Niemowa
Nie wie, jaki to dzień tygodnia.
Na pewno wolne, bo wciąż ma na sobie piżamę, choć jest już po
dziewiątej.
Wszyscy są w domu. Z dużego pokoju dobiegają dźwięki SpongeBoba
Kanciastoportego.
Mama stawia na stole talerzyk z jogurtem i pyta, czy umył ręce po
siusianiu. On kiwa głową.
-?Chcesz kanapkę?
Nie. Jogurt wystarczy. Waniliowo-bananowy. Miał ochotę na Frosties, ale
Fred dostał resztkę, więc musiał się zadowolić płatkami Havrefras. Mógł
za to tuż po śniadaniu obejrzeć film na DVD. Wybrał Transformers: Dark
of the Moon. Po raz kolejny.
Rozlega się dzwonek.
-?Kto to może być o tej porze? -?zastanawia się mama, idąc do drzwi.
On nie rejestruje nawet znajomego dźwięku naciskanej klamki.
Nagle słychać głośny huk, jakby ktoś przewrócił się w przedpokoju.
Podskakuje tak, że jogurt spada z łyżki na stół, ale nawet tego nie
zauważa. Tata krzyczy coś niespokojnie z sypialni na górze. Jeszcze nie
wstał z łóżka. Rozlegają się szybkie kroki.
Ktoś staje w drzwiach do kuchni.
Ma broń.
Teraz było ich dwie.
Jej było dwie.
Na zewnątrz i w środku.
Na zewnątrz nadal się poruszała.
Wbrew sobie, ale z determinacją. Wpajana jej w szkole zasada, że kiedy
się zabłądzi, trzeba czekać w jednym miejscu, kłóciła się z instynktowną
chęcią ucieczki.
Czyżby zabłądziła?
Nie do końca wiedziała, gdzie jest, ale wiedziała, dokąd idzie.
Pilnowała, żeby cały czas słyszeć samochody. Wychodziła z lasu, szła
wzdłuż drogi i chowała się, kiedy coś nadjeżdżało. Widząc tablicę
informacyjną, sprawdzała, czy nadal idzie w dobrym kierunku, po czym
znikała między drzewami. Dzięki temu nie błądziła. Nie miała powodu
siedzieć w miejscu. Tym bardziej że było zimno. Przenikliwy ziąb
skłaniał do dalszej wędrówki. W ruchu nie czuła się przemarznięta. Nie
była tak głodna. A więc szła dalej.
W środku była spokojna.
Przez jakiś czas biegła. Na zewnątrz i w środku. Pędziła na oślep. Teraz
nie mogła sobie przypomnieć, przed czym uciekała, i nie potrafiła
rozpoznać tego, do czego dotarła. Nie było to konkretne miejsce ani
pokój, raczej... uczucie.
Nie wiedziała dokładnie. W każdym razie było pusto, a ona była spokojna.
Było spokojnie, a ona była pusta.
Panowała kompletna cisza.
Z jakiegoś powodu to wydawało jej się najważniejsze. Dopóki trwała
cisza, była bezpieczna. W miejscu, które nie było miejscem. Oświetlonym,
choć brakowało światła. W miejscu, gdzie żadne kolory nie przypominały
tych, które jej szeroko otwarte oczy rejestrowały w świecie na zewnątrz.
Otwartym, a jednocześnie zamkniętym dla wszystkiego. Z wyjątkiem
poczucia bezpieczeństwa. W miejscu, które zniknie, kiedy cisza zostanie
przerwana. Czuła to instynktownie. Słowa by ją zdradziły. Zburzyłyby
niewidoczne ściany i wszystko znów stałoby się realne. Straszliwe rzeczy
dostałyby się do środka.
Trzaski, krzyki, krew i strach.
Jej strach. Strach pozostałych.
W środku siedziała w ciszy i spokoju.
Na zewnątrz była zmuszona iść dalej.
Iść tam, gdzie nikt jej nie znajdzie. Gdzie nikt nie będzie próbował z nią rozmawiać. Na zewnątrz musiała bronić tego, co było w środku.
Wiedziała, dokąd idzie.
Rozmawiali o pewnym miejscu. Ostrzegali przed nim. Wystarczyło tam
wejść, żeby już nigdy nie zostać znalezionym. Nigdy, przenigdy. Tak
mówili. Nikt jej nie znajdzie.
Na zewnątrz otuliła się szczelniej zbyt cienką kurtką i przyśpieszyła
kroku.
Wewnątrz się kuliła, robiła się coraz mniejsza i miała nadzieję, że
zniknie.
Anna Eriksson siedziała w samochodzie przed jasnożółtą kamienicą i czekała.
Vanja się spóźniała. To nie było w jej stylu. Anna doszła do wniosku, że
to kolejna z manifestacji, którym w ostatnich miesiącach oddawała się
jej córka.
Najgorsze było to, że już nie dzwoniła.
Anna mogła z tym żyć. Rozumiała, dlaczego tak jest. Czasem nawet
wydawało jej się, że na to zasługuje. Poza tym, prawdę mówiąc, długie
rozmowy przez telefon nigdy nie były w ich stylu.
Valdemar znosił to gorzej. Dystans Vanji sprawiał mu ogromny ból i to
właśnie ten dystans, bardziej niż choroba, sprawił, że stał się cieniem
dawnego siebie. Bez przerwy mówił o córce i o tym, czego nigdy nie
powinni byli przed nią ukrywać. O wszystkim, co zrobiliby inaczej.
Oszukał śmierć tylko po to, by odkryć, że życie jest pełne żalu i rezygnacji. Cała sytuacja bolała oczywiście również Annę, ale ona lepiej
sobie z tym radziła. Zawsze była silniejsza od męża.
Od jego wyjścia ze szpitala minął ponad miesiąc, ale mimo to nie mogła
nawet skłonić go do wyjścia z mieszkania. Wyglądało na to, że jego
organizm w pełni zaakceptował nową nerkę, ale Valdemar nie potrafił
zaakceptować swojego nowego świata. Świata bez Vanji. Odrzucił wszystko.
Annę. Nielicznych kolegów, którzy nadal się odzywali mimo tego, co
zrobił. Jeszcze mniej licznych przyjaciół, którzy dzwonili coraz
rzadziej.
Nawet toczące się w jego sprawie śledztwo najwyraźniej już go nie
obchodziło. Podejrzenia o oszustwo podatkowe i fałszowanie ksiąg
rachunkowych były poważne, ale przyćmiewała je zdrada, jaką zgotował
Vanji.
Rzuciła się na niego z wściekłością. To było okropne. Krzyki, awantury,
łzy. Żadne z nich nie widziało wcześniej Vanji w takim stanie.
Tak wściekłej.
Tak potwornie zranionej.
Oskarżenia, które później padały, były wciąż takie same. Jak oni mogli?
Jacy rodzice robią coś takiego? Co z nich za ludzie?
Anna rozumiała. Na miejscu Vanji sama zadawałaby te pytania. Nie
podobała jej się tylko odpowiedź.
To ona była takim rodzicem.
Kilka razy, podczas najgorszych kłótni, omal nie powiedziała: "Chcesz
wiedzieć, kto jest twoim ojcem? Naprawdę chcesz?".
Ale zawsze gryzła się w język. Odmawiała odpowiedzi. Mówiła, że to bez
znaczenia.
Nie żeby chciała obronić Sebastiana Bergmana. Widziała, czego on chce.
Jak próbuje się wcisnąć, domagając się praw, które mu nie przysługują.
Niczym komornik, który żąda zwrotu długu, choć nikt nie jest mu nic
winien.
Sebastian nigdy nie był ojcem Vanji. Był nim Valdemar. Od początku i na
sto procent. Bez względu na to, co widniało w karcie, z którą przybiegła
ze szpitala. Jedyny pozytywny aspekt był taki, że Sebastian nie mógł
obrócić tej sytuacji na swoją korzyść. Tak jak ona był oplątany siecią
kłamstw. Gdyby powiedział Vanji, że od dawna znał prawdę, ale milczał,
zdradziłby ją w taki sam sposób.
Tak samo by go znienawidziła.
Od niego też by się odcięła.
Sebastian o tym wiedział. Przez ostatnie tygodnie dzwonił do niej kilka
razy i praktycznie na kolanach prosił, żeby podpowiedziała mu, jak
wyznać prawdę. Anna odmawiała. Nigdy nie pomoże mu odebrać Vanji
Valdemarowi. Nigdy. Była to jedna z niewielu rzeczy, które wiedziała z całą pewnością. Wszystko inne było jednym wielkim rozgardiaszem.
Dziś jednak zamierzała zacząć odzyskiwać kontrolę nad sytuacją.
Dziś zrobi pierwszy krok, żeby wszystko naprawić.
Miała plan.
Drzwi wreszcie się otworzyły i ze środka wyszła Vanja. Jej dłonie były
wsunięte głęboko w kieszenie kurtki, a ramiona podniesione. Miała ciemne
kręgi pod oczami, była blada i wyglądała na wykończoną. Jakby przez
ostatnie miesiące postarzała się o kilka lat. Przekraczając ulicę i zbliżając się do samochodu, odgarnęła dłonią niemyte, pozbawione życia
włosy. Anna pozbierała myśli, wzięła głęboki oddech i wysiadła z samochodu.
-?Cześć, jak dobrze, że przyszłaś -?powiedziała, starając się, żeby
zabrzmiało to tak pozytywnie, jak tylko się dało.
-?Czego chcesz? -?padła krótka odpowiedź. -?Mam mnóstwo rzeczy do
zrobienia.
Od ich ostatniej rozmowy minęły trzy tygodnie. Anna odniosła wrażenie,
że w tonie głosu córki jest nieco mniej ostrości. Choć może było to
tylko myślenie życzeniowe.
-?Chcę ci coś pokazać -?zaczęła ostrożnie.
-?Co takiego?
-?Jedźmy, opowiem w samochodzie.
Vanja przyjrzała jej się podejrzliwie. Anna wiedziała, że im dłużej
milczą, tym większe jest prawdopodobieństwo, że córka z nią pojedzie.
Nauczyły ją tego wszystkie ich kłótnie. Nie powinno się atakować Vanji,
przypierać jej do muru ani narzucać jej swojej woli. Jeżeli miałaby się
z nią zabrać, to na własnych warunkach i bez konfrontacji.
-?Uznasz, że było warto -?mówiła dalej z tą samą ostrożnością. -?Wiem to
na pewno.
Vanja w końcu skinęła głową i podeszła do drzwi. Bez słowa wsiadła do
samochodu.
Anna uruchomiła silnik i ruszyły. W okolicach stacji benzynowej
przełamała ciszę. To był jej pierwszy błąd.
-?Valdemar pozdrawia. Tęskni za tobą.
-?Przekaż, że ja też tęsknię za tatą. Za tym prawdziwym -?odpaliła
Vanja.
-?Trochę się o niego martwię.
-?Miej pretensje do siebie. To nie ja przez całe życie kłamałam.
Anna poczuła, że znów są blisko kłótni. Zdała sobie sprawę, jak niewiele
potrzeba. Wściekłość Vanji była zrozumiała, ale Anna mimo wszystko
chciała uświadomić córce, jak bardzo rani tych, którzy naprawdę ją
kochają. Którzy przez całe życie stali za nią i ją wspierali.
Wytłumaczyć, że kłamali po to, żeby ją ochronić, a nie zranić. Jednak
Vanja tylko czekała na okazję do wybuchu. Anna postanowiła rozbroić
sytuację.
-?Wiem, wiem. Przepraszam, nie chcę się kłócić. Nie dzisiaj...
Vanja najwyraźniej przystała na chwilowe zawieszenie broni. Jechały
dalej w milczeniu. Najpierw ulicą Valhallavägen, a potem na zachód w kierunku Norrtull.
-?Dokąd jedziemy? -?zapytała Vanja, kiedy mijały Stallmästarg?rden.
-?Coś ci pokażę.
-?Co takiego?
Anna nie od razu odpowiedziała. Vanja odwróciła się w jej stronę.
-?Mówiłaś, że opowiesz w samochodzie, to opowiadaj.
Anna wzięła głęboki oddech, ale wciąż skupiona była na drodze i samochodach przed nimi.
-?Chcę cię zabrać do twojego taty.
-?Możecie już wejść.
Erik Flodin odwrócił się w stronę dużego, piętrowego domu pomalowanego
na biało. Na werandzie stał Fabian Hellström, technik kryminalny, który
przyjechał z nim z Karlstad.
-?Powoli kończymy -?powiedział, gestem dłoni zapraszając ich do środka.
Erik podniósł rękę na znak, że słyszał, i wrócił do oglądania
krajobrazu.
Było pięknie.
Trawnik w kolorze soczystej zieleni ciągnął się aż po kamienny murek. Za
nim było pole, nieco dłużej niż zwykle czekające na nadejście wiosny.
Pole płynnie przechodziło w ciemną zieleń drzew iglastych, które właśnie
zyskały konkurencję w postaci zwiewnych, wiosennych szat, przywdzianych
przez drzewa liściaste. Po niebie szybował myszołów, zakłócając ciszę
zawodzącym, jękliwym głosem.
Erik zastanawiał się, czy przed wejściem nie zadzwonić do Pii. I tak się
dowie, co się stało, i wpadnie w rozpacz. To się odbije na całej gminie.
Jej gminie.
Gdyby jednak zadzwonił teraz, zaczęłaby zadawać pytania.
Chciałaby wiedzieć więcej.
Wszystko.
On sam wiedział tylko tyle, ile usłyszał po przyjeździe.
Co by to dało?
Nic.
Postanowił, że Pia będzie musiała poczekać. Po raz ostatni zajrzał do
piaskownicy po prawej. Zobaczył ślady weekendowego deszczu na platformie
żółtej plastikowej ciężarówki. Do tego łopatkę, zapiaszczonego
transformera i dwa dinozaury.
Westchnął, po czym wrócił do domu i do zmarłych.
Przy radiowozie stała Fredrika Fransson. Dołączyła do niego w milczeniu,
kiedy pokonywał ostatni odcinek. To ona była na miejscu jako pierwsza i kiedy przyjechał, zwięźle przedstawiła mu to, czego udało jej się
dowiedzieć. Już ją znał. Pracowali razem, zanim awansował na
nadkomisarza i otrzymał posadę w Karlstad. Dobra policjantka. Sumienna i zaangażowana. Prawie dwadzieścia centymetrów niższa od liczącego metr
osiemdziesiąt pięć Erika i o dobre dziesięć kilogramów przekraczająca
jego siedemdziesiąt osiem. Łatwiej przeskoczyć, niż obejść, jak czasem
charakteryzowali ją złośliwi koledzy. Ona sama nigdy nie wspominała o swojej nadwadze. Ani o czymkolwiek innym. Fredrika nie należała do
szczególnie towarzyskich osób.
Kiedy wszedł na werandę i zobaczył pierwszą ofiarę, wydawało mu się, że
czuje zapach prochu. Wiedział, że to niemożliwe. Koroner po krótkich
oględzinach ciał podał mu wstępny czas zgonu -?mniej więcej dwadzieścia
cztery godziny wcześniej. Nawet gdyby drzwi były zamknięte -?choć
najwyraźniej tak nie było, kiedy dziewięcioletnia córka sąsiadów szukała
tam czegoś do zabawy -?upłynęło zbyt wiele czasu, żeby w powietrzu nadal
utrzymały się resztki zapachu.
Erik założył ochraniacze na buty, wciągnął białe lateksowe rękawiczki i wszedł do środka. Odsunął kilka wielkanocnych gałązek z kolorowymi
jajeczkami, które stały w doniczce koło półki na buty, i uklęknął przy
kobiecie leżącej na posadzce z grubo ciosanych kamieni. Pierwszej z czterech ofiar.
Czworo zabitych.
Dwoje dzieci.
Rodzina.
Nie zostali jeszcze zidentyfikowani, ale właścicielami domu byli Karin i Emil Carlstenowie, którzy mieszkali tam z synami Georgiem i Fredem.
Bardzo by się zdziwił, gdyby kobieta, którą widział przed sobą, okazała
się kimś innym niż Karin Carlsten. Czasami, kiedy rozmawiał z kolegami
ze Sztokholmu lub Göteborga, a nawet z Karlstad, dziwili się, że nie zna
wszystkich w Torsby. Przecież stąd pochodzi. Czyżby Torsby było czymś
więcej niż tylko małą dziurą w środku lasu? Erik odpowiadał zmęczonym
westchnieniem. Gmina liczyła prawie dwanaście tysięcy mieszkańców. W centrum było ich cztery tysiące. Kto w Sztokholmie zna cztery tysiące
osób? Nikt.
Nigdy nie spotkał Carlstenów, ale chyba o nich słyszał. Całkiem niedawno
byli zamieszani w jakąś sprawę z policją...
-?Znasz Carlstenów?
Rzucił szybkie spojrzenie w kierunku Fredriki, która stała na werandzie
i z wysiłkiem naciągała ochraniacze na buty.
-?Nie.
-?Coś mi się kojarzy, że zimą mieliśmy z nimi do czynienia.
-?Możliwe.
-?Możesz to sprawdzić?
Fredrika kiwnęła głową, zdjęła niebieską folię, którą udało jej się
nałożyć na jeden but, odwróciła się i poszła do samochodu. Erik ponownie
spojrzał na około trzydziestopięcioletnią kobietę o brązowych włosach
leżącą na podłodze w przedpokoju.
W jej klatce piersiowej była dziura. Duża. Prawie
dziesięciocentymetrowa. Za duża, żeby mogła pochodzić z broni
gwintowanej jak pistolet czy sztucer. Wskazywałaby raczej na dubeltówkę.
Ilość krwi na podłodze świadczyła o pokaźnej ranie wylotowej. Erik
obstawiał strzał z przyłożenia -?lufę przyciśnięto do ciała. Gazy
prochowe zebrały się między skórą a mostkiem, wysokie ciśnienie
rozpłatało skórę, wywołało oparzenia i sczernienie białego dzierganego
swetra wokół rany wlotowej. Zgon musiał nastąpić od razu.
Zerknął na drzwi. Leżała niecały metr od nich. Jakby otworzyła, a ktoś
przytknął jej lufę do piersi i pociągnął za spust, zanim zdążyła
zareagować. Odrzuciło ją do tyłu.
Człowiek, który oddał strzał, musiał następnie zrobić krok nad nią i przejść do wnętrza domu.
Erik się wyprostował i zrobił to samo.
Zaraz za przedpokojem była duża kuchnia. "Rustykalna kuchnia" -?opisałby
ją zapewne agent nieruchomości, który miałby sprzedać ten dom. W jednym
rogu stał murowany kominek z okapem. Podłoga z sosnowych desek była
solidna. Podobne szerokie deski znajdowały się na suficie. Na ścianie
nad ławą wisiały łopata do chleba i jakiś przyrząd kuchenny, którego nie
potrafił zidentyfikować. Pośród nowoczesnych sprzętów znajdowała się też
stara, czarna kuchnia opalana drewnem.
Na dużym sosnowym stole wciąż jeszcze stały resztki śniadania. Talerz z czymś, co wyglądało jak jogurt, i pudełko płatków Havrefras. Krzesło
było przewrócone. Na podłodze leżał ośmio-, dziewięcioletni chłopiec.
Miał na sobie piżamę.
Były ferie wielkanocne.
Dzieci nie musiały wstawać rano do szkoły. Niestety, pomyślał Erik.
Kiedy przyjrzał się chłopcu z bliska, pomyślał, że jego teoria się
potwierdza. Jedna ręka była praktycznie oderwana w okolicy barku. Na
szyi i na policzku widać było małe dziurki. Ślady po kulkach śrutu. Ile
wynosił odstęp, jeżeli morderca strzelał, stojąc w drzwiach? Dwa metry?
Trzy? Wystarczająco, żeby śmiercionośne pociski zdążyły się trochę
rozproszyć. Może nie zabiły od razu, ale chłopak wykrwawiał się nie
dłużej niż minutę.
A potem?
Ktoś tędy przebiegł. Po tym, jak chłopiec został postrzelony. Jakieś
dziecko. We krwi wokół stołu widać było odciski małych stóp. Erik
spojrzał w kierunku pokoju znajdującego się za kuchnią. Był to mniejszy
salon. W środku stały telewizor i odtwarzacz DVD. Może drugi syn oglądał
telewizję, kiedy usłyszał strzały? Może po pierwszym z nich wstał.
Stanął w drzwiach i zobaczył, jak strzelają do jego brata. Pobiegł.
Dokąd? Ślady prowadziły do schodów na piętro.
Dlaczego i on nie został zamordowany w kuchni? Czyżby strzelec
przeładowywał broń? Erik rozejrzał się po podłodze. Nie dostrzegł
żadnych łusek. Zanotował w pamięci, żeby zapytać Fabiana, czy je
pozbierał.
-?Jan Ceder.
Erik omal nie podskoczył. Fredrika po cichu zaszła go od tyłu.
-?Kto to taki? -?zapytał, odwracając się do niej.
-?W grudniu Carlstenowie donieśli na niego na policję -?odparła
Fredrika, skupiając wzrok na martwym chłopcu leżącym na podłodze.
-?Za co?
-?Za złamanie prawa łowieckiego.
-?A konkretnie? -?drążył cierpliwie Erik.
-?Przekazali film, który dowodził, że Ceder miał na posesji martwego
wilka.
-?A więc został skazany.
Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.
-?Tak, na karę grzywny -?odparła Fredrika.
Erik kiwnął głową.
Myśliwy.
Śrutówka.
To oczywiście niczego nie dowodziło, w okolicy pełno było posiadaczy
broni i pozwoleń na polowanie, ale zawsze był to jakiś początek.
-?We wtorek im groził.
Erik zatrzymał potok myśli. Czy dobrze zrozumiał? Czasem było to trudne,
ponieważ Fredrika udzielała tylko tylu informacji, ile było absolutnie
konieczne, a i to w najlepszym razie.
-?Ceder? -?upewnił się Erik. -?Jan Ceder groził we wtorek Carlstenom?
Fredrika skinęła głową i po raz pierwszy od wejścia do kuchni odwróciła
się do niego.
-?Koło basenu. Jest wielu świadków.
Erik szybko przetwarzał informacje. Czy mogło to być takie proste? Czy
ktokolwiek byłby tak nieporadny? Odpowiedź na oba pytania brzmiała
"tak". Tylko dlatego, że było to brutalne i bezwzględne, nie musiało
zarazem być skomplikowane i przemyślane. Wręcz przeciwnie.
-?Chcę z nim porozmawiać -?powiedział do Fredriki. -?Przyprowadź go.
Fredrika odwróciła się i wyszła z kuchni. Erik rozważał swoją decyzję,
idąc po małych, krwawych śladach w kierunku schodów.
Groźby.
Myśliwy.
Śrutówka.
Naprawdę chciał, żeby tak to wyglądało. Od ponad dwóch miesięcy był w värmlandzkiej policji szefem Wydziału do Walki z Przestępczością
Przeciwko Życiu i Zdrowiu i nie chciał, żeby śledztwo się przeciągało.
Pia też nie chciała. Będzie żądała szybkiego rozwiązania sprawy. Tak,
żeby gmina mogła mieć to już za sobą. Pójść dalej.
Ślady stóp były coraz słabsze, aż w końcu kilka metrów przed schodami
znikły zupełnie. Erik chwycił pomalowaną na biało poręcz i wszedł na
górę.
Schody kończyły się w podłużnym holu przypominającym korytarz. Było tam
troje drzwi, w tym dwoje otwartych. Zajrzał do pokoju po lewej. Piętrowe
łóżko i porozrzucane zabawki świadczyły o tym, że to pokój chłopców.
Erik doszedł do końca korytarza i znów przystanął. O zamknięte drzwi,
które, jak się domyślał, prowadziły do łazienki, opierał się Emil.
Znajdował się w pozycji półsiedzącej. Wyglądał na starszego o kilka lat
od Karin, choć może takie wrażenie tworzyły tylko siwe włosy. W każdym
razie nie żył. Tym razem na pewno była to śrutówka. Dostał w pierś. Erik
wyobraził sobie, jak wybiegł z sypialni i zobaczył strzelca stojącego na
szczycie schodów.
Rozejrzał się dookoła. Wyglądało na to, że mężczyzna nie wziął żadnego
narzędzia. Musiał słyszeć, co działo się na dole, a mimo to wybiegł
całkowicie bezbronny.
Prawdopodobnie w takiej sytuacji nie myśli się jasno. Erik nie potrafił
sobie nawet wyobrazić, co by zrobił, gdyby to samo zdarzyło się u niego
w domu. U nich w domu. Gdyby na parterze były Pia i ich córka.
Robiąc krok nad nogami mężczyzny, wszedł do sypialni. Dominowało w niej
podwójne łóżko. Minimum dwa na dwa metry. Miejsce dla dzieci, którym
śnią się koszmary. Narzuta i ozdobne poduszeczki były na swoim miejscu.
Przy jednej ścianie stały dwa nocne stoliki i komoda, nad którą wisiało
lustro. Drugą ścianę zajmowały szafy. Drzwi tej pośrodku były otwarte.
Szafa Karin.
Na wieszakach wisiały sukienki, bluzki i spódnice.
Spomiędzy butów wystawały dwie małe, gołe nogi. Erik podszedł bliżej.
W szafie siedział drugi syn. Skulony najgłębiej, jak tylko można było
wejść. Na kolanach miał koc. Jak gdyby próbował się schować. Czy to
dlatego Emil nie dotarł dalej? Zobaczył syna, który pobiegł do niego na
górę, i próbował go ukryć?
Uratować.
Nie udało mu się.
Strzelec go znalazł. Musiał stać tam, gdzie Erik był teraz. Nieco ponad
metr od chłopca. Wylot lufy znajdował się jeszcze bliżej. Strzał w szyję
prawie odciął głowę.
Erik był zmuszony się odwrócić. Widział już niejedno i wiedział, co
ludzie są zdolni zrobić sobie nawzajem, ale coś takiego...
Dzieci. Piżamy. Małe, gołe nogi.
Erik usiadł na pościelonym łóżku i głęboko oddychał, tłumiąc płacz. Czuł
piekące łzy i obiecał sobie, że dostanie tego, kto to zrobił. Nie
przypominał sobie, żeby zdarzyło mu się to kiedykolwiek przedtem. W każdym razie nigdy nie wyraził tego tak dobitnie przed samym sobą.
Dostanie tego, kto to zrobił.
Za wszelką cenę.
Sebastian jak zwykle szedł piechotą do
pracy na Kungsholmen.
To był jego nowy zwyczaj. Spacer zajmował więcej czasu, a im dłużej nie
było go w mieszkaniu, tym lepiej. Poważnie zastanawiał się nad zmianą
lokum. I tak większość czasu spędzał poza domem. Nieliczne chwile w mieszkaniu upływały mu na snuciu się z kąta w kąt. Kiedy wreszcie
dopadało go zmęczenie, czytał książki, o których mówił, że już je zna.
Był jednak tak niespokojny, że zaczynał następną, zanim jeszcze skończył
poprzednią. Jeden rozdział tu, drugi tam, ciągle łapał się na tym, że
jego myśli dryfują jak wyrzucone na brzeg drewno.
Nawet kobiety go nudziły. Nie zrezygnował z flirtowania, bo pozwalało mu
się to trochę odprężyć, ale sam się dziwił, jak niewiele razy w ostatnim
czasie szedł na całość. To było do niego niepodobne.
Wciąż prześladował go obraz Ursuli leżącej na podłodze.
Nie mógł go wyprzeć z pamięci.
Widział powiększającą się kałużę krwi, która wyciekała z prawego oka jak
z pękniętego woreczka, blond włosy wysmarowane lepką czerwoną
substancją. Wciąż miał wrażenie, że w korytarzu unosi się słodka woń
krwi, mimo że wszystko dokładnie wyszorował chlorem.
A więc każdego dnia szedł do biura. Potrzebował pracy, zadania do
wykonania. Śledztwa, najlepiej tak skomplikowanego i trudnego, żeby
wymagało pełnej koncentracji.
Zadań jednak nie było. Żaden z dystryktów policyjnych nie zwrócił się o pomoc do sekcji do spraw zabójstw, więc ekipa jak zwykle postarała się o kompensację większości nadgodzin. Billy, który przeważnie był na miejscu
niezależnie od tego, czy mieli coś do roboty, czy nie, przychodził tylko
od czasu do czasu, żeby przeczytać maile.
Torkela spotykał jeszcze rzadziej. Może tak było lepiej.
Torkel kochał Ursulę, a przecież była u Sebastiana, kiedy trafił ją
pocisk. Upadła bezwładnie w jego przedpokoju. Choć skutecznie unikali
tego tematu podczas swoich nielicznych spotkań, Sebastian czuł, że
Torkel zawsze będzie go obwiniał.
Czy on sam kochał Ursulę? Kiedyś chyba tak. Jednak pierwsza myśl, która
przyszła mu do głowy, kiedy usłyszał strzał i zobaczył ją leżącą w przedpokoju, była okropna. Nie zaćmiła jej panika. Była jasna, klarowna
i nie miała nic wspólnego z miłością.
Jeszcze tego brakowało.
Kobieta, którą znał od wielu lat, do której się zbliżył i z którą był
bardziej szczery niż z kimkolwiek innym, umierała na podłodze w jego
przedpokoju, a on zareagował myślą "jeszcze tego brakowało".
Bardzo dobrze znał tę myśl. Myślał w ten sposób o wielu sprawach:
konfliktach, namolnych kobietach, nudnych obowiązkach w pracy, imprezach
towarzyskich. W tych kontekstach było to naturalne. A nawet dobre.
Ale tam, wtedy...
W jego przedpokoju, kiedy padł strzał.
Nawet on pomyślał, że to przerażające.
Teraz cieszyło go tylko, że od czasu do czasu zjawiała się Vanja. Ona
była właściwym powodem, dla którego nadal przychodził do biura.
W ostatnim czasie ich relacja nieco się poprawiła. Szok wywołany
odkryciem, że Valdemar nie jest jej biologicznym ojcem, wywrócił jej
życie do góry nogami. Osłabił podejrzenie, że to z winy Sebastiana nie
pojechała na szkolenie FBI. Jak gdyby nie potrafiła dłużej tak myśleć.
To było ludzkie, niewiele osób dałoby radę walczyć z tym wszystkim, z czym ona zmagała się teraz. Toczyła wojnę na wielu frontach. Dobrze więc
było zawrzeć z kimś choćby kruche przymierze.
Poza tym Sebastian konsekwentnie twierdził, że nie miał z tym nic
wspólnego. Dwukrotnie zwrócił się do komisji rekrutacyjnej, tłumacząc,
jak błędna była ich decyzja. Choć trzeba przyznać, że za każdym razem
pilnował, żeby Vanja okrężnymi drogami dowiedziała się o jego
bohaterskich wysiłkach. Komisja podtrzymała swoją decyzję. Vanja Lithner
mogła próbować ponownie, kiedy tylko zwolni się miejsce w Quantico. Mimo
to jego walka się opłaciła.
Kilka dni po ostatniej próbie wpadł na nią w korytarzu. Była
łagodniejsza niż wcześniej. Wydawała się zmęczona, już nie tak
nastawiona na walkę i gotowa ugryźć przy pierwszej możliwej okazji.
Nawet się przywitała. Powiedziała, że słyszała o jego apelach do
komisji, po czym zaczęła opowiadać o ojcu, który nie był już jej ojcem.
Zbliżyli się do siebie. Nie tak bardzo jak kiedyś, ale mimo wszystko. To
był początek, a po ich spotkaniu myśli o Ursuli osłabły.
Znów wiedział, na czym się skupić.
Vanja nie brała nawet pod uwagę, że znów
wsiądzie z Anną do samochodu. Miała zamiar zachowywać dystans wobec
kobiety, która była jej matką, ale żadną miarą tak nie postępowała. To
było wyraźnie widoczne.
Wiosna była w pełni, choć dopiero nastał kwiecień. Słońce grzało już od
ponad tygodnia i można było poczuć przedsmak lata. Mimo to Vanja czuła
wewnętrzny chłód. Była zrezygnowana. Jej ojciec nie był już jej ojcem.
Nie wiedziała, co myśleć o mamie.
Kto jej pozostał?
Nie Billy. Już nie. Kiedyś byli jak brat i siostra, ale teraz się od
siebie oddalili. Billy'ego całkowicie pochłonął związek z My -?jego
narzeczoną. Byli parą już od roku, a mimo to Vanja spotkała ją tylko
raz. Wszystko wskazywało na to, że ci dwoje niedługo się pobiorą. Vanja
nie wiedziała, czy w ogóle otrzyma zaproszenie na ślub.
Torkela, swojego szefa i mentora, również nie widywała zbyt często. Po
tym, co się stało z Ursulą, rzadko pojawiał się w biurze. Zastanawiała
się, czy zamierza rzucić robotę. W tych krótkich chwilach, kiedy się
widzieli, odnosiła takie wrażenie.
Jacy jeszcze bliscy jej zostali?
Lista była krótka.
Śmiesznie krótka.
Jonathan, jej były chłopak, który czasem dzwonił z nadzieją, że do
siebie wrócą albo że przynajmniej będzie mógł się z nią przespać.
Może paru kolegów ze szkoły policyjnej, których od czasu do czasu
spotykała i którzy właśnie zakładali rodziny.
No i Sebastian Bergman.
Gdyby ktokolwiek powiedział jej, jak często będą się w przyszłości
widywać, kiedy zaczęli pracować razem w Väster?s, skwitowałaby to
śmiechem. To stwierdzenie wydałoby jej się zbyt absurdalne, żeby je
komentować. Sebastian na przemian doprowadzał ją do szału i wykańczał.
Teraz jednak złapała się na tym, że nawet za nim tęskni. Jak to się
stało? Jakim sposobem ten narcystyczny, uzależniony od seksu policyjny
psycholog znalazł się na jej śmiesznie krótkiej liście?
Nie tylko przez brak innych kandydatów, choć zapewne prościej byłoby go
wykluczyć, gdyby miała w swoim życiu kogoś naprawdę bliskiego.
Powód był inny.
Lubiła z nim rozmawiać. Choć w stosunku do innych był trudny, zachowywał
się grubiańsko i pogardliwie, jej zawsze okazywał cierpliwość i zrozumienie. Człowiek, który traktował kobiety jak kolejne trofea i nie
przejmował się ich uczuciami, szanował uczucia Vanji. Nie rozumiała
dlaczego, ale tak było. Naprawdę. Nie był w stanie tego ukryć.
Czy jednak mogła na niego liczyć? Kiedy zdarzała się jakaś gówniana
historia, on często był za blisko.
Za blisko dowodów, które pogrążyły Valdemara.
Za blisko Perssona Riddarstolpe i orzeczenia, które przekreśliło jej
plany związane z FBI.
Jednak jakkolwiek się nad tym zastanawiała, nie potrafiła znaleźć choćby
jednego racjonalnego powodu, dla którego Sebastian mógłby chcieć jej
zaszkodzić. Może rzeczywiście, jak uparcie twierdził, były to tylko
zbiegi okoliczności. Choć jeżeli Vanja nauczyła się czegokolwiek w swojej pracy, to właśnie tego, że zbiegów okoliczności może być tylko
kilka. Jeżeli robiło się ich za dużo, zmieniały się w poszlaki. Możliwe
stawało się nieprawdopodobne.
Zbiegi okoliczności związane z Sebastianem lokowały się na granicy. Ale
może jeszcze jej nie przekroczyły.
Potrzebowała go.
Była teraz taka samotna.
Erik Flodin zaparkował samochód przed
niskim, płaskim i, prawdę mówiąc, brzydkim i nudnym budynkiem przy
Bergebyvägen 22, który do lutego był jego miejscem pracy. Wyłączył
silnik, wysiadł i ruszył do drzwi. Trzy osoby siedzące na dwóch
drewnianych ławkach przed komisariatem wstały na jego widok. Znał ich
wszystkich. Dwóch było dziennikarzami "Värmlands Folkblad", a jeden
pracował w lokalnej redakcji "Nya Wermlands-Tidningen".
Zapytany, co może powiedzieć o morderstwach, odparł: "Zupełnie nic", i pchnął drzwi. Skinął głową Kristinie i Dennisowi siedzącym w recepcji i wyjął kartę magnetyczną, kiedy zadzwonił telefon. Wsuwając kartę w czytnik i wystukując czterocyfrowy kod dostępu do pomieszczeń
służbowych, odebrał i usłyszał głos Pii.
-?To prawda? -?zapytała na powitanie. Erik usłyszał w jej głosie nutę
wyrzutu, że dowiedziała się tego od kogoś innego, a nie od niego. -
Rodzina? Ktoś wystrzelał całą rodzinę?
-?Tak.
-?Gdzie? Jaką rodzinę?
-?Niedaleko Storbr?ten. Nazywali się Carlsten.
-?Wiecie, kto to zrobił?
-?Mamy jednego, nie tyle podejrzanego, ile... człowieka, który groził
tej rodzinie.
-?Kto to taki?
Erik nawet się nie zawahał. Zwykle opowiadał żonie większość szczegółów
toczących się śledztw i jak dotąd nie zdarzył się żaden przeciek.
-?Nazywa się Jan Ceder.
-?Nie znam nikogo takiego.
-?Ja też nie, ale zaraz z nim porozmawiam.
Pia westchnęła głęboko. Erik wyobraził sobie, jak stoi przy oknie
swojego biura na pierwszym piętrze urzędu gminy i patrzy na jarzębiny
przed supermarketem Coop na Tingshusgatan.
-?Ależ będą pisali -?powiedziała i znów westchnęła zmartwiona.
-?To nie takie pewne, na razie są tu tylko ludzie z "VF" i "Nya
Wermlands".
Powiedział tak nie dlatego, że była to prawda. Po prostu uznał, że
właśnie to chciała usłyszeć.
Jasne, że będą pisali.
Wkrótce do trójki przed komisariatem dołączą koledzy z Karlstad i konkurenci z wielkich redakcji w Sztokholmie. Pewnie również telewizja.
Może nawet norweska.
-?Pamiętasz ?msele? -?zapytała sucho Pia, w jednej chwili dając mu do
zrozumienia, że przejrzała jego próby pocieszenia. Erik westchnął cicho.
Oczywiście, że pamiętał ?msele. Potrójne morderstwo członków rodziny na
cmentarzu i w okolicach. Zostali zabici za kradzież roweru. Erik był
wtedy na pierwszym roku szkoły policyjnej. Dzięki gazetom, radiu i telewizji każdy śledził polowanie na Juhę Valjakkalę i jego dziewczynę
Maritę. -?To było ponad dwadzieścia pięć lat temu -?kontynuowała Pia. -
?msele w dalszym ciągu jest z tym kojarzone. My chcemy przyciągnąć tu
ludzi, nie odstraszyć.
Erik przystanął w małym aneksie kuchennym, wziął kubek, postawił go na
kratce automatu i nacisnął "cappuccino". Ogarnęło go nagłe zmęczenie.
Tracił do niej cierpliwość. Nie było jej tam. W tym domu. Nie widziała
wciśniętego w szafę małego chłopca, który jesienią miał po raz pierwszy
pójść do szkoły. Ani jego ubranego w piżamę brata, którego zastrzelono
przy śniadaniu.
Nie widziała ich.
Ani krwi.
Nie widziała tego bezsensownego aktu.
-?Rozumiem, że to nie jest dobre -?powiedział, starając się, by w jego
głosie nie było słychać irytacji. -?Ale zginęły cztery osoby. W tym
dwoje dzieci. Jak to wpłynie albo nie wpłynie na napływ ludzi do gminy,
ma chyba drugorzędne znaczenie, nie uważasz?
Odpowiedziała mu cisza. Automat skończył pracę, więc wziął do ręki
kubek. Zaczął sączyć napój, niestety niezbyt ciepły. Kawa w Karlstad
była lepsza.
-?Masz rację -?powiedziała w końcu Pia. -?Przepraszam, wyszłam na
straszną egoistkę.
-?Wyszłaś na zaangażowaną -?odparł. Jak zawsze, kiedy tylko usłyszał jej
przeprosiny, spłynęła z niego cała złość i zastąpiło ją ukłucie wyrzutów
sumienia. -?Jak zwykle -?dodał.
-?Wezwiecie kogoś?
-?Co masz na myśli?
-?Jakąś pomoc. Z zewnątrz.
-?Nie myślałem o tym. Przynajmniej na razie.
Z gabinetu kawałek dalej wyjrzała Fredrika. Posłała mu spojrzenie
wyraźnie dające do zrozumienia, że powinien się pożegnać ze swoim
rozmówcą i do niej przyjść. Erik wytrzymał jej wzrok.
-?Muszę iść, porozmawiamy wieczorem. Buziaki.
Włożył telefon do kieszeni, odstawił nadal pełny kubek i szybkim krokiem
ruszył do gabinetu Fredriki, by poznać najświeższe informacje.
Słysząc, że ktoś jest przy szklanych
drzwiach, Sebastian opuścił książkę o długim, naukowym tytule The
Psychopathology of Crime: Criminal Behavior as a Clinical Disorder.
Zobaczył Vanję. Była blada i wyglądała na przejętą. Wyjął kartę i otworzył drzwi, które wydawały się cięższe niż zwykle. Coś się stało.
Sebastian wstał i przeszedł przez sterylną przestrzeń biurową. Spróbował
uśmiechnąć się zapraszająco, ale w pierwszej chwili go nie zauważyła.
Zwróciła na niego uwagę dopiero w połowie drogi.
-?Cześć, czy coś się stało? -?zapytał zaniepokojony, nieco szybciej
pokonując ostatni odcinek.
W pierwszej chwili wydawało się, że Vanja nie zamierza odpowiadać.
Przyglądała mu się w milczeniu. Wyglądało to tak, jakby cała jej siła
skupiła się w pięknych, niebieskich oczach. Słowa, które popłynęły z jej
ust, były słabe i pęknięte, jak gdyby uszkodziły się gdzieś po drodze.
-?Mama... powiedziała, kim jest mój ojciec -?wykrztusiła w końcu.
Sebastiana zmroziło. Nie był na to przygotowany.
Ta trudna chwila nadeszła.
Myśli wirowały mu w głowie.
Anna nie mogła chyba powiedzieć prawdy? Przecież wcześniej nie chciała
mu pomóc. Czyżby teraz zmieniła zdanie?
-?Kto to taki? -?zapytał. Nie bez satysfakcji odnotował, że jego głos
mimo wszystko jest opanowany i pobrzmiewa w nim naturalna ciekawość.
-?Wiesz, co mi pokazała? -?ciągnęła Vanja z nieco większą siłą, jakby
nie usłyszała jego pytania.
-?Nie mam pojęcia -?wykrztusił, czując jednocześnie, jak najgorsza
panika ustępuje. Wyglądało na to, że tym razem mu się udało. Nie
rozmawiałaby z nim w ten sposób, gdyby Anna zdradziła jej prawdę. Znał
ją na tyle, by wiedzieć, że w przeciwieństwie do niego nie była kłamcą.
-?Grób. Pokazała mi grób.
-?Grób?
-?Mhm -?odparła. -?On nie żyje. Powiedziała mi, że zmarł w tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku. Nazywał się Hans ?ke
Andersson.
-?Hans ?ke Andersson?
Próbując przystosować się do nowej sytuacji, Sebastian przyznał w duchu,
że jest pod wrażeniem Anny. Dała Vanji ojca i w tej samej chwili go
uśmierciła. Pomysłowe. Vanji nie zaimponowało to w równym stopniu.
-?To był po prostu ktoś, kogo poznała i kto nie chciał brać na siebie
odpowiedzialności, kiedy zaszła w ciążę -?kontynuowała. Pokręciła głową.
-?Kiedy pojawił się Valdemar, postanowili o nim nie wspominać.
-?Nigdy?
-?Nigdy. Matka twierdzi, że nie chciała mnie ranić. Tym bardziej że Hans
?ke Andersson zmarł osiem miesięcy po moich narodzinach i nie miał
żadnych krewnych.
Vanja nagle zaczęła sprawiać wrażenie rozzłoszczonej. Wróciła jej siła i nie tylko oczy emanowały energią. Teraz ją poznawał.
-?Musi uważać mnie za głupią. Po kilku miesiącach wyskakuje nagle z jakimś nazwiskiem i tak się akurat dobrze składa, że ten człowiek nie
żyje. Naprawdę myślała, że się na to nabiorę?
Sebastian uznał to pytanie za retoryczne i się nie odezwał. Vanja i tak
nie czekała na jego odpowiedź. Słowa się z niej wylewały, a tłumiona
irytacja szukała ujścia.
-?Dlaczego w takim razie wcześniej nie pokazała mi tego cholernego
grobu? Dlaczego czekała z tym kilka miesięcy?
-?Nie wiem -?odparł zgodnie z prawdą Sebastian.
-?Ale ja wiem. Dlatego, że to cholerne kłamstwo. Ona próbuje tylko...
zamknąć te drzwi. Skłonić mnie do zawarcia z nimi pokoju.
Sebastian milczał. Nie bardzo wiedział, jaką strategię wybrać. Czy
powinien bronić Anny? Pomóc jej sprawić, żeby Vanja uwierzyła w to
kłamstwo, i przejść dalej czy też podzielić sceptycyzm Vanji i wbić
jeszcze jeden klin w ich relację? Co na dłuższą metę bardziej mu się
opłaci? Sytuacja była trudna, ale musiał dokonać wyboru. Vanja pokręciła
głową i wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić.
-?Żebym mogła choć pomyśleć o wybaczeniu, musieliby być ze mną szczerzy.
Przestać kłamać... Rozumiesz?
Sebastian postanowił wesprzeć Vanję. Czuł, że tak będzie najlepiej. Tym
sposobem zyska trochę czasu. I przede wszystkim bliskości.
-?Rozumiem. Musi ci być naprawdę ciężko -?powiedział z empatią.
-?Nie mam już siły się z tobą kłócić -?powiedziała cicho Vanja i posłała
mu szczere spojrzenie. W oczach miała łzy. -?Nie mam siły wojować z całym światem. Tak się nie da.
-?Ze mną nie musisz wojować -?odpowiedział tak ostrożnie, jak potrafił.
Vanja pokiwała lekko głową i popatrzyła na niego z autentycznym
błaganiem.
-?W takim razie odpowiedz: czy masz cokolwiek wspólnego z tym, że
Riddarstolpe nie polecił mnie FBI? Czy to przez ciebie się nie dostałam?
Sebastian musiał się starać, żeby nie okazać zaskoczenia, które teraz
odczuwał. Jak to się stało, że znów o tym rozmawiali?
-?Już mówiłem -?odparł, żeby zyskać na czasie i dojść do siebie.
-?Powiedz raz jeszcze -?powiedziała Vanja, nie spuszczając z niego
wzroku. -?Szczerze. Łatwiej byłoby mi się pogodzić z tym niż z faktem,
że ludzie, na których mi zależy, nadal mnie okłamują.
Sebastian spojrzał na nią tak przenikliwie, jak tylko potrafił, starając
się wyglądać równie szczerze, jak szczery był jej smutek. Gra toczyła
się o tak wysoką stawkę, że nie było to trudne.
-?Nie -?skłamał i ku swej radości usłyszał, że nawet załamał mu się
głos, jakby pod wpływem powagi chwili. -?Przysięgam, nie miałem z tym
nic wspólnego.
Zauważył, że odetchnęła z ulgą, a jej ramiona opadły. Poczuł, że robi mu
się ciepło z dumy. Jeśli tylko skoncentrował się na celu, był naprawdę
dobrym kłamcą. Pewnie umiałby jej nawet wmówić, że Ziemia jest płaska.
-?Sam fakt, że tak myślisz... -?zaczął ze smutkiem w głosie, żeby
ugruntować to kłamstwo, ale ona przerwała mu, unosząc rękę.
-?Nie musisz mówić nic więcej. Wolę ci wierzyć.
Te słowa gwałtownie wyrwały Sebastiana z jeszcze świeżego
samozadowolenia. Co ona powiedziała? "Wolę" ci wierzyć?
-?Co to znaczy? -?zapytał szczerze zaciekawiony.
-?Dokładnie to, co powiedziałam. Wolę ci wierzyć, bo jest mi to
potrzebne.
Sebastian spojrzał na swoją córkę, która znowu była na skraju płaczu. Po
tym wszystkim, co się stało, naprawdę kogoś potrzebowała i wybrała
właśnie jego. Nie znaczyło to, że mu ufała. Widocznie tylko na tyle może
się teraz zdobyć, pomyślał Sebastian. To do niego należało udowodnienie,
że podjęła słuszną decyzję.
-?Nie zamierzam cię zawieść -?powiedział Sebastian.
-?No to dobrze -?rozciągnęła usta w uśmiechu, zrobiła krok do przodu i go przytuliła.
Trzymała go w uścisku mocniej i dłużej, niż kiedykolwiek śmiałby marzyć.
Erik dowiedział się, że Jan Ceder czeka w jednym z dwóch pokoi przesłuchań. Nazywali tak te pomieszczenia, ale
wiedział, że niezbyt często odbywają się tam przesłuchania. Najczęściej
wykorzystywano je do przeprowadzania ocen pracowników, prywatnych rozmów
telefonicznych, mniejszych zebrań, a czasem nawet jako miejsca, w których można uciąć sobie drzemkę.
Jak powiedziała Fredrika, Ceder nie wydawał się zdziwiony ani
zaskoczony, kiedy po niego przyszli. Nie był też zły i nie stawiał
oporu. Poszedł z nimi całkowicie dobrowolnie. Nie powiedzieli, dlaczego
chcą z nim rozmawiać, choć kilkakrotnie o to pytał. Wskazywali tylko na
sprawy, które wymagały wyjaśnienia, nie wdając się w szczegóły.
Wszystko, co na niego mieli, Fredrika zebrała w teczce. Kopia dla Erika
leżała na stole. Na koniec Fredrika skontaktowała się z Malin ?kerblad,
prokurator prowadzącą śledztwo, i uzyskała zgodę na rewizję. Wysłała już
kolegów do domu Cedera.
Erik z uznaniem kiwnął głową i poprosił o kilka minut na zapoznanie się
z materiałem. Przy okazji zapytał, czy mógłby się napić kawy, która
byłaby choć trochę cieplejsza od temperatury pokojowej. Fredrika
odpowiedziała przecząco. Na komisariacie nie było takiej możliwości. Po
weekendzie automat miał zostać oddany do naprawy.
Erik musiał się więc obyć bez kawy. Otworzył cienką teczkę.
Jan Ceder, urodzony w 1961 roku. O pięć lat starszy od Erika. Mieszkał u swoich rodziców, w niewielkim domu, kilka kilometrów od Carlstenów. Od
2001 roku był na zasiłku chorobowym. Dwukrotnie żonaty i rozwiedziony.
Obie żony były Tajkami. Aktualnie był singlem. Rosjanka, o której mówił
"kobieta, którą tu ściągnąłem", odeszła od niego po kłótni w Boże
Narodzenie, zakończonej zgłoszeniem pobicia, które później wycofała.
Erik odszukał fragment jego kartoteki. Była to znacznie dłuższa lektura.
Kilkakrotne prowadzenie samochodu bez uprawnień, jazda pod wpływem
alkoholu, odebrane prawo jazdy, dwukrotnie zatrzymany przez policję w stanie nietrzeźwym, produkcja i sprzedaż bimbru, groźby i przemoc wobec
urzędnika państwowego, złamanie prawa łowieckiego i jeszcze jedno
pobicie kobiety -?w tym przypadku zgłoszenie również zostało później
wycofane.
Erik zamknął teczkę.
Alkohol i nieumiejętność kontroli popędów.
Zdecydowanie nadszedł czas na rozmowę z Janem Cederem.
Ceder siedział skulony przy stole w zwykłym białym T-shircie i znoszonych dżinsach. Miał nieogolone, zapadnięte policzki i rude włosy,
którym przydałyby się mycie i wizyta u fryzjera. Przez suchą skórę w okolicach kostropatego nosa wyraźnie prześwitywały cienkie naczynka.
Przekrwionymi oczyma patrzył, jak umundurowany policjant wychodzi z pokoju. Erik i Fredrika usiedli. Fredrika włączyła stojący na stole
dyktafon. Podała datę, powiedziała, że jest to przesłuchanie Jana
Cedera, i zakończyła informacją, że w pokoju przesłuchań jest również
obecny komisarz Erik Flodin. Następnie umilkła. Erik odchrząknął i spojrzał w zmęczone oczy Cedera.
-?Chcemy porozmawiać trochę na temat rodziny Carlstenów.
Jan Ceder wydał z siebie głębokie westchnienie, które brzmiało jak wyraz
autentycznego zmęczenia.
-?Co takiego według nich zrobiłem?
-?A co pan zrobił?
-?Nic, ale ten chłopak przyszedł tu i pobrał, te, no... -?Ceder
wyciągnął przed siebie lekko drżącą rękę -?próbki z moich dłoni, chciał
też dostać moją kurtkę, koszulę i buty. O co tu właściwie chodzi?
Erik postanowił nie odpowiadać na to pytanie. Jeszcze nie.
-?Groził pan Emilowi i Fredowi Carlstenom przedwczoraj koło basenu w Torsby, po zajęciach z pływania -?powiedział, nie odrywając wzroku od
Cedera.
-?Nie groziłem im.
Erik odwrócił się do Fredriki, która otworzyła teczkę leżącą przed nią
na stole.
-?Mieli... -?Fredrika znalazła odpowiednią kartkę w cienkim pliku i zaczęła czytać: -?"cholernie uważać, żeby któryś z nich nie stanął na
drodze następnej kuli".
-?To brzmi jak groźba -?wtrącił Erik.
Jan Ceder przeniósł spojrzenie z Fredriki na Erika i wzruszył ramionami.
-?Trochę wypiłem.
-?To w dalszym ciągu groźba.
-?Byłem pijany.
-?Wie pan, co sobie myślę, kiedy ludzie tacy jak pan tłumaczą swoje
głupie zachowanie tym, że byli pijani?
W pokoju zapadła cisza. Ceder prawdopodobnie spodziewał się, że Erik
będzie mówił dalej, nie czekając na odpowiedź. Po kilkudziesięciu
sekundach ciszy zrozumiał, że się pomylił.
-?Nie, nie wiem, co pan sobie myśli.
-?Myślę: "Czy on uważa mnie za idiotę?" -?Erik pochylił się nad stołem.
Lekko, ale to wystarczyło, żeby Ceder odrobinę się cofnął. -?Alkohol nie
wtłacza do głowy żadnych nowych myśli, rozwiązuje tylko język i sprawia,
że człowiek mówi to, co na trzeźwo zachowałby dla siebie. Groził im pan
śmiercią.
Ceder odchrząknął. Wyglądało na to, że nagle nie czuje się już tak
pewnie. Potarł dłonią siwy zarost.
-?W takim razie mogę ich przeprosić. Jeśli przestraszyłem chłopaka albo
coś takiego.
Zanim Erik zdążył odpowiedzieć, komórka Fredriki zaczęła wibrować na
stole. Erik posłał jej spojrzenie pełne dezaprobaty, ale Fredrika to
zignorowała i spojrzała na wyświetlacz, po czym ku jego wielkiemu
zdziwieniu odebrała. Obaj mężczyźni umilkli i czekali na zakończenie
rozmowy. Słychać było tylko mamrotanie i jednosylabowe pytania Fredriki.
Ceder po raz kolejny odchrząknął i zapytał:
-?Jest może kawa?
-?Nie ma nic na ciepło -?odparł Erik i w tym samym czasie Fredrika
zakończyła rozmowę. Erik już miał wygłosić jakiś kąśliwy komentarz i podjąć przesłuchanie, kiedy nachyliła się do niego i szepnęła mu coś do
ucha.
Ceder zauważył, że były to najwyżej trzy zdania, ale kiedy Erik ponownie
się do niego zwrócił, można było odnieść wrażenie, że właśnie te zdania
napełniły go nową energią.
-?Ma pan licencję na dwie sztuki broni kulowej i jedną sztukę broni
śrutowej -?zaczął, otwierając małą teczkę, którą przyniósł ze sobą. -
Strzelbę... -?Erik spojrzał na dokumenty, które miał przed sobą -?Benelli
Supernova, kaliber dwanaście. Zgadza się?
Ceder pokiwał głową.
-?Proszę odpowiadać słownie -?wtrąciła się szybko Fredrika. -?Ze względu
na nagranie -?dodała, wskazując głową dyktafon.
-?Tak -?powiedział Ceder przesadnie głośno i wyraźnie. -?Mam benelli
supernovę, kaliber dwanaście.
-?Właśnie dzwonili koledzy, którzy przeprowadzali rewizję w pańskim domu
-?powiedział Erik, zrobił krótką pauzę i znów się pochylił. Tym razem
mocniej. Bardziej łapczywie. -?Nie mogą jej znaleźć. Może pan
powiedzieć, gdzie ona jest?
-?Została skradziona.
Odpowiedź padła szybko i bez namysłu. Erik nie potrafił rozstrzygnąć,
czy była szczera, czy wyćwiczona. Miał jednak cztery osoby, które zabito
z broni śrutowej, a Jan Ceder nie wiedział, co się stało z jego
śrutówką.
Cóż za zbieg okoliczności.
Nie zamierzał tak szybko odpuszczać.
-?Kiedy to się stało?
-?Chyba kilka miesięcy temu. Jakoś przed Bożym Narodzeniem...
-?Nie widzę żadnego zgłoszenia w tej sprawie -?oznajmił Erik, wskazując
leżącą na stole teczkę.
-?Nie zgłaszałem tego.
-?Dlaczego?
Po raz pierwszy, odkąd Fredrika i Erik weszli do pokoju, na ustach Jana
Cedera zagościł delikatny uśmiech. Po wizycie u fryzjera przydałoby mu
się spotkanie z dentystą, pomyślał Erik.
-?Po co miałbym to robić? Przez ostatnie dziesięć lat nie rozwiązaliście
ani jednej sprawy włamania.
To fakt, odsetek wyjaśnionych spraw tego typu jest żenująco niski,
pomyślał Erik, ale większość praworządnych obywateli i tak je zgłasza.
Ceder jednak tego nie zrobił. Choć z drugiej strony trudno byłoby go
uznać za praworządnego.
-?Tego typu broń kosztuje pewnie około dziesięciu tysięcy koron. -?Erik
odchylił się odrobinę do tyłu, a jego głos przybrał ton swobodnej
pogawędki.
-?Coś koło tego. -?Ceder wzruszył ramionami, jakby chcąc podkreślić, że
nie wie, ile w dzisiejszych czasach kosztuje benelli supernova kaliber
12.
-?To duża kwota. Nie chciał pan dostać pieniędzy z ubezpieczenia? Żeby
to zrobić, trzeba zgłosić kradzież na policję.
-?Nie mam żadnych ubezpieczeń.
-?Żadnych? -?nie wytrzymała Fredrika.
Ceder odwrócił się w jej kierunku.
-?To chyba nie jest nielegalne?
-?Nie. Głupie owszem, ale nie nielegalne.
Ceder znów wzruszył ramionami. Następnie podrapał się po nosie i skrzyżował ręce na piersi. Całą swoją postawą wyraźnie komunikował, że
wyczerpali już temat. Erik był skłonny się z nim zgodzić. Do niczego
więcej nie dojdą. Nadszedł czas wrócić do tematu Carlstenów.
-?Gdzie pan był wczoraj? -?zapytał, ponownie takim tonem, jakby właśnie
siedzieli przy kawie.
Erik Flodin uderzył w bezużyteczny automat stojący w kuchni. Był
zestresowany. Przesłuchanie zostało przerwane, kiedy Ceder zażądał
adwokata. On nie miał kogo zaproponować, więc teraz czekali, aż do
Torsby dojedzie obrońca z urzędu. Fredrika, która pojechała do domu
rodziców Cedera, chwilę wcześniej dzwoniła z informacją, że jak dotąd
nie udało się znaleźć nic, co powiązałoby go ze zbrodnią popełnioną
kilometr dalej. W stodole na obrzeżach posiadłości jeden z techników
znalazł za to wilczą skórę. Jeszcze świeżą, bo była natarta solą i rozpięta do wyschnięcia. Fredrika stwierdziła chłodno, że jeżeli nie
znajdą nic innego, może znowu da się go oskarżyć o kłusownictwo, po czym
się rozłączyła.
Na domiar złego nie miał kawy.
Nie udało im się nic ustalić. Mieli tylko groźby Cedera. Jeżeli go z niczym nie powiążą, będą w zasadzie musieli zacząć od początku. To było
jego pierwsze duże śledztwo od czasu awansu. Nie mógł zawieść, a czas
uciekał. Morderca wkrótce zyska półtorej doby przewagi. Kluczowe
pierwsze dwadzieścia cztery godziny już dawno minęły.
Będą potrzebowali pomocy.
On potrzebował pomocy.
Nie było zbyt wielu osób, które mógłby o nią poprosić. Od razu odrzucił
Hansa Olandera, swojego szefa z Karlstad. W walce o posadę nadkomisarza
Olander wspierał jego kontrkandydata Pera Karlssona i wcale się z tym
nie krył.
-?No to zobaczymy, jak sobie poradzisz -?brzmiały pierwsze słowa, jakie
skierował do Erika po ogłoszeniu wyników. Nie był to człowiek, którego
należało prosić o pomoc zaledwie dwa miesiące później. Poza tym Olander
już dał do zrozumienia przez telefon, że chętnie przejmie dochodzenie,
skoro jego złożoność wymagała, jak się wyraził, "starszeństwa". Tylko
kredyt zaufania, jaki miał u komendanta głównego, pozwalał mu na razie
utrzymać się na stanowisku prowadzącego śledztwo. Komendantem była Anna
Bredholm, jedna z najbliższych przyjaciółek Pii, nie chciał jednak
prosić jej o pomoc. Wyglądałoby to tak, jakby robił karierę dzięki
kontaktom żony. Taka złośliwa opinia już krążyła i w żaden sposób nie
chciał jej umacniać. Potrzebował kogoś, kto nie był zamieszany w polityczne rozgrywki w Värmlandii.
-?To żaden wstyd nie radzić sobie ze wszystkim samemu -?mawiała jego
matka. Miała oczywiście rację, ale jakie wrażenie zrobi, jeśli już w drugiej dobie swojego pierwszego dużego śledztwa zażąda pomocy z zewnątrz? Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, co pomyśli
Olander, ale reszta? Czy podkopie swój autorytet i utrudni przyszłą
karierę? Czy pokaże, że jest słaby?
Kij z tym, pomyślał. Jeżeli morderstwo Carlstenów nie zostanie
wyjaśnione, wyjdę na niekompetentnego. To jeszcze gorsze.
W wyobraźni zobaczył małego zastrzelonego chłopca w szafie.
Nadszedł czas wezwać najlepszych.
Patrzenie na nią nigdy nie sprawiało mu
trudności.
Wręcz przeciwnie, kochał wodzić wzrokiem po jej ustach, nosie i policzkach, na koniec zatrzymując się na oczach. Czasami obserwował ją
potajemnie w biurze. Było coś szczególnego w przyglądaniu się jej, kiedy
nie zdawała sobie z tego sprawy. Najczęściej jednak wyczuwała, że jest
obserwowana, a wtedy szybko odwracał wzrok i udawał niewiniątko. Kiedy
jednak z powrotem na nią spoglądał, uśmiechała się.
Niestety ostatnimi czasy, zanim zdarzył się wypadek, najczęściej
patrzyła na niego z zakłopotaniem.
Tak właśnie rozwinął się ich związek. W niewłaściwy sposób. Nie
wiedział, jak do tego doszło.
Miała rozwieść się z Mickem i Torkel liczył na to, że z potajemnego
kochanka awansuje na życiowego partnera. Tak się jednak nie stało. Mało
tego, spotykali się jeszcze rzadziej. Ona go unikała, a on tęsknił.
Trudno mu było pogodzić się z tym, że nie chce go w innej roli niż
kochanka. Teraz jednak stał przed jeszcze większym wyzwaniem niż smutek
po odrzuceniu.
Nie mógł już patrzeć na jej twarz.
Choćby teraz, kiedy leżała na sofie w dużym pokoju, przykryta wełnianym
kocem w czerwone cętki. Jakkolwiek się starał, widział tylko biały
opatrunek, który zakrywał jej prawe oko, skrywając twarz, którą tak
kochał. Wiedział, że musi patrzeć jej w oczy, ale coś sprawiało, że nie
potrafił. Kula uszkodziła prawą gałkę oczną i nerw wzrokowy, ale na
szczęście, zdaniem lekarzy, kąt strzału był tak duży, że pocisk wyszedł
skronią, nie powodując większych szkód. Ursula straciła jednak prawe
oko.
Wstał, żeby przez chwilę nie myśleć o opatrunku. Ruszył w stronę kuchni
w jej mieszkaniu.
-?Chcesz więcej kawy? -?zapytał.
-?Dolej sobie -?odparła. -?Ja jeszcze mam.
Torkel popatrzył na trzymaną w dłoni filiżankę i poczuł się głupio -
prawie nic nie wypił. Czy było jasne, że uciekł? Nie mógł już się
cofnąć, więc wszedł do kuchni.
-?Trochę doleję -?powiedział głównie do siebie, starając się, żeby
filiżanka wyglądała na pustą. Usłyszał za sobą głos Ursuli.
-?Jak się czuje Vanja?
Torkel zatrzymał się przy czarnym ekspresie do kawy stojącym koło
piekarnika.
Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia. Ostatnio myślał tylko o Ursuli. Prawie
nie bywał w biurze i liczył na to, że nie pojawią się żadne zadania
wymagające dłuższej obecności ekipy. Chciał poświęcić całą uwagę Ursuli.
-?Chyba dobrze -?powiedział w końcu.
-?Jesteś pewien? -?w jej głosie słychać było powątpiewanie. -?Wpadła
przedwczoraj. Wydawała się przybita.
Słuchając jej słów, Torkel dla niepoznaki dolał kilka kropel do
filiżanki.
-?Nie widywałem się z nią za często -?przyznał. -?Słyszałem, że ma jakiś
problem w domu. Ale, szczerze mówiąc, nie wiem.
Miał ochotę dodać: "Myślałem przede wszystkim o tobie". Wrócił do salonu
i usiadł z powrotem.
-?Spędzałeś ze mną dużo czasu -?powiedziała Ursula i po raz pierwszy od
dawna uśmiechnęła się do niego. -?Naprawdę chcę ci za to podziękować.
Powoli pochyliła się i chwyciła go za rękę. Jej dłoń była cieplejsza niż
zwykle. Ale równie miękka. Poczuł, że brakowało mu dotyku.
Zrobiło mu się ciepło w środku. Śmieszne, że tak niewiele było trzeba.
Próbował skoncentrować się na oku, które wciąż jeszcze miała. Na
niebieskoszarej tęczówce. Wyglądało na zmęczone. Ale mimo wszystko to
była ona. Tam w środku była Ursula. Na sekundę udało mu się zapomnieć o cholernym opatrunku.
-?Każdego dnia odwiedzałeś mnie w szpitalu i jesteś tu przez cały czas.
Naprawdę to doceniam, ale... -?Ursula się zawahała -?to trochę dziwne
uczucie.
-?Męczy cię to?
-?Mam być szczera?
Ostrożnie puściła jego dłoń i się odwróciła. Torkel nie potrzebował
żadnej innej odpowiedzi. Ursula jednak kontynuowała, choć w zasadzie
powiedziała już wszystko.
-?To skomplikowane. Wiem, że chcesz więcej niż ja, i właśnie dlatego to
takie trudne. Jesteś przy mnie i się mną opiekujesz, a ja cię tylko
rozczarowuję.
-?Wcale nie.
-?Już to zrobiłam. Prawda?
Torkel skinął głową. Miała rację. Nie było sensu udawać, że jest
inaczej. Miał mnóstwo pytań. Ale jedno przyćmiewało wszystkie inne: Co
robiła w domu Sebastiana?
To nie był tylko zbieg okoliczności. Torkel miał pewność.
Dokładnie przestudiował wszystkie protokoły przesłuchań Ellinor
Bergkvist i Sebastiana.
Zajmowały sto czterdzieści dziewięć gęsto zapisanych stron. Za każdym
razem Ellinor utrzymywała, że ona i Sebastian byli w długim związku.
Błyskawicznie się w sobie zakochali i Sebastian poprosił, żeby się do
niego wprowadziła. Strona za stroną Ellinor opisywała ich relację, do
której najlepiej pasowało określenie: związek z lat pięćdziesiątych.
Gotowała, zajmowała się domem, co piątek kupowała kwiaty, a on pracował
i odpowiadał za finanse, a wracając z pracy, zastawał nakryty stół i kobietę chętną na seks. Trwało to miesiącami, aż do dnia, kiedy wyrzucił
ją z domu i zmienił zamki. W odwecie przytknęła pistolet do wizjera w drzwiach jego mieszkania. Miała zamiar pokazać Sebastianowi, że nie
można jej tak traktować. Chciała go zranić albo zabić. Raz po raz
powtarzała, że nie wiedziała, iż w mieszkaniu był ktoś inny.
Sebastian Bergman, jaki wyłaniał się z tych stu czterdziestu dziewięciu
stron, zdziwił Torkela. W pewnym sensie nie poznawał człowieka, którego
kiedyś nazywał przyjacielem. Mężczyzny, którego, jak mu się wydawało,
mimo wszystko dobrze znał. Na początku, kiedy przeczytał tylko zeznania
Ellinor, był przekonany, że kobieta kłamie. Nie ulegało wątpliwości, że
brakuje jej piątej klepki. Wyników kompleksowych badań jeszcze nie było,
ale wątpił, że w procesie, który miał ruszyć mniej więcej za miesiąc,
zostanie skazana na leczenie psychiatryczne.
Sebastian podczas przesłuchania potwierdził jednak w zasadzie wszystkie
jej zeznania. Inaczej wyjaśnił jednak jej obecność w jego mieszkaniu.
Według niego wprowadziła się tam, żeby chronił ją przed Edwardem Hinde,
który mógłby chcieć ją zabić, i już tak zostało. Cała reszta jej słów
zyskała potwierdzenie. Sebastian, który z zasady nigdy nie spotykał się
z tą samą kobietą więcej niż raz, żył w długim konkubinacie.
Podczas przesłuchań Sebastian czuł się bardzo źle i okazywał lęk, ale
nigdy nie odwiedził Ursuli w szpitalu. Tak przynajmniej sądził Torkel.
Może nie dał rady, bo za bardzo się wstydził. A może po prostu go to nie
obchodziło. Torkel nie miał pojęcia. Lektura przesłuchań potwierdziła
jedynie to, co już i tak wiedział: ni w ząb nie rozumiał Sebastiana
Bergmana.
Czuł, że musi zadać pytanie.
-?Czy Sebastian przyszedł cię odwiedzić?
-?Raz.
Widział po Ursuli, że chce zmienić temat, ale i tak kontynuował. Nie
potrafił odpuścić.
-?Jak to możliwe? Nie rozumiem go.
-?A ja rozumiem -?odparła Ursula z lekkim smutkiem. -?To mistrz w unikaniu wszystkiego, co bolesne.
-?To niezbyt dobra cecha.
-?Myślę, że to bardziej mechanizm obronny, i pocieszam się, że to on
najbardziej cierpi w tej sytuacji.
Podniosła się i znów wzięła go za rękę. Torkel poczuł ciepło na
policzkach. Przynajmniej go widziała. Gdy chodziło o Ursulę, długo żył
nadzieją. Mógł pożyć jeszcze trochę.
Fakt, że go widziała, był lepszy niż nic.
Z drugiej strony była w domu u Sebastiana. Nie u niego.
Spróbował odepchnąć tę myśl i skoncentrować się na cieple jej dłoni.
Dotyk powinien go uspokajać, ale tak nie było. Sebastian, choć
nieobecny, stał między nimi.
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.
Van jechał trasą E20 na południe.
Jak zawsze za kierownicą siedział Billy. Jak zawsze jechał za szybko.
Dawniej Torkel prosił go, żeby zwolnił. Nie tym razem. Tym razem patrzył
przez okno na rzędy sosen otaczających drogę z obu stron. Ów widok
zdawał się dominować w Szwecji, kiedy tylko opuszczało się teren
zabudowany. Lasy, lasy i jeszcze raz lasy. Z tyłu siedzieli Sebastian i Vanja. Obok siebie. Torkelowi wydało się to dziwne. Kiedy ostatnio
widział ich razem, Vanja trzymała Sebastiana na dystans. Coś się musiało
stać.
Z przodu, tam gdzie zwykle siedziała Ursula, stał teraz ich bagaż.
Nagle Torkel usłyszał rechot Sebastiana. Najwyraźniej Vanja powiedziała
coś zabawnego. Na miejscu Ursuli stał bagaż, ale Sebastian śmiał się jak
gdyby nigdy nic. Z jeszcze większą irytacją Torkel przeniósł wzrok z powrotem na odwieczny las.
Po kilku godzinach skręcili w drogę 62, którą mieli dojechać do Torsby w północnej Värmlandii. Billy nigdy tam nie był i podejrzewał, że
pozostali również jadą w to miejsce po raz pierwszy. Na stronie
internetowej gminy oznajmiano z dumą, że w Torsby swoje pierwsze
dryblingi ćwiczyli Sven Göran "Svennis" Eriksson i Markus Berg, a także
że znajduje się tam jedyny w Szwecji tunel do biegów narciarskich. Billy
kojarzył Svennisa głównie z opisywanych przez kolorową prasę historii
damsko-męskich, o Markusie Bergu nie słyszał w ogóle, a na nartach
ostatni raz jeździł w wieku trzynastu lat. Chętnie jednak spróbowałby
znowu. Tunel zapowiadał się nieźle.
-?Żartowałam! Żartowałam, kochanie.
Billy bardzo dobrze pamiętał te słowa. Właśnie rozwiązali sprawę
masowego grobu w górach Jämtlandii. Zastrzelił Charlesa Cederkvista.
Któregoś ranka dał My klucz od mieszkania. Kiedy się przytulili,
wyszeptała, że kolejnym krokiem powinien być ślub. W maju. Zobaczyła
jego zdziwienie i pewnie też przerażoną minę. Objęła go jeszcze raz.
-?Żartowałam! Żartowałam, kochanie.
Dokładnie to powiedziała. Co do słowa.
Kiedy jednak dwa miesiące później przyszła z listą stu pięćdziesięciu
gości, prosząc, żeby pomógł jej ją trochę zredukować, dotarło do niego,
że majowy ślub jest jak najbardziej realny.
My.
Kochał ją. Nie miał co do tego wątpliwości.
Wszystko jednak potoczyło się tak szybko.
W dzień święta midsommar minie rok, odkąd się poznali. I będą już
przeszło miesiąc po ślubie.
Jego próby zwolnienia tempa, w jakim zmierzali do ołtarza, były daremne
w obliczu jej namiętnego przekonania, że właśnie to powinni zrobić.
Gdyby w swej małostkowości nie cieszył się na ich wspólną przyszłość,
wyglądałoby to tak, jakby jej nie kochał.
A przecież kochał ją ogromnie.
Wszystko, od jej żywiołowości po sposób, w jaki na niego patrzyła, kiedy
leżeli koło siebie w łóżku. Kochał to, że wszystko, do czego się brała,
robiła na sto procent. Że dzięki niej urósł. Przy niej czuł się jak
jedyny mężczyzna na świecie, a dla kogoś, kto zawsze czuł się jak
postronny obserwator, było to wspaniałe uczucie.
Ustąpił, wstydząc się własnej ostrożności.
Szczerze mówiąc, nigdy nie wyobrażał sobie siebie przed ołtarzem.
Prawdopodobnie odzywały się tu echa rozwodu rodziców. Miał wtedy
dziewięć lat i wielokrotnie, kiedy wykorzystywali go jako narzędzie
przeciwko sobie, czuł się bardziej dorosły od nich. Przede wszystkim
jednak chodziło o to, że wszystko potoczyło się tak szybko. Nie był z tego zadowolony. Lubił sobie wszystko przemyśleć i poukładać, ale My
wciąż oglądała nowe lokale weselne, mierzyła nowe stroje i proponowała
kolejne osoby, które mogliby zaprosić. W końcu dał za wygraną, dochodząc
do wniosku, że ich wspólna wielka chwila jest bardziej jej niż jego. Że
po raz kolejny stoi trochę z boku i analizuje, zamiast uczestniczyć. Tak
po prostu było. Tłumaczył sobie, że jest mu z tym dobrze. Mimo wszystko
miał nadzieję, że sprawa morderstw w Torsby okaże się łatwa do
rozwiązania, a on szybko wróci i przyłączy się do planowania. Nic jednak
na to nie wskazywało. Ktoś uśmiercił całą rodzinę. Mieli jednego
podejrzanego, ale, o ile wiedział, dowody przeciwko niemu były słabe.
Zazwyczaj przed zadaniem czuł się skupiony i wygłodniały, ale teraz był
rozkojarzony. Jakby był nie tam, gdzie trzeba.
Spróbował odpędzić te myśli i skoncentrować się na monotonnej drodze
przed sobą. Był mały ruch i wskazówka prędkościomierza powędrowała
powyżej stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Billy odrobinę zwolnił.
Zazwyczaj to Torkel jako pierwszy zwracał mu uwagę, kiedy przekraczał
prędkość, ale teraz od początku podróży milczał i przez większość czasu
wyglądał przez okno. Ostatnio chyba trochę się postarzał. Nic dziwnego,
wypadek Ursuli dotknął ich wszystkich. Ursula i Torkel zajmowali w grupie pozycje liderów. Billy wiedział, że nie tylko Torkel odczuwa jej
brak, lecz także cała reszta, a zwłaszcza on sam. Zdawał sobie sprawę,
że powinien ostro się zabrać do wszystkich kwestii technicznych, i nie
wiedział, czy sam jeden jest gotów objąć tę odpowiedzialną funkcję.
Ekipa w pewnym sensie także straciła oko.
Dwójka z tyłu nie wydawała się jednak specjalnie przybita. To dziwne,
pomyślał Billy, zerkając na nich w lusterku. Kiedy ostatni raz widział
Vanję, była wściekła na Sebastiana i przekonana, że chce zniszczyć jej
życie.
Teraz wyglądali jak dwójka dzieci jadących na kolonie.
Ostatnimi czasy Billy nabierał coraz silniejszego przekonania, że ciągłe
próby zaprzyjaźnienia się z Vanją wynikają z jakiegoś ukrytego interesu
Sebastiana. Zaczęło się od tego, że przy ich pierwszym spotkaniu w Väster?s Sebastian poprosił go o odszukanie adresu niejakiej Anny
Eriksson. W listopadzie 1979 roku Anna Eriksson napisała list do jego
matki i Sebastian chciał ją odnaleźć. Wtedy Billy za bardzo się nad tym
nie zastanawiał, ale po czasie uświadomił sobie, że matka Vanji nazywa
się Anna Eriksson. Później jej nazwisko pojawiło się na liście
potencjalnych ofiar mordercy. Wszystkie łączyło to, że spały z Sebastianem. A więc miał romans z matką Vanji, a Vanja urodziła się w lipcu 1980 roku, mniej więcej siedem miesięcy po napisaniu listu.
Kiedy Vanja się dowiedziała, że Valdemar nie jest jej ojcem, Billy był
już pewien, że jest nim Sebastian.
To było o jeden zbieg okoliczności za dużo.
Im dłużej o tym myślał, tym bardziej wszystko się zgadzało. Sebastian
próbował zbliżyć się do Vanji, kiedy tylko miał okazję. Nigdy jednak w sensie seksualnym. Billy widywał Sebastiana z innymi kobietami. Był
niedwuznaczny. Jasno dawał do zrozumienia, o co mu chodzi. Flirtował
nawet z Ursulą. Ale nigdy z Vanją. Ani razu. A mimo to chciał być blisko
niej.
Billy nagle poczuł, że chce się dowiedzieć, czy to prawda. Mieć pewność.
Nie mógł żywić tak mocnego podejrzenia i nic z tym nie zrobić.
Zauważył, że znów przekroczył sto czterdzieści kilometrów na godzinę.
Tym razem nie redukował prędkości. Chciał jak najszybciej dotrzeć do
Torsby i zaczynać.
Kiedy skręcili, żeby zgodnie z poleceniem zaparkować na tyłach budynku
przy Bergebyvägen 22, zobaczyli, że przed domem stoi około dziesięciu
osób. Widząc kamery i mikrofony, Torkel domyślił się, że to
dziennikarze. Rozpoznał zresztą jednego z nich. Był to Axel Weber z "Expressen". Ich spojrzenia spotkały się na krótko, kiedy czarny van
skręcił w otwartą bramę. Torkel zdążył zobaczyć, że Axel usuwa się na
bok i wkłada rękę do kieszeni. Dziesięć sekund później zadzwoniła jego
komórka. Odebrał krótkim "tak".
-?Jesteście w Torsby? -?zapytał Weber bez słowa powitania.
-?Być może.
-?Co w takim razie powiesz o tych morderstwach?
-?Nic. -?Torkel otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Przyjemnie było
się przeciągnąć po podróży, nawet jeśli cała czwórka siedziała wygodnie.
Z domu tylnymi drzwiami wyszedł mężczyzna koło pięćdziesiątki i szybkim
krokiem ruszył w ich stronę. -?Nie spotkałem się jeszcze z prowadzącym
śledztwo, więc będziesz musiał trochę poczekać.
-?Możesz dać znać, kiedy się z nim spotkasz?
-?Nie, nie mogę. -?Torkel przerwał połączenie i schował telefon do
kieszeni.
Mężczyzna stanął koło nich.
-?Cześć, jestem Erik Flodin. Cieszę się, że mogliście przyjechać. -
Kiwnął głową wszystkim i wyciągnął rękę do Torkela.
-?Torkel Höglund -?przedstawił się Torkel, ściskając mu dłoń.
Pozostali członkowie ekipy również się przedstawili, po czym wszyscy
weszli do budynku, który na pierwszy rzut oka przypominał Torkelowi
nieczynną stację kontroli pojazdów.
Erik zebrał ich w aneksie kuchennym, przeprosił, że nie ma kawy,
powiedział, że bardzo się cieszy, iż Krajowa Policja Kryminalna
zdecydowała się im pomóc, a następnie pokrótce zreferował wszystko, co
wiedzieli na temat rodziny i czterech zabójstw. Billy, Vanja i Torkel
słuchali w skupieniu, od czasu do czasu zadając pytania. Sebastian się
wyłączył. Na tym etapie, kiedy przejmowali sprawę od lokalnej policji,
zwykle siedział gdzieś na uboczu, popijał kawę i słuchał jednym uchem.
Ponieważ jednak w tej zapomnianej przez Boga dziurze nie mogli nawet
zaproponować ciepłego napoju, darował sobie słuchanie i siedział
pogrążony w myślach.
-?Jak chcecie działać? -?głos Erika Flodina przywrócił go do
rzeczywistości. Sprawa została przekazana w ich ręce i od teraz
planowanie miało należeć do Torkela.
-?A więc macie podejrzanego, tego Cedera? -?zapytała Vanja.
-?No tak... -?Erik zawahał się na moment. -?Groził tej rodzinie, ale
teraz wydaje się, że może mieć alibi.
-?Vanja, Sebastian, zajmijcie się nim -?polecił Torkel, wstając. -?Billy
i ja pojedziemy na miejsce zbrodni.
-?Dopilnuję, żeby Fredrika dotrzymała wam towarzystwa -?powiedział Erik
i wyszedł. Sebastian popatrzył na Torkela, który zbierał dokumenty ze
stołu.
Torkel i Billy.
On i Vanja.
Pasowało mu to idealnie, ale czy Torkel chciał w ten sposób zaznaczyć
swój dystans?
Podczas wielogodzinnej podróży do Torsby niewiele się do siebie
odzywali. Zamienili może z dziesięć zdań. Sebastian próbował sobie
przypomnieć, czy zwykle rozmawiali więcej w samochodzie, i doszedł do
wniosku, że chyba nie. Tłumaczył sobie, że zeszłym razem było podobnie.
Jechali wtedy z Östersund do schroniska górskiego, którego nazwy już nie
pamiętał. Poza tym Torkel dokonał właściwego wyboru, biorąc pod uwagę, w czym każde z nich było dobre. Sebastian nie przydałby się na miejscu
zbrodni. Z drugiej strony on i Vanja byli nie do pobicia w sali
przesłuchań.
Mimo wszystko czuł, że któregoś dnia będą musieli porozmawiać o tym, co
stało się tamtego wieczoru.
Porozmawiać o Ursuli.
Ale nie teraz.
Choć pomieszczenie, w którym się znajdowali, było zbyt małe, by mówić o przestrzeni biurowej, mieściło się tam pięć biurek. Dwie pary stały
naprzeciwko siebie pod oknami, a piąte, samotne, po lewej stronie drzwi.
Siedzący przy nim Sebastian ospale studiował przyklejone taśmą dziecinne
rysunki i zdjęcia, które przedstawiały czyjąś żonę i dzieci.
Jednocześnie odsłuchiwał nagranie przesłuchania Jana Cedera.
Rozmawiali już o groźbach i skradzionej broni, a teraz pojawił się wątek
ubezpieczeń. Na razie nic ciekawego. Sebastian wziął do ręki długopis i dorysował dużego penisa jednemu z kreskowych ludzików. Uśmiechnął się
sam do siebie. Dziecinne, ale fajne.
-?Gdzie pan był wczoraj? -?zapytał Erik na nagraniu. Sebastian
zauważył, że Vanja nadstawiła uszu. Odłożył długopis i oparł się na
krześle. Zaczął się zastanawiać, czy ktokolwiek miałby coś przeciwko
temu, gdyby wyciągnął nogi na blat. Uznał, że ma to w dupie. Erik
natychmiast posłał mu spojrzenie pełne dezaprobaty, on jednak to
zignorował.
-?Wczoraj?
-?Tak. Wczoraj -?powtórzył Erik.
-?Byłem w Filipstad - odparł bez namysłu Ceder.
-?Kiedy pan tam pojechał?
-?We wtorek wieczorem.
-?A kiedy pan wrócił?
-?Dzisiaj. Przed południem. Zdążyłem pobyć w domu z godzinę, kiedy ona
przyjechała mnie zabrać.
-?Kiedy mówi "ona", chodzi mu o Fredrikę -?wtrącił Erik.
Vanja pokiwała głową i zanotowała coś w leżącej przed nią książce.
Jeżeli Jan Ceder mówił prawdę, w dniu popełnienia morderstwa nie było go
w okolicach Torsby.
-?Jak dostał się pan na miejsce i jak stamtąd wrócił? -?zapytał Erik
na nagraniu.
-?Autobusem 303 do Hagfors i 302 do Filipstad.
- Podał nam to -?odezwał się Erik, kiedy po raz kolejny zapadła cisza.
Trzymał foliowy woreczek z kawałkiem papieru w środku. Vanja wzięła go
do ręki. Był to zmięty bilet Värmlandstrafiken.
Tam i z powrotem.
Wyjazd przedwczoraj. Powrót dzisiaj.
-?Co pan tam robił? -?brzmiało kolejne pytanie przesłuchania.
-?Byłem u kolegów.
-?Przez cały czas?
-?Tak, trochę zabalowaliśmy i... tak, przez cały czas.
-?Poproszę nazwiska i numery telefonów tych kolegów.
Rozległ się szmer -?Fredrika podsuwała mu notes i długopis.
-?O co tu właściwie chodzi? - zapytał Ceder po chwili.
Zapadła cisza, jakby policjanci w pokoju przesłuchań zastanawiali się,
jak wiele ujawnić, i po chwili doszli do wniosku, że Ceder prędzej czy
później i tak będzie musiał zostać poinformowany, dlaczego go
zatrzymano.
-?Carlstenowie nie żyją - odezwał się Erik. -?Zostali zastrzeleni ze
śrutówki. Co ma pan do powiedzenia na ten temat?
Erik wyłączył dyktafon.
-?Nie miał nic do powiedzenia. Przynajmniej bez adwokata.
Wyjął taśmę z dyktafonu i schował z powrotem do pudełka. Następnie
odwrócił się do Vanji.
-?Fredrika zadzwoniła do ludzi, których wymienił, i najwyraźniej
wszystko się zgadza. Ceder ma alibi.
-?No to dlaczego tu jeszcze siedzi? -?zapytał Sebastian.
Erik spojrzał na niego, w dalszym ciągu z lekką dezaprobatą, jak mu się
wydawało. Zdjął nogi z biurka, wstał i zaczął chodzić po niewielkim
pokoju.
-?Zrozumiałem z tego, że Ceder był alkoholikiem i miał trudności z kontrolowaniem popędów. Tak mówiłeś?
Przystanął i spojrzał pytająco na Erika.
-?Tak.
-?Ale teraz sugerujesz, że zaplanował to w tak drobnych szczegółach, że
postarał się o fałszywe alibi i na poparcie swojej historii kupił bilety
autobusowe do Filipstad?
Erik nie odpowiedział, więc Sebastian mówił dalej.
-?Jeżeli tak dokładnie to zaplanował, nie groziłby im chyba przy
wszystkich, skoro dzień później miał zamiar pojechać do nich do domu i ich zastrzelić?
-?Przecież mówię, że w tej chwili wygląda na to, że miał alibi -
powiedział Erik z zaciętą miną, a w jego głosie pobrzmiewała kiepsko
skrywana irytacja. -?Ale wciąż możemy znaleźć resztki prochu lub krwi na
jego dłoniach albo ubraniach. Jeżeli znajdziemy zaginioną broń, możemy
porównać ją z łuskami z domu. Nie przesłuchaliśmy jeszcze sąsiadów
Carlstenów, może ktoś widział Cedera w pobliżu ich domu. Jeżeli okaże
się, że tak było, wrócimy do gry.
Sebastian pokręcił głową. Nie mógł powstrzymać uśmiechu.
-?A może cofniemy się w czasie, staniemy pod ich domem i zobaczymy, kto
strzela. To się wydaje bardziej realne.
-?Sebastian, dosyć!
Vanja wstała. Sebastian odwrócił się do niej. W jej oczach pojawił się
mrok. Znał go aż nazbyt dobrze. Była na niego zła. Wbijała w niego wzrok
jeszcze przez kilka sekund, po czym odwróciła się do Erika.
-?Przepraszam, on... czasami jest idiotą.
-?Już miałem okazję się przekonać -?odparł Erik znacznie łagodniejszym
tonem, nie spuszczając wzroku z Sebastiana. -?Niektórzy myślą, że skoro
nie jesteśmy ze Sztokholmu, do niczego się nie nadajemy.
-?To, że mieszkasz w dziurze, nie ma tu nic do rzeczy -?oznajmił
Sebastian przyjacielskim tonem. -?W dużych miastach niekompetencja też
nie jest zbyt sexy.
Vanja westchnęła w duchu. Właściwie nie była zdziwiona. Wiedziała, że
Sebastian zupełnie nic sobie nie robił z tego, co myślą o nim inni, ale
zwykle to Ursula przy każdej możliwej okazji krytykowała pracę lokalnej
policji. Sebastian był nieznośny w obecności świadków i członków rodzin.
Jakby podzielili się obowiązkami. Najwyraźniej jednak pod nieobecność
Ursuli Sebastian sam troszczył się o to, żeby wszystkich do nich zrazić.
Vanja ponownie zwróciła się do Erika.
-?Gdzie jest Ceder? Chcielibyśmy z nim porozmawiać.
Erik bez słowa minął Sebastiana i wyszedł na korytarz.
Kiedy weszli do pokoju, z krzesła podniosła się kobieta koło
czterdziestki i wyciągnęła rękę w ich kierunku.
-?Flavia Albrektsson, adwokat Jana Cedera.
Vanja przywitała się, przedstawiła, po czym wysunęła jedno z krzeseł po
przeciwnej stronie stołu i usiadła.
-?Flavia to rzadkie imię -?odezwał się Sebastian.
Vanja odniosła wrażenie, że za długo ściska dłoń prawniczki.
-?Tak.
-?I piękne -?dodał z uśmiechem, w końcu zwalniając uścisk. -?Skąd się
wywodzi?
Vanja przewróciła oczami. Gdyby Sebastian miał przed sobą
czterdziestoletniego adwokata o imieniu Flavius, gówno by go obchodziło,
skąd wywodzi się jego imię.
-?Może omówimy to później -?powiedziała neutralnym tonem Vanja.
Następnie posłała Flavii krótki uśmiech i spojrzała na Sebastiana.
-?Mam nadzieję, że tak będzie -?rzekł Sebastian i również uśmiechnął się
do Flavii.
Tym razem odpowiedziała na uśmiech. Sebastian wysunął krzesło koło Vanji
i usiadł. Flavia zrobiła to samo. Sebastian przyjrzał się jej. Zobaczył
ciemne włosy, obcięte na pazia, otaczające okrągłą, szczerą twarz. Oczy
i usta podkreślone dyskretnym makijażem. Naszyjnik z pereł nad
kołnierzem cienkiego szarego sweterka z wełny, który miała pod żakietem.
Małe piersi. Obrączkę na lewej dłoni. Zwykle oznaczało to więcej roboty.
Silniejszy początkowy opór, bardziej niepewny finał. Jeżeli naprawdę
chciał się z kimś przespać w Torsby, powinien chyba zacząć od czegoś
prostszego.
Vanja spojrzała na Sebastiana, doszła do wniosku, że nie zamierza on
kierować przesłuchaniem, i skierowała uwagę na lekko przygarbionego
mężczyznę u boku poprawnie ubranej kobiety. Wyglądał na zmęczonego.
-?Proszę nam opowiedzieć o Carlstenach.
-?Co mam opowiadać? -?odparł Ceder i wzruszył ramionami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki