Cywilizację starożytnej Grecji wypiastowały mury miejskie.
W istocie, wszelka cywilizacja starożytna miała kołyskę z cegieł i
tynku.
Mury te ryją swe znamię głęboko w umysłach ludzkich.
Utrwalają one w naszym poglądzie na świat zasadę "divide et
impera", która w nas rodzi nawyk zabezpieczania wszystkich zdobyczy
naszych przez wzmacnianie ich i przez odgraniczanie jednej od
drugiej. Oddzielamy naród od narodu, wiedzę od wiedzy, człowieka od
przyrody. Stąd pleni się w nas silna nieufność ku wszystkiemu, co
tylko znajduje się poza szrankami, jakieśmy sami dźwignęli i każda
rzecz zniewolona jest ciężko walczyć o dostęp do naszego uznania.
Kiedy pierwsi najeźdźcy aryjscy pojawili się w Indjach, były one
obszerną krainą lasów, które nowi przybysze wnet obrócili na swa
korzyść. Lasy te dały im schron przed palącym żarem słonecznym i
przed zniszczeniem, jakie siały burze podzwrotnikowe, dostarczyły
im pastwisk dla bydła, drew dla ogni ofiarnych i budulca dla chat.
Różne szczepy aryjskie, z patrjarchami swymi na czele, osiedliły
się w różnych okolicach leśnych, gdzie tylko przyroda nastręczała
łatwiejszą ochronę, a żywności i wody było poddostatkiem.
Tym sposobem w Indjach cywilizacja nasza narodziła się w
lasach, biorąc odrębne piętno z tych swoich początków i z
otoczenia. Otoczona była szeroko płynącem życiem przyrody, od niej
brała żywność i strój i pozostawała w najściślejszym i najtrwalszym
stosunku do jej wciąż zmiennych przejawów.
Życie takie, powie kto, skłonne jest przytępiać bystrość
umysłu ludzkiego i karlic podniety postępu przez obniżanie poziomu
bytowania. Ale widzimy, że w Indjach starożytnych warunki życia
leśnego nie obezwładniły umysłu człowieka i nie osłabiły prądu jego
tężyzny, lecz nadały mu tylko pewien swoisty kierunek. Będąc w
ustawicznem zetknięciu z żywym rozrostem przyrody, umysł ludzki
wolny był od chęci rozszerzania udziału swej władzy przez
wznoszenie murów granicznych dokoła swoich nabytków. Celem jego
było nie nabywać, ale urzeczywistniać, powiększać zakres swej
świadomości przez to, że rósł wraz ze swem otoczeniem i że w nie
wrastał. Czuł, że prawda jest wszechobejmującą, że niema nic w
rodzaju bezwzględnego wyosobnienia się w bycie, i że prawdę można
osiągnąć jedynie w drodze przeniknięcia jestestwa naszego we
wszystkie przedmioty i nawzajem. Urzeczywistnić tę wielką harmonję
między duchem ludzkim a duchem świata, było dążeniem mieszkających
po lasach mędrców starożytnych Indyj.
Z czasem przyszła pora, kiedy dziewicze lasy ustąpiły
miejsca uprawnym polom, a wszędzie dokoła podniosły się zamożne
miasta. Wyrosły potężne królestwa, utrzymujące stosunki ze
wszystkiemi mocarstwami świata. Ale nawet u szczytu pomyślności
materjalnej, serce Indyj wciąż zwracało się z uwielbieniem ku
pierwotnemu ideałowi skrzętnego samo-urzeczywistniania się i ku
dostojności prostego życia w pustelni leśnej, czerpiąc najlepsze
natchnienie z nagromadzonej tam mądrości.
Zachód zdaje się dumą napawać myśl podboju przezeń
przyrody; jakgdybyśmy żyli na jakimś wrogim świecie, gdzie wszystko
czego nam potrzeba, winniśmy wydrzeć niechętnemu i obcemu
porządkowi rzeczy. Poczucie to jest wytworem nawyków umysłu
urabianego wewnątrz murów miejskich. Bo w życiu miejskiem, człowiek
siłą rzeczy kieruje zogniskowane światło wzroku duszy swojej na
własne życie i dzieła, a to stwarza sztuczny rozdział między nim a
tą Wszech-Przyrodą, na której łonie spoczywa.
Ale w Indjach kąt widzenia był różny: zawierał on świat
wraz z człowiekiem jako jedną wielką prawdę. Wszystek nacisk
położyły Indje na harmonję, jaka istnieje między jednostką a
powszechnością. Czuły, że nie moglibyśmy mieć żadnej styczności z
naszem otoczeniem, gdyby nam ono miało być bezwzględnie obcem.
Skarży się człowiek na przyrodę, że prawie wszystko czego
potrzebuje, zdobywać musi własnym wysiłkiem. Tak, lecz wysiłki jego
nie idą na marne; dzień każdy przynosi powodzenie, a stąd wniosek,
że zachodzi jakiś zasadny związek między człowiekiem a przyrodą,
nie możemy bowiem przyswoić sobie niczego, wyjąwszy to, co nam jest
naprawdę pokrewne. Można patrzeć na drogę pod dwojakim kątem
widzenia. Jeden spogląda na nią, jako na coś co nas dzieli od
przedmiotu naszych pragnień; w takim razie uważamy, że każdy krok
naprzód po tej drodze wywalczony został siłą wbrew przeszkodom.
Drugi widzi w niej bieżnię, która nas wiedzie ku naszemu
przeznaczeniu; a wtedy staje się ona częścią naszego celu. Jest ona
już początkiem dojścia do mety i dążąc po niej naprzód możemy tylko
zdobyć to, co nam sama z siebie podaje. Ten drugi kąt widzenia
zajęły Indje w stosunku do przyrody. Dla nich jądro rzeczy leży w
tem, że jesteśmy w harmonji z przyrodą; że człowiek może myśleć, bo
myśli jego są w harmonji z przedmiotami; że może używać sił
przyrody dla własnych celów jedynie, ponieważ własna jego moc jest
w harmonji z potęgą powszechną, i że na dłuższą metę zamiary jego
nigdy nie mogą znaleźć się w sprzeczności z zamiarem, którego
działalność przenika przyrodę.
Na Zachodzie przeważa poczucie, że przyroda ogranicza się
wyłącznie do rzeczy nieżywotnych i do zwierząt, że gdzie się
poczyna przyroda ludzka, tam się otwiera jakaś nagła otchłań, z
której nie można zdać sobie sprawy. Według tego, wszystko co się
znajduje na niskich szczeblach drabiny stworzeń, jest poprostu
przyrodą, a cokolwiek nosi na sobie znamię doskonałości,
intelektualnej czy moralnej, jest przyrodą ludzką. Równa się to
dzieleniu pączka i kwiecia na dwie odrębne kategorje i kładzeniu
ich wdzięku na karb dwóch odmiennych i przeciwstawnych zasad. Ale
umysł indyjski nigdy się nie waha uznać swoje pokrewieństwo z
przyrodą, swój nieprzerwany związek ze wszystkiem.
Zasadnicza jedność świata stworzonego nie była dla Indyj
prostem sobie dociekaniem filozoficznem; celem ich życia było
urzeczywistnić tą wielką harmonję w uczuciu i w czynie. Rozmyślając
i służąc, prostując własne życie, kształciły Indje świadomość swoją
w taki sposób, że wszystko nabierało dla nich znaczenia duchowego.
Ziemia, woda i światło, owoce i kwiaty - dla nich nie były to sobie
tylko zjawiska fizyczne, któreby można zużytkować a potem odrzucić
na stronę. Były im one konieczne, ażeby osiągnąć własny ideał
doskonałości, jak każda nuta jest konieczną, ażeby symfonja
posiadła pełnię. Indje czuły intuicyjnie, że jądro tego świata ma
dla nas znaczenie żywotne; winniśmy być na nie jak najbaczniej
wrażliwi i wejść z niem w świadomy stosunek, nietylko pod naciskiem
naukowej ciekawości, albo żądzy korzyści materjalnej, ale
urzeczywistniając je w duchu sympatji, z szerokiem uczuciem radości
i spokoju.
Człowiek nauki wie, pod jednym względem, że świat nie jest
tem tylko, czem się zmysłom naszym być wydaje; wie, że ziemia i
woda są w rzeczywistości grą sił, objawiających się nam jako ziemia
i woda - jak, to w części tylko pojąć możemy. Podobnie człowiek,
który patrzy oczyma ducha, wie, że ostateczna prawda o ziemi i
wodzie leży w naszem ujęciu wiecznej woli, działającej w czasie i
biorącej na się kształt w tych siłach, które uświadamiamy sobie pod
owemi zjawiskami. Nie jest to prostem poznaniem, jak nauka, ale
postrzeżeniem duszy przez duszę. Nie wiedzie nas to do potęgi, jak
poznanie, lecz darzy nas wolnością, która jest wynikiem
zjednoczenia rzeczy pokrewnych. Człowiek, którego znajomość świata
prowadzi go nie głębiej, niż może doprowadzić nauka, nigdy nie
zrozumie, co też takiego człowiek o spojrzeniu duchowem znajduje w
tych przyrodzonych zjawiskach. Woda nietylko członki jego zmywa,
ale i serce jego oczyszcza; bo dotyka duszy jego. Ziemia nietylko
dzierży jego ciało, ale i umysł jego raduje; bo dotknięcie jej jest
więcej, niż fizycznym dotykiem - jest żywą obecnością. Póki
człowiek nie uświadomi sobie swego pokrewieństwa ze światem, żyje w
więzieniu, którego mury są mu obce. Kiedy we wszystkich
przedmiotach zetknie się z wiecznym duchem, wtedy przychodzi nań
wyzwolenie, bo wtedy odkrywa najpełniejsze znaczenie świata, na
który się narodził; wtedy odnajduje sam siebie w pełni prawdy, i
utrwala się harmonja jego ze wszystkiem. W Indjach powtarza się
ludziom z naciskiem, że nie wolno im tracić z oczu faktu, iż są w
najściślejszym związku - ciałem i duszą - z rzeczami dokoła siebie,
i że winni witać słońce poranne, wodę płynącą, płodną ziemię, jako
przejawy tej samej żywej prawdy, która ich dzierży w uścisku. I tak
tekstem naszych rozmyślań powszednich jest G?yatr?, wiersz uważany
za ostatni wyraz (epitome) wszystkich Wed. Z jego pomocą staramy
się zdać sobie sprawę z istotnej jedności świata ze świadomą duszą
ludzką; uczymy się postrzegać jedność, utrzymywaną przez jednego
Wiecznego Ducha, którego potęga stwarza ziemię, niebiosa i gwiazdy,
a równocześnie rozpromienia zmysły nasze światłem świadomości,
poruszającej się i bytującej w nierozerwalnej ciągłości ze światem
zewnętrznym.
Nie jest prawdą, jakoby Indje starały się zamykać oczy na
różnicę wartości rzeczy różnych, wiedzą one bowiem, że tym sposobem
życie stałoby się niemożliwem. Umysłowi indyjskiemu nie było obcem
znaczenie wyższości człowieka na szczeblach drabiny stworzeń. Ale
Indje pojęły po swojemu, na czem ta wyższość w istocie polega: nie
na potędze posiadania, lecz na potędze zjednoczenia. Dlatego to
Indje wybierały za cel swoich pielgrzymek wszelkie miejsca, gdzie
tylko przyroda przedstawiała widok szczególnie podniosły lub
piękny, tak żeby umysł mógł wybiec poza świat ciasnych konieczności
i zdać sobie sprawę ze swego miejsca w nieskończoności. To było
powodem, dlaczego w Indjach cały lud, żywiący się niegdyś mięsem,
zarzucił pokarm zwierzęcy i jął hodować uczucie powszechnej
sympatji ku wszystkiemu co żyje - zdarzenie jedyne w dziejach
ludzkości.
Indje wiedziały, że kiedy wznosząc szranki fizyczne czy
umysłowe, odrywamy się gwałtownie od niewyczerpanego życia
przyrody, kiedy stajemy się poprostu człowiekiem, me zaś
człowiekiem-we-wszechświecie, stwarzamy zagadnienia wysoce
kłopotliwe i, odcinając sobie drogę do źródła ich rozwiązania,
próbujemy wszelkiego rodzaju metod sztucznych, z których każda
niesie w plonie trudności bez końca. Kiedy człowiek porzuca miejsce
swego spoczynku w powszechnej przyrodzie, kiedy wkracza na samotną
linę ludzkości, ma do wyboru taniec lub upadek, zniewolony jest prę
żyć bezustannie każdy nerw i mięsień, ażeby z każdym nowym krokiem
zachować równowagę, i wtedy, w przerwach znużenia, piorunuje
przeciw Opatrzności i odczuwa tajemną dumę i zadowolenie na myśl,
że cały porządek rzeczy postąpił sobie z nim niepoprawnie.
Ale to nie może trwać wiecznie Człowiek winien zdać sobie
sprawę z całości rozmiarów swego bytu, ze swego miejsca w
nieskończoności; winien wiedzieć, że nawet największe wysiłki nigdy
mu nie pozwolą tworzyć miodów w komorach własnego ulu, albowiem
tylko z poza jego ścian da się stale uzupełniać pokarm życia.
Winien wiedzieć, że kiedy się zamyka przed ożywczem i
oczyszczającem dotknięciem nieskończoności, kiedy w sobie samym
szuka środków do życia i ocalenia, wtedy sam się wpędza w
szaleństwo, sam się rwie w strzępy i zżera własną podstawę.
Pozbawiona tła całości, nędza ludzka traci wielki przymiot:
prostotę, nabiera zaś brudu i wstydu. Dobrobyt przestaje być
szczodrym, staje się poprostu przesadnie rozrzutnym. Pożądania już
nie służą życiu, utrzymując się w granicach swego zadania; stają
się one celem same w sobie, podkładają ogień pod życie ludzkie i
przygrywają na skrzypkach w posępnem świetle pożogi. Wówczas to,
szukając wyrazu treści naszej, staramy się zadziwiać, zamiast
pociągać; w sztuce gonimy za oryginalnością i gubimy z oczu prawdę,
starą a jednak zawsze nową; w literaturze zatracamy pełny widok
człowieka, prosty a jednak wielki, ukazując go natomiast jako
zagadnienie psychologiczne, albo wcielenie namiętności, mocnej bo
zwyrodniałej i wystawionej w blaskach gwałtownie jaskrawego
światła, które jest sztuczne. Kiedy świadomość człowieka zacieśnia
się wyłącznie do najbliższego sąsiedztwa własnej jaźni ludzkiej,
wtedy głębsze korzenie jego przyrody nie docierają do stałych
swoich pokładów, a duch ludzki, wciąż zagrożony wycieńczeniem, w
miejsce tryskającej zdrowiem siły podstawia nawroty sztucznych
podniet. Wówczas to człowiek zatraca swą perspektywę wewnętrzną i
mierzy wielkość swoją jej rozmiarami, nie zaś żywotnem ogniwem,
które ją łączy z nieskończonością; działalność swoją ocenia jej
ruchliwością, nie zaś spokojem doskonałości - spokojem, który jest
w gwiaździstych niebiosach, w przelewającym się wiecznie tańcu
rytmicznym stworzonego świata.
Pierwszemu najazdowi na Indje dokładnie odpowiada najazd
osadników europejskich na Amerykę. Oni takie natknęli się na lasy
dziewicze i na zaciętą walkę z tubylcami. Ale ta walka człowieka
przeciw człowiekowi i człowieka przeciw przyrodzie została
przeprowadzoną aż do końca; nie doszło nigdy do układów. W Indjach
lasy, które były mieszkaniem barbarzyńców, stały się świętym
przybytkiem mędrców; ale w Ameryce te wielkie żywe świątynie
przyrody nie nabrały głębszego znaczenia w oczach ludzkich.
Przyniosły one człowiekowi dobrobyt i potęgę, czasami nawet, być
może, budziły w nim radosne odczucie piękna i natchnęły jakiego
samotnego poetę. Nigdy nie nabrały w sercach ludzkich wagi świętych
skojarzeń, jako siedziba jakiegoś wielkiego duchowego pojednania,
gdzie dusza człowieka spotyka się z duszą świata.
Nie pragnę ani na chwilę budzić wrażenia, że powinno było
być inaczej. Byłoby skrajnem marnowaniem sposobności, gdyby
historja miała powtarzać się dokładnie w ten sam sposób na każdem
miejscu. Dla obcowania duchowego najlepiej jest, ażeby ludy żyjące
w odmiennych warunkach, słały na targ ludzkości swoje odmienne
wytwory, z których każdy uzupełnia inne i jest im niezbędny. Pragnę
jedynie powiedzieć, że Indje natknęły się u progu swego rozwoju na
szczególny splot okoliczności, który nie przeszedł nad niemi bez
śladu. Zgodnie ze sposobnościami, jakie im się nastręczyły, Indje
dumały i ważyły, cierpiały i dążyły, nurzały się w głębiach bytu i
dokonały czegoś, co niewątpliwie nie może być pozbawionem wartości
dla ludu, którego rozwój dziejowy poszedł najzupełniej odmienną
drogą. Ażeby się rozwinąć doskonale, wymaga człowiek wszystkich
żywych pierwiastków, które stanowią jego złożone życie; dlatego to
pokarm ludzki winien być hodowanym na różnych polach i znoszonym z
różnych źródeł.
Cywilizacja jest rodzajem formy, której odlewem zajął się
każdy naród dla siebie, ażeby nadać członkom swoim, mężczyznom i
kobietom, kształt odpowiadający ideałowi, jaki uważa za najlepszy.
Wszystkie urządzenia narodowe, prawodawstwo, norma uznania i
potępienia, zasady wpajane świadomie i nieświadomie, wszystko
zmierza ku powyższemu celowi. Nowożytna cywilizacja zachodnia, z
całą swoją organizacją wysiłków, stara się wydać ludzi doskonałych
pod względem sprawności fizycznej, umysłowej i moralnej. Rozległe
zapasy energji każdego narodu obraca ona na to, ażeby rozszerzyć
władzę człowieka poza jego najbliższe otoczenie; kombinuje i wytęża
wszelki rodzaj zdolności, ażeby posiąść i zużytkować wszystko, co
tylko może wpaść w ręce, ażeby pokonać każdą zaporę w zdobywczym
pochodzie. Ludzie wciąż się sposobią na zwalczanie przyrody i
drugich ras; zbrojenia ich olbrzymieją dzień w dzień na podziw; ich
maszyny, zastosowania, organizacja pracy, przybierają w stopniu
zdumiewającym. Są to wyniki świetne, bez wątpienia, i stanowią
zadziwiający przejaw mistrzostwa ludzkiego, które nie zna
przeszkód, a za cel wytknęło sobie zwierzchność człowieka nad
wszystkiem innem.
Starożytna cywilizacja indyjska miała własny ideał
doskonałości i ku niemu skierowała swoje wysiłki. Celem jej nie
było posięście potęgi, więc też zaniedbała ona pielęgnowania swych
zdolności aż do ostatnich granic i organizowania ludzi dla obrony i
najazdów, dla współpracy nad zdobywaniem dobrobytu i dla
osiągnięcia przewagi wojskowej i państwowej. Ideał, który Indje
starały się urzeczywistnić, powiódł ich najlepszych synów ku
samotności żywota zamyśleńczego, a skarby jakie zdobyły dla rodzaju
ludzkiego, przenikając w głąb tajników rzeczywistości, okupione
zostały drogo w dziedzinie powodzenia światowego. A przecież i to
były wyniki szczytne - był to najwyższy przejaw tej tęsknoty
ludzkiej, która nie zna granic, a cel wytyka sobie nie mniejszy,
jak urzeczywistnienie Nieskończoności.
Miały Indje mężów cnotliwych, mądrych, dzielnych; miały
polityków, królów i cesarzy; ale na kogo, wśród tych warstw
wszystkich, podniosły one wzrok szukający przedstawicieli
ludzkości?
Na riszich. Cóż to byli za jedni? Ci, którzy osiągnąwszy
najwyższą duszę w poznaniu, pełni byli mądrości, a znalazłszy ją w
jedności z duszą (swoją), byli w najdoskonalszej zgodzie z wnętrzną
jaźnią; uprzytomniwszy ją sobie w sercu, byli oni wolni od
wszelkich samolubnych pożądań, a doświadczywszy jej we wszelkiej
czynności świata, zdobyli spokój. Riszi byli ci, którzy osiągnąwszy
najwyższego Boga zewszechstron, posiedli trwały pokój, zjednoczyli
się ze wszystkie m, weszli wżycie Wszechświata.
Tym sposobem stan uprzytomnienia sobie naszego
pokrewieństwa ze wszystkiem, stan wniknięcia we wszystko skutkiem
zjednoczenia z Bogiem, uważany był w Indjach za ostateczny cel i
wypełnienie się ludzkości.
Człowiek może niszczyć i grabić, nabywać i gromadzić,
czynić wynalazki i odkrycia, ale wielkim jest przez to, że dusza
jego obejmuje wszystko. Równa się dlań okrutnej zagubię, jeżeli
duszę swoją otoczy martwą skorupą chropawych nawyków i jeżeli
dokoła niego wiruje ślepy szał czynów, niby burza skłębionej
kurzawy, przesłaniając widnokrąg. Zaiste, szał ten zabija samego
ducha jestestwa ludzkiego, którym jest duch zdolności objęcia. W
istocie rzeczy człowiek nie jest niewolnikiem ani siebie samego ani
świata; ale jest miłośnikiem. Wolność jego i wypełnienie są w
miłości, która znaczy to samo co doskonała zdolność objęcia. Przez
tę potęgę objęcia, tę wnikliwość jestestwa swego, człowiek jednoczy
się z wszechprzenikającym Duchem, który jest tchnieniem także jego
duszy. Kiedy człowiek stara się wybić na czoło, popychając i
potrącając wszystkich innych, kiedy stara się dopiąć odznaczeń,
napawających go dumą, że jest czemś więcej
niż ktokolwiek drugi, wtedy staje się obcym owemu Duchowi.
Dlatego to Upaniszady powiadają o tych, którzy osiągnęli cel życia
ludzkiego, że są "spokojni" i "za-jedno-z-Bogiem", rozumiejąc, że
znajdują się oni w doskonałej harmonji z człowiekiem i przyrodą, a
przeto w niezmąconej jedności z Bogiem.
Błysk tej samej prawdy znajdujemy w słowach Jezusa, kiedy
uczy: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż
bogaczowi wejść do królestwa niebieskiego - to znaczy, że wszelkie
skarby jakie zbieramy dla siebie samych, dzielą nas od drugich;
nabytki nasze ograniczają nas. Kto się oddał gromadzeniu bogactw,
ten nie zdoła, z osobowością co go wciąż rozpiera, przecisnąć się
przez bramę zdolności objęcia świata duchowego, to jest, świata
doskonałej harmonji; zamknięty jest w ciasnych murach swych
ograniczonych nabytków.
Dlatego duch nauki Upaniszadów jest: Aby go znaleźć,
winieneś zawrzeć w uścisku wszystko. W pogoni za dobrobytem, w
rzeczywistości wyrzekamy się wszystkiego, ażeby zdobyć niewiele;
nie tędy droga ku posięściu tego, który jest zupełnością.
Niektórzy nowsi filozofowie europejscy, którzy pośrednio
czy bezpośrednio zaciągnęli dług u Upaniszadów, nietylko że zgoła
zeń sobie sprawy nie zdają, ale jeszcze utrzymują, że Brahman
indyjskie, to czysta abstrakcja, zaprzeczenie wszystkiego, co jest
na świecie. Jednem słowem, że Nieskończonej Istoty znaleźć nie
można nigdzie, wyjąwszy w metafizyce. Być może, iż nauka taka miała
i wciąż ma posłuch u jakiego odłamu naszych ziomków. Ale bez
wątpienia nie jest ona w zgodzie z ogólnym duchem umysłowości
indyjskiej. Przeciwnie, natchnienie swoje czerpała ona stale z
praktyki uprzytomniania sobie i stwierdzania obecności
nieskończonego pierwiastka we wszystkich rzeczach.
Każe się nam widzieć wszystko, cokolwiek jest na świecie,
ogarniętem przez Boga.
Wciąż a wciąż oddaje pokłon Bogu, który jest w ogniu i w
wodzie, który przenika cały świat, który jest w jednoletniem zbożu
zarówno jak w długowiecznych drzewach.
Czy to może być Bóg oderwany od świata ? Przeciwnie, to
znaczy nietylko, że go się widzi we wszystkich rzeczach, ale że mu
się cześć oddaje we wszystkich przedmiotach na świecie. Postawa
człowieka upaniszadowego, przejętego świadomością Boga,
jednoznaczna jest z głębokiem uczuciem uwielbienia. Przedmiot jego
czci jest obecny wszędzie. Jest to jedna żywa prawda, która czyni
prawdziwą wszelką rzeczywistość. Prawda tkwiąca nietylko w
poznaniu, ale w nabożnem oddaniu się ,Nam?nama?' - oddajemy mu
pokłon wszędzie, wciąż a wciąż. Poznać tę prawdę w wybuchu, z jakim
się riszi zwraca do całego świata w nagłym zachwycie radości:
Słuchajcie mnie synowie nieśmiertelnego ducha, wy którzy żyjecie w
przybytku niebieskim, poznałem Najwyższą Osobę, której jasność
wystrzela z poza ciemności. Czyż nie znajdujemy przemożnej rozkoszy
bezpośredniego i dodatniego doznania, gdzie niema najmniejszego
śladu mglistości ani bierności?
Buddha, który rozwinął praktyczną stroną nauki
Upaniszadów, miał na ustach to samo posłanie, kiedy kazał: Do
wszystkiego, czy się ono znajduje w górze czy w dole, czy jest
daleko czy blisko, odnosić się będziesz z nieograniczoną miłością,
bez żadnych wrogich uprzedzeń ani bez chęci zabicia. Żyć w takiej
świadomości zawsze, czy to stoisz czy idziesz, czy siedzisz, czy
się kładziesz przed zaśnięciem, jest Brahmavih?ra, czyli, innemi
słowy, znaczy żyć i poruszać się i znajdować radość w duchu Brahmy.
Czem jest ten duch? Powiada Upaniszad: Jestestwo, które w
głębi treści swojej jest światłem i życiem wszystkiego, które jest
świadome świata - oto Brahman. Czuć wszystko, być świadomym
wszystkiego - oto duch jego. Jesteśmy pogrążeni duszą i ciałem w
świadomości jego. Mocą jego to świadomości słońce przyciąga ziemię,
mocą jego świadomości fale świetlne przenoszą się z planety na
planetę.
I nie tylko w przestrzeni - to światło i życie, to
wszechczujące jestestwo jest w duszach naszych. Jest ono
wszechświadome w przestrzeni, czyli w świecie zewnętrznej
rozciągłości; i wszechświadome jest w duszy, czyli w świecie
wewnętrznego skupienia.
Tym sposobem, ażeby zbudzić w sobie świadomość świata,
trzeba nam zjednoczyć uczucie nasze z tem wszechprzenikliwem,
nieskończonem uczuciem. W istocie, jedynie prawdziwy postęp
ludzkości jednoznaczny jest z tem rozszerzeniem zakresu uczucia.
Cała nasza poezja, filozofja, nauka, sztuka i religja służą ku
temu, ażeby rozciągnąć zasięg naszej świadomości na wyższe i
szersze dziedziny. Człowiek nie nabywa nowych praw przez zajęcie
większej przestrzeni ani przez działalność zewnętrzną, lecz prawa
jego sięgają tylko potąd, pokąd on sam jest rzeczywistym,
rzeczywistość zaś człowieka mierzy się zasięgiem jego świadomości.
Jednakowoż, to zdobycie swobody świadomości winniśmy
opłacić. A ceną jest: oddać siebie samego. Dusza nasza może się
prawdziwie urzeczywistnić tylko wyrzekając się sama siebie. Powiada
Upaniszad: Będziesz zyskiwał - oddając. Nie będziesz pożądał.
Git? poleca nam działać bezinteresownie, wyzbywszy się
wszelkiego pożądania wyników. Postronni wnioskują nieraz z tej
zasady, że u podstaw tak zwanej bezinteresowności, głoszonej w
Indjach, leży pojęcie świata jako czegoś nierzeczywistego. Ale
rzecz ma się wprost przeciwnie.
Człowiek, który za cel ma wyniesienie siebie samego,
lekceważy wszystko inne. W porównaniu z jego ja, reszta świata jest
nierzeczywistą. Dlatego, ażeby być w pełni świadomym rzeczywistości
wszystkiego, trzeba się samemu zwolnić z więzów osobistych pożądań.
Przez tę szkołę winniśmy przejść, aby się przygotować do pełnienia
naszych obowiązków społecznych - do podzielenia się z bliźnimi
naszymi ich brzemieniem. Wszelki wysiłek podjęty dla rozszerzenia
zakresu życia, wymaga od człowieka, ażeby "zyskiwał - oddając, i
ażeby nie pożądał". I ludzkość zdąża ku temu właśnie stopniowemu
rozszerzaniu świadomości jedności swojej ze wszystkiem.
Nieskończoność nie była w Indjach czczą fraszką,
pozbawioną wszelkiej treści. Riszi indyjscy głosili z całym
naciskiem: ,Poznać go w tem życiu, jest być prawdziwym; nie znać go
wtem życiu, jest pustką śmierci'. Jakże go więc poznać?
,Uprzytomniając go sobie razem i z osobna we wszystkiem'. Nietylko
w przyrodzie, ale w rodzinie, w społeczeństwie i w państwie, im
bardziej uprzytomnimy sobie Świadomy-pierwiastek świata we
wszystkiem, tem lepiej dla nas. Nie zdołając go sobie uprzytomnić,
zwracamy się twarzą ku zgubie.
Przepełnia mnie wielka radość i przyszłość ludzkości budzi
we mnie najwyższe nadzieje, kiedy pomyślę, że ongiś w zamierzchłej
przeszłości był czas, kiedy nasi wieszcze stali w powodzi blasków
słonecznych nieba indyjskiego i witali świat w radosnem
przeświadczeniu swego z nim pokrewieństwa. Nie było w tem majaczeń
antropomorficznych. Nie znaczyło to upatrywać wszędzie obraz
człowieka, odbity z dziwaczną przesadą, i widzieć dramat boski,
wystawiony w olbrzymich rozmiarach na arenie przyrody, w gonitwie
przelotnych świateł i cieni. Przeciwnie, znaczyło to wykraczać poza
ciasne szranki indywidualności, ażeby się stać więcej niż
człowiekiem, ażeby zlać się w jedno z Wszystkiem. Nie było w tem
prostej gry wyobraźni, lecz wyzwolenie się świadomości ze
wszystkich ułud i przesad jaźni osobowej. Ci prorocy (seers)
starożytności czuli w pogodnej głębi swych umysłów, że ta sama
siła, która tętni i przelewa się w nieskończone formy świata,
przejawia się w naszem wnętrzu jako świadomość; i niemasz przerwy w
jedności. Prorocy ci nie dopuszczali żadnej luki w swej świetlanej
wizji doskonałości. Nie uznali nigdy, ażeby nawet śmierć tworzyła
wyrwę w polu rzeczywistości. Powiadali: Odblaskiem jego jest śmierć
zarówno jak nieśmiertelność. Nie zgadzali się, ażeby istniało
jakiekolwiek istotne przeciwieństwo między życiem a śmiercią i
twierdzili z bezwzględnem przekonaniem: ,Życie właśnie jest
śmiercią'. Witali z jednaką pogodą radosnego nastroju ,życie w
postaci zjawienia się i w postaci odejścia' - "To co minęło, ukrywa
się w życiu, i to co ma nadejść". Wiedzieli, że proste zjawianie
się i znikanie są na powierzchni, jak fala na morzu, ale samo
życie, będąc wiecznotrwałem, nie wie co to zanik ani co ubytek. Wszystko wykwitło z nieśmiertelnego życia i tętni życiem,
bo życie jest niezmierzone. Ten ideał najwyższej swobody świadomości - oto szlachetne
dziedzictwo naszych pradziadów, czekające aż zgłosimy do niego
roszczenia. Nie jest ono czysto umysłowe ani uczuciowe, ma podstawę
etyczną i domaga się przekładu na język czynu. Powiada Upaniszad:
Najwyższe jestestwo jest wszechprzenikliwe, a przeto jest
przyrodzonem wszystkiemu dobrem. Być prawdziwie zjednoczonym w
poznaniu, miłości i służbie, ze wszystkiem co istnieje, i tym
sposobem urzeczywistnić siebie samego we wszechprzenikającym Bogu,
stanowi najgłębszą treść dobroci i taką jest przewodnia nuta
Upaniszadów: Życie jest niezmierzone!