy w budynku jeszcze ktoś nie został!
Mężczyzna kiwnął głową i zaczął coś wrzeszczeć do krótkofalówki. Nagle Paulina ze zgrozą ujrzała, jak ogromny podświetlony billboard na bocznej ścianie hotelu zaczyna się powoli, jak w zwolnionym tempie, odrywać od muru. Ludzie stojący na placu przed bramą podnieśli krzyk. Dwóch mężczyzn spojrzało w górę i rzuciło się biegiem na ulicę, machając rękami do nieświadomych jeszcze zagrożenia policjantów. Billboard oderwał się do połowy, przekrzywił prawie o 30 stopni i nagle runął na chodnik przed biurowcem, strzelając iskrami i wzbijając fontannę szkła i żelastwa. Paulina widziała, jak jeden z policjantów łapie się za ramię i przewraca na jezdnię. Wypuściła z rąk torby, które do tej pory bezwiednie kurczowo ściskała, i skoczyła za policyjny samochód, chowając się przed odłamkami szkła z rozbitego banera. Gdzieś z sąsiednich ulic dobiegały syreny nadjeżdżających karetek pogotowia i straży pożarnej.
*
Dokładnie dziesięć po dwudziestej trzeciej Igor usłyszał nagle znany motyw z Ojca chrzestnego, który wdarł się niespodziewanie do ścieżki dźwiękowej dwudziestego pierwszego odcinka siódmej serii znanego serialu. Podniósł się do pozycji siedzącej i poprzez całą szerokość pokoju spojrzał na szafkę przy schodach, na której leżał wygrywający smętne nuty telefon. Melodia była przypisana do konkretnej osoby, ale ta osoba raczej nie dzwoniła do niego w takich godzinach.
Rad nierad wstał i podszedł do stołu. Spojrzał na wyświetlacz i podniósł brwi. A jednak. Nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać, podniósł telefon i dotknął palcem ekranu.
- Witam cię, Rafał, naprawdę musisz mieć powód, skoro chce ci się marnować czas na rozmowę ze mną w piątek o tej porze - powiedział z mieszaniną zaciekawienia i ostrożnej ironii.
- Cześć, Igor, musisz podjechać pod hotel. - Rafał Borola miał zdenerwowany głos, co nie zdarzało się często. Znali się już od dłuższego czasu. Igor pracował dla niego przy kilku sporych inwestycjach w Szczecinie.
Borola był znanym szczecińskim przedsiębiorcą. Należał do osób nienawykłych do tego, żeby coś im stawało na drodze. Do wszystkiego miał bardzo optymistyczne podejście. Większość problemów zawsze dawało się załatwić, nie tak, to inaczej. Uważał, że do tego, co miał, doszedł wyłącznie ciężką pracą, chociaż o tej ciężkiej pracy u początków jego kariery krążyły różne, mniej lub bardziej fantastyczne teorie, związane głównie z przestępczością zorganizowaną. Wszyscy wiedzieli oczywiście, że takie plotki rozpowszechniane są na temat każdego, kto doszedł do naprawdę dużych pieniędzy, niemniej nie przeszkadzało to nikomu w ich powtarzaniu.
Igor lubił Borolę, który oprócz wrodzonego talentu do interesów miał także fantastyczny, zaraźliwy optymizm i pasję, a przy tym stać go było na pełne autoironii poczucie humoru.
- Dzwonił do mnie cieć. Ponoć coś się zawaliło w hotelu - wypalił, sprawiając, że Igorowi na chwilę przebiegły ciarki po plecach. Borola nie potrafił powiedzieć nic więcej, poza tym, że cieć wydawał się bardzo zdenerwowany.
Borola był którymś z kolei właścicielem hotelu. Jak każdy poprzedni, wprowadził w nim niewielkie zmiany i jak każdy poprzedni, nie do końca trzymał się projektu budowlanego. Igor błyskawicznie się ubrał, wciągnął czarne sportowe półbuty i zbiegł po schodach.
Pięć minut później siedział w taksówce dojeżdżającej do placu, przy którym stał hotel. Z przerażeniem obserwował rozgrywające się na ulicach pod biurowcem pandemonium. Taksówka podjechała od strony sąsiadującego z biurowcem wielkiego neogotyckiego gmachu poczty i trafiła na blokady oraz tymczasowy zakaz skrętu w prawo. Igor kazał kierowcy się zatrzymać. Zapłacił, wyskoczył z taksówki i pobiegł wzdłuż policyjnych stojaków, wypatrując znajomej sylwetki Boroli.
Tuż za zakrętem zobaczył wielką wyrwę w elewacji nowego biurowca. Wyglądała jak poszarpana rana. Od razu też spostrzegł, że ze ściany hotelu zwalił się wielki koszmarny billboard, który dawał Boroli kilka tysięcy miesięcznego dochodu. Wyminął tłum ludzi na placu przed budynkiem i pobiegł dookoła, żeby dostać się pod arkady hotelu. Zauważył Borolę w towarzystwie dwóch policjantów oraz energicznie gestykulującego stróża.
- Jestem architektem, czeka na mnie właściciel budynku! - krzyknął do ubranego na czarno policjanta, który stał przy wejściu pod arkady. Policjant zdjął linę ze stojaka i wpuścił go do środka. Podchodząc do Boroli, zauważył, że na granicy pomiędzy arkadami a chodnikiem biegnącym wzdłuż biurowca widać wyraźny zarys zapadniętej nawierzchni.
Borola odwrócił się do Igora i zrobił krok w jego kierunku
- Ktoś chyba podłożył bombę na parkingu podziemnym - rzucił, podając mu rękę i patrząc na stojącego obok policjanta, jakby czekał na potwierdzenie. Na twarzy miał wypisane emocje spowodowane wydarzeniami, ale i ulgę, że bezpośrednio nie dotyczą hotelu. - Zwalił się baner z bocznej ściany - dodał, jakby to był o wiele poważniejszy problem.
- Widziałem. - Igor kiwnął głową.
- Nie był ubezpieczony - jęknął Borola. - A dawał regularny dochód. Teraz nie dość, że muszę kupić nowy, to będę musiał zwrócić kasę temu cholernemu bankowi z bizonem. Za prawie połowę miesiąca, bo nim powieszą nowy, minie z tydzień, a biorąc pod uwagę to, co się dzieje... - Popatrzył na Igora, szukając poparcia. - Nie wiem, czy nawet nie dłużej niż tydzień.
- Pan jest architektem? - Stojący obok policjant stracił cierpliwość.
Igor, który właśnie się zastanawiał, o jaki bank z bizonem może chodzić Boroli, popatrzył na policjanta zdezorientowany.
- Czekamy na przedstawicieli zarządu biurowca i rzeczoznawców, ale czy powinniśmy coś jeszcze zrobić?
- Obawiam się, że powinniście także sprawdzić hotel. - Igor spojrzał za siebie. - Skoro spadł ten billboard, to znaczy, że i w hotelu może być coś nie tak z konstrukcją.
- Po cholerę! - Borola popatrzył na Igora z mieszaniną zaskoczenia i złości. - Ale rozumiem, że w poniedziałek ludzie będą mogli wrócić do normalnej pracy?
Policjant pomachał do stojącego nieopodal kolegi i krzyknął do niego kilka poleceń, a gdy tamten pobiegł w kierunku strażaków, odwrócił się i zniecierpliwiony spojrzał na Borolę.
- O tym zadecydują rzeczoznawcy - warknął i zwrócił się do Igora: - Jakaś dziewczyna twierdzi, że na parkingu nagle zapadła się posadzka. Sądzi pan, że to naprawdę bomba? Portier powiedział, że przed wybuchem poczuł coś jakby drgnięcie.
Igor spojrzał na zapadnięty chodnik i ściągnął brwi.
- Gdyby na parkingu rzeczywiście wybuchła bomba, to nie narobiłaby raczej tego typu szkód. Musiałby ją podłożyć ktoś, kto znał układ konstrukcyjny budynku, kto wiedział, w którym miejscu ją umieścić i jakiej mocy ładunku użyć, a to jest mało prawdopodobne. Bardziej się obawiam o jakieś rury i przewody pod spodem. Może tam coś pękło. Pod hotelem, w stronę Bramy Portowej, leci wielka rura Szczecińskiej Energetyki Ciepłowniczej. Ma jakiś metr średnicy, więc gdyby pękła, to mogłaby uszkodzić fundamenty. Tylko że to też nie nastąpiłoby od razu - dodał i spojrzał na zniszczoną ścianę budynku.
Zmarszczył nagle brwi i odwrócił się do policjanta.
- Niech nikt nie używa windy w hotelu! Opiera się na ścianie, z której spadł billboard.
Policjant skinął głową i szybko odszedł w kierunku grupy strażaków, szykujących się do wejścia do hotelu.
Od strony ulicy pomiędzy hotelem a przychodnią nadjechały dwa samochody i zaparkowały na parkingu przed zatoczką autobusową. Jeden z samochodów miał na drzwiach napis "S-Center". Wysiadła z niego grupa zdenerwowanych ludzi i ruszyła w kierunku policjantów.
Nagle Igor pomyślał o czymś, od czego zrobiło mu się gorąco.
- Jezu! - powiedział do siebie i popatrzył pod nogi.
Wokół policjantów zrobiło się małe zamieszanie spowodowane przybyciem przedstawicieli właściciela biurowca. Igor wykorzystał to i złapał za ramię Borolę.
- Muszę zejść do piwnicy hotelu. Chcę coś zobaczyć.
- Po co? Co zobaczyć? - Borola popatrzył na niego z niepokojem i ciekawością, jednocześnie machając do hotelowego stróża, który rozmawiał z jednym ze strażaków. - Naprawdę myślisz, że to ta SEC-owska rura?
- Nie. - Igor spojrzał na chodnik pod nogami. - Rura nie, ale coś, co jest pod nią.
Borola popatrzył na niego, ściągając brwi.
- Pod nią? Co jest pod nią? Niczego pod nią nie ma!
Stróż podszedł i pochylił się do nich. Miał lekkie problemy ze słuchem.
- Musimy zejść do piwnicy. Proszę iść z panem Flemingiem i wszystko otworzyć - powiedział do niego Borola, nie doczekawszy się odpowiedzi Igora.
- Ma pan jakąś latarkę? - Igor zwrócił się do stróża.
Ten odwrócił się w kierunku wejścia do hotelu i wskazał ręką drzwi.
- Tak, zaraz przyniosę z kantorka. Musimy iść do tylnej klatki. Dookoła przez bramę. - Pomachał ręką w kierunku końca arkadowego podcienia.
- Wiem, wiem. - Igor skinął głową i odwrócił się w kierunku wyjścia spod arkad. Znał układ wnętrza na pamięć.
Borola popatrzył niecierpliwie na oddalającego się Igora. Odwrócił się z wahaniem w kierunku biurowca, ponownie popatrzył za znikającym za rogiem architektem i w końcu zdecydował się pójść za nim.
*
Do piwnic dawnego hotelu można było się dostać tylko boczną klatką schodową. I to w bardzo nietuzinkowy sposób. Przed I wojną światową budynek został przebudowany, a parter przeznaczony na cele dużego sklepu kolonialnego. Poziom pierwszej kondygnacji obniżono wtedy do poziomu chodnika przy budynku kosztem wysokości suteren. Boczna klatka schodowa zachowała jednak wygląd z początkowego okresu i skutek był taki, że do piwnic można było się dostać przez otwór o wysokości mniej więcej jednego metra. Znajdowały się tutaj pomieszczenia gospodarcze, a przez część pod arkadami biegła właśnie, położona tutaj w latach siedemdziesiątych, wielka rura ciepłownicza. Pod tym poziomem jednak był jeszcze jeden. Możliwe, że starszy, zachowany z poprzedniego budynku.
I na ten niższy poziom właśnie schodzili. Igor szedł pierwszy, patrząc pod nogi, żeby się nie potknąć o kawałki cegieł i gruzu, które leżały tutaj od czasu ostatniego remontu budynku. Schody skończyły się przed półkoliście zamkniętym otworem. Z lewej strony skręcało się w ciemny, nakryty ceglanym sklepieniem korytarz. Po bokach otwierały się ślepe otwory bocznych pomieszczeń.
Na posadzce miejscami stała woda. Światło na tym poziomie wpadało jedynie przez półkolisty otwór przed wejściem. Dalej świeciła tylko jedna żarówka, prawie na końcu korytarza. Igor przeskoczył po wystających z wody cegłach i omijając kupki gruzu, poszedł dalej. Za nim podążył Borola i na końcu dozorca, pobrzękując kółkiem z pękiem kluczy.
- Dlaczego tu nie ma światła, do cholery? - warknął Borola do stróża, machając w kierunku korytarza otrzymaną od niego latarką.
- Tu nigdy nikt nie schodzi. Żarówki musiały się przepalić. - Dozorca spojrzał niepewnie na sufit.
- Przepaliły się same. Uważa pan, że same się też wymienią? - Borola popatrzył na stróża z irytacją i skoczył na kolejną, zanurzoną do połowy w wodzie cegłę. Stróż wzniósł oczy do góry i poszedł w jego ślady.
Igor tymczasem doszedł do końca korytarza, spoglądając z niedowierzaniem na całkiem świeżo zamurowany otwór.
- Zamurowaliście to przejście? - spytał, patrząc na Borolę.
Ten odwrócił się do stróża i spojrzał na niego, wysoko podnosząc brwi.
- Bez przerwy ktoś się pytał o podziemia - odparł dozorca. - Raz wleźli tu bez pozwolenia z jakiejś gazety. Zamurowaliśmy to przejście, żeby ktoś sobie czegoś nie zrobił i żeby tu nie łazili.
Igor rozejrzał się dookoła.
- Ma pan tutaj jakiś młot albo kilof? Musimy tam wejść. - Pomacał ścianę. - Nie powinno być trudno, zamurowana jest byle jak.
- W takim razie muszę skoczyć na górę. - Stróż się odwrócił i podreptał w kierunku schodów.
- Po co my tu w ogóle zleźliśmy? Tam na górze wali się biurowiec. - Borola spytał tak, jakby pozbawiono go niezłej rozrywki.
- Chcę coś sprawdzić. Chyba wiem, dlaczego to się stało. Niestety, hotel też może być zagrożony. Będziesz musiał jednak wpuścić tutaj rzeczoznawców.
Borola jęknął.
- Czyli pewnie wszystkich stąd wywalą na jakiś czas i zamkną budynek.
Igor postukał palcem w ceglaną ścianę przed sobą.
- Za tą ścianą jest wąski korytarzyk przylegający do starego przejścia fortecznego pod dawnymi murami obronnymi. Hotel stoi częściowo na sklepieniu tego przejścia. A ono się ciągnie najprawdopodobniej aż do skrzyżowania z aleją Niepodległości albo i dalej. Tym korytarzem być może dostarczano niegdyś do oblężonego grodu żywność, broń i inne potrzebne rzeczy albo wykorzystywano go do niespodziewanego ataku na tyły wroga - tłumaczył Igor, zerkając w kierunku schodów.
- A co to ma wspólnego z zawaleniem się tego biurowca? - Borola podążył za jego wzrokiem. - I gdzie jest facet z tym kilofem? - zniecierpliwił się.
- Sądzę, że pod wpływem stabilizacji gruntu i obciążenia fundamentami ściana korytarza mogła nie wytrzymać. Zawalił się jej fragment, powstała dziura, w którą obsunął się grunt i fundamenty budynku zawisły w powietrzu.
Borola popatrzył na Igora z przerażeniem i niedowierzaniem.
- To jak ten hotel, do diabła, w ogóle stoi od stu lat?
- Hotel ma fundamenty oparte obok korytarza oraz wzdłuż jego sklepienia. Był budowany z uwzględnieniem tych lochów, Niemcy pewnie dokładnie znali ich przebieg. Ta ściana ma przeszło metr grubości. - Igor oparł na niej dłoń. - Usiłowaliśmy przebić się kiedyś przez nią z kamerą.
- I co? - Borola popatrzył z zainteresowaniem.
- I nic. - Igor wzruszył ramionami. - Nie udało się. Wiertło nie chciało przejść, widać w ścianie są także kamienie.
Od strony schodów usłyszeli nagle dźwięk kluczy i po chwili zza zakrętu wyłonił się stróż, dzierżący w dłoniach wielki młot. Podszedł do Igora i podał mu narzędzie.
- Mam nadzieję, że wystarczy.
- Odsuńcie się. - Igor chwycił młot i wziął zamach.
Ściana przed nimi poddała się prawie od razu. Po pierwszym uderzeniu kilka cegieł wypadło, a kilka innych obluzowało swoje ułożenie. Po drugim uderzeniu powstała dziura, przez którą widać było tylko gęsty mrok.
Igor uderzył jeszcze trzy razy, po czym ocenił, że przez powstały otwór można już swobodnie dostać się do środka. Postawił narzędzie obok ściany i podniósł z podłogi reflektor. Poświecił do wewnątrz i przełożył nogę przez otwór. W środku, w wąziutkim korytarzyku biegnącym ukośnie w stosunku do ścian piwnicy, nie było posadzki. Była tylko ubita ziemia, z której wyrastała stara, poraniona wieloma dziurami ściana, biegnąca po łuku niczym ogromna ceglana, odwrócona do góry dnem łódź.
Zwrócił się w lewą stronę i świecąc pod nogi, ruszył przed siebie w kierunku majaczącego w świetle reflektora końca korytarza. Jakieś dwanaście metrów dalej korytarz zamykała ściana szczytowa, a wielka ceglana łódź podziemna wbijała się w nią. Pomiędzy tą ścianą a starą ścianą przejścia fortecznego, w narożniku, ziała teraz dziura. Igor podszedł bliżej, patrząc pod nogi na zwały cegieł i ziemi, zatrzymał się przed otworem i ostrożnie zajrzał do środka, w głąb ciemnego rozwaliska.
- Zobacz - zwrócił się do Boroli, który dreptał za nim. - Tej dziury tu nie było. Za ścianą korytarza zaczyna się biurowiec. Parking podziemny jest dwa metry nad nami. Dokładnie tak jak mówiłem, ściana tego obronnego przejścia zawaliła się pod ciężarem fundamentów budynku.
- I co teraz? - Borola rozejrzał się lękliwie. - Czy tu w ogóle jest bezpiecznie?
- Raczej nie. Szczytowa ściana hotelu, ta, na której wisiał baner, też została chyba osłabiona. Dlatego pewnie ten baner spadł. - Igor poświecił w głąb otworu. Od strony ściany szczytowej korytarzyka widać było zasypane rumowisko, ale od drugiej strony widniała wielka dziura, w którą można było swobodnie wejść. Skierował w głąb snop światła, wydobywając z mrocznej otchłani mniej więcej metrowej szerokości przejście, które prowadziło gdzieś w prawą stronę. Wyjął z kieszeni telefon i zrobił fotkę.
- Zobaczymy, co tam jest - powiedział do Boroli i wsunął się do środka. Schylił głowę i zrobił kilka kroków w głąb.
- Po co ty tam leziesz? To niebezpieczne! - Borola miotał się między zainteresowaniem a strachem podszytym klaustrofobią.
- Co panowie robicie? Przecież to wszystko może się zaraz zawalić! - Dozorca stał defensywnie kilka metrów dalej od pogruchotanej ściany. Najchętniej wróciłby szybko na górę, żeby zobaczyć, co się dzieje na ulicy.
Igor po dziesięciu metrach stanął i poświecił reflektorem w głąb przejścia. Dotychczasowy odcinek wyglądał tak, jakby korytarz forteczny był częściowo zawalony i tylko przy ścianie zachował się fragment umożliwiający przejście. Poziom stopniowo się obniżał. Ruszył w dół.
Jakieś piętnaście metrów dalej zobaczył, że przejście się rozszerza. Niewiele myśląc, zrobił w jego kierunku parę kroków. Nagle otworzyła się przed nim przestrzeń ceglanego tunelu. W tym miejscu dawny korytarz zachował swój pierwotny kształt.
Igor skierował w głąb niego reflektor i stanął jak rażony gromem.
*
- To na szczęście nic groźnego. Zwykłe zadrapanie, choć wyglądało na początku, jakby trzeba było szyć. - Młoda uśmiechnięta sanitariuszka przemyła Paulinie skroń płynem aseptycznym i rozerwała opakowanie z szerokim plastrem.
Paulina siedziała na progu tylnych drzwi karetki i patrzyła, jak ratownicy wynoszą z budynku na noszach trzy osoby.
- Jednak był tam ktoś jeszcze - powiedziała do dziewczyny.
- Tak, najwyraźniej. Miejmy nadzieję, że nic im nie będzie. - Sanitariuszka przykleiła plaster. - No, gotowe. Poradzi pani sobie? Na pewno nie chce pani pojechać z nami do szpitala?
Paulina podziękowała. Szpital to było ostatnie miejsce, w którym chciałaby się teraz znaleźć. Marzyła o tym, by wyciągnąć się w wannie.
- Nie. Nic mi nie jest. Naprawdę. Nawet nie zauważyłam tego rozcięcia. Musiałam dostać odłamkiem szkła, jak wybiegałam z budynku. Wezmę taksówkę, dziękuję bardzo.
Zabrała z ziemi swoje dwie torby, ruszając w stronę ustawionego z zapór ogrodzenia. Zobaczyła, jak przy drugiej karetce sanitariusz opatruje ramię portiera z biurowca. Odetchnęła z ulgą, że nic mu się nie stało. Lubiła go. Pod arkadami hotelu spostrzegła nagle Rafała Borolę, którego kojarzyła ze zdjęć w gazetach i artykułów na portalach internetowych.
No tak, ten hotel przecież należy do niego, pomyślała.
Zobaczyła, jak od strony wejścia pod arkady policjant przepuszcza wysokiego szczupłego mężczyznę. Facet podszedł do grupy osób przy Boroli i zaczął rozmawiać z policjantem. Jakiś impuls kazał jej zwolnić i przyjrzeć się temu. Przystanęła na chwilę, spoglądając w kierunku, w którym facet popatrzył i pokazał coś policjantowi. Podejrzanie zapadnięty chodnik przed biurowcem, który zwrócił jej uwagę, gdy wybiegała z hallu. Mężczyzna nagle spojrzał pod nogi i nerwowo, bezwiednie przeczesał palcami króciutkie włosy.
Głośny sygnał odjeżdżającej karetki oderwał ją na moment od śledzenia grupy pod arkadami hotelu. Przełożyła torbę z jednego ramienia na drugie i zrobiła kilka kroków w kierunku budynku. Zobaczyła, że wysoki facet i Borola zniknęli za rogiem.
I nagle przypomniała sobie, że pracuje w gazecie. Gazecie!
Przecież była bezpośrednim świadkiem zawalenia się nowego biurowca w centrum miasta! Mało powiedziane, była tego uczestnikiem! Gdyby Paweł dowiedział się, że pojechała w takiej chwili do domu wziąć kąpiel, to chybaby ją zabił.
Przyśpieszyła, nagle bardzo zainteresowana tym, dokąd udał się Borola z tamtym tajemniczym facetem.
*
Kompletnie oszołomiony Igor patrzył na to, co snop reflektora wydobywał z mroku. Pod półkolistym sklepieniem fortecznego korytarza stała ciężarówka. Z ciemności wyłaniał się jej tył - wysoko umieszczona drewniana skrzynia z plandeką na stalowym rusztowaniu. Koła, nakryte szerokimi półkolistymi nadkolami, stały praktycznie na samych stalowych felgach. Z opon dawno zeszło powietrze. Plandeka była w wielu miejscach porwana i podziurawiona, a wszystko przykrywała gruba warstwa kurzu. W miejscu, w którym stał samochód, stara posadzka fortecznego tunelu wydawała się o jakieś pół metra niższa w stosunku do zawalonego przejścia, którym wszedł tu przed chwilą.
- Jezu! - wyszeptał Igor, podchodząc bliżej. Omiótł światłem butwiejące deski skrzyni i zrobił kilka kroków wzdłuż boku ciężarówki. Z rumowiska w zasypanej części korytarza doszedł go odgłos kroków i z mroku wyłonił się ze swoją małą latarką Borola.
- To wszystko może się zaraz... - Przerwał nagle i z otwartymi ustami oświetlił tył ciężarówki.
- Fantastyczne, nie? - Igor spojrzał w jego kierunku, szeroko się uśmiechając. - Coś nieprawdopodobnego! Aż trudno uwierzyć.
Odwrócił się od oniemiałego Boroli i podszedł do szoferki samochodu. Długi, charakterystyczny nos pojazdu z szerokimi błotnikami po bokach i okrągłymi lampami stał na pokrzywionych i zardzewiałych felgach. Obła szoferka miała z boku pojedyncze drzwi z wysoko usytuowanym okienkiem, w którym od przodu umieszczony był jeszcze mały lufcik. Był teraz otwarty, a boczna szyba zbita. Z pordzewiałych prowadnic otworu sterczały pojedyncze kawałki szkła. Przednia szyba szoferki wyglądała na całą, tylko w jej środku była dziura z promieniście rozchodzącymi się rysami. Jak po kuli.
- Opel blitz - wyszeptał z modlitewnym nabożeństwem Borola. - "Błyskawica"! Ulubiony samochód ciężarowy Wehrmachtu.
O tym, że Rafał Borola interesuje się okresem II wojny światowej, wiedział każdy, kto nieopatrznie poruszył przy nim ten temat. Borola mógł o tym gadać całymi godzinami i Igor kilka razy dał się w to wciągnąć, po tym jak niechcący palnął coś na temat alianckich bombardowań czy stanowisk obronnych zachowanych wokół Szczecina.
- Skąd on się tutaj wziął? - Borola popatrzył na Igora i przejechał palcem po grubej warstwie kurzu na drzwiach szoferki.
Igor wzruszył ramionami. Postawił stopę na wysuniętym stopniu pod szoferką, złapał za obrzeże okna i stanął ostrożnie na zardzewiałej blasze. Poświecił do środka. To, co zobaczył, spowodowało, że odruchowo odskoczył w tył, spadając ze stopnia i wypuszczając z rąk reflektor.
- Co tam jest? Co, do diabła? - Przestraszony Borola cofnął się i poświecił latarką na Igora, który patrzył z przerażeniem w mroczne okno szoferki ciężarówki.
- Tam jest trup! Kościotrup właściwie, w starych szmatach.
Popatrzył na przerażoną twarz Boroli i ponownie wspiął się na stopień szoferki. Zajrzał do środka, oświetlając wnętrze.
Podeszli do samochodu od strony pasażera, więc światło wydobyło najpierw zakurzoną powierzchnię drugiego fotela, później wielką wajchę skrzyni biegów i drugi fotel, na którym z głową przechyloną w ich kierunku siedział trup kierowcy. Miał na sobie skórzaną, krótką kurtkę i spodnie z materiału. Na piersi kurtka była poszarpana, a pod nią widać było resztki brudnej i poplamionej koszuli. Igor ze zgrozą skonstatował, że to musiała być kiedyś krew. Na czaszce zachowały się jeszcze resztki wyschniętej skóry i włosów. Puste oczodoły zdawały się patrzeć w ich kierunku.
To wszystko było tak absurdalnie nierzeczywiste, że Igor zupełnie zapomniał o wydarzeniach, które właśnie się rozgrywały sześć metrów nad nimi.
- Też chcę to zobaczyć. Puść mnie! - Borola położył stopę na stopniu pod szoferką. Igor półprzytomnie odwrócił do niego twarz z wyrazem niedowierzania, a następnie zeskoczył na ceglaną posadzkę.
Borola zajrzał do środka, świecąc sobie latarką.
- Niewiarygodne! Ten facet siedzi tutaj od wojny! - Odwrócił się do Igora z szeroko otwartymi oczami. - Wjechał tu jakoś i już został. I najwyraźniej był postrzelony.
Igor poświecił na bok ciężarówki. Plandeka okrywająca stalowe ramy była cała, choć miejscami rozdarta i podziurawiona, prawdopodobnie także przez kule.
Poświecił w drugą stronę, nagle uprzytomniwszy sobie, że nie zwrócił w ogóle uwagi na to, co jest w dalszej części tego tunelu. Korytarz biegł jeszcze jakieś kilkanaście metrów prosto, a potem zaczynał się wznosić. Widać było, że dalej jest także zasypany gruzem. Boczne ściany od strony wnętrza były proste i wysokie na jakieś dwa metry. Na nich opierało się spłaszczone, ceglane sklepienie. Reflektor wydobył z mroku tkwiące w ścianie stalowe zawiesia, w które najprawdopodobniej wkładano kiedyś pochodnie. Igor zrobił parę kroków w głąb tunelu i zadarł głowę.
Sześć metrów nade mną jest przystanek autobusowy, pomyślał.
Borola podszedł kilka kroków i stanął obok Igora.
- Dokąd to w ogóle prowadzi? - spytał.
Igor wzruszył ramionami. Przez moment usiłował odtworzyć w pamięci przebieg średniowiecznych murów miejskich i późniejszych, szwedzkich i pruskich fortyfikacji, ale szybko się poddał. Musiałby mieć mapę, żeby postawić jakąkolwiek hipotezę.
Patrzyli przez chwilę w milczeniu w głąb korytarza.
- Jak to się stało, że nikt tego wcześniej nie odkrył? - odezwał się wreszcie Borola z niedowierzaniem.
Igor ponownie wzruszył ramionami. Przed wojną musiało być jakieś wejście do tego tunelu. Wjazd właściwie, biorąc pod uwagę gabaryty ciężarówki. Natknął się kiedyś na jakąś relację, że w okolicach ulicy Wyszyńskiego było zachowane po wojnie wejście do lochów, które wykorzystywali Rosjanie. Może faktycznie tak było? Może przed opuszczeniem miasta wysadzili je w powietrze i ślad po nim zaginął? Najwyraźniej jednak nie znaleźli ciężarówki, bo z pewnością zabraliby temu nieszczęśnikowi drogą, skórzaną kurtkę.
Westchnął i spojrzał na Borolę.
- Wracamy na górę. Trzeba tam z kimś porozmawiać o tych fundamentach. - Odwrócił się i skierował w stronę martwego nosa ciężarówki.
- Czekaj, zrobię fotkę. - Borola pomacał się po kieszeni. - Całkiem zapomniałem, że mam aparat w komórce. Przecież nikt mi w to nie uwierzy. A i tego trupa też uwiecznię.
Stanął przed maską i nakierował na nią obiektyw swojego samsunga. Błysk lampy wydobył na chwilę z mroku upiorny samochód i boczne ściany korytarza. Igor drgnął, przez moment na ścianie po prawej stronie dostrzegł coś, czego wcześniej w ciemności nie było widać. Podszedł bliżej i skierował reflektor na fragment ściany. Na czerwonej cegle namazane były czarne litery, tworzące dziwaczny napis:
DECKEL - QUERSUMME - GOTTES HAND
Igor nie mówił po niemiecku, ale znał oczywiście sporo słów. Deckel to było jakieś zamknięcie czy coś takiego, Gottes Hand - ręka Boga oczywiście. Quersumme z niczym mu się nie kojarzyło, choć summe pewnie oznaczało, jak się domyślał, wynik.
Wyjął telefon, odsunął się o krok od ściany i zrobił kilka fotek. Popatrzył na wyświetlacz i ściągnął brwi.
- Co to za bazgroły? - Borola obszedł właśnie ciężarówkę, po czym stanął obok Igora.
- Nie mam pojęcia. - Igor wzruszył ramionami.
- Może to ten trup coś nabazgrał? - Borola podrapał paznokciem napis i gwałtownie cofnął rękę. - Sądzisz, że on to zrobił krwią? - Popatrzył ze zgrozą na Igora.
Igor oderwał wzrok od wyświetlacza i spojrzał na ścianę.
- Nie dramatyzuj. - Uśmiechnął się. - Kto powiedział, że to on? Mógł to zrobić każdy w ciągu ostatnich trzystu lat.
Ten napis mógł pochodzić z okresu, gdy ukrywali się tutaj Niemcy podczas nalotów, ale równie dobrze z okresu I wojny albo z XIX, a może i XVIII wieku. Może to jakaś złota myśl, w rodzaju tych, jakie wypisują na ścianach graficiarze. Omiótł reflektorem resztę ścian dookoła, ale nigdzie już nie było żadnych napisów. Schował komórkę do kieszeni i spojrzał na Borolę.
- Dobra, idziemy. Ten cieć tam zaraz dostanie zawału. - Przypomniał sobie nagle o pozostawionym w piwnicy hotelu stróżu.
Ruszyli w kierunku wyjścia. Obeszli ciężarówkę tym razem z drugiej strony, lękliwie spoglądając w kierunku szoferki. Tak jakby trup kierowcy miał nagle wysiąść z niej o własnych siłach.
Przechodząc obok samochodu, Igor oświetlił jeszcze raz zbutwiałe deski i poszarpaną szmatę. W połowie długości skrzyni, na wysokości oczu, w plandece była nieco większa dziura. Skierował tam światło i nagle dostrzegł wewnątrz jakiś ciemny kształt. Zatrzymał się i uważnie spojrzał do środka. W środku było coś wielkiego, przykrytego szmatą.
Samochód sam w sobie był taką niespodzianką, w dodatku z trupem w szoferce, że nawet nie przyszło mu do głowy sprawdzić, co znajduje się na pace.
Zrobił kilka kroków dalej i stanął za samochodem.
- Coś tam jest? - Borola przystanął obok niego.
- Jakaś skrzynia. Może broń albo amunicja? - Schwycił za stalową wajchę na narożniku skrzyni. - Pomóż mi, ten tył chyba się jakoś rozkłada.
Borola złapał za wajchę po drugiej stronie klapy. Obaj odruchowo odskoczyli do tyłu, gdy prostokątna rama opadła z hukiem, wzbijając tuman kurzu.
- Ostrożnie! To jest prawdziwy blitz. Jest bardzo cenny. - Borola popatrzył na Igora z wyrzutem. Gdy tuman kurzu opadł, zajrzeli do wnętrza ciężarówki.
Wewnątrz stała wielka, prostokątna skrzynia nakryta szmatą. Miała jakieś dwa i pół metra długości i metr szerokości. Igor wspiął się na tył samochodu i stanął nad tajemniczym ładunkiem.
- No, zdejmuj tę szmatę! Zobaczmy, co to jest, i wynośmy się stąd. - Borola ze zniecierpliwieniem popatrzył za siebie. Przypomniało mu się nagle, że kilkanaście metrów za nimi jest uszkodzony fundament ogromnego budynku, który może im się w każdej chwili zawalić na głowy.
Igor pochylił się i złapał za koniec szmaty. Odrzucił ją na bok, wzbijając kolejną chmurę kurzu. Przez chwilę stał, mrużąc oczy i czekając, aż będzie można coś zobaczyć. Snop światła wydobywał wirujące w powietrzu drobiny.
Zakasłał i ponownie skierował reflektor na skrzynię.
Była wykonana z jakiegoś metalu. Nakryta płaską pokrywą z bogatą dekoracją, w której środku widniał wielki kartusz herbowy. Obiegający całą pokrywę pas wypełniały misterne roślinne wzory. Pod herbem widoczny był ledwie czytelny napis. Boki skrzyni zdobiły bogate okucia przedstawiające roślinne i heraldyczne motywy, wplecione w dekorację w postaci arkad. Z obu dłuższych boków umocowane były po trzy wielkie koła zaczepione do kutych lwich głów. Takie same koła znajdowały się na krótszych ścianach skrzyni. Narożniki zdobiły hermy, których dolne części przechodziły w stylizowane szpony.
Nie wierząc własnym oczom, Igor pochylił się i przetarł rękawem napis na wierzchu skrzyni. Od razu rzucał się w oczy jego pierwszy, największy człon, który głosił:
BARNIM SEIS NAME DES X VON GOTTES GNADEN HERTZOG
Rozdział 1
Borola stał obok ciężarówki i patrzył na Igora, znieruchomiałego na skrzyni samochodu. Obaj wbijali w siebie wytrzeszczone szeroko oczy.
- Co to jest?
Informacja była tak abstrakcyjna, że mózg Igora opierał się przed przyjęciem jej znaczenia.
- To sarkofag - wykrztusił wreszcie. - Sarkofag Barnima Dziewiątego.
- Jakiego Barnima Dziewiątego? - Borola patrzył na Igora z lekką już irytacją.
- Księcia Barnima Dziewiątego Pobożnego - powiedział Igor i ukucnął przy wielkiej skrzyni.
Wszystko to było tak nieprawdopodobne, że zyskał właśnie absolutną pewność, iż za chwilę się obudzi. Zawalający się budynek w centrum miasta, ciężarówka z trupem w szoferce, a teraz sarkofag zachodniopomorskiego księcia. Takie rzeczy się nie dzieją na jawie!
- Musisz mnie uszczypnąć - rzekł słabym głosem.
- Ja cię zaraz uszczypnę - mruknął pod nosem Borola i zaczął się gramolić na pakę ciężarówki. - Muszę to sam obejrzeć.
Igor podniósł się i ostrożnie cofnął w głąb samochodu.
- Ten samochód wytrzyma nasze obciążenie? - spytał, patrząc z niepokojem na wspinającego się do wnętrza, masywnej budowy Borolę. - Podwozie pewnie przerdzewiało na amen.
- Nie przesadzaj. Nie ważę aż tyle - wysapał Borola, prostując się nad skrzynią. Pochylił się nad sarkofagiem i dotknął ostrożnie wieka, pocierając palcem ledwie widoczny napis.
- Przecież tu wyraźnie jest rzymska dziesiątka, a nie dziewiątka. - zwrócił się do Igora powątpiewająco.
- No właśnie. - Igor kiwnął głową z zaaferowaniem. - Barnim Dziesiąty, czyli Barnim Dziewiąty Pobożny.
Borola spojrzał na Igora podejrzliwie, jakby się zaczął obawiać o stan jego umysłu.
- No, dawniej był nazywany Barnimem Jedenastym, później w wyniku innego liczenia kolejnych książąt w dynastii zaczęto go tytułować Dziewiątym - dość mętnie wytłumaczył Igor. - Sam siebie uważał za Dziesiątego.
Borola popatrzył na niego przeciągle.
- Skoro sam siebie uważał za Dziesiątego, to nie można było tego tak zostawić?
- Miej o to pretensje do niemieckich historyków z dziewiętnastego wieku. - Igor ukucnął przy skrzyni i zaczął się przyglądać misternie rzeźbionym pazurom, na których stał sarkofag.
- Dobra. Złazimy i wynosimy się stąd. - Borola podszedł do skraju skrzyni i pochylił się, próbując zeskoczyć. Zmienił jednak zdanie, odwrócił się tyłem, kucnął i powoli zaczął schodzić na dół.
Igor odwrócił się w kierunku Boroli i popatrzył na niego mętnym wzrokiem.
- To jest sarkofag zachodniopomorskiego księcia, rozumiesz? Jak mi się wydaje, nieotwierany i nienaruszony. Wewnątrz mogą być insygnia jego władzy, różne jubilerskie fidrygały, pierścienie, brosze i cholera wie co jeszcze. To jest bezcenne! - dodał. - Do naszych czasów nie dotrwał żaden nieotwarty sarkofag Gryfitów. Ostatni otwarto po wojnie.
- Bezcenne? - Ta informacja wreszcie do Boroli dotarła. Stanął właśnie na ceglanej posadzce i odwrócił się do Igora. Popatrzył na skrzynię z nagłym zainteresowaniem, zapominając na chwilę o powodach, dla których w ogóle tutaj się znaleźli.
Igor z namaszczeniem dotknął misternego ornamentu na bocznej ścianie sarkofagu i przejęty do głębi spojrzał na Borolę.
- Takie rzeczy nie mają ceny. Są niezbywalne. To zabytek klasy zerowej, ale przede wszystkim nieprawdopodobna wartość historyczna.
- I co my z tym mamy zrobić? - Zainteresowanie Boroli na wiadomość o wartości historycznej nieco się zmniejszyło.
Igor wstał, wyciągnął komórkę i zaczął robić zdjęcia po kolei każdej ścianie sarkofagu.
- Musimy powiadomić konserwatora zabytków, to przede wszystkim.
- A co z samochodem? - Borola nagle przypomniał sobie o rzeczach bardziej go interesujących.
- Co? Z jakim samochodem? - Igor z trudem się oderwał od podziwiania posrebrzanej dekoracji sarkofagu i spojrzał nieprzytomnie na Borolę.
- Stoisz na nim, jełopie - rzekł Borola, ze zniecierpliwieniem wskazując brodą na skrzynię ciężarówki.
Igor popatrzył pod nogi.
- A kogo obchodzi samochód, na litość boską? - Popatrzył na Borolę jak na wariata i zrobił kolejne zdjęcie.
Od strony zasypanego przejścia przez forteczny korytarz dotarł do nich jakiś hałas, który na obu podziałał otrzeźwiająco. Igor schował komórkę, pieczołowicie nakrył z powrotem sarkofag szmatą i zabrał reflektor, którzy wcześniej ustawił tak, by jak najlepiej oświetlić wnętrze samochodu. Podszedł do krawędzi i zeskoczył na posadzkę, spoglądając w kierunku przejścia.
- Musimy wracać na górę. - Obejrzał się raz jeszcze za siebie. - To nieprawdopodobne - zwrócił się do Boroli, kręcąc głową. - Zdajesz sobie sprawę, jaka to sensacja?
- Ale skąd się tutaj wziął ten sarkofag? Może ten gość - Borola skinął głową w kierunku szoferki - wykradł go skądś tam w czasie wojny? Tuż przed wejściem Ruskich. Panika, naloty, zamieszanie. Może chciał to wykorzystać?
- Z zamku - podpowiedział Igor. - Raczej nie w czasie wojny. Krypta została otwarta dopiero po wojnie. Poprzednio otwierano ją w dziewiętnastym wieku.
Stali wciąż przed samochodem i patrzyli na wielką skrzynię. W świetle reflektora w powietrzu wirowały maleńkie drobiny kurzu.
- Byłeś przy tym? Może w czasie wojny ktoś ją splądrował? - Borola popatrzył na Igora z powątpiewaniem. Nagle drgnął. - A może to Werwolf? Chcieli wywieźć ze Szczecina cenne, zachowane jeszcze rzeczy i ukryć je przed Polakami? - spytał podniecony.
Od strony zasypanego tunelu znowu dobiegł jakiś odgłos. Obaj drgnęli i popatrzyli na siebie.
- Idziemy. Potem się będziemy zastanawiać. - Igor skinął głową w kierunku dziury w rumowisku, przez którą się tu dostali.
- Czekaj. - Borola popatrzył raz jeszcze na samochód i zadał pytanie, które od początku wisiało w powietrzu: - Jak to stąd wyciągnąć?
- Najpierw musimy to zgłosić jak najszybciej do konserwatora zabytków. Niech oni się martwią. - Igor niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę. - Chodźmy, bo ten cieć wezwie straż i zrobi się awantura.
Borola oderwał się w końcu od widoku wojskowej ciężarówki i ruszył za Igorem w kierunku dziury. Weszli w szparę pomiędzy zachowaną ścianą a rumowiskiem zasypanej części korytarza i zaczęli się przepychać w kierunku światła migoczącego jakieś 25 metrów przed nimi.
*
Paulina stała przy ażurowym ogrodzeniu na tyłach hotelu i patrzyła niezdecydowanie na mały wewnętrzny dziedziniec, wśród którego wypielęgnowanej, niskiej zieleni stały kute, wykończone drewnem ławki. Stylizowane latarnie paliły się, rzucając głębokie cienie na chodnik z granitowej kostki. Nad dziedzińcem wznosiła się tylna ściana feralnego biurowca, mrugając teraz oświetleniem ewakuacyjnym. Dochodził tutaj z ulicy przytłumiony hałas. W sąsiedniej, wychodzącej na tyły biurowca kamienicy paliła się większość świateł. Ludzie pewnie wylegli na ulicę, bo w oknach pojawiały się tylko pojedyncze osoby. Chwilę wcześniej przemknęła dyskretnie przez bramę w kamienicy. O tej porze brama była zazwyczaj zamykana, ale hotelowy dozorca miał do niej klucze.
Paulina podeszła do furty oddzielającej teren hotelu od reszty dziedzińca i szarpnęła wielką klamkę. Furta była otwarta.
Musieli tutaj wejść, pomyślała. Wiedziała, że z dziedzińca hotelowego jest wejście do bocznej klatki schodowej oraz osobne drzwi do komory śmietnikowej. No, ale tam raczej się nie udali. Podeszła ostrożnie do ukrytych za ścianką z czerwonej cegły, częściowo oszklonych drzwi i nacisnęła klamkę. Drzwi były otwarte. Z bijącym sercem weszła do środka i dyskretnie się rozejrzała.
Na prawo schody prowadziły na piętro, po lewej natomiast było zejście do piwnic. Drewniane drzwi dawno już miały swoje najlepsze czasy za sobą. Podczas ostatniego remontu powinni je wymienić, ale jedynie zostały pomalowane na kolor brązowy. Zamiast zamka wisiała tu dawniej kłódka. Teraz skobel w drzwiach był wyłamany, a części w futrynie chyba od dawna nie było.
Paulina ostrożnie nacisnęła klamkę i powoli otworzyła drzwi. Na dole paliło się światło. Weszła do środka i zamknęła drzwi za sobą. Stała przez chwilę w półmroku, czekając, czy nie usłyszy jakiegoś hałasu, kroków lub rozmów. Panowała cisza.
Zaczęła powoli schodzić stromymi schodami na półpiętro. Z tego poziomu było to nieszczęsne wejście na pierwszy poziom piwnic przez otwór o wysokości niecałego metra. Żeby się dostać do środka, należało się pod nim przecisnąć. Paulina już chciała to zrobić, gdy dobiegł ją z dołu, z niższego poziomu, jakiś hałas, jakby ktoś kogoś nawoływał.
Ostrożnie stąpając, by nie narobić rumoru, potykając się o kawałki cegieł pod nogami, zrobiła krok w kierunku schodów na dolny poziom. Przechyliła się przez balustradę, usiłując dojrzeć, czy na dole jest światło. Trzymając się poręczy, zeszła kilka stopni w dół i usłyszała jakąś rozmowę dobiegającą z głębi piwnicy. Przez chwilę nasłuchiwała.
Ja chyba histeryzuję, pomyślała w końcu. Pewnie poszli sprawdzić, czy jakieś urządzenia są odłączone, czy gaz wyłączony, albo jakaś inna przyziemna głupota, a ja się czaję tutaj, jakby poszli tam kogoś zamordować. Wyprostowała się, przełożyła torbę i laptopa przez ramię, zeszła jeszcze kilka kroków na podest półpiętra i zatrzymała się. Usłyszała znowu rozmowę, tym razem głośniejszą i co gorsza, odniosła wrażenie, że głosy się zbliżają.
Przemknęło jej przez myśl, że niezależnie od tego, dla jakiej głupoty ci faceci tu zeszli, to co ona im powie, jak uzasadni swoją obecność na piwnicznych schodach? Z tym cholernym laptopem? Nerwowo spojrzała na dół, potem szybko, starając się jak najciszej, wbiegła na górę i już chciała pobiec wyżej, gdy wzrok jej powędrował w kierunku schodów w dół. Głosy się zbliżały. Podjęła decyzję, ukucnęła przy niskim otworze i przedostała się na drugą stronę. Cały czas pochylona, schowała się za narożnikiem i wstrzymała oddech.
*
Dozorca był przy końcu korytarza. Przed dziurą, którą Igor pół godziny temu wyrąbał w świeżo zamurowanej ścianie. Chciał właśnie przeleźć przez nią i sprowadzić tu strażaków, gdy na drugim końcu korytarza zobaczył obu zaginionych, wychodzących z otworu w fortecznej ścianie. Byli utytłani, jakby przedzierali się przez zgliszcza. Igor miał włosy prawie siwe od grubej warstwy kurzu, a eleganckie szare spodnie Boroli były zakurzone i wybrudzone jakimś smarem. Stróż odetchnął i ruszył w ich kierunku. Kompletnie mu zepsuli całą zabawę, każąc stać tutaj przez pół godziny, podczas gdy na górze pewnie wiele się jeszcze działo. W końcu jak często się zdarza, żeby zawalił się nowy budynek?
- Co się z panami działo? Właśnie chciałem wzywać strażaków - rzucił zdenerwowanym głosem, patrząc, jak Borola otrzepuje spodnie z kurzu.
- Sprawdzaliśmy stopień zniszczenia ściany - odparł Borola, patrząc porozumiewawczo na Igora. Ten wzniósł oczy do góry.
- Chodźmy! Trzeba przekazać strażakom informację o tym korytarzu. Jeśli zapadnie się jeszcze fragment ściany, to ulica przed biurowcem będzie nieprzejezdna. - Igor wyminął dozorcę i ruszył w kierunku otworu.
- Zaczekaj! - krzyknął za nim Borola i odwrócił się do dozorcy. - Proszę iść na górę i poszukać tego policjanta, z którym gadaliśmy przed zejściem tutaj! My idziemy za panem.
Stróż, uradowany, że może wreszcie iść na górę i zobaczyć, co się tam dzieje, skinął głową, przelazł przez otwór i szybko ruszył w kierunku wyjścia z piwnicy.
- O co chodzi? - Igor popatrzył pytająco na Borolę.
- Trzeba jakoś zabezpieczyć wejście do tych lochów. Najlepiej zamknąć całą piwnicę, żeby nikt tu nie wszedł. - Borola popatrzył na Igora. - Ta szpara, którą tam wleźliśmy, nie wzbudza zaufania. Poza tym to w końcu mój hotel, jeśli jakaś sierota tam wlezie i coś jej się stanie, to ja będę za to odpowiadał.
Igor przez chwilę patrzył na Borolę w milczeniu.
- Masz rację - zgodził się w końcu. - Powiedz temu cieciowi, żeby zamknął wejście do piwnic i nikogo tu nie wpuszczał, dopóki nie zawiadomimy konserwatora i nadzoru budowlanego.
- Dobra, idziemy na górę! - Borola przelazł przez dziurę i świecąc latarką pod nogi, ruszył do wyjścia. Przez półkoliście zamknięty otwór wyszli na schody i zaczęli się wspinać do góry.
- Powstrzymałem cię przed powiedzeniem czegoś cieciowi, bo pewnie zaraz by gdzieś zadzwonił, żeby się pochwalić odnalezieniem tej tam Arki Przymierza. - Borola machnął ręką za siebie. - Pewnie zaraz by tu przyjechała jego żona, szwagier i cholera wie kto jeszcze, żeby to obejrzeć. Poleźliby tam, coś by im spadło na łeb i ja byłbym winny. Wiadomo, ten Borola.
Igor ze ściągniętymi brwiami, pogrążony w myślach, ledwie to słyszał. Uświadomił sobie właśnie, że o tym facecie w szoferce trzeba powiadomić prokuraturę. Kojarzyło mu się, że w przypadku znalezienia jakichkolwiek zwłok zawsze się powiadamia policję i prokuraturę.
- Zaraz zadzwonię po swojego człowieka, każę mu przyjechać i wstawić jakąś sztabę przy drzwiach do piwnicy. Nie mam zaufania do tego ciecia - ciągnął Borola.
- Jest już po północy - zwrócił mu uwagę Igor.
- No i co z tego. Sytuacja tego wymaga. Zapłacę mu dwa razy tyle co normalnie, spokojna głowa, będzie zadowolony. - Borola uśmiechnął się z pewnością siebie i złapał za klamkę drzwi prowadzących na parter.
- Biorąc pod uwagę tego trupa, musimy ściągnąć tu na dół policję i im to pokazać. I to obawiam się, że od razu. - Igor stanął przed drzwiami, patrząc na Borolę, który się zatrzymał i ściągnął brwi.
- Naprawdę? Przecież to sprawa z czasów wojny. A poza tym to chyba drogówka. - Borola popatrzył sceptycznie na Igora.
- Drogówka to też policja. Nie dam sobie głowy uciąć, ale takie chyba są procedury. Policja musi to zbadać, określić przyczynę zgonu itede. - Igor ściągnął usta. - Weźmy na bok tego sierżanta i powiedzmy mu, o co chodzi.
- Starszego sierżanta - poprawił go Borola. Przez chwilę się zastanawiał, po czym skinął głową. Odwrócił się i wszedł do sieni na parterze, a Igor podążył za nim. Drzwi od piwnicy zamknęły się za nimi z cichym stuknięciem.
*
Paulina stała, opierając się o ścianę. Na pierwszym poziomie piwnic do ceglanych sklepień było może z metr osiemdziesiąt. Pod ścianą, przy oparciach stropów, chyba dziesięć centymetrów mniej. Paulina miała wprawdzie dokładnie tyle wzrostu, ale trzymała głowę pochyloną z obawy, że zgarnie włosami z narożników ścian wszystkie pajęczyny wraz z ich koszmarną zawartością. Zaraz po wejściu do tej cholernej piwnicy, prawie na czworakach, miała od razu ochotę wyjść z powrotem, otrzepać się i jechać w diabły do domu pod prysznic, ale to, co usłyszała, wprawiło ją w osłupienie.
O czym oni mówią? Trup? Na miłość boską! - usiłowała poskładać galopujące myśli. O co tu chodzi? Czy ktoś zginął podczas tej katastrofy? Może ktoś tam pracował i ten wysoki facet nagle sobie o tym przypomniał? Pobiegli zobaczyć i stwierdzili, że nie żyje. Pewnie coś się na niego zawaliło. Przemknęło jej przez myśl, że Borola wspomniał coś o wojnie. Sprawa z czasów wojny. O co mu mogło chodzić?
Przed momentem usłyszała trzask zamykanych drzwi od piwnicy. Postanowiła na wszelki wypadek odczekać jeszcze chwilę, zanim dokądkolwiek się stąd ruszy. Po pięciu minutach poszła w kierunku niskiego przejścia na schody. Przedostała się na półpiętro, wyprostowała z ulgą i poprawiła swoje dwie torby. Na dole wciąż świeciło nikłe światełko.
Jeśli tam nie zejdę, to mogę się pożegnać z karierą dziennikarki, pomyślała. Paweł już nigdy nie da mi żadnego porządnego tematu. Zrobiła krok w kierunku schodów, słysząc, jak wali jej serce. Zatrzymała się, zdjęła swoje dwie torby. Ukucnęła i wyjąwszy komórkę, niezdecydowanie rozejrzała się wokół. Spojrzała na dziurę prowadzącą do piwnicy, pochyliła się i upchnęła torby za ścianą. Żałowała, że nie wzięła ze sobą aparatu, ale niby skąd miała wiedzieć, że dzisiaj akurat zawali się budynek, a w piwnicy obok będzie trup.
Ruszyła na dół. Jedyne oświetlenie było przy samym wejściu do dolnego poziomu piwnic. Dalej kompletnie ciemno. Minęła półkolisty portal i weszła do korytarza. Był ciemny, w połowie zalany wodą, a na jego końcu w ceglanej ścianie widać było świeżo wykutą dziurę. Nad nią wisiała pojedyncza żarówka. Z bocznych ścian korytarza patrzyły ciemne otwory bocznych pomieszczeń. Paulina poczuła, że narasta w niej panika, i jeśli jej nie pokona, to zaraz, w tym momencie rzuci się do ucieczki. Policzyła powoli do dziesięciu i mówiąc sobie, że to zwykła, gówniana piwnica w centrum miasta, a nie żadne lochy, stanęła na pierwszej, zanurzonej do połowy w wodzie cegle. Starając się nie rozglądać na boki i nie patrzeć w boczne korytarze i otwory, dotarła do suchej części podłogi. Z łomoczącym sercem, cały czas przygotowana, że za chwilę zobaczy jakieś makabryczne zwłoki, podeszła do dziury w ścianie. Włączyła w komórce tryb latarki i poświeciła do wnętrza. Ujrzała ciągnący się w poprzek korytarz przy jakiejś dziwnej, biegnącej po łuku ścianie z cegły, już na pierwszy rzut oka starszej niż te, z których zbudowane były ściany piwniczne hotelu. Ponownie policzyła do dziesięciu i weszła do środka.
*
Na ulicy przed biurowcem stał już tłum ludzi. Katastrofa była na tyle spektakularna, że powyciągała widzów nawet z okolicznych pubów i klubów. W ciągle powiększającym się zbiorowisku gapiów co chwilę błyskały flesze aparatów w komórkach. Przed kamiennym frontonem stojącej nieopodal staromiejskiej bramy uwijali się w pośpiechu kamerzyści i dziennikarze lokalnej telewizji. Ponadto zaczęli się zjeżdżać najemcy lokali w feralnym budynku i to oni chyba robili największe zamieszanie, dopytując się o skalę zniszczeń i dostęp do środka. Miały tu swoje siedziby firmy, których właścicielom wisiały nad głową terminy, umówione spotkania, spóźnione projekty. Właśnie docierało do nich, jakie będą następstwa tych wydarzeń. Budynek zamknięty może i na całe tygodnie, zanim nie będzie wiadomo, co uległo zniszczeniu, i zanim nie skończą się prace zabezpieczające. Każdy dzień zwłoki będzie generował straty, a zanosiło się na to, że upłyną raczej tygodnie, zanim w nowym miejscu ruszy działalność.
Przed budynkiem walały się dziesiątki segregatorów, które powypadały z okien, podeptane papiery i prawdopodobnie ważne dokumenty. Nie był to uspokajający widok. Kilka osób, których firmy miały swoje siedziby w epicentrum zniszczeń, nerwowo wypytywało strażaków, kiedy będą mogli wejść i powynosić ocalałe dokumenty i sprzęty. Strażacy cierpliwie tłumaczyli, że dopóki eksperci budowlani nie oszacują zniszczeń i stopnia naruszenia konstrukcji budynku, nikt nie będzie mógł wejść do środka.
W sporej grupie mocno zaaferowanych i wystraszonych ludzi już na pierwszy rzut oka łatwo było rozpoznać przedstawicieli zarządu biurowca, ściągniętych tu błyskawicznie przez firmy ochroniarskie, które o katastrofie dowiedziały się przez swoje instalacje alarmowe, kamery i czujniki. Dwie osoby z firmy zarządzającej biurowcem stały z kilkoma strażakami przy masce samochodu nad rozpostartymi płachtami dokumentacji budowlanej, którą przywieźli ze sobą, i wskazywali miejsca potencjalnego zagrożenia - przewody gazowe, linie instalacji elektrycznej, główne elementy konstrukcyjne.
Strażacy na wszelki wypadek zamknęli arkady pod hotelem i pilnowali wejścia, nie wpuszczając do środka najemców także i tego budynku. Migające światła karetek pogotowia i wozów strażackich rzucały pulsujące, nerwowe błyski na tłum ludzi, okoliczną zieleń i oświetlone reflektorami strażaków elewacje budynków.
Z bocznej, prowadzącej na tyły hotelu bramy wyszedł Borola, a tuż za nim pogrążony w zadumie Igor, który zupełnie zapomniał, jakie wydarzenia doprowadziły do tego, że znaleźli się pod ziemią, i cały czas tkwił myślami przy zaginionej ponad sześćdziesiąt lat temu ciężarówce.
Zatrzymał się i zaczął wytrzepywać z włosów pajęczyny. Zza rogu dobiegał hałas i ciągle wyjące pojedyncze alarmy. Rozejrzał się wokół i westchnął. Pora wrócić na ziemię.
Borola stanął i niecierpliwie go popędził.
- Przed chwilą ci się śpieszyło. Chodź szybciej, poszukajmy tego policyjnego bossa, póki cieć mu jeszcze nie naopowiadał jakichś bzdur.
Stróż stał właśnie nieco dalej, tuż przy narożniku budynku, przed metalowym ogrodzeniem ulicy. Przed chwilą dopadł policjanta kierującego akcją, odciągnął go na bok i coś mu teraz gorączkowo tłumaczył.
Borola podszedł do nich szybko i bezceremonialnie przerwał wywody stróża.
- Wracamy właśnie z lochów pod hotelem - powiedział, patrząc na dozorcę ze ściągniętymi brwiami. - Pod tymi budynkami ciągnie się stary korytarz, chyba jeszcze z czasów szwedzkich. Pod biurowcem zapadła się jego ściana i wszystko się osunęło - wyjaśnił. Za pomocą obrazowej gestykulacji próbował dodatkowo przedstawić osuwanie się ścian.
- No właśnie, pan mi tu mówi, że jakaś dziura w ścianie się zrobiła - rzekł zdezorientowany nieco policjant. - Korytarz? Jaki korytarz?
- On panu wytłumaczy to lepiej. - Borola wskazał na podchodzącego Igora.
Policjant przeniósł spojrzenie na architekta. Igor, widząc wpatrujące się w niego trzy pary oczu, pokrótce opisał sytuację, przedstawiając swoją hipotezę na temat katastrofy budowlanej nowego biurowca, którego fundamenty osunęły się w głąb zawalonego korytarza...
- Zaraz... - Policjant zbladł. - A czy to nie oznacza, że może się jeszcze coś zawalić?
- Budynek raczej już nie, miejmy nadzieję, korytarz odbija w stronę bramy. Natomiast może się zapaść ulica. Dobrze by było wycofać ciężkie wozy i cofnąć ludzi na skwer przed bramą, bo jak się coś zapadnie, to wybuchnie panika.
Policjant wyjął krótkofalówkę, odszedł na bok i zaczął gorączkowo udzielać komuś instrukcji. Gdy skończył, podszedł z powrotem i wskazując palcem na Igora, powiedział:
- Musimy tam zejść, muszę to zobaczyć. Pójdą z nami strażacy.
Igor popatrzył na Borolę niezdecydowanie.
- Panie sierżancie. Jest pewna komplikacja. Możemy pana prosić na stronę na moment? - rzekł cicho. - Lepiej, żeby za wiele osób o tym nie wiedziało - dodał.
Policjant popatrzył dziwnie, ale dał się odprowadzić na bok. Przeszli pod drzewa rosnące na skrawku trawnika między hotelem a zatoczką autobusową. Od strony hotelu, zza barierek odsuniętych przed momentem przez policjantów, powoli wyjechał wóz strażacki i odjechał parę metrów od budynków. Igor odetchnął i w skrócie zrelacjonował policjantowi efekty ich karkołomnej ekspedycji.
Starszy sierżant w tym momencie uznał, że wydarzenia wykroczyły poza jego kompetencje.
*
Paulina wydostała się z dziury przy fortecznej ścianie. Oparła się plecami o zimne cegły i odetchnęła. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. Serce tak jej waliło, jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. Najważniejsze, by fotki zrobione komórką nadawały się do druku. Przez ostatnich kilka minut bała się, że padnie jej bateria i będzie musiała wydostawać się z tych lochów po omacku. To był główny powód, dla którego nie została tam dłużej i nie obejrzała wszystkiego dokładniej.
No i musiała to zabrać.
Strach przed zapadnięciem ciemności wręcz ją paraliżował. Bała się, że nie zdąży tego obejrzeć i zrobić wyraźnych zdjęć. Ale już żałowała. Zastanawiała się nawet, czy zabierając stamtąd cokolwiek, nie popełniła jakiegoś przestępstwa.
Oderwała się od ściany i szybkim krokiem ruszyła w kierunku wyrąbanego otworu prowadzącego do piwnicy hotelu. Boże! Że też ta piwnica jeszcze piętnaście minut temu wydawała jej się taka przerażająca. Teraz była wręcz oazą bezpieczeństwa i spokoju. Przedostała się do środka, szybko przeszła przez zalany wodą korytarz i wbiegła na schody.
Rozdział 2 (sobota)
Budzik zaczął terkotać o ósmej i zaraz po nim włączyło się radio, wypełniając przytulną i cichą jeszcze przed chwilą przestrzeń poddasza głośną muzyką.
Igor z trudem otworzył oczy i zaklął. W planach miał na dziś basen, a potem myślał, żeby pobiegać (choć skończyłoby się pewnie na myśleniu), dlatego ustawił budzik na ósmą. Ale że wczoraj poszedł spać po trzeciej, to teraz basen, po niecałych pięciu godzinach snu, był ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. Nie mówiąc o bieganiu. Do jego świadomości powoli zaczęły wracać wydarzenia wczorajszego dnia. Właściwie dzisiejszego, pomyślał. Przeciągnął się jak kocur, sięgnął po pilota, wyłączył wieżę i z powrotem zwalił się na łóżko. Chciał sobie jeszcze smacznie pospać, jednak pamięć uruchomiła już odtwarzanie wczorajszych zdarzeń, i to w przyśpieszonym tempie.
Wczoraj wrócił do domu dokładnie pięć minut po trzeciej.
*
Po tym, jak dowodzący akcją sierżant zażyczył sobie wszystko obejrzeć, zrobiło się małe piekło. Posłany po dowódcę strażaków młody policjant wrócił razem z czterema mężczyznami z firmy zarządzającej biurowcem, którzy stwierdzili, że też muszą obejrzeć piwnice hotelu, jeśli to ma związek z wypadkiem. Borola - co było do przewidzenia - kategorycznie się temu sprzeciwił, twierdząc, że nikogo tam nie wpuści poza policją i strażakami. Poparli go ci ostatni, twierdząc, że schodzenie do tych podziemi jest niebezpieczne i zejście zostanie zamknięte do czasu, aż przybędzie na miejsce ktoś z nadzoru budowlanego i prokuratury. Ubrany w szarą marynarkę narzuconą na T-shirt przedstawiciel zarządcy biurowca zaczął się w tym momencie awanturować, że ukrywa się przed nimi przyczynę tego wypadku i że coś tu widocznie jest nie tak. Wściekły Borola nie pozostał mu dłużny i palnął coś o kompetencjach firmy budowlanej i zarządzającej, które doprowadziły do wypadku, w którym szkodę poniósł także jego hotel. Wywołało to już regularną awanturę.
Igor stał nieco z boku. Wolał nie włączać się do tej wymiany zdań.
Z bramy wyszła ładna, ubrana w granatowy top i dżinsy szatynka. Miała przewieszoną przez ramię torbę z laptopem i nerwowo z kimś rozmawiała przez komórkę. Obejrzała się za siebie, po czym szybko przeszła przez jezdnię, kierując się w stronę przychodni.
Podczas gdy przedstawiciele zarządu i Borola wymieniali coraz bardziej nerwowe uwagi, obrzucając się nawzajem oskarżeniami, starszy sierżant odciągnął na bok młodego policjanta. Zrugał go, że nie przywołał strażaków jakoś dyskretniej, potem wystukał numer na swojej komórce i połączył się z przełożonym.
Pół godziny później na miejsce przyjechał starszy aspirant, dzielnicowy z komisariatu Śródmieście, ściągnięty z łóżka i w niezbyt dobrym humorze. Poinformowany o drugim niejako planie wydarzeń, zachował się dyskretnie. Wysłuchał na boku informacji o znalezisku w podziemiach hotelu, po czym kazał się zaprowadzić na miejsce. Igor po raz drugi tej nocy znalazł się na dolnym poziomie piwnic hotelu. Razem z dzielnicowym, dowódcą strażaków oraz starszym sierżantem stanęli w wąskim korytarzu, po czym nieco przerażeni wsunęli się do dziury w fortecznej ścianie i podążyli do miejsca, gdzie stała ciężarówka razem ze swoją niesamowitą zawartością.
Kolejne pół godziny później Igor wraz ze wstrząśniętymi policjantami i strażakiem wydostali się z powrotem do piwnic hotelu.
Policjanci uzgodnili absolutną konieczność zamknięcia wejścia do piwnic oraz poinformowania o wszystkim nadzoru budowlanego, prokuratury oraz miejskiego konserwatora zabytków. Ponieważ zaczął się właśnie weekend, inspekcja przedstawicieli tych służb oczywiście musiała poczekać do poniedziałku. Borola, już na górze przed budynkiem, został poinformowany o obowiązku zabezpieczenia piwnic i zamknięcia ich do momentu pojawienia się inspektorów.
Dwadzieścia minut później obok bramy prowadzącej na podwórze hotelu zatrzymał się stary pick-up navara i wysiadł z niego człowiek wezwany do wstawienia sztab i zamków. Wokół biurowca w dalszym ciągu trwało zamieszanie, ale Igor po komisyjnym zabezpieczeniu drzwi do piwnicy - w czym Borola kazał uczestniczyć także wkurzonemu tym dzielnicowemu (by potem nie było, że została źle zabezpieczona) - pożegnał się i wezwał taksówkę. Gdy wchodził do domu, było pięć po trzeciej.
*
A teraz zegar wskazywał dziesięć po ósmej. Słońce już od rana mocno świeciło, wpadając przez okno w dachu i rzucając na pościel złote błyski. Po desperackich próbach wyciszenia myśli i kilkakrotnym przewracaniu się z boku na bok Igor stwierdził, że ze spania nici, i zwlókł się z łóżka.
Człapiąc w kierunku łazienki, zastanawiał się - jak w każdy słoneczny poranek - po jaką cholerę zaprojektował sobie nad samym łóżkiem w sypialni okno połaciowe. W zimowe miesiące okno się sprawdzało i wieczory z widokiem gwiazd też były fajne, ale w upalny dzień natarczywe promienie słoneczne nie należały do najmilszych rzeczy, jakie by się chciało zobaczyć o poranku. Igor w tym przypadku przechytrzył sam siebie. Zaprojektował to okno tak, by słońce wpadało do środka około godziny ósmej, co miało go zabezpieczyć przed zbyt długim, bezmyślnym wylegiwaniem się w wolne dni i dodatkowo zaktywizować do rannego biegania, ale efekt z tym ostatnim był taki mniej więcej jak dzisiaj.
Poddasze stało się dla niego azylem po rozwodzie. Poprzednie, wspólne mieszkanie zatrzymała Dorota. Razem z kredytem. Rozstali się bez specjalnych problemów. Nie mieli dzieci, byli racjonalni i od dłuższego już czasu towarzyszyła im świadomość, że niewiele ich łączy. Dorota też była architektem i to, co na początku wydawało się łączącą ich wspólną pasją, z czasem paradoksalnie zaczęło dzielić. Zachowali poprawne stosunki, choć Igor zachował także i sporo żalu, do czego tylko czasami, sam przed sobą, się przyznawał. Dorota miała zamiłowanie do wielkiego formatu, bardzo szybko praca na rynku w Szczecinie zaczęła ją tłamsić. Wielokrotnie powtarzała, że czuje się, jakby utknęła. Igora zawsze na początku to zasmucało. Jakby to z nim utknęła. Zaczęła brać udział w wielkich konkursach. Także międzynarodowych. Igor za nimi nie przepadał, a poza tym bieżące zlecenia zabierały mu zbyt dużo czasu. Brakowało siły na kreatywność po nieustannej pracy przy trzech projektach jednocześnie. Dorota miała w ich firmie zwolenników, którzy myśleli tak jak ona. Zgłaszali pretensje do Igora, że zamiast brać udział w czymś większym, on każe im projektować restaurację pod miastem albo wiejski hotelik.
I w końcu któryś z konkursów wypalił. Dorocie przypadła pierwsza nagroda i zaproszenie do współpracy w Warszawie, a potem w Barcelonie. Oboje wiedzieli, że jeśli wyjedzie i odniesie sukces, to będzie oznaczało koniec między nimi. Takie to było jakieś oczywiste, choć na początku oszukiwali się, że wyjazd wiąże się tylko z realizacją tego projektu. Wielki nowoczesny biurowiec, dodatkowe pieniądze i doświadczenie. Gdyby oczekiwał, że jej się nie powiedzie, znaczyłoby, że źle jej życzy, a z radości związanej z ewentualnym sukcesem czuł się wykluczony już na wstępie.
Po roku latania do Barcelony kilka razy w miesiącu Igor miał dość, choć to ona pierwsza powiedziała, że powinni się rozstać. Zachował sporo żalu, bo miał jakieś takie głupie, naiwne przekonanie, że jak się kogoś kocha, to się go nie opuszcza. I już!
Sukces Doroty w Barcelonie okazał się połowiczny. Hiszpańska firma budowała wielką, szklaną wieżę przez dwa lata. Przy czym do pierwotnego projektu Hiszpanie wprowadzili tyle zmian, że niewiele zostało z lekkiej, ażurowej, jakby zrobionej szydełkiem koronki, którą wszyscy tak się na początku zachwycali. A potem przyszedł kryzys i firma nie przedłużyła Dorocie kontraktu, a nawet zwolniła sporo swoich starych pracowników.
Ale Igor nie śledził już jej kariery. Bardzo rzadko rozmawiali na GG czy Skypie. A widział ją chyba po raz ostatni dwa lata temu. Czas robi swoje. Niestety, pomyślał, patrząc na biegnące od płatków nosa do kącików ust zmarszczki, które kiedyś było widać jedynie wtedy, gdy się uśmiechał. Teraz zostały już na stałe.
Nie chciało mu się golić, a poza tym nigdzie się dzisiaj nie wybierał. Rozebrał się i wszedł pod prysznic. Po rozstaniu z Dorotą często czuł się stary, choć to oczywiście była bzdura. Miał cały czas młodzieńcze ciało, które zawdzięczał częstemu pływaniu, co z kolei zawdzięczał sąsiedztwu basenu. No i w końcu nie skończył jeszcze trzydziestu pięciu lat.
Pod prysznicem przypomniał sobie o fotkach na iPhonie.
Z zawiązanym na biodrach ręcznikiem wyszedł z łazienki, podszedł do lodówki i stwierdził, że jednak będzie musiał gdzieś wyjść. Nie miał nic do jedzenia. Poza jogurtem. Zdzierając folię z plastikowego pudełeczka, przeszedł przez pokój w stronę biurka, na którym stały dwa ogromne monitory LCD. Uruchomił komputer i czekając, aż system się obudzi, oblizał umazaną w czekoladowym jogurcie łyżeczkę.
*
Gruby szary cętkowany kocur przecisnął się z trudem przez szparę w ogrodzeniu, przelazł pod krzakami za domem, wbiegł po schodach na taras, a stamtąd przeskoczył na parapet okna na parterze. Wślizgnął się do kuchni, poszperał przy swojej, a potem psiej misce i truchcikiem wbiegł na piętro. Z pionowo uniesionym ogonem podszedł do uchylonych drzwi i wsunął się przez szparę do środka. Rozejrzał się podejrzliwie po rozrzuconych wszędzie częściach ubrania, a następnie wskoczył na łóżko i głośno mrucząc, zaczął udeptywać sobie wygodne posłanie. Dochodziła ósma trzydzieści.
Paulina otworzyła oczy i zobaczyła tłusty powód swojego nagłego przebudzenia. Sięgnęła na stolik przy łóżku po komórkę.
- Ósma trzydzieści. Jezu! Kocie! Spałam niecałe cztery godziny! - Opadła na poduszkę i zamknęła oczy. Śniło jej się, że ktoś ją goni po jakimś ciemnym korytarzu. I właśnie udało jej się uciec przez jakąś dziurę, gdy obudziło ją szturchanie miękkimi łapkami.
Rozejrzała się po pokoju. Dziwne, ale chociaż od powrotu z Londynu minęło już pół roku, ciągle rano budziła się z myślą, że jest na Camden, w swojej wynajętej klitce w przyziemiu starego szeregowca i że zaraz wstanie, patrząc na zarośnięty wąski ogród, na którego końcu, zakamuflowane, mieszkały dwa lisy. Przez chwilę miała przed oczami dwa rude kocmołuchy, zazwyczaj nad ranem wychodzące, by szperać w okolicznych śmietnikach, kiedy przypomniało jej się, dlaczego wczoraj poszła spać po czwartej.
*
Wyszedłszy z piwnicy, przykucnęła przy schodach, otworzyła torbę i ostrożnie, żeby nie uszkodzić starego, kruchego papieru, powoli wsunęła go do foliowej koszulki. Starając się poruszać jak najciszej, podeszła do drzwi wyjściowych na podwórzec hotelu i nacisnęła klamkę. Na zewnątrz nie było nikogo. Wysunęła się ostrożnie, zamknęła za sobą drzwi i przemknęła przez furtę ogrodzenia na podwórze obok, gotowa w razie czego udawać, że wyszła z tylnej klatki schodowej sąsiedniej, zaniedbanej kamienicy. Poprawiła bluzkę, otrzepała spodnie z kurzu i ruszyła przez bramę na ulicę. Nagły, głośny sygnał komórki o mało nie przyprawił jej o zawał serca. Wyjęła ją z kieszeni w spodniach i spojrzała na wyświetlacz. Paweł. Od razu ogarnęła ją złość. Irracjonalnie zaczęła go już obwiniać za całą tę awanturę, w którą się właśnie wplątała. Poza tym właściwie przeczuwała, co usłyszy.
- Paulina! Czy ty wiesz w ogóle, co się dzieje? - Paweł mówił głosem podekscytowanym, ale podszytym irytacją. - Chyba wychodziłaś dziś ostatnia, prawda?
- Tak, a o co chodzi? - spytała niewinnie.
- Nie wiesz? Był pożar w naszym budynku! Właśnie przeczytałem na Facebooku. Miałaś szansę zrobić niezły materiał, gdyby nie to, że chciałaś pewnie zdążyć na kolejny odcinek jakiegoś gówna w TV! - Słyszała, jak Paweł się nakręca. - Dobrze, że mamy zrobione jutrzejsze wydanie, ale poniedziałkowe pewnie się spóźni, bo słyszałem, że budynek na razie zamknęli. Nie jesteś gdzieś tam w pobliżu? Ja dzwonię z Goleniowa, więc raczej nie zdążę.
- Paweł... - zaczęła zimnym tonem.
- Ja dziękuję, ciekawe, co tam się spaliło! Że też nie mogłaś zostać trochę dłużej!
- Paweł, zamknij się wreszcie! - warknęła głośno. - Zamknij się i posłuchaj!
W słuchawce zapadło pełne zaskoczenia milczenie. Paulina szybkim krokiem przeszła przez ulicę. Na rogu pod hotelem zauważyła policjantów, wrzeszczącego na jakichś ludzi Borolę i tego całego faceta, chyba architekta. Patrzył na nią.
- Co ci odbiło? - Pawłowi wrócił głos. - To, że ci przerywam piątkowy wieczór, to jeszcze nie powód, żeby się zaraz tak wkurzać.
- Po pierwsze, to nie żaden pieprzony pożar! Zapadły się fundamenty, połowa budynku się zawaliła! Po drugie, byłam tam - dodała przyciszonym głosem, odwracając głowę i szybko zmierzając w kierunku przychodni. - Strażacy wywlekli mnie na zewnątrz. Na szczęście, o ile wiem, nikt nie zginął. Ale to nie wszystko, tyle że nie mam najmniejszej ochoty teraz ci tego relacjonować. Dzwoń do drukarni, wstrzymaj drukowanie pierwszej strony i niezależnie, co tam na niej jest, powiedz, żeby czekali, aż im przyślę to, co zaraz napiszę. Przyślę ze zdjęciami - dodała.
- Zwariowałaś? - Paweł był zdezorientowany. - Jak to zawaliła? Co ty gadasz?
- Jak nie zrobisz tego, co mówię, to słowo daję, oddam ten materiał do "Wyborczej". Aha, za ten artykuł zapłacisz mi czterokrotną stawkę i umieścisz pod nim moje nazwisko. Moje!
- Paulina, czy ty jesteś trzeźwa? - Paweł nie dawał się łatwo przegadać.
- Posłuchaj, Paweł, zrób, co mówię - powiedziała spokojniej. - Zaufaj mi raz. Naprawdę mam temat z kosmosu. Nawet jak na jutrzejszej pierwszej stronie ma być informacja, że prezydent Szczecina abdykował, bo chce zostać wziętą modelką, to wyślę ci coś lepszego. Zarezerwuj całą stronę. Prześlę tekst ze zdjęciami za godzinę.
- Czekaj, zaraz. Powiedz mi, do cholery, co się dzieje... Paulina!
Paulina rozłączyła się i wystukała numer taxi.
*
Na myśl o tym, że za chwilę znajdzie w "Dzienniku Szczecińskim" na pierwszej stronie swój artykuł, poczuła gwałtowny zastrzyk adrenaliny. Koniec ze spaniem, pomyślała i zerwała się z łóżka, budząc, bardzo tym niezadowolonego, szarego grubasa.
W dodatku żadna inna gazeta nie będzie miała takiego gorącego materiału. Żadna! Wiedziała, że w ciągu paru godzin zaczną się telefony do Pawła ze wszystkich szczecińskich redakcji z pytaniami o możliwość przedruku w poniedziałek rano. Czuła, jak rozpiera ją energia.
Leżąca na stoliku komórka zapiszczała. SMS. Sięgnęła po nią i spojrzała na wyświetlacz. Przyszedł dziesięć minut po szóstej. Paweł. "Poszło wszystko. Bez skrótów. Miałaś rację, to petarda! W poniedziałek pracujemy na Kolumba".
Paulina zacisnęła pięści i zawirowała w krótkim, pełnym podskoków i średnio skoordynowanym tańcu radości. Porwała na ręce kocura i obróciła się z nim dookoła. Kocur, przekonany, że jego pani straciła rozum, miauknął, wywinął się z objęć Pauliny i czmychnął przez drzwi.
*
Jego iPhone podłączony do komputera, niczym prawdziwa gwiazda, postawił jak zwykle mnóstwo różnych żądań. Żeby go uaktualnić, żeby wejść na iTunes i żeby ściągnąć ostatnią wersję tegoż. Igor pozamykał wszystkie samowolnie uaktywnione okienka, założył nowy podkatalog w katalogu "Hotel-Lochy" i ściągnął do niego wszystkie zrobione wczoraj fotki.
Czekając, aż malutka klepsydra zniknie z ekranu, zlizał z łyżki ostatnią kroplę jogurtu. Odstawił pudełeczko na biurko i otworzył pierwsze zdjęcie. Widok dziury w fortecznej ścianie. Fotka zrobiona z zamurowanego korytarzyka w dolnej piwnicy. Potem rumowisko, kilka fotek ukazujących zasypane przejście, które prowadziło do zachowanej części tunelu, i wreszcie widok opla blitza. Zrobił duże zbliżenie, iPhone miał nędzną lampę błyskową, więc za dużo nie dało się zdziałać, ale obejrzał podziurawioną plandekę i drewnianą skrzynię ciężarówki. Na następnej fotce był bok samochodu. Od strony pasażera. Przypomniał sobie, że zaraz potem wlazł na stopień przy szoferce i o mało co nie wybił sobie zębów o krawędź okna po ujrzeniu tego, co było we wnętrzu.
Następne zdjęcie przedstawiało oświetlony przód ciężarówki i fragment sylwetki pochylonego, robiącego właśnie fotkę swoim telefonem, Boroli. Potem jeszcze raz przód ciężarówki, nieco bliżej, i wreszcie napis na ścianie: DECKEL - QUERSUMME - GOTTES HAND.
Otworzył wyszukiwarkę i znalazł słownik niemiecko-polski on-line.
Deckel znaczyło to, co myślał. Pokrywa, wieko.
Quersumme oznaczało zaś sumę poszczególnych cyfr liczby.
Suma poszczególnych cyfr liczby? Taki skomplikowany termin? - pomyślał ze zdziwieniem. I jeszcze ręka Boga? Pokręcił głową. Albo były to całkowite brednie, albo jakieś powiedzenie niemieckie, przysłowie. Będzie się musiał zapytać kogoś znającego dobrze niemiecki. Mało prawdopodobne jednak, by to się w jakikolwiek sposób wiązało z ciężarówką.
Skopiował tłumaczenia wraz z przypisami do swojego katalogu i kliknął na kolejne fotki. Bok szoferki od strony kierowcy, potem plandeka i tył samochodu. I wreszcie to, co od początku chciał obejrzeć przede wszystkim.
Sarkofag!
Był naprawdę doskonale zachowany. Czworoboczna cynowa skrzynia, o pięknej dekoracji, zrobiona prawdopodobnie, jak większość szczecińskich sarkofagów, w lokalnym warsztacie konwisarskim. Nakryty prostą pokrywą o dekoracyjnych listwach na wieku i z pięknym, rytowanym krucyfiksem stał na nóżkach w kształcie łap z pazurami. Jeśli rzeczywiście był to sarkofag Barnima IX, to stanowił niezwykle cenny egzemplarz.
Igor interesował się historią Szczecina i Pomorza, czytał praktycznie wszystko, co wpadło mu w ręce. Pamiętał z opracowań historycznych opisy cech stylistycznych i rodzajów dekoracji sarkofagów książąt zachodniopomorskich. Ich charakterystyczna forma narodziła się właśnie za Barnima IX, pierwszego protestanckiego księcia, który pod wpływem nauk Marcina Lutra wprowadził na Pomorzu protestantyzm, co wywarło niebawem wpływ na wszystkie dziedziny sztuki, a także na zwyczaje, obrzędy, kulturę.
Igor zrobił zbliżenie kolejnej fotki. Pokazywała wieko sarkofagu z wyraźnie widocznym kartuszem herbowym i wyrytą różnej wielkości literami inskrypcją. Dolna część była słabo czytelna. Prawdopodobnie zawierała pełny tytuł wraz z wymienionymi wszystkimi domenami księcia. Wyraźnie rzucały się w oczy pierwsze słowa. BARNIM SEIS NAME DES X VON GOTTES GNADEN HERTZOG.
Zrobił jeszcze większe zbliżenie i pochylił się nad ekranem. Wzdłuż wieka sarkofagu widać było wyraźny ślad nierównego łączenia. Czyli jednak był otwierany? - pomyślał z rozczarowaniem. Ale wiedział, że to nie przesądzało jeszcze o jego zawartości.
Największa grabież szczecińskich sarkofagów miała miejsce na początku XIX wieku i zarządził ją Fryderyk Wilhelm III. Kilofami rozwalono cynowe sarkofagi, a z trumien powyciągano kosztowności i zabrano je na dwór berliński. Gdyby zatem stało się to w tamtym okresie, pokrywa uległaby raczej kompletnemu zniszczeniu, natomiast tutaj wyraźnie była ostrożnie zdejmowana i wróciła na swoje miejsce. Poza tym - mimo splądrowania krypty - żołdacy Fryderyka III chyba kilka sarkofagów przeoczyli. Po wojnie otwarto przecież nienaruszony sarkofag Franciszka I, z zachowaną pokaźną ilością biżuterii.
Igor potarł nos. Przypomniał sobie, że sarkofag Barnima IX został przeniesiony do krypty dopiero w 1830 roku z kościoła Mariackiego, w którym książę był pochowany, a który spalił się doszczętnie w roku 1789. Natomiast w 1862 krypta została otwarta przez szczecińską komisję konserwatorską w celach badawczych. Może wtedy otwarto ten sarkofag? Jednak komisja niczego z krypty nie zabrała, więc była szansa, że jednak pozostał on nietknięty.
Zaczynał żałować, że sam nie spróbował go otworzyć. Strasznie był ciekaw, co się w nim zachowało. Westchnął i kliknął myszką, aby otworzyć kolejną fotkę.
Został mu jeszcze do obejrzenia katalog zdjęć zrobionych podczas drugiego zejścia na dół z policją. Kilkanaście fotek. Otworzył pierwszą, z ogólnym widokiem wyłaniającej się z mroku tunelu ciężarówki.
Nagły dźwięk syreny alarmowej spowodował, że pochylony nad monitorem, o mało nie wyrżnął twarzą w klawiaturę. Igor zaklął i sięgnął po telefon. Sam sobie jestem winny, pomyślał, rozcierając łokieć, którym się uderzył, gdy podskoczył na krześle, poderwany kretyńskim dzwonkiem. Przypisanym Annie Fleming.
- Igor? - Mama Igora wolała się zawsze upewnić.
- Mamo, a kogo się spodziewałaś, dzwoniąc pod mój numer? - Igor już czuł narastającą irytację.
- Oj, tam. Zawsze odbierała Dorota, bo ciebie nigdy nie było w pobliżu. Nigdy nie mogłam się dodzwonić.
Igora zawsze irytował zwyczaj byłej żony. Odbierała jego telefony i potrafiła przegadać z jego matką albo z kimś z przyjaciół całą godzinę. Oczywiście matka potem odkładała telefon i zapominała, w jakiej sprawie dzwoniła. Gdy oddzwaniał do niej, pytała, o co chodzi.
- Mamo, czy dzwonisz z jakiegoś konkretnego powodu? - spytał, podtrzymując komórkę ramieniem i klikając w okno z fotkami. Kolejne zdjęcia ukazywały ponownie samochód, sarkofag, a do tego jeszcze wstrząśnięte miny policjantów, pętających się przed obiektywem.
- Dzwonię, bo właśnie przeczytałam o pożarze w tym twoim hotelu. Co tam się stało? Napisali, że na miejscu był architekt odpowiedzialny za ostatnią przebudowę.
- Napisali, że to był pożar? Jesteś pewna? I na pewno w hotelu?
- Przecież wiem, co mówię. Napisali, że wybuchł pożar w tym całym S-Center i hotelu.
- Był mały wypadek. Nie żaden pożar. I nie w hotelu, tylko w tym biurowcu. Nie ma się czym przejmować. - Igor kliknął na kolejną ikonkę. Na fotce były boczne drzwi ciężarówki od strony kierowcy.
- Jakieś zdjęcia zamieścili. Cały rozwalony przód tego budynku. Podobno ktoś zginął. Byłeś tam? A ten hotel ucierpiał? Oskarżą cię o coś?
- O co mają mnie oskarżyć? - Igor czuł, że zaczyna się wkurzać. Rozmowy z matką przez telefon często tak się kończyły.
- No, a ja skąd mam wiedzieć? Ale skoro wybuchł pożar w tym hotelu, to pewnie będą szukać winnego. - W tle słychać było przestawiane naczynia.
- Mamo, przecież powiedziałem ci, że nie wybuchł żaden pieprzony pożar! I nie w hotelu!
- Nie wyrażaj się tak brzydko. Jak się spotykasz z klientami, to też nie możesz się powstrzymać, żeby na nich nie nawrzeszczeć?
- Mamo, co jeszcze napisali? - Igor zmienił temat.
- Że jakieś fundamenty się osunęły czy coś. No, ale jak wybuchł taki pożar, to nic dziwnego, że fundamenty od gorąca nie wytrzymały. Na tym zdjęciu to wygląda strasznie.
Igor zamknął oczy i policzył do pięciu.
- Mamo, jak jeszcze raz wspomnisz o pożarze, to odkładam telefon.
- Igor, słyszę, że jesteś zdenerwowany. Ty chyba naprawdę boisz się odpowiedzialności jakiejś za to. Ale jeśli wszystko zaprojektowałeś tam prawidłowo, to nie ma się czego bać. Nie histeryzuj!
Igor zacisnął zęby i popatrzył na otwartą właśnie fotkę. Coś w niej zwróciło jego uwagę.
- I jakieś zdjęcia z piwnicy zamieścili. Ktoś tam zginął, w jakiejś ciężarówce, ale przejrzałam to tylko pobieżnie, bo najbardziej mnie poruszył ten pożar w hotelu. Od razu pomyślałam, że pewnie się tym teraz przejmujesz.
Igor patrzył na zdjęcie i coś mu w nim nie pasowało. To, co powiedziała matka, dotarło do niego z opóźnieniem.
- No dobrze, nie będę ci przeszkadzała, bo widzę, że jesteś tam zajęty. A poza tym muszę wyjść do sklepu. Ojciec jak zwykle nie kupił wczoraj chleba, a teraz narzeka, że nie ma na śniadanie. Trzymaj się, pa, pa.
- Mamo, halo... zdjęcia piwnicy? Jaka to gazeta? - Igor wrzasnął do słuchawki, ale matka już się rozłączyła.
Patrząc na fotografię bocznych drzwi w ciężarówce, na których widać było wyraźnie wytarty kurz w okolicach klamki, nerwowo macał ekran iPhone'a, żeby ponownie połączyć się z matką.
Wcisnął ikonkę i podniósł telefon do ucha.
- Mamo, jaka to była gazeta? - spytał, starając się zachować spokój.
- Kto mówi? - spytała matka Igora.
- Igor. Jaka to była gazeta?
- Gazeta? O czym ty mówisz, dziecko? - W tle słychać było telewizor.
- Przed chwilą powiedziałaś, że jakaś gazeta zamieściła zdjęcia piwnicy i ciężarówki?
- Aa... "Dziennik Szczeciński". Ja ciebie nie rozumiem. Kiedy przed chwilą usiłowałam ci streścić ten artykuł, to nie byłeś zainteresowany, a teraz dzwonisz i pytasz, jaka to gazeta. Uciekaj stąd, ty głupi kocie! To nie dla ciebie!
Igor rozłączył się i dosłownie poderwał od biurka. Pędem przebiegł przez wielki pokój obok i dopadł schodów prowadzących na dół. Jego strych był niby-dwupoziomowy. Na ostatnim poziomie kamienicy wchodziło się do małego korytarzyka, skąd prowadziły schody zabiegowe na poddasze. To te schody przesądziły o zakupie strychu.
Przypomniało mu się, że jego sąsiad prenumerował "Dziennik" i czasem listonosz zostawiał gazetę na wycieraczce. Otworzył drzwi i wyjrzał ostrożnie za próg. Niestety, niczego tam nie było.
Wbiegł na schody i z powrotem dopadł monitora ze zdjęciem bocznych drzwi ciężarówki. Powiększył obraz i wbił oczy w ekran. Wokół klamki widać było wyraźnie wytarty kurz, tak jakby ktoś chwycił za klamkę. Nigdy by tego nie zauważył w normalnych okolicznościach, ale kurz na samochodzie miał 70 lat i kilka milimetrów grubości. Nie byłoby w tym może nic specjalnie wstrząsającego, w końcu pętało się tam za drugim razem pięciu facetów z nim włącznie, ale rzecz w tym, że Igor pamiętał, jak dzielnicowy wrzasnął na początku, by niczego absolutnie nie dotykać. Więc albo ktoś się zagapił i jednak złapał za klamkę, albo może Borola wcześniej to zrobił. Wtedy, gdy przechodzili obok za pierwszym razem, a Borola szedł za nim z tyłu.
"Dziennik Szczeciński" nie zamieszczał w internecie pełnych artykułów, tylko kilka słów i odsyłał do wersji papierowej. Na ich stronie było zdjęcie z oświetlonym biurowcem S-Center i wielką dziurą w całej frontowej elewacji, a pod spodem kilka zdań o katastrofie budowlanej w nowym szczecińskim gmachu i o tym, że w poniedziałek wejdzie do środka nadzór budowlany oraz prokuratura.
Igor podniósł się z krzesła. Musiał wyjść po tę cholerną gazetę i zobaczyć, co oni tam w końcu napisali.
*
Borola wściekle zmiął gazetę i rzucił na posadzkę tarasu. Właśnie przed chwilą rozsiadł się przy porannej kawie i w oczekiwaniu na śniadanie otworzył pierwszą gazetę ze sterty, jaką codziennie kładła na stoliku w hallu pani Aurelia. Jak nic, ktoś tam wlazł i porobił fotki. Miał rację, że nie ufał tamtemu cholernemu cieciowi. Sięgnął po komórkę i ponownie wykręcił numer hotelowego dozorcy. Wcześniej usiłował się dodzwonić do Igora, ale u niego ciągle było zajęte. Telefon ciecia też był zajęty.
Wykręcił numer szefa kelnerów restauracji nieopodal hotelu i czekał, aż ktoś odbierze. Restauracja należała do niego oczywiście. Miał dziś zaplanowane kilka spraw i kilka osób, z którymi musiał się spotkać. Chciał przypomnieć, żeby na pewno byli przygotowani na dwunastą i żeby nie było żadnych problemów. Po krótkiej wymianie zdań wykręcił ponownie numer stróża, który tym razem odebrał.
- Dzień dobry, panie Rafale, w czym mogę pomóc? - Stróż miał chyba dobry humor.
- Co się tam dzieje, do cholery? - Borola przeszedł od razu do rzeczy. - Właśnie widzę, że jakiś brukowiec zamieścił zdjęcia z podziemi hotelu. Widział pan już? Czy kogoś pan tam wpuszczał?
- Nikogo. - W głosie dozorcy od razu pojawiło się zdenerwowanie. - Nie widziałem tego artykułu, ale dzwonił do mnie już pan Igor i pytał o to samo. Sztaba jest nietknięta, przed chwilą, zaraz po telefonie pana Fleminga, poszedłem sprawdzić. A poza tym, szefie, przecież pan nie dał mi kluczy, zabrał je pan ze sobą.
Faktycznie. Borola przypomniał sobie, że klucze od dwóch kłódek założonych wczoraj w nocy zabrał ze sobą. Na wszelki wypadek. Cholera! Więc skąd te fotki?
- Niech pan idzie i jeszcze raz wszystko posprawdza. Wszystkie możliwe wejścia.
- Nie ma innych wejść do piwnic - nieśmiało zauważył portier.
- Nieważne, niech pan wszystko sprawdzi i oddzwoni.
Schował telefon do kieszeni i podniósł się z rattanowego krzesła. Przypomniał sobie, że obiecał wczoraj Flemingowi przesłać mu zdjęcia, które zrobił w lochach komórką. Skrzywił się, musiał z tym iść do żony. Nigdy jeszcze nie udało mu się wysłać e-maila z załącznikiem za pomocą telefonu. Poza tym uważał, że to wariactwo. Wszystko można już było robić komórkami, tylko nikt nie odbierał zwyczajnego połączenia. Wszedł do domu przez oszklone tarasowe drzwi i skierował się na górę do sypialni żony.
*
Igor wyszedł z budynku i skręcił w kierunku parku Żeromskiego. Najbliższy kiosk z gazetami był właśnie tam. Trwała piękna pogoda. Zapowiadał się upał, ale przed południem było jeszcze całkiem przyjemnie. Słońce grzało rozkosznie, a świeże o tej porze roku, zielone liście szumiały cicho wśród konarów drzew. Odetchnął głęboko i wszedł pomiędzy drzewa. Całe zaaferowanie wczorajszymi wydarzeniami i tym cholernym artykułem wydało mu się nagle mało istotne. A ślad na ciężarówce pewnie zrobił Borola. Szedł za nim i pewnie musiał pomacać ten prawie sakralny dla siebie samochód. Tylko kto zrobił fotki? Zakładając oczywiście, że mamie się coś nie pokręciło. Zaraz sam zobaczy.
Postanowił przejść się do dalszego z kiosków. Tego pod cerkwią św. Mikołaja. Lubił przechodzić drogą między skwerkiem z pomnikiem Mickiewicza a parkiem. Przed wojną stał tu monumentalny pomnik cesarza Wilhelma Fryderyka III. Postawiony w latach sześćdziesiątych betonowy pomnik autorstwa Sławomira Lewińskiego był, jak większość powojennych szczecińskich pomników, bladym cieniem swojego poprzednika. Postawiony na starym cokole po strąconym cesarzu, wyglądał dość sztucznie.
Igor go nie znosił. Miał wrażenie, że wieszcz ma nieproporcjonalne nogi i zbyt dużą głowę, i że stoi na tym cesarskim postumencie, zastanawiając się, co do diabła tu robi.
Pomnik zamykał oś kompozycyjną wytyczoną przez zaprojektowany przez Wilhelma Meyera-Schwartaua gmach Muzeum Miejskiego, który stanowił centralną budowlę Wałów Chrobrego. Między pomnikiem a muzeum rozciągał się wielki kwadratowy plac, pierwotnie pomyślany jako parter kwiatowy przed tylną elewacją budynku. Tylko że tylne skrzydło nigdy nie powstało. Mało znany aspekt historii słynnych Wałów Chrobrego. Powód był oczywiście prozaiczny. Pieniądze. Budowę przerwano w 1913 roku i nigdy nie wznowiono. Wskutek tego imponujące założenie urbanistyczne od strony miasta zostało jakby pozbawione dominanty. Ten brak dodatkowo jeszcze uwypukliło postawienie za muzeum długiego baraku i posadzenie szpaleru drzew.
Jednak mimo wszystko było to jedno z najpiękniejszych miejsc w mieście i to tędy właśnie Igor obiecywał sobie biegać. Tyle że cały czas miał jakieś wymówki. Najczęściej zwykłe lenistwo.
Był w połowie drogi, gdy zapiszczał esemes. Wyciągnął komórkę i spojrzał na ekran. Borola. Obiecane zdjęcia właśnie przyszły na jego pocztę. Super, obejrzy w domu. Dobrnął w końcu do kiosku pod cerkwią, wyjął ze stojaka "Dziennik Szczeciński" i wbił wzrok w pierwszą stronę. Wielkie zdjęcie S-Center z ogromną dziurą i uchwyconymi w locie kawałami szkła i płyt elewacyjnych. Przeleciał wzrokiem tekst.
Czy katastrofa szczecińskiego biurowca odsłoniła zapomnianą tajemnicę z czasów II wojny światowej...? O tajemniczym tunelu pod hotelem donosiła prasa, nikt jednak nigdy nie zbadał tego miejsca ani nie podjął prób, żeby dostać się do środka... W lochach stojącego obok starego hotelu, za zamurowaną ścianą, biegnie tajemniczy korytarz, o którym od zawsze krążyły legendy... zawalona ściana starego tunelu odsłoniła wejście do środka... ciężarówka Wehrmachtu z trupem kierowcy... skąd się wzięła...? kim był kierowca...? Werwolf...?
Artykuł zajmował całą pierwszą stronę. Poza zdjęciem biurowca były jeszcze dwie fotki. Jedna z ogólnym widokiem ciężarówki i druga ukazująca wnętrze szoferki i upiornego kierowcę. Igor ze zgrozą wpatrywał się w fotografię, na której trup w skórzanej kurtce spoczywał w fotelu kierowcy. Jedną rękę trzymał na kolanach, druga z zaciśniętą dłonią zwisała obok siedzenia. Widać było tył głowy z resztkami włosów i wysuszonej skóry. Wzdrygnął się.
Kto to napisał? Skąd wziął zdjęcia? Igor popatrzył na sam dół tekstu. Na dole strony były tylko dwie małe literki: PW. "Dziennik Szczeciński", tak jak większość gazet codziennych, miał zwyczaj umieszczać tylko inicjały autorów. Obok podano informację, że fotografie zrobił autor artykułu.
Uderzyło go, że w tekście nie ma nic o sarkofagu. Ten, kto tam dotarł, musiał być tak zaaferowany trupem, że nie zauważył niczego innego. Nagle go olśniło. Zdjęcie bocznych drzwi i wytarty kurz. Czyli ten cwany paparazzi wszedł tam zaraz po nich.
Miał niecałe pół godziny na to, ponieważ potem zeszliśmy tam z policjantami, powiedział do siebie, wciąż wpatrując się w zdjęcie wnętrza szoferki. Otworzył drzwi i zrobił zdjęcie trupa, a potem szybko stamtąd wyszedł.
Igor odsunął się od kiosku, przy którym stał od dłuższej chwili, tarasując drogę innym klientom. Kioskarka spojrzała na niego krzywo.
Musiał nas śledzić, gdy poszliśmy tam z Borolą, myślał, idąc powoli w kierunku przejścia. Jednak coś jeszcze było w tym nie tak. Tylko wciąż nie wiedział co. Chowało się tuż za granicą świadomości. Przeszedł przez jezdnię i szybkim krokiem, nie zwracając już uwagi na piękną pogodę, ruszył w kierunku domu.
Godzinę później, siedząc przy stole w otwartej na salon kuchni i jedząc tosty z ziołami prowansalskimi i kminkiem, nagle o czymś pomyślał. Odłożył gazetę i podszedł do biurka. Zaraz po powrocie z kiosku obejrzał zdjęcia Boroli. Nie było tam nic ciekawego, poza jednym ujęciem wnętrza szoferki. Borola zrobił je od strony pasażera przez wybite okno. To, przez które na samym początku zajrzeli do środka. Miał w pamięci ten widok i coś mu nie pasowało.
Otworzył ponownie katalog ze zdjęciami i odnalazł zdjęcie kierowcy. W tym ujęciu trup "patrzył" prosto w aparat. Wyglądało to dość upiornie, ale mniejsza z tym. Igor pochylił się nad monitorem i wbił oczy w fotkę. Skórzana kurtka, brudna i poszarpana koszula, dłonie na kolanach. W lewej ręce nieszczęśnik trzymał jakąś złożoną, pożółkłą kartkę. Prawa dłoń, zaciśnięta w pięść, leżała na krańcu kolan.
Na fotce w gazecie zwisała luźno.
Pewnie musiała się zsunąć, gdy ten dziennikarski szczur otworzył drzwi, pomyślał Igor. I nagle sobie uprzytomnił, co było nie tak. Poczuł, jak po plecach przechodzą mu ciarki. Na zdjęciu w "Dzienniku" w tej drugiej ręce nie było żadnej kartki papieru.
Rozdział 3
Dochodziła godzina jedenasta, gdy szczupły, ubrany w jaskrawy rowerowy strój kurier pchnął szklane drzwi, na których widniał napis PARSOV & CIE GmbH, wchodząc na miękką wykładzinę dywanową biura. Podszedł do dużego biurka z ciemnego drewna, przy którym siedziała młoda, ubrana w szary kostium brunetka. Na ścianie za jej plecami widniał taki sam napis jak na drzwiach, tylko że dwa razy większy i wykonany z metalowych srebrnych liter, przymocowanych na poziomej listwie.
- Dzień dobry. Nie nad jeziorem dziś? Piękna pogoda, a pani pracuje - rzucił z uśmiechem, grzebiąc jednocześnie w swojej wielkiej torbie.
- Akurat. - Uśmiechnęła się z przekąsem. - Na szczęście pracuję tylko w co drugą sobotę.
- To chociaż tyle. - Kurier wyciągnął plik gazet i kopert i położył je na biurku.
- Jak zwykle mnóstwo czasopism i kilka reklam. Na poważne pisma poczekacie do poniedziałku - zażartował.
- Wcale za nimi nie tęsknię. - Dziewczyna wzięła do rąk koperty i spojrzała na adresy nadawców. Rzuciła okiem na pisma. - Są te polskie gazety? Bo to pierwsze, o co mnie zapyta szef.
- Są, są. Prowadzicie jakieś interesy w Szczecinie? - Kurier popatrzył z zainteresowaniem na tytuł leżącego na wierzchu dziennika.
- Coś tam wozimy. - Brunetka się uśmiechnęła, podniosła z krzesła i zabrała z biurka cały dostarczony plik gazet i pism. - Muszę to zanieść szefowi.
- Oczywiście. - Kurier błysnął zębami. - Do widzenia, miłego dnia.
Dziewczyna wyszła zza biurka i skręciła w prawo w kierunku brązowych drewnianych drzwi z dekoracyjną płaskorzeźbą przedstawiającą logo firmy - koło z przecinającym je graficznie wymodelowanym tirem i napisem "Parsov" pod nim.
Firma Parsov zajmowała się transportem. Należała do niej flotylla tirów, która jeździła po całej Europie, wożąc tony różnych materiałów. Biuro w centrum Berlina w nowoczesnym gmachu przy bocznej uliczce od słynnej Unter den Linden, tuż nieopodal siedziby redakcji "Frankfurter Allgemeine Zeitung", zajmowało się finalizowaniem kontraktów i logistyką działań kilku wielkich baz transportowych na terenie całego kraju.
Brunetka zapukała do drzwi, po czym usłyszawszy rzucone zachrypniętym głosem "proszę", weszła do środka. Gabinet szefa był bardzo duży. Oprócz wielkiego stylowego biurka, które wyglądało, jakby trafiło tu po wieloletniej tułaczce z jakiegoś pałacu, stała tu jeszcze nowoczesna skórzana sofa oraz dwa fotele, a pomiędzy nimi zabytkowa ława w stylu Ludwika XVI.
Historyczne meble na tle nowoczesnej architektury biurowca i przeszklonych na całej wysokości ścian pomieszczenia prezentowały się bardzo ekstrawagancko. Jakby trafiły tu z innego, lepszego świata.
Heinrich Siegfried von Parsov też wyglądał jak postać z innego świata. Wysoki, szczupły, z włosami przyprószonymi siwizną i pociągłą twarzą o arystokratycznych rysach. Był bardzo starym człowiekiem i na tle agresywnych młodych wilków, których zatrudniał, robił wrażenie kogoś, kto trafił tu przez przypadek z jakiegoś ekskluzywnego klubu dla seniorów. Funkcja prezesa wielkiego przedsiębiorstwa transportowego wymagała dużo energii i dyspozycyjności, których to cech już dawno nie miał. Firmą zarządzała ekipa menedżerów, a sam Parsov zostawił sobie podejmowanie decyzji w ważnych, kluczowych sprawach. Stanowisko obejmowało także funkcję reprezentacyjną, i tę akurat wypełniał z zadowoleniem.
Parsov stał przy oknie i patrzył w dół, na ulicę zapełnioną już o tej porze szczelnie samochodami i tłumem śpieszących w jakichś swoich sprawach ludzi. Odwrócił się w kierunku drzwi i spojrzał na wchodzącą sekretarkę.
- Przyszła poczta i gazety. - Dziewczyna podeszła do biurka i położyła na nim całe naręcze gazet i kopert.
- Dziękuję, Ingrid. Są gazety ze Stettina? - spytał, celowo mocno akcentując nazwę miasta. Parsov był jednym z tych Niemców, którzy o dzisiejszym Szczecinie zwykli mówić, że jest pod tymczasową administracją Polski.
- Tak, panie Parsov. Wszystkie szczecińskie dzienniki, jak zwykle.
Ingrid poszła w kierunku drzwi i zatrzymała się przed samym wyjściem.
- Czy czegoś jeszcze pan sobie życzy? - spytała, sama na siebie zła, że w jego obecności, wbrew sobie, zamienia się w służącą.
- Nie, dziękuję, Ingrid. Proszę, żeby teraz mi nikt nie przeszkadzał przez pół godziny.
Parsov obszedł wielkie biurko i pochylił się nad plikiem gazet.
Ingrid wyszła i cicho zamknęła za sobą drzwi.
*
Johann wyszedł na ulicę i odetchnął wilgotnym powietrzem, w którym mieszał się zapach niedalekiej Tamizy i rozbudzonego, tętniącego życiem miasta. Jemu samemu daleko było do tego stanu. Wczoraj po imprezie w pubie, którą jak zwykle w piątek rozpoczął z przyjaciółmi weekend, położył się spać gdzieś koło czwartej. Miał potężnego kaca i właśnie wyszedł z domu, żeby się napić kawy w jakiejś pobliskiej knajpce. Przez kilka najbliższych godzin będzie trwał w postanowieniu zostania abstynentem. Do wieczora, kiedy pewnie znów da się komuś gdzieś wyciągnąć.
Dzierżąc pod pachą laptopa, ruszył w kierunku Maguire St, decydując się na kawę w pobliskiej knajpce Browns. O takiej porze dnia ta część miasta była już wypełniona turystami, których trzeba było omijać, i co chwilę przystawać w oczekiwaniu, aż ktoś zrobi zdjęcie swojemu chłopakowi, dziewczynie lub mamie na tle mostów na Shad Thames. Rok temu, po obejrzeniu wielkiego loftu na czwartym piętrze dawnego magazynu herbaty i kawy, przebudowanego w latach osiemdziesiątych na luksusowy apartamentowiec, wpadł w zachwyt nad ażurowym mostkiem łączącym dwie części mieszkania. Jedna od strony Tamizy była częścią dzienną i sypialnią, natomiast po drugiej stronie ulicy mieściła się część z miejscem do pracy. Funkcjonalnie było to dość niefortunne, ponieważ w zimie, żeby przejść do gabinetu, należało wkładać buty i narzucać kurtkę, ale prestiż i urok tego mieszkania rekompensowały wszelkie niewygody. Pierwotnie były to zresztą dwa oddzielne mieszkania, które poprzedni właściciel wykupił i połączył w jedno. Mimo protestów matki, uważającej to za nadmierną ekstrawagancję, zdecydował się je kupić, wmawiając sobie, że to lokata kapitału. Póki co, dość mocno nadwerężyło to jego finanse.
Johann przedarł się przez tłum różnojęzycznych obcokrajowców i skręcił w Curlew St. Jego ulubiona knajpka, Bar & Brasserie Browns, znajdowała się przy pasażu od strony Tamizy. Z letniego ogródka, ocienionego kremowymi parasolami, rozciągał się zachwycający widok na Tower.
Przeszedł wzdłuż ogrodzenia z przyciętych bukszpanów i wszedł do środka lokalu. Znalazł sobie spokojne miejsce i kiwnął na kelnera. Znali go tu aż za dobrze. Praktycznie kilka razy w tygodniu kończył albo zaczynał tutaj dzień. Zamówił kawę i sięgnął po gazetę do stojącego przy ścianie stojaka. Wziął "The Guardian" i "The Daily Telegraph", położył obok siebie laptopa i rozsiadł się przy stoliku w oczekiwaniu na mocną, czarną kawę.
*
Dorota ze zniechęceniem wpatrywała się w ekran monitora, na którym widniała sieć kolorowych kresek, liczb i napisów. Za tym gąszczem kompletnie niezrozumiałych dla laika opisów i symboli krył się projekt nowego budynku usługowo-mieszkalnego, który miał powstać w Świnoujściu. Praca była efektem wygranego trzy miesiące temu przetargu, który ogłosiła niemiecka firma inwestująca w modnym nadmorskim ośrodku. Dorota otrzymała ten przetarg dzięki swoim kontaktom w Niemczech, które nawiązała podczas pracy w Barcelonie. Mówiła dobrze po niemiecku i od roku robiła projekty dla dużej pracowni, zajmującej się głównie wystrojem wnętrz wielkich biurowców i banków. Te kontakty w zasadzie sprowadzały się do osoby Kurta, którego poznała jeszcze w Hiszpanii, i w jego firmie w efekcie wylądowała. Byli ze sobą już od dwóch lat. Bliskość Szczecina, a także fakt, że nie miała ważnych w Niemczech uprawnień projektowych, skłaniały ją do udziału również w konkursach i przetargach po polskiej stronie. Kurt patrzył na to obojętnie, dopóki nie wpływało to na ich wzajemne stosunki. Namawiał Dorotę, by przystąpiła do egzaminów na uprawnienia niemieckie, ale kończyło się to zazwyczaj kłótnią.
Dorota nie miała ochoty na naukę nowych przepisów, miejscowych norm i późniejszą praktykę. Uważała, że to dla niej poniżające. Wolała już obecny układ. Robiła projekty, które następnie sprawdzał, korygował i podpisywał Kurt lub inny architekt z jego pracowni. Poprawiała sobie poczucie własnej wartości, pracując przy zleceniach z Pomorza. Nie były to wielkie rzeczy, co jakiś czas hotel albo budynek mieszkalny. Miesiąc wcześniej nie dostała zlecenia na odbudowę zniszczonego pałacu pod Szczecinem, wygrała za to ten przetarg na Świnoujście. Raz na wozie, raz pod wozem, myślała, chociaż wolałaby jednak pracować przy pałacu - zlecenie miało lepsze warunki finansowe i zapowiadało się ciekawiej niż mały apartamentowiec w centrum Świnoujścia. Pracowała przy tych pomorskich tematach i sama jeszcze o tym nie wiedząc, powoli wpadała znowu w tę samą pajęczynę niezadowolenia z siebie, przez którą wyjechała z kraju i rozwiodła się z Igorem.
*
Czarna kawa była bardzo mocna i słodka. Dokładnie taka, jaką lubił. Johann z rozkoszą wypił kolejny łyk i odstawił filiżankę, czytając jednocześnie kolejne doniesienia z zamieszek na Peckham i Elephant & Castle, informacje o wyprzedażach, długu publicznym i rokowaniach pomiędzy firmami ubezpieczeniowymi a ofiarami pożaru na Camden. Przebrnął przez prawie cały "The Daily Telegraph" i chciał go zamknąć, by sięgnąć po "The Guardian", gdy jego uwagę przykuła króciutka wzmianka na temat jakiegoś dużego pożaru nowego biurowca znanej, wysoko notowanej na giełdzie firmy. Pewnie nie zwróciłby uwagi na ten akapit, gdyby nie znana nazwa i fakt, że był posiadaczem akcji tej spółki.
Niewiele się dowiedział z kilku wierszy, które gazeta poświęciła na ten temat. Telegraficzny skrót na temat pożaru, który wybuchł w nocy z piątku na sobotę, i dużych strat materialnych w biurowcu. Szczecin.
Ciekawe, jak to się odbije na notowaniach, pomyślał. Gdyby to był Londyn lub Berlin, to można by się obawiać, ale Szczecin? Raczej nie będzie to miało żadnego znaczenia. Szczecin... Nagle otworzył mu się w pamięci dawno zapomniany rozdział.
Coś w tej historii brzmiało dla niego znajomo, ale w tej chwili nie mógł skojarzyć co. Właściwie nic dziwnego, pomyślał, wypijając kolejny łyk kawy w nadziei, że kac przejdzie szybciej. Otworzył laptopa i po namyśle sięgnął jeszcze raz do gazety, otworzył stronę z newsem o katastrofie w Szczecinie i spojrzał na notkę, z jakiej szczecińskiej gazety jest to informacja.
"Dziennik Szczeciński". Wstukał nazwę pisma, mając nadzieję na anglojęzyczną wersję portalu internetowego. Otworzyła się strona dziennika, z wielkim zdjęciem walących się szklanych ścian biurowca, całym tekstem artykułu i tajemniczą fotką z jakimś trupem w ciężarówce. Zdziwiony, pochylił się nad monitorem i przyjrzał fotce z koszmarnym szoferem za kierownicą. Niestety, angielskiej wersji jeszcze nie było. Johann niechętnie kliknął na tłumaczenie Google, poczekał chwilę, aż portal przełoży artykuł na język angielski, i pochylił się nad ekranem. Przebrnął przez nieskładny bełkot, ledwie wychwytując sens poszczególnych zdań. Spodziewał się, że znajdzie jakieś informacje ekonomiczne o skali zniszczeń, stratach, a tu piszą coś o jakimś martwym kierowcy z czasów wojny. Skądinąd rzeczywiście zaskakujące znalezisko. Werwolf? Słyszał o tej organizacji dawno temu.
Wypił do końca kawę i skinął na kelnera. Zainteresowanie Johanna Szczecinem wiązało się z czymś jeszcze. Jego dziadek pochodził z Pomorza. Matka była Niemką, a ojciec Anglikiem. On sam urodził się już w Londynie, ale bardziej czuł się związany z rodziną matki. Rodzice rozstali się, gdy Johann miał dziewiętnaście lat. Utrzymywali chłodne stosunki. Imię miał po dziadku, a dzięki ojcu dostał nazwisko Carley i drugie imię Clarens. Z dzieciństwa pamiętał częste wizyty w domu dziadka na przedmieściach Berlina i spacery wzdłuż muru berlińskiego, który wówczas jeszcze dzielił miasto. Dziadek snuł mnóstwo opowieści, często wspominał wieś, w której się urodził, i stary dwór, który należał do jego rodziny od wielu pokoleń. Wspominał także Szczecin. Dla Johanna, który nigdy przedtem ani nigdy potem nie był na Pomorzu ani w Szczecinie, miasto weszło do świata legend. Śmierć dziadka była dla niego traumą i zakończyła pewien etap jego życia. Dziadek zostawił mu sporo pieniędzy, matce, która dobrze sobie radziła, prowadząc agencję reklamową w Londynie, zapisał dom. Sprzedała go, zabierając z niego tylko stare pamiątki i cenniejsze meble. Johann dostał od dziadka także pokaźny pakiet akcji, które z roku na rok zyskiwały na wartości, parę starych obrazów, które jako dziecku mu się podobały, oraz głębokie morze wspomnień, w którym jednak przez dłuższy czas nie chciał się zanurzać.
Stary Johann von Altendorf na krótko przed śmiercią zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Opowiadał dziwne historie, które plątały się i zaczynały od początku. Wiele z nich dotyczyło jakichś wilków, Johann ledwie je pamiętał. Matka wtedy powtarzała, że to demencja i że dziadek mówi sam do siebie i tylko on wie, o czym są te opowieści.
Oderwał się od niewesołych wspomnień, wstał i podszedł do wyjścia. Stanął na progu lokalu, wciągnął głęboko powietrze i ruszył z powrotem do domu. Tym razem postanowił iść inaczej dla odmiany i wejść na Shad Thames od strony Tower. Wzdłuż pasażu nad Tamizą kłębiły się już setki turystów, naprzeciwko Butlers Wharf był pomost, przy którym stały spore jachty i statki wycieczkowe. W oddali dumnie prezentowała się słynna twierdza Tower of London.
Idąc wzdłuż nabrzeża, myślał cały czas o artykule ze Szczecina. Nie dawało mu spokoju jakieś skojarzenie, którego jednak nie mógł wyciągnąć z odmętów pamięci. Musiało dotyczyć dziadka, tego, co od niego słyszał, bo żadnych innych skojarzeń ze Szczecinem ani w ogóle z Polską nie miał. Doszedł do Tower i skręcił w Shad Thames. Do domu miał jeszcze parę kroków.
*
Parsov nie lubił internetu. Korzystał z niego tylko, gdy musiał. Doceniał oczywiście ogromną wartość sieci dla interesów i w swoich biurach kazał zainstalować najmocniejsze łącza, jakie istniały, ale sam wolał korzystać z tradycyjnej prasy i korespondencji. Szczytem nietaktu według niego było wysyłanie życzeń, pozdrowień czy zaproszeń drogą elektroniczną. Nie czytał portali internetowych, ale kazał się z ich treścią zapoznawać swoim pracownikom. Uważał to za wystarczający kompromis.
Sięgnął po leżący na wierzchu pliku gazet "Dziennik Szczeciński" i zaczął studiować artykuł, któremu gazeta poświęciła całą pierwszą stronę.
*
Parsov urodził się w Szczecinie. Został stamtąd, jak zawsze podkreślał, wypędzony, gdy miał szesnaście lat. Jego ojciec zginął w czasie wojny, a matka nie przeżyła koszmaru przesiedlenia i umarła na krótko po tym, jak znaleźli się w zrujnowanym Berlinie. Nienawidził Polaków. Gdy wyjeżdżał ze Szczecina, był w wieku, w którym wszystko traktuje się nadmiernie emocjonalnie, małe dramaty wydają się wielkimi, a problemy urastają do rozmiarów tragedii. Ale on należał do pokolenia, które nie znało małych problemów, wszystko, co go wtedy otaczało, było ogromne, a wszystkie tragedie przerażające. Nie był obiektywny i nie chciał być. To, że Niemcy rozpoczęły tę wojnę i w imię obłąkanej ideologii wymordowały miliony Polaków, Rosjan i Żydów, było dla niego mało istotne. Sowieci i Polacy z czasem zlali się w jego pamięci w jeden plugawy motłoch, który zgwałcił jego siostrę i zamordował jego sąsiadów i przyjaciół. A później patrzył bezsilnie, jak Polacy zamieniają to jedno z najpiękniejszych niegdyś miast w północnej Europie w blokowisko, rozbierają barokowe i renesansowe kamienice, operę, teatr, giełdę, a cegły wywożą do odbudowy swojej parszywej stolicy.
Parsov pochodził z pomorskiej szlachty. Jego rodzina przybyła na Pomorze z Saksonii w XVIII wieku. Początkowo ziemiańska, później osiadła w Szczecinie. Ojciec był wysoko postawionym urzędnikiem w administracji miejskiej. Parsov wiedział wprawdzie, że ojca zamordowali funkcjonariusze SS z powodu przynależności do jednej ze szczecińskich loży masońskich, ale zrzucał to na karb wojennych wydarzeń. Poza tym uważał, że ojciec poniósł karę za swoje czyny i że sam był sobie winien.
Najgorsze ze wspomnień z ojcem miał z więzienia w Altdamm[1], dokąd jeździli razem z matką, żeby się z nim zobaczyć. Pewnego razu ojciec, który przeczuwał wtedy, że może nie wyjść na wolność żywy, opowiedział mu dziwną historię. Jakieś brednie o wielkiej tajemnicy szczecińskiej loży masońskiej. Tajemnicy, która sięgała zamierzchłych czasów i za nic nie mogła trafić w ręce nazistów ani Sowietów. Parsov był wtedy zdegustowany owymi tajemnicami i tym, że ojciec odmawia współpracy z władzami i że napyta sobie tym jeszcze większej biedy. Dzięki koneksjom rodzinnym ojcu udało się wydostać z więzienia, ale przed samym końcem wojny SS ponownie go aresztowało i już nie wrócił do domu. Z tego okresu, gdy ojciec był na wolności, Parsov pamiętał wizytę w pewnym majątku w lasach pod wsią Falkenwelde i jego właściciela, z którym rodzina się przyjaźniła. Ojciec zabierał go tam wcześniej także przed wojną. Młody Heinrich nie lubił ani tego miejsca, ani tego człowieka, uważał, że ojciec wpakował się w kłopoty właśnie przez znajomość z tym typem i jakimś rzeźbiarzem.
Tego dnia, a był to początek lata 1944 roku, rozpętała się burza i ojciec postanowił zostać na noc. Heinrich włóczył się znudzony po całym domu, zaglądając do różnych miejsc i zakamarków. Był właśnie na parterze w hallu, chciał znowu wejść do wielkiej sali, z której było wyjście do ogrodu na tyłach domu, gdy usłyszał jakieś głosy z gabinetu. Zaciekawiony poszedł w głąb korytarza i stanął przed wielkimi dębowymi drzwiami. W środku ktoś mówił przyciszonym głosem. Heinrich zorientował się po chwili, że jest tam jego ojciec, a oprócz niego jeszcze dwaj mężczyźni. Głos jednego z nich rozpoznał, był to gospodarz domu, ale drugiego nie znał. Widać musiał w międzyczasie przyjechać do dworu ktoś jeszcze. Heinrich stanął ostrożnie przy samych drzwiach i przycisnął ucho do szpary, starając się wyłowić jak najwięcej z tego, o czym rozmawiali mężczyźni. Usłyszał wtedy niewiele, a prawie nic nie zrozumiał. Przyjaciel ojca mówił o jakiejś akcji Walkiria i że jeśli się powiedzie, to losy Niemiec potoczą się inaczej i nie trzeba będzie się martwić planem B. Wtedy usłyszał właśnie o tym jakimś rzeźbiarzu. Ojciec spytał, co będzie ze świątynią. Przez chwilę Heinrich słyszał jakieś dźwięki, jakby ktoś coś wyjmował i coś otwierał. Po dłuższej chwili znajomy ojca powiedział, że ma zamiar ukryć rzeźbiarza pod kamienną różą. Ojciec nie spytał, o co chodzi, tak jakby doskonale to wiedział. Wtedy odezwał się ów trzeci, tajemniczy głos i powiedział coś, czego Heinrich nie usłyszał do końca, bo spłoszył go nagły hałas dobiegający od strony schodów. Przestraszony, na palcach odskoczył od drzwi i ukrył się za wielką szafą w korytarzu. Z góry zeszła Frau Meller, gospodyni, która pracowała dla dworu, i nucąc pod nosem, weszła do kuchni na drugim końcu korytarza. Heinrich oderwał się od rzeźbionego boku szafy i na palcach doskoczył znów do drzwi gabinetu, ale mężczyźni zmienili już temat. Gospodarz powiedział, modulując głos: Am Ende steht der Sieg[2] i wszyscy się głośno roześmiali. Heinrich zapamiętał tylko, że to, co zdołał usłyszeć z wypowiedzi trzeciego z mężczyzn, dotyczyło jakiegoś wielkiego architekta czy kogoś takiego.
Heinrich, jak wszyscy niemieccy chłopcy w tamtych czasach, musiał należeć do Hitlerjugend, zwłaszcza że był synem urzędnika administracji państwowej, ale nie cierpiał jakoś szczególnie z tego powodu, a nawet szybko się odnalazł w tej organizacji. Knowania ojca i jego znajomych uważał za coś sprzecznego z obowiązkami prawdziwego Niemca. Poza tym nienawidził tamtego miejsca, a szczególnie obrzydliwych dekoracji w wielkiej sali na parterze, tych żydowskich gwiazd i symboli. Jako katolik nie akceptował masonerii, chociaż to wygodne wytłumaczenie powstało w jego głowie dużo później. Gdyby nie ojciec, powiadomiłby wtedy kogo trzeba, żeby zrobić z tym porządek. Właściciel dworu był w dodatku oficerem Wehrmachtu i Heinrich tym bardziej nie rozumiał jego postępowania. Tak czy inaczej, tamten wieczór we dworze niedaleko Falkenwelde zapadł mu głęboko w pamięć.
*
W wieku dwudziestu pięciu lat Parsov założył małą firmę transportową, która z czasem rozrosła się w ogromne przedsiębiorstwo. Któregoś dnia stara tajemnica powróciła do niego i odtąd nie dawała mu już spokoju. Wrodzony upór i determinacja poznania prawdy kazały mu nauczyć się polskiego, mimo całej jego odrazy do tego języka. Zaczął czytać szczecińskie gazety i słuchać wiadomości ze Szczecina, a chęć rozplątania starej rodzinnej zagadki powoli zamieniła się w obsesję.
*
Borola pożegnał się wylewnie z trzema młodymi mężczyznami w ciemnych garniturach i ładną blondynką w żółtej letniej sukience. Możliwe, że wydzierżawią od niego ten wielki ceglany magazyn nad Odrą. Czas najwyższy, by tam się zaczęło coś dziać, bo już mu siedziało na karku biuro Miejskiego Konserwatora Zabytków, dopytując się, kiedy budynek zostanie zabezpieczony. Borola sam nie miał ochoty w to inwestować, szukał zatem inwestorów strategicznych, z którymi zawiązałby długoletnią umowę, zachowując dla siebie niewielki procent z bieżących zysków. Wydawali się zainteresowani.
Poczekał, aż wyjdą z restauracji, zawołał kelnera, po czym skinął ręką na trzech młodych facetów siedzących w kącie, w narożnej loży. Podnieśli się od razu i podeszli do jego stolika.
- Witamy, szefie. - Doskonale zbudowany brunet podał rękę Boroli, odsunął sobie krzesło i usiadł. Jego dwaj koledzy przywitali się także i spoczęli obok.
- No i jak, chłopaki? Byliście to obejrzeć? - Borola, nie spuszczając oka z bruneta, podpisał podsunięty mu przez szefa kelnerów rachunek.
- Tak, oczywiście. Wczoraj wieczorem tam zajrzeliśmy. Kompletna ruina, trzeba by odbudować od zera. - Brunet skrzywił się i pokręcił głową.
- Ale coś pięknego, nie? - Borola uśmiechnął się promiennie.
- No ładne, szefie, ale to same problemy. To pewnie podlega pod nadzór konserwatora zabytków i pewnie potrzebne są jakieś pozwolenia i formalności. A czy w ogóle zgodzą się to sprzedać? To nie jest jakiś majątek Skarbu Państwa?
- Nie do końca. Od tego mam prawników, żeby coś wymyślili. Jak Skarbu Państwa, to jeszcze pół biedy, gorzej, jeśli to własność nie wiadomo czyja. Jakiegoś potomka, co siedzi w Australii albo cholera wie gdzie. No, zobaczymy, może Fleming coś wymyśli. - Borola nie ukrywał niezadowolenia z powodu braku optymizmu swoich pracowników. - Mieliście tam jakieś problemy? Pamiętaliście, żeby zachowywać się dyskretnie?
- Tak, nikt nas nie widział. Dzisiaj, jak zdążymy, albo jutro jeszcze tam wpadniemy porobić jakieś fotki, żeby można było szybko sporządzić wstępną wycenę.
- Dobra. Tylko żeby nikt was nie zobaczył. - Borola zmarszczył brwi i odwrócił się do kelnera. Nie podał mu śmietanki do kawy.
*
Parsov skończył czytać artykuł z pierwszej strony "Dziennika Szczecińskiego" i wbił wzrok w zdjęcie trupa w skórzanej kurtce w starym blitzu. W końcu go znaleźli! Kiedyś to musiało nastąpić. Czuł, jak mocno wali mu serce. Siedział ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, wręcz fizycznie czując, jak czas wokół niego zwalnia. Miał wrażenie, że siedzi tu już nieruchomo od kilku godzin, podczas gdy w rzeczywistości upłynęło może dziesięć minut, odkąd odłożył gazetę. W końcu wstał, sięgnął po słuchawkę telefonu i podszedł do okna. Wybrał numer człowieka, który dla niego pracował.
Gdy usłyszał znajomy niski głos, pomijając uprzejmości, rzucił:
- Znaleźli Barnima!
*
Pierwsze, co Johann zrobił po powrocie do domu, to dopadł szafki w łazience i zaczął szperać w pudełku z lekarstwami. Pamiętał, że została jeszcze aspiryna. W drodze powrotnej poczuł nasilający się okropny ból głowy. Opóźniona reakcja po wczorajszej radosnej imprezie.
Połknął dwie tabletki i popił wodą prosto z kranu, pocieszając się w duchu, że przy tej ilości alkoholu we krwi żadne drobnoustroje nie mają większych szans. Wyszedł z łazienki i pocierając palcami skronie, wszedł do wielkiego, nowocześnie urządzonego salonu połączonego z kuchnią. W ogromnej przestrzeni dawnego magazynu stały nowoczesne jasne meble, a na ścianie z surowej cegły wisiał wielki płaski telewizor.
Kawa, niestety, niewiele pomogła, w dalszym ciągu czuł się okropnie. Rozważając zalety abstynencji, wyciągnął się na skórzanej kanapie i sięgnął po pilota.
Machinalnie zmieniając programy, złapał się na tym, że dalej zastanawia się nad jakimś niejasnym wspomnieniem związanym z tym artykułem o Szczecinie. Było coś takiego w wiadomości, co poruszyło głębokie warstwy jego pamięci i wydobyło z nich jakąś marę. Dziwne przeświadczenie, że coś znajomego kryje się w informacji o tajemniczym odkryciu pod biurowcem. Musiało być związane z dziadkiem, to oczywiste, z jakimiś jego opowieściami o młodości w tym mieście, żadne inne wytłumaczenie nie wchodziło w rachubę. Przez chwilę rozważał skojarzenia z podobnymi wydarzeniami, o których słuchał niedawno w TV lub czytał w gazetach, lecz odrzucił je jako mało prawdopodobne. Odłożył pilota, zamknął oczy i wygodniej ułożył się na sofie, czekając na zbawienne działanie aspiryny.
Z czym może mi się kojarzyć trup w ciężarówce odnaleziony pod fundamentami biurowca w Szczecinie? - myślał poirytowany. Przypomniał sobie, że matka zawsze nazywała takie myśli kukułczymi, bo jeśli im pozwolić, to rosły i wypierały z głowy wszystkie inne. Wstał i podszedł do stołu, otworzył laptopa i wyszukał ten cholerny artykuł.
...Ciężarówka pod starym hotelem...
...W lochach stojącego obok starego hotelu, za zamurowaną ścianą, biegnie tajemniczy korytarz, o którym od zawsze krążyły legendy... Werwolf...?
Podziemia hotelu, pomyślał. I nagle rozjaśniło mu się w głowie. Podziemia! Tak, to o tym słyszał od dziadka. Dziadek opowiadał o niezbadanych podziemiach Szczecina, ciągnących się pod całym miastem i pamiętających czasy prawdziwych władców Pomorza, Gryfitów.
Johann przeszedł się po pokoju, usiłując wyciągnąć z pamięci wszystkie opowieści na ten temat zasłyszane od dziadka. Legendy o podziemnym korytarzu łączącym zamek z pobliskimi kościołami i klasztorami, o korytarzach biegnących pod Odrą. Nagle przypomniało mu się coś jeszcze. Coś, co dziadek mówił przed samą śmiercią. Stanął mu przed oczami obraz dziadka, który leżał w swoim łóżku, gorączkowo łapał go za rękę i powtarzał ledwo zrozumiałe słowa. Mama wtedy mówiła, że to demencja i żeby go nie męczyć. Ale dziadek ciągle coś powtarzał. Coś o wilkach... Czy to chodziło o ten Werwolf? I coś jeszcze...
Odwrócił się i próbując się skupić, bezwiednie omiótł spojrzeniem cały salon. Spojrzał na drzwi od sypialni i nagle przyszło mu coś do głowy. Szybkim krokiem podszedł do szklanych, rozsuwanych drzwi, odsunął je i wszedł do środka.
Kiedyś znajdą w podziemiach Barnima...
Pamiętaj o swoim obrazie...
Ars est celare artem.
Czując zamęt w głowie, patrzył na wiszący na ścianie z surowych cegieł duży obraz w prostych, drewnianych ramach.
***
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji