Sebastian Bergman (tom 2). Uczeń - Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kiedy tuż przed wpół do ósmej wie­czo­rem tak­sówka skrę­ciła w Tolléns väg, Richard Gran­lund nie spo­dzie­wał się, że jego dzień może być jesz­cze gor­szy. Czte­ro­dniowy pobyt w Mona­chium i oko­li­cach. Podróż w inte­re­sach. W lipcu Niemcy pra­co­wali w zasa­dzie nor­mal­nie. Od rana do wie­czora miał spo­tka­nia z klien­tami. Fabryki, sale kon­fe­ren­cyjne i całe morze wypi­tej kawy. Był zmę­czony, ale zado­wo­lony. Taśmy trans­por­towe i pro­ce­sowe może nie były sza­le­nie eks­cy­tu­jące - jego praca rzadko budziła zacie­ka­wie­nie, ni­gdy nie sta­wała się natu­ral­nym tema­tem roz­mów przy kola­cjach czy innych oka­zjach towa­rzy­skich - ale sprze­da­wały się nie­źle. Taśmy. Sprze­da­wały się naprawdę dobrze.

Samo­lot z Mona­chium miał wyle­cieć o 9.05. Byłby wów­czas w Sztok­hol­mie dwa­dzie­ścia po jede­na­stej. Zaj­rzałby na chwilę do biura, by spraw­dzić sytu­ację. Do domu dotarłby około pierw­szej. Zamie­rzał zjeść późny lunch z Katha­riną, a potem resztę popo­łu­dnia poświę­cić na pracę w ogro­dzie. Taki był plan.

Dopóki nie usły­szał, że lot o 9.05 na Arlandę jest odwo­łany. Usta­wił się w kolejce do sta­no­wi­ska Lufthansy i dostał miej­sce w samo­lo­cie o 13.05. Jesz­cze cztery godziny na Flu­gha­fen München Franz Josef Strauss. Nie było mu do śmie­chu. Z wes­tchnie­niem rezy­gna­cji wyjął komórkę i napi­sał SMS-a do Katha­riny. Będzie musiała zjeść lunch bez niego. Ale może zdążą jesz­cze spę­dzić tro­chę czasu w ogro­dzie. Jaka jest pogoda? Może drink na weran­dzie wie­czo­rem? Mógł coś przy­wieźć, miał teraz czas na zakupy.

Katha­rina odpo­wie­działa natych­miast. To przy­kre z tym spóź­nie­niem. Tęskni za nim. Pogoda w Sztok­hol­mie jest wspa­niała, więc drink to świetny pomysł. Liczy na nie­spo­dziankę. Całusy.

Richard udał się do jed­nego ze skle­pów, które na­dal wabiły swoją ofertą tax free, choć był prze­ko­nany, że dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści podróż­nych nie miało to już więk­szego zna­cze­nia. Zna­lazł półkę z goto­wymi drin­kami i wziął butelkę, którą znał z tele­wi­zyj­nej reklamy. Mojito Clas­sic.

W dro­dze do Press-Stopu spraw­dził swój lot na tablicy. Gate 26. Potrze­bo­wał dzie­się­ciu minut na doj­ście.

Zamó­wił fili­żankę kawy i kanapkę, potem zajął się prze­glą­da­niem świeżo zaku­pio­nego numeru "Gar­den Illu­stra­ted". Czas powoli posu­wał się naprzód. Przez kilka minut oglą­dał wystawy skle­pów, kupił jesz­cze jedną gazetę, tym razem o gadże­tach, poszedł do innej kawiarni i wypił butelkę wody mine­ral­nej. Po wizy­cie w toa­le­cie wresz­cie nade­szła pora, żeby udać się do samo­lotu. W pocze­kalni prze­żył kolejne zasko­cze­nie. Samo­lot o 13.05 miał opóź­nie­nie. Nowy boar­ding time 13.40. Wylot był spo­dzie­wany mniej wię­cej o 14.00. Richard znów się­gnął po tele­fon. Poin­for­mo­wał Katha­rinę o dodat­ko­wym spóź­nie­niu i dał wyraz swo­jej zło­ści na samo­loty w ogóle i Lufthansę w szcze­gól­no­ści. Zna­lazł wolne krze­sło i usiadł. Nie dostał żad­nego SMS-a z odpo­wie­dzią.

Zadzwo­nił.

Nikt nie odbie­rał.

Może wybrała się na lunch do mia­sta z kimś innym. Scho­wał komórkę i zamknął oczy. Wku­rza­nie się na tę całą sytu­ację nie miało sensu, i tak nie mógł nic na to pora­dzić.

Za kwa­drans druga młoda kobieta zza kon­tu­aru wezwała pasa­że­rów na pokład, prze­pra­sza­jąc za opóź­nie­nie. Kiedy wszy­scy już sie­dzieli w kabi­nie, po ruty­no­wej pre­zen­ta­cji środ­ków bez­pie­czeń­stwa, któ­rej i tak nikt nie słu­chał, głos zabrał kapi­tan. Jakaś lampka w samo­lo­cie poka­zy­wała błędne war­to­ści. Pro­blem tkwił chyba w samej lampce, ale nie nale­żało ryzy­ko­wać. Obsługa tech­niczna już była w dro­dze, żeby jej się przyj­rzeć. Kapi­tan prze­pro­sił za to utrud­nie­nie i wyra­ził nadzieję na wyro­zu­mia­łość. W samo­lo­cie szybko zro­biło się gorąco. Richard czuł, jak jego wyro­zu­mia­łość i względ­nie dobry humor wypły­wają z niego wraz z potem nasą­cza­ją­cym koszulę na ple­cach i pod pachami. Wresz­cie znów ode­zwał się kapi­tan. Z dobrą wia­do­mo­ścią. Usterka została usu­nięta. I z drugą, tro­chę gor­szą. Prze­ga­pili swój prze­dział cza­sowy i wyglą­dało na to, że muszą prze­pu­ścić jesz­cze dzie­więć samo­lo­tów, ale gdy nadej­dzie ich kolej, wylecą do Sztok­holmu.

Kapi­tan wyra­ził ubo­le­wa­nie.

Wylą­do­wali na Arlan­dzie o 17.20.

Spóź­nieni dwie godziny i dzie­sięć minut.

Albo sześć godzin.

Zależy, jak na to spoj­rzeć.

W dro­dze po bagaż Richard znów zadzwo­nił do domu. Nikt się nie zgło­sił. Spró­bo­wał jesz­cze raz na komórkę Katha­riny. Po pię­ciu sygna­łach włą­czyła się poczta gło­sowa. Pew­nie była w ogro­dzie i nie sły­szała tele­fonu. Richard dotarł do wiel­kiej hali z taśmo­cią­gami baga­żo­wymi. Moni­tor nad taśmą numer trzy infor­mo­wał, że za osiem minut zostaną dostar­czone bagaże z lotu LH2416.

Cze­kali dwa­na­ście minut.

A kwa­drans póź­niej Richard miał pew­ność, że jego walizki tam nie było.

Znów musiał usta­wić się w kolejce, żeby zgło­sić zagi­nię­cie bagażu w okienku Lufthansy. Zosta­wił kwit, podał swój adres i jak naj­lep­szy opis zagi­nio­nej walizki i mógł wresz­cie wyjść do hali przy­lo­tów i poszu­kać tak­sówki. Po wyj­ściu przez waha­dłowe drzwi zde­rzył się z upa­łem. Naprawdę było lato. Zapo­wia­dał się piękny wie­czór. Czuł lekki nawrót dobrego humoru na myśl o drinku z rumem na weran­dzie w pro­mie­niach wie­czor­nego słońca. Sta­nął w kolejce do tak­só­wek. Kiedy wyjeż­dżali z kom­pleksu Arlandy, kie­rowca powie­dział mu, że dzi­siaj na uli­cach Sztok­holmu pano­wało sza­leń­stwo. Kom­pletne sza­leń­stwo. Rów­no­cze­śnie zwol­nił do mniej wię­cej pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę i został wessany w nie­koń­czący się korek samo­cho­dów jadą­cych na połu­dnie drogą E4.

Tak więc kiedy tak­sówka wresz­cie skrę­ciła w Tolléns väg, Richard Gran­lund nie spo­dzie­wał się, że dzi­siaj może go spo­tkać coś jesz­cze gor­szego.

Zapła­cił kartą i prze­szedł przez kwit­nący, zadbany ogród do domu. Aktówkę i pla­sti­kową torbę z butelką zosta­wił przy drzwiach.

- Halo!

Nikt nie odpo­wie­dział. Richard zdjął buty i wszedł do kuchni. Wyj­rzał przez okno, żeby spraw­dzić, czy Katha­riny nie ma w ogro­dzie, ale było tam pusto. Tak samo jak w kuchni. Żad­nej kar­teczki z wyja­śnie­niem. Richard się­gnął po swój tele­fon i spraw­dził, czy nie ma nie­ode­bra­nych połą­czeń albo SMS-ów. Nie było. W domu pano­wała duchota. Słońce grzało nie­stru­dze­nie. Richard otwo­rzył drzwi na werandę i tak zosta­wił, żeby się wie­trzyło. Potem poszedł na górę. Chciał wziąć prysz­nic i się prze­brać. Czuł się brudny, całe ubra­nie miał prze­po­cone. Jesz­cze na scho­dach zdjął kra­wat i zaczął odpi­nać koszulę, ale prze­rwał, kiedy wszedł do sypialni. Katha­rina leżała na łóżku. To było pierw­sze, co zauwa­żył. Potem bły­ska­wicz­nie zare­je­stro­wał jesz­cze trzy rze­czy.

Leżała na brzu­chu.

Była zwią­zana.

Nie żyła.

Było kilka minut po pół­nocy, gdy Vanja weszła do sali, którą zawsze nazy­wali tylko "Poko­jem". Sześć krze­seł usta­wio­nych wokół owal­nego stołu kon­fe­ren­cyj­nego na sza­ro­zie­lo­nej wykła­dzi­nie dywa­no­wej. Panel kon­tro­lny do roz­mów gru­po­wych, kon­fe­ren­cji wideo i do pro­jek­tora pod sufi­tem znaj­do­wał się na środku stołu, który oprócz kilku bute­lek wody Loka i czte­rech szkla­nek był pusty. Nie było szkla­nych ścian wycho­dzą­cych na inne pomiesz­cze­nia wydziału. Nikt nie miał tu wglądu. Na jed­nej z bocz­nych ścian Pokoju wisiała biała tablica, na któ­rej Billy sumien­nie zapi­sy­wał wszystko, co wią­zało się z aktu­alną sprawą. Wła­śnie przy­pi­nał zdję­cie Katha­riny Gran­lund, kiedy weszła Vanja. Usia­dła na jed­nym z krze­seł i poło­żyła przed sobą na bla­cie trzy teczki.

- Co mia­łeś robić dziś wie­czo­rem?

Billy był zasko­czony jej pyta­niem. Spo­dzie­wał się, że powie coś o mor­der­stwie. Zapyta, czy zna­lazł powią­za­nia mię­dzy trzema zamor­do­wa­nymi kobie­tami. Czy do cze­goś doszli. To nie zna­czyło, że Vanji nie obcho­dzili kole­dzy z pracy, ale była naj­bar­dziej skon­cen­tro­wa­nym śled­czym, jakiego Billy znał, rzadko uci­nała sobie poga­wędki lub oma­wiała pry­watne sprawy pod­czas pracy.

- Byłem w Park­te­atern - odparł Billy, sia­da­jąc. - Musia­łem wyjść zaraz po prze­rwie.

Vanja spoj­rzała na niego z mie­szanką zdu­mie­nia i nie­uf­no­ści w oczach.

- Nie mów, że cho­dzisz do teatru.

To prawda. Billy wie­lo­krot­nie, gdy w roz­mo­wach wykra­czali poza sprawy zawo­dowe, mówił o teatrze jako o "mar­twej sztuce" i twier­dził, że tak samo jak ludzie porzu­cili konne wozy, kiedy poja­wiły się samo­chody, tak teraz teatr powi­nien po cichu i z god­no­ścią odejść w zapo­mnie­nie po wyna­le­zie­niu kina.

- Pozna­łem dziew­czynę, to ona chciała iść.

Vanja uśmiech­nęła się, jasne, że to musiała być dziew­czyna.

- A co powie­działa, kiedy musia­łeś się zwi­jać?

- Nie wiem, czy mi uwie­rzyła. Już pod­czas pierw­szego aktu raz mnie obu­dziła... A ty, co ty robi­łaś?

- Nic, byłam w domu, czy­ta­łam książkę o Hin­dem.

Co z powro­tem dopro­wa­dziło ich do przy­czyny, dla któ­rej sie­dzieli w tym opu­sto­sza­łym budynku na Kung­shol­men, kiedy nowy dzień miał zale­d­wie kilka minut.

Trzy kwa­dranse póź­niej byli zmu­szeni przy­znać, że wcale nie posu­nęli się dalej. Te trzy ofiary nie miały żad­nego wspól­nego mia­now­nika. Różny wiek, dwie mężatki, jedna roz­wie­dziona, jedna miała dziecko, nie dora­stały w tej samej miej­sco­wo­ści, nie cho­dziły do tych samych szkół, nie pra­co­wały w tej samej branży, nie były też człon­ki­niami tych samych sto­wa­rzy­szeń czy orga­ni­za­cji, żad­nych wspól­nych zain­te­re­so­wań, ich mężo­wie też nie byli w żaden widoczny spo­sób powią­zani, nie były zaprzy­jaź­nione na Face­bo­oku ani innych por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych.

Nie znały się.

Nie miały nic wspól­nego.

Przy­naj­mniej Billy i Vanja nie mogli niczego zna­leźć. Billy roz­cza­ro­wany zamknął kom­pu­ter i zmę­czony odchy­lił się na krze­śle. Vanja wstała i pode­szła do tablicy. Przy­glą­dała się zdję­ciom trzech kobiet. Każda miała jedno zdję­cie zro­bione za życia, na pozo­sta­łych były mar­twe. W pra­wym rogu też były przy­pięte zdję­cia w pio­no­wych rzę­dach. Z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Prze­ra­ża­jąco podobne do tych nowych zdjęć.

- On kopiuje wszystko dokład­nie.

- Tak, też o tym myśla­łem, jak to jest moż­liwe? - Billy pod­szedł do niej. - Czy sądzisz, że oni się znają?

- Nie­ko­niecz­nie, te stare zdję­cia były prze­cież publi­ko­wane.

- Gdzie? - zapy­tał Billy zasko­czony.

Trudno było sobie wyobra­zić jaką­kol­wiek gazetę, która mogłaby wydru­ko­wać tak dra­styczne zdję­cia, a w roku 1996 inter­net nie był takim nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem infor­ma­cji, jakim jest dzi­siaj.

- Mię­dzy innymi w książ­kach Seba­stiana - wyja­śniła Vanja i odwró­ciła się do niego. - Czy­ta­łeś je?

- Nie.

- Powi­nie­neś. Są naprawdę świetne.

Billy nie odpo­wie­dział, ski­nął tylko głową. Bio­rąc pod uwagę zda­nie Vanji na temat Seba­stiana, to była przy­pusz­czal­nie jedyna pozy­tywna rzecz, jaką mogła o nim powie­dzieć. Billy nie był pewien, czy ma to poru­szyć, było późno i Vanja już wcze­śniej wie­czo­rem oka­zy­wała oznaki iry­ta­cji, ale w końcu zapy­tał:

- Myślisz, że go wcią­gniemy do współ­pracy?

- Seba­stiana?

- Tak.

- Mam głę­boką nadzieję, że jed­nak nie.

Vanja wró­ciła na swoje miej­sce, pozbie­rała teczki, które przy­nio­sła ze sobą, i skie­ro­wała się do drzwi.

- Ale za to musimy odwie­dzić Hin­dego w Lövhadze. Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy tam poje­chać razem, ty i ja. - Otwo­rzyła drzwi i zatrzy­mała się. - To do jutra. Zadzwo­nisz też do Tor­kela i opo­wiesz mu, jak mało zna­leź­li­śmy?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyszła i zosta­wiła Billy'ego samego. A więc to było jego zada­nie - zadzwo­nić i prze­ka­zać złe wia­do­mo­ści. Jak zwy­kle. Rzu­cił okiem na zegar. Krótko przed pierw­szą. Z wes­tchnie­niem się­gnął do kie­szeni po komórkę.

Seba­stian obu­dził się, kiedy ktoś dotknął jego twa­rzy. Otwo­rzył oczy, szybko zorien­to­wał się, że jest w obcej sypialni, i prze­krę­cił się na lewy bok, pró­bu­jąc rów­no­cze­śnie odtwo­rzyć w pamięci wie­czór, który zapro­wa­dził go wła­śnie tutaj. Szedł za Vanją do domu. Zoba­czył, że weszła do bramy. Aku­rat zamie­rzał się wyco­fać na swój stały punkt obser­wa­cyjny, kiedy znie­nacka wybie­gła z domu. Po kilku sekun­dach poja­wił się radio­wóz, do któ­rego wsia­dła. Coś się musiało stać.

Vanja była tam potrzebna.

On nie był potrzebny ni­gdzie.

Zmę­czo­nym kro­kiem ruszył do domu, do swo­jego o wiele za dużego miesz­ka­nia, ale dość szybko poczuł wewnętrzny nie­po­kój. Miał tylko jeden spo­sób, żeby pozbyć się tego nie­po­koju i znie­chę­ce­nia. Przej­rzał pro­gram w gaze­cie i zde­cy­do­wał się na pre­lek­cję w ABF-huset: Wie­czór z Jus­sim Björlingiem. Zupeł­nie nie był zain­te­re­so­wany tema­tem, ale na wszyst­kich impre­zach kul­tu­ral­nych więk­szość widowni sta­no­wiły kobiety, więc po krót­kim namy­śle Seba­stian zasiadł w trze­cim rzę­dzie obok czter­dzie­sto­let­niej, na oko samot­nej kobiety bez obrączki na palcu. W prze­rwie nawią­zał poga­wędkę. Potem wypili po bez­al­ko­ho­lo­wym drinku. Kon­ty­nu­owali roz­mowę. Posta­no­wili zjeść wspól­nie kola­cję. Odbyli krótki spa­cer do jej miesz­ka­nia na Vasa­sta­den. Poszli do łóżka. A teraz ona go budziła. Elli­nor Berg­kvist. Eks­pe­dientka w domu towa­ro­wym ?hléns. Gospo­dar­stwo domowe. Która była wła­ści­wie godzina? Za oknem jasno, ale to nic nie zna­czyło. Prze­cież była peł­nia lata. Elli­nor leżała na boku zwró­cona ku niemu, z łok­ciem na poduszce i głową pod­partą ręką, pal­cem wska­zu­ją­cym dru­giej ręki wodziła po jego twa­rzy. Była to poza, którą mogła pod­pa­trzyć w kome­diach roman­tycz­nych. W fil­mie uro­cze, w rze­czy­wi­sto­ści wyjąt­kowo iry­tu­jące. Zmierz­wiony kosmyk jasno­ru­dych wło­sów opa­dał jej na jedno oko. Uśmiech­nęła się w spo­sób, który, jak Seba­stian przy­pusz­czał, miał być "łobu­zer­ski", rów­no­cze­śnie zatrzy­mała palec na czubku jego nosa i tro­chę moc­niej naci­snęła.

- Dzień dobry, śpio­chu.

Seba­stian wes­tchnął. Nie mógł się zde­cy­do­wać, co było naj­gor­sze. To, że zwraca się do niego jak do nie­mow­lę­cia, które wła­śnie prze­bu­dziło się z drzemki, czy ema­nu­jące z niej świeże roman­tyczne poczu­cie bli­sko­ści. Chyba raczej to dru­gie. Już pod­czas prze­chadzki do jej miesz­ka­nia podej­rze­wał, że może do tego dojść.

Wzięła go za rękę.

Nie wypusz­czała jego dłoni.

Przez całą drogę. Jak kiczo­wata kli­sza zako­cha­nej pary wędru­ją­cej nocą przez letni Sztok­holm. Pięć godzin po tym, jak spo­tkali się po raz pierw­szy. To było straszne. Seba­stian zasta­na­wiał się, czy nie powi­nien tego prze­rwać i się wyco­fać, ale w końcu zde­cy­do­wał, że poświę­cił za dużo czasu i ener­gii, żeby zakoń­czyć sprawę, zanim dostał to, czego chciał. Czego potrze­bo­wał.

Seks był nudny i bez zaan­ga­żo­wa­nia z jego strony, ale przy­naj­mniej spra­wił, że zasnął na kilka godzin. Zawsze to coś. Seba­stian odwró­cił głowę tak, żeby nie mieć jej palca na nosie, i odchrząk­nął.

- Która godzina?

- Wpół do siód­mej. Docho­dzi. Co zamie­rzasz dzi­siaj robić?

Seba­stian wes­tchnął znowu.

- Muszę nie­stety pra­co­wać.

Kłam­stwo. Nie pra­co­wał. Nie robił tego od lat, nie licząc tego krót­kiego zaan­ga­żo­wa­nia w pracę zespołu do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej w Väster?s sprzed kilku mie­sięcy. Teraz znów nie robił nic. I zamie­rzał się tego trzy­mać. Nie było niczego, co chciałby robić, a już na pewno nie w towa­rzy­stwie Elli­nor Berg­kvist.

- Gdy­bym cię nie obu­dziła, jak długo jesz­cze mógł­byś spać?

Co to za idio­tyczne pyta­nie? Skąd miałby to wie­dzieć? Tam­ten sen przy­pusz­czal­nie i tak by go obu­dził, bar­dzo rzadko zda­rzały się noce, kiedy nie przy­cho­dził, nie można było tego prze­wi­dzieć. Zresztą nie zamie­rzał jej o tym opo­wia­dać. Zamie­rzał sobie pójść. Opu­ścić to miesz­ka­nie i Vasa­sta­den tak szybko, jak to tylko moż­liwe.

- Nie wiem, może do dzie­wią­tej. A co?

- Dwie i pół godziny. - Palec wska­zu­jący znów pod­jął wędrówkę po jego twa­rzy, prze­su­wał się po czole, w dół po nasa­dzie nosa, do ust. Ten ruch był o wiele bar­dziej intymny niż rze­czy, które robili kilka godzin temu. Seba­stian powstrzy­mał odruch, by wstać z łóżka. - Więc jeśli nie chcesz spać dalej - cią­gnęła Elli­nor - mamy dwie godziny, żeby zająć się czymś innym, zanim poświę­cisz się swo­jej bar­dzo waż­nej pracy. - Jej palec wędro­wał dalej przez jego pod­bró­dek, szyję, mostek i wszedł pod poszwę bez koł­dry. Seba­stian spoj­rzał jej w oczy. Jej zie­lone oczy. Zauwa­żył, że lewe miało brą­zową plamkę na tęczówce, jakby źre­nica się roz­lała. Dłoń posu­wała się coraz dalej w dół.

Oka­zało się, że jed­nak było coś, co Seba­stian mógł robić z Elli­nor Berg­kvist.

Śnia­da­nie.

Jak ona go do tego skło­niła?

Nie­opatrz­nie rzu­cona obiet­nica po sto­sunku?

Otwarte okno w kuchni wycho­dziło na podwórko, ale mimo to w miesz­ka­niu było gorąco. Z zewnątrz dał się sły­szeć ryk prze­jeż­dża­ją­cego moto­cy­kla, ale poza tym pano­wała cisza. Cisza let­niego poranka. Prze­bie­ga­jąc wzro­kiem nakryty do śnia­da­nia stół, Seba­stian zasta­na­wiał się, co to był za dzień. Jogurt, dwa rodzaje płat­ków, muesli, świeżo wyci­śnięty sok, ser, szynka, metka, pla­sterki ogórka, pomi­do­rów i papryki, kawałki arbuza. Środa, czy to moż­liwe? Wto­rek? Zapach upie­czo­nych bułek wypeł­nił kuch­nię, kiedy Elli­nor wyjęła bla­chę z pie­kar­nika i wło­żyła gotowe nie­wiel­kie bagietki do ście­reczki. Potem umie­ściła zawi­niątko w wikli­no­wym koszyku i z uśmie­chem posta­wiła na stole, by zaraz wró­cić do wyspy na środku obszer­nej kuchni. Seba­stian nie był głodny. Pstryk­nął elek­tryczny czaj­nik i Elli­nor nalała wrzątku do sto­ją­cego przed nim kubka. Seba­stian zaj­rzał do naczy­nia, w któ­rym woda w zetknię­ciu z prosz­kiem na dnie natych­miast zabar­wiła się na ciem­no­brą­zowy kolor. Naj­wi­docz­niej Elli­nor potrak­to­wała to spoj­rze­nie jako kry­tykę.

- Przy­kro mi, ale mam tylko kawę roz­pusz­czalną, nor­mal­nie piję her­batę.

- Nie szko­dzi...

Nalała wody do swo­jego kubka i poszła odsta­wić czaj­nik. W pół drogi z powro­tem do stołu zatrzy­mała się na chwilę.

- Może chcesz mleka?

- Nie.

- Jeśli chcesz, mogę zagrzać. Będzie jak latte.

- Nie, tak jest dobrze.

- Na pewno?

- Na pewno.

- Tak.

- Okej.

Elli­nor uśmiech­nęła się, usia­dła naprze­ciwko, wzięła torebkę her­baty - cytryna z imbi­rem - wło­żyła do gorą­cej wody, potem kilka razy wycią­gała ją i zanu­rzała. Znów poszu­kała spoj­rze­nia Seba­stiana i uśmiech­nęła się do niego. Jemu udało się wydu­sić z sie­bie coś, co przy odro­bi­nie dobrej woli można było wziąć za odwza­jem­nie­nie uśmie­chu, po czym odwró­cił wzrok. Nie chciał tu być. Sta­rał się uni­kać takich sytu­acji. Teraz przy­po­mniał sobie dla­czego. Nie potra­fił znieść tego fał­szy­wego poczu­cia wspól­noty, wra­że­nia, że coś ich łączy, mimo iż - przy­naj­mniej gdyby to od niego zale­żało - ni­gdy wię­cej się nie spo­tkają. Pogrą­żony w myślach prze­su­wał spoj­rze­niem po kuchen­nych szaf­kach, pod­czas gdy Elli­nor w mil­cze­niu dodała do her­baty łyżeczkę miodu. Wyjęła z koszyka bułkę, prze­kro­iła ją, posma­ro­wała masłem, poło­żyła ser, szynkę i dwa kółka żół­tej papryki. Ugry­zła kanapkę i prze­żu­wa­jąc, przy­glą­dała się Seba­stia­nowi, który na­dal sie­dział ze wzro­kiem utkwio­nym gdzie indziej, gdzieś poza nią.

- Seba­stia­nie?

Drgnął i spoj­rzał na nią pyta­jąco.

- O czym myślisz?

Rze­czy­wi­ście odpły­nął. Znowu. Tam, dokąd zawsze powra­cał. Do myśli, która ostat­nio zda­wała się go pochła­niać nie­mal przez cały czas. To było uczu­cie, jakiego dotych­czas nie znał. Opę­ta­nie. Nawet gdy był naj­moc­niej wcią­gnięty w pracę i odno­sił naj­więk­sze suk­cesy, nie miał pro­blemu, żeby odsu­nąć na bok nie­po­żą­dane myśli. Jeśli poja­wiała się jakaś sprawa, która mogła zawład­nąć jego życiem w spo­sób, jakiego sobie nie życzył, po pro­stu na kilka dni prze­sta­wał o niej myśleć.

Zaj­mo­wał się czymś innym.

Przej­mo­wał ini­cja­tywę.

Seba­stian Berg­man był czło­wie­kiem, który nie traci kon­troli. Dla niczego, dla nikogo. Przy­naj­mniej tak było dotych­czas.

Teraz był kimś innym.

Życie go prze­czoł­gało. Pora­niło go.

Nie tylko raz.

Ale dwa razy.

Jesz­cze nie otrzą­snął się na dobre po kata­stro­fie w Taj­lan­dii w drugi dzień świąt 2004 roku, kiedy trzy mie­siące temu poje­chał do Väster?s. Powo­dem tego wyjazdu była sprze­daż domu po rodzi­cach, a pod­czas sprzą­ta­nia ich rze­czy zna­lazł kilka listów. Adre­so­wane do jego matki listy zostały wysłane w 1979 roku. Pisała je kobieta, która twier­dziła, że spo­dziewa się dziecka Seba­stiana. Wtedy te listy do niego nie dotarły, ale teraz uczy­nił wszystko, żeby ziden­ty­fi­ko­wać nadawcę. Dawni kole­dzy Seba­stiana z poli­cji kry­mi­nal­nej wła­śnie znaj­do­wali się w Väster?s z powodu bru­tal­nego zabój­stwa nasto­latka, więc wpro­sił się do śledz­twa, żeby dzięki poli­cyj­nym upraw­nie­niom i dostę­powi do reje­strów dopa­so­wać twarz do osoby.

Uzy­skać adres.

Mieć pew­ność.

I to wszystko mu się udało. Kobieta miesz­ka­jąca na Storskärsgatan 12 otwo­rzyła mu drzwi. Twarz. Anna Eriks­son. Uzy­skał pew­ność. Tak, miał córkę, ale ona nie mogła się ni­gdy dowie­dzieć, że jej ojcem jest Seba­stian. Miała już ojca. Był nim Val­de­mar Lith­ner. Val­de­mar, który wie­dział, że Vanja nie jest jego.

A więc nie mieli się ni­gdy spo­tkać. Seba­stian i jego córka. To by znisz­czyło tak wiele. Dla wszyst­kich. Więc Seba­stian musiał obie­cać, że nie będzie pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać.

Ale pro­blem pole­gał na tym, że oni już się spo­tkali.

Nawet wię­cej.

Pra­co­wali razem.

W Väster?s. On i Vanja Lith­ner. Ofi­cer śled­czy w zespole do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej. Bystra, sprawna, sku­teczna i silna.

Jego córka.

Miał córkę.

Znowu.

Od tego czasu pra­wie ją śle­dził. Wła­ści­wie nie potra­fiłby wytłu­ma­czyć, dla­czego to robi, nawet sobie. Widział ją, ale to już było wszystko. Ni­gdy się nie ujaw­nił. Co powi­nien powie­dzieć? Co mógł powie­dzieć?

Teraz pod­niósł wzrok na Elli­nor, która przy­jaź­nie zapy­tała, o czym myśli, i udzie­lił odpo­wie­dzi, która nie potrze­bo­wała żad­nego roz­wi­nię­cia:

- O niczym.

Elli­nor poki­wała głową, z pozoru zado­wo­lona z odpo­wie­dzi albo choćby z tego, że znów zwró­cił na nią uwagę. Seba­stian się­gnął po kawa­łek arbuza. Tyle przy­naj­mniej mógł w sie­bie wci­snąć.

- Gdzie pra­cu­jesz?

- Bo co?

Nie­przy­jemna odpo­wiedź, wręcz nie­grzeczna, ale lepiej było przy­ha­mo­wać to od początku. Seba­stian naprawdę nie chciał, żeby to krę­pu­jące wspólne śnia­da­nie stało się oka­zją do wza­jem­nego pozna­nia. Wie­dzieli o sobie dosyć. On o niej wię­cej niż ona o nim. Elli­nor wie­działa, że on nazywa się Seba­stian Berg­man i jest psy­cho­lo­giem. Przed pozo­sta­łymi pyta­niami sku­tecz­nie umiał się uchy­lać i bez pro­blemu zastę­po­wał je zain­te­re­so­wa­niem wobec jej osoby.

- Mówi­łeś, że musisz pra­co­wać - cią­gnęła Elli­nor. - Jest śro­dek lipca, więk­szość ludzi jest na urlo­pach, więc jestem cie­kawa, czym się zaj­mu­jesz.

- Pra­cuję nad pew­nym... rapor­tem.

- O czym?

- To jest... ana­liza. Dla szkoły poli­cyj­nej.

- Mówi­łeś chyba, że jesteś psy­cho­lo­giem?

- Jestem, ale cza­sem współ­pra­cuję z poli­cją.

Ski­nęła. Wypiła łyk her­baty i się­gnęła po kromkę chleba.

- Kiedy ma być gotowy?

Co to za pie­przone prze­słu­cha­nie.

- Mniej wię­cej za dwa tygo­dnie.

Te jej zie­lone oczy. Wie­działa, że on kła­mie. Wła­ści­wie go to nie obcho­dziło. Ani tro­chę nie przej­mo­wał się tym, co ona o nim myśli, ale bar­dzo źle się czuł w tej niby nor­mal­nej sytu­acji wspól­nego śnia­da­nia, kiedy oboje wie­dzieli, że to tylko na niby. Złuda. Dość tego. Seba­stian odsu­nął krze­sło.

- Pójdę już.

- Zadzwo­nię do cie­bie.

- Jasne...

Drzwi zatrza­snęły się za nim. Elli­nor sie­działa jesz­cze przy stole, nasłu­chu­jąc jego kro­ków. Zszedł po scho­dach. Uśmiech­nęła się do sie­bie. Wie­działa, że tak zrobi. Sie­działa, aż prze­stała go sły­szeć, wtedy wstała od stołu i poszła do sypialni. Sta­nęła przy oknie. Jeśli przej­dzie przez ulicę i skręci w lewo, jesz­cze go zoba­czy. Ale poszedł inną drogą.

Elli­nor usia­dła na nie­po­ście­lo­nym mał­żeń­skim łóżku. Poło­żyła się na jego poło­wie. Nakryła się jego prze­ście­ra­dłem, wtu­liła nos w jego poduszkę i głę­boko wcią­gnęła powie­trze. Wstrzy­mała oddech, żeby zacho­wać w sobie jego zapach.

Żeby go zatrzy­mać.

Vanja miesz­kała na wznie­sie­niu ponad Fri­ham­nen. Seba­stian był pra­wie pewny, że jej miesz­ka­nie ma trzy pokoje. Tak pewny, jak tylko można być, oglą­da­jąc miesz­ka­nie z nie­wiel­kiego wzgórka odda­lo­nego o sto metrów. To był jasno­żółty moder­ni­styczny budy­nek. Sie­dem pię­ter. Vanja miesz­kała na czwar­tym. Z tego, co widział, w miesz­ka­niu nic się nie poru­szało. Może jesz­cze spała. Albo była w pracy. Nie prze­szka­dzało mu, że aku­rat teraz jej nie widział. Przy­szedł tutaj wła­ści­wie dla­tego, że nie wie­dział, co ma ze sobą zro­bić.

Kilka tygo­dni temu sytu­acja wyglą­dała ina­czej.

Wtedy poczuł, że koniecz­nie musi ją zoba­czyć. Pra­gnie ją widzieć. Zoba­czyć, co robi. Chciał mieć lep­szy widok niż ten, jaki dawało mu wzgó­rze, więc posta­no­wił wspiąć się na jedno z wiel­kich drzew liścia­stych rosną­cych poni­żej wznie­sie­nia. Pierw­sze metry poszły mu nad­spo­dzie­wa­nie dobrze. Udało mu się się­gnąć kilku gałęzi powy­żej i wszedł jesz­cze dalej. Potem zauwa­żył, że może dostać się jesz­cze wyżej, po chwili szu­ka­nia po omacku natra­fił dłońmi na dobre miej­sce, chwy­cił kolejną gałąź i pod­cią­gnął się jesz­cze o kilka metrów. Słońce prze­świe­tlało liście, które pięk­nie pach­niały świe­żo­ścią. Nagle poczuł się jak mały chło­piec szu­ka­jący przy­gód. Kiedy ostat­nio wspi­nał się na drzewo? Wiele, wiele lat temu. Ale był w tym dobry.

Zręczny.

Szybki.

Jego ojciec nie lubił tego, uwa­żał, że Seba­stian powi­nien wię­cej zaj­mo­wać się wyzwa­niami inte­lek­tu­al­nymi, roz­wi­jać swoją muzy­kal­ność i talenty arty­styczne. Jego matka głów­nie bała się o ubra­nia. Żadne z nich nie lubiło, kiedy cho­dził po drze­wach, więc robił to tym czę­ściej. Tak czę­sto, jak tylko mógł. Teraz napa­wał się uczu­ciem, że znów robi coś zaka­za­nego i awan­tur­ni­czego.

Wtedy spoj­rzał w dół i uświa­do­mił sobie, że już na tej wyso­ko­ści będzie miał poważne pro­blemy z zej­ściem na dół. Przy­naj­mniej bez szwanku. Zręcz­ność i szyb­kość już dawno prze­stały być cechami, które można mu było przy­pi­sać. Rów­no­cze­śnie z tą prze­ra­ża­jącą i budzącą zawroty głowy świa­do­mo­ścią poja­wiło się wra­że­nie, że jego mary­narka zacze­piła o ostrą gałąź wysta­jącą gdzieś z tyłu. Stra­cił rów­no­wagę. Nagle chło­piec poszu­ku­jący przy­gód stał się nie­spraw­nym męż­czy­zną w śred­nim wieku, który ze wzbie­ra­ją­cym pozio­mem kwasu mle­ko­wego w mię­śniach wisiał na drze­wie wysoko nad zie­mią. Seba­stian musiał poświę­cić zarówno ilu­zję chło­pię­cej przy­gody, jak i mary­narkę, kiedy z tru­dem prze­do­stał się do pnia, po któ­rym opu­ścił się, czy raczej zje­chał w spo­sób nie­kon­tro­lo­wany niżej, na dolne gałę­zie, które bole­śnie zatrzy­mały jego roz­pę­dzone ciało. Na drżą­cych nogach zszedł na zie­mię, w roze­rwa­nej mary­narce i z pie­ką­cymi otar­ciami po wewnętrz­nej stro­nie ud.

Po tej przy­go­dzie zado­wa­lał się sta­niem na tym obec­nie tak dobrze mu zna­nym wzgó­rzu i oglą­da­niem miesz­ka­nia Vanji.

To wystar­czyło.

Było wystar­cza­jąco sza­lone.

Nawet bał się myśleć, co by było, gdyby Vanja wyj­rzała przez okno i nagle zoba­czyła go, jak zwisa z drzewa obok jej miesz­ka­nia.

Jej miesz­ka­nie wyglą­dało przy­tul­nie. Nowo­cze­sne zasłony. Czer­wone i białe kwiaty w oknach. Małe lampki o regu­lo­wa­nej jasno­ści na para­pe­cie. Nie­wielki bal­kon wycho­dzący na pół­nocny wschód, na któ­rym przy ład­nej pogo­dzie mię­dzy 7.20 a 7.45 Vanja piła swoją poranną kawę. Wtedy Seba­stian zawsze musiał się kryć za krza­kami jałowca, z któ­rymi ni­gdy nie zamie­rzał zawie­rać tak bli­skiej zna­jo­mo­ści. Zde­cy­do­wa­nie była osobą o wypra­co­wa­nej ruty­nie, jego córka. Wsta­wała codzien­nie o 7.00, w week­endy około 9.00. We wtorki i czwartki przed pój­ściem do pracy szła pobie­gać. Sześć kilo­me­trów. W nie­dziele podwa­jała dystans. Czę­sto pra­co­wała do późna i rzadko wra­cała do domu przed 20.00. Nie wycho­dziła zbyt czę­sto wie­czo­rami. Do knajpy. Może raz czy dwa w mie­siącu. Z grupką kole­ża­nek. Nie zauwa­żył, żeby miała chło­paka. W czwartki jadła kola­cję z rodzi­cami na Storskärsgatan. Prze­waż­nie szła do nich sama, ale do domu odpro­wa­dzał ją Val­de­mar Lith­ner.

Tata.

Byli bar­dzo zżyci, to się rzu­cało w oczy z daleka, kiedy się widziało, jak idą razem. Bli­sko sie­bie. Dużo się śmiali, a prze­chadzka koń­czyła się ser­decz­nym uści­skiem, Val­de­mar cało­wał ją w czoło przed odej­ściem. Zawsze. Sym­bol ich bli­skiej rela­cji. To byłby bar­dzo piękny obra­zek, gdyby nie pewien drobny szcze­gół. Otóż jej praw­dziwy ojciec stał kawa­łek dalej i bacz­nie się temu przy­glą­dał. Te chwile spra­wiały Seba­stia­nowi naj­więk­szy ból. Prze­dziwny ból.

Gor­szy niż zazdrość.

Więk­szy niż zazdrość.

Cięż­szy niż wszystko inne.

To był ból z powodu życia, które nie było jego udzia­łem.

Kiedy przed dwoma tygo­dniami Seba­stian zoba­czył Vanję z Val­de­ma­rem na lun­chu we wło­skiej restau­ra­cji w pobliżu komendy poli­cji, przy­szedł mu do głowy pewien pomysł. Nie było to nic przy­jem­nego, wręcz prze­ciw­nie. Ale poczuł się lepiej. Przy­naj­mniej wtedy i w tam­tym miej­scu.

Stop­niowo zazdrość, którą odczu­wał w sto­sunku do Val­de­mara, prze­szła w złość, by zmie­nić się w końcu w coś, co można było nazwać tylko nie­na­wi­ścią. Była to nie­na­wiść wobec tego wyso­kiego, szczu­płego i przy­stoj­nego męż­czy­zny, który mógł iść tak bli­sko jego córki. Jego córki! To prze­cież jemu nale­żały się te uści­ski i czu­łość. On powi­nien dostać całą tę miłość.

On!

Nikt inny.

Seba­stian wiele razy wyobra­żał sobie, że wycho­dzi z cie­nia i opo­wiada wszystko, ale zawsze w ostat­niej chwili się z tego wyco­fy­wał. Snuł wizje, że w jakiś spo­sób zbliży się do Vanji, żeby póź­niej, kiedy uda im się zbu­do­wać jakąś rela­cję, mógł wyznać prawdę. Wtedy przy­naj­mniej byłby jakiś czas bli­sko niej. Mógłby ją poznać. Może uzna­łaby, że ją zdra­dził, ale to nie powstrzy­my­wało Seba­stiana. Naj­więk­szym pro­ble­mem był fakt, że gdyby powie­dział prawdę, obo­jęt­nie kiedy i w jaki spo­sób, nie­odwo­łal­nie znisz­czy­łoby to jej rela­cję z Val­de­ma­rem. I za to Vanja by go znie­na­wi­dziła. Już teraz szcze­rze go nie zno­siła.

Nic nie było pro­ste, kiedy cho­dziło o Vanję.

O ile ona sama nie zacznie wąt­pić w fał­szy­wego ojca, rzecz jasna. To mogłaby być droga do suk­cesu, gdyby Seba­stia­nowi udało się spra­wić, żeby sama strą­ciła Val­de­mara z tego pie­de­stału, na któ­rym on tak bez­czel­nie się roz­siadł. To nie powinno być nie­wy­ko­nalne. Gdyby tak dowie­działa się kilku rze­czy o Val­de­ma­rze, o jego brud­nych spraw­kach, tajem­ni­cach, które go dema­sko­wały, to aure­ola nad jego głową mocno by się prze­krzy­wiła. Nic nie mogło sku­tecz­niej zmie­nić usta­lo­nych poglą­dów danej osoby niż jej wła­sne odkry­cia i doświad­cze­nia. Seba­stian dobrze o tym wie­dział. Czę­sto dopiero poprzez odczu­cie pew­nych rze­czy na wła­snej skó­rze czło­wiek rozu­miał, jak rze­czywistość wygląda naprawdę. Dla­tego dzia­ła­nie zawsze oka­zy­wało się tu bar­dziej sku­teczne niż słowa, a wła­sne dzia­ła­nie było naj­cen­niej­sze.

I takie wła­sne odkry­cie mogłoby natu­ral­nie zapo­cząt­ko­wać kwe­stio­no­wa­nie pozy­cji Val­de­mara.

Że nie był takim dosko­na­łym ojcem.

Że był kimś innym.

Kimś o wiele gor­szym.

Gdyby Seba­stia­nowi udało się dopro­wa­dzić Vanję do tego odkry­cia, wywo­ła­łoby to u niej roz­pacz i zagu­bie­nie. W takiej sytu­acji czu­łaby się samotna, roz­cza­ro­wana i otwo­rzy­łaby się na inne rze­czy, na prawdę, może nawet w głębi duszy cze­ka­łaby na nią. Cie­szy­łoby ją poja­wie­nie się ojcow­skiej postaci, która od tak dawna na nią cze­kała, która zawsze była bli­sko. Wtedy i w tej sytu­acji może nawet obję­łaby go, oka­za­łaby, że go potrze­buje. Kiedy będzie zra­niona i utraci grunt pod nogami. Będzie po pro­stu gotowa.

Miał wra­że­nie, że to jest naprawdę dobry plan. Wystu­dio­wany, trudny do prze­pro­wa­dze­nia, ale o prze­ło­mo­wym zna­cze­niu, jeśli się uda.

Ważny był tu rese­arch. Nie ma ludzi dosko­na­łych. Każdy ma coś do ukry­cia. Trzeba tylko dotrzeć do tych sekre­tów. A potem wyeks­po­no­wać je jak naj­le­piej.

Plan był tak nie­go­dziwy, że nawet Seba­stian zawa­hał się przez sekundę.

Jeśli kie­dy­kol­wiek wyszłoby na jaw, że w jaki­kol­wiek spo­sób był zamie­szany w pogrą­ża­nie Val­de­mara, na zawsze utra­ciłby moż­li­wość nawią­za­nia rela­cji z Vanją. Ale gdyby mu się udało, byłby to prze­łom, na który tak długo cze­kał. W bra­mie naprze­ciwko tam­tej wło­skiej restau­ra­cji posta­no­wił, że to zrobi, że ona jest tego warta. Warta, by o nią wal­czyć.

I tak nie miał żad­nego innego życia.

Odsu­nął na bok wszel­kie wąt­pli­wo­ści i poszedł pro­sto do domu, żeby odszu­kać pewien numer tele­fonu. Numer, z któ­rego od wielu lat nie korzy­stał. Do daw­nego komi­sa­rza poli­cji, który pod każ­dym wzglę­dem był prze­ci­wień­stwem Tor­kela.

Impul­sywny, pozba­wiony skru­pu­łów, gotów iść po tru­pach.

Został wyrzu­cony z poli­cji kry­mi­nal­nej, kiedy oka­zało się, że pro­wa­dził pry­watne śledz­two prze­ciw swo­jej żonie, pod­rzu­cał dowody, żeby w efek­cie aresz­to­wać jej nowego męża za prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe, a wszystko po to, żeby ode­brać żonie prawo do opieki nad dziećmi. Wła­śnie kogoś takiego Seba­stian teraz potrze­bo­wał.

Kogoś takiego jak Trolle Her­mans­son.

Trolle ode­brał po dzie­wią­tym sygnale. Naj­pierw chciał powspo­mi­nać stare czasy, ale Seba­stian wyraź­nie nie był zain­te­re­so­wany i zamiast tego powie­dział krótko, czego potrze­buje. Zakoń­czył swoją pre­zen­ta­cję obiet­nicą tysiąca koron zapłaty, ale Trolle odrzu­cił tę pro­po­zy­cję. Był najwyraź­niej ucie­szony, że ma coś do roboty. Potrze­bo­wał tylko kilku dni.

To było przed dwoma tygo­dniami.

Od tam­tego czasu Trolle szu­kał go kilka razy, ale Seba­stian igno­ro­wał jego tele­fony. Sie­dział w cichym miesz­ka­niu i sły­szał tele­fon dzwo­niący bez końca. Tylko Trolle mógł cze­kać aż tyle sygna­łów, to było dla Seba­stiana jasne. Ale nie był już pewien, czy na­dal chce to wszystko wie­dzieć. Jeśli posu­nąłby się dalej w tej spra­wie, czy zosta­łyby mu jesz­cze jakieś gra­nice do prze­kro­cze­nia?

Ale teraz poczuł, jak ogar­nia go przy­gnę­bie­nie. Godziny na wzgó­rzu przed domem Vanji. Seks. Dzi­siej­szej nocy był z Elli­nor, wczo­raj i jutro z jakąś inną. Puste miesz­ka­nie. Puste życie. Musiał coś zro­bić. Cokol­wiek. Zmiany. Wyjął komórkę i wybrał numer.

Trolle ode­brał po trzech sygna­łach.

- Wła­śnie się zasta­na­wia­łem, kiedy się ode­zwiesz - powie­dział schryp­nię­tym po prze­bu­dze­niu gło­sem.

- Byłem tro­chę zajęty - wyja­śnił Seba­stian, odda­la­jąc się od domu Vanji z tele­fo­nem przy uchu. - Wyjeż­dża­łem.

- Nie okła­muj mnie. Śle­dzi­łeś ją. Córkę.

Seba­stian zesztyw­niał na moment, zanim dotarło do niego, że Trolle mówił o córce Val­de­mara. Jasne.

- A skąd to wiesz?

- Bo jestem lep­szy do cie­bie.

Seba­stian miał wra­że­nie, że sły­szy, jak po dru­giej stro­nie kolega uśmie­cha się z zado­wo­le­niem.

- Nie pro­si­łem cię, żebyś ją spraw­dzał - powie­dział poiry­to­wany.

- Nie, ale ja wyko­nuję swoją robotę sumien­nie. Dawny poli­cjant, sam wiesz.

- Dowie­dzia­łeś się cze­goś?

- Tro­chę. Ale żad­nych bru­dów. Facet spra­wia wra­że­nie sakra­mencko porząd­nego. - Trolle prze­rwał na chwilę i Seba­stian usły­szał, jak sze­le­ści papie­rami, które praw­do­po­dob­nie leżały roz­rzu­cone przed nim. - Nazywa się Ernst Val­de­mar Lith­ner. Uro­dzony w tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym trze­cim roku w Göteborgu - powie­dział Trolle. - Stu­dio­wał naj­pierw w Chal­mers, potem prze­niósł się na eko­no­mię. W tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pierw­szym roku oże­nił się z Anną Eriks­son. Która, by the way, nie przy­jęła jego nazwi­ska. Żad­nych byłych żon ani innych dzieci. Nie figu­ruje w reje­strze kar­nym. Długo pra­co­wał jako księ­gowy, ale prze­kwa­li­fi­ko­wał się i od tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego siód­mego roku pro­wa­dził różne firmy. Zaj­mo­wał się wszyst­kim, od księ­go­wo­ści po doradz­two podat­kowe. Naj­wi­docz­niej nie­źle zara­biał, bo odło­żył tro­chę gro­sza na miesz­ka­nie dla Vanji i rok póź­niej kupił duży letni dom w Vaxhol­mie. Nie odkry­łem żad­nych kocha­nek ani kochan­ków, ale zatrud­ni­łem kogoś, kto wła­mie mu się do kom­pu­tera i wtedy zoba­czymy. W zeszłym roku cho­ro­wał.

- Co to zna­czy cho­ro­wał?

- Jakieś zmiany w płu­cach, wiesz, rak, który nas w końcu zżera. Na co umarła twoja matka?

Seba­stian nawet się nie zasta­na­wiał nad tym, że Trolle znów w żar­tach poka­zał, że przez ostat­nie tygo­dnie spraw­dził dokład­nie także i jego. Zmro­ziło go, mimo upału. A więc Val­de­mar miał raka? To się nie zga­dzało. Męż­czy­zna, który zabrał mu córkę, wyglą­dał na peł­nego życia. Może to była tylko maska, którą zakła­dał na spo­tka­nia z Vanją, wysi­łek dla niej.

- Na wio­snę został uznany za wyle­czo­nego - mówił dalej Trolle. - O ile można być wyle­czo­nym. Mój czło­wiek w szpi­talu nie dotarł do histo­rii cho­roby, ale teraz ma zapla­no­wane tylko nor­malne wizyty, czyli musi być poza strefą ryzyka.

Seba­stian mruk­nął nie­za­do­wo­lony.

- Okej... Coś jesz­cze?

- Nie, wła­ści­wie nie. Mam tu tro­chę papie­rów, jeśli chcesz.

- Nie, nie potrzeba. A więc jest czy­sty jak łza?

- Na razie tak, ale ja dopiero zaczą­łem. Mogę poko­pać o wiele głę­biej, jeśli zechcesz.

Seba­stian zasta­na­wiał się przez chwilę. Było gorzej, niż się spo­dzie­wał. Val­de­mar nie tylko był ubó­stwiany przez córkę, był także cudow­nie uzdro­wiony. Święty z rakiem, który z pocze­kalni śmierci wró­cił na łono rodziny.

Seba­stian nie miał szans. Bez­na­dziejna sprawa.

- Nie, nie potrzeba. Ale dzię­kuję. Zaj­rzę do cie­bie z pie­niędzmi.

I odło­żył słu­chawkę.

A więc jego wspa­niały plan spa­lił na panewce.

Trzeci dzień w pracy. Wresz­cie udało mu się zdo­być urzą­dze­nie do ozna­cza­nia, dru­ku­jące ety­kiety oraz paski samo­przy­lepne, i teraz stał z nim na kory­ta­rzu przed meta­lową tabliczką infor­mu­jącą, że w środku urzę­duje dyrek­tor zakładu kar­nego. Zdjął pla­sti­kową osłonkę z dru­giej strony wydru­ko­wa­nego paska z nazwi­skiem i przy­kleił go. Tro­chę nie­równo wyszło, ale mu to nie prze­szka­dzało. Można było prze­czy­tać z daleka. Dyrek­tor Zakładu Kar­nego Tho­mas Haralds­son.

Cof­nął się o krok i z uśmie­chem zado­wo­le­nia przyj­rzał się tabliczce.

Nowa praca.

Nowe życie.

Wysłał poda­nie wiele mie­sięcy temu, ale wła­ści­wie nie wie­rzył, że dosta­nie tę posadę. Nie żeby mu bra­ko­wało kwa­li­fi­ka­cji, ale po pro­stu to był taki okres w jego życiu, że nic mu się nie ukła­dało. W pracy miał pro­blemy, nie umiał się poro­zu­mieć z sze­fową, Ker­stin Han­ser, a suk­ce­sami zawo­do­wymi też nie mógł się wyka­zać, musiał to szcze­rze przy­znać. Czę­ściowo wyni­kało to stąd, że Han­ser rzu­cała mu kłody pod nogi, ale to nie wszystko. To zaczęło go drę­czyć. W domu też sytu­acja była tro­chę napięta. Nie cho­dziło o brak miło­ści czy zmę­cze­nie i rutynę, ale ich życie było zdo­mi­no­wane przez jedną rzecz. Jenny, jego żona, zaczęła kura­cję hor­mo­nalną i wszyst­kie ich dzia­ła­nia miały teraz na celu jedy­nie poczę­cie dziecka. Ona myślała wyłącz­nie o zaj­ściu w ciążę, a on o Han­ser, swo­jej pracy i nara­sta­ją­cym roz­go­ry­cze­niu. Nic już go nie cie­szyło i Haralds­son nawet wolał nie żywić nadziei, że dosta­nie sta­no­wi­sko, na które zde­cy­do­wał się kan­dy­do­wać tak na wszelki wypa­dek jesz­cze pod koniec zimy. W ogło­sze­niu było napi­sane, że miej­sce będzie wolne dopiero latem, więc na­dal pra­co­wał w poli­cji w Väster?s i już pra­wie zapo­mniał o tam­tym poda­niu. Potem wyda­rzyło się mor­der­stwo tam­tego chło­paka, poja­wił się zespół docho­dze­niowo-śled­czy ze Sztok­holmu i cała sprawa skoń­czyła się tym, że Haralds­son został postrze­lony i musiał przejść ope­ra­cję. Został ranny w klatkę pier­siową, jak sam opi­sałby swoje obra­że­nia. Choć w jego kar­cie szpi­tal­nej napi­sano, że cho­dziło o dolną część barku. Tak czy ina­czej, jesz­cze nie odzy­skał peł­nej spraw­no­ści. Na­dal czuł w tam­tym miej­scu napię­cie i sztyw­ność, wła­śnie ode­zwało się znowu, kiedy jesz­cze raz doci­snął naklejkę ze swoim nazwi­skiem.

Ten postrzał stał się w pew­nym sen­sie punk­tem zwrot­nym. Kiedy obu­dził się po ope­ra­cji, przy jego łóżku sie­działa Jenny. Zanie­po­ko­jona, lecz wdzięczna. Że prze­żył. Że nie odszedł. Miał szczę­ście, jak mu powie­dziano. Kula roze­rwała opłucną i wywo­łała krwo­tok do płuc. Haralds­son wie­dział tylko, że taki postrzał jest pie­kiel­nie bole­sny. Miał trzy tygo­dnie zwol­nie­nia z pracy. Przez ten czas sie­dział w domu i zasta­na­wiał się, jak to będzie, kiedy wróci do komendy. Komen­dant okrę­gowy na pewno wygłosi jakąś mowę w stylu "witamy z powro­tem" i pochwali jego hero­iczną postawę - może nawet przy­zna­wano za to jakiś nie­wielki medal: postrzał odnie­siony na służ­bie. Oczy­wi­ście będzie tort i kawa i ostrożne pokle­py­wa­nie po ple­cach, żeby oszczę­dzić jego zra­nioną klatkę pier­siową. Kole­dzy na pewno będą chcieli usły­szeć, jak się czuł i co wtedy myślał.

Ale nie było do końca tak.

Nie było komen­danta, żad­nych prze­mó­wień ani medalu, za to dziew­czyny z recep­cji zamó­wiły tort. Mniej pokle­py­wań i zapy­tań, ale uznał, że to też było coś. Coś się zmie­niło, kole­dzy odno­sili się do niego ina­czej. Wyobra­żał sobie, że to rodzaj sza­cunku. Sza­cu­nek i może pod­świa­do­mie pewna ulga. Nie­czę­sto zda­rzało się, żeby poli­cjant został postrze­lony na służ­bie, a praw­do­po­do­bień­stwo, że coś takiego może ponow­nie zda­rzyć się w Väster?s w naj­bliż­szej przy­szło­ści, sta­ty­stycz­nie było wręcz wyjąt­kowo niskie. Można więc powie­dzieć, że zła­pał kulkę w imie­niu całej väster?skiej poli­cji. Po raz pierw­szy od dawna szedł do pracy z rado­ścią. Mimo Han­ser.

W domu też coś się zaczęło dziać. Oboje nieco się odprę­żyli, zbli­żyli do sie­bie, jakby to życie, które mieli, które wie­dli razem w tej chwili, było waż­niej­sze od tego, które pró­bo­wali stwo­rzyć. Na­dal upra­wiali seks. Czę­sto, ale głów­nie dla­tego, że mieli ochotę, pra­gnęli być bli­sko ze sobą. Seks był czul­szy, cie­plej­szy, mniej mecha­niczny. Może dla­tego wresz­cie się udało.

Nagle wszystko zaczęło się ukła­dać.

Równo pięć tygo­dni po postrze­le­niu został wezwany na roz­mowę w spra­wie pracy. Tego samego dnia test cią­żowy Jenny poka­zał wynik pozy­tywny.

A więc to był zwrot.

Dostał tę pracę. Han­ser napi­sała mu świetną reko­men­da­cję, jak się dowie­dział. Może jed­nak źle ją oce­niał. Jasne, zda­rzały im się kon­flikty przez te lata, kiedy była jego sze­fową, ale gdy przy­szło co do czego, kiedy musiała obiek­tyw­nie oce­nić jego pracę i moż­li­wość pora­dze­nia sobie z kie­ro­wa­niem zakła­dem kar­nym, wyka­zała dość pro­fe­sjo­na­li­zmu, żeby odsu­nąć na bok swoje oso­bi­ste anty­pa­tie i zgod­nie z prawdą napi­sać o jego zale­tach i talen­tach admi­ni­stra­cyj­nych.

W komen­dzie sły­szał zło­śliwe komen­ta­rze szep­tane po kątach, że napi­sała to, żeby się go pozbyć, że wręcz sama pod­su­nęła go wła­dzom Lövhagi, ale ci ludzie po pro­stu zazdro­ścili. Jemu.

Dyrek­to­rowi Zakładu Kar­nego Tho­ma­sowi Haralds­so­nowi.

Wszedł do swo­jego gabi­netu, który może nie był zbyt duży, ale jego wła­sny. Koniec ze sta­no­wi­skami pracy w biu­rze typu open space. Haralds­son usiadł na wygod­nym krze­śle za biur­kiem, które na­dal było sto­sun­kowo puste. Włą­czył kom­pu­ter. Trzeci dzień, nie zdą­żył jesz­cze dobrze wejść w to wszystko. Cał­ko­wi­cie natu­ralne. Jedyną rze­czą, jaką na razie udało mu się zro­bić, było zamó­wie­nie wszyst­kich mate­ria­łów na temat jed­nego z więź­niów pawi­lonu zamknię­tego, któ­rym inte­re­so­wała się poli­cja kry­mi­nalna. Naj­wi­docz­niej znów dzwo­nili tu wczo­raj wie­czo­rem. Haralds­son poło­żył dłoń na teczce spo­czy­wa­ją­cej na bla­cie biurka, ale zasta­na­wiał się, czy naj­pierw nie zadzwo­nić na chwilę do Jenny. Nie miał niczego spe­cjal­nego, po pro­stu chciał się dowie­dzieć, jak się czuje. Teraz widy­wali się tro­chę rza­dziej. Lövhaga leżała ponad sześć­dzie­siąt kilo­me­trów od Väster?s, pra­wie godzinę autem w jedną stronę. To będą dłu­gie dni pracy. Na razie nie było żad­nych pro­ble­mów. Jenny dosłow­nie pro­mie­niała szczę­ściem. Teraz jej świat był pełen moż­li­wo­ści. Haralds­son uśmiech­nął się do sie­bie na samą myśl o niej i wła­śnie zde­cy­do­wał się zadzwo­nić, kiedy ktoś zapu­kał do drzwi.

- Pro­szę. - Haralds­son odło­żył słu­chawkę na widełki.

Drzwi się otwo­rzyły i kobieta w wieku około czter­dzie­stu pię­ciu lat, Annika Nor­ling, jego asy­stentka, wsu­nęła głowę do środka.

- Ma pan gości.

- A któż to taki? - Haralds­son spoj­rzał szybko na otwarty kalen­darz leżący na stole. Pierw­sze spo­tka­nie miał mieć o pierw­szej. Czyżby coś prze­ga­pił? Czy raczej Annika o czymś zapo­mniała?

- Kra­jowa Poli­cja Kry­mi­nalna - wyja­śniła kobieta. - Nie byli umó­wieni - cią­gnęła dalej, jakby czy­ta­jąc w myślach Haralds­sona.

Ten cicho zaklął pod nosem. Już miał nadzieję, że zain­te­re­so­wa­nie kry­mi­nal­nych Lövhagą ogra­ni­czy się do roz­mów tele­fo­nicz­nych. Nie potrak­to­wali go dobrze pod­czas tam­tego śledz­twa w Väster?s. Wcale nie. Wręcz prze­ciw­nie. Zro­bili wszystko, żeby go wygryźć ze śledz­twa, choć raz po raz oka­zy­wało się, jak bar­dzo jest przy­datny.

- Kto przy­je­chał?

- Jakaś... - Annika spoj­rzała na kar­teczkę samo­przy­lepną trzy­maną w dło­niach - ...Vanja Lith­ner i Billy Rosén.

Przy­naj­mniej nie Tor­kel Höglund. Zawsze to coś. Wtedy w Väster?s Tor­kel naj­pierw powie­dział Haralds­so­nowi, że będzie ważną czę­ścią ich śledz­twa, by po kilku dniach wyrzu­cić go bez słowa wyja­śnie­nia. Fał­szywy czło­wiek. Haralds­son oczy­wi­ście nie miał też szcze­gól­nej ochoty na spo­tka­nie z Vanją i Bil­lym, ale co miał zro­bić? Spoj­rzał na drzwi, w któ­rych cze­kała asy­stentka. Przy­szła mu do głowy pewna myśl. Mógł popro­sić Annikę, żeby powie­działa, że jest zajęty, niech przyjdą kiedy indziej. Póź­niej. Może za kilka dni, kiedy będzie bar­dziej zorien­to­wany w swo­jej nowej pracy. Tro­chę lepiej przy­go­to­wany. Czy można pro­sić asy­stentkę, żeby dla niego skła­mała? Haralds­son ni­gdy przed­tem nie dys­po­no­wał nikim takim, ale zakła­dał, że kłam­stwo w pewien spo­sób nale­żało do jej obo­wiąz­ków. Prze­cież była po to, żeby uła­twiać mu pracę. Ode­sła­nie gości z poli­cji kry­mi­nal­nej zde­cy­do­wa­nie uła­twi mu prze­trwa­nie tego dnia.

- Niech im pani powie, że jestem zajęty.

- Ale czym?

Haralds­son spoj­rzał na nią pyta­jąco. Chyba nie było zbyt wiele rze­czy, któ­rymi można się zaj­mo­wać w biu­rze.

- Pracą, rzecz jasna. Pro­szę powie­dzieć, żeby przy­szli kiedy indziej.

Annika rzu­ciła mu spoj­rze­nie jed­no­znacz­nie pełne dez­apro­baty i zamknęła drzwi. Haralds­son wpi­sał hasło do kom­pu­tera, okrę­cił się na krze­śle i wyj­rzał przez okno, cze­ka­jąc, aż zała­dują się jego oso­bi­ste usta­wie­nia. Zapo­wia­dał się kolejny piękny letni dzień. Znów puka­nie. Tym razem nawet nie zdą­żył powie­dzieć "pro­szę", kiedy drzwi się otwo­rzyły i do gabi­netu zde­cy­do­wa­nym kro­kiem weszła Vanja. Zasko­czona, zatrzy­mała się tak gwał­tow­nie, że idący z tyłu Billy o mało na nią nie wpadł. Wyraz jej twa­rzy mówił wyraź­nie, że nie potrafi połą­czyć miej­sca i osoby.

- Co pan tu robi?

- Pra­cuję tu. - Haralds­son wypro­sto­wał się na swoim wygod­nym biu­ro­wym krze­śle. - Jako dyrek­tor zakładu. Od kilku dni.

- Cho­dzi o jakieś zastęp­stwo, tak? - Vanja na­dal nie mogła sobie tego poukła­dać.

- Nie, ja tu teraz pra­cuję. To moje nowe sta­no­wi­sko.

- Aha.

Billy prze­czu­wał, że ze strony Vanji zaraz pad­nie "Jak to, do jasnej cho­lery, było moż­liwe" albo coś podob­nego, więc szybko się wtrą­cił, przy­po­mi­na­jąc o wła­ści­wym celu ich wizyty.

- Jeste­śmy tu z powodu Edwarda Hin­dego.

- Domy­śli­łem się tego.

- I mimo to nie chciał pan z nami roz­ma­wiać? - zapy­tała Vanja. Usia­dła w jed­nym z foteli dla gości i spoj­rzała wyzy­wa­jąco na Haralds­sona.

- Czło­wiek jest zajęty, kiedy obej­muje nowe miej­sce. - Haralds­son roz­ło­żył ręce nad biur­kiem, które, jak szybko zauwa­żył, było zbyt puste, żeby zilu­stro­wać cię­żar nowych obo­wiąz­ków. - Ale mogę wam poświę­cić kilka minut - zapro­po­no­wał. - Co chce­cie wie­dzieć?

- Czy coś się u niego działo przez ostatni mie­siąc?

- Na przy­kład co?

- Nie wiem... Inne zacho­wa­nie, jakieś odstęp­stwa od rutyny, waha­nia nastroju. Cokol­wiek, co wykra­cza­łoby poza normę.

- O niczym takim nie sły­sza­łem. Nic nie zna­la­zło się w jego dzien­niku. Nie spo­tka­łem go oso­bi­ście. Jesz­cze nie.

Vanja ski­nęła głową, naj­wi­docz­niej zado­wo­lona z odpo­wie­dzi. Teraz Billy prze­jął ini­cja­tywę.

- Jakie Hinde ma moż­li­wo­ści komu­ni­ko­wa­nia się ze świa­tem?

Haralds­son przy­su­nął teczkę leżącą na biurku i otwo­rzył ją. W duchu dzię­ko­wał swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie, że dziś rano nie zapo­mniał zabrać jej z domu. Posia­da­nie wszyst­kich infor­ma­cji o Hin­dem pod ręką dzień po tele­fo­nie poli­cji świad­czyło o zaan­ga­żo­wa­niu.

- Tu jest napi­sane, że ma dostęp do gazet, cza­so­pism i ksią­żek w biblio­tece. Oraz ogra­ni­czony dostęp do inter­netu.

- Jak ogra­ni­czony? - zapy­tał szybko Billy.

Haralds­son nie wie­dział. Wie­dział za to, do kogo ma zadzwo­nić. Vic­tor Bäckman, szef do spraw bez­pie­czeń­stwa w Lövhadze. Vic­tor ode­brał po pierw­szym sygnale i obie­cał, że natych­miast przyj­dzie. Cała trójka w mil­cze­niu cze­kała w chłod­nym, bez­oso­bo­wym pokoju.

- Jak tam pań­skie ramię? - zapy­tał Billy po upły­wie minuty.

- Klatka pier­siowa - odru­chowo popra­wił go Haralds­son. - Dobrze. Nie jestem jesz­cze cał­kiem zdrowy, ale... jest dobrze.

- To wspa­niale.

- Taaa...

Znów cisza. Haralds­son roz­wa­żał, czy powi­nien zapro­po­no­wać im kawę, ale nie zdą­żył pod­jąć decy­zji, kiedy do gabi­netu wszedł Vic­tor. Rosły męż­czy­zna w kra­cia­stej koszuli i płó­cien­nych spodniach, z wło­sami na jeża, brą­zo­wymi oczami i impo­nu­ją­cym wąsem. Przy powi­ta­niu Billy miał nie­od­parte sko­ja­rze­nia z zespo­łem Vil­lage People.

- Oczy­wi­ście żad­nych stron porno - powie­dział Vic­tor, kiedy Billy powtó­rzył pyta­nie o ogra­ni­cze­nia w sieci. - W bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu prze­moc. To naj­bar­dziej ści­sła postać blo­kady, jaką można sobie wyobra­zić. Sami ją zapro­gra­mo­wa­li­śmy.

- Por­tale spo­łecz­no­ściowe?

- Żad­nych. Cał­ko­wi­cie nie­do­stępne dla niego. Hinde nie ma moż­li­wo­ści kon­tak­to­wa­nia się ze świa­tem poprzez kom­pu­ter.

- Możemy zoba­czyć, na jakie strony zaglą­dał? - wtrą­ciła Vanja.

Vic­tor ski­nął głową.

- Zacho­wu­jemy zapis jego aktyw­no­ści inter­ne­to­wej przez trzy mie­siące. Chce­cie go zoba­czyć?

- Tak, chęt­nie.

- Ma także kom­pu­ter w celi, prawda? - rzu­cił Haralds­son, żeby nie pozo­sta­wać wyłą­czo­nym z roz­mowy.

Vic­tor przy­tak­nął ski­nie­niem głowy.

- Ale oczy­wi­ście bez dostępu do sieci.

- To co on z nim robi w takim razie? - zwró­cił się Billy do Haralds­sona, który z kolei odwró­cił się do Vic­tora, patrząc na niego pyta­jąco.

- Roz­wią­zuje krzy­żówki, gra w sudoku i podobne gry. Dużo pisze. Ćwi­czy umysł, że tak powiem.

- A jak wygląda sprawa tele­fo­nów czy listów? - zapy­tała Vanja.

- Nie ma prawa do tele­fo­no­wa­nia, a listów już nie przy­cho­dzi tak dużo. A te, które przy­cho­dzą, są do sie­bie podobne. - Vic­tor spoj­rzał zna­cząco na Billy'ego i Vanję. - Od kobiet, które chcą go "wyle­czyć" swoją miło­ścią.

Vanja ski­nęła. Kolejna zagadka natury: pociąg, jaki nie­które kobiety odczu­wają do naj­bar­dziej zwy­rod­nia­łych i bru­tal­nych męż­czyzn w kraju.

- Ma je pan?

- Kopie. Ory­gi­nały ma Hinde. Też możemy je wam prze­ka­zać.

Podzię­ko­wali za pomoc i Vic­tor wyszedł, żeby zebrać mate­riały, które mieli dostać. Kiedy za sze­fem bez­pie­czeń­stwa zamknęły się drzwi, Haralds­son nachy­lił się nad biur­kiem.

- Czy mogę zapy­tać, dla­czego tak bar­dzo inte­re­su­je­cie się Hin­dem?

Vanja zigno­ro­wała pyta­nie. Na razie udało im się zacho­wać w tajem­nicy przed prasą fakt, że cho­dzi o naśla­dowcę. Nikt nawet nie połą­czył ze sobą tych trzech mor­derstw. W gaze­tach przy­pusz­czal­nie pra­co­wały masy prak­ty­kan­tów na zastęp­stwach. Poli­cji kry­mi­nal­nej zale­żało, żeby zain­te­re­so­wa­nie śledz­twem ze strony prasy na­dal było zni­kome i im mniej wszy­scy wie­dzieli, czym się zaj­mują, tym więk­sze mieli szanse, by sku­tecz­nie dzia­łać.

- Chcie­li­by­śmy z nim poroz­ma­wiać - powie­działa zamiast tego Vanja, wsta­jąc z fotela.

- Z Hin­dem?

- Tak.

- To nie­moż­liwe.

Drugi raz Vanja zasty­gła nie­ru­chomo, zasko­czona. Zwró­ciła się do Haralds­sona.

- Dla­czego nie?

- Jest jed­nym z trzech osa­dzo­nych w pawi­lo­nie zamknię­tym, któ­rzy nie mogą przyj­mo­wać nie­za­po­wie­dzia­nych wizyt, a jedy­nie pod warun­kiem, że wcze­śniej zgło­szono wnio­sek i została wydana zgoda. Nie­stety. - Haralds­son roz­ło­żył ręce w geście, który jesz­cze moc­niej miał pod­kre­ślić, jak bar­dzo jest mu przy­kro, że nie może im pomóc.

- Ale pan prze­cież wie, kim jeste­śmy.

- Takie są prze­pisy. Nie mogę nic zro­bić, ale Annika da wam for­mu­larz wnio­sku o pozwo­le­nie na roz­mowę, który może­cie wypeł­nić. To moja asy­stentka...

Vanja nie mogła się pozbyć wra­że­nia, że Haralds­son roz­ko­szuje się poczu­ciem wła­dzy. Może to nie takie dziwne, prze­cież był niżej w hie­rar­chii, kiedy spo­tkali się poprzed­nim razem, ale nawet jeśli to było zro­zu­miałe i może tro­chę ludz­kie, to na­dal pozo­sta­wało bar­dzo wku­rza­jące.

- Ile czasu potrwa roz­pa­trze­nie takiego wnio­sku? - zapy­tała Vanja, sta­ra­jąc się tłu­mić iry­ta­cję w gło­sie.

- Trzy do pię­ciu dni robo­czych, ale dla was może być szyb­ciej, jeste­ście prze­cież z Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej. Zoba­czę, co się da zro­bić.

- Dzięki.

- Nie ma za co.

Vanja wyszła bez słowa poże­gna­nia. Billy ski­nął głową, potem wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Haralds­son spoj­rzał na drzwi. Poszło cał­kiem dobrze. Teraz pój­dzie po kawę i zadzwoni do Jenny.

To będzie dobry dzień.

Jego trzeci.

A więc na­dal za nią cho­dzisz? - Ste­fan posłał Seba stia­nowi spoj­rze­nie, które ten roz­po­zna­wał aż za dobrze. Spoj­rze­nie to mówiło: "Wiem o tobie wię­cej niż ty sam, więc nie pró­buj mnie okła­my­wać".

Seba­stian nie­na­wi­dził tego spoj­rze­nia.

- Ja tak tego nie widzę.

- Codzien­nie wysta­jesz przed jej domem. Cho­dzisz za nią po mie­ście, idziesz za nią do pracy i do jej rodzi­ców. Jak to mam nazwać? Jak sam byś to okre­ślił?

- Jestem nią zain­te­re­so­wany. Nic poza tym.

Ste­fan wes­tchnął i roz­parł się w jasnym, mięk­kim fotelu.

- Pamię­tasz naszą roz­mowę o tam­tym wypadku na drze­wie?

Seba­stian nie odpo­wie­dział.

- Byłeś tro­chę prze­ra­żony swoim zacho­wa­niem, przy­po­mi­nasz sobie? Powie­dzia­łeś, że to było sza­lone. - Ste­fan zro­bił dra­ma­tyczną pauzę i znów wbił wzrok w Seba­stiana. - Wydaje mi się nawet, że uży­łeś słowa "chore"...

Seba­stian na­dal nie odpo­wia­dał. Tylko zer­kał na Ste­fana spode łba. Nie zamie­rzał dawać swo­jemu tera­peu­cie niczego za darmo.

- Jak byś okre­ślił cho­dze­nie za nią w zasa­dzie przez cały czas?

- Jest moją córką - pró­bo­wał się wytłu­ma­czyć. - Muszę. Nie mogę jej zosta­wić. - Seba­stian zda­wał sobie sprawę, jak to brzmi w uszach Ste­fana. Ucie­szył się, że nie wspo­mi­nał o Trol­lem.

Ste­fan potrzą­snął głową, potem na sekundę zer­k­nął w okno, głów­nie po to, żeby pod­kre­ślić, jak bar­dzo ta dys­ku­sja zaczyna go męczyć. Cze­go­kol­wiek pró­bo­wał, zawsze powra­cali do tego bolą­cego punktu. Vanja. Córka, którą Seba­stian nie­ocze­ki­wa­nie odna­lazł. Która o niczym nie wie­działa i praw­do­po­dob­nie miała się ni­gdy nie dowie­dzieć. A może mogła? Czy ist­niał jakiś spo­sób? Miał nadzieję. To była kwe­stia, do któ­rej Seba­stian prę­dzej czy póź­niej zawsze docie­rał. Punkt, któ­rego nie można było omi­nąć. To z tym cały czas się zma­gał.

Ste­fan naprawdę był w sta­nie zro­zu­mieć jego pro­blem. To jak dwa prze­ciw­stawne bie­guny. Chęć, potrzeba i pra­gnie­nie z jed­nej strony zde­rzały się z rze­czy­wi­sto­ścią z dru­giej. Na pozór ich połą­cze­nie było nie­moż­liwe. Tam rodziły się te naj­trud­niej­sze pyta­nia. Ste­fan wła­ści­wie nie­ustan­nie natra­fiał na nie w swo­jej pracy. Wtedy wła­śnie pacjenci przy­cho­dzili do niego. Kiedy nagle sami nie potra­fili zna­leźć odpo­wie­dzi. To było ludz­kie. Ani tro­chę nie dziwne. Dziwne w tej sytu­acji było tylko to, że sie­dział przed nim Seba­stian Berg­man. Czło­wiek, który żył z tego, że zawsze miał na wszystko odpo­wiedź i ni­gdy nie wąt­pił. Ste­fan nie spo­dzie­wał się, że ten czło­wiek będzie kie­dyś szu­kał jego pomocy.

Seba­stian był wykła­dowcą Ste­fana na uni­wer­sy­te­cie. Wszy­scy na roku cho­dzili na jego wykłady z pewną nie­chę­cią. Wpraw­dzie zawsze były inte­re­su­jące, ale Seba­stian od razu, już pierw­szego dnia, poka­zał wszyst­kim, kto tu jest gwiazdą. I nie zamie­rzał dzie­lić się miej­scem w bla­sku reflek­to­rów. Stu­dent, który mimo to pró­bo­wał kwe­stio­no­wać wywody Seba­stiana lub kry­tycz­nie ana­li­zo­wać jego tezy i teo­rie, był upo­ka­rzany i wyśmie­wany. I to nie tylko do końca wykładu, lecz także przez cały rok aka­de­micki, przez całe stu­dia. Dla­tego po rzu­ca­nym zwy­kle przez Seba­stiana "Czy mają pań­stwo jakieś pyta­nia?" zapa­dała gro­bowa cisza.

Wyją­tek sta­no­wił Ste­fan Lar­sen. Przy­cho­dził na zaję­cia dobrze przy­go­to­wany, nie oba­wiał się spo­tka­nia z Seba­stia­nem. Był naj­młod­szym synem w rodzi­nie nauczy­cieli aka­de­mic­kich i pod­czas kola­cji w rodzin­nym domu w Lund miał oka­zję ćwi­czyć potyczki słowne, więc czę­sto podej­mo­wał dys­ku­sję z tym inte­li­gent­nym i nie­zno­śnym czło­wie­kiem, któ­rego inni tak bar­dzo się oba­wiali. Ponadto Seba­stian przy­po­mi­nał mu jego star­szego brata Ern­sta, który miał rów­nie silną potrzebę domi­na­cji i czę­sto był gotów prze­kra­czać gra­nice, żeby tylko prze­for­so­wać swoje racje. Gdyż zarówno dla Ern­sta, jak i dla Seba­stiana to było naj­waż­niej­sze. Żeby inni przy­znali im rację. Nie posia­da­nie racji. To spra­wiało, że obaj sta­no­wili zna­ko­mite wyzwa­nie inte­lek­tu­alne, które bar­dzo odpo­wia­dało Ste­fanowi. Dawał im odpór, któ­rego potrze­bo­wali, ale ni­gdy nie pozwa­lał na osta­teczne zwy­cię­stwo. Cią­gle powra­cał z kolej­nymi pyta­niami, potem znowu i wciąż na nowo. Tamci przy­mie­rzali się do zada­nia decy­du­ją­cego, zabój­czego ciosu, a tym­cza­sem musieli się zma­gać z długą i wynisz­cza­jącą wojną pod­jaz­dową. To był jedyny spo­sób, żeby ich poko­nać.

Wyczer­pa­nie.

Pew­nego ranka Ste­fan zastał Seba­stiana cze­ka­ją­cego przed drzwiami gabi­netu. Jak duch z prze­szło­ści. Znu­żone spoj­rze­nie i wymięte ubra­nie wska­zy­wały, że cze­kał przez całą noc. Był cie­niem daw­nego sie­bie. Pod­czas tsu­nami w 2004 roku stra­cił żonę i córkę i od tego czasu znaj­do­wał się na spi­rali ostro scho­dzą­cej w dół. Suk­cesy, wykłady i pro­mo­cje ksią­żek nale­żały do prze­szło­ści, teraz drę­czyły go natrętne myśli, apa­tia i sek­so­ho­lizm. Powie­dział, że nie ma do kogo pójść. Nie ma nikogo. Zaczęli się spo­ty­kać. Zawsze na warun­kach Seba­stiana. Cza­sami mię­dzy spo­tka­niami mijały mie­siące, a cza­sem przy­cho­dził co kilka dni. Ale ni­gdy nie stra­cili kon­taktu.

- Jak sądzisz, co Vanja sama by pomy­ślała? Gdyby się o tym dowie­działa? - kon­ty­nu­ował Ste­fan.

- Powie­dzia­łaby, że zwa­rio­wa­łem. Zło­ży­łaby na mnie donie­sie­nie na poli­cję, znie­na­wi­dzi­łaby mnie. - Seba­stian umilkł na chwilę, zanim mógł mówić dalej. - Wiem o tym, ale... ona jest wszyst­kim, o czym myślę... przez cały czas, cią­gle, cią­gle...

Seba­stia­nowi zała­mał się głos, koniec zda­nia wypo­wie­dział nie­mal szep­tem. Nie cier­piał takiej nagłej sła­bo­ści, kiedy emo­cje biorą górę i spra­wiają, że słowa prze­cho­dzą z tru­dem przez gar­dło.

- To coś zupeł­nie nowego. Jestem przy­zwy­cza­jony do kon­troli - wyszep­tał.

- Naprawdę? A więc myślisz, że aż do chwili, kiedy się dowie­dzia­łeś, że ona jest twoją córką, mia­łeś kon­trolę? Taki mia­łeś bły­sko­tliwy plan, żeby cał­ko­wi­cie i nie­odwo­łal­nie spie­przyć sobie życie? W takim razie muszę ci pogra­tu­lo­wać, naprawdę dopią­łeś swego.

Seba­stian popa­trzył na tera­peutę pustym wzro­kiem i odpo­wie­dział nieco sil­niej­szym gło­sem:

- To praw­dziwy cud, że jesz­cze nie stra­ci­łeś swo­jej licen­cji.

Ste­fan nachy­lił się do przodu. Wła­śnie to naj­bar­dziej mu się podo­bało w tej sytu­acji, że Seba­stian był teraz jego pacjen­tem. Można było zdjąć białe ręka­wiczki. Ude­rzać ostro.

- Nie chcesz, żebym się z tobą cac­kał. Przez całe życie ludzie pozwa­lali ci robić, co tylko chcia­łeś. Ja nie. Stra­ci­łeś w tsu­nami rodzinę i kon­trola wymknęła ci się z rąk. Cał­ko­wi­cie.

- To wła­śnie dla­tego tak potrze­buję Vanji.

- Ale czy Vanja potrze­buje cie­bie?

- Nie.

- Ona już ma ojca, prawda?

- Tak.

- Jak myślisz, kto w obec­nej sytu­acji sko­rzy­stałby na tym, gdy­byś jej wyznał prawdę?

Seba­stian sie­dział w mil­cze­niu. Znał odpo­wiedź. Nie chciał tylko wypo­wie­dzieć jej gło­śno. Ale Ste­fan na­dal sie­dział nachy­lony do przodu, patrząc pona­gla­jąco. Wresz­cie on to powie­dział zamiast Seba­stiana.

- Nikt. Ani ty, ani ona, ani kto­kol­wiek inny.

Ste­fan odchy­lił się na opar­cie fotela. Jego spoj­rze­nie stało się bar­dziej przy­ja­zne. Bar­dziej oso­bi­ste.

- Nie mów jej nic, Seba­stia­nie. - I dodał cie­plej­szym gło­sem, z więk­szym zaan­ga­żo­wa­niem: - Musisz mieć jakieś wła­sne życie, zanim będziesz mógł stać się czę­ścią życia innej osoby. Prze­stań ją śle­dzić, spró­buj poświę­cić ten czas, żeby sta­nąć na nogi. Ta obse­sja zapro­wa­dzi cię na manowce. Kiedy to zro­bisz, możemy prze­dys­ku­to­wać następny krok.

Seba­stian ski­nął głową. Ste­fan miał rację. Oczy­wi­ście.

Mieć swoje życie, zanim można je z kimś dzie­lić.

Ten nudny, prze­mą­drzały Ste­fan w swoim nud­nym, wyci­szo­nym gabi­ne­cie miał rację. To draż­niło Seba­stiana. Wiara, że Trolle jest lep­szym roz­wią­za­niem, może była błę­dem, ale to była łatwiej­sza droga. Łatwiej­sza niż zbu­do­wa­nie wła­snego życia. W każ­dym razie przy­jem­niej było o tym myśleć. Ste­fan prze­rwał jego roz­wa­ża­nia.

- Pro­wa­dzę grupę tera­peu­tyczną. Spo­ty­kamy się dwa razy w tygo­dniu. Dzi­siaj wie­czo­rem i jutro. Sądzę, że powi­nie­neś się do niej przy­łą­czyć.

Seba­stian po raz pierw­szy spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem. Jak on w ogóle mógł sobie coś takiego wyobra­zić?

- Ja? W gru­pie?

- Są tam ludzie, któ­rzy z róż­nych powo­dów nie są w sta­nie iść dalej. Czy to nie brzmi zna­jomo?

W głębi duszy Seba­stian ucie­szył się, że Ste­fan wysko­czył z czymś tak banal­nym jak tera­pia gru­powa dla niego. To ode­rwało go na chwilę od czar­nych myśli i napeł­niło zwy­kłą iry­ta­cją, która dawała ulgę.

- To się wydaje nie­sły­cha­nie zna­jome i nie­sły­cha­nie nudne. - Ku swej rado­ści zauwa­żył, że odzy­skał głos. - A ty musisz być nie­sły­cha­nie głupi, jeśli myślisz, że pójdę na coś takiego.

- Chcę, żebyś przy­szedł.

- Nie.

Seba­stian wstał, by pod­kre­ślić, że sesja została zakoń­czona i nie zamie­rza dłu­żej dys­ku­to­wać tej sprawy.

- Nale­gam, żebyś przy­szedł.

- Wiem, ale odpo­wiedź na­dal brzmi "nie".

Seba­stian ruszył do drzwi. Iry­ta­cja była czymś wspa­nia­łym. Dawała mu napęd. Czy Ste­fan naprawdę myślał, że uda mu się wcią­gnąć go do jakiejś grupy chli­pią­cych nad sobą mię­cza­ków?

W żad­nym wypadku.

W żad­nym pie­przo­nym wypadku.

Seba­stian zamknął za sobą drzwi. Nio­sła go ener­gia. Był ura­do­wany. Może jed­nak dzi­siaj uda mu się jesz­cze coś zro­bić.

To było nie­zwy­kłe uczu­cie.

Seba­stia­nowi udało się poko­nać całą drogę aż do Fre­scati, zanim ta ener­ge­ty­zu­jąca iry­ta­cja się roz­wiała. Chciał poka­zać Ste­fa­nowi, że potrafi zbu­do­wać sobie wła­sne życie, ale zmę­cze­nie już zaczy­nało dawać o sobie znać.

Wła­ści­wie wszystko zaczęło się w miesz­ka­niu na Grev Magni­ga­tan, kiedy kilka dni temu zna­lazł stary, gotowy manu­skrypt trzy­go­dzin­nego wykładu pod tytu­łem "Wpro­wa­dze­nie do pro­fi­lo­wa­nia psy­cho­lo­gicz­nego spraw­ców". Już od dawna leżał w sto­sie gazet i innych papie­rów w gabi­ne­cie, w pokoju, któ­rego ni­gdy nie uży­wał, ale z poczu­cia nudy i bez­na­dziei posta­no­wił zro­bić w nim porzą­dek. Nie pamię­tał, kiedy napi­sał ten tekst, musiał jed­nak pocho­dzić sprzed kata­strofy, gdyż był prak­tycz­nie pozba­wiony cynicz­nych wtrę­tów, które obec­nie towa­rzy­szyły wszyst­kim jego myślom. Z roz­pędu Seba­stian prze­czy­tał manu­skrypt dwa razy i nawet był pod wra­że­niem. Kie­dyś naprawdę potra­fił pisać.

Bły­sko­tli­wie, z dużą zna­jo­mo­ścią tematu, pory­wa­jąco.

Seba­stian sie­dział chwilę przy biurku z papie­rami w dłoni. To było prze­dziwne, nie­mal sur­re­ali­styczne wręcz uczu­cie tak znie­nacka odkryć lep­szą wer­sję sie­bie samego. Po chwili zaczął roz­glą­dać się po pokoju i nagle wszę­dzie odkry­wał ślady tam­tego lep­szego Seba­stiana. Dyplomy na ścia­nach, książki, wycinki pra­sowe, notatki, które kie­dyś pro­wa­dził, i słowa, które napi­sał. Jego gabi­net wypeł­niały szczątki roz­bi­tego życia. Pod­szedł do okna, żeby uciec przed wspo­mnie­niami. Spoj­rzał w dół na ulicę, głów­nie po to, żeby wyze­ro­wać emo­cje, ale ślady jego daw­nego życia były wszę­dzie, przy­po­mi­nał sobie, że zwy­kle par­ko­wał tam samo­chód, naprze­ciwko sklepu z anty­kami. Kie­dyś, kiedy jesz­cze posia­dał samo­chód i miał nim dokąd jeź­dzić.

Po roz­mo­wie ze Ste­fa­nem czuł się lżej na duchu, był wręcz oży­wiony. Poje­chał pro­sto do domu i poszedł do gabi­netu. Zaczął prze­glą­dać stertę papie­rów, szu­ka­jąc umowy, jakie­goś nazwi­ska. Ktoś musiał prze­cież zamó­wić u niego ten trzy­go­dzinny wykład. Po chwili zna­lazł dwie kopie wstęp­nej umowy z Insty­tu­tem Kry­mi­no­lo­gii. Z datą 7 marca 2001 roku, w spra­wie trzech wykła­dów z wpro­wa­dze­nia do pro­fi­lo­wa­nia. Usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, dla­czego ni­gdy nie wygło­sił tych wykła­dów. W roku 2001 był na samym szczy­cie. Uro­dziła się Sabine, miesz­kał razem z Lily w Kolo­nii, więc chyba pomy­ślał sobie, że ma cie­kaw­sze rze­czy do zro­bie­nia. Po pro­stu olał to. Umowa nie była pod­pi­sana, ale strona zama­wia­jąca miała nazwi­sko: pra­cow­nik naukowy insty­tutu, Vero­nika Fors. Nie przy­po­mi­nał sobie tego nazwi­ska. Koor­dy­na­tor naukowy. Zadzwo­nił do insty­tutu, licząc na szczę­śliwy traf. Od wysła­nia umowy minęło wiele lat, ale ona na­dal pra­co­wała na uczelni. W cen­trali natych­miast uzy­skał połą­cze­nie, jed­nak potem opu­ściła go odwaga i odło­żył słu­chawkę, zanim kobieta, któ­rej nazwi­sko wid­niało na umo­wie, zdą­żyła ode­brać. Usiadł na stole z tek­stem wykładu w dłoni. Przy­naj­mniej jesz­cze tam była.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Wagon metra zatrząsł się pod­czas hamo­wa­nia. Młoda mama z wóz­kiem sto­jąca przed Seba­stia­nem Berg­ma­nem moc­niej chwy­ciła za sta­lowy pręt i ner­wowo rozej­rzała się dokoła. Od chwili kiedy weszła do wagonu przy S:t Erik­splan, była bar­dzo spięta i choć jej pła­czący synek uspo­koił się i zasnął już po paru minu­tach, ona się nie odprę­żyła. Widać było, że nie lubi się tło­czyć z tyloma obcymi oso­bami. Seba­stian widział u niej kilka wyraź­nych oznak. Ewi­dentną próbą zacho­wa­nia nie­na­ru­szo­nej sfery oso­bi­stej było cią­głe prze­su­wa­nie stóp, żeby się z nikim nie zde­rzyć. Kro­pelki potu na gór­nej war­dze. Czujne spoj­rze­nie, które ni­gdzie nie spo­częło na dłu­żej. Seba­stian pró­bo­wał uśmiech­nąć się do niej uspo­ka­ja­jąco, ale ona w odpo­wie­dzi szybko ucie­kła wzro­kiem i na­dal ska­no­wała oto­cze­nie, czujna i spięta. Seba­stian rozej­rzał się zatem po prze­peł­nio­nym wago­nie metra, który znów zatrzy­mał się z meta­licz­nym sykiem w tunelu zaraz za Hötorget. Po kil­ku­mi­nu­to­wym postoju w ciem­no­ści pociąg powoli roz­pę­dził się i popełzł w kie­runku T-Cen­tra­len. Seba­stian zwy­kle sta­rał się nie jeź­dzić metrem, zwłasz­cza w godzi­nach szczytu czy w sezo­nie tury­stycz­nym. To był nie­wy­godny i hała­śliwy śro­dek loko­mo­cji. Za nic w świe­cie nie mógł przy­zwy­czaić się do zbio­ro­wo­ści ludz­kiej z jej wszyst­kimi odgło­sami i dźwię­kami. Prze­waż­nie cho­dził pie­szo lub jeź­dził tak­sówką. Żeby zacho­wać dystans do ludzi. Stać z boku. Tak wła­śnie było przed­tem. Ale teraz nic już nie było tak jak zwy­kle.

Nic.

Seba­stian oparł się o drzwi na końcu i zaj­rzał do następ­nego wagonu. Mógł ją widzieć przez nie­wielką szybę. Jej jasne włosy, pochy­loną twarz. Była pogrą­żona w lek­tu­rze gazety codzien­nej. Uświa­do­mił sobie, że spo­glą­da­jąc na nią, uśmie­cha się sam do sie­bie.

Jak zwy­kle prze­sia­dła się na T-Cen­tra­len. Szyb­kim kro­kiem zeszła po kamien­nych scho­dach do czer­wo­nej linii metra. Nie­trudno było ją śle­dzić. Jeśli tylko zacho­wy­wał odpo­wiedni dystans, zasła­niali go prze­pły­wa­jący po pero­nie pasa­że­ro­wie i tury­ści zapa­trzeni w swoje mapy.

Zacho­wy­wał dystans.

Nie chciał jej zgu­bić.

Ale nie mógł dać się przy­ła­pać.

Nie­ła­two było to wszystko pogo­dzić, ale zaczy­nał nabie­rać wprawy.

Kiedy pięt­na­ście minut póź­niej pociąg czer­wo­nej linii metra zatrzy­mał się na sta­cji Gärdet, Seba­stian odcze­kał chwilę przed wyj­ściem z nie­bie­skiego wago­nika. Musiał być ostroż­niej­szy. Tutaj na pero­nie krę­ciło się mniej ludzi, więk­szość pasa­że­rów wysia­dła na poprzed­niej sta­cji. Seba­stian wybrał wagon przed nią, tak że przy wysia­da­niu była odwró­cona do niego ple­cami. Przy­śpie­szyła kroku i znaj­do­wała się już w poło­wie drogi do rucho­mych scho­dów, kiedy Seba­stian ją zauwa­żył. Także dla kobiety z wóz­kiem Gärdet musiało być sta­cją doce­lową i Seba­stian posta­no­wił trzy­mać się za nią, na wypa­dek gdyby osoba, którą śle­dził, nagle zde­cy­do­wała się odwró­cić. Kobieta nie­śpiesz­nie pchała swój wózek za ludźmi podą­ża­ją­cymi w stronę scho­dów, pew­nie mając nadzieję, że unik­nie tłoku na scho­dach. Gdy Seba­stian tak szedł za jej ple­cami, uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo są podobni.

Dwoje ludzi, któ­rzy zawsze chcą utrzy­mać dystans.

Kobieta.

Mar­twa.

We wła­snym domu.

Zwy­kle nie był to wystar­cza­jący powód, żeby wezwać Kra­jową Poli­cję Kry­mi­nalną i zespół Tor­kela Höglunda.

Naj­czę­ściej był to tra­giczny finał rodzin­nej sprzeczki, kłótni o dzieci, dra­matu zazdro­ści, mocno zakra­pia­nego wie­czoru w towa­rzy­stwie, które oka­zało się nie­od­po­wied­nie.

Wszy­scy pra­cu­jący w poli­cji wie­dzieli, że jeśli kobieta zostaje zamor­do­wana w domu, sprawcę naj­czę­ściej znaj­duje się wśród naj­bliż­szej rodziny. Dla­tego nie było nic dziw­nego w tym, że Stina Kau­pin zasta­na­wiała się, czy przy­pad­kiem nie roz­ma­wia z mor­dercą, kiedy tuż po wpół do ósmej ode­brała zgło­sze­nie na numer 112.

- SOS sto dwa­na­ście, co się stało?

- Moja żona nie żyje.

Resztę słów męż­czy­zny trudno było zro­zu­mieć. Jego głos zdra­dzał roz­pacz i szok. Zamilkł na dłuż­szą chwilę, aż Stina pomy­ślała, że się roz­łą­czył. Potem usły­szała, jak tam­ten pró­buje zapa­no­wać nad swoim odde­chem. Stina musiała doło­żyć sta­rań, żeby wydo­być od niego adres. Męż­czy­zna w słu­chawce powta­rzał tylko, że jego żona nie żyje i że jest pełno krwi. Wszę­dzie krew. Czy mogą przy­je­chać? Jak naj­szyb­ciej? Stina miała przed oczami obraz męż­czy­zny w śred­nim wieku z zakrwa­wio­nymi dłońmi, który powoli acz nie­uchron­nie zaczy­nał sobie uświa­da­miać, co zro­bił. W końcu dostała adres w Tum­bie. Popro­siła zgła­sza­ją­cego - domnie­ma­nego mor­dercę - żeby został na miej­scu i nie doty­kał niczego w domu. Wysyła do niego poli­cję i karetkę. Odło­żyła słu­chawkę i prze­ka­zała sprawę dalej poli­cji Södertörn w Hud­dinge, która z kolei wysłała na miej­sce patrol w radio­wo­zie.

Erik Lind­man i Fabian Holst wła­śnie skoń­czyli spo­ży­wać w aucie spóź­niony fast­fo­odowy obiad, kiedy otrzy­mali pole­ce­nie, żeby udać się na Tolléns väg pod numer 19.

Dzie­sięć minut póź­niej byli na miej­scu. Wysie­dli z samo­chodu i przyj­rzeli się domowi. Żaden z nich nie był szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany ogrod­nic­twem, ale domy­ślali się, że ktoś zain­we­sto­wał wiele czasu i pie­nię­dzy, żeby osią­gnąć tę ide­al­nie bujną zie­leń, która ota­czała żółty drew­niany dom.

Znaj­do­wali się w poło­wie drogi na ogro­do­wej ścieżce, kiedy drzwi wej­ściowe się otwo­rzyły. Obaj odru­chowo się­gnęli do kabury na pra­wym bio­drze. Męż­czy­zna sto­jący w drzwiach miał roz­piętą koszulę i spo­glą­dał na umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy nieco roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

- Karetka nie będzie potrzebna.

Poli­cjanci wymie­nili szyb­kie spoj­rze­nia. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej był pod wpły­wem szoku. Ludzie w szoku dzia­łają według wła­snych zasad. Nie­prze­wi­dy­wal­nie. Nie­lo­gicz­nie. Wpraw­dzie facet w drzwiach spra­wiał wra­że­nie dość wyczer­pa­nego i roz­bi­tego, ale nie zamie­rzali ryzy­ko­wać. Lind­man pod­szedł bli­żej, pod­czas gdy Holst zwol­nił kroku, cały czas trzy­ma­jąc rękę na służ­bo­wej broni.

- Richard Gran­lund? - zapy­tał Lind­man i prze­szedł kilka ostat­nich kro­ków do męż­czy­zny, który stał ze spoj­rze­niem utkwio­nym gdzieś za jego ple­cami.

- Karetka nie będzie potrzebna - powtó­rzył męż­czy­zna swoim bez­barw­nym gło­sem. - Kobieta, z którą roz­ma­wia­łem, powie­działa, że wyśle karetkę. Nie trzeba. Zapo­mnia­łem powie­dzieć, że...

Lind­man wła­śnie zna­lazł się przy nim i ujął go za ramię. Kon­takt fizyczny spra­wił, że męż­czy­zna w drzwiach drgnął i odwró­cił się do niego. Przyj­rzał mu się z wyra­zem zdzi­wie­nia na twa­rzy, jakby pierw­szy raz widział poli­cjanta i dzi­wił się, jak on mógł podejść tak bli­sko.

Nie ma krwi na rękach ani na ubra­niu, odno­to­wał w myślach Lind­man.

- Richard Gran­lund?

Męż­czy­zna ski­nął.

- Wró­ci­łem do domu, a ona tam leżała...

- Skąd pan wró­cił?

- Co?

- Skąd pan wró­cił? Gdzie pan był?

Może to nie był naj­lep­szy moment na prze­słu­chi­wa­nie osoby ewi­dent­nie znaj­du­ją­cej się w sta­nie szoku, ale infor­ma­cje otrzy­mane przy pierw­szym kon­tak­cie będzie można porów­nać z tym, co zezna w dal­szym toku śledz­twa.

- W Niem­czech. Służ­bowo. Mój samo­lot był spóź­niony. Czy raczej... naj­pierw lot został odwo­łany, a potem opóź­niony, a ja jesz­cze musia­łem zostać na lot­ni­sku, bo mój bagaż... - Męż­czy­zna umilkł. Jakby nagle ude­rzyła go jakaś myśl, coś do niego dotarło. Spoj­rzał na Lind­mana nieco przy­tom­niej. - Czy mogłem ją ura­to­wać? Gdy­bym przy­je­chał na czas, wtedy ona by żyła?

To były nor­malne w przy­pad­kach śmierci roz­wa­ża­nia co-by-było-gdyby, Lind­man sły­szał je wiele razy. W wielu spra­wach, przy któ­rych pra­co­wał, ludzie ginęli, bo zna­leźli się w nie­wła­ści­wym cza­sie w nie­wła­ści­wym miej­scu. Prze­cho­dzili przez ulicę aku­rat w chwili, kiedy jechał nią pijak za kół­kiem. Spali w przy­cze­pach kem­pin­go­wych, kiedy z butli z gazem zaczy­nał ulat­niać się gaz. Skra­cali sobie drogę przez tory wła­śnie wtedy, gdy nad­jeż­dżał pociąg. Spa­da­jące prze­wody elek­tryczne, napa­leni bru­talni męż­czyźni, samo­chody po złej stro­nie drogi. Przy­pa­dek, zbieg oko­licz­no­ści. Zapo­mniane klu­cze mogły opóź­nić kogoś o te kilka sekund, któ­rych bra­ko­wało, żeby zdą­żyć prze­do­stać się przez nie­strze­żony prze­jazd kole­jowy. Spóź­niony samo­lot mógł spra­wić, że czy­jaś żona była sama na tyle długo, żeby mor­derca zdą­żył ude­rzyć. Roz­wa­ża­nia co-by-było-gdyby.

Nor­malne w przy­pad­kach śmierci.

Nie­moż­liwe do roz­strzy­gnię­cia.

- Gdzie jest pań­ska żona, panie Gran­lund? - zapy­tał Lind­man spo­koj­nym gło­sem.

Męż­czy­zna w drzwiach zda­wał się namy­ślać nad tym pyta­niem. Musiał prze­sta­wić się ze swo­ich prze­żyć w podróży i ewen­tu­al­nej winy, która nagle na niego spa­dła, na tu i teraz. Na to, co było straszne.

Na to, czemu nie umiał zapo­biec.

W końcu jakoś odna­lazł się w tym wszyst­kim.

- Na górze. - Richard Gran­lund wyko­nał ruch ręką uko­śnie do góry i zaczął pła­kać. Lind­man dał znak kole­dze, żeby poszedł na pię­tro, a sam wpro­wa­dził pła­czą­cego męż­czy­znę do domu. Ni­gdy nie można było i nie powinno się mieć takiej pew­no­ści, ale Lind­man nabrał prze­ko­na­nia, że ten czło­wiek, któ­rego eskor­to­wał do kuchni, obej­mu­jąc go za ramiona, nie jest mor­dercą.

Na dole scho­dów Holst wycią­gnął broń i trzy­mał ją przy udzie. Jeśli ten zdru­zgo­tany męż­czy­zna, któ­rym zaopie­ko­wał się Lind­man, nie był mor­dercą, ist­niało ryzyko, że on, lub ona, co było jed­nak mniej praw­do­po­dobne, na­dal znaj­duje się w domu. Na górze otwo­rzyła się przed nim nie­wielka prze­strzeń. Okna w dachu. Podwójna sofa, tele­wi­zor i odtwa­rzacz Blu-ray. Na ścia­nach półki z książ­kami i fil­mami. Czworo drzwi. Dwoje otwar­tych, dwoje zamknię­tych. Ze szczytu scho­dów Holst widział nogę zamor­do­wa­nej kobiety w sypialni. W łóżku. To zna­czy, że należy zawia­do­mić Kra­jową Poli­cję Kry­mi­nalną, pomy­ślał, szybko zaglą­da­jąc do kolej­nego pokoju z otwar­tymi drzwiami. Gabi­net do pracy. Pusty. Zamknięte drzwi pro­wa­dziły do toa­lety i gar­de­roby. Oba pomiesz­cze­nia były puste. Holst scho­wał broń i pod­szedł do sypialni. Zatrzy­mał się na progu.

Od tygo­dnia w poli­cji krą­żył okól­nik roze­słany przez zespół docho­dze­niowo-śled­czy do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej. Cho­dziło o zgła­sza­nie im infor­ma­cji na temat przy­pad­ków śmierci, które speł­niały nastę­pu­jące kry­te­ria:

Gdy ofiara została zna­le­ziona w swo­jej sypialni.

Gdy ofiara była zwią­zana.

Gdy ofiara miała pode­rżnięte gar­dło.

Sygnał komórki Tor­kela zakłó­cił ostat­nią zwrotkę grom­kiego Sto lat. Ode­brał, wyco­fu­jąc się do kuchni. W tle roz­brzmie­wało jesz­cze poczwórne "Niech żyje".

Vilma obcho­dziła uro­dziny.

Trzy­na­ste.

Nasto­latka.

Wła­ści­wie przy­pa­dały w ostatni pią­tek, ale wtedy zapro­siła swoje kole­żanki do kina. Starsi, nudni człon­ko­wie rodziny, jak na przy­kład jej tata, zostali zapro­szeni w inny, zwy­kły wie­czór. Tor­kel wraz z Yvonne kupili córce w pre­zen­cie komórkę. Nową. Wła­sną. Dotych­czas Vilma przej­mo­wała apa­raty po star­szej sio­strze albo po któ­rymś z rodzi­ców, kiedy w pracy wymie­niano im służ­bowe. Teraz dostała nową. Z Andro­idem. Tor­kel pamię­tał, że Billy tak to nazwał, kiedy poma­gał mu wybrać model i markę. Yvonne mówiła, że Vilma od piątku prak­tycz­nie się z nią nie roz­sta­wała.

Kuchenny stół zamie­nił się na ten wie­czór w wystawę pre­zen­tów. Star­sza sio­stra kupiła Vil­mie tusz do rzęs, cień do powiek, błysz­czyk i fluid. Sole­ni­zantka otrzy­mała wszystko już w pią­tek, ale wyło­żyła jesz­cze raz, żeby pochwa­lić się swoim plo­nem. Tor­kel wziął do ręki tusz, który obie­cy­wał dzie­sięć razy buj­niej­sze rzęsy, wsłu­chu­jąc się w infor­ma­cje napły­wa­jące mu do ucha.

Mor­der­stwo. W Tum­bie. Kobieta w sypialni, zwią­zana, z pode­rżnię­tym gar­dłem.

Tor­kel był zda­nia, że Vilma jest jesz­cze o wiele za młoda na maki­jaż, ale usły­szał, że jest jedyną dziew­czynką w szó­stej kla­sie, która się nie maluje, a w siód­mej kla­sie po pro­stu nie­wy­obra­żalne było poka­zać się w szkole bez maki­jażu. Nie opie­rał się więc zbyt długo. Zda­wał sobie sprawę, że czasy się zmie­niają, powi­nien się cie­szyć, że nie musiał toczyć takich dys­ku­sji, kiedy Vilma zaczy­nała czwartą klasę. W jej szkole byli rodzice, któ­rzy musieli. I naj­wy­raź­niej prze­grali.

Wszystko wska­zy­wało na to, że była to trze­cia ofiara.

Tor­kel zakoń­czył roz­mowę, odło­żył mascarę i wró­cił do salonu.

Zawo­łał Vilmę, która roz­ma­wiała z bab­cią i dziad­kiem. Nie wyglą­dała na nie­za­do­wo­loną, że musi prze­rwać roz­mowę z parą sta­rych ludzi. Pode­szła do Tor­kela z wycze­ki­wa­niem w oczach, jakby spo­dzie­wała się, że przy­go­to­wał w kuchni jakąś nie­spo­dziankę.

- Muszę jechać, kocha­nie.

- Czy to z powodu Kri­stof­fera?

Tor­kel potrze­bo­wał kilku sekund, żeby zro­zu­mieć sens tego pyta­nia. Kri­stof­fer był nowym face­tem Yvonne. Spo­ty­kali się od kilku mie­sięcy, jak się dowie­dział. Dzi­siaj po raz pierw­szy go zoba­czył. Nauczy­ciel lice­alny. Pod pięć­dzie­siątkę. Roz­wie­dziony, dzieci zostały przy żonie. Spra­wiał sym­pa­tyczne wra­że­nie. Tor­kel nawet przez moment nie pomy­ślał, że ich spo­tka­nie może zostać ode­brane jako krę­pu­jące, nie­przy­jemne czy w jaki­kol­wiek inny spo­sób pro­ble­ma­tyczne, dla­tego nie od razu pojął pyta­nie córki. Vilma naj­wy­raź­niej ode­brała jego krótki namysł jako potwier­dze­nie swo­ich przy­pusz­czeń.

- Mówi­łam jej, żeby go nie zapra­szała - dodała z mar­kotną miną.

Tor­kel poczuł przy­pływ czu­ło­ści dla córki. Chciała go chro­nić. Miała trzy­na­ście lat i już chciała oszczę­dzić mu pro­ble­mów ser­co­wych. W jej świe­cie to przy­pusz­czal­nie bar­dzo nie­wy­godna sytu­acja. Na pewno nie chcia­łaby spo­tkać swo­jego daw­nego chło­paka z jakąś inną dziew­czyną. O ile był w jej życiu jakiś chło­pak. Tor­kel nie miał pew­no­ści. Pogła­dził ją czule po policzku.

- Muszę iść do pracy. To nie ma nic wspól­nego z Kri­stof­fe­rem.

- Na pewno?

- Jak naj­bar­dziej. Musiał­bym poje­chać, nawet gdy­by­śmy tu byli tylko we dwójkę. Wiesz, jak to jest.

Vilma ski­nęła głową. Miesz­kała z nim dosta­tecz­nie długo i pamię­tała, że zni­kał, kiedy to było konieczne, i nie wra­cał tak długo, jak było potrzeba.

- Ktoś umarł?

- Tak.

Tor­kel nie chciał opo­wia­dać wię­cej. Na samym początku posta­no­wił, że nie będzie osobą, która zdo­bywa uwagę dzieci opo­wia­da­niem sen­sa­cyj­nych czy śmiesz­nych histo­rii ze swo­jej pracy. Vilma o tym wie­działa. Nie pytała więc dalej, tylko znów ski­nęła głową. Tor­kel spoj­rzał na nią poważ­nie.

- Myślę, że to dobrze, że mama kogoś spo­tkała.

- A dla­czego?

- Dla­czego nie? Tylko z tego powodu, że już nie jest ze mną, nie musi być samotna.

- A ty spo­tka­łeś kogoś?

Tor­kel zawa­hał się na chwilę. Co ma powie­dzieć? Przez dłuż­szy czas był w pewien spo­sób zwią­zany z Ursulą, swoją zamężną kole­żanką z pracy, ale ni­gdy nie okre­ślili, co to tak naprawdę było. Sypiali ze sobą, kiedy mieli śledz­twa wyjaz­dowe. Ni­gdy w Sztok­hol­mie. Żad­nych wspól­nych kola­cji ani codzien­nych roz­mów o spra­wach pry­wat­nych czy oso­bi­stych. Seks i oma­wia­nie pracy. To wszystko. A teraz nie było nawet tego. Kilka mie­sięcy temu włą­czył do swo­jego zespołu daw­nego kolegę Seba­stiana Berg­mana i od tego czasu z Ursulą łączyła go tylko praca. To męczyło Tor­kela. Bar­dziej, niż był skłonny przy­znać. Nie cho­dziło o to, że ich rela­cja, czy jak też to nazwać, dzia­łała ewi­dent­nie na zasa­dach Ursuli, z tym mógł się pogo­dzić, ale po pro­stu mu jej bra­ko­wało. Bar­dziej, niż się spo­dzie­wał. Na domiar złego wyglą­dało na to, że znów była bli­żej ze swoim mężem Mic­kem. Nawet spę­dzili razem week­end w Paryżu kilka tygo­dni temu.

Więc czy on kogoś spo­tkał?

Wła­ści­wie nie, a nie chciał się pod­jąć tłu­ma­cze­nia nasto­latce zło­żo­no­ści tej rela­cji.

- Nie - odpo­wie­dział w końcu. - Nie spo­tka­łem nikogo. Ale teraz naprawdę muszę jechać.

Przy­tu­lił córkę. Mocno.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin - szep­nął. - Kocham cię.

- Ja też cię kocham - odpo­wie­działa dziew­czynka. - I moją komórkę. - Przy­ci­snęła swoje świeżo nabłysz­czone usta do jego policzka.

Na twa­rzy Tor­kela na­dal gościł uśmiech, kiedy wsia­dał do samo­chodu i ruszał w stronę Tumby.

Zadzwo­nił do Ursuli.

Była już w dro­dze.

Już w aucie Tor­kel uświa­do­mił sobie, że ma nadzieję, iż to okaże się czymś innym. Ktoś inny. Że nie będzie żad­nego związku z tam­tymi zamor­do­wa­nymi kobie­tami. Że to będzie pierw­szy raz. Ale tak nie było. Zro­zu­miał to, kiedy zaj­rzał do sypialni.

Nylo­nowe poń­czo­chy. Koszula nocna. Uło­że­nie.

To była trze­cia.

Okre­śle­nie "od ucha do ucha" nie wystar­czyło, żeby opi­sać ranę zie­jącą w gar­dle. Raczej z jed­nej strony krę­go­słupa na drugą. Jak przy otwie­ra­niu puszki, kiedy zosta­wia się mały nie­roz­cięty kawa­łe­czek, żeby móc odgiąć wieczko. Kobieta miała nie­mal odciętą głowę. Sprawca musiał użyć potęż­nej siły, żeby zadać jej takie obra­że­nia. Wszę­dzie było pełno krwi, wysoko na ścia­nach, na pod­ło­dze.

Ursula już zaczęła foto­gra­fo­wać. Ostroż­nie poru­szała się po całym pokoju, pil­nu­jąc, żeby nie nadep­nąć na krew. Zawsze gdy tylko mogła, była pierw­sza na miej­scu zbrodni. Pod­nio­sła wzrok, ski­nęła mu na powi­ta­nie i dalej pstry­kała. Tor­kel zadał jej pyta­nie, na które znał już odpo­wiedź.

- Ten sam?

- Abso­lut­nie.

- Po dro­dze dzwo­ni­łem znów do Lövhagi. Dalej sie­dzi tam, gdzie sie­dział.

- To chyba już wie­dzie­li­śmy, prawda?

Tor­kel ski­nął. Sto­jąc w drzwiach do sypialni i patrząc na zamor­do­waną kobietę, pomy­ślał, że ta sprawa mu się nie podoba. Stał już w innych drzwiach do innych sypialni i widział inne kobiety w noc­nych koszu­lach, z dłońmi i sto­pami spę­ta­nymi parą nylo­no­wych poń­czoch, zgwał­cone i z pode­rżnię­tym gar­dłem. W 1995 roku zna­leźli pierw­szą. Potem były jesz­cze trzy, zanim późną wio­sną następ­nego roku udało się ująć mor­dercę.

Hinde został ska­zany na karę doży­wot­niego wię­zie­nia w zakła­dzie kar­nym Lövhaga.

Nawet nie odwo­łał się od wyroku.

Sie­dział tam na­dal.

Ale nowe ofiary były nie­mal iden­tycz­nymi kopiami ofiar jego daw­nych zbrodni. Dło­nie i stopy zwią­zane w taki sam spo­sób. Bru­talne obra­że­nia na szyi. Nawet nie­bie­ski odcień wzoru na bia­łej koszuli noc­nej był taki sam. Zna­czyło to, że szu­kali nie tylko seryj­nego mor­dercy, był to wręcz copy­cat. Ktoś z jakichś powo­dów kopio­wał zabój­stwa sprzed pięt­na­stu lat. Tor­kel zaj­rzał do swo­jego notesu, potem znów zwró­cił się do Ursuli. Też zaj­mo­wała się tą sprawą z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Ona, Seba­stian i Trolle Her­mans­son, który teraz był na przy­mu­so­wej eme­ry­tu­rze.

- Mąż dostał odpo­wiedź na SMS-a około dzie­wią­tej rano, ale o pierw­szej już nie - powie­dział Tor­kel.

- To się może zga­dzać. Została zamor­do­wana od pię­ciu do pięt­na­stu godzin temu.

Tor­kel ski­nął. Wie­dział, że Ursula się nie myli. Gdyby zapy­tał, wska­za­łaby, że rigor mor­tis nie dotarł do nóg, nie wystą­piła jesz­cze auto­liza, widoczne były livo­res. Wymie­ni­łaby też masę innych słów z żar­gonu leka­rzy sądo­wych, któ­rego mimo tylu lat spę­dzo­nych w poli­cji Tor­kel nie miał ochoty się uczyć. Jeśli się pytało, umieli to wyja­śnić rów­nież nor­mal­nym języ­kiem.

Ursula wierz­chem dłoni otarła pot z czoła. Na pię­trze było o kilka stopni cie­plej niż na dole. Czerw­cowe słońce przy­grze­wało przez cały dzień. W pokoju brzę­czały muchy, zwa­bione przez krew i nie­wi­doczny jesz­cze dla oka, ale już postę­pu­jący roz­kład.

- Koszula nocna? - zapy­tał Tor­kel, rzu­ciw­szy ostat­nie spoj­rze­nie na łóżko.

- A co z koszulą? - Ursula opu­ściła apa­rat i przyj­rzała się nie­mod­nemu baweł­nia­nemu ubra­niu.

- Jest opusz­czona.

- To mógł być mąż. Chciał ją osło­nić.

- Zapy­tam, czy jej doty­kał.

Tor­kel opu­ścił swoje miej­sce na progu sypialni. Musi wró­cić do zroz­pa­czo­nego męża w kuchni. Naprawdę nie lubił tej sprawy.

Billy klę­czał przy drzwiach wej­ścio­wych i badał zamek, kiedy Tor­kel zszedł po scho­dach na par­ter. Zwró­cił się do szefa.

- Nie ma śla­dów mani­pu­lo­wa­nia, z tego, co widzę. Wszystko wska­zuje na to, że został wpusz­czony.

- Drzwi na werandę zasta­li­śmy otwarte - przy­po­mniał mu Tor­kel.

- Mąż je otwo­rzył po powro­cie do domu. - Billy ski­nął głową. - Mówił, że były zamknięte na klucz.

- Czy jest tego pewien? Spra­wiał wra­że­nie nie­zbyt przy­tom­nego po tym szoku.

- Brzmiało pew­nie...

- Zapy­tam go jesz­cze raz. Gdzie jest Vanja?

- W ogro­dzie. Wła­śnie dotarła.

- W gabi­ne­cie na górze stoi kom­pu­ter. - Tor­kel ski­nie­niem wska­zał schody, po któ­rych wła­śnie zszedł. - Zabierz­cie go i sprawdź­cie, czy da się coś zna­leźć. Naj­le­piej coś, co połą­czy­łoby ją z tam­tymi ofia­rami.

- A więc to jest trze­cia?

- Wiele na to wska­zuje.

- Czy będziemy potrze­bo­wali pomocy, czy raczej...?

Billy nie dokoń­czył pyta­nia. Tor­kel domy­ślił się, że tak naprawdę chciał spy­tać: Czy sko­rzy­stamy z pomocy Seba­stiana Berg­mana? Jemu też ta myśl przy­szła już do głowy, ale natych­miast ją odrzu­cił. Wady tego roz­wią­za­nia były oczy­wi­ste i nie rów­no­wa­żyły ewen­tu­al­nych korzy­ści, ale tak myślał przed­tem.

Zanim zna­leźli trze­cią.

- Zoba­czymy.

- Chcia­łem powie­dzieć, że bio­rąc pod uwagę, kogo on kopiuje...

- Już mówi­łem, zoba­czymy.

Z tonu jego głosu Billy domy­ślił się, że na razie nie powi­nien wię­cej pytać. Billy rozu­miał fru­stra­cję Tor­kela. Nie mieli żad­nych śla­dów. A raczej mieli ich całą masę. Odci­ski pal­ców, ślady buta, spermę i włosy, ale mimo to nie byli ani o krok bli­żej uję­cia mor­dercy niż dwa­dzie­ścia dzie­więć dni temu, kiedy zna­le­ziono pierw­szą kobietę zwią­zaną i zamor­do­waną w taki sam spo­sób. Sprawca wręcz non­sza­lancko nie przej­mo­wał się zosta­wia­nymi przez sie­bie śla­dami, ponie­waż musiał wie­dzieć, że nie figu­ruje w żad­nych kar­to­te­kach. Był zbyt dobrze zor­ga­ni­zo­wany, żeby dopu­ścić do takiego nie­dbal­stwa. A więc nie­ka­rany, w każ­dym razie nie za więk­sze prze­stęp­stwa. Ale lubiący ryzyko. Lub zmu­szony, żeby je podej­mo­wać. Oby­dwie moż­li­wo­ści budziły nie­po­kój. To zna­czyło, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zaata­kuje jesz­cze raz.

- Weź Vanję i przej­rzyj­cie wszystko jesz­cze raz.

Gdyby tylko udało się odkryć powią­za­nia mię­dzy ofia­rami, to już zna­czy­łoby bar­dzo dużo. Wtedy można by dowie­dzieć się cze­goś o mor­dercy i stwo­rzyć krąg podej­rza­nych. Naj­gor­sze byłoby, gdyby wybie­rał kobiety przy­pad­kowo. Gdyby było tak, że widział je na ulicy, śle­dził, roz­pra­co­wy­wał, pla­no­wał i cze­kał na odpo­wiedni moment. Jeśli dzia­łał wła­śnie w ten spo­sób, nie mieli szans go zła­pać, zanim nie popełni błędu. A na razie nie popeł­nił jesz­cze żad­nego.

Billy wszedł na górę kil­koma wiel­kimi kro­kami, zaj­rzał szybko do sypialni, gdzie na­dal pra­co­wała Ursula, i wszedł do gabi­netu. Pokój był nie­zbyt duży. Miał może sześć metrów kwa­dra­to­wych. W kącie biurko z biu­ro­wym krze­słem. Pod biur­kiem płyta z pleksi, żeby nie nisz­czyć par­kietu kół­kami. Niska ława, a na niej dru­karka, modem, router, papier i inne mate­riały biu­rowe. Na ścia­nie nad biur­kiem wisiała ramka na osiem zdjęć. Ofiara - miała na imię Katha­rina, przez "th", o ile Billy dobrze zapa­mię­tał - sama na jed­nym ze zdjęć, uśmiech­nięta do obiek­tywu, z tyłu jabłoń, na ciem­nych wło­sach słom­kowy kape­lusz, biała let­nia sukienka. Jak z reklamy szwedz­kiego lata. Może to był Österlen. Męż­czy­zna - Richard - też był sam na jed­nym ze zdjęć. Sie­dział na rufie żaglówki. Oku­lary sło­neczne, mocna opa­le­ni­zna, sku­pie­nie. Na pozo­sta­łych sze­ściu zdję­ciach byli razem. Przy­tu­leni, sple­ceni w uści­sku, roze­śmiani. Naj­wy­raź­niej dużo podró­żo­wali. Jedno ze zdjęć zostało zro­bione na plaży o olśnie­wa­jąco bia­łym pia­sku z pal­mami w tle, na dwóch innych Billy zdo­łał roz­po­znać Nowy Jork i Kuala Lum­pur. Chyba nie mieli dzieci.

Przy­naj­mniej tym razem nikt nie stra­cił matki.

Stał jesz­cze chwilę przed zdję­ciami. Wpa­try­wał się w czułe uśmie­chy dwojga ludzi. Na wszyst­kich zdję­ciach byli objęci. Może po pro­stu zawsze pozo­wali w ten spo­sób do zdjęć. A może to była tylko gra, żeby poka­zać światu, jak wspa­niale im jest razem. Choć nic na to nie wska­zy­wało, raczej wyglą­dali na auten­tycz­nie zako­cha­nych, kiedy tak stali przed obiek­ty­wem sple­ceni ramio­nami. Billy po pro­stu nie mógł się ode­rwać od zdjęć pary. Coś w nich go poru­szyło, może to szczę­ście, jakim pro­mie­nieli. Spra­wiali wra­że­nie takich rado­snych. Tak zako­cha­nych. Tak bar­dzo żywych. Billy ni­gdy nie prze­ży­wał tych rze­czy aż tak. Bez pro­blemu potra­fił zacho­wać pro­fe­sjo­nalny dystans do ofiary. Oczy­wi­ście zawsze jakoś to na niego wpły­wało, cier­piał razem z bli­skimi ofiary, ale ostrze smutku nie się­gało aż tak głę­boko. Wie­dział dosko­nale, dla­czego tym razem było ina­czej. Wła­śnie spo­tkał osobę, któ­rej wesołe spoj­rze­nie i kuszący uśmiech przy­po­mi­nały kobietę ze zdjęć. To spra­wiało, że tra­ge­dia sta­wała się peł­no­wy­mia­rowa i rze­czywista. Pomy­ślał o My. Jak dzi­siaj rano odsu­nęła koł­drę i sen­nie go objęła. Jak pró­bo­wała go namó­wić, żeby u niej został jesz­cze krótką chwilę, i jesz­cze jedną, aż minie cały ranek. Obraz uśmiech­nię­tej My paso­wał do tych roman­tycz­nych zdjęć na ścia­nie, ale w żad­nym razie nie paso­wał do tej gro­te­skowo powy­krę­ca­nej, zwią­za­nej i zgwał­co­nej kobiety z sąsied­niego pokoju. A jed­nak to była ta sama kobieta. Przez sekundę zda­wało mu się, że to My leży twa­rzą do dołu w ogrom­nej kałuży krwi. Odwró­cił głowę, szybko zamknął oczy. Taki strach nie nawie­dzał go ni­gdy przed­tem.

Ni­gdy.

I nie wolno mu było znów się do niego zbli­żyć. Wie­dział o tym. Ni­gdy nie może dopu­ścić do sie­bie prze­mocy i lęku, nie może pozwo­lić, by go zatruły. To znisz­czy­łoby jego miłość. Uczy­ni­łoby ją lękliwą i wiecz­nie nie­spo­kojną. Potrzeba utrzy­ma­nia dystansu mię­dzy życiem pry­wat­nym a pracą była dla niego w tej chwili jasna jak słońce, bez tego dystansu stra­ciłby wszystko. Mógł ją obej­mo­wać, mocno trzy­mać, ale ni­gdy nie mógł dzie­lić z nią tych uczuć. Były zbyt mroczne i głę­bo­kie, żeby wpro­wa­dzać je do ich związku. Kiedy wróci do domu, będzie ją długo trzy­mał w ramio­nach. Bar­dzo długo. Ona zapyta dla­czego. Wtedy będzie musiał skła­mać. Nie­stety. Ale nie chciał poka­zy­wać jej prawdy. Billy odwró­cił się, wziął z biurka lap­top i zszedł na dół, żeby zna­leźć Vanję.

Wysoki męż­czy­zna wpi­sał do kom­pu­tera pole­ce­nie wydru­ko­wa­nia wszyst­kich zdjęć i dru­karka natych­miast odpo­wie­działa pra­co­wi­tym pomru­ki­wa­niem. Pod­czas gdy zdję­cia się dru­ko­wały na błysz­czą­cym papie­rze o wymia­rach 10 na 15, utwo­rzył na pul­pi­cie nowy fol­der na zdję­cia, sko­pio­wał je do niego, wszedł na chro­nioną hasłem dostępu stronę, zalo­go­wał się jako admi­ni­stra­tor i dodał fol­der. Strona miała nie­wiele mówiący adres fygorh.se. Wła­ści­wie była to przy­pad­kowa kom­bi­na­cja liter stwo­rzona po to, żeby nie mogła zna­leźć się w czo­łówce tra­fień żad­nej wyszu­ki­warki. Gdyby wbrew ocze­ki­wa­niom zabłą­kał się tutaj ktoś nie­po­żą­dany, to napo­tka źle zapro­jek­to­waną stronę, kiep­sko podany tekst, pra­wie nie­czy­telny na barw­nym i migo­czą­cym tle. Tek­sty, w któ­rych co jakiś czas zmie­niały się czcionka i kolor, sta­no­wiły frag­menty ksią­żek, rapor­tów komi­sji pań­stwo­wych, roz­praw, innych stron inter­ne­to­wych albo bez­sen­sowny beł­kot, bez aka­pi­tów czy nawet spa­cji. Cza­sem tu czy tam, zupeł­nie bez związku z tre­ścią, poja­wiały się dziwne zdję­cia lub rysunki. Strona wyglą­dała jak digi­talna wer­sja owych kom­plet­nych bzdur wypi­sy­wa­nych cza­sami na wia­tach auto­bu­so­wych czy sta­cjach trafo, będą­cych dzie­łem kogoś, kto nie umiał się zde­cy­do­wać na jeden wariant, tylko chciał wypró­bo­wać wszyst­kie w jed­nym miej­scu. Nikt nie był w sta­nie skon­cen­tro­wać się na tej stro­nie przez dłuż­szą chwilę. Zamó­wił sta­ty­stykę odwie­dzin. Spo­śród sie­dem­dzie­się­ciu trzech osób, które z nie­zna­nych powo­dów tra­fiły na tę stronę, naj­dłu­żej zaba­wił gość, który zatrzy­mał się tu na minutę i dwa­dzie­ścia sześć sekund. Wła­śnie o to mu cho­dziło. Nikt nie dał rady kli­kać aż do pią­tej strony ani nie zauwa­żył małego czer­wo­nego guzika, który był tam umiesz­czony, w samym środku tek­stu o ozna­cza­niu budowli zabyt­ko­wych w gmi­nie Katri­ne­holm. Po klik­nię­ciu w ten guzik otwie­rała się nowa strona, wyma­ga­jąca hasła i loginu. Dalej znaj­do­wał się fol­der ze zdję­ciami, które wła­śnie tam umie­ścił. Fol­der miał nic nie­mó­wiącą nazwę: "3".

Dru­karka zakoń­czyła pracę. Wyjął zdję­cia. Przej­rzał je i poli­czył. Wszyst­kie trzy­dzie­ści sześć. Wziął wielki spi­nacz do papieru i ści­snął nimi zdję­cia u góry. Potem prze­szedł na drugą stronę pokoju, gdzie na ścia­nie wisiała wielka płyta kor­kowa, i zawie­sił spi­nacz ze zdję­ciami na gwoź­dziu w pra­wym gór­nym rogu płyty. Nad gwoź­dziem wid­niała cyfra "3" w kółku, nama­lo­wana czar­nym pisa­kiem. Rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na zdję­cia wiszące powy­żej, na gwoź­dziach opi­sa­nych "1" i "2". Kobiety. W swo­ich sypial­niach. Pół­na­gie. Zapła­kane. Prze­ra­żone. Spi­nacz po lewej stro­nie zawie­rał tylko trzy­dzie­ści cztery zdję­cia. Dwa mu nie wyszły. Przed aktem. Był zbyt roz­go­rącz­ko­wany. Odszedł od rytu­ału. Prze­kli­nał się za to. Przy­się­gał sobie na wszyst­kie świę­to­ści, że to się ni­gdy nie powtó­rzy. Ale już drugi plik zawie­rał wła­ściwą liczbę zdjęć. Teraz znów pod­niósł apa­rat do oczu i zro­bił zdję­cie płyty wraz z jej maka­bryczną zawar­to­ścią. Pierw­sza faza zakoń­czona. Odło­żył apa­rat na biurko i się­gnął po czarną torbę spor­tową, sto­jącą na pod­ło­dze tuż przy drzwiach.

Wyszedł z nią do kuchni.

Posta­wił torbę na pustym kuchen­nym stole, odsu­nął zamek i wyjął pla­sti­kową torebkę oraz kawa­łek kar­tonu z opa­ko­wa­nia poń­czoch, któ­rych uży­wał. Phi­lippe Mati­gnon Noblesse 50 Cam­mello jasny brąz.

Jak zwy­kle.

Jak zawsze.

Otwo­rzył szafkę pod zle­wem, wrzu­cił opa­ko­wa­nie do kubła i zamknął drzwiczki. Wró­cił do torby, wyjął nóż w pla­sti­ko­wej torebce, wycią­gnął go, wło­żył do zlewu, potem znów otwo­rzył drzwiczki pod zle­wem i wyrzu­cił zakrwa­wioną torebkę. Zamknął szafkę i odkrę­cił kran. Let­nia woda spły­wała po sze­ro­kim ostrzu. Zakrze­pła krew zaczy­nała się odry­wać od metalu i spły­wała lewo­skręt­nym wirem do kana­li­za­cji. Ujął nóż za trzo­nek i odwró­cił. Kiedy już prze­stał ocie­kać krwią, męż­czy­zna wziął płyn do naczyń i szczotkę, żeby doczy­ścić go do końca. Potem sta­ran­nie wytarł ostrze i wło­żył nóż z powro­tem do torby. Otwo­rzył trze­cią szu­fladę od góry w rzę­dzie szu­flad koło kuchenki i wyjął rolkę trzy­li­tro­wych wor­ków do zamra­ża­nia. Ode­rwał jeden worek, odło­żył rolkę, zasu­nął szu­fladę, a worek wło­żył do torby obok noża. Potem wyszedł z kuchni.

Billy obszedł dom dookoła i zna­lazł Vanję na traw­niku. Stała zwró­cona ple­cami do werandy i okien z wiel­kimi szy­bami. Przed nią roz­po­ście­rał się zadbany traw­nik ogra­ni­czony dwiema raba­tami kwia­to­wymi. Billy nie znał nazwy żad­nej rośliny, ale był pewien, że to nie bujne kwie­cie przy­cią­gało uwagę Vanji.

- Jak tam?

Vanja drgnęła. Nie sły­szała jego kro­ków.

- Nie zosta­wił tu swo­jej wizy­tówki, jeśli to masz na myśli.

- Okej... - Billy cof­nął się kawa­łek.

Vanja uświa­do­miła sobie, że jej odpo­wiedź zabrzmiała zaska­ku­jąco szorstko. Pyta­nie kolegi może wcale nie doty­czyło pracy. Prze­cież ją znał. Znał dobrze. Wie­dział, jak nie­na­wi­dzi tego rodzaju zbrodni. Nie z powodu krwi i prze­mocy sek­su­al­nej. Widziała już gor­sze rze­czy. Ale to była kobieta.

Mar­twa.

We wła­snym domu.

Kobiety nie powinny być gwał­cone i mor­do­wane w swo­ich domach. I tak zawsze i wszę­dzie były nara­żone na nie­bez­pie­czeń­stwo. Naj­le­piej powinny się prze­bie­rać, kiedy wie­czo­rem wra­cały z klubu do domu. Powinny uni­kać przejść pod­ziem­nych, par­ków i mało uczęsz­cza­nych dróg. Nie cho­dzić z iPo­dem i muzyką w uszach. Nie mogły poru­szać się swo­bod­nie, miały ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Przy­naj­mniej w domu powinny czuć się bez­piecz­nie.

Odprę­żone.

Pewne.

- Zna­la­złam to - powie­działa Vanja, cofa­jąc się do werandy.

Billy poszedł za nią. Weszli na ciśnie­niowo impre­gno­wane deski, minęli cztery wikli­nowe fotele i stół ze zło­żo­nym zie­lo­nym para­so­lem w środku, który Billy'emu koja­rzył się raczej z uliczną kawiar­nią niż werandą domu, pode­szli do dwóch leża­ków z bia­łego drewna, na któ­rych przy­pusz­czal­nie wła­ści­ciele prze­sia­dy­wali w zacho­dzą­cym słońcu, każde z drin­kiem w dłoni.

- Tutaj. - Vanja wska­zała okno z lewej strony.

Billy spoj­rzał w tę stronę. Za szybą roz­po­ście­rała się znaczna część par­teru. Zoba­czył Tor­kela pogrą­żo­nego w roz­mo­wie z Richar­dem Gran­lun­dem, widział tech­ni­ków bada­ją­cych resztę domu, ale chyba nie o to Vanji cho­dziło.

- Ale co? - zapy­tał.

- Tutaj - powtó­rzyła, wska­zu­jąc pal­cem. Tym razem bar­dziej pre­cy­zyj­nie, żeby Billy zoba­czył. Prak­tycz­nie miał to przed oczami. Odcisk na szy­bie, nie­mal kwa­dra­towa plama o powierzchni kilku cen­ty­me­trów, a poni­żej jesz­cze mniej­sza kropka. Ślady te były oto­czone z obu stron pla­mami w kształ­cie pół­księ­życa. Lewa zakrzy­wiona w prawo, prawa w lewo, jak nawiasy wokół pozo­sta­łych odci­sków. Billy od razu domy­ślił się, co to było. Ktoś - przy­pusz­czal­nie mor­derca - zaglą­dał przez okno, przy­kła­da­jąc czoło i nos do szyby, a rów­no­cze­śnie osła­nia­jąc się zgię­tymi dłońmi przed świa­tłem, i zosta­wił tłu­ste ślady na szkle.

- Jest wysoki - stwier­dził Billy, nachy­la­jąc się bli­żej. - Wyż­szy ode mnie.

- Jeśli to był ten, co to zro­bił - Vanja ski­nęła w stronę plam na szy­bie - zna­czy­łoby to, że był widoczny z tam­tych domów. - Wska­zała sąsied­nie domy za raba­tami kwia­to­wymi. - Ktoś mógł go widzieć.

Billy nie był prze­ko­nany. Połu­dnie, zwy­kły robo­czy dzień w lipcu. Oko­liczne domy spra­wiały wra­że­nie opusz­czo­nych przez urlo­pu­ją­cych miesz­kań­ców. Bar­dzo nie­wielu gapiów zebrało się na ulicy albo aku­rat miało coś do zro­bie­nia w ogro­dzie, kiedy przy­była poli­cja. Miesz­kańcy mieli dość pie­nię­dzy i czasu, żeby pozwo­lić sobie na let­nie domy, jachty albo zagra­niczne rejsy. Czy sprawca o tym wie­dział? Może na to liczył?

Przy­pusz­czal­nie.

Oczy­wi­ście będą musieli przejść się po domach i stu­kać do drzwi. Do wielu drzwi. Jeśli mor­derca został wpusz­czony, jak sądził Billy, powi­nien dojść do domu od frontu. Puka­nie do drzwi werandy budziło więk­szy prze­strach, było czymś dziw­nym, wtedy szansa na wpusz­cze­nie znacz­nie malała. A więc musiał iść dróżką przez ogród. Cał­ko­wi­cie widoczny. Wpraw­dzie z tego, co widzieli, był tak samo widoczny w pozo­sta­łych dwóch miej­scach zbrodni, ale wcale im to nie pomo­gło. Nikt niczego ani nikogo nie widział. Żad­nego samo­chodu, żad­nej dziw­nie zacho­wu­ją­cej się osoby w oko­licy, nikogo, kto by pytał o drogę, wałę­sał się, jeź­dził rowe­rem, żad­nego posłańca z wia­do­mo­ścią.

Nikogo i niczego.

Wszystko w sąsiedz­twie wyglą­dało tak samo jak zwy­kle, z jed­nym małym wyjąt­kiem, że bru­tal­nie zamor­do­wano kobietę.

- Tor­kel chce, żeby­śmy wró­cili - powie­dział Billy. - Jeśli mamy szczę­ście, teraz uda się nam zna­leźć wspólny mia­now­nik.

- Mam wra­że­nie, że bez szczę­ścia nic nie wskó­ramy. On się roz­kręca.

Billy przy­tak­nął ski­nie­niem. Mię­dzy pierw­szym a dru­gim mor­der­stwem upły­nęły trzy tygo­dnie. Mię­dzy dru­gim a trze­cim zale­d­wie osiem dni. Razem ruszyli po wystrzy­żo­nym jak do golfa traw­niku, który mimo utrzy­mu­ją­cej się suszy i upa­łów nie miał ani jed­nej żół­tej plamy. Vanja spoj­rzała na kolegę, który stą­pał obok niej w gra­na­to­wej blu­zie z kap­tu­rem i lap­to­pem w jed­nej ręce.

- Prze­pra­szam, jeśli przed­tem zacho­wa­łam się, jak­bym była wku­rzona.

- Nie ma sprawy, po pro­stu byłaś wku­rzona.

Vanja uśmiech­nęła się do sie­bie.

Tak łatwo jej się pra­co­wało z Bil­lym.