Kiedy tuż przed wpół do ósmej wieczorem
taksówka skręciła w Tolléns väg, Richard Granlund nie spodziewał się, że
jego dzień może być jeszcze gorszy. Czterodniowy pobyt w Monachium i okolicach. Podróż w interesach. W lipcu Niemcy pracowali w zasadzie
normalnie. Od rana do wieczora miał spotkania z klientami. Fabryki, sale
konferencyjne i całe morze wypitej kawy. Był zmęczony, ale zadowolony.
Taśmy transportowe i procesowe może nie były szalenie ekscytujące - jego
praca rzadko budziła zaciekawienie, nigdy nie stawała się naturalnym
tematem rozmów przy kolacjach czy innych okazjach towarzyskich - ale
sprzedawały się nieźle. Taśmy. Sprzedawały się naprawdę dobrze.
Samolot z Monachium miał wylecieć o 9.05. Byłby wówczas w Sztokholmie
dwadzieścia po jedenastej. Zajrzałby na chwilę do biura, by sprawdzić
sytuację. Do domu dotarłby około pierwszej. Zamierzał zjeść późny lunch
z Kathariną, a potem resztę popołudnia poświęcić na pracę w ogrodzie.
Taki był plan.
Dopóki nie usłyszał, że lot o 9.05 na Arlandę jest odwołany. Ustawił się
w kolejce do stanowiska Lufthansy i dostał miejsce w samolocie o 13.05.
Jeszcze cztery godziny na Flughafen München Franz Josef Strauss. Nie
było mu do śmiechu. Z westchnieniem rezygnacji wyjął komórkę i napisał
SMS-a do Kathariny. Będzie musiała zjeść lunch bez niego. Ale może zdążą
jeszcze spędzić trochę czasu w ogrodzie. Jaka jest pogoda? Może drink na
werandzie wieczorem? Mógł coś przywieźć, miał teraz czas na zakupy.
Katharina odpowiedziała natychmiast. To przykre z tym spóźnieniem.
Tęskni za nim. Pogoda w Sztokholmie jest wspaniała, więc drink to
świetny pomysł. Liczy na niespodziankę. Całusy.
Richard udał się do jednego ze sklepów, które nadal wabiły swoją ofertą
tax free, choć był przekonany, że dla zdecydowanej większości podróżnych
nie miało to już większego znaczenia. Znalazł półkę z gotowymi drinkami
i wziął butelkę, którą znał z telewizyjnej reklamy. Mojito Classic.
W drodze do Press-Stopu sprawdził swój lot na tablicy. Gate 26.
Potrzebował dziesięciu minut na dojście.
Zamówił filiżankę kawy i kanapkę, potem zajął się przeglądaniem świeżo
zakupionego numeru "Garden Illustrated". Czas powoli posuwał się
naprzód. Przez kilka minut oglądał wystawy sklepów, kupił jeszcze jedną
gazetę, tym razem o gadżetach, poszedł do innej kawiarni i wypił butelkę
wody mineralnej. Po wizycie w toalecie wreszcie nadeszła pora, żeby udać
się do samolotu. W poczekalni przeżył kolejne zaskoczenie. Samolot o 13.05 miał opóźnienie. Nowy boarding time 13.40. Wylot był spodziewany
mniej więcej o 14.00. Richard znów sięgnął po telefon. Poinformował
Katharinę o dodatkowym spóźnieniu i dał wyraz swojej złości na samoloty
w ogóle i Lufthansę w szczególności. Znalazł wolne krzesło i usiadł. Nie
dostał żadnego SMS-a z odpowiedzią.
Zadzwonił.
Nikt nie odbierał.
Może wybrała się na lunch do miasta z kimś innym. Schował komórkę i zamknął oczy. Wkurzanie się na tę całą sytuację nie miało sensu, i tak
nie mógł nic na to poradzić.
Za kwadrans druga młoda kobieta zza kontuaru wezwała pasażerów na
pokład, przepraszając za opóźnienie. Kiedy wszyscy już siedzieli w kabinie, po rutynowej prezentacji środków bezpieczeństwa, której i tak
nikt nie słuchał, głos zabrał kapitan. Jakaś lampka w samolocie
pokazywała błędne wartości. Problem tkwił chyba w samej lampce, ale nie
należało ryzykować. Obsługa techniczna już była w drodze, żeby jej się
przyjrzeć. Kapitan przeprosił za to utrudnienie i wyraził nadzieję na
wyrozumiałość. W samolocie szybko zrobiło się gorąco. Richard czuł, jak
jego wyrozumiałość i względnie dobry humor wypływają z niego wraz z potem nasączającym koszulę na plecach i pod pachami. Wreszcie znów
odezwał się kapitan. Z dobrą wiadomością. Usterka została usunięta. I z drugą, trochę gorszą. Przegapili swój przedział czasowy i wyglądało na
to, że muszą przepuścić jeszcze dziewięć samolotów, ale gdy nadejdzie
ich kolej, wylecą do Sztokholmu.
Kapitan wyraził ubolewanie.
Wylądowali na Arlandzie o 17.20.
Spóźnieni dwie godziny i dziesięć minut.
Albo sześć godzin.
Zależy, jak na to spojrzeć.
W drodze po bagaż Richard znów zadzwonił do domu. Nikt się nie zgłosił.
Spróbował jeszcze raz na komórkę Kathariny. Po pięciu sygnałach włączyła
się poczta głosowa. Pewnie była w ogrodzie i nie słyszała telefonu.
Richard dotarł do wielkiej hali z taśmociągami bagażowymi. Monitor nad
taśmą numer trzy informował, że za osiem minut zostaną dostarczone
bagaże z lotu LH2416.
Czekali dwanaście minut.
A kwadrans później Richard miał pewność, że jego walizki tam nie było.
Znów musiał ustawić się w kolejce, żeby zgłosić zaginięcie bagażu w okienku Lufthansy. Zostawił kwit, podał swój adres i jak najlepszy opis
zaginionej walizki i mógł wreszcie wyjść do hali przylotów i poszukać
taksówki. Po wyjściu przez wahadłowe drzwi zderzył się z upałem.
Naprawdę było lato. Zapowiadał się piękny wieczór. Czuł lekki nawrót
dobrego humoru na myśl o drinku z rumem na werandzie w promieniach
wieczornego słońca. Stanął w kolejce do taksówek. Kiedy wyjeżdżali z kompleksu Arlandy, kierowca powiedział mu, że dzisiaj na ulicach
Sztokholmu panowało szaleństwo. Kompletne szaleństwo. Równocześnie
zwolnił do mniej więcej pięćdziesięciu kilometrów na godzinę i został
wessany w niekończący się korek samochodów jadących na południe drogą
E4.
Tak więc kiedy taksówka wreszcie skręciła w Tolléns väg, Richard
Granlund nie spodziewał się, że dzisiaj może go spotkać coś jeszcze
gorszego.
Zapłacił kartą i przeszedł przez kwitnący, zadbany ogród do domu.
Aktówkę i plastikową torbę z butelką zostawił przy drzwiach.
- Halo!
Nikt nie odpowiedział. Richard zdjął buty i wszedł do kuchni. Wyjrzał
przez okno, żeby sprawdzić, czy Kathariny nie ma w ogrodzie, ale było
tam pusto. Tak samo jak w kuchni. Żadnej karteczki z wyjaśnieniem.
Richard sięgnął po swój telefon i sprawdził, czy nie ma nieodebranych
połączeń albo SMS-ów. Nie było. W domu panowała duchota. Słońce grzało
niestrudzenie. Richard otworzył drzwi na werandę i tak zostawił, żeby
się wietrzyło. Potem poszedł na górę. Chciał wziąć prysznic i się
przebrać. Czuł się brudny, całe ubranie miał przepocone. Jeszcze na
schodach zdjął krawat i zaczął odpinać koszulę, ale przerwał, kiedy
wszedł do sypialni. Katharina leżała na łóżku. To było pierwsze, co
zauważył. Potem błyskawicznie zarejestrował jeszcze trzy rzeczy.
Leżała na brzuchu.
Była związana.
Nie żyła.
Było kilka minut po północy, gdy Vanja
weszła do sali, którą zawsze nazywali tylko "Pokojem". Sześć krzeseł
ustawionych wokół owalnego stołu konferencyjnego na szarozielonej
wykładzinie dywanowej. Panel kontrolny do rozmów grupowych, konferencji
wideo i do projektora pod sufitem znajdował się na środku stołu, który
oprócz kilku butelek wody Loka i czterech szklanek był pusty. Nie było
szklanych ścian wychodzących na inne pomieszczenia wydziału. Nikt nie
miał tu wglądu. Na jednej z bocznych ścian Pokoju wisiała biała tablica,
na której Billy sumiennie zapisywał wszystko, co wiązało się z aktualną
sprawą. Właśnie przypinał zdjęcie Kathariny Granlund, kiedy weszła
Vanja. Usiadła na jednym z krzeseł i położyła przed sobą na blacie trzy
teczki.
- Co miałeś robić dziś wieczorem?
Billy był zaskoczony jej pytaniem. Spodziewał się, że powie coś o morderstwie. Zapyta, czy znalazł powiązania między trzema zamordowanymi
kobietami. Czy do czegoś doszli. To nie znaczyło, że Vanji nie
obchodzili koledzy z pracy, ale była najbardziej skoncentrowanym
śledczym, jakiego Billy znał, rzadko ucinała sobie pogawędki lub
omawiała prywatne sprawy podczas pracy.
- Byłem w Parkteatern - odparł Billy, siadając. - Musiałem wyjść zaraz
po przerwie.
Vanja spojrzała na niego z mieszanką zdumienia i nieufności w oczach.
- Nie mów, że chodzisz do teatru.
To prawda. Billy wielokrotnie, gdy w rozmowach wykraczali poza sprawy
zawodowe, mówił o teatrze jako o "martwej sztuce" i twierdził, że tak
samo jak ludzie porzucili konne wozy, kiedy pojawiły się samochody, tak
teraz teatr powinien po cichu i z godnością odejść w zapomnienie po
wynalezieniu kina.
- Poznałem dziewczynę, to ona chciała iść.
Vanja uśmiechnęła się, jasne, że to musiała być dziewczyna.
- A co powiedziała, kiedy musiałeś się zwijać?
- Nie wiem, czy mi uwierzyła. Już podczas pierwszego aktu raz mnie
obudziła... A ty, co ty robiłaś?
- Nic, byłam w domu, czytałam książkę o Hindem.
Co z powrotem doprowadziło ich do przyczyny, dla której siedzieli w tym
opustoszałym budynku na Kungsholmen, kiedy nowy dzień miał zaledwie
kilka minut.
Trzy kwadranse później byli zmuszeni przyznać, że wcale nie posunęli się
dalej. Te trzy ofiary nie miały żadnego wspólnego mianownika. Różny
wiek, dwie mężatki, jedna rozwiedziona, jedna miała dziecko, nie
dorastały w tej samej miejscowości, nie chodziły do tych samych szkół,
nie pracowały w tej samej branży, nie były też członkiniami tych samych
stowarzyszeń czy organizacji, żadnych wspólnych zainteresowań, ich
mężowie też nie byli w żaden widoczny sposób powiązani, nie były
zaprzyjaźnione na Facebooku ani innych portalach społecznościowych.
Nie znały się.
Nie miały nic wspólnego.
Przynajmniej Billy i Vanja nie mogli niczego znaleźć. Billy rozczarowany
zamknął komputer i zmęczony odchylił się na krześle. Vanja wstała i podeszła do tablicy. Przyglądała się zdjęciom trzech kobiet. Każda miała
jedno zdjęcie zrobione za życia, na pozostałych były martwe. W prawym
rogu też były przypięte zdjęcia w pionowych rzędach. Z lat
dziewięćdziesiątych. Przerażająco podobne do tych nowych zdjęć.
- On kopiuje wszystko dokładnie.
- Tak, też o tym myślałem, jak to jest możliwe? - Billy podszedł do
niej. - Czy sądzisz, że oni się znają?
- Niekoniecznie, te stare zdjęcia były przecież publikowane.
- Gdzie? - zapytał Billy zaskoczony.
Trudno było sobie wyobrazić jakąkolwiek gazetę, która mogłaby wydrukować
tak drastyczne zdjęcia, a w roku 1996 internet nie był takim
niewyczerpanym źródłem informacji, jakim jest dzisiaj.
- Między innymi w książkach Sebastiana - wyjaśniła Vanja i odwróciła się
do niego. - Czytałeś je?
- Nie.
- Powinieneś. Są naprawdę świetne.
Billy nie odpowiedział, skinął tylko głową. Biorąc pod uwagę zdanie
Vanji na temat Sebastiana, to była przypuszczalnie jedyna pozytywna
rzecz, jaką mogła o nim powiedzieć. Billy nie był pewien, czy ma to
poruszyć, było późno i Vanja już wcześniej wieczorem okazywała oznaki
irytacji, ale w końcu zapytał:
- Myślisz, że go wciągniemy do współpracy?
- Sebastiana?
- Tak.
- Mam głęboką nadzieję, że jednak nie.
Vanja wróciła na swoje miejsce, pozbierała teczki, które przyniosła ze
sobą, i skierowała się do drzwi.
- Ale za to musimy odwiedzić Hindego w Lövhadze. Pomyślałam, że
moglibyśmy tam pojechać razem, ty i ja. - Otworzyła drzwi i zatrzymała
się. - To do jutra. Zadzwonisz też do Torkela i opowiesz mu, jak mało
znaleźliśmy?
Nie czekając na odpowiedź, wyszła i zostawiła Billy'ego samego. A więc
to było jego zadanie - zadzwonić i przekazać złe wiadomości. Jak zwykle.
Rzucił okiem na zegar. Krótko przed pierwszą. Z westchnieniem sięgnął do
kieszeni po komórkę.
Sebastian obudził się, kiedy ktoś dotknął
jego twarzy. Otworzył oczy, szybko zorientował się, że jest w obcej
sypialni, i przekręcił się na lewy bok, próbując równocześnie odtworzyć
w pamięci wieczór, który zaprowadził go właśnie tutaj. Szedł za Vanją do
domu. Zobaczył, że weszła do bramy. Akurat zamierzał się wycofać na swój
stały punkt obserwacyjny, kiedy znienacka wybiegła z domu. Po kilku
sekundach pojawił się radiowóz, do którego wsiadła. Coś się musiało
stać.
Vanja była tam potrzebna.
On nie był potrzebny nigdzie.
Zmęczonym krokiem ruszył do domu, do swojego o wiele za dużego
mieszkania, ale dość szybko poczuł wewnętrzny niepokój. Miał tylko jeden
sposób, żeby pozbyć się tego niepokoju i zniechęcenia. Przejrzał program
w gazecie i zdecydował się na prelekcję w ABF-huset: Wieczór z Jussim
Björlingiem. Zupełnie nie był zainteresowany tematem, ale na wszystkich
imprezach kulturalnych większość widowni stanowiły kobiety, więc po
krótkim namyśle Sebastian zasiadł w trzecim rzędzie obok
czterdziestoletniej, na oko samotnej kobiety bez obrączki na palcu. W przerwie nawiązał pogawędkę. Potem wypili po bezalkoholowym drinku.
Kontynuowali rozmowę. Postanowili zjeść wspólnie kolację. Odbyli krótki
spacer do jej mieszkania na Vasastaden. Poszli do łóżka. A teraz ona go
budziła. Ellinor Bergkvist. Ekspedientka w domu towarowym ?hléns.
Gospodarstwo domowe. Która była właściwie godzina? Za oknem jasno, ale
to nic nie znaczyło. Przecież była pełnia lata. Ellinor leżała na boku
zwrócona ku niemu, z łokciem na poduszce i głową podpartą ręką, palcem
wskazującym drugiej ręki wodziła po jego twarzy. Była to poza, którą
mogła podpatrzyć w komediach romantycznych. W filmie urocze, w rzeczywistości wyjątkowo irytujące. Zmierzwiony kosmyk jasnorudych
włosów opadał jej na jedno oko. Uśmiechnęła się w sposób, który, jak
Sebastian przypuszczał, miał być "łobuzerski", równocześnie zatrzymała
palec na czubku jego nosa i trochę mocniej nacisnęła.
- Dzień dobry, śpiochu.
Sebastian westchnął. Nie mógł się zdecydować, co było najgorsze. To, że
zwraca się do niego jak do niemowlęcia, które właśnie przebudziło się z drzemki, czy emanujące z niej świeże romantyczne poczucie bliskości.
Chyba raczej to drugie. Już podczas przechadzki do jej mieszkania
podejrzewał, że może do tego dojść.
Wzięła go za rękę.
Nie wypuszczała jego dłoni.
Przez całą drogę. Jak kiczowata klisza zakochanej pary wędrującej nocą
przez letni Sztokholm. Pięć godzin po tym, jak spotkali się po raz
pierwszy. To było straszne. Sebastian zastanawiał się, czy nie powinien
tego przerwać i się wycofać, ale w końcu zdecydował, że poświęcił za
dużo czasu i energii, żeby zakończyć sprawę, zanim dostał to, czego
chciał. Czego potrzebował.
Seks był nudny i bez zaangażowania z jego strony, ale przynajmniej
sprawił, że zasnął na kilka godzin. Zawsze to coś. Sebastian odwrócił
głowę tak, żeby nie mieć jej palca na nosie, i odchrząknął.
- Która godzina?
- Wpół do siódmej. Dochodzi. Co zamierzasz dzisiaj robić?
Sebastian westchnął znowu.
- Muszę niestety pracować.
Kłamstwo. Nie pracował. Nie robił tego od lat, nie licząc tego krótkiego
zaangażowania w pracę zespołu do spraw zabójstw Krajowej Policji
Kryminalnej w Väster?s sprzed kilku miesięcy. Teraz znów nie robił nic.
I zamierzał się tego trzymać. Nie było niczego, co chciałby robić, a już
na pewno nie w towarzystwie Ellinor Bergkvist.
- Gdybym cię nie obudziła, jak długo jeszcze mógłbyś spać?
Co to za idiotyczne pytanie? Skąd miałby to wiedzieć? Tamten sen
przypuszczalnie i tak by go obudził, bardzo rzadko zdarzały się noce,
kiedy nie przychodził, nie można było tego przewidzieć. Zresztą nie
zamierzał jej o tym opowiadać. Zamierzał sobie pójść. Opuścić to
mieszkanie i Vasastaden tak szybko, jak to tylko możliwe.
- Nie wiem, może do dziewiątej. A co?
- Dwie i pół godziny. - Palec wskazujący znów podjął wędrówkę po jego
twarzy, przesuwał się po czole, w dół po nasadzie nosa, do ust. Ten ruch
był o wiele bardziej intymny niż rzeczy, które robili kilka godzin temu.
Sebastian powstrzymał odruch, by wstać z łóżka. - Więc jeśli nie chcesz
spać dalej - ciągnęła Ellinor - mamy dwie godziny, żeby zająć się czymś
innym, zanim poświęcisz się swojej bardzo ważnej pracy. - Jej palec
wędrował dalej przez jego podbródek, szyję, mostek i wszedł pod poszwę
bez kołdry. Sebastian spojrzał jej w oczy. Jej zielone oczy. Zauważył,
że lewe miało brązową plamkę na tęczówce, jakby źrenica się rozlała.
Dłoń posuwała się coraz dalej w dół.
Okazało się, że jednak było coś, co Sebastian mógł robić z Ellinor
Bergkvist.
Śniadanie.
Jak ona go do tego skłoniła?
Nieopatrznie rzucona obietnica po stosunku?
Otwarte okno w kuchni wychodziło na podwórko, ale mimo to w mieszkaniu
było gorąco. Z zewnątrz dał się słyszeć ryk przejeżdżającego motocykla,
ale poza tym panowała cisza. Cisza letniego poranka. Przebiegając
wzrokiem nakryty do śniadania stół, Sebastian zastanawiał się, co to był
za dzień. Jogurt, dwa rodzaje płatków, muesli, świeżo wyciśnięty sok,
ser, szynka, metka, plasterki ogórka, pomidorów i papryki, kawałki
arbuza. Środa, czy to możliwe? Wtorek? Zapach upieczonych bułek wypełnił
kuchnię, kiedy Ellinor wyjęła blachę z piekarnika i włożyła gotowe
niewielkie bagietki do ściereczki. Potem umieściła zawiniątko w wiklinowym koszyku i z uśmiechem postawiła na stole, by zaraz wrócić do
wyspy na środku obszernej kuchni. Sebastian nie był głodny. Pstryknął
elektryczny czajnik i Ellinor nalała wrzątku do stojącego przed nim
kubka. Sebastian zajrzał do naczynia, w którym woda w zetknięciu z proszkiem na dnie natychmiast zabarwiła się na ciemnobrązowy kolor.
Najwidoczniej Ellinor potraktowała to spojrzenie jako krytykę.
- Przykro mi, ale mam tylko kawę rozpuszczalną, normalnie piję herbatę.
- Nie szkodzi...
Nalała wody do swojego kubka i poszła odstawić czajnik. W pół drogi z powrotem do stołu zatrzymała się na chwilę.
- Może chcesz mleka?
- Nie.
- Jeśli chcesz, mogę zagrzać. Będzie jak latte.
- Nie, tak jest dobrze.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Tak.
- Okej.
Ellinor uśmiechnęła się, usiadła naprzeciwko, wzięła torebkę herbaty -
cytryna z imbirem - włożyła do gorącej wody, potem kilka razy wyciągała
ją i zanurzała. Znów poszukała spojrzenia Sebastiana i uśmiechnęła się
do niego. Jemu udało się wydusić z siebie coś, co przy odrobinie dobrej
woli można było wziąć za odwzajemnienie uśmiechu, po czym odwrócił
wzrok. Nie chciał tu być. Starał się unikać takich sytuacji. Teraz
przypomniał sobie dlaczego. Nie potrafił znieść tego fałszywego poczucia
wspólnoty, wrażenia, że coś ich łączy, mimo iż - przynajmniej gdyby to
od niego zależało - nigdy więcej się nie spotkają. Pogrążony w myślach
przesuwał spojrzeniem po kuchennych szafkach, podczas gdy Ellinor w milczeniu dodała do herbaty łyżeczkę miodu. Wyjęła z koszyka bułkę,
przekroiła ją, posmarowała masłem, położyła ser, szynkę i dwa kółka
żółtej papryki. Ugryzła kanapkę i przeżuwając, przyglądała się
Sebastianowi, który nadal siedział ze wzrokiem utkwionym gdzie indziej,
gdzieś poza nią.
- Sebastianie?
Drgnął i spojrzał na nią pytająco.
- O czym myślisz?
Rzeczywiście odpłynął. Znowu. Tam, dokąd zawsze powracał. Do myśli,
która ostatnio zdawała się go pochłaniać niemal przez cały czas. To było
uczucie, jakiego dotychczas nie znał. Opętanie. Nawet gdy był najmocniej
wciągnięty w pracę i odnosił największe sukcesy, nie miał problemu, żeby
odsunąć na bok niepożądane myśli. Jeśli pojawiała się jakaś sprawa,
która mogła zawładnąć jego życiem w sposób, jakiego sobie nie życzył, po
prostu na kilka dni przestawał o niej myśleć.
Zajmował się czymś innym.
Przejmował inicjatywę.
Sebastian Bergman był człowiekiem, który nie traci kontroli. Dla
niczego, dla nikogo. Przynajmniej tak było dotychczas.
Teraz był kimś innym.
Życie go przeczołgało. Poraniło go.
Nie tylko raz.
Ale dwa razy.
Jeszcze nie otrząsnął się na dobre po katastrofie w Tajlandii w drugi
dzień świąt 2004 roku, kiedy trzy miesiące temu pojechał do Väster?s.
Powodem tego wyjazdu była sprzedaż domu po rodzicach, a podczas
sprzątania ich rzeczy znalazł kilka listów. Adresowane do jego matki
listy zostały wysłane w 1979 roku. Pisała je kobieta, która twierdziła,
że spodziewa się dziecka Sebastiana. Wtedy te listy do niego nie
dotarły, ale teraz uczynił wszystko, żeby zidentyfikować nadawcę. Dawni
koledzy Sebastiana z policji kryminalnej właśnie znajdowali się w Väster?s z powodu brutalnego zabójstwa nastolatka, więc wprosił się do
śledztwa, żeby dzięki policyjnym uprawnieniom i dostępowi do rejestrów
dopasować twarz do osoby.
Uzyskać adres.
Mieć pewność.
I to wszystko mu się udało. Kobieta mieszkająca na Storskärsgatan 12
otworzyła mu drzwi. Twarz. Anna Eriksson. Uzyskał pewność. Tak, miał
córkę, ale ona nie mogła się nigdy dowiedzieć, że jej ojcem jest
Sebastian. Miała już ojca. Był nim Valdemar Lithner. Valdemar, który
wiedział, że Vanja nie jest jego.
A więc nie mieli się nigdy spotkać. Sebastian i jego córka. To by
zniszczyło tak wiele. Dla wszystkich. Więc Sebastian musiał obiecać, że
nie będzie próbował z nią rozmawiać.
Ale problem polegał na tym, że oni już się spotkali.
Nawet więcej.
Pracowali razem.
W Väster?s. On i Vanja Lithner. Oficer śledczy w zespole do spraw
zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej. Bystra, sprawna, skuteczna i silna.
Jego córka.
Miał córkę.
Znowu.
Od tego czasu prawie ją śledził. Właściwie nie potrafiłby wytłumaczyć,
dlaczego to robi, nawet sobie. Widział ją, ale to już było wszystko.
Nigdy się nie ujawnił. Co powinien powiedzieć? Co mógł powiedzieć?
Teraz podniósł wzrok na Ellinor, która przyjaźnie zapytała, o czym
myśli, i udzielił odpowiedzi, która nie potrzebowała żadnego
rozwinięcia:
- O niczym.
Ellinor pokiwała głową, z pozoru zadowolona z odpowiedzi albo choćby z tego, że znów zwrócił na nią uwagę. Sebastian sięgnął po kawałek arbuza.
Tyle przynajmniej mógł w siebie wcisnąć.
- Gdzie pracujesz?
- Bo co?
Nieprzyjemna odpowiedź, wręcz niegrzeczna, ale lepiej było przyhamować
to od początku. Sebastian naprawdę nie chciał, żeby to krępujące wspólne
śniadanie stało się okazją do wzajemnego poznania. Wiedzieli o sobie
dosyć. On o niej więcej niż ona o nim. Ellinor wiedziała, że on nazywa
się Sebastian Bergman i jest psychologiem. Przed pozostałymi pytaniami
skutecznie umiał się uchylać i bez problemu zastępował je
zainteresowaniem wobec jej osoby.
- Mówiłeś, że musisz pracować - ciągnęła Ellinor. - Jest środek lipca,
większość ludzi jest na urlopach, więc jestem ciekawa, czym się
zajmujesz.
- Pracuję nad pewnym... raportem.
- O czym?
- To jest... analiza. Dla szkoły policyjnej.
- Mówiłeś chyba, że jesteś psychologiem?
- Jestem, ale czasem współpracuję z policją.
Skinęła. Wypiła łyk herbaty i sięgnęła po kromkę chleba.
- Kiedy ma być gotowy?
Co to za pieprzone przesłuchanie.
- Mniej więcej za dwa tygodnie.
Te jej zielone oczy. Wiedziała, że on kłamie. Właściwie go to nie
obchodziło. Ani trochę nie przejmował się tym, co ona o nim myśli, ale
bardzo źle się czuł w tej niby normalnej sytuacji wspólnego śniadania,
kiedy oboje wiedzieli, że to tylko na niby. Złuda. Dość tego. Sebastian
odsunął krzesło.
- Pójdę już.
- Zadzwonię do ciebie.
- Jasne...
Drzwi zatrzasnęły się za nim. Ellinor siedziała jeszcze przy stole,
nasłuchując jego kroków. Zszedł po schodach. Uśmiechnęła się do siebie.
Wiedziała, że tak zrobi. Siedziała, aż przestała go słyszeć, wtedy
wstała od stołu i poszła do sypialni. Stanęła przy oknie. Jeśli
przejdzie przez ulicę i skręci w lewo, jeszcze go zobaczy. Ale poszedł
inną drogą.
Ellinor usiadła na niepościelonym małżeńskim łóżku. Położyła się na jego
połowie. Nakryła się jego prześcieradłem, wtuliła nos w jego poduszkę i głęboko wciągnęła powietrze. Wstrzymała oddech, żeby zachować w sobie
jego zapach.
Żeby go zatrzymać.
Vanja mieszkała na wzniesieniu ponad
Frihamnen. Sebastian był prawie pewny, że jej mieszkanie ma trzy pokoje.
Tak pewny, jak tylko można być, oglądając mieszkanie z niewielkiego
wzgórka oddalonego o sto metrów. To był jasnożółty modernistyczny
budynek. Siedem pięter. Vanja mieszkała na czwartym. Z tego, co widział,
w mieszkaniu nic się nie poruszało. Może jeszcze spała. Albo była w pracy. Nie przeszkadzało mu, że akurat teraz jej nie widział. Przyszedł
tutaj właściwie dlatego, że nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
Kilka tygodni temu sytuacja wyglądała inaczej.
Wtedy poczuł, że koniecznie musi ją zobaczyć. Pragnie ją widzieć.
Zobaczyć, co robi. Chciał mieć lepszy widok niż ten, jaki dawało mu
wzgórze, więc postanowił wspiąć się na jedno z wielkich drzew
liściastych rosnących poniżej wzniesienia. Pierwsze metry poszły mu
nadspodziewanie dobrze. Udało mu się sięgnąć kilku gałęzi powyżej i wszedł jeszcze dalej. Potem zauważył, że może dostać się jeszcze wyżej,
po chwili szukania po omacku natrafił dłońmi na dobre miejsce, chwycił
kolejną gałąź i podciągnął się jeszcze o kilka metrów. Słońce
prześwietlało liście, które pięknie pachniały świeżością. Nagle poczuł
się jak mały chłopiec szukający przygód. Kiedy ostatnio wspinał się na
drzewo? Wiele, wiele lat temu. Ale był w tym dobry.
Zręczny.
Szybki.
Jego ojciec nie lubił tego, uważał, że Sebastian powinien więcej
zajmować się wyzwaniami intelektualnymi, rozwijać swoją muzykalność i talenty artystyczne. Jego matka głównie bała się o ubrania. Żadne z nich
nie lubiło, kiedy chodził po drzewach, więc robił to tym częściej. Tak
często, jak tylko mógł. Teraz napawał się uczuciem, że znów robi coś
zakazanego i awanturniczego.
Wtedy spojrzał w dół i uświadomił sobie, że już na tej wysokości będzie
miał poważne problemy z zejściem na dół. Przynajmniej bez szwanku.
Zręczność i szybkość już dawno przestały być cechami, które można mu
było przypisać. Równocześnie z tą przerażającą i budzącą zawroty głowy
świadomością pojawiło się wrażenie, że jego marynarka zaczepiła o ostrą
gałąź wystającą gdzieś z tyłu. Stracił równowagę. Nagle chłopiec
poszukujący przygód stał się niesprawnym mężczyzną w średnim wieku,
który ze wzbierającym poziomem kwasu mlekowego w mięśniach wisiał na
drzewie wysoko nad ziemią. Sebastian musiał poświęcić zarówno iluzję
chłopięcej przygody, jak i marynarkę, kiedy z trudem przedostał się do
pnia, po którym opuścił się, czy raczej zjechał w sposób niekontrolowany
niżej, na dolne gałęzie, które boleśnie zatrzymały jego rozpędzone
ciało. Na drżących nogach zszedł na ziemię, w rozerwanej marynarce i z piekącymi otarciami po wewnętrznej stronie ud.
Po tej przygodzie zadowalał się staniem na tym obecnie tak dobrze mu
znanym wzgórzu i oglądaniem mieszkania Vanji.
To wystarczyło.
Było wystarczająco szalone.
Nawet bał się myśleć, co by było, gdyby Vanja wyjrzała przez okno i nagle zobaczyła go, jak zwisa z drzewa obok jej mieszkania.
Jej mieszkanie wyglądało przytulnie. Nowoczesne zasłony. Czerwone i białe kwiaty w oknach. Małe lampki o regulowanej jasności na parapecie.
Niewielki balkon wychodzący na północny wschód, na którym przy ładnej
pogodzie między 7.20 a 7.45 Vanja piła swoją poranną kawę. Wtedy
Sebastian zawsze musiał się kryć za krzakami jałowca, z którymi nigdy
nie zamierzał zawierać tak bliskiej znajomości. Zdecydowanie była osobą
o wypracowanej rutynie, jego córka. Wstawała codziennie o 7.00, w weekendy około 9.00. We wtorki i czwartki przed pójściem do pracy szła
pobiegać. Sześć kilometrów. W niedziele podwajała dystans. Często
pracowała do późna i rzadko wracała do domu przed 20.00. Nie wychodziła
zbyt często wieczorami. Do knajpy. Może raz czy dwa w miesiącu. Z grupką
koleżanek. Nie zauważył, żeby miała chłopaka. W czwartki jadła kolację z rodzicami na Storskärsgatan. Przeważnie szła do nich sama, ale do domu
odprowadzał ją Valdemar Lithner.
Tata.
Byli bardzo zżyci, to się rzucało w oczy z daleka, kiedy się widziało,
jak idą razem. Blisko siebie. Dużo się śmiali, a przechadzka kończyła
się serdecznym uściskiem, Valdemar całował ją w czoło przed odejściem.
Zawsze. Symbol ich bliskiej relacji. To byłby bardzo piękny obrazek,
gdyby nie pewien drobny szczegół. Otóż jej prawdziwy ojciec stał kawałek
dalej i bacznie się temu przyglądał. Te chwile sprawiały Sebastianowi
największy ból. Przedziwny ból.
Gorszy niż zazdrość.
Większy niż zazdrość.
Cięższy niż wszystko inne.
To był ból z powodu życia, które nie było jego udziałem.
Kiedy przed dwoma tygodniami Sebastian zobaczył Vanję z Valdemarem na
lunchu we włoskiej restauracji w pobliżu komendy policji, przyszedł mu
do głowy pewien pomysł. Nie było to nic przyjemnego, wręcz przeciwnie.
Ale poczuł się lepiej. Przynajmniej wtedy i w tamtym miejscu.
Stopniowo zazdrość, którą odczuwał w stosunku do Valdemara, przeszła w złość, by zmienić się w końcu w coś, co można było nazwać tylko
nienawiścią. Była to nienawiść wobec tego wysokiego, szczupłego i przystojnego mężczyzny, który mógł iść tak blisko jego córki. Jego
córki! To przecież jemu należały się te uściski i czułość. On powinien
dostać całą tę miłość.
On!
Nikt inny.
Sebastian wiele razy wyobrażał sobie, że wychodzi z cienia i opowiada
wszystko, ale zawsze w ostatniej chwili się z tego wycofywał. Snuł
wizje, że w jakiś sposób zbliży się do Vanji, żeby później, kiedy uda im
się zbudować jakąś relację, mógł wyznać prawdę. Wtedy przynajmniej byłby
jakiś czas blisko niej. Mógłby ją poznać. Może uznałaby, że ją zdradził,
ale to nie powstrzymywało Sebastiana. Największym problemem był fakt, że
gdyby powiedział prawdę, obojętnie kiedy i w jaki sposób, nieodwołalnie
zniszczyłoby to jej relację z Valdemarem. I za to Vanja by go
znienawidziła. Już teraz szczerze go nie znosiła.
Nic nie było proste, kiedy chodziło o Vanję.
O ile ona sama nie zacznie wątpić w fałszywego ojca, rzecz jasna. To
mogłaby być droga do sukcesu, gdyby Sebastianowi udało się sprawić, żeby
sama strąciła Valdemara z tego piedestału, na którym on tak bezczelnie
się rozsiadł. To nie powinno być niewykonalne. Gdyby tak dowiedziała się
kilku rzeczy o Valdemarze, o jego brudnych sprawkach, tajemnicach, które
go demaskowały, to aureola nad jego głową mocno by się przekrzywiła. Nic
nie mogło skuteczniej zmienić ustalonych poglądów danej osoby niż jej
własne odkrycia i doświadczenia. Sebastian dobrze o tym wiedział. Często
dopiero poprzez odczucie pewnych rzeczy na własnej skórze człowiek
rozumiał, jak rzeczywistość wygląda naprawdę. Dlatego działanie zawsze
okazywało się tu bardziej skuteczne niż słowa, a własne działanie było
najcenniejsze.
I takie własne odkrycie mogłoby naturalnie zapoczątkować kwestionowanie
pozycji Valdemara.
Że nie był takim doskonałym ojcem.
Że był kimś innym.
Kimś o wiele gorszym.
Gdyby Sebastianowi udało się doprowadzić Vanję do tego odkrycia,
wywołałoby to u niej rozpacz i zagubienie. W takiej sytuacji czułaby się
samotna, rozczarowana i otworzyłaby się na inne rzeczy, na prawdę, może
nawet w głębi duszy czekałaby na nią. Cieszyłoby ją pojawienie się
ojcowskiej postaci, która od tak dawna na nią czekała, która zawsze była
blisko. Wtedy i w tej sytuacji może nawet objęłaby go, okazałaby, że go
potrzebuje. Kiedy będzie zraniona i utraci grunt pod nogami. Będzie po
prostu gotowa.
Miał wrażenie, że to jest naprawdę dobry plan. Wystudiowany, trudny do
przeprowadzenia, ale o przełomowym znaczeniu, jeśli się uda.
Ważny był tu research. Nie ma ludzi doskonałych. Każdy ma coś do
ukrycia. Trzeba tylko dotrzeć do tych sekretów. A potem wyeksponować je
jak najlepiej.
Plan był tak niegodziwy, że nawet Sebastian zawahał się przez sekundę.
Jeśli kiedykolwiek wyszłoby na jaw, że w jakikolwiek sposób był
zamieszany w pogrążanie Valdemara, na zawsze utraciłby możliwość
nawiązania relacji z Vanją. Ale gdyby mu się udało, byłby to przełom, na
który tak długo czekał. W bramie naprzeciwko tamtej włoskiej restauracji
postanowił, że to zrobi, że ona jest tego warta. Warta, by o nią
walczyć.
I tak nie miał żadnego innego życia.
Odsunął na bok wszelkie wątpliwości i poszedł prosto do domu, żeby
odszukać pewien numer telefonu. Numer, z którego od wielu lat nie
korzystał. Do dawnego komisarza policji, który pod każdym względem był
przeciwieństwem Torkela.
Impulsywny, pozbawiony skrupułów, gotów iść po trupach.
Został wyrzucony z policji kryminalnej, kiedy okazało się, że prowadził
prywatne śledztwo przeciw swojej żonie, podrzucał dowody, żeby w efekcie
aresztować jej nowego męża za przestępstwa narkotykowe, a wszystko po
to, żeby odebrać żonie prawo do opieki nad dziećmi. Właśnie kogoś
takiego Sebastian teraz potrzebował.
Kogoś takiego jak Trolle Hermansson.
Trolle odebrał po dziewiątym sygnale. Najpierw chciał powspominać stare
czasy, ale Sebastian wyraźnie nie był zainteresowany i zamiast tego
powiedział krótko, czego potrzebuje. Zakończył swoją prezentację
obietnicą tysiąca koron zapłaty, ale Trolle odrzucił tę propozycję. Był
najwyraźniej ucieszony, że ma coś do roboty. Potrzebował tylko kilku
dni.
To było przed dwoma tygodniami.
Od tamtego czasu Trolle szukał go kilka razy, ale Sebastian ignorował
jego telefony. Siedział w cichym mieszkaniu i słyszał telefon dzwoniący
bez końca. Tylko Trolle mógł czekać aż tyle sygnałów, to było dla
Sebastiana jasne. Ale nie był już pewien, czy nadal chce to wszystko
wiedzieć. Jeśli posunąłby się dalej w tej sprawie, czy zostałyby mu
jeszcze jakieś granice do przekroczenia?
Ale teraz poczuł, jak ogarnia go przygnębienie. Godziny na wzgórzu przed
domem Vanji. Seks. Dzisiejszej nocy był z Ellinor, wczoraj i jutro z jakąś inną. Puste mieszkanie. Puste życie. Musiał coś zrobić. Cokolwiek.
Zmiany. Wyjął komórkę i wybrał numer.
Trolle odebrał po trzech sygnałach.
- Właśnie się zastanawiałem, kiedy się odezwiesz - powiedział
schrypniętym po przebudzeniu głosem.
- Byłem trochę zajęty - wyjaśnił Sebastian, oddalając się od domu Vanji
z telefonem przy uchu. - Wyjeżdżałem.
- Nie okłamuj mnie. Śledziłeś ją. Córkę.
Sebastian zesztywniał na moment, zanim dotarło do niego, że Trolle mówił
o córce Valdemara. Jasne.
- A skąd to wiesz?
- Bo jestem lepszy do ciebie.
Sebastian miał wrażenie, że słyszy, jak po drugiej stronie kolega
uśmiecha się z zadowoleniem.
- Nie prosiłem cię, żebyś ją sprawdzał - powiedział poirytowany.
- Nie, ale ja wykonuję swoją robotę sumiennie. Dawny policjant, sam
wiesz.
- Dowiedziałeś się czegoś?
- Trochę. Ale żadnych brudów. Facet sprawia wrażenie sakramencko
porządnego. - Trolle przerwał na chwilę i Sebastian usłyszał, jak
szeleści papierami, które prawdopodobnie leżały rozrzucone przed nim. -
Nazywa się Ernst Valdemar Lithner. Urodzony w tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątym trzecim roku w Göteborgu - powiedział Trolle. - Studiował
najpierw w Chalmers, potem przeniósł się na ekonomię. W tysiąc
dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku ożenił się z Anną Eriksson.
Która, by the way, nie przyjęła jego nazwiska. Żadnych byłych żon ani
innych dzieci. Nie figuruje w rejestrze karnym. Długo pracował jako
księgowy, ale przekwalifikował się i od tysiąc dziewięćset
dziewięćdziesiątego siódmego roku prowadził różne firmy. Zajmował się
wszystkim, od księgowości po doradztwo podatkowe. Najwidoczniej nieźle
zarabiał, bo odłożył trochę grosza na mieszkanie dla Vanji i rok później
kupił duży letni dom w Vaxholmie. Nie odkryłem żadnych kochanek ani
kochanków, ale zatrudniłem kogoś, kto włamie mu się do komputera i wtedy
zobaczymy. W zeszłym roku chorował.
- Co to znaczy chorował?
- Jakieś zmiany w płucach, wiesz, rak, który nas w końcu zżera. Na co
umarła twoja matka?
Sebastian nawet się nie zastanawiał nad tym, że Trolle znów w żartach
pokazał, że przez ostatnie tygodnie sprawdził dokładnie także i jego.
Zmroziło go, mimo upału. A więc Valdemar miał raka? To się nie zgadzało.
Mężczyzna, który zabrał mu córkę, wyglądał na pełnego życia. Może to
była tylko maska, którą zakładał na spotkania z Vanją, wysiłek dla niej.
- Na wiosnę został uznany za wyleczonego - mówił dalej Trolle. - O ile
można być wyleczonym. Mój człowiek w szpitalu nie dotarł do historii
choroby, ale teraz ma zaplanowane tylko normalne wizyty, czyli musi być
poza strefą ryzyka.
Sebastian mruknął niezadowolony.
- Okej... Coś jeszcze?
- Nie, właściwie nie. Mam tu trochę papierów, jeśli chcesz.
- Nie, nie potrzeba. A więc jest czysty jak łza?
- Na razie tak, ale ja dopiero zacząłem. Mogę pokopać o wiele głębiej,
jeśli zechcesz.
Sebastian zastanawiał się przez chwilę. Było gorzej, niż się spodziewał.
Valdemar nie tylko był ubóstwiany przez córkę, był także cudownie
uzdrowiony. Święty z rakiem, który z poczekalni śmierci wrócił na łono
rodziny.
Sebastian nie miał szans. Beznadziejna sprawa.
- Nie, nie potrzeba. Ale dziękuję. Zajrzę do ciebie z pieniędzmi.
I odłożył słuchawkę.
A więc jego wspaniały plan spalił na panewce.
Trzeci dzień w pracy. Wreszcie udało mu
się zdobyć urządzenie do oznaczania, drukujące etykiety oraz paski
samoprzylepne, i teraz stał z nim na korytarzu przed metalową tabliczką
informującą, że w środku urzęduje dyrektor zakładu karnego. Zdjął
plastikową osłonkę z drugiej strony wydrukowanego paska z nazwiskiem i przykleił go. Trochę nierówno wyszło, ale mu to nie przeszkadzało. Można
było przeczytać z daleka. Dyrektor Zakładu Karnego Thomas Haraldsson.
Cofnął się o krok i z uśmiechem zadowolenia przyjrzał się tabliczce.
Nowa praca.
Nowe życie.
Wysłał podanie wiele miesięcy temu, ale właściwie nie wierzył, że
dostanie tę posadę. Nie żeby mu brakowało kwalifikacji, ale po prostu to
był taki okres w jego życiu, że nic mu się nie układało. W pracy miał
problemy, nie umiał się porozumieć z szefową, Kerstin Hanser, a sukcesami zawodowymi też nie mógł się wykazać, musiał to szczerze
przyznać. Częściowo wynikało to stąd, że Hanser rzucała mu kłody pod
nogi, ale to nie wszystko. To zaczęło go dręczyć. W domu też sytuacja
była trochę napięta. Nie chodziło o brak miłości czy zmęczenie i rutynę,
ale ich życie było zdominowane przez jedną rzecz. Jenny, jego żona,
zaczęła kurację hormonalną i wszystkie ich działania miały teraz na celu
jedynie poczęcie dziecka. Ona myślała wyłącznie o zajściu w ciążę, a on
o Hanser, swojej pracy i narastającym rozgoryczeniu. Nic już go nie
cieszyło i Haraldsson nawet wolał nie żywić nadziei, że dostanie
stanowisko, na które zdecydował się kandydować tak na wszelki wypadek
jeszcze pod koniec zimy. W ogłoszeniu było napisane, że miejsce będzie
wolne dopiero latem, więc nadal pracował w policji w Väster?s i już
prawie zapomniał o tamtym podaniu. Potem wydarzyło się morderstwo
tamtego chłopaka, pojawił się zespół dochodzeniowo-śledczy ze Sztokholmu
i cała sprawa skończyła się tym, że Haraldsson został postrzelony i musiał przejść operację. Został ranny w klatkę piersiową, jak sam
opisałby swoje obrażenia. Choć w jego karcie szpitalnej napisano, że
chodziło o dolną część barku. Tak czy inaczej, jeszcze nie odzyskał
pełnej sprawności. Nadal czuł w tamtym miejscu napięcie i sztywność,
właśnie odezwało się znowu, kiedy jeszcze raz docisnął naklejkę ze swoim
nazwiskiem.
Ten postrzał stał się w pewnym sensie punktem zwrotnym. Kiedy obudził
się po operacji, przy jego łóżku siedziała Jenny. Zaniepokojona, lecz
wdzięczna. Że przeżył. Że nie odszedł. Miał szczęście, jak mu
powiedziano. Kula rozerwała opłucną i wywołała krwotok do płuc.
Haraldsson wiedział tylko, że taki postrzał jest piekielnie bolesny.
Miał trzy tygodnie zwolnienia z pracy. Przez ten czas siedział w domu i zastanawiał się, jak to będzie, kiedy wróci do komendy. Komendant
okręgowy na pewno wygłosi jakąś mowę w stylu "witamy z powrotem" i pochwali jego heroiczną postawę - może nawet przyznawano za to jakiś
niewielki medal: postrzał odniesiony na służbie. Oczywiście będzie tort
i kawa i ostrożne poklepywanie po plecach, żeby oszczędzić jego zranioną
klatkę piersiową. Koledzy na pewno będą chcieli usłyszeć, jak się czuł i co wtedy myślał.
Ale nie było do końca tak.
Nie było komendanta, żadnych przemówień ani medalu, za to dziewczyny z recepcji zamówiły tort. Mniej poklepywań i zapytań, ale uznał, że to też
było coś. Coś się zmieniło, koledzy odnosili się do niego inaczej.
Wyobrażał sobie, że to rodzaj szacunku. Szacunek i może podświadomie
pewna ulga. Nieczęsto zdarzało się, żeby policjant został postrzelony na
służbie, a prawdopodobieństwo, że coś takiego może ponownie zdarzyć się
w Väster?s w najbliższej przyszłości, statystycznie było wręcz wyjątkowo
niskie. Można więc powiedzieć, że złapał kulkę w imieniu całej
väster?skiej policji. Po raz pierwszy od dawna szedł do pracy z radością. Mimo Hanser.
W domu też coś się zaczęło dziać. Oboje nieco się odprężyli, zbliżyli do
siebie, jakby to życie, które mieli, które wiedli razem w tej chwili,
było ważniejsze od tego, które próbowali stworzyć. Nadal uprawiali seks.
Często, ale głównie dlatego, że mieli ochotę, pragnęli być blisko ze
sobą. Seks był czulszy, cieplejszy, mniej mechaniczny. Może dlatego
wreszcie się udało.
Nagle wszystko zaczęło się układać.
Równo pięć tygodni po postrzeleniu został wezwany na rozmowę w sprawie
pracy. Tego samego dnia test ciążowy Jenny pokazał wynik pozytywny.
A więc to był zwrot.
Dostał tę pracę. Hanser napisała mu świetną rekomendację, jak się
dowiedział. Może jednak źle ją oceniał. Jasne, zdarzały im się konflikty
przez te lata, kiedy była jego szefową, ale gdy przyszło co do czego,
kiedy musiała obiektywnie ocenić jego pracę i możliwość poradzenia sobie
z kierowaniem zakładem karnym, wykazała dość profesjonalizmu, żeby
odsunąć na bok swoje osobiste antypatie i zgodnie z prawdą napisać o jego zaletach i talentach administracyjnych.
W komendzie słyszał złośliwe komentarze szeptane po kątach, że napisała
to, żeby się go pozbyć, że wręcz sama podsunęła go władzom Lövhagi, ale
ci ludzie po prostu zazdrościli. Jemu.
Dyrektorowi Zakładu Karnego Thomasowi Haraldssonowi.
Wszedł do swojego gabinetu, który może nie był zbyt duży, ale jego
własny. Koniec ze stanowiskami pracy w biurze typu open space.
Haraldsson usiadł na wygodnym krześle za biurkiem, które nadal było
stosunkowo puste. Włączył komputer. Trzeci dzień, nie zdążył jeszcze
dobrze wejść w to wszystko. Całkowicie naturalne. Jedyną rzeczą, jaką na
razie udało mu się zrobić, było zamówienie wszystkich materiałów na
temat jednego z więźniów pawilonu zamkniętego, którym interesowała się
policja kryminalna. Najwidoczniej znów dzwonili tu wczoraj wieczorem.
Haraldsson położył dłoń na teczce spoczywającej na blacie biurka, ale
zastanawiał się, czy najpierw nie zadzwonić na chwilę do Jenny. Nie miał
niczego specjalnego, po prostu chciał się dowiedzieć, jak się czuje.
Teraz widywali się trochę rzadziej. Lövhaga leżała ponad sześćdziesiąt
kilometrów od Väster?s, prawie godzinę autem w jedną stronę. To będą
długie dni pracy. Na razie nie było żadnych problemów. Jenny dosłownie
promieniała szczęściem. Teraz jej świat był pełen możliwości. Haraldsson
uśmiechnął się do siebie na samą myśl o niej i właśnie zdecydował się
zadzwonić, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę. - Haraldsson odłożył słuchawkę na widełki.
Drzwi się otworzyły i kobieta w wieku około czterdziestu pięciu lat,
Annika Norling, jego asystentka, wsunęła głowę do środka.
- Ma pan gości.
- A któż to taki? - Haraldsson spojrzał szybko na otwarty kalendarz
leżący na stole. Pierwsze spotkanie miał mieć o pierwszej. Czyżby coś
przegapił? Czy raczej Annika o czymś zapomniała?
- Krajowa Policja Kryminalna - wyjaśniła kobieta. - Nie byli umówieni -
ciągnęła dalej, jakby czytając w myślach Haraldssona.
Ten cicho zaklął pod nosem. Już miał nadzieję, że zainteresowanie
kryminalnych Lövhagą ograniczy się do rozmów telefonicznych. Nie
potraktowali go dobrze podczas tamtego śledztwa w Väster?s. Wcale nie.
Wręcz przeciwnie. Zrobili wszystko, żeby go wygryźć ze śledztwa, choć
raz po raz okazywało się, jak bardzo jest przydatny.
- Kto przyjechał?
- Jakaś... - Annika spojrzała na karteczkę samoprzylepną trzymaną w dłoniach - ...Vanja Lithner i Billy Rosén.
Przynajmniej nie Torkel Höglund. Zawsze to coś. Wtedy w Väster?s Torkel
najpierw powiedział Haraldssonowi, że będzie ważną częścią ich śledztwa,
by po kilku dniach wyrzucić go bez słowa wyjaśnienia. Fałszywy człowiek.
Haraldsson oczywiście nie miał też szczególnej ochoty na spotkanie z Vanją i Billym, ale co miał zrobić? Spojrzał na drzwi, w których czekała
asystentka. Przyszła mu do głowy pewna myśl. Mógł poprosić Annikę, żeby
powiedziała, że jest zajęty, niech przyjdą kiedy indziej. Później. Może
za kilka dni, kiedy będzie bardziej zorientowany w swojej nowej pracy.
Trochę lepiej przygotowany. Czy można prosić asystentkę, żeby dla niego
skłamała? Haraldsson nigdy przedtem nie dysponował nikim takim, ale
zakładał, że kłamstwo w pewien sposób należało do jej obowiązków.
Przecież była po to, żeby ułatwiać mu pracę. Odesłanie gości z policji
kryminalnej zdecydowanie ułatwi mu przetrwanie tego dnia.
- Niech im pani powie, że jestem zajęty.
- Ale czym?
Haraldsson spojrzał na nią pytająco. Chyba nie było zbyt wiele rzeczy,
którymi można się zajmować w biurze.
- Pracą, rzecz jasna. Proszę powiedzieć, żeby przyszli kiedy indziej.
Annika rzuciła mu spojrzenie jednoznacznie pełne dezaprobaty i zamknęła
drzwi. Haraldsson wpisał hasło do komputera, okręcił się na krześle i wyjrzał przez okno, czekając, aż załadują się jego osobiste ustawienia.
Zapowiadał się kolejny piękny letni dzień. Znów pukanie. Tym razem nawet
nie zdążył powiedzieć "proszę", kiedy drzwi się otworzyły i do gabinetu
zdecydowanym krokiem weszła Vanja. Zaskoczona, zatrzymała się tak
gwałtownie, że idący z tyłu Billy o mało na nią nie wpadł. Wyraz jej
twarzy mówił wyraźnie, że nie potrafi połączyć miejsca i osoby.
- Co pan tu robi?
- Pracuję tu. - Haraldsson wyprostował się na swoim wygodnym biurowym
krześle. - Jako dyrektor zakładu. Od kilku dni.
- Chodzi o jakieś zastępstwo, tak? - Vanja nadal nie mogła sobie tego
poukładać.
- Nie, ja tu teraz pracuję. To moje nowe stanowisko.
- Aha.
Billy przeczuwał, że ze strony Vanji zaraz padnie "Jak to, do jasnej
cholery, było możliwe" albo coś podobnego, więc szybko się wtrącił,
przypominając o właściwym celu ich wizyty.
- Jesteśmy tu z powodu Edwarda Hindego.
- Domyśliłem się tego.
- I mimo to nie chciał pan z nami rozmawiać? - zapytała Vanja. Usiadła w jednym z foteli dla gości i spojrzała wyzywająco na Haraldssona.
- Człowiek jest zajęty, kiedy obejmuje nowe miejsce. - Haraldsson
rozłożył ręce nad biurkiem, które, jak szybko zauważył, było zbyt puste,
żeby zilustrować ciężar nowych obowiązków. - Ale mogę wam poświęcić
kilka minut - zaproponował. - Co chcecie wiedzieć?
- Czy coś się u niego działo przez ostatni miesiąc?
- Na przykład co?
- Nie wiem... Inne zachowanie, jakieś odstępstwa od rutyny, wahania
nastroju. Cokolwiek, co wykraczałoby poza normę.
- O niczym takim nie słyszałem. Nic nie znalazło się w jego dzienniku.
Nie spotkałem go osobiście. Jeszcze nie.
Vanja skinęła głową, najwidoczniej zadowolona z odpowiedzi. Teraz Billy
przejął inicjatywę.
- Jakie Hinde ma możliwości komunikowania się ze światem?
Haraldsson przysunął teczkę leżącą na biurku i otworzył ją. W duchu
dziękował swojej szczęśliwej gwieździe, że dziś rano nie zapomniał
zabrać jej z domu. Posiadanie wszystkich informacji o Hindem pod ręką
dzień po telefonie policji świadczyło o zaangażowaniu.
- Tu jest napisane, że ma dostęp do gazet, czasopism i książek w bibliotece. Oraz ograniczony dostęp do internetu.
- Jak ograniczony? - zapytał szybko Billy.
Haraldsson nie wiedział. Wiedział za to, do kogo ma zadzwonić. Victor
Bäckman, szef do spraw bezpieczeństwa w Lövhadze. Victor odebrał po
pierwszym sygnale i obiecał, że natychmiast przyjdzie. Cała trójka w milczeniu czekała w chłodnym, bezosobowym pokoju.
- Jak tam pańskie ramię? - zapytał Billy po upływie minuty.
- Klatka piersiowa - odruchowo poprawił go Haraldsson. - Dobrze. Nie
jestem jeszcze całkiem zdrowy, ale... jest dobrze.
- To wspaniale.
- Taaa...
Znów cisza. Haraldsson rozważał, czy powinien zaproponować im kawę, ale
nie zdążył podjąć decyzji, kiedy do gabinetu wszedł Victor. Rosły
mężczyzna w kraciastej koszuli i płóciennych spodniach, z włosami na
jeża, brązowymi oczami i imponującym wąsem. Przy powitaniu Billy miał
nieodparte skojarzenia z zespołem Village People.
- Oczywiście żadnych stron porno - powiedział Victor, kiedy Billy
powtórzył pytanie o ograniczenia w sieci. - W bardzo niewielkim stopniu
przemoc. To najbardziej ścisła postać blokady, jaką można sobie
wyobrazić. Sami ją zaprogramowaliśmy.
- Portale społecznościowe?
- Żadnych. Całkowicie niedostępne dla niego. Hinde nie ma możliwości
kontaktowania się ze światem poprzez komputer.
- Możemy zobaczyć, na jakie strony zaglądał? - wtrąciła Vanja.
Victor skinął głową.
- Zachowujemy zapis jego aktywności internetowej przez trzy miesiące.
Chcecie go zobaczyć?
- Tak, chętnie.
- Ma także komputer w celi, prawda? - rzucił Haraldsson, żeby nie
pozostawać wyłączonym z rozmowy.
Victor przytaknął skinieniem głowy.
- Ale oczywiście bez dostępu do sieci.
- To co on z nim robi w takim razie? - zwrócił się Billy do Haraldssona,
który z kolei odwrócił się do Victora, patrząc na niego pytająco.
- Rozwiązuje krzyżówki, gra w sudoku i podobne gry. Dużo pisze. Ćwiczy
umysł, że tak powiem.
- A jak wygląda sprawa telefonów czy listów? - zapytała Vanja.
- Nie ma prawa do telefonowania, a listów już nie przychodzi tak dużo. A te, które przychodzą, są do siebie podobne. - Victor spojrzał znacząco
na Billy'ego i Vanję. - Od kobiet, które chcą go "wyleczyć" swoją
miłością.
Vanja skinęła. Kolejna zagadka natury: pociąg, jaki niektóre kobiety
odczuwają do najbardziej zwyrodniałych i brutalnych mężczyzn w kraju.
- Ma je pan?
- Kopie. Oryginały ma Hinde. Też możemy je wam przekazać.
Podziękowali za pomoc i Victor wyszedł, żeby zebrać materiały, które
mieli dostać. Kiedy za szefem bezpieczeństwa zamknęły się drzwi,
Haraldsson nachylił się nad biurkiem.
- Czy mogę zapytać, dlaczego tak bardzo interesujecie się Hindem?
Vanja zignorowała pytanie. Na razie udało im się zachować w tajemnicy
przed prasą fakt, że chodzi o naśladowcę. Nikt nawet nie połączył ze
sobą tych trzech morderstw. W gazetach przypuszczalnie pracowały masy
praktykantów na zastępstwach. Policji kryminalnej zależało, żeby
zainteresowanie śledztwem ze strony prasy nadal było znikome i im mniej
wszyscy wiedzieli, czym się zajmują, tym większe mieli szanse, by
skutecznie działać.
- Chcielibyśmy z nim porozmawiać - powiedziała zamiast tego Vanja,
wstając z fotela.
- Z Hindem?
- Tak.
- To niemożliwe.
Drugi raz Vanja zastygła nieruchomo, zaskoczona. Zwróciła się do
Haraldssona.
- Dlaczego nie?
- Jest jednym z trzech osadzonych w pawilonie zamkniętym, którzy nie
mogą przyjmować niezapowiedzianych wizyt, a jedynie pod warunkiem, że
wcześniej zgłoszono wniosek i została wydana zgoda. Niestety. -
Haraldsson rozłożył ręce w geście, który jeszcze mocniej miał
podkreślić, jak bardzo jest mu przykro, że nie może im pomóc.
- Ale pan przecież wie, kim jesteśmy.
- Takie są przepisy. Nie mogę nic zrobić, ale Annika da wam formularz
wniosku o pozwolenie na rozmowę, który możecie wypełnić. To moja
asystentka...
Vanja nie mogła się pozbyć wrażenia, że Haraldsson rozkoszuje się
poczuciem władzy. Może to nie takie dziwne, przecież był niżej w hierarchii, kiedy spotkali się poprzednim razem, ale nawet jeśli to było
zrozumiałe i może trochę ludzkie, to nadal pozostawało bardzo
wkurzające.
- Ile czasu potrwa rozpatrzenie takiego wniosku? - zapytała Vanja,
starając się tłumić irytację w głosie.
- Trzy do pięciu dni roboczych, ale dla was może być szybciej, jesteście
przecież z Krajowej Policji Kryminalnej. Zobaczę, co się da zrobić.
- Dzięki.
- Nie ma za co.
Vanja wyszła bez słowa pożegnania. Billy skinął głową, potem wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Haraldsson spojrzał na drzwi. Poszło całkiem
dobrze. Teraz pójdzie po kawę i zadzwoni do Jenny.
To będzie dobry dzień.
Jego trzeci.
A więc nadal za nią chodzisz? - Stefan
posłał Seba stianowi spojrzenie, które ten rozpoznawał aż za dobrze.
Spojrzenie to mówiło: "Wiem o tobie więcej niż ty sam, więc nie próbuj
mnie okłamywać".
Sebastian nienawidził tego spojrzenia.
- Ja tak tego nie widzę.
- Codziennie wystajesz przed jej domem. Chodzisz za nią po mieście,
idziesz za nią do pracy i do jej rodziców. Jak to mam nazwać? Jak sam
byś to określił?
- Jestem nią zainteresowany. Nic poza tym.
Stefan westchnął i rozparł się w jasnym, miękkim fotelu.
- Pamiętasz naszą rozmowę o tamtym wypadku na drzewie?
Sebastian nie odpowiedział.
- Byłeś trochę przerażony swoim zachowaniem, przypominasz sobie?
Powiedziałeś, że to było szalone. - Stefan zrobił dramatyczną pauzę i znów wbił wzrok w Sebastiana. - Wydaje mi się nawet, że użyłeś słowa
"chore"...
Sebastian nadal nie odpowiadał. Tylko zerkał na Stefana spode łba. Nie
zamierzał dawać swojemu terapeucie niczego za darmo.
- Jak byś określił chodzenie za nią w zasadzie przez cały czas?
- Jest moją córką - próbował się wytłumaczyć. - Muszę. Nie mogę jej
zostawić. - Sebastian zdawał sobie sprawę, jak to brzmi w uszach
Stefana. Ucieszył się, że nie wspominał o Trollem.
Stefan potrząsnął głową, potem na sekundę zerknął w okno, głównie po to,
żeby podkreślić, jak bardzo ta dyskusja zaczyna go męczyć. Czegokolwiek
próbował, zawsze powracali do tego bolącego punktu. Vanja. Córka, którą
Sebastian nieoczekiwanie odnalazł. Która o niczym nie wiedziała i prawdopodobnie miała się nigdy nie dowiedzieć. A może mogła? Czy istniał
jakiś sposób? Miał nadzieję. To była kwestia, do której Sebastian
prędzej czy później zawsze docierał. Punkt, którego nie można było
ominąć. To z tym cały czas się zmagał.
Stefan naprawdę był w stanie zrozumieć jego problem. To jak dwa
przeciwstawne bieguny. Chęć, potrzeba i pragnienie z jednej strony
zderzały się z rzeczywistością z drugiej. Na pozór ich połączenie było
niemożliwe. Tam rodziły się te najtrudniejsze pytania. Stefan właściwie
nieustannie natrafiał na nie w swojej pracy. Wtedy właśnie pacjenci
przychodzili do niego. Kiedy nagle sami nie potrafili znaleźć
odpowiedzi. To było ludzkie. Ani trochę nie dziwne. Dziwne w tej
sytuacji było tylko to, że siedział przed nim Sebastian Bergman.
Człowiek, który żył z tego, że zawsze miał na wszystko odpowiedź i nigdy
nie wątpił. Stefan nie spodziewał się, że ten człowiek będzie kiedyś
szukał jego pomocy.
Sebastian był wykładowcą Stefana na uniwersytecie. Wszyscy na roku
chodzili na jego wykłady z pewną niechęcią. Wprawdzie zawsze były
interesujące, ale Sebastian od razu, już pierwszego dnia, pokazał
wszystkim, kto tu jest gwiazdą. I nie zamierzał dzielić się miejscem w blasku reflektorów. Student, który mimo to próbował kwestionować wywody
Sebastiana lub krytycznie analizować jego tezy i teorie, był upokarzany
i wyśmiewany. I to nie tylko do końca wykładu, lecz także przez cały rok
akademicki, przez całe studia. Dlatego po rzucanym zwykle przez
Sebastiana "Czy mają państwo jakieś pytania?" zapadała grobowa cisza.
Wyjątek stanowił Stefan Larsen. Przychodził na zajęcia dobrze
przygotowany, nie obawiał się spotkania z Sebastianem. Był najmłodszym
synem w rodzinie nauczycieli akademickich i podczas kolacji w rodzinnym
domu w Lund miał okazję ćwiczyć potyczki słowne, więc często podejmował
dyskusję z tym inteligentnym i nieznośnym człowiekiem, którego inni tak
bardzo się obawiali. Ponadto Sebastian przypominał mu jego starszego
brata Ernsta, który miał równie silną potrzebę dominacji i często był
gotów przekraczać granice, żeby tylko przeforsować swoje racje. Gdyż
zarówno dla Ernsta, jak i dla Sebastiana to było najważniejsze. Żeby
inni przyznali im rację. Nie posiadanie racji. To sprawiało, że obaj
stanowili znakomite wyzwanie intelektualne, które bardzo odpowiadało
Stefanowi. Dawał im odpór, którego potrzebowali, ale nigdy nie pozwalał
na ostateczne zwycięstwo. Ciągle powracał z kolejnymi pytaniami, potem
znowu i wciąż na nowo. Tamci przymierzali się do zadania decydującego,
zabójczego ciosu, a tymczasem musieli się zmagać z długą i wyniszczającą
wojną podjazdową. To był jedyny sposób, żeby ich pokonać.
Wyczerpanie.
Pewnego ranka Stefan zastał Sebastiana czekającego przed drzwiami
gabinetu. Jak duch z przeszłości. Znużone spojrzenie i wymięte ubranie
wskazywały, że czekał przez całą noc. Był cieniem dawnego siebie.
Podczas tsunami w 2004 roku stracił żonę i córkę i od tego czasu
znajdował się na spirali ostro schodzącej w dół. Sukcesy, wykłady i promocje książek należały do przeszłości, teraz dręczyły go natrętne
myśli, apatia i seksoholizm. Powiedział, że nie ma do kogo pójść. Nie ma
nikogo. Zaczęli się spotykać. Zawsze na warunkach Sebastiana. Czasami
między spotkaniami mijały miesiące, a czasem przychodził co kilka dni.
Ale nigdy nie stracili kontaktu.
- Jak sądzisz, co Vanja sama by pomyślała? Gdyby się o tym dowiedziała?
- kontynuował Stefan.
- Powiedziałaby, że zwariowałem. Złożyłaby na mnie doniesienie na
policję, znienawidziłaby mnie. - Sebastian umilkł na chwilę, zanim mógł
mówić dalej. - Wiem o tym, ale... ona jest wszystkim, o czym myślę...
przez cały czas, ciągle, ciągle...
Sebastianowi załamał się głos, koniec zdania wypowiedział niemal
szeptem. Nie cierpiał takiej nagłej słabości, kiedy emocje biorą górę i sprawiają, że słowa przechodzą z trudem przez gardło.
- To coś zupełnie nowego. Jestem przyzwyczajony do kontroli - wyszeptał.
- Naprawdę? A więc myślisz, że aż do chwili, kiedy się dowiedziałeś, że
ona jest twoją córką, miałeś kontrolę? Taki miałeś błyskotliwy plan,
żeby całkowicie i nieodwołalnie spieprzyć sobie życie? W takim razie
muszę ci pogratulować, naprawdę dopiąłeś swego.
Sebastian popatrzył na terapeutę pustym wzrokiem i odpowiedział nieco
silniejszym głosem:
- To prawdziwy cud, że jeszcze nie straciłeś swojej licencji.
Stefan nachylił się do przodu. Właśnie to najbardziej mu się podobało w tej sytuacji, że Sebastian był teraz jego pacjentem. Można było zdjąć
białe rękawiczki. Uderzać ostro.
- Nie chcesz, żebym się z tobą cackał. Przez całe życie ludzie pozwalali
ci robić, co tylko chciałeś. Ja nie. Straciłeś w tsunami rodzinę i kontrola wymknęła ci się z rąk. Całkowicie.
- To właśnie dlatego tak potrzebuję Vanji.
- Ale czy Vanja potrzebuje ciebie?
- Nie.
- Ona już ma ojca, prawda?
- Tak.
- Jak myślisz, kto w obecnej sytuacji skorzystałby na tym, gdybyś jej
wyznał prawdę?
Sebastian siedział w milczeniu. Znał odpowiedź. Nie chciał tylko
wypowiedzieć jej głośno. Ale Stefan nadal siedział nachylony do przodu,
patrząc ponaglająco. Wreszcie on to powiedział zamiast Sebastiana.
- Nikt. Ani ty, ani ona, ani ktokolwiek inny.
Stefan odchylił się na oparcie fotela. Jego spojrzenie stało się
bardziej przyjazne. Bardziej osobiste.
- Nie mów jej nic, Sebastianie. - I dodał cieplejszym głosem, z większym
zaangażowaniem: - Musisz mieć jakieś własne życie, zanim będziesz mógł
stać się częścią życia innej osoby. Przestań ją śledzić, spróbuj
poświęcić ten czas, żeby stanąć na nogi. Ta obsesja zaprowadzi cię na
manowce. Kiedy to zrobisz, możemy przedyskutować następny krok.
Sebastian skinął głową. Stefan miał rację. Oczywiście.
Mieć swoje życie, zanim można je z kimś dzielić.
Ten nudny, przemądrzały Stefan w swoim nudnym, wyciszonym gabinecie miał
rację. To drażniło Sebastiana. Wiara, że Trolle jest lepszym
rozwiązaniem, może była błędem, ale to była łatwiejsza droga. Łatwiejsza
niż zbudowanie własnego życia. W każdym razie przyjemniej było o tym
myśleć. Stefan przerwał jego rozważania.
- Prowadzę grupę terapeutyczną. Spotykamy się dwa razy w tygodniu.
Dzisiaj wieczorem i jutro. Sądzę, że powinieneś się do niej przyłączyć.
Sebastian po raz pierwszy spojrzał na niego ze zdziwieniem. Jak on w ogóle mógł sobie coś takiego wyobrazić?
- Ja? W grupie?
- Są tam ludzie, którzy z różnych powodów nie są w stanie iść dalej. Czy
to nie brzmi znajomo?
W głębi duszy Sebastian ucieszył się, że Stefan wyskoczył z czymś tak
banalnym jak terapia grupowa dla niego. To oderwało go na chwilę od
czarnych myśli i napełniło zwykłą irytacją, która dawała ulgę.
- To się wydaje niesłychanie znajome i niesłychanie nudne. - Ku swej
radości zauważył, że odzyskał głos. - A ty musisz być niesłychanie
głupi, jeśli myślisz, że pójdę na coś takiego.
- Chcę, żebyś przyszedł.
- Nie.
Sebastian wstał, by podkreślić, że sesja została zakończona i nie
zamierza dłużej dyskutować tej sprawy.
- Nalegam, żebyś przyszedł.
- Wiem, ale odpowiedź nadal brzmi "nie".
Sebastian ruszył do drzwi. Irytacja była czymś wspaniałym. Dawała mu
napęd. Czy Stefan naprawdę myślał, że uda mu się wciągnąć go do jakiejś
grupy chlipiących nad sobą mięczaków?
W żadnym wypadku.
W żadnym pieprzonym wypadku.
Sebastian zamknął za sobą drzwi. Niosła go energia. Był uradowany. Może
jednak dzisiaj uda mu się jeszcze coś zrobić.
To było niezwykłe uczucie.
Sebastianowi udało się pokonać całą drogę aż do Frescati, zanim ta
energetyzująca irytacja się rozwiała. Chciał pokazać Stefanowi, że
potrafi zbudować sobie własne życie, ale zmęczenie już zaczynało dawać o sobie znać.
Właściwie wszystko zaczęło się w mieszkaniu na Grev Magnigatan, kiedy
kilka dni temu znalazł stary, gotowy manuskrypt trzygodzinnego wykładu
pod tytułem "Wprowadzenie do profilowania psychologicznego sprawców".
Już od dawna leżał w stosie gazet i innych papierów w gabinecie, w pokoju, którego nigdy nie używał, ale z poczucia nudy i beznadziei
postanowił zrobić w nim porządek. Nie pamiętał, kiedy napisał ten tekst,
musiał jednak pochodzić sprzed katastrofy, gdyż był praktycznie
pozbawiony cynicznych wtrętów, które obecnie towarzyszyły wszystkim jego
myślom. Z rozpędu Sebastian przeczytał manuskrypt dwa razy i nawet był
pod wrażeniem. Kiedyś naprawdę potrafił pisać.
Błyskotliwie, z dużą znajomością tematu, porywająco.
Sebastian siedział chwilę przy biurku z papierami w dłoni. To było
przedziwne, niemal surrealistyczne wręcz uczucie tak znienacka odkryć
lepszą wersję siebie samego. Po chwili zaczął rozglądać się po pokoju i nagle wszędzie odkrywał ślady tamtego lepszego Sebastiana. Dyplomy na
ścianach, książki, wycinki prasowe, notatki, które kiedyś prowadził, i słowa, które napisał. Jego gabinet wypełniały szczątki rozbitego życia.
Podszedł do okna, żeby uciec przed wspomnieniami. Spojrzał w dół na
ulicę, głównie po to, żeby wyzerować emocje, ale ślady jego dawnego
życia były wszędzie, przypominał sobie, że zwykle parkował tam samochód,
naprzeciwko sklepu z antykami. Kiedyś, kiedy jeszcze posiadał samochód i miał nim dokąd jeździć.
Po rozmowie ze Stefanem czuł się lżej na duchu, był wręcz ożywiony.
Pojechał prosto do domu i poszedł do gabinetu. Zaczął przeglądać stertę
papierów, szukając umowy, jakiegoś nazwiska. Ktoś musiał przecież
zamówić u niego ten trzygodzinny wykład. Po chwili znalazł dwie kopie
wstępnej umowy z Instytutem Kryminologii. Z datą 7 marca 2001 roku, w sprawie trzech wykładów z wprowadzenia do profilowania. Usiłował sobie
przypomnieć, dlaczego nigdy nie wygłosił tych wykładów. W roku 2001 był
na samym szczycie. Urodziła się Sabine, mieszkał razem z Lily w Kolonii,
więc chyba pomyślał sobie, że ma ciekawsze rzeczy do zrobienia. Po
prostu olał to. Umowa nie była podpisana, ale strona zamawiająca miała
nazwisko: pracownik naukowy instytutu, Veronika Fors. Nie przypominał
sobie tego nazwiska. Koordynator naukowy. Zadzwonił do instytutu, licząc
na szczęśliwy traf. Od wysłania umowy minęło wiele lat, ale ona nadal
pracowała na uczelni. W centrali natychmiast uzyskał połączenie, jednak
potem opuściła go odwaga i odłożył słuchawkę, zanim kobieta, której
nazwisko widniało na umowie, zdążyła odebrać. Usiadł na stole z tekstem
wykładu w dłoni. Przynajmniej jeszcze tam była.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wagon metra zatrząsł się podczas
hamowania. Młoda mama z wózkiem stojąca przed Sebastianem Bergmanem
mocniej chwyciła za stalowy pręt i nerwowo rozejrzała się dokoła. Od
chwili kiedy weszła do wagonu przy S:t Eriksplan, była bardzo spięta i choć jej płaczący synek uspokoił się i zasnął już po paru minutach, ona
się nie odprężyła. Widać było, że nie lubi się tłoczyć z tyloma obcymi
osobami. Sebastian widział u niej kilka wyraźnych oznak. Ewidentną próbą
zachowania nienaruszonej sfery osobistej było ciągłe przesuwanie stóp,
żeby się z nikim nie zderzyć. Kropelki potu na górnej wardze. Czujne
spojrzenie, które nigdzie nie spoczęło na dłużej. Sebastian próbował
uśmiechnąć się do niej uspokajająco, ale ona w odpowiedzi szybko uciekła
wzrokiem i nadal skanowała otoczenie, czujna i spięta. Sebastian
rozejrzał się zatem po przepełnionym wagonie metra, który znów zatrzymał
się z metalicznym sykiem w tunelu zaraz za Hötorget. Po kilkuminutowym
postoju w ciemności pociąg powoli rozpędził się i popełzł w kierunku
T-Centralen. Sebastian zwykle starał się nie jeździć metrem, zwłaszcza w godzinach szczytu czy w sezonie turystycznym. To był niewygodny i hałaśliwy środek lokomocji. Za nic w świecie nie mógł przyzwyczaić się
do zbiorowości ludzkiej z jej wszystkimi odgłosami i dźwiękami.
Przeważnie chodził pieszo lub jeździł taksówką. Żeby zachować dystans do
ludzi. Stać z boku. Tak właśnie było przedtem. Ale teraz nic już nie
było tak jak zwykle.
Nic.
Sebastian oparł się o drzwi na końcu i zajrzał do następnego wagonu.
Mógł ją widzieć przez niewielką szybę. Jej jasne włosy, pochyloną twarz.
Była pogrążona w lekturze gazety codziennej. Uświadomił sobie, że
spoglądając na nią, uśmiecha się sam do siebie.
Jak zwykle przesiadła się na T-Centralen. Szybkim krokiem zeszła po
kamiennych schodach do czerwonej linii metra. Nietrudno było ją śledzić.
Jeśli tylko zachowywał odpowiedni dystans, zasłaniali go przepływający
po peronie pasażerowie i turyści zapatrzeni w swoje mapy.
Zachowywał dystans.
Nie chciał jej zgubić.
Ale nie mógł dać się przyłapać.
Niełatwo było to wszystko pogodzić, ale zaczynał nabierać wprawy.
Kiedy piętnaście minut później pociąg czerwonej linii metra zatrzymał
się na stacji Gärdet, Sebastian odczekał chwilę przed wyjściem z niebieskiego wagonika. Musiał być ostrożniejszy. Tutaj na peronie
kręciło się mniej ludzi, większość pasażerów wysiadła na poprzedniej
stacji. Sebastian wybrał wagon przed nią, tak że przy wysiadaniu była
odwrócona do niego plecami. Przyśpieszyła kroku i znajdowała się już w połowie drogi do ruchomych schodów, kiedy Sebastian ją zauważył. Także
dla kobiety z wózkiem Gärdet musiało być stacją docelową i Sebastian
postanowił trzymać się za nią, na wypadek gdyby osoba, którą śledził,
nagle zdecydowała się odwrócić. Kobieta nieśpiesznie pchała swój wózek
za ludźmi podążającymi w stronę schodów, pewnie mając nadzieję, że
uniknie tłoku na schodach. Gdy Sebastian tak szedł za jej plecami,
uświadomił sobie, jak bardzo są podobni.
Dwoje ludzi, którzy zawsze chcą utrzymać dystans.
Kobieta.
Martwa.
We własnym domu.
Zwykle nie był to wystarczający powód, żeby wezwać Krajową Policję
Kryminalną i zespół Torkela Höglunda.
Najczęściej był to tragiczny finał rodzinnej sprzeczki, kłótni o dzieci,
dramatu zazdrości, mocno zakrapianego wieczoru w towarzystwie, które
okazało się nieodpowiednie.
Wszyscy pracujący w policji wiedzieli, że jeśli kobieta zostaje
zamordowana w domu, sprawcę najczęściej znajduje się wśród najbliższej
rodziny. Dlatego nie było nic dziwnego w tym, że Stina Kaupin
zastanawiała się, czy przypadkiem nie rozmawia z mordercą, kiedy tuż po
wpół do ósmej odebrała zgłoszenie na numer 112.
- SOS sto dwanaście, co się stało?
- Moja żona nie żyje.
Resztę słów mężczyzny trudno było zrozumieć. Jego głos zdradzał rozpacz
i szok. Zamilkł na dłuższą chwilę, aż Stina pomyślała, że się rozłączył.
Potem usłyszała, jak tamten próbuje zapanować nad swoim oddechem. Stina
musiała dołożyć starań, żeby wydobyć od niego adres. Mężczyzna w słuchawce powtarzał tylko, że jego żona nie żyje i że jest pełno krwi.
Wszędzie krew. Czy mogą przyjechać? Jak najszybciej? Stina miała przed
oczami obraz mężczyzny w średnim wieku z zakrwawionymi dłońmi, który
powoli acz nieuchronnie zaczynał sobie uświadamiać, co zrobił. W końcu
dostała adres w Tumbie. Poprosiła zgłaszającego - domniemanego mordercę
- żeby został na miejscu i nie dotykał niczego w domu. Wysyła do niego
policję i karetkę. Odłożyła słuchawkę i przekazała sprawę dalej policji
Södertörn w Huddinge, która z kolei wysłała na miejsce patrol w radiowozie.
Erik Lindman i Fabian Holst właśnie skończyli spożywać w aucie spóźniony
fastfoodowy obiad, kiedy otrzymali polecenie, żeby udać się na Tolléns
väg pod numer 19.
Dziesięć minut później byli na miejscu. Wysiedli z samochodu i przyjrzeli się domowi. Żaden z nich nie był szczególnie zainteresowany
ogrodnictwem, ale domyślali się, że ktoś zainwestował wiele czasu i pieniędzy, żeby osiągnąć tę idealnie bujną zieleń, która otaczała żółty
drewniany dom.
Znajdowali się w połowie drogi na ogrodowej ścieżce, kiedy drzwi
wejściowe się otworzyły. Obaj odruchowo sięgnęli do kabury na prawym
biodrze. Mężczyzna stojący w drzwiach miał rozpiętą koszulę i spoglądał
na umundurowanych funkcjonariuszy nieco rozkojarzonym wzrokiem.
- Karetka nie będzie potrzebna.
Policjanci wymienili szybkie spojrzenia. Mężczyzna najwyraźniej był pod
wpływem szoku. Ludzie w szoku działają według własnych zasad.
Nieprzewidywalnie. Nielogicznie. Wprawdzie facet w drzwiach sprawiał
wrażenie dość wyczerpanego i rozbitego, ale nie zamierzali ryzykować.
Lindman podszedł bliżej, podczas gdy Holst zwolnił kroku, cały czas
trzymając rękę na służbowej broni.
- Richard Granlund? - zapytał Lindman i przeszedł kilka ostatnich kroków
do mężczyzny, który stał ze spojrzeniem utkwionym gdzieś za jego
plecami.
- Karetka nie będzie potrzebna - powtórzył mężczyzna swoim bezbarwnym
głosem. - Kobieta, z którą rozmawiałem, powiedziała, że wyśle karetkę.
Nie trzeba. Zapomniałem powiedzieć, że...
Lindman właśnie znalazł się przy nim i ujął go za ramię. Kontakt
fizyczny sprawił, że mężczyzna w drzwiach drgnął i odwrócił się do
niego. Przyjrzał mu się z wyrazem zdziwienia na twarzy, jakby pierwszy
raz widział policjanta i dziwił się, jak on mógł podejść tak blisko.
Nie ma krwi na rękach ani na ubraniu, odnotował w myślach Lindman.
- Richard Granlund?
Mężczyzna skinął.
- Wróciłem do domu, a ona tam leżała...
- Skąd pan wrócił?
- Co?
- Skąd pan wrócił? Gdzie pan był?
Może to nie był najlepszy moment na przesłuchiwanie osoby ewidentnie
znajdującej się w stanie szoku, ale informacje otrzymane przy pierwszym
kontakcie będzie można porównać z tym, co zezna w dalszym toku śledztwa.
- W Niemczech. Służbowo. Mój samolot był spóźniony. Czy raczej...
najpierw lot został odwołany, a potem opóźniony, a ja jeszcze musiałem
zostać na lotnisku, bo mój bagaż... - Mężczyzna umilkł. Jakby nagle
uderzyła go jakaś myśl, coś do niego dotarło. Spojrzał na Lindmana nieco
przytomniej. - Czy mogłem ją uratować? Gdybym przyjechał na czas, wtedy
ona by żyła?
To były normalne w przypadkach śmierci rozważania co-by-było-gdyby,
Lindman słyszał je wiele razy. W wielu sprawach, przy których pracował,
ludzie ginęli, bo znaleźli się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym
miejscu. Przechodzili przez ulicę akurat w chwili, kiedy jechał nią
pijak za kółkiem. Spali w przyczepach kempingowych, kiedy z butli z gazem zaczynał ulatniać się gaz. Skracali sobie drogę przez tory właśnie
wtedy, gdy nadjeżdżał pociąg. Spadające przewody elektryczne, napaleni
brutalni mężczyźni, samochody po złej stronie drogi. Przypadek, zbieg
okoliczności. Zapomniane klucze mogły opóźnić kogoś o te kilka sekund,
których brakowało, żeby zdążyć przedostać się przez niestrzeżony
przejazd kolejowy. Spóźniony samolot mógł sprawić, że czyjaś żona była
sama na tyle długo, żeby morderca zdążył uderzyć. Rozważania
co-by-było-gdyby.
Normalne w przypadkach śmierci.
Niemożliwe do rozstrzygnięcia.
- Gdzie jest pańska żona, panie Granlund? - zapytał Lindman spokojnym
głosem.
Mężczyzna w drzwiach zdawał się namyślać nad tym pytaniem. Musiał
przestawić się ze swoich przeżyć w podróży i ewentualnej winy, która
nagle na niego spadła, na tu i teraz. Na to, co było straszne.
Na to, czemu nie umiał zapobiec.
W końcu jakoś odnalazł się w tym wszystkim.
- Na górze. - Richard Granlund wykonał ruch ręką ukośnie do góry i zaczął płakać. Lindman dał znak koledze, żeby poszedł na piętro, a sam
wprowadził płaczącego mężczyznę do domu. Nigdy nie można było i nie
powinno się mieć takiej pewności, ale Lindman nabrał przekonania, że ten
człowiek, którego eskortował do kuchni, obejmując go za ramiona, nie
jest mordercą.
Na dole schodów Holst wyciągnął broń i trzymał ją przy udzie. Jeśli ten
zdruzgotany mężczyzna, którym zaopiekował się Lindman, nie był mordercą,
istniało ryzyko, że on, lub ona, co było jednak mniej prawdopodobne,
nadal znajduje się w domu. Na górze otworzyła się przed nim niewielka
przestrzeń. Okna w dachu. Podwójna sofa, telewizor i odtwarzacz Blu-ray.
Na ścianach półki z książkami i filmami. Czworo drzwi. Dwoje otwartych,
dwoje zamkniętych. Ze szczytu schodów Holst widział nogę zamordowanej
kobiety w sypialni. W łóżku. To znaczy, że należy zawiadomić Krajową
Policję Kryminalną, pomyślał, szybko zaglądając do kolejnego pokoju z otwartymi drzwiami. Gabinet do pracy. Pusty. Zamknięte drzwi prowadziły
do toalety i garderoby. Oba pomieszczenia były puste. Holst schował broń
i podszedł do sypialni. Zatrzymał się na progu.
Od tygodnia w policji krążył okólnik rozesłany przez zespół
dochodzeniowo-śledczy do spraw zabójstw Krajowej Policji Kryminalnej.
Chodziło o zgłaszanie im informacji na temat przypadków śmierci, które
spełniały następujące kryteria:
Gdy ofiara została znaleziona w swojej sypialni.
Gdy ofiara była związana.
Gdy ofiara miała poderżnięte gardło.
Sygnał komórki Torkela zakłócił ostatnią
zwrotkę gromkiego Sto lat. Odebrał, wycofując się do kuchni. W tle
rozbrzmiewało jeszcze poczwórne "Niech żyje".
Vilma obchodziła urodziny.
Trzynaste.
Nastolatka.
Właściwie przypadały w ostatni piątek, ale wtedy zaprosiła swoje
koleżanki do kina. Starsi, nudni członkowie rodziny, jak na przykład jej
tata, zostali zaproszeni w inny, zwykły wieczór. Torkel wraz z Yvonne
kupili córce w prezencie komórkę. Nową. Własną. Dotychczas Vilma
przejmowała aparaty po starszej siostrze albo po którymś z rodziców,
kiedy w pracy wymieniano im służbowe. Teraz dostała nową. Z Androidem.
Torkel pamiętał, że Billy tak to nazwał, kiedy pomagał mu wybrać model i markę. Yvonne mówiła, że Vilma od piątku praktycznie się z nią nie
rozstawała.
Kuchenny stół zamienił się na ten wieczór w wystawę prezentów. Starsza
siostra kupiła Vilmie tusz do rzęs, cień do powiek, błyszczyk i fluid.
Solenizantka otrzymała wszystko już w piątek, ale wyłożyła jeszcze raz,
żeby pochwalić się swoim plonem. Torkel wziął do ręki tusz, który
obiecywał dziesięć razy bujniejsze rzęsy, wsłuchując się w informacje
napływające mu do ucha.
Morderstwo. W Tumbie. Kobieta w sypialni, związana, z poderżniętym
gardłem.
Torkel był zdania, że Vilma jest jeszcze o wiele za młoda na makijaż,
ale usłyszał, że jest jedyną dziewczynką w szóstej klasie, która się nie
maluje, a w siódmej klasie po prostu niewyobrażalne było pokazać się w szkole bez makijażu. Nie opierał się więc zbyt długo. Zdawał sobie
sprawę, że czasy się zmieniają, powinien się cieszyć, że nie musiał
toczyć takich dyskusji, kiedy Vilma zaczynała czwartą klasę. W jej
szkole byli rodzice, którzy musieli. I najwyraźniej przegrali.
Wszystko wskazywało na to, że była to trzecia ofiara.
Torkel zakończył rozmowę, odłożył mascarę i wrócił do salonu.
Zawołał Vilmę, która rozmawiała z babcią i dziadkiem. Nie wyglądała na
niezadowoloną, że musi przerwać rozmowę z parą starych ludzi. Podeszła
do Torkela z wyczekiwaniem w oczach, jakby spodziewała się, że
przygotował w kuchni jakąś niespodziankę.
- Muszę jechać, kochanie.
- Czy to z powodu Kristoffera?
Torkel potrzebował kilku sekund, żeby zrozumieć sens tego pytania.
Kristoffer był nowym facetem Yvonne. Spotykali się od kilku miesięcy,
jak się dowiedział. Dzisiaj po raz pierwszy go zobaczył. Nauczyciel
licealny. Pod pięćdziesiątkę. Rozwiedziony, dzieci zostały przy żonie.
Sprawiał sympatyczne wrażenie. Torkel nawet przez moment nie pomyślał,
że ich spotkanie może zostać odebrane jako krępujące, nieprzyjemne czy w jakikolwiek inny sposób problematyczne, dlatego nie od razu pojął
pytanie córki. Vilma najwyraźniej odebrała jego krótki namysł jako
potwierdzenie swoich przypuszczeń.
- Mówiłam jej, żeby go nie zapraszała - dodała z markotną miną.
Torkel poczuł przypływ czułości dla córki. Chciała go chronić. Miała
trzynaście lat i już chciała oszczędzić mu problemów sercowych. W jej
świecie to przypuszczalnie bardzo niewygodna sytuacja. Na pewno nie
chciałaby spotkać swojego dawnego chłopaka z jakąś inną dziewczyną. O ile był w jej życiu jakiś chłopak. Torkel nie miał pewności. Pogładził
ją czule po policzku.
- Muszę iść do pracy. To nie ma nic wspólnego z Kristofferem.
- Na pewno?
- Jak najbardziej. Musiałbym pojechać, nawet gdybyśmy tu byli tylko we
dwójkę. Wiesz, jak to jest.
Vilma skinęła głową. Mieszkała z nim dostatecznie długo i pamiętała, że
znikał, kiedy to było konieczne, i nie wracał tak długo, jak było
potrzeba.
- Ktoś umarł?
- Tak.
Torkel nie chciał opowiadać więcej. Na samym początku postanowił, że nie
będzie osobą, która zdobywa uwagę dzieci opowiadaniem sensacyjnych czy
śmiesznych historii ze swojej pracy. Vilma o tym wiedziała. Nie pytała
więc dalej, tylko znów skinęła głową. Torkel spojrzał na nią poważnie.
- Myślę, że to dobrze, że mama kogoś spotkała.
- A dlaczego?
- Dlaczego nie? Tylko z tego powodu, że już nie jest ze mną, nie musi
być samotna.
- A ty spotkałeś kogoś?
Torkel zawahał się na chwilę. Co ma powiedzieć? Przez dłuższy czas był w pewien sposób związany z Ursulą, swoją zamężną koleżanką z pracy, ale
nigdy nie określili, co to tak naprawdę było. Sypiali ze sobą, kiedy
mieli śledztwa wyjazdowe. Nigdy w Sztokholmie. Żadnych wspólnych kolacji
ani codziennych rozmów o sprawach prywatnych czy osobistych. Seks i omawianie pracy. To wszystko. A teraz nie było nawet tego. Kilka
miesięcy temu włączył do swojego zespołu dawnego kolegę Sebastiana
Bergmana i od tego czasu z Ursulą łączyła go tylko praca. To męczyło
Torkela. Bardziej, niż był skłonny przyznać. Nie chodziło o to, że ich
relacja, czy jak też to nazwać, działała ewidentnie na zasadach Ursuli,
z tym mógł się pogodzić, ale po prostu mu jej brakowało. Bardziej, niż
się spodziewał. Na domiar złego wyglądało na to, że znów była bliżej ze
swoim mężem Mickem. Nawet spędzili razem weekend w Paryżu kilka tygodni
temu.
Więc czy on kogoś spotkał?
Właściwie nie, a nie chciał się podjąć tłumaczenia nastolatce złożoności
tej relacji.
- Nie - odpowiedział w końcu. - Nie spotkałem nikogo. Ale teraz naprawdę
muszę jechać.
Przytulił córkę. Mocno.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - szepnął. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham - odpowiedziała dziewczynka. - I moją komórkę. -
Przycisnęła swoje świeżo nabłyszczone usta do jego policzka.
Na twarzy Torkela nadal gościł uśmiech, kiedy wsiadał do samochodu i ruszał w stronę Tumby.
Zadzwonił do Ursuli.
Była już w drodze.
Już w aucie Torkel uświadomił sobie, że ma nadzieję, iż to okaże się
czymś innym. Ktoś inny. Że nie będzie żadnego związku z tamtymi
zamordowanymi kobietami. Że to będzie pierwszy raz. Ale tak nie było.
Zrozumiał to, kiedy zajrzał do sypialni.
Nylonowe pończochy. Koszula nocna. Ułożenie.
To była trzecia.
Określenie "od ucha do ucha" nie wystarczyło, żeby opisać ranę ziejącą w gardle. Raczej z jednej strony kręgosłupa na drugą. Jak przy otwieraniu
puszki, kiedy zostawia się mały nierozcięty kawałeczek, żeby móc odgiąć
wieczko. Kobieta miała niemal odciętą głowę. Sprawca musiał użyć
potężnej siły, żeby zadać jej takie obrażenia. Wszędzie było pełno krwi,
wysoko na ścianach, na podłodze.
Ursula już zaczęła fotografować. Ostrożnie poruszała się po całym
pokoju, pilnując, żeby nie nadepnąć na krew. Zawsze gdy tylko mogła,
była pierwsza na miejscu zbrodni. Podniosła wzrok, skinęła mu na
powitanie i dalej pstrykała. Torkel zadał jej pytanie, na które znał już
odpowiedź.
- Ten sam?
- Absolutnie.
- Po drodze dzwoniłem znów do Lövhagi. Dalej siedzi tam, gdzie siedział.
- To chyba już wiedzieliśmy, prawda?
Torkel skinął. Stojąc w drzwiach do sypialni i patrząc na zamordowaną
kobietę, pomyślał, że ta sprawa mu się nie podoba. Stał już w innych
drzwiach do innych sypialni i widział inne kobiety w nocnych koszulach,
z dłońmi i stopami spętanymi parą nylonowych pończoch, zgwałcone i z poderżniętym gardłem. W 1995 roku znaleźli pierwszą. Potem były jeszcze
trzy, zanim późną wiosną następnego roku udało się ująć mordercę.
Hinde został skazany na karę dożywotniego więzienia w zakładzie karnym
Lövhaga.
Nawet nie odwołał się od wyroku.
Siedział tam nadal.
Ale nowe ofiary były niemal identycznymi kopiami ofiar jego dawnych
zbrodni. Dłonie i stopy związane w taki sam sposób. Brutalne obrażenia
na szyi. Nawet niebieski odcień wzoru na białej koszuli nocnej był taki
sam. Znaczyło to, że szukali nie tylko seryjnego mordercy, był to wręcz
copycat. Ktoś z jakichś powodów kopiował zabójstwa sprzed piętnastu
lat. Torkel zajrzał do swojego notesu, potem znów zwrócił się do Ursuli.
Też zajmowała się tą sprawą z lat dziewięćdziesiątych. Ona, Sebastian i Trolle Hermansson, który teraz był na przymusowej emeryturze.
- Mąż dostał odpowiedź na SMS-a około dziewiątej rano, ale o pierwszej
już nie - powiedział Torkel.
- To się może zgadzać. Została zamordowana od pięciu do piętnastu godzin
temu.
Torkel skinął. Wiedział, że Ursula się nie myli. Gdyby zapytał,
wskazałaby, że rigor mortis nie dotarł do nóg, nie wystąpiła jeszcze
autoliza, widoczne były livores. Wymieniłaby też masę innych słów z żargonu lekarzy sądowych, którego mimo tylu lat spędzonych w policji
Torkel nie miał ochoty się uczyć. Jeśli się pytało, umieli to wyjaśnić
również normalnym językiem.
Ursula wierzchem dłoni otarła pot z czoła. Na piętrze było o kilka
stopni cieplej niż na dole. Czerwcowe słońce przygrzewało przez cały
dzień. W pokoju brzęczały muchy, zwabione przez krew i niewidoczny
jeszcze dla oka, ale już postępujący rozkład.
- Koszula nocna? - zapytał Torkel, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na
łóżko.
- A co z koszulą? - Ursula opuściła aparat i przyjrzała się niemodnemu
bawełnianemu ubraniu.
- Jest opuszczona.
- To mógł być mąż. Chciał ją osłonić.
- Zapytam, czy jej dotykał.
Torkel opuścił swoje miejsce na progu sypialni. Musi wrócić do
zrozpaczonego męża w kuchni. Naprawdę nie lubił tej sprawy.
Billy klęczał przy drzwiach wejściowych i badał zamek, kiedy Torkel zszedł po schodach na parter. Zwrócił się do
szefa.
- Nie ma śladów manipulowania, z tego, co widzę. Wszystko wskazuje na
to, że został wpuszczony.
- Drzwi na werandę zastaliśmy otwarte - przypomniał mu Torkel.
- Mąż je otworzył po powrocie do domu. - Billy skinął głową. - Mówił, że
były zamknięte na klucz.
- Czy jest tego pewien? Sprawiał wrażenie niezbyt przytomnego po tym
szoku.
- Brzmiało pewnie...
- Zapytam go jeszcze raz. Gdzie jest Vanja?
- W ogrodzie. Właśnie dotarła.
- W gabinecie na górze stoi komputer. - Torkel skinieniem wskazał
schody, po których właśnie zszedł. - Zabierzcie go i sprawdźcie, czy da
się coś znaleźć. Najlepiej coś, co połączyłoby ją z tamtymi ofiarami.
- A więc to jest trzecia?
- Wiele na to wskazuje.
- Czy będziemy potrzebowali pomocy, czy raczej...?
Billy nie dokończył pytania. Torkel domyślił się, że tak naprawdę chciał
spytać: Czy skorzystamy z pomocy Sebastiana Bergmana? Jemu też ta myśl
przyszła już do głowy, ale natychmiast ją odrzucił. Wady tego
rozwiązania były oczywiste i nie równoważyły ewentualnych korzyści, ale
tak myślał przedtem.
Zanim znaleźli trzecią.
- Zobaczymy.
- Chciałem powiedzieć, że biorąc pod uwagę, kogo on kopiuje...
- Już mówiłem, zobaczymy.
Z tonu jego głosu Billy domyślił się, że na razie nie powinien więcej
pytać. Billy rozumiał frustrację Torkela. Nie mieli żadnych śladów. A raczej mieli ich całą masę. Odciski palców, ślady buta, spermę i włosy,
ale mimo to nie byli ani o krok bliżej ujęcia mordercy niż dwadzieścia
dziewięć dni temu, kiedy znaleziono pierwszą kobietę związaną i zamordowaną w taki sam sposób. Sprawca wręcz nonszalancko nie przejmował
się zostawianymi przez siebie śladami, ponieważ musiał wiedzieć, że nie
figuruje w żadnych kartotekach. Był zbyt dobrze zorganizowany, żeby
dopuścić do takiego niedbalstwa. A więc niekarany, w każdym razie nie za
większe przestępstwa. Ale lubiący ryzyko. Lub zmuszony, żeby je
podejmować. Obydwie możliwości budziły niepokój. To znaczyło, że z dużym
prawdopodobieństwem zaatakuje jeszcze raz.
- Weź Vanję i przejrzyjcie wszystko jeszcze raz.
Gdyby tylko udało się odkryć powiązania między ofiarami, to już
znaczyłoby bardzo dużo. Wtedy można by dowiedzieć się czegoś o mordercy
i stworzyć krąg podejrzanych. Najgorsze byłoby, gdyby wybierał kobiety
przypadkowo. Gdyby było tak, że widział je na ulicy, śledził,
rozpracowywał, planował i czekał na odpowiedni moment. Jeśli działał
właśnie w ten sposób, nie mieli szans go złapać, zanim nie popełni
błędu. A na razie nie popełnił jeszcze żadnego.
Billy wszedł na górę kilkoma wielkimi krokami, zajrzał szybko do
sypialni, gdzie nadal pracowała Ursula, i wszedł do gabinetu. Pokój był
niezbyt duży. Miał może sześć metrów kwadratowych. W kącie biurko z biurowym krzesłem. Pod biurkiem płyta z pleksi, żeby nie niszczyć
parkietu kółkami. Niska ława, a na niej drukarka, modem, router, papier
i inne materiały biurowe. Na ścianie nad biurkiem wisiała ramka na osiem
zdjęć. Ofiara - miała na imię Katharina, przez "th", o ile Billy dobrze
zapamiętał - sama na jednym ze zdjęć, uśmiechnięta do obiektywu, z tyłu
jabłoń, na ciemnych włosach słomkowy kapelusz, biała letnia sukienka.
Jak z reklamy szwedzkiego lata. Może to był Österlen. Mężczyzna -
Richard - też był sam na jednym ze zdjęć. Siedział na rufie żaglówki.
Okulary słoneczne, mocna opalenizna, skupienie. Na pozostałych sześciu
zdjęciach byli razem. Przytuleni, spleceni w uścisku, roześmiani.
Najwyraźniej dużo podróżowali. Jedno ze zdjęć zostało zrobione na plaży
o olśniewająco białym piasku z palmami w tle, na dwóch innych Billy
zdołał rozpoznać Nowy Jork i Kuala Lumpur. Chyba nie mieli dzieci.
Przynajmniej tym razem nikt nie stracił matki.
Stał jeszcze chwilę przed zdjęciami. Wpatrywał się w czułe uśmiechy
dwojga ludzi. Na wszystkich zdjęciach byli objęci. Może po prostu zawsze
pozowali w ten sposób do zdjęć. A może to była tylko gra, żeby pokazać
światu, jak wspaniale im jest razem. Choć nic na to nie wskazywało,
raczej wyglądali na autentycznie zakochanych, kiedy tak stali przed
obiektywem spleceni ramionami. Billy po prostu nie mógł się oderwać od
zdjęć pary. Coś w nich go poruszyło, może to szczęście, jakim
promienieli. Sprawiali wrażenie takich radosnych. Tak zakochanych. Tak
bardzo żywych. Billy nigdy nie przeżywał tych rzeczy aż tak. Bez
problemu potrafił zachować profesjonalny dystans do ofiary. Oczywiście
zawsze jakoś to na niego wpływało, cierpiał razem z bliskimi ofiary, ale
ostrze smutku nie sięgało aż tak głęboko. Wiedział doskonale, dlaczego
tym razem było inaczej. Właśnie spotkał osobę, której wesołe spojrzenie
i kuszący uśmiech przypominały kobietę ze zdjęć. To sprawiało, że
tragedia stawała się pełnowymiarowa i rzeczywista. Pomyślał o My. Jak
dzisiaj rano odsunęła kołdrę i sennie go objęła. Jak próbowała go
namówić, żeby u niej został jeszcze krótką chwilę, i jeszcze jedną, aż
minie cały ranek. Obraz uśmiechniętej My pasował do tych romantycznych
zdjęć na ścianie, ale w żadnym razie nie pasował do tej groteskowo
powykręcanej, związanej i zgwałconej kobiety z sąsiedniego pokoju. A jednak to była ta sama kobieta. Przez sekundę zdawało mu się, że to My
leży twarzą do dołu w ogromnej kałuży krwi. Odwrócił głowę, szybko
zamknął oczy. Taki strach nie nawiedzał go nigdy przedtem.
Nigdy.
I nie wolno mu było znów się do niego zbliżyć. Wiedział o tym. Nigdy nie
może dopuścić do siebie przemocy i lęku, nie może pozwolić, by go
zatruły. To zniszczyłoby jego miłość. Uczyniłoby ją lękliwą i wiecznie
niespokojną. Potrzeba utrzymania dystansu między życiem prywatnym a pracą była dla niego w tej chwili jasna jak słońce, bez tego dystansu
straciłby wszystko. Mógł ją obejmować, mocno trzymać, ale nigdy nie mógł
dzielić z nią tych uczuć. Były zbyt mroczne i głębokie, żeby wprowadzać
je do ich związku. Kiedy wróci do domu, będzie ją długo trzymał w ramionach. Bardzo długo. Ona zapyta dlaczego. Wtedy będzie musiał
skłamać. Niestety. Ale nie chciał pokazywać jej prawdy. Billy odwrócił
się, wziął z biurka laptop i zszedł na dół, żeby znaleźć Vanję.
Wysoki mężczyzna wpisał do komputera
polecenie wydrukowania wszystkich zdjęć i drukarka natychmiast
odpowiedziała pracowitym pomrukiwaniem. Podczas gdy zdjęcia się
drukowały na błyszczącym papierze o wymiarach 10 na 15, utworzył na
pulpicie nowy folder na zdjęcia, skopiował je do niego, wszedł na
chronioną hasłem dostępu stronę, zalogował się jako administrator i dodał folder. Strona miała niewiele mówiący adres fygorh.se. Właściwie
była to przypadkowa kombinacja liter stworzona po to, żeby nie mogła
znaleźć się w czołówce trafień żadnej wyszukiwarki. Gdyby wbrew
oczekiwaniom zabłąkał się tutaj ktoś niepożądany, to napotka źle
zaprojektowaną stronę, kiepsko podany tekst, prawie nieczytelny na
barwnym i migoczącym tle. Teksty, w których co jakiś czas zmieniały się
czcionka i kolor, stanowiły fragmenty książek, raportów komisji
państwowych, rozpraw, innych stron internetowych albo bezsensowny
bełkot, bez akapitów czy nawet spacji. Czasem tu czy tam, zupełnie bez
związku z treścią, pojawiały się dziwne zdjęcia lub rysunki. Strona
wyglądała jak digitalna wersja owych kompletnych bzdur wypisywanych
czasami na wiatach autobusowych czy stacjach trafo, będących dziełem
kogoś, kto nie umiał się zdecydować na jeden wariant, tylko chciał
wypróbować wszystkie w jednym miejscu. Nikt nie był w stanie
skoncentrować się na tej stronie przez dłuższą chwilę. Zamówił
statystykę odwiedzin. Spośród siedemdziesięciu trzech osób, które z nieznanych powodów trafiły na tę stronę, najdłużej zabawił gość, który
zatrzymał się tu na minutę i dwadzieścia sześć sekund. Właśnie o to mu
chodziło. Nikt nie dał rady klikać aż do piątej strony ani nie zauważył
małego czerwonego guzika, który był tam umieszczony, w samym środku
tekstu o oznaczaniu budowli zabytkowych w gminie Katrineholm. Po
kliknięciu w ten guzik otwierała się nowa strona, wymagająca hasła i loginu. Dalej znajdował się folder ze zdjęciami, które właśnie tam
umieścił. Folder miał nic niemówiącą nazwę: "3".
Drukarka zakończyła pracę. Wyjął zdjęcia. Przejrzał je i policzył.
Wszystkie trzydzieści sześć. Wziął wielki spinacz do papieru i ścisnął
nimi zdjęcia u góry. Potem przeszedł na drugą stronę pokoju, gdzie na
ścianie wisiała wielka płyta korkowa, i zawiesił spinacz ze zdjęciami na
gwoździu w prawym górnym rogu płyty. Nad gwoździem widniała cyfra "3" w kółku, namalowana czarnym pisakiem. Rzucił szybkie spojrzenie na zdjęcia
wiszące powyżej, na gwoździach opisanych "1" i "2". Kobiety. W swoich
sypialniach. Półnagie. Zapłakane. Przerażone. Spinacz po lewej stronie
zawierał tylko trzydzieści cztery zdjęcia. Dwa mu nie wyszły. Przed
aktem. Był zbyt rozgorączkowany. Odszedł od rytuału. Przeklinał się za
to. Przysięgał sobie na wszystkie świętości, że to się nigdy nie
powtórzy. Ale już drugi plik zawierał właściwą liczbę zdjęć. Teraz znów
podniósł aparat do oczu i zrobił zdjęcie płyty wraz z jej makabryczną
zawartością. Pierwsza faza zakończona. Odłożył aparat na biurko i sięgnął po czarną torbę sportową, stojącą na podłodze tuż przy drzwiach.
Wyszedł z nią do kuchni.
Postawił torbę na pustym kuchennym stole, odsunął zamek i wyjął
plastikową torebkę oraz kawałek kartonu z opakowania pończoch, których
używał. Philippe Matignon Noblesse 50 Cammello jasny brąz.
Jak zwykle.
Jak zawsze.
Otworzył szafkę pod zlewem, wrzucił opakowanie do kubła i zamknął
drzwiczki. Wrócił do torby, wyjął nóż w plastikowej torebce, wyciągnął
go, włożył do zlewu, potem znów otworzył drzwiczki pod zlewem i wyrzucił
zakrwawioną torebkę. Zamknął szafkę i odkręcił kran. Letnia woda
spływała po szerokim ostrzu. Zakrzepła krew zaczynała się odrywać od
metalu i spływała lewoskrętnym wirem do kanalizacji. Ujął nóż za trzonek
i odwrócił. Kiedy już przestał ociekać krwią, mężczyzna wziął płyn do
naczyń i szczotkę, żeby doczyścić go do końca. Potem starannie wytarł
ostrze i włożył nóż z powrotem do torby. Otworzył trzecią szufladę od
góry w rzędzie szuflad koło kuchenki i wyjął rolkę trzylitrowych worków
do zamrażania. Oderwał jeden worek, odłożył rolkę, zasunął szufladę, a worek włożył do torby obok noża. Potem wyszedł z kuchni.
Billy obszedł dom dookoła i znalazł Vanję
na trawniku. Stała zwrócona plecami do werandy i okien z wielkimi
szybami. Przed nią rozpościerał się zadbany trawnik ograniczony dwiema
rabatami kwiatowymi. Billy nie znał nazwy żadnej rośliny, ale był
pewien, że to nie bujne kwiecie przyciągało uwagę Vanji.
- Jak tam?
Vanja drgnęła. Nie słyszała jego kroków.
- Nie zostawił tu swojej wizytówki, jeśli to masz na myśli.
- Okej... - Billy cofnął się kawałek.
Vanja uświadomiła sobie, że jej odpowiedź zabrzmiała zaskakująco
szorstko. Pytanie kolegi może wcale nie dotyczyło pracy. Przecież ją
znał. Znał dobrze. Wiedział, jak nienawidzi tego rodzaju zbrodni. Nie z powodu krwi i przemocy seksualnej. Widziała już gorsze rzeczy. Ale to
była kobieta.
Martwa.
We własnym domu.
Kobiety nie powinny być gwałcone i mordowane w swoich domach. I tak
zawsze i wszędzie były narażone na niebezpieczeństwo. Najlepiej powinny
się przebierać, kiedy wieczorem wracały z klubu do domu. Powinny unikać
przejść podziemnych, parków i mało uczęszczanych dróg. Nie chodzić z iPodem i muzyką w uszach. Nie mogły poruszać się swobodnie, miały
ograniczone możliwości. Przynajmniej w domu powinny czuć się
bezpiecznie.
Odprężone.
Pewne.
- Znalazłam to - powiedziała Vanja, cofając się do werandy.
Billy poszedł za nią. Weszli na ciśnieniowo impregnowane deski, minęli
cztery wiklinowe fotele i stół ze złożonym zielonym parasolem w środku,
który Billy'emu kojarzył się raczej z uliczną kawiarnią niż werandą
domu, podeszli do dwóch leżaków z białego drewna, na których
przypuszczalnie właściciele przesiadywali w zachodzącym słońcu, każde z drinkiem w dłoni.
- Tutaj. - Vanja wskazała okno z lewej strony.
Billy spojrzał w tę stronę. Za szybą rozpościerała się znaczna część
parteru. Zobaczył Torkela pogrążonego w rozmowie z Richardem Granlundem,
widział techników badających resztę domu, ale chyba nie o to Vanji
chodziło.
- Ale co? - zapytał.
- Tutaj - powtórzyła, wskazując palcem. Tym razem bardziej precyzyjnie,
żeby Billy zobaczył. Praktycznie miał to przed oczami. Odcisk na szybie,
niemal kwadratowa plama o powierzchni kilku centymetrów, a poniżej
jeszcze mniejsza kropka. Ślady te były otoczone z obu stron plamami w kształcie półksiężyca. Lewa zakrzywiona w prawo, prawa w lewo, jak
nawiasy wokół pozostałych odcisków. Billy od razu domyślił się, co to
było. Ktoś - przypuszczalnie morderca - zaglądał przez okno,
przykładając czoło i nos do szyby, a równocześnie osłaniając się
zgiętymi dłońmi przed światłem, i zostawił tłuste ślady na szkle.
- Jest wysoki - stwierdził Billy, nachylając się bliżej. - Wyższy ode
mnie.
- Jeśli to był ten, co to zrobił - Vanja skinęła w stronę plam na szybie
- znaczyłoby to, że był widoczny z tamtych domów. - Wskazała sąsiednie
domy za rabatami kwiatowymi. - Ktoś mógł go widzieć.
Billy nie był przekonany. Południe, zwykły roboczy dzień w lipcu.
Okoliczne domy sprawiały wrażenie opuszczonych przez urlopujących
mieszkańców. Bardzo niewielu gapiów zebrało się na ulicy albo akurat
miało coś do zrobienia w ogrodzie, kiedy przybyła policja. Mieszkańcy
mieli dość pieniędzy i czasu, żeby pozwolić sobie na letnie domy, jachty
albo zagraniczne rejsy. Czy sprawca o tym wiedział? Może na to liczył?
Przypuszczalnie.
Oczywiście będą musieli przejść się po domach i stukać do drzwi. Do
wielu drzwi. Jeśli morderca został wpuszczony, jak sądził Billy,
powinien dojść do domu od frontu. Pukanie do drzwi werandy budziło
większy przestrach, było czymś dziwnym, wtedy szansa na wpuszczenie
znacznie malała. A więc musiał iść dróżką przez ogród. Całkowicie
widoczny. Wprawdzie z tego, co widzieli, był tak samo widoczny w pozostałych dwóch miejscach zbrodni, ale wcale im to nie pomogło. Nikt
niczego ani nikogo nie widział. Żadnego samochodu, żadnej dziwnie
zachowującej się osoby w okolicy, nikogo, kto by pytał o drogę, wałęsał
się, jeździł rowerem, żadnego posłańca z wiadomością.
Nikogo i niczego.
Wszystko w sąsiedztwie wyglądało tak samo jak zwykle, z jednym małym
wyjątkiem, że brutalnie zamordowano kobietę.
- Torkel chce, żebyśmy wrócili - powiedział Billy. - Jeśli mamy
szczęście, teraz uda się nam znaleźć wspólny mianownik.
- Mam wrażenie, że bez szczęścia nic nie wskóramy. On się rozkręca.
Billy przytaknął skinieniem. Między pierwszym a drugim morderstwem
upłynęły trzy tygodnie. Między drugim a trzecim zaledwie osiem dni.
Razem ruszyli po wystrzyżonym jak do golfa trawniku, który mimo
utrzymującej się suszy i upałów nie miał ani jednej żółtej plamy. Vanja
spojrzała na kolegę, który stąpał obok niej w granatowej bluzie z kapturem i laptopem w jednej ręce.
- Przepraszam, jeśli przedtem zachowałam się, jakbym była wkurzona.
- Nie ma sprawy, po prostu byłaś wkurzona.
Vanja uśmiechnęła się do siebie.
Tak łatwo jej się pracowało z Billym.