Nienawiść.
Krążyła po całym ciele, wypełniała go. Napędzała. Od przebudzenia aż do
chwili, gdy niespokojnie zasypiał na kilka godzin. Nierzadko ze zwykłego
wyczerpania.
Nienawiść.
Czysta i niezafałszowana.
Nosił ją w sobie już od jakiegoś czasu, od tamtego nieszczęsnego dnia,
ale wcześniej bywała osłabiona, a czasem nawet przygnieciona przez inne
uczucia: smutek, rozpacz, złość, poczucie, że się nie spisuje.
Nie tym razem. Teraz wszystkie inne uczucia zniknęły.
Została tylko nienawiść.
Zaryzykował. Czerwcowa noc była ciepła i jasna. A okolica popularna i uczęszczana. Zaniesienie nieprzytomnej kobiety do wody, a potem, po jej
śmierci, z powrotem do samochodu, niewątpliwie jest ryzykowne. W każdej
chwili ktoś mógł się pojawić, zobaczyć go i udaremnić tak dobrze
zaplanowaną zemstę, jeszcze zanim zrobił pierwszy krok.
Ta kobieta.
Szczerze jej współczuł...
Była niewinna. Stała się ofiarą. Jednak kilka osób niestety musiało
zginąć. Naprawdę czuł żal z tego powodu. Pragnął całym sercem, by
istniał inny sposób, inna droga. To właśnie przez konieczność zgaszenia
życia drugiego człowieka czuł niepewność, poświęcał czas na próby
znalezienia innego rozwiązania, ale nic takiego nie znajdował. Tylko to
mogło przyciągnąć uwagę, na której mu zależało. Która była mu potrzebna.
Zabijanie wydawało się łatwe -?w telewizji i filmach. Czytając tabloidy
i słuchając podcastów kryminalnych, można było dojść do wniosku, że
każdy człowiek jest zdolny do odebrania życia drugiemu.
Jednak zabijanie nie było łatwe.
Dobrze, że kobieta straciła przytomność, że nie stawiała oporu, gdy nogą
w gumowym kaloszu trzymał ją pod wodą o głębokości nieco przewyższającej
dziesięć centymetrów. Płakała, ale nic nie można było na to poradzić,
musiała umrzeć.
Przypomniał sobie fragment książki:
Ważne, że rozumiał, zdawał sobie sprawę, że to jest skierowane
przeciwko niemu. Napędzało go nie zabijanie jako takie, lecz wyzwanie,
próba sił. Hinde chciał się z nim pośrednio zmierzyć. To było spotkanie
wielkich mistrzów.
Spotkanie wielkich mistrzów.
Dwa błyskotliwe umysły podczas walki.
Kobieta w bagażniku była pierwsza. Ile jeszcze ich będzie, zależało
wyłącznie od przeciwnika. Jeśli rzeczywiście był tak bystry, za jakiego
chciał uchodzić.
Ten arogancki dupek.
Sebastian Bergman.
Znowu wrócił. Z pełną świadomością unikał
miasta, nie odwiedzał go od wielu lat, odkąd był częścią Krajowej
Policji Kryminalnej i badał sprawę seryjnego gwałciciela. Okazała się
nim kobieta. Był to najbardziej nerwowy okres w jego życiu. Miesiące, w czasie których myślał, że może być ojcem...
Nie! Nie chciał kończyć tej myśli. Wszystko było dobrze. Był dziadkiem
Amandy i to wszystko.
Przynajmniej z biologicznego punktu widzenia. Amanda mówiła na niego po
prostu Sebastian. Miano dziadka przypadło Valdemarowi. To było
skomplikowane. Jak wiele innych kwestii między nim a Vanją.
Jego córką.
Szefową Krajowej Policji Kryminalnej, odkąd Torkel musiał odejść na
wcześniejszą emeryturę.
Szybko rozwiązali pierwszą sprawę pod jej kierownictwem -?dwóch
snajperów w Karlshamn -?ale nikt o tym nie mówił. Wszystko przyćmił
Billy, wieloletni członek zespołu i najlepszy przyjaciel Vanji. Może
jedyny, myślał czasem Sebastian. Billy -?człowiek, który okazał się
seryjnym mordercą.
Dlatego Sebastian wrócił do Uppsali.
I wędrował myślami.
Nawet najbardziej skomplikowane fakty nie były tak trudne do ogarnięcia
jak to, że kolega, któremu ufali, którego wszyscy lubili i sądzili, że
znają, przez kilka lat jeździł z nimi i mordował ludzi. Po jego
dramatycznym ujęciu, które Torkel i Ursula niemal przypłacili życiem,
Billy stał się innym człowiekiem. Bez owijania w bawełnę wyznał, czego
się dopuścił, był pomocny, ze szczegółami opowiedział o swoich metodach
i wskazał miejsca ukrycia ciał. Początkowo Sebastian miał wrażenie, że
to tylko gra, sposób na złagodzenie wyroku w zbliżającym się procesie.
Jednak żaden inny wariant niż dożywocie nie wchodził w grę i z czasem,
im częściej się spotykali, tym większą miał pewność, że Billy czuje
ulgę, że został zatrzymany.
Że już po wszystkim.
Przez cały czas wiedział, że czyni zło. Zmagał się ze wstydem i poczuciem winy, ale ta siła, ta żądza, była zbyt silna. Nie mógł się
oprzeć. Choć wiedział, że może przez to stracić wszystko. Sam tak
powiedział podczas jednej z wielu rozmów, które odbyli od czasu
zatrzymania -?że kiedy My była w ciąży, a on miał zostać ojcem,
postanowił, że z tym skończy. Stawi temu opór. Miał zbyt wiele do
stracenia. Wszystko. A potem trafił do Karlshamn i nadarzyła się okazja
do popełnienia potencjalnej zbrodni doskonałej.
Uznał, że zrobi to po raz ostatni. Ostatni raz zabije.
Ale nie dlatego wrócili do Uppsali. To było pierwsze.
Pierwsze zabójstwo, a czwarta ofiara.
Billy zastrzelił na służbie dwie osoby. Dwukrotnie został oczyszczony z zarzutów w postępowaniach, które potem przeprowadzono, ale właśnie wtedy
obudziła się w nim żądza, powstało niezdrowe połączenie między
zabijaniem a przyjemnością. Wtedy posmakował absolutnej władzy kogoś,
kto ma w rękach życie innej osoby i je odbiera. Trzecią ofiarą była
Jennifer -?koleżanka, z którą miał romans, ale to też nie było
zaplanowane. Billy nie miał nawet świadomości, że zabił, dopóki nie
znalazł jej rankiem po naprawdę krwawej nocy. Nazwał to nieszczęśliwym
wypadkiem.
Tego samego nie dało się powiedzieć o Hugonie Sahlénie.
Siedemnastoletnim chłopaku. Jego ojciec miał przychodnię weterynaryjną
naprzeciwko lokalu, w którym kilka kobiet przez pewien czas sprzedawało
usługi seksualne. Przedsiębiorczy Hugo dorabiał sobie do stypendium,
fotografując klientów i ich samochody znajdowane w systemie Szwedzkiej
Agencji Transportu i wymuszając pieniądze. Niewiele. Po kilka stówek.
Tyle, by nie zostać zdemaskowanym.
Chyba że się trafi na policjanta.
Chyba że się trafi na Billy'ego Roséna.
-?Tu w lewo -?rozległo się z tylnego siedzenia. Kobieta, która
prowadziła cywilny radiowóz, jakaś Therese -?Sebastian nie zapamiętał
nazwiska -?włączyła kierunkowskaz, żeby kierowca jadącego za nimi
radiowozu wiedział o ich zamiarze skrętu.
-?Jesteś pewny? -?spytał Sebastian, odwracając się za siebie. Za kratą
siedział Billy w kajdankach i wyglądał przez boczną szybę. Jak to często
działo się w ostatnim czasie, jego twarz była niemal zupełnie pozbawiona
wyrazu. A prawie niewidzący wzrok miał wbity w dal. Krótko skinął głową
w odpowiedzi.
-?To nie jest droga, o której mówiłeś przedtem -?powiedziała zaciętym
tonem Therese jakaś tam.
-?Przepraszam, ale jedziemy dobrze... Wtedy nie bardzo pamiętałem, byłem
dość... -?zaczął Billy i urwał. Sebastian zastanowił się przelotnie, co
zamierzał powiedzieć. Jaki był?
Wzburzony? Podekscytowany? Naćpany?
Wszystkie słowa wydawały się zbyt słabe, niewystarczające do opisania
uczucia, które musiało mu towarzyszyć, gdy po raz pierwszy z premedytacją zakończył życie młodego człowieka. Pewnie dlatego umilkł.
Pozostałe ciała zostały znalezione. Wtedy Billy nie musiał być obecny.
Wystarczyły mapy i transmisja z telefonu jednego z policjantów. Jednak
Hugona Sahléna nie znaleziono. Według wskazówek Billy'ego przeszukali
trzy różne lokalizacje, ale bez rezultatu. W końcu postanowili zabrać go
na miejsce.
Zebrali się w tak zwanej puszczy Fiby -?lesie, w którym Billy zabił
nastolatka. Jak wynikało z zeznań, udusił go. Kiedy pokrótce opisał
zdarzenie tak, jak je zapamiętał, wsiedli do jednego z samochodów i poprosili, by pokazywał drogę.
Skręcili na żwirową ścieżkę, która w zasadzie nie była niczym więcej niż
dwoma śladami kół z pasem trawy pośrodku.
-?Gdzie jesteśmy? -?zapytał wprost Sebastian.
-?Nie wiem dokładnie. Gdzieś w Stora Branden -?odparła Therese.
Sebastian nie zastanawiał się, co to za miejsce. Uznał, że pewnie jakiś
park, rezerwat przyrody czy coś w tym stylu. Nieważne.
-?Za zakrętem będzie mijanka -?odezwał się cicho Billy z tylnego
siedzenia. -?Zatrzymajcie się tam.
Miał rację. Skręcili i zaparkowali we wskazanym miejscu. Jadący za nimi
kierowca zrobił to samo.
-?On leży tam, kawałek dalej -?dodał Billy i skinął głową w kierunku
przedniej szyby i znajdującego się za nią gęstego lasu. Therese
wyłączyła silnik i wysiadła. Otworzyła tylne drzwi i pomogła wysiąść
Billy'emu. Sebastian odpiął pas i wyszedł za nimi. Policjanci z drugiego
samochodu wypuścili psa z klatki w bagażniku. Billy wskazał głową
kierunek między drzewami i ruszyli w milczeniu.
Kiedy szli, Sebastian zerkał na Billy'ego. Obrażenia twarzy, które
odniósł z ręki Torkela, się zagoiły i jedynym ich śladem były
pozostałości po siniaku -?żółtozielone miejsce pod okiem, w pobliżu
nasady nosa. Prawie nie widział na lewe oko, ale nie dało się tego
zauważyć. Kiedy nadejdzie czas procesu, będzie taki jak zwykle.
Grzeczny, dobrze ubrany, wygadany.
-?Nie wygląda na mordercę -?będą mówili ludzie.
Od tego dzieliły ich jednak miesiące. Śledztwo było gruntowne i czasochłonne. Sebastian miał nadzieję, że dopisze mu szczęście i proces
zbiegnie się z premierą jego książki. Kolorowe gazety ochrzciły
Billy'ego Morderczym Policjantem. To określenie było zapisane białymi
literami na czarnym tle nad każdym artykułem na jego temat.
To było dobre przezwisko.
I dobry tytuł.
Jeśli tylko nie będzie zwlekał z publikacją książki, wzbudzi ona duże
zainteresowanie. Poprzednia -?Uczeń - sprzedawała się znacznie gorzej
od wcześniejszych. Nie zyskała takiego rozgłosu i rzadziej o niej
pisano. W rezultacie jego występy w telewizji były nieliczne i nikt nie
wydawał się już zainteresowany zapraszaniem go na wykłady. Nie miał
żadnej sieci znajomych, którzy mogliby go wesprzeć, ani przysług, na
które mógł liczyć, bo sam doprowadził do tego, że w większości miejsc
był spalony i ludzie, którzy teoretycznie mogliby mu pomóc, unikali go.
Wprawdzie miał dość pieniędzy, by sobie poradzić, ale jego karierze
dobrze byłoby nadać rozpędu w końcowej fazie. Był w końcu po
sześćdziesiątce...
Od zatrzymania Billy'ego minęło prawie sześć tygodni, ale wciąż niemal
codziennie gdzieś o nim pisano. Jeśli znajdą teraz Hugona Sahléna,
wzmianek będzie jeszcze więcej. Jedyny problem z pisaniem o Billym i jego czynach polegał na tym, że nie wiedział, czy ich rozmowy i spotkania zaowocują książką.
Billy nie udzielił mu zgody. Ani My.
Nie żeby to było konieczne, mógł sobie pisać, o czym i o kim chciał, ale
ponieważ spotykali się pod pretekstem, że Sebastian chce pomóc, wybadać,
co się stało, rozszyfrować wszystkie jego emocje, spróbować znaleźć
sposób na posunięcie się naprzód, jako ogniwo między nim a odmawiającą
spotkania My. Najbliżej mu było do terapeuty Billy'ego. Będąc nim, nie
mógł zaś napisać ani linijki. Argument, że byłoby to nieetyczne, nic go
nie obchodził. Nie mogło być jednak niezgodne z prawem -?groziło to
pozwem, ciągnącym się procesem i przegraną. Niczego jednak nie spisali,
nie otrzymał też żadnego oficjalnego zlecenia związanego z pracą
terapeuty. Ani od Billy'ego, ani od My, ani od policji kryminalnej. Był...
przyjacielem.
Wsparciem w trudnym czasie.
I zamierzał na tym zarobić.
-?Jak się teraz czujesz? -?spytał, gdy Billy wskazał ręką w prawo i zeszli z wąskiej ścieżki. Billy nie odpowiedział. Tylko szedł dalej,
rozglądając się wokół. -?Jak się czułeś tamtego dnia? -?dodał Sebastian.
-?Pamiętasz?
-?Jak tam My? -?odpowiedział pytaniem Billy. Nie było to zaskakujące. Im
bardziej dopuszczał do siebie, co zrobił, im wyraźniejsze były
konsekwencje, tym większą trudność sprawiało mu wyrażenie uczuć.
Sebastian miał z nim w areszcie sesje, w czasie których Billy nie
powiedział ani słowa.
-?Właściwie zniszczyłeś jej życie -?odparł Sebastian i wzruszył
ramionami. Nie było to coś, czego Billy już by nie wiedział.
-?Ale wszystko z nią w porządku? Chłopcy dobrze się czują?
-?Nie jest z nią w porządku. To zajmie sporo czasu.
-?Nadal się z nią spotykasz?
-?Tak.
-?Pozdrawiasz ją ode mnie?
-?My tego nie chce.
Billy skinął głową i się zatrzymał. Wskazał duży leśny wykrot po lewej
stronie, między dwiema dorodnymi sosnami. Przywodził na myśl ciemną,
otwartą paszczę wieloryba, wyrastającą z głębiny w filmie o Pinokiu.
-?Tam leży -?powiedział. Obaj policjanci z psem podeszli bliżej. -
Przykryty kamieniami i ziemią.
Pies wskazał teren oddalony mniej więcej o metr od wskazanego miejsca.
Therese odeszła na bok i wezwała posiłki. Ze sprzętem do kopania. Jeden
z opiekunów psa zaczął ostrożnie się opuszczać do zagłębienia. Billy
obserwował te poczynania. Po jego policzku spłynęła samotna łza. Trudno
było rozstrzygnąć, czy płacze nad ofiarą, czy nad sobą. Sebastian nie
pytał.
Podejrzewał, że Billy sam tego nie wie.
Siadaj.
Rosmarie Fredriksson wskazała ruchem głowy jedno z krzeseł po drugiej
stronie biurka. Vanja wypełniła polecenie. Założyła nogę na nogę, lekko
się odchyliła. Próbowała wyglądać na tak odprężoną, jak tylko mogła,
choć czuła się jak ktoś wezwany do gabinetu dyrektorki na reprymendę.
Kiedy była uczennicą, nigdy jej tak nie wezwano. Nigdy też nie
odwiedziła gabinetu Rosmarie Fredriksson. Szybko się rozejrzała. Był to
pokój narożny. Na przedostatnim piętrze. Z okien rozciągał się widok na
park Kronoberg i na Kungsholmsgatan. Obrazy na ścianach nic jej nie
mówiły, ale nie znała się na malarstwie. Równie dobrze mogła tam wisieć
fortuna. Na małym stoliku przy oknie stał wazon z białymi liliami. Ich
słodkawy zapach roznosił się po całym pokoju. Popatrzyła na biurko i dwa
krzesła. W rogu wokół niskiego stolika stały trzy małe fotele. Podłogę
pokrywał gruby dywan w szeroki wzór. Nieopodal stał jeszcze jeden mały
stolik z ekspresem do kawy. Było to miejsce na bardziej swobodne
spotkania niż to, które się zapowiadało.
-?No i jak tam?
Przy odrobinie dobrej woli można było uznać to pytanie za wyraz troski,
szczerej chęci dowiedzenia się, jak Vanja i jej ekipa się czują po
wstrząsających wydarzeniach ostatnich dni. Jednak nic w tonie głosu czy
spojrzeniu Rosmarie nie przemawiało za taką teorią.
-?Z czym? -?odparła Vanja.
-?Z twoim wydziałem.
-?Ursula wróciła, więc pracujemy dalej. Ona, Carlos i ja -?odparła Vanja
i lekko wzruszyła ramionami. Co więcej mogła powiedzieć? Billy zdradził
ją w sposób wręcz nieprawdopodobny, a poza tym próbował zabić Ursulę.
Osoba obdarzona choćby minimalną dozą empatii powinna rozumieć, jak
wygląda sytuacja w jej zespole.
Rosmarie wstała i podeszła do ekspresu do kawy.
-?Z Krajowego Wydziału Kryminalnego niewiele zostało, prawda?
-?To prawda. Będziemy musieli przeprowadzić rekrutację.
-?O ile nie zostaniecie zlikwidowani. Kawy?
Vanja była tak zaskoczona, że tylko skinęła głową. Rosmarie wcisnęła
przycisk na ekspresie, a ten zaczął mleć ziarna tak głośno, że
uniemożliwiał rozmowę. Vanja i tak nie miała nic do powiedzenia.
Milczała więc, gdy maszyna napełniała małą białą filiżankę. Rosmarie
podeszła i ją podała.
-?O ile nie zostaniemy zlikwidowani? -?powtórzyła powoli, gdy Rosmarie
wróciła za biurko.
-?Mieliście być jednym z najlepszych wydziałów w Szwecji, a nie
odkryliście, że jest wśród was seryjny morderca. To nie wzbudza
zaufania.
-?Dobrze to ukrywał i był naszym kolegą z pracy, przyjacielem...
Vanja umilkła. Sama słyszała, że jej słowa brzmią bardziej defensywnie,
niż zamierzała. Że broni się mocniej niż powinna. Nawet tak typowo
biurowa policjantka jak Rosmarie powinna rozumieć, że jeśli ktoś miałby
niepostrzeżenie popełnić poważne przestępstwo, to właśnie dobrze
wykształcony, inteligentny, doświadczony śledczy kryminalny. Poza tym
trudno podejrzewać kolegów z pracy o zbrodnie, o których popełnieniu nie
ma się pojęcia.
-?Traficie do Narodowego Wydziału Operacyjnego, pod moje kierownictwo.
-?Wiem o tym -?powiedziała Vanja. Rozumiała, dokąd zmierza ta rozmowa.
Miała doświadczyć tego, co Sebastian i Torkel wielokrotnie przedstawiali
jako absolutnie najgorszą cechę Rosmarie Fredriksson: odruchu ratowania
własnej skóry.
-?Będę z tobą szczera -?powiedziała Rosmarie. Pochyliła się nad biurkiem
i spojrzała na Vanję w sposób z pewnością w zamierzeniu poufały, ale tak
naprawdę kojarzył się z wężem, który właśnie zobaczył małą bezbronną
myszkę. -?Kiedy jeden z moich wydziałów tonie w gównie, ono bryzga
również na mnie.
Vanja tylko skinęła głową. Co miała powiedzieć? Aby nie sprawiać
wrażenia niezainteresowanej, upiła łyk kawy i znów skinęła, tym razem
nieco bardziej dobitnie, jakby chciała pokazać, że naprawdę zdaje sobie
sprawę z powagi sytuacji.
-?Mam jednak pewien pomysł, który może sprawić, że ja i ty wyjdziemy z tego niemal bez szwanku.
Vanja i tym razem nie odpowiedziała. Była pewna, że i tak usłyszy ciąg
dalszy. Czy tego chce, czy nie.
-?Potrzebujemy kozła ofiarnego.
Rosmarie odchyliła się na oparcie krzesła. Vanja zesztywniała.
-?Kogo? -?zapytała cicho, miała wręcz pewność, że zna odpowiedź. Była
nowa, w miarę młoda, po raz pierwszy na stanowisku kierowniczym.
Przypomniała jej się zasada Petera, wedle której odnoszący sukcesy
pracownik zostaje awansowany tak długo, aż przestaje być kompetentny.
Nie wiedziała nawet, czy jej przejście na nowe stanowisko zostało we
właściwy sposób zaanonsowane. Po prostu... je dostała, gdy Torkel nie
wchodził już w grę. Doskonale. Kurwa! Nigdy więcej nie dostanie pracy,
jeśli zostanie wskazana jako osoba odpowiedzialna za tę gównoburzę.
-?Torkel -?powiedziała Rosmarie takim tonem, jakby wszelkie inne
możliwości nie wchodziły w grę. Vanja tak się wzdrygnęła, że prawie
rozlała kawę. Ze wszystkich imion to było ostatnie, które spodziewałaby
się usłyszeć. -?Zaakcentujemy, że to wszystko zdarzyło się pod jego
nadzorem -?ciągnęła Rosmarie. -?Nie przekraczając granicy dobrego smaku,
poruszymy problem uzależnienia, sugerując, że jego osąd był zaburzony.
-?Billy działał przez kilka lat -?wyjaśniła Vanja. -?Problemy Torkela
zaczęły się po śmierci Lise-Lotte.
-?Ale dlatego właśnie musiał odejść.
-?Wszyscy pracowaliśmy z Billym. Nikt nic nie podejrzewał. Nawet
Sebastian.
-?Sebastian, no właśnie... -?Usta Rosmarie skurczyły się w coś, co mogło
być uśmieszkiem zadowolenia lub grymasem dezaprobaty. Nie dało się
stwierdzić, która z tych możliwości jest prawdziwa. -?Przejrzałam jego
umowy. W tych przypadkach, w których w ogóle jakieś były.
-?Pracował bardziej w charakterze konsultanta...
-?Zwykle podpisujemy umowy także z konsultantami. Poza tym z tego, co
widzę, nigdy nie sprawdzono jego przeszłości.
-?Torkel dobrze go znał.
-?Przecież nie w taki sposób zatrudniamy ludzi na odpowiedzialne
stanowiska, prawda?
-?Tak.
Vanja lekko się skuliła na krześle. Już widziała oczyma wyobraźni, jak
to będzie wyglądało. Media wygrzebią wszystko, co tylko się da znaleźć
na temat Torkela, cofając się tak daleko w przeszłość, jak to tylko
możliwe. Vanja wiedziała, że okres po jego pierwszym rozwodzie także nie
był bezproblemowy. Rosmarie miała godną podziwu umiejętność wskazywania
wiarygodnego kozła ofiarnego. Vanja pomyślała, że do tego potrzeba lat
treningu.
-?Wiesz, co myślą ludzie? -?spytała Rosmarie, wyrywając ją z zamyślenia.
-?Na jaki temat?
-?Na temat szefów. Zwłaszcza krajowego szczebla... Że, tak samo jak
politycy, nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Że wszystko uchodzi im na
sucho. A jeśli ktoś ich wykopie, to najczęściej lecą w górę. -?Posłała
Vanji spojrzenie, które natychmiast skojarzyło jej się z politykiem w czasie wyborów. To spojrzenie mówiło, że jej zdanie jest niepodważalną
prawdą i nie zamierza słuchać uwag. Vanja żadnej nie zgłosiła. -?Czas,
by ktoś odpowiedział za nieprawidłowe zarządzanie.
-?Torkel to najlepszy szef, jakiego kiedykolwiek miałam -?odparła. Sto
razy lepszy niż ty, miała ochotę dodać i liczyła na to, że jej wzrok
przekazuje ten komunikat. Jednak nawet jeśli przekazał, Rosmarie
Fredriksson pozostała na to całkowicie niewrażliwa.
-?Daję ci szansę na uratowanie zespołu i twojej posady.
-?Oraz odsunięcie od siebie wszelkiej krytyki ze strony mediów. -?Vanja
prawie ugryzła się w język. Za mocno? Zbyt szczerze? Rosmarie chwilowo
skupiła się na Torkelu, ale to nie oznaczało, że Vanja jest bezpieczna.
Jednak Rosmarie tylko lekko wzruszyła ramionami.
-?I na uratowanie siebie. Wyświadczam ci przysługę. Będziesz
przyszłością. Nowym, które nadejdzie. Młodą kobietą, sprzątającą po
nadużyciach władzy popełnianych przez uprzywilejowanych starszych
mężczyzn.
-?A jeśli nie chcę być kimś takim?
Rosmarie spojrzała na Vanję, jakby nie do końca rozumiała. Jakby miała
przed sobą nastolatkę w okresie buntu, która się kłóci tylko dlatego, że
może, a nie dlatego, że to do czegokolwiek doprowadzi. Lekko westchnęła.
Vanja odczytała to jako pierwszy znak, że jej szefowa się denerwuje.
-?W takim wypadku najprawdopodobniej zostanie wszczęte śledztwo w sprawie niewłaściwego kierowania wydziałem, który pozostawał poza
kontrolą. Nastąpi reorganizacja, a twój wydział przestanie istnieć jako
niezależna jednostka.
-?Przecież to szantaż.
Rosmarie znów się nachyliła.
-?Nie zatrzymasz się na wydziale zabójstw. Będziesz się piąć po
szczeblach kariery.
Po raz pierwszy Vanja poczuła, że dostrzega w Rosmarie autentyczne
ciepło, zaangażowanie. Jej szefowa była niczym mentorka, dzieląca się
tajemnicami z adeptką, by ta osiągnęła pełnię swojego potencjału.
-?To jest gra, której zasad musisz się nauczyć.
-?Polegająca na sprzedawaniu przyjaciół?
-?Na walce o to, co jest dla ciebie ważne.
Vanja umilkła. Odkąd urodziła jej się Amanda, miała inne priorytety.
Praca i kariera nie stały już w jej życiu na pierwszym miejscu, ale
oczywiście w dalszym ciągu była ambitna i zachłanna. Chciała mieć
wszystko, co tylko mogła. Ale nie za wszelką cenę.
-?Torkel jest dla mnie ważny.
Rosmarie znów się odchyliła na oparcie. Tym razem nie próbowała nawet
maskować westchnienia irytacji. Położyła dłonie na biurku i wstała.
Można to było zrozumieć tylko w jeden sposób: że spotkanie dobiegło
końca.
-?Torkel zostanie obciążony -?zadecydowała. -?Pytanie brzmi tylko, czy
pociągnie za sobą na dno ciebie i twój wydział, czy nie.
Nie żyje.
Ta jedna myśl gorączkowo krążyła jej po głowie.
Umarł, na zawsze. Tim, jej ojciec, umarł.
Łzy znów zaczęły płynąć. Cicho, lecz nieubłaganie. Miała wrażenie, że
jest ich mniej, ale ból i żal się nie zmieniły. Wiedziała, że zostaną z nią na długo. Cathy wzięła kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. W dalszym ciągu szok tkwił w jej wnętrzu niczym odrębny byt.
Tim miał przyjechać do domu, ale tego nie zrobił. Zaczęła się niepokoić.
Dzwoniła do niego, ale bez skutku. Była coraz bardziej przekonana, że
coś jest nie tak. Jeśli miał się spóźnić albo zmieniały mu się plany,
zawsze o tym informował. Chcieli zjeść razem lunch, spędzić popołudnie w mieście, a o szesnastej odwiedzić ambasadę amerykańską, by porozmawiać o jej wizie.
Wiedziała już, że nic z tego nie dojdzie do skutku.
W porze lunchu zadzwoniła do niej policjantka.
Zapytała, czy jest spokrewniona z niejakim Timem Cunninghamem.
Poinformowała, że znaleziono go skulonego w bramie w okolicach
Stureplan. Zdaniem personelu karetki prawdopodobnie doznał ataku serca.
Stwierdzono zgon na miejscu.
Oszołomiona dotarła do szpitala Karolinska, bo tam przewieziono ciało.
Błądziła po długich korytarzach, aż w końcu udało jej się zaczepić
kogoś, kto coś wiedział. Po dłuższym czasie trafiła do Zakładu Medycyny
Sądowej, ale usłyszała tylko, że nie może zobaczyć ciała. Musiała
poczekać na lekarza, a i tak nie było pewne, czy pozwolą jej zobaczyć
Tima. Zasady były surowe. Od tamtego czasu siedziała w ponurej
szaroniebieskiej poczekalni i płakała. Miała wrażenie, że trwa to całe
wieki.
Po jakimś czasie dotarło do niej, że już nie jest sama. Dołączyli do
niej młodzi rodzice z dwójką małych dzieci. Siedli kawałek dalej.
Kobieta miała zapłakane, niewidzące oczy, a mężczyzna zduszonym głosem
czytał z dziećmi komiks o Bamsem. Cathy pomyślała, że przyszli ze
względu na ojca kobiety albo innego ich krewnego. Spróbowała wziąć się w garść, opanować łzy. Nie płakać przy obcych. Nauczyła ją tego matka. Nie
warto okazywać silnych emocji przy nieznajomych. W najgorszym wypadku
może to zostać uznane za oznakę słabości.
Skinęła głową kobiecie i wstała. Odruchowo zaczęła obracać w palcach
mały pierścionek z motylem wiszący jej na szyi. Towarzyszył jej, odkąd
pamiętała, a nawet dłużej. Został kupiony w Tajlandii w Boże Narodzenie.
Kiedy kraj dotknęło katastrofalne w skutkach tsunami. Czasami wydawało
jej się, że pamięta tamten dzień. Wodę, chaos i strach. Równie dobrze
mogły to jednak być wspomnienia fragmentów nagrań oglądanych w różnych
sytuacjach albo historii, które jej później opowiadano. Na przykład o kupnie tej ozdoby na targu. Przecież nie mogła tego pamiętać. Ponieważ
cała rodzina przeżyła, doszła do wniosku, że pierścionek przynosi
szczęście. Dotykanie go zwykle ją uspokajało. Był to tani, mały kawałek
alpaki z czerwonymi i niebieskimi kamieniami, które zawsze kojarzyły jej
się z poczuciem bezpieczeństwa. Nie chciała się go pozbyć, bez względu
na to, ile razy mama suszyła jej o to głowę. Nie chciała mieć niczego
droższego ani bardziej dorosłego. Ten pierścionek znaczył dla niej coś,
czego nie potrafiła ująć w słowa.
Była to jedna z niewielu walk, których jej matka nie wygrała.
Cathy ruszyła z powrotem do rejestracji. Musiała wiedzieć teraz. Co się
stało jej ojcu? Musiała go zobaczyć. Jak do tego doszło? Snuli tak
wielkie plany. Ona miała pojechać do Stanów Zjednoczonych, a on do...
Wszystko było jednym wielkim chaosem.
Zobaczyła mężczyznę w garniturze rozmawiającego z kimś z personelu. Na
widok Cathy szybko zakończył rozmowę i do niej podszedł. Miała wrażenie,
że gdzieś go już wcześniej widziała.
-?Cathy? -?odezwał się, wyciągając do niej rękę. -?Stan Ludlow, kolega
twojego taty z Heyman & Schroder. Tak bardzo mi przykro -
kontynuował dobrą angielszczyzną, przyjaźnie ściskając jej dłoń. Teraz
go rozpoznała. Widzieli się przelotnie na jakimś evencie firmowym, a jej
ojciec nieraz pochlebnie się o nim wyrażał.
-?Tim wpisał mnie jako osobę do kontaktu w nagłych przypadkach.
Przyjechałem najszybciej, jak mogłem. Jak się czujesz? -?zapytał
łagodnie. Cathy próbowała robić wrażenie silnej, ale niespecjalnie jej
to wychodziło. Oczy znów zaszły jej łzami.
-?Nie wiem. Nie mogę tego zrozumieć... -?Tylko tyle była w stanie
wykrztusić.
-?Niczym nie musisz się martwić. Pomożemy ci ze wszystkimi praktycznymi
sprawami i będziemy cię wspierać w tym trudnym czasie. Pamiętaj, że
zapewnimy ci wszystko, czego będziesz potrzebowała.
Cathy nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Mężczyzna był przyjazny,
ale cała sytuacja miała w sobie coś dziwnego. Firma Heyman &
Schroder zawsze była gdzieś w tle i praktycznie kierowała całym ich
życiem. Teraz wystąpiła z cienia, zaledwie kilka godzin po tym, jak jej
ojciec został znaleziony martwy.
-?Dziękuję -?odparła dość ostrym tonem. -?Nawet jeszcze nie miałam
możliwości go zobaczyć, więc nie wiem, czego potrzebuję.
Stan zrobił krok do tyłu i posłał jej przepraszający uśmiech.
-?Wybacz. Zabrzmiało... jakby przysłali mnie z pracy. Tak naprawdę jestem
tutaj, bo obiecałem to twojemu tacie. Był moim przyjacielem. Nie chciał,
abyś została sama.
Cathy spojrzała na niego pytająco. Coś sprawiało, że nie mogła poskładać
w całość tego, co właśnie jej powiedział.
-?Jak to? Prosił cię o przyjście tutaj? Skąd mógł... To znaczy... Skąd
wiedział?
Cathy urwała. Stan wyglądał na zakłopotanego, nie odpowiadał, ale jego
milczenie było wymowne. Zrozumiała jego znaczenie, ale nie mieściło jej
się w głowie. Pomyślała, że to niemożliwe.
-?Wiedział, że umrze?
Liczyła na odpowiedź przeczącą, ruch głowy, smutny uśmiech, który powie
jej, że wszystko opacznie zrozumiała, ale Stan tylko skinął głową, a następnie dodał:
-?Kilka miesięcy temu Tim przeszedł rutynowe badania, a nasz firmowy
lekarz odkrył tak zwany tętniak aorty, czyli uszkodzenie tętnicy.
Tętniak był dosyć duży i ulokowany w naprawdę pechowym miejscu.
-?Wiedział, że umrze, i nic nie mówił?
Cathy posłała Stanowi ponaglające spojrzenie. Tym razem nie tylko
liczyła na odpowiedź przeczącą. Potrzebowała jej. To wszystko było zbyt
poważne. Niepojęte. Stan patrzył na nią z ciepłym współczuciem w oczach.
-?Wiedział, że jest ryzyko. Toczyły się rozmowy na temat operacji, która
miała zapobiec niebezpieczeństwu, ale była... skomplikowana. Nie chciał
cię niepokoić. Przed przeprowadzką i tym wszystkim.
Cathy bezskutecznie próbowała uporządkować sprzeczne uczucia. Czarny jak
noc smutek zyskał nieproszone towarzystwo w postaci wrzącego gniewu
skierowanego przeciwko mężczyźnie, którego miało jej brakować już do
końca życia.
-?Wiedział, że umrze? -?Jej pytanie zabrzmiało ostrzej, niż zamierzała.
Stan wyciągnął rękę i znów chwycił jej dłoń. Tym razem delikatniej.
Pocieszająco.
-?On wierzył w życie, Cathy. W każdej sytuacji zawsze myślał o tobie.
Zrobił to, co uważał za najlepsze dla ciebie.
-?Mógł pozwolić mi w tym uczestniczyć i zadecydować.
Nie potrafiła już powstrzymać łez. Zachwiała się na nogach, jakby
opuściły ją wszystkie siły. Stan zrobił krok do przodu i ją objął.
Przytrzymał w ramionach i podniósł. Ojciec nie żył dopiero od kilku
godzin, ale już tak bardzo za nim tęskniła. Jak miała przeżyć bez niego
całe życie? Od śmierci jej mamy byli tylko we dwoje. Wszędzie na
świecie, przez cały czas. Razem. A teraz nagle nikogo przy niej nie
było.
Została sama.
To wrażenie tylko się spotęgowało, kiedy jakiś czas później znalazła się
u boku ojca, żeby się z nim pożegnać. Na wózku ze stali nierdzewnej
paliła się świeczka. Ojciec nie leżał w łóżku, lecz na noszach, na
zimnym błyszczącym metalu, przykryty białym prześcieradłem podciągniętym
aż pod brodę. W pomieszczeniu nie było okien ani żadnych mebli. Nie był
to pokój ani sala, lecz przestrzeń, w której śmierć była tak częstym
gościem, że nikt już nawet się nie przygotowywał do kolejnej z jej
niezliczonych wizyt.
Lekarz wpuścił ich do środka i potwierdził, że Tim prawdopodobnie zmarł
w wyniku uszkodzenia aorty, ale pewność zyskają dopiero po sekcji zwłok.
Cathy spytała, dlaczego będą go rozcinać, i dowiedziała się, że ponieważ
został znaleziony poza domem i nie było rzucającej się w oczy przyczyny
śmierci, sprawa należała do policji i nie mieli wyboru.
Stali w milczeniu. Córka Tima i jego kolega. Jego rodzina i praca.
Wszystko, co go zajmowało, gdy żył.
Cathy poprosiła Stana, by zostawił ją samą. Wzięła wizytówkę, którą jej
wręczył, i obiecała zadzwonić, gdyby czegoś potrzebowała. Na razie
jednak potrzebowała samotności. Kiedy wyszedł, przysunęła sobie krzesło
i usiadła obok tego, co kiedyś było jej ojcem. Jakiś czas siedziała w milczeniu i tylko patrzyła. Myśli wirowały jej w głowie. Przez chwilę
się zastanawiała, gdzie są ubrania, które miał na sobie, gdy rano
wychodził z domu w Brommie. Nieważne. Wyglądał na spokojnego i to była
dla niej kojąca myśl. Czy śmierć nadeszła szybko? Pomyślała, że musi
poczytać więcej o tętniaku aorty. Dotknęła jego policzka. Był o wiele za
zimny.
-?Trzeba było coś powiedzieć -?wykrztusiła.
Miała ochotę dalej być na niego zła. Ze złością potrafiłaby sobie
poradzić. To jednak nie wchodziło w grę. Teraz już lepiej rozumiała
wydarzenia z ostatniego okresu jego życia. Wszystko nabrało sensu.
Dziwnie się zachowywał. Chciał opuścić willę. Ubiegał się o nową posadę
w innym kraju. Załatwiał jej studia w Stanach. Przygotowywał ją do życia
bez siebie. O to w tym wszystkim chodziło.
Wiedziała, że będzie za nim ogromnie tęskniła.
Później będzie się musiała zastanowić, co zrobić ze swoim miejscem w Yale. Firma Heyman & Schroder zajmie się wszystkimi praktycznymi
kwestiami, ale w Szwecji pozostało coś niedokończonego.
Niewypowiedzianego, co było ważne dla jej ojca i czego nie zdążył
doprowadzić do końca. Była pewna, że chciał jej coś powiedzieć. Coś, co
mu ciążyło. Nie potrafiła uchwycić, co to takiego, ale w ostatnim czasie
czuła bijący od niego niepokój. Wówczas wiązała go z psychologiem, do
którego nagle zaczął chodzić. Nalegał, by i ona się z nim spotkała.
Nazywał się Sebastian Bergman.
Wzięła głęboki oddech.
Wiedziała, co powiedzieć, lecz nie wiedziała jak. Przypuszczała, jak to
zostanie odebrane, co nie ułatwiało sprawy. Nie mogła jednak tak po
prostu odwrócić się na pięcie i wyjść. Nie po tylu wspólnie
przepracowanych latach i po wszystkim, co dla niej zrobił. Znów głęboko
wciągnęła powietrze i przyłożyła kciuk do przycisku dzwonka. Zamek
został przekręcony szybciej, niż się spodziewała, a kiedy otworzyły się
przed nią drzwi, zrozumiała dlaczego. Stała przed nią Ursula.
-?Cześć. Ty tutaj?
Głupie nawet jak na pytanie retoryczne. Vanja od razu poczuła, że to, co
ją czeka, właśnie stało się jeszcze trudniejsze ze względu na obecność
koleżanki.
-?Tak. Wchodź -?powiedziała Ursula i ją przepuściła. -?Torkel jest w kuchni.
Vanja zdjęła kurtkę i buty. Poszła za Ursulą.
Torkel siedział przy stole. Choć ostatnio widziała go zaledwie kilka
tygodni wcześniej, pomyślała, że się skurczył, a z całą pewnością
postarzał. Wyglądał jak cień człowieka, który niecały rok wcześniej
kierował ich grupą. Spowodowały to żałoba, alkoholizm i poważne urazy.
Vanja była zdziwiona na wieść, że zamierzają go wypisać ze szpitala.
Przecież mimo wszystko został dwukrotnie postrzelony, a na obu dłoniach
miał poparzenia trzeciego stopnia. Jednak w obecnych czasach szpitale
chciały się pozbywać pacjentów jak najszybciej. Torkel nie był tu
wyjątkiem. Łóżek i personelu zawsze brakowało. Dwa razy dziennie
przychodziła do niego pielęgniarka i opatrywała mu dłonie, ale poza tym
musiał radzić sobie sam. Na szczęście miał Ursulę. Vanja podejrzewała,
że spędzali razem w mieszkaniu mnóstwo czasu.
Na jej widok Torkel się rozpromienił i próbował wstać, ale zanim zdążył,
Vanja szybko podeszła i go przytuliła.
-?Miło cię widzieć -?powiedział, wskazując krzesło naprzeciwko. Vanja
usiadła. Ursula została przy drzwiach. -?Masz na coś ochotę? -?zapytał
Torkel, ruchem głowy wskazując piekarnik i lodówkę.
-?Nie, dziękuję.
-?A jak tam Amanda? I Jonathan?
-?Dobrze. Wszystko super.
Torkel skinął głową i zapadła cisza. Można było ją interpretować jako
wezwanie, by Vanja wyjawiła powód wizyty. Ona jednak wolała jeszcze
przez jakiś czas tego nie robić. Jeszcze przez kilka minut porozmawiać z nim przyjaźnie i po koleżeńsku, zanim wszystko zepsuje.
-?Jak się czujesz? -?zapytała.
Torkel wzruszył ramionami i lekko rozłożył ręce. Miał na nich bawełniane
rękawiczki.
-?Chyba... tak dobrze, jak to możliwe. Nie piję. Znowu.
-?Miło to słyszeć -?odparła. Nie znała aktualnej sytuacji Torkela z alkoholem. Ursula nic o tym nie wspominała, a ona nie chciała pytać. -?A ciało? Dłonie i w ogóle.
-?Powoli się goją. Rany postrzałowe nie będą miały trwałych
konsekwencji. A jeżeli chodzi o dłonie... według lekarzy nie odzyskają
pełnej sprawności.
Vanja skinęła mu głową ze współczuciem, a jednocześnie poczuła
narastającą złość.
Niech szlag trafi Billy'ego!
Gnój pierdolony!
Naprawdę musiała się zmuszać, by o nim nie myśleć, odkąd został osadzony
w areszcie. To było zbyt bolesne, wprawiało ją w zbyt wielką wściekłość.
Ze wszystkich zdrad, których doświadczyła w ostatnich latach, także ze
strony matki, ta była najgorsza. Jej najlepszy przyjaciel. Człowiek,
któremu ufała w stu procentach, któremu pozwalała odbierać córkę z przedszkola i się nią opiekować. Skutecznie stłumiła te myśli, ale
Torkel najwyraźniej nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
-?Widujesz się z Billym? -?zapytał.
-?Nie.
-?Czy w ogóle z nim rozmawiałaś po tym wszystkim?
-?Nie.
-?I pomyśleć, że naprawdę to wszystko spowodował... -?powiedział Torkel
niemal smutnym głosem. Vanja musiała stłumić szyderczy śmiech.
"Spowodował" było chyba niedopowiedzeniem roku.
-?Ale go zatrzymaliśmy -?dodała stojąca przy drzwiach Ursula. -?Dzięki
tobie i Sebastianowi.
-?A z Sebastianem się widujesz? -?zapytał Torkel.
-?Czasami odbiera Amandę z przedszkola, ale tak poza tym to nie. Nie
spotykamy się. -?Rzuciła krótkie spojrzenie Ursuli, która nawet
drgnieniem mięśnia twarzy nie dała po sobie poznać, że ma na ten temat
jakąś szczególną opinię. Między nią a Sebastianem do czegoś doszło. To
coś sprawiło, że zupełnie się od niego zdystansowała. Vanja nie
wiedziała, o co chodzi -?Ursula nie miała w zwyczaju dzielić się
osobistymi sprawami. Musiała przyznać, że sama ma podobnie.
W kuchni znów zapanowała cisza. Vanja zaczęła się wiercić na krześle.
Torkel i Ursula wiedzieli, że nie przyszła tylko po to, by zabić trochę
czasu rozmową. Uznała więc, że wyjaśni cel wizyty.
-?Właściwie dlatego tu jestem -?zaczęła, spoglądając na nich oboje. -?Z powodu sprawy Billy'ego.
-?Aha? -?To krótkie słowo ujawniało sceptyczne nastawienie i świadomość,
że cokolwiek powie Vanja, nie spodoba się to żadnemu z nich.
-?Rozmawiałam dziś z Rosmarie...
Reakcja mniej więcej odpowiadała spodziewanej. Ursula pogardliwie
prychnęła, a na ustach Torkela pojawił się mały uśmieszek. Jakby w obserwowaniu, do jakiego stopnia zła może być sytuacja, kryła się
odrobina komizmu.
-?No i co powiedziała? -?zapytał, nachylając się do niej. Vanja po
krótkim wahaniu uznała, że nie ma dobrego sposobu na przekazanie takiej
informacji.
-?Jutro zamierza zorganizować konferencję prasową i zrzucić całą winę na
ciebie, za to, że byłeś nieuważny i zaniedbywałeś swoje obowiązki.
-?Cholerna zdrajczyni -?mruknęła Ursula. Torkel tylko skinął głową,
jakby właśnie tego się spodziewał po swojej byłej szefowej.
-?Ci, którzy tam będą, usłyszą, dlaczego odszedłeś. Dowiedzą się o piciu
i o całej reszcie... -?dodała Vanja.
-?Billy działał lata przed tym, jak on zaczął pić -?zaprotestowała
Ursula.
-?Wiem. To samo jej powiedziałam.
-?Co jeszcze powiedziałaś?
Vanja odwróciła się do niej. Czyżby w głosie koleżanki usłyszała wyrzut?
Spojrzenie Ursuli to potwierdzało. W Vanji znów wezbrała irytacja.
Cholera jasna, przecież to nie była jej wina. Ona tylko przekazywała
informacje.
-?Powiedziałam, że nikt z nas niczego nie podejrzewał, że Billy oszukał
nas wszystkich i że to niesprawiedliwe wskazywać Torkela jako kozła
ofiarnego.
-?Ratowanie własnej skóry to coś, co wychodzi jej najlepiej -?stwierdził
Torkel.
-?Będziesz brała udział w tej konferencji prasowej? -?spytała Ursula.
Wyraźnie nie zamierzała pominąć wątku udziału Vanji w całej sprawie.
-?Nie mam zbyt wielkiego wyboru. Będę mówiła o przyszłości.
-?Twojej przyszłości? -?odparła Ursula, akcentując pierwsze słowo.
Okej, tego było już za wiele. Nie zamierzała wysłuchiwać oskarżeń o załatwianie spraw Rosmarie i używanie Torkela jako trampoliny do własnej
kariery. Zrobiła, co mogła, ale przecież to nie ona była szefową.
-?O naszej przyszłości. Druga opcja zakłada, że i tak wystawi Torkela,
ale jednocześnie zamknie wydział zabójstw. Nie wiem, jak ktokolwiek
mógłby na tym zyskać.
Ursula nie odpowiedziała, lecz skrzyżowała ręce na piersi, wyraźnie
niezadowolona.
-?To nie twoja wina -?przerwał Torkel z wyraźną szczerością w głosie,
rzucając spojrzenie w kierunku Ursuli. -?Jestem pewny, że zrobiłaś, co
mogłaś. Wszyscy wiemy, jaka jest Rosmarie.
-?Przykro mi -?odparła szczerze Vanja. -?Ale chyba powinieneś wyłączyć
telefon i przez jakiś czas nie czytać wiadomości.
-?Dam sobie radę. Dzięki za ostrzeżenie.
-?Przynajmniej tyle mogłam zrobić.
Ich spojrzenia spotkały się nad stołem. Torkel posłał Vanji uspokajający
uśmiech, a ona przypomniała sobie, jak wiele dla niej znaczył przez
wszystkie lata, jakie wsparcie jej zapewniał i że był naprawdę dobrym
człowiekiem. Pochyliła się nad stołem, żeby chwycić go za ręce, ale
znieruchomiała w pobliżu białych rękawiczek.
-?Naprawdę mi przykro -?powiedziała.
-?Wiem.
Jej telefon zaczął dzwonić. Spojrzała na wyświetlacz. Nieznany numer.
Odebrała połączenie. Okazało się, że to policja z Väster?s.
Po krótkiej rozmowie i otrzymaniu zdjęcia z miejsca zbrodni odwróciła
się w stronę wyraźnie zaciekawionej Ursuli.
-?Mamy robotę.
Kiedy My otworzyła drzwi i wpuściła go do
środka, natychmiast zobaczył, że nie wszystko wygląda jak należy.
Oczywiście, że powinna być teraz świeżo upieczoną mamą i siedzieć w domu
ze swoimi bliźniakami, całkowicie pochłonięta sprawami maluchów. A tymczasem musiała próbować zrozumieć, że mężczyzna, którego kochała i za
którego wyszła, ojciec jej dzieci, przyznał się do przestępstw
czyniących z niego jednego z najgorszych seryjnych morderców w dziejach
Szwecji. Nic więc nie wyglądało jak powinno, choć tego dnia było jeszcze
gorzej niż zwykle. Jej nieumyte włosy zwisały bez życia wokół twarzy,
bladej i ziemistej, z dominującym elementem w postaci czarnych worów pod
oczami. Wyglądała, jakby po prostu naciągnęła na siebie poplamione
spodnie dresowe i dużą koszulkę, której używała jako piżamy. Samotne
zajmowanie się dwójką małych dzieci było wyczerpujące dla każdego, ale
Sebastian odniósł wrażenie, że w przypadku My chodzi o znacznie więcej
niż o nieprzespane noce.
To on pierwszy powiedział jej o podejrzeniach wobec Billy'ego i on
prowadził śledztwo, które w końcu zaowocowało jego zdemaskowaniem.
Dlatego czuł się częściowo odpowiedzialny za sytuację, w której się
znalazła, i za to, że jej życie legło w gruzach. Oczywiście było to
głupie, irracjonalne, a poza tym naprawdę nie w jego stylu, ale ze
wszystkich osób, które znał, ona ucierpiała najbardziej i czasem sam nie
miał pewności, jak będzie reagowała za jakiś czas. Dlatego zależało mu,
by pozostawali w kontakcie. Poza tym interesowało go jej spojrzenie na
wydarzenia, jej historia, zdawał sobie sprawę, że to będzie ważne i stworzy wymiar emocjonalny w jego planowanej książce.
-?Napijesz się kawy? -?spytała My, kiedy zdejmował kurtkę.
-?Tylko jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.
-?W takim razie bez kawy.
Wprowadziła go do salonu, gdzie były nieliczne, o ile w ogóle
jakiekolwiek, oznaki, że mieszkanie to zajmuje osoba, która właśnie
została sama z małymi bliźniętami. Nic nie leżało na podłodze, ozdobne
poduszki były starannie ułożone na sofie, a pilot od telewizora i podkładka leżały na stoliku. W oknach stały świeże cięte kwiaty.
-?Chłopcy śpią? -?spytał Sebastian, rozglądając się po pogrążonym w ciszy mieszkaniu.
-?Nie ma ich tutaj.
Przez krótką, mrożącą krew w żyłach chwilę Sebastian miał wrażenie, że
wydarzyło się coś okropnego. Że opanowana, wręcz zamknięta My ukrywa
jakąś tragedię.
-?A gdzie są? -?zapytał i ku swojej radości zauważył, że to krótkie
pytanie nie ujawniło jego niepokoju.
-?U mamy -?odparła My, usiadła na sofie i podciągnęła nogi. Chwyciła
jedną z poduszek i zaczęła ją ściskać. Sebastian usiadł w fotelu
naprzeciwko. -?Ja... Mój stan się pogorszył. Nie mogłam na nich patrzeć. A tym bardziej ich trzymać i karmić...
Po głosie można było się domyślić, że zaraz zacznie płakać, ale jej oczy
pozostały suche i wbite w niego. Sebastian zobaczył w niej część dawnej
My. Stanowczej, sprawczej, wiedzącej, czego chce.
-?To nie ich wina, nic z tego nie jest ich winą, wiem, ale i tak nie
potrafię. Są tak bardzo podobne do niego, że nie mogę sobie z tym dać
rady.
-?Daj sobie trochę czasu i...
-?Sebastian, tu nie chodzi o depresję poporodową -?przerwała, nachylając
się ku niemu. -?To nie minie. On zamordował osiem osób. Bo chciał. Dla
przyjemności.
Trzy pierwsze nie, pomyślał Sebastian. Dopiero po nich zasmakował w zabijaniu. Oczywiście nie zamierzał tego mówić My. Ten fakt robił
niewielką różnicę. Lub zgoła żadnej.
-?Ale twoje dzieci to nie on -?spróbował.
-?Są nim w połowie.
Na pewnym poziomie jej awersja i niepokój były zrozumiałe. Sebastian
uważał je za niepotrzebne i przesadzone, ale rozumiał, że tak to
odczuwa. Czy skłonność Billy'ego do zabijania była uwarunkowana
genetycznie? Ten wąż, o którym mówił, jakby to była wręcz fizyczna,
żyjąca istota. Wąż, który go napędzał -?kim on właściwie był? Skąd się
wziął? Dla Sebastiana odpowiedź była oczywista. Sądził, że wie
wystarczająco dużo o psychice człowieka, by twierdzić, że jego czyny i doświadczenia, relacje i przeżycia kształtują go w znacznie większym
stopniu niż geny. Nikt nie rodzi się mordercą.
-?To nie jest powód, dla którego miałyby zostać mordercami -?odparł
więc. -?A jeśli chcesz rozmawiać o dziedziczeniu, w połowie są tobą.
-?Tak, więc może tylko przekażą ten kłamliwy, niewierny, kurewski gen
dalej.
Gorycz. Gniew. Z czasem pochłoną ją i unicestwią.
-?Był nie tylko tym -?odparł spokojnie Sebastian.
-?Przestań go bronić!
-?Nie bronię jego, tylko chłopców.
Przez chwilę wydawało się, że żądza walki ją opuszcza. Westchnęła
głęboko, odchyliła się na oparcie i mocniej ścisnęła poduszkę.
-?Wiem. Wiem, że to nie tak, że kiedy dorosną, automatycznie staną się
seryjnymi mordercami. Nie na tym polega problem.
-?A na czym? -?odparł Sebastian, szczerze zainteresowany. Mimo jej
trudnej sytuacji -?a może właśnie dzięki niej -?rozmowy z My były tym,
co w ostatnim czasie angażowało go najbardziej. Billy coraz mocniej
zamykał się w sobie. Wypowiadał coraz mniej słów, w miarę jak docierały
do niego konsekwencje popełnionych czynów i myśli o nich. Poranne,
zakończone sukcesem poszukiwanie ciała Hugona Sahléna tylko spotęgowało
ten proces. W drodze powrotnej do aresztu Billy nie powiedział ani
słowa, tylko patrzył przez boczną szybę samochodu i nawet nie
odpowiadał, kiedy się do niego zwracano. My mówiła, ubierała swoje
uczucia w słowa. Albo przynajmniej próbowała. W jej podejściu do tego,
co się stało, i w sposobie, w jaki pozwalała owym zdarzeniom definiować
samą siebie, było coś, co Sebastian rozpoznawał aż nazbyt dobrze. Czy
powinien zawrzeć ten aspekt w książce? Wprowadzić do niej własne
doświadczenie straty? Uczynić ją bardziej osobistą? Uznał, że warto się
nad tym zastanowić, ale nie teraz.
-?Po prostu... -?zaczęła My i się zawahała, jakby zależało jej, by użyć
odpowiednich sformułowań. -?Problem w tym, że bez przerwy przypominają
mi o rzeczach, o których chcę tylko spróbować zapomnieć.
Po raz kolejny Sebastian doszedł do wniosku, że My i on są do siebie
podobni. Ileż to razy próbował wyprzeć wszystkie wspomnienia z drugiego
dnia świąt 2004 roku. Bezskutecznie.
W tym roku mijało dziewiętnaście lat.
Dziewiętnaście lat, odkąd nie pozwolił sobie na szczęście, uznając, że
nie zasługuje. Był sam w ciemności. Tysiąc dni, a potem jeszcze kolejny
tysiąc -?one wszystkie zlewały się w jedną bezkresną, duszącą magmę, w której przypadkowe, pozbawione znaczenia podboje seksualne stanowiły
narzędzie wyparcia, służyły temu, by nie zatonąć i przez krótką chwilę
móc znów oddychać.
Zostawił to wszystko za sobą.
Udało mu się stworzyć nowe życie.
To było dla niego konieczne i będzie konieczne dla My.
-?Przypominają ci o tym teraz, ale zaczniesz odróżniać jedno od
drugiego. -?Sebastian się nachylił i pochwycił jej spojrzenie. -?To, co
robił Billy, od tego, kim chłopcy są dla ciebie. To będą dwie zupełnie
osobne kwestie.
-?Oddam ich do adopcji.
Sebastian nie do końca wiedział, jakiej odpowiedzi się spodziewał, ale
na pewno nie takiej. Czy to w ogóle było możliwe? Jego wątpliwości
musiały znaleźć odzwierciedlenie w wyrazie twarzy, bo My mówiła dalej:
-?Trzeba zaangażować sądy i opiekę społeczną, ale da się to zrobić. I tak będzie najlepiej dla dzieci.
-?Jesteś pewna?
-?Zasługują na kogoś, kto będzie ich kochał.
Pełne przekonanie i szczerość w jej głosie powstrzymały Sebastiana od
protestów. Wiedział, że cokolwiek powie, My nie zmieni zdania. W każdym
razie tego dnia.
-?Chciałabym cię poprosić o przysługę -?powiedziała spokojnie My.
-?Jaką?
-?Billy ma prawo do opieki, musi wyrazić zgodę. Kiedy następnym razem go
spotkasz, poproś, by na to przystał.
-?Nie zgodzi się.
-?To go przekonaj. I tak nie będzie częścią ich życia.
-?Ale przecież sama powiedziałaś, że ma prawo do opieki...
-?Tak, tak, tak -?przerwała mu. -?Może będą musieli odwiedzać go w więzieniu, sama nie wiem, ale... Nie będzie ich znał, nie będzie ważną
częścią ich życia. Już ja się o to postaram.
-?Okej. W takim razie mu powtórzę.
-?Dobrze.
Sebastian poczuł, że to dyskusyjna sprawa, ale po raz kolejny postanowił
nic nie mówić. Uznał, że dopiero kiedy upłynie więcej czasu, zdradzi, iż
według niego jej decyzja jest nieprzemyślana. Nie znał się na tego
rodzaju adopcji, ale domyślał się, że jest długotrwała. O ile znał
Billy'ego, spodziewał się, że będzie protestował i opóźniał cały proces.
W głębi duszy czuł, że Billy nadal żywi naiwną nadzieję, że z czasem
między nim a My znów będzie normalnie. Może nie tyle, że mu wybaczy, ale
przynajmniej zrozumie, będzie to tolerowała. Naiwne marzenie, by
zachować cokolwiek z dawnego życia. Billy jednak nie widział tej My,
która siedziała teraz przed Sebastianem.
-?Nie pójdziesz z kimś porozmawiać? -?spytał ostrożnie, nachylając się
ku niej.
-?Niby z kim?
-?Z terapeutą. Z kimś, kto ci pomoże to wszystko przepracować.
-?Przecież spotykam się z tobą.
-?Nie jestem twoim terapeutą, tylko przyjacielem.
-?Wydaje mi się, że potrzebuję bardziej przyjaciela niż terapeuty, ale
dzięki mimo wszystko.
W kieszeni Sebastiana zaczął brzęczeć telefon. Zazwyczaj to ignorował,
ale w tej sytuacji był wdzięczny za tę nieoczekiwaną przerwę. Z przepraszającym gestem wyciągnął komórkę z kieszeni. Dzwoniła Vanja.
Przemknęło mu przez myśl, że być może zapomniał odebrać Amandę z przedszkola, że dziś wypadała jego kolej, ale po pierwsze, nigdy o tym
nie zapominał, a po drugie, w takiej sytuacji Vanja odezwałaby się
wcześniej. Inna rzecz, że nie dzwoniła nigdy, jeśli sprawa nie dotyczyła
Amandy, więc z niepokojem przyjął połączenie.
Dwadzieścia minut później odebrała go sprzed domu My i pojechali w kierunku Väster?s.
To, że się zbliżają, było czuć po
zapachu, a mimo wszystko, kiedy na dziedzińcu wysiedli z samochodu,
przeżyli mały szok. Naprawdę cuchnęło.
-?Kurwa mać! -?krzyknął Sebastian i na ile to było możliwe, starał się
robić krótkie wdechy ustami.
-?Tysiąc sześćset świń -?odparła Vanja i posłała mu delikatny uśmiech.
-?Jak ktokolwiek jest w stanie tu pracować?
-?Podejrzewam, że można się przyzwyczaić.
-?Do pracy ze świniami? Tak, można -?rzuciła Ursula.
Sebastian zignorował złośliwy komentarz i ruszyli w stronę dużego
budynku kawałek dalej. Zobaczyli kilka radiowozów na podjeździe,
policjanta w mundurze i taśmy odgradzające teren. Na miejscu była
również ekipa techników kryminalistyki. Ursula natychmiast do nich
podeszła. W czasie tej godziny z kawałkiem, którą spędzili w samochodzie, nie wypowiedziała wielu słów. To było ich pierwsze
spotkanie od czasu feralnych wydarzeń w domu Torkela. Sebastian
wiedział, że miała pretensje o to, że jej nie ostrzegł. Nie bez racji -
musiał to przyznać.
Kiedy po niego przyjechały, wskoczył na tylne siedzenie. Ursula nie
zapraszała go do przodu, mimo że był prawie o dwadzieścia centymetrów
wyższy od niej. Zamknął drzwi i jechali w ciszy, która zdaniem
Sebastiana nie była całkiem komfortowa.
-?Co wiemy o tej sprawie w Väster?s? -?zapytał, gdy zostawili za sobą
Sztokholm, a Vanja wyjechała na trasę E18 w kierunku zachodnim i dodała
gazu.
-?To, co powiedziałam przez telefon i co zobaczyłeś na zdjęciu, które
wysłałam.
Ano tak, zdjęcie. Oczywiście mogło im chodzić o kogoś innego, że to nie
ma z nim żadnego związku, ale Vanja wyraźnie w to nie wierzyła. Musiał
szczerze przyznać, że sam też w to nie wierzył.
-?W internecie można przeczytać, że znaleźli jeszcze jedno ciało -
odezwał się głos zza kierownicy. To nie on podjął temat Billy'ego, lecz
Vanja. Nie on. Mógł więc chyba odpowiedzieć?
-?Tak. Hugona Sahléna -?potwierdził, rzucając spojrzenie Ursuli.
-?Uczestniczyłeś w tym?
-?Tak.
-?Dlaczego? -?spytała Ursula, w dalszym ciągu wpatrzona w drogę przed
sobą.
-?Bo mnie o to poprosił. Kilka razy się z nim spotkałem.
-?Dlaczego?
-?Potrzebuje kogoś, z kim mógłby porozmawiać.
Ciche prychnięcie Ursuli bardzo wyraźnie dawało do zrozumienia, jakie
jest jej zdanie na ten temat.
-?Odkąd trafił do aresztu, zaszły w nim bardzo duże zmiany -?spróbował
Sebastian.
-?Żałuje?
Sebastian się zawahał. Na to pytanie nie było prostej odpowiedzi. Tak
lub nie. Nie miał pewności, czy Ursula będzie zainteresowana czynnikami
psychologicznymi, które wchodziły w grę w przypadku Billy'ego, ale i tak
postanowił spróbować.
-?Na pewno żałuje konsekwencji. A jeśli chodzi o same czyny... Ich sprawcą
nie był Billy, którego znamy, więc... On sam nie do końca wie, jak się do
nich odnieść.
-?I właśnie w tym mu pomagasz?
-?Staram się.
Po raz pierwszy od czasu, gdy zajął miejsce w samochodzie, Ursula się
odwróciła i na niego spojrzała.
-?Dlaczego? Billy gówno dla ciebie znaczy, a skrzywdził wiele osób, na
których, jak twierdzisz, ci zależy.
-?Wiem.
-?Więc dlaczego? Bo masz takie dobre serce, myślisz o innych i chętnie
pomagasz bliźnim?
Nie dało się przeoczyć jadowitej ironii. Ze wszystkich ludzi Ursula
prawdopodobnie znała go najlepiej. Chcąc mieć szansę na choćby
przyzwoitą relację z nią, nie mógł kłamać.
Nie mógł powiedzieć jej nieprawdy. Nigdy więcej.
-?Piszę książkę na jego temat.
-?Czy on o tym wie?
-?Nie.
-?Akurat tu ci wierzę -?odparła ze złośliwym uśmiechem Ursula. -
Wykorzystywanie drugiego człowieka dla własnej korzyści. To już bardziej
w twoim stylu.
Po raz kolejny musiał przyznać, że miała rację. Odwróciła się z powrotem
do przodu.
-?Zwracając się do ciebie, Vanja podejmuje poważne ryzyko. Nie można
powiedzieć, byś figurował na liście życzeń Rosmarie.
-?Mimo to trzeba przyznać, że nie macie wielkiego wyboru.
-?Zawsze jest jakiś wybór. Można podjąć dobrą lub złą decyzję.
To również była prawda. Po prostu on wiecznie i z pełną świadomością
przez tak wiele lat podejmował złe decyzje. Chciał się w ten sposób
ukarać, bo słuszny wybór mógłby mu zapewnić odrobinę szczęścia, na które
nie zasługiwał.
-?Dzięki -?zwrócił się do Vanji.
-?Nie musisz mi dziękować. Po prostu się postaraj, bym nie musiała
żałować tej decyzji.
Sebastian skinął głową i odchylił się na oparcie tylnego siedzenia.
Dokładnie tych samych słów użył Torkel, przyjmując go z powrotem do
zespołu w Väster?s wiele lat wcześniej. I proszę, jak to się skończyło...
Jechali dalej w milczeniu.
Pozwolono im przejść pod policyjną taśmą, a ubrany po cywilnemu śledczy
wyszedł im naprzeciw z wyciągniętą ręką. Mógł mieć ze czterdzieści pięć
lat, jego ciemne włosy były trochę posiwiałe na skroniach. W butach
sportowych, chinosach i kamizelce założonej na bluzę z kapturem
wyglądał, jakby wezwano go z imprezy przy grillu, którą spędzał z rodziną i przyjaciółmi.
-?Dzień dobry. Nazywam się Radjan Micic, to ja dzwoniłem.
-?Co wiecie? -?spytała Vanja, gdy już się przywitali i przedstawili.
-?Gospodarstwo prowadzą państwo Machado. Ofiarę znalazła właścicielka -
wyjaśnił i skinął głową w stronę kobiety w wieku około trzydziestu
pięciu lat, ubranej w roboczy strój. Stała kawałek dalej i rozmawiała z policjantem w mundurze. -?Ofiara to niezidentyfikowana kobieta po
sześćdziesiątce. Wyprowadziliśmy świnie, ale kiedy usłyszeliśmy, że
przyjedziecie, a raczej że przyjedzie Ursula, zostawiliśmy wszystko tak,
jak było.
Sebastian uśmiechnął się pod nosem. Ursula nigdy nie miała najmniejszego
zaufania do badań miejsc zbrodni przeprowadzanych przez lokalne służby i zawsze otwarcie wyrażała swoje zdanie. Byłaby dumna, słysząc, że
przynajmniej w Väster?s zaskarbiła sobie szacunek. Pomyślał, że może jej
to powtórzy. Potrzebował czegoś, co dałoby mu kilka punktów.
-?Czy ci właściciele byli ostatnio zamieszani w jakąś nielegalną
działalność? -?zapytała Vanja.
-?Nic nam o tym nie wiadomo.
-?W porządku, dzięki.
-?Może państwo nie pamiętają -?dodał Radjan z lekkim uśmiechem -?ale
kiedy tu ostatnio byliście, poznaliśmy się. Przy okazji sprawy chłopaka
z Palmlövska, który zastrzelił swojego kolegę.
Był to rok, w którym zmarła matka Sebastiana, a on wrócił do rodzinnego
miasta po roku nieobecności. Wtedy po raz pierwszy po
ponaddziesięcioletniej przerwie znów pracował z policją kryminalną. I poznał Vanję.
To było tak dawno.
Tyle się wydarzyło od tamtego czasu.
-?Nie, nie pamiętamy -?odparł Sebastian, odwzajemniając uśmiech. -
Pamiętamy sprawę, ale pana nie.
-?Pracowałem z Thomasem Haraldssonem...
-?Nadal nic... Dokonał pan czegoś godnego uwagi?
-?Wygląda na to, że nie.
Sebastian bardziej czuł, niż widział spojrzenie Vanji, która po chwili
przepraszającym tonem jeszcze raz podziękowała za pomoc. Razem ruszyli w kierunku właścicielki.
-?Vanja Lithner, Krajowa Komisja do spraw Zabójstw -?przedstawiła się,
gdy podeszli. -?A to jest Sebastian Bergman.
-?Ten Sebastian Bergman? -?zapytała kobieta i natychmiast rzuciła w jego
stronę zaciekawione spojrzenie. Przez chwilę Sebastian miał wrażenie, że
trafił na fankę. Ostatnimi czasy nie miał zbyt wielu wielbicieli, ale
jeśli jacyś zostali, to w zasadzie wyłącznie kobiety. Przyjrzał jej się
jeszcze uważniej. Miała brązowe oczy, krótkie ciemne włosy, była bez
makijażu, a jej figura pod workowatymi ubraniami wydawała się trochę
pospolita. Uznał ją za zbyt młodą. Dawniej może i tak próbowałby
zaciągnąć ją do łóżka, ale nie teraz. Już nie. Zwłaszcza po Uppsali.
Poza tym zauważył, że w jej oczach nie ma podziwu ani nawet błysku
rozpoznania. Chodziło jej o ścianę na zdjęciu.
-?Tak, pewnie ten Sebastian -?przyznał i skinął głową.
-?Jak się pani nazywa? -?spytała Vanja.
-?Erika Machado. Jesteśmy tu z mężem właścicielami.
-?Wiem. Proszę opowiedzieć, co się stało.
-?Właśnie powiedziałam -?odparła Erika i skinęła głową w stronę
policjanta rozmawiającego z Micicem.
-?Mnie nie.
Erika przewróciła oczami i głośno wypuściła powietrze.
-?Pojawiłam się tuż po szesnastej, weszłam do środka i zauważyłam, że w jednej z zagród panuje wyjątkowe ożywienie. Poszłam tam i zastałam ją
leżącą. Zadzwoniłam na policję i przyjechaliście.
-?Czy wie pani, kto to jest?
-?Bardzo słabo ją widziałam, ale nie sądzę.
-?Czy była tu tylko pani? Nikt inny z pracowników?
-?Oni pracują od szóstej do czternastej.
-?I poza tymi godzinami nikogo nie ma na miejscu?
Erika pokręciła głową.
-?Wieczorami pozostaje tylko karmienie. Odbywa się automatycznie.
-?Co pani tu w takim razie robiła? -?wtrącił Sebastian.
-?Rano szwankował jeden z podajników paszy, więc zamierzałam do niego
zajrzeć.
-?Czy przychodzi pani do głowy, dlaczego to się wydarzyło u was?
-?Naprawdę nie mam pojęcia.
-?Ostatnio nie działo się nic nietypowego?
-?Nie.
Vanja rozejrzała się po placu przed wielkim budynkiem, który bardziej
przypominał hangar niż oborę.
-?Mają tu państwo kamery?
-?Kilka na zewnątrz, ale żadnej w środku. Raz na jakiś czas odwiedzają
nas bojownicy o prawa zwierząt i weganie...
-?Czy nagrania są zapisywane?
-?To kamery na czujniki ruchu. Kiedy się włączają, materiał jest
zapisywany.
-?Mogłaby pani sprawdzić, czy dzisiaj się włączyły?
-?Oczywiście.
-?I proszę zostać gdzieś w pobliżu. Może będziemy musieli zadać jeszcze
kilka pytań.
Erika skinęła głową, a Vanja ruszyła do budynku. Sebastian poszedł za
nią.
Jak można było się spodziewać, w środku smród był jeszcze gorszy. Jakby
ktoś połączył pozostawioną kocią kuwetę z czystym amoniakiem, a potem
jeszcze na nią nasrał. Sebastian musiał powstrzymać odruch wymiotny.
Świnie były wszędzie.
Na całej długości budynku rozciągało się morze świńskich grzbietów.
Zwierzęta chrząkały, kwiczały, ryły, leżały lub spały. Po obu stronach
wąskiej betonowej ścieżki, którą szli, znajdowały się niekończące się
rzędy zagród. Ścieżka była odgrodzona metalową barierą, która poza tym
oddzielała od siebie świnie. Rząd jarzeniówek pośrodku sufitu jako tako
oświetlał wnętrze, ale zagrody położone najbliżej ścian pozostawały w ciągłym półmroku. Także przez brak okien. Dach był wykonany z blachy
falistej, a wszędzie wzdłuż i wszerz biegły odsłonięte rury. Jeśli z zewnątrz budynek przypominał hangar, to po wejściu do środka nie
pozostawiał już żadnych wątpliwości, z czym ma się naprawdę do
czynienia.
Z fabryką. Miejscem produkcji przemysłowej.
Sebastian jadał wieprzowinę, boczek i szynkę, ale mimo wszystko
podziałał na niego widok tych zwierząt -?tym bardziej że z artykułu,
który kiedyś czytał, wynikało, że są towarzyskie, oddane i inteligentniejsze od większości psów. Stały w ścisku i nie miały nic do
roboty poza czekaniem na śmierć.
Zeszli dalej, w kierunku jedynej pustej zagrody, po lewej stronie, przy
krótszej ścianie. Kiedy przechodzili, kilka świń z zaciekawieniem
wystawiło ryje. Po dotarciu na miejsce przystanęli i zaczęli przyswajać,
co widzą.
Kobieta leżała na plecach na betonowej posadzce pośrodku zagrody. Miała
na sobie bordową koszulkę, jasne spodnie, espadryle i skarpetki. Na jej
ramionach, dłoniach i na twarzy lśniły czerwienią głębokie rany. U prawej dłoni brakowało dwóch palców. Ursula przykucnęła przy kobiecie w białym stroju ochronnym. Wokół niej pracowali miejscowi technicy
kryminalistyki.
-?Znalazła się tu między czternastą a szesnastą -?powiedziała Vanja, nie
zwracając się do nikogo konkretnego.
-?Była martwa dłużej -?oceniła Ursula.
-?O ile dłużej?
-?Nie wiem, ale to nie ulega wątpliwości.
Mimo że Ursula była odwrócona do niej plecami, Vanja wskazała głową
obrażenia na ciele.
-?A te rany?
-?Powstały po śmierci. Świnie ją podgryzały.
Vanja się skrzywiła. Szczególnie brakujące palce czyniły całą scenę
jeszcze bardziej makabryczną. Miała nadzieję, że pracownicy będą
wiedzieli, które świnie przebywały akurat w tej zagrodzie -?by te sztuki
nie zostały zarżnięte i sprzedane. Nie był to zresztą jej problem, o ile
Ursula nie chciała znaleźć i zbadać zaginionych części.
-?Myślałam, że to mit. O świniach jedzących ludzi.
-?Widocznie nie.
-?Myślisz, że zginęła tutaj?
-?Nie. -?Ursula przesunęła się odrobinę w bok i lekko przycisnęła klatkę
piersiową ofiary. W zimnym świetle jarzeniówki Vanja zobaczyła
spływającą po policzku strużkę przezroczystego płynu. -?Utonęła.
-?I została tu podłożona. Musiał być jakiś powód.
Nie ulegało wątpliwości, że będą musieli dokładniej sprawdzić państwa
Machado i ich pracowników. Przekonać się, czy dostawali jakieś groźby,
czy ci ludzie byli już wcześniej w coś zamieszani, czy znali zmarłą...
-?To też jest tu pewnie nie bez powodu.
Vanja się odwróciła. Sebastian zrobił kilka kroków przed siebie i stanął
przed czymś, co wyglądało na mały, prosty schowek w rogu pomieszczenia.
Ściany z topornych desek, proste drzwi z poprzeczną belką. Dachu nie
było.
SPRÓBUJ ROZWIĄZAĆ TO, SEBASTIANIE BERGMANIE.
Duże czerwone litery na ścianie, która poza tym nie była pomalowana.
Vanja podeszła do niego.
-?To krew?
-?Farba. -?Sebastian wskazał głową puszkę czerwonej farby stojącą przy
ścianie. Na puszce leżał pędzel.
-?Co oznaczają te cyfry?
Sebastian spojrzał w stronę wskazaną przez Vanję.
304136.
-?Nie wiem. Numer telefonu.
-?Jeśli tak, to do kogo?
Sebastian wzruszył ramionami. Nie wiedział. Martwa kobieta, na której
ucztowały świnie, była oczywiście potwornością, ale nie mógł zaprzeczyć,
że wiele elementów tego miejsca wzbudziło jego zainteresowanie.
Człowiek, który to wszystko zainscenizował, był kimś w jego guście.
Oczywiście osobisty wymiar całej sprawy nie był powodem do radości.
Sebastian już kiedyś przeżył coś podobnego. Edward Hinde posłużył się
Ralphem Svenssonem, by zabijać kobiety, z którymi Sebastian utrzymywał
relacje seksualne. O tym właśnie opowiadała jego książka Uczeń.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki