Prolog
19 maja 2020 roku, godzina 18.31.
SMS od Michaela. A przecież nie odzywa się do mnie zbyt często.
Co słychać, stary? Słyszałem, że jesteś na mnie zły. Chciałbym o tym pogadać, jeśli znajdziesz czas.
Tego wieczoru mam już sporo planów, a wiem, że rozmowa chwilę potrwa.
Odpisuję po półtorej godziny:
Pogadajmy jutro.
Michael miał rację. Rzeczywiście byłem na niego zły. Chodziło o Ostatni taniec, dziesięcioodcinkowy serial dokumentalny ESPN poświęcony ostatniemu sezonowi mistrzowskiemu Chicago Bulls (1997/98), który miliony widzów obejrzały w pierwszych tygodniach pandemii.
W telewizji nie było wtedy sportu na żywo, a Ostatni taniec przez pięć kolejnych niedziel, począwszy od połowy kwietnia, dostarczał bardzo potrzebnej rozrywki w nowej pandemicznej rzeczywistości, w której tak nagle się znaleźliśmy. Bo wtedy w wiadomościach pojawiały się jedynie kolejne informacje o ogniskach wirusa, hospitalizacjach i ofiarach śmiertelnych.
Dwa ostatnie odcinki zostały wyemitowane 17 maja. I tak jak osiem poprzednich, gloryfikowały one Michaela Jordana, nie oddając wystarczających zasług mnie i moim dumnym kolegom z drużyny. I w dużej mierze jest temu winien Michael. Producenci oddali mu kontrolę redakcyjną nad ostatecznym produktem. Ten dokument nie mógł wyglądać inaczej. To Michael był jego głównym aktorem i zarazem reżyserem.
Spodziewałem się znacznie więcej. Kiedy ponad rok wcześniej po raz pierwszy o tym projekcie usłyszałem, nie mogłem się go doczekać, bo wiedziałem, że serial będzie pokazywał wyjątkowe, niepublikowane wcześniej materiały.
Lata spędzone przeze mnie w Chicago, począwszy od debiutu jesienią 1987 roku, były najlepszym okresem w całej mojej udanej karierze: 12 facetów, którzy stanowią jedność i spełniają swoje marzenia z dzieciństwa, kiedy do szczęścia potrzebowali tylko piłki, kosza i odrobiny wyobraźni. Być członkiem Chicago Bulls w latach 90. oznaczało być częścią czegoś magicznego. I dla nas, i dla całego świata.
Tyle że Michael był zdeterminowany, żeby udowodnić dzisiejszemu pokoleniu kibiców, że w tamtych czasach był prawdziwą potęgą - i że wciąż jest większy od LeBrona Jamesa, zawodnika, który zdaniem wielu mu dorównał, a może nawet go prześcignął. Michael opowiedział więc swoją historię, a nie historię "Ostatniego tańca", jak nazwał kampanię 1997/98 nasz trener Phil Jackson, kiedy dla wszystkich stało się jasne, że Jerry i Jerry (właściciel Jerry Reinsdorf i menedżer generalny Jerry Krause) zamierzają rozbić naszą paczkę niezależnie od tego, co się wydarzy w sezonie.
Jesienią 1997 roku Krause powiedział Philowi: "Możecie wygrać wszystkie 82 mecze sezonu zasadniczego i nie będzie to miało znaczenia. To twój ostatni sezon w roli trenera Chicago Bulls".
ESPN wysłało mi linki do pierwszych ośmiu odcinków z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. I kiedy oglądałem ten dokument w domu w Kalifornii Południowej, razem z trójką swoich nastoletnich synów, nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem.
Wśród scen z pierwszego odcinka:
Michael, student pierwszego roku na uniwersytecie North Carolina, trafia zwycięski rzut z wyskoku w meczu z Georgetown Hoyas o mistrzostwo NCAA w 1982 roku; Michael, wybrany z trzecim numerem w drafcie w 1984 roku, zaraz za Hakeemem Olajuwonem (Houston) i Samem Bowiem (Portland), opowiada o swoich nadziejach na odwrócenie losów drużyny; Michael prowadzi Bulls do odrobienia strat i zwycięstwa nad Milwaukee Bucks już w trzecim meczu w karierze.
I tak dalej, i tak dalej - światła reflektorów zawsze skierowane na zawodnika z numerem 23.
Nawet w drugim odcinku, który przez chwilę koncentruje się na moim trudnym dzieciństwie i nieprawdopodobnej drodze do NBA, narracja w pewnym momencie powraca do MJ-a i jego determinacji, żeby wygrywać. Byłem tylko rekwizytem. "Najlepszym kolegą z drużyny, jakiego miał w życiu" - tak o mnie mówił. Trudno sobie wyobrazić bardziej protekcjonalny ton.
Ale po chwili namysłu przestałem być specjalnie zdziwiony. Przecież spędziłem w towarzystwie tego gościa mnóstwo czasu, znałem go i wiedziałem, co go nakręca. I musiałem być bardzo naiwny, skoro oczekiwałem po tym serialu czegoś innego.
Każdy odcinek był taki sam: Michael na piedestale, jego koledzy z drużyny na drugim planie, jakby mniej ważni, komunikat niczym się nie różnił od tego z dawnych lat, kiedy nazywał nas wszystkich "obsadą drugoplanową". Przez kolejne sezony po wygranych meczach dostawaliśmy niewiele wyrazów uznania albo nie dostawaliśmy ich wcale. Za to po porażkach to my zgarnialiśmy większość cięgów. Michael mógł trafić 6 z 24 rzutów, zaliczyć do tego 5 strat, ale w oczach uwielbiających go dziennikarzy i opinii publicznej i tak był Bezbłędnym Jordanem.
Od mojego ostatniego meczu minęło 17 lat, mam grubo ponad 50 i znowu muszę patrzeć, jak jesteśmy poniżani. A już tamten pierwszy raz, kiedy to przeżywałem, był wystarczająco upokarzający.
W kolejnych tygodniach rozmawiałem z kilkoma dawnymi kolegami z drużyny, którzy czuli się tak samo zlekceważeni jak ja. Jakim prawem Michael traktuje nas w taki sposób, po tym wszystkim, co zrobiliśmy dla niego i jego jakże cennej marki? Michael Jordan nigdy nie byłby Michaelem Jordanem beze mnie, bez Horace'a Granta, bez Toniego Kukoča, bez Johna Paxsona, bez Steve'a Kerra, bez Dennisa Rodmana, bez Billa Cartwrighta, bez Rona Harpera, bez B.J. Armstronga, bez Luca Longleya, bez Willa Perdue i bez Billa Wenningtona. Przepraszam wszystkich, których nie wymieniłem.
Nie sugeruję, że Michael nie byłby supergwiazdą, gdyby wylądował gdzie indziej. Wszyscy wiemy, jaki był niesamowity. Ale chcę powiedzieć, że zależał od sukcesu, który odnieśliśmy jako drużyna - zdobyliśmy sześć tytułów mistrzowskich w ciągu ośmiu lat - i że właśnie to dało mu na całym świecie sławę nieporównywalną z żadnym innym sportowcem, może z wyjątkiem Muhammada Alego.
Jeszcze gorsze było to, że za udział w dokumencie Michael dostał 10 milionów dolarów, podczas gdy moi koledzy z drużyny i ja nie dostaliśmy ani centa. Tym samym po raz kolejny przypomnieliśmy sobie kolejność dziobania z dawnych czasów. Przez cały sezon pozwalaliśmy kamerom naruszać świętość naszych szatni, naszych treningów, naszych hoteli, naszych narad... Całego naszego koszykarskiego życia.
Michael nie był jedynym kolegą z przeszłości, który odezwał się do mnie w tamtym tygodniu. Dwa dni później dostałem wiadomość od Johna Paxsona, rozgrywającego z naszych dwóch pierwszych mistrzowskich kampanii, który potem został menedżerem generalnym Bulls i wiceprezydentem klubu odpowiedzialnym za operacje koszykarskie. Odzywał się do mnie jeszcze rzadziej niż Michael.
Hej Pip... tu Pax.
Twój numer dał mi Michael Reinsdorf (syn Jerry'ego, obecny zarządzający klubem). Chciałem, żebyś wiedział, że zawsze bardzo Cię szanowałem jako kolegę z drużyny. Można opowiadać różne zjebane historie, ale ja polegam tylko na własnym doświadczeniu. Obserwowałem, jak się rozwijasz, jak zmieniasz się z debiutanta... w prawdziwego zawodowca. Nie pozwól innym, w tym dziennikarzom, się zaszufladkować. Jesteś człowiekiem sukcesu i zawsze uważałem, że mam szczęście, że mogłem grać z Tobą w jednej drużynie.
Czy to, że w odstępie dwóch dni dostałem SMS-y od Michaela i od Paxsona, było dziełem przypadku? Nie sądzę.
Obaj wiedzieli, jak bardzo byłem zły na ten dokument. Odezwali się, żeby mieć pewność, że nie będę robił żadnych problemów - ani Bykom, które wciąż płaciły Paxsonowi za to, że im doradzał, ani dziedzictwu Michaela, który zawsze się o nie bardzo martwił.
Przez te wszystkie lata nie dogadywaliśmy się specjalnie dobrze z Paxsonem. Latem 2003 roku odrzuciłem propozycję Memphis Grizzlies i podpisałem dwuletnią umowę z Bulls, gdzie miałem być mentorem dla młodych koszykarzy, takich jak Eddy Curry, Tyson Chandler, Jamal Crawford i Kirk Hinrich. Miałem blisko współpracować z trenerem Billem Cartwrightem. Grałem z nim w jednej drużynie w latach 1988-1994. Nazywaliśmy go Teach (Nauczyciel). Niewiele mówił. Ale kiedy już coś mówił, to sprawiał, że zaczynałeś myśleć.
"Pip, chcę, żebyś pomógł Billowi - powiedział wtedy Paxson. - Żebyś był kimś w rodzaju drugiego trenera, grającego trenera".
Dlaczego nie? Nowe wyzwanie było dokładnie tym, czego wtedy potrzebowałem. Miałem 38 lat, moja kariera dobiegała końca. Wydawało mi się, że mam wiele do zaoferowania - zarówno na boisku, jak i poza nim - i byłem pewien, że moje doświadczenie utoruje mi drogę do tego, żeby samemu też zostać kiedyś trenerem, kto wie - może właśnie w Bulls.
Ale wszystko ułożyło się inaczej. Bill został zwolniony po 14 meczach i zastąpił go Scott Skiles.
Przed zakończeniem kariery w październiku 2004 roku rozegrałem tylko 23 mecze. Po 17 latach gry w NBA moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Zwłaszcza że jeśli dodamy do tego 208 meczów play-offów, to można uznać, że było to raczej 19,5 roku gry. Paxson uważał, że zawiodłem jego i klub. To być może tłumaczy, dlaczego po zakończeniu mojej kariery nie pytał mnie o zdanie w kwestiach personalnych, choć przecież wiedział, jak bardzo pragnąłem mieć jakiś wpływ na przyszłość drużyny.
W 2010 roku, kiedy w końcu zostałem zatrudniony przez Bulls, nie różniłem się specjalnie od maskotki klubu. Co roku byłem kilkakrotnie wykorzystywany do wystąpień publicznych. Podpisywałem autografy, spotykałem się z właścicielami karnetów... Zatrudnili mnie głównie w jednym celu - miałem przypominać kibicom o dawnych czasach wielkiej chwały.
W końcu, na początku 2014 roku, wyglądało na to, że będę odgrywał bardziej znaczącą rolę. Bulls wysłali mnie na kilkanaście meczów uniwersyteckich jako skauta. Pojechałem między innymi do hali Cameron Indoor Stadium w Durham w Karolinie Północnej, żeby zobaczyć mecz rozstawionej z numerem piątym uczelni Duke z rozstawionymi z jedynką koszykarzami Syracuse. Oglądałem wiele meczów Duke w telewizji. To było niesamowite przeżycie - studenci, z twarzami pomalowanymi na niebiesko, kibicujący przez cały mecz na stojąco, wiwatujący na cześć swoich ukochanych Blue Devils i próbujący zbić z tropu biednych rywali.
Prowadzona przez pierwszoroczniaka, Jabariego Parkera, drużyna Duke pokonała Syracuse 66:50.
Nie mogłem uwierzyć w to, jak było głośno. Głośniej niż w hali Chicago Stadium, w której graliśmy przez tyle lat. Byłem podekscytowany tym, że mogę być zaangażowany w operacje koszykarskie. I tym, że Bulls będą korzystać z mojego doświadczenia, zamiast tylko wykorzystywać moje nazwisko.
Po spisaniu raportów wywiadowczych czekałem na wiadomość od Paxsona albo innego działacza Bulls. Jakie będzie moje następne zadanie?
Nie odezwali się ani słowem.
Nie zaprosili mnie ani na żadne spotkanie, ani na testy z perspektywicznymi zawodnikami, których planowali zatrudnić przed draftem w 2014 roku. Zaczęło do mnie docierać, że od samego początku tylko się mną bawili.
22 maja, dzień po wiadomości od Paxsona, rozmawialiśmy przez kilka minut przez telefon. Od razu przeszedł do rzeczy:
"Pip, bardzo żałuję, że kiedy wróciłeś do Chicago, potoczyło się to w taki sposób. Ta organizacja zawsze źle cię traktowała i chcę, żebyś wiedział, że moim zdaniem to nie w porządku".
Ucieszyłem się, że Paxson przyznał się do czegoś, o czym zawsze wiedziałem. Ale to nie oznaczało, że zamierzam mu wybaczyć. O ile na to właśnie miał nadzieję. Było już za późno.
"John - powiedziałem - to wszystko fajnie i super, ale przecież pracowałeś w dyrekcji Bulls przez prawie 20 lat. Miałeś szansę to zmienić i nic z tym nie zrobiłeś".
Zaczął płakać. Nie wiedziałem, jak mam zareagować, chciałem tylko, żeby przestał. Dlaczego płakał? Nie byłem pewien i mówiąc szczerze - miałem to gdzieś.
Na szczęście niedługo potem nasza rozmowa dobiegła końca.
***
W dokumencie ESPN jest dużo rzeczy, które nie powinny tam się znaleźć. I dużo rzeczy, które powinny tam być, ale ich zabrakło.
Najważniejsze jest dla mnie to, że ten serial nie traktuje mojej kariery, która zapewniła mi miejsce w Galerii Sław, w taki sposób, na jaki zasługuję.
A skoro jego powstanie nadzorował ktoś, kto był moim kolegą z drużyny i - podobno - moim przyjacielem, to nic tego nie usprawiedliwia. To prawie tak, jakby Michael uznał, że musi mnie upokorzyć, żeby zwiększyć swoje rzekome zasługi. A biorąc pod uwagę wszystko to, co osiągnął - w koszykówce i poza nią - wydawałoby się, że powinien czuć się pewniej.
Najwyraźniej tak nie jest.
Na początek weźmy na warsztat to, co zdarzyło się w szóstym meczu finałów NBA w 1992 roku, przeciwko Clyde'owi Drexlerowi i jego Portland Trail Blazers. Prowadziliśmy 3-2, próbowaliśmy ich dobić i zdobyć drugi tytuł mistrzowski z rzędu, pierwszy we własnej hali, przed naszymi ukochanymi kibicami, którzy przez wiele dziesięcioleci czekali na tę chwilę.
Ale nic nie szło zgodnie z planem.
Przed rozpoczęciem czwartej kwarty Blazers prowadzili różnicą 15 punktów. Ich niski skrzydłowy Jerome Kersey i rozgrywający Terry Porter grali wyjątkowo dobrze.
A Michael starał się zrobić zbyt wiele i to się obracało przeciwko nam.
"Musisz go zdjąć - błagał Phila jeden z asystentów, Tex Winter. - Zbyt długo przetrzymuje piłkę i psuje nasze akcje".
Nikt nie rozumiał koszykówki lepiej od Texa. Doświadczony szkoleniowiec nie bał się nikogo krytykować, nawet Michaela, jeśli ten łamał zasady ofensywy trójkątów, którą Winter wymyślił i spopularyzował w latach 60. na uczelni Kansas State. Trójkąty, które kładły największy nacisk na przekazywanie sobie piłki i przemieszczanie się zawodników po boisku, były dla Texa wszystkim i okazały się kluczowe dla naszych sukcesów.
Wydawało się, że mecz numer 7 jest nieuchronny. A w siódmym meczu może się zdarzyć wszystko. Kontuzja. Zła decyzja sędziów. Jakiś szczęśliwy rzut. Cokolwiek.
Phil rozpoczął czwartą kwartę, wystawiając na boisko drugi skład i mnie - Michael został na ławce - i odwróciliśmy losy meczu. Bobby Hansen, obrońca, którego na początku sezonu pozyskaliśmy z Sacramento Kings, trafił ważną trójkę, rozpoczynając naszą serię 14:2. Pozostali rezerwowi, tacy jak Stacey King i Scott Williams, zaliczali jedną kluczową akcję za drugą, po obu stronach boiska. Kibice szaleli.
Kiedy Michael wrócił na parkiet na 8,5 minuty przed końcem, Blazers prowadzili już tylko 81:78. Phil przetrzymał go na ławce o kilka minut dłużej niż zwykle.
Blazers byli skończeni. Końcowy wynik: 97:93 dla nas.
Nie potrafię sobie wyobrazić lepszej ilustracji tego, o co chodzi w koszykówce: o drużynę, a nie osiągnięcia indywidualne. Tyle że w filmie nie było ani słowa o naszym comebacku, tak jakby w ogóle nie miał miejsca. Jedyny materiał z szóstego meczu pokazywał upływające końcowe sekundy.
Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista.
Bo gdyby Michael pokazał, jak jego "aktorzy drugoplanowi" robią różnicę w tak ważnym meczu, nie wzmacniałoby to jego dziedzictwa. A Bulls pewnie przegraliby tamten mecz, gdyby Phil wstawił Michaela wcześniej w czwartej kwarcie. Tex miał rację. Michael nie podawał wtedy piłki.
Fragmenty finałów w 1992 roku koncentrowały się na tym, jak bardzo zdeterminowany był Michael, żeby udowodnić Clyde'owi - który zajął wtedy drugie miejsce w głosowaniu na MVP - że go przewyższa. Był to powtarzający się motyw w tym dokumencie: Michael znajdujący sobie czarny charakter - czy to prawdziwy, czy zmyślony - żeby się zmotywować. Zastanawiałem się zawsze nad tym, czy główny cel, zdobycie mistrzostwa, nie stanowi dla niego wystarczającej motywacji.
Kolejne rażące przeoczenie dotyczyło wydarzenia z niedzieli, 1 czerwca 1997 roku, w pierwszym meczu finałów przeciwko Utah Jazz. Na 9,2 sekundy przed końcem spotkania, przy remisie 82:82, największa gwiazda Jazz, silny skrzydłowy Karl Malone, znany również jako Listonosz, miał rzucać dwa wolne.
Kiedy stał na linii, powiedziałem do niego: "Listonosz nie dowozi w niedzielę".
Karl, który trafiał wolne ze skutecznością 76 procent, zepsuł obie próby.
W kolejnej akcji Michael trafił z wyskoku równo z syreną końcową, zapewniając nam zwycięstwo. Potem pokonaliśmy Jazz 4-2 i sięgnęliśmy po piąty tytuł mistrzów NBA.
To, co powiedziałem wtedy do Karla, powinno było znaleźć się w dokumencie. Założę się, że gdyby powiedział to MJ, moglibyśmy zobaczyć tę scenę w całej okazałości, z komentarzem, że Michael Jordan był nie tylko wielkim koszykarzem, ale także mistrzem sportowego cwaniactwa.
W szóstym meczu tej samej serii odbiłem podanie z autu w końcowych sekundach, kiedy Jazz mieli szansę na wyrównanie albo objęcie prowadzenia.
Ten przechwyt znalazł się w dokumencie. Ale autorzy nie położyli nacisku na to, kto go dokonał. Skoncentrowano się na tym, jak bezinteresowny Michael podaje piłkę do Steve'a Kerra, a ten trafia rzut decydujący o zwycięstwie, tak samo jak Michael podawał do Paxsona pod koniec piątego meczu finałów przeciwko Lakers w 1991 roku, kiedy sięgnęliśmy po pierwsze mistrzostwo.
Ale w tym, co zrobił Michael, nie było niczego heroicznego. Phil i Tex od samego początku uczyli nas, że należy podawać piłkę do niekrytego kolegi.
Tymczasem kilka akcji, kiedy nie zagrałem specjalnie dobrze, zostało przeanalizowanych z większą skrupulatnością niż śledztwo dotyczące 26-sekundowego filmu Zaprudera, dokumentującego zabójstwo prezydenta Kennedy'ego.
Przykład pierwszy: ostatnie 1,8 sekundy meczu play-offów Bulls - Knicks w maju 1994 roku, kiedy odmówiłem wejścia na parkiet, bo Phil rozrysował akcję na Toniego Kukoča. Toni miał wykonać decydujący rzut, a ja - wyprowadzić piłkę z autu. Zagrałem w sumie w 1386 spotkaniach sezonu zasadniczego i play-offów. Ale właśnie o te 1,8 sekundy ludzie pytają mnie najczęściej.
"Dlaczego usiadłeś wtedy na ławce i nie wróciłeś na boisko? Nie żałujesz tego? Czy gdybyś dostał kolejną szansę, zachowałbyś się inaczej?"
To są oczywiście bardzo słuszne pytania (i odpowiem na nie potem w książce). Ale tamten incydent nie miał niczego wspólnego z sezonem znanym jako "Ostatni taniec" i nie powinien się znaleźć w dokumencie. Dlaczego więc Michael uznał, że trzeba o nim przypomnieć? Czy chociaż przez chwilę zastanawiał się nad tym, jak ten fragment wpłynie na mnie i na moje dziedzictwo? Poza tym przypominam, że w 1994 roku nie było go w naszej drużynie. Grał wtedy w baseball.
Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć, dlaczego w dokumencie znalazła się wzmianka o mojej decyzji o opóźnieniu operacji stopy do października 1997 roku. Podobnie jak to, że zażądałem transferu. Oba te wydarzenia miały miejsce podczas "Ostatniego tańca". Mimo to nie wiem, jak to możliwe, że Michael ma czelność nazywać mnie "samolubem".
Wiecie, co jest samolubne? Samolubne jest na przykład zakończenie kariery tuż przed rozpoczęciem obozu treningowego, kiedy jest już za późno, żeby klub mógł podpisać umowę z jakimś wolnym agentem. Gdy Michael postawił Bulls w takiej sytuacji w 1993 roku, Jerry Krause został zmuszony do sprowadzenia tułającego się od jednego klubu do drugiego Pete'a Myersa, który ostatnio grał w koszykówkę we Włoszech.
I nie był to jedyny przykład hipokryzji Michaela. Wskazał na Horace'a Granta, że miał rzekomo być tajnym źródłem Sama Smitha, autora bestsellerowej książki z 1991 roku, Jordan Rules, która ujawniała, co się działo w naszej drużynie za zamkniętymi drzwiami w miesiącach przed zdobyciem przez nas pierwszego tytułu. Za to w swoim dokumencie Michael wspomina o tym, że jako debiutant był któregoś dnia świadkiem tego, że jego koledzy z drużyny zażywają w hotelu kokainę i jarają trawkę.
Horace ujął to najlepiej w jednym z wywiadów radiowych w ubiegłym roku:
"Jeśli chcecie nazwać kogoś kapusiem, to właśnie on jest pieprzonym kapusiem".
Michael potrafił też być niesamowicie nietaktowny.
W jednym z odcinków wspomina, jak bardzo był zły na Dennisa Rodmana, kiedy ten wyleciał z boiska podczas kampanii 1997/98. Ja wtedy wciąż jeszcze dochodziłem do siebie po operacji stopy. Michael miał pretensje do Dennisa za to, że "ten go opuścił i pozostawił samemu sobie".
Samemu sobie? To trochę umniejsza rolę innych zawodników, którzy byli wtedy na boisku, prawda?
Mógłbym tak ciągnąć bez końca, wymieniając bardziej i mniej subtelne zniewagi, wypowiadane pod adresem moim albo moich kolegów. Ale jaki to miałoby sens? Wskaźniki oglądalności potwierdzają to, że Ameryka dziś nadal uwielbia Michaela Jordana, tak samo jak w latach 80. i 90. To się już nigdy nie zmieni, a ja mogę z tym żyć.
Mogłem kontrolować tylko to, w jaki sposób odpowiem na Ostatni taniec. Wybrałem milczenie.
Nie zamierzałem wystąpić w The Jump, codziennym programie ESPN poświęconym koszykówce, prowadzonym przez moją przyjaciółkę Rachel Nichols, w którym w ostatnich latach wielokrotnie się pojawiałem. Gdybym tam przyszedł, Rachel oczekiwałaby, że wypowiem się na temat tego, co każdej niedzieli oglądała cała Ameryka. Nie przyjąłem również dziesiątek zaproszeń od mediów, które wtedy dostawałem.
Ale też nie zamierzałem siedzieć zupełnie cicho. Po prostu nie mogłem. Byłem za bardzo zły. Kiedy emitowano kolejne odcinki, zwróciłem się do dawnych kolegów z drużyny - do Rona Harpera, Randy'ego Browna, B.J. Armstronga i Steve'a Kerra. Dziś nasza więź jest równie silna jak w czasach, kiedy razem graliśmy.
W swoim dokumencie Michael próbował usprawiedliwić sytuacje, w których potrafił zgnoić kolegę z drużyny na oczach całej grupy. Uważał, że ci chłopcy powinni nauczyć się być twardzi, żeby móc radzić sobie z najbardziej fizycznie grającymi drużynami w NBA. Byłem zażenowany, przypominając sobie, jak okropnie Michael traktował kolegów. Dokładnie tak samo czułem się wtedy.
Michael nie miał racji. Nie zdobyliśmy tych sześciu tytułów dlatego, że cisnął chłopaków. Wygrywaliśmy pomimo tego, że ich cisnął.
Wygrywaliśmy, bo prezentowaliśmy koszykówkę zespołową, co nie miało miejsca w ciągu dwóch moich pierwszych sezonów w NBA, kiedy naszym trenerem był Doug Collins. To właśnie było wyjątkowe w Bulls: poczucie braterstwa, które wspólnie wypracowaliśmy, a nie to, że mieliśmy to szczęście grać w jednej drużynie z nieśmiertelnym Michaelem Jordanem.
Byłem dużo lepszym kolegą z drużyny, niż kiedykolwiek był nim Michael. Zapytajcie kogokolwiek, kto grał razem z nami dwoma. Zawsze miałem dla nich dobre słowo, pochwałę, zwłaszcza kiedy byli załamani, bo Michael któregoś z nich z jakiegoś powodu zjechał. Pomagałem innym uwierzyć w siebie i przestać wątpić. Każdy zawodnik w pewnym momencie zaczyna w siebie wątpić. Wtedy najważniejsze jest, by nauczyć się radzić sobie z tymi wątpliwościami.
Nie jesteśmy z Michaelem blisko, nigdy nie byliśmy. Zawsze kiedy do niego dzwonię albo wysyłam SMS-a, reaguje bezzwłocznie, ale nie dzwonię, żeby zapytać, co u niego słychać. On do mnie też nie. Wiele osób może sobie myśleć, że to niemożliwe, biorąc pod uwagę to, jak gładko współpracowaliśmy ze sobą na boisku.
Ale poza boiskiem jesteśmy dwiema różnymi osobami, które zawsze żyły odmiennym życiem. Ja urodziłem się na wsi, w Hamburgu w stanie Arkansas, w którym mieszkało około 3000 osób, a on pochodzi z miasta Wilmington w Karolinie Północnej.
Kiedy ja kończyłem liceum, nikt nie próbował mnie pozyskać. Jego rekrutowali wszyscy.
Po zakończeniu sezonu, niezależnie od tego, czy świętowaliśmy to szampanem, czy nie, rzadko kiedy odzywaliśmy się do siebie przed kolejnym obozem treningowym w październiku. Michael miał swój krąg przyjaciół, a ja miałem swój. Nie ma co się o to gniewać. Nie da się wymusić intymnej relacji pomiędzy dwiema jednostkami. Taka relacja albo jest, albo jej nie ma.
Ale z upływem lat każdy z nas zaczął coraz bardziej doceniać tego drugiego, zwłaszcza kiedy już obaj na dobre zakończyliśmy kariery.
Być może sport okazał się za mały na dwa tak wielkie ego, a Michael postrzegał mnie przecież jako swojego pomocnika. Boże, jak ja nienawidziłem tego określenia, podobnie jak tego, że nazywano mnie Robinem, a jego Batmanem. Byłem kimś, kogo Michael potrzebował, żeby móc tak intensywnie podchodzić do każdego meczu i treningu. Bo byłem zawsze zorientowanym na drużynę purystą, który czuł się urażony, kiedy on próbował wygrywać mecze w pojedynkę.
***
Złapaliśmy się z Michaelem dwa dni po tym, jak wysłał do mnie SMS-a. Nie zamierzałem się powstrzymywać:
"Byłem rozczarowany twoim dokumentem. Bo nie stawia mnie w dobrym świetle. Najpierw promowałeś to jako Ostatni taniec, ale potem zmieniłeś w serial o Michaelu Jordanie. Nie wiem, co próbujesz sprzedać. Czy uważasz, że byłem świetny, czy że byłem czarnym charakterem?"
Zapytałem, dlaczego pozwolił na umieszczenie w ostatecznym montażu fragmentu z 1,8 sekundy do końca meczu z Knicks. Nie mówił zbyt wiele, poza tym, że przeprosił i przyznał, że gdyby był na moim miejscu, też byłby zły. Nie cisnąłem go dalej. Wiedziałem, że to nic nie da. Kiedy skończyliśmy rozmowę, byliśmy w tym samym miejscu co przed jej rozpoczęciem, serdeczni dla siebie, a nawet ciepli. Ale wyczuwałem też, że dzielący nas dystans w ogóle się nie zmniejszył.
Kiedy we wrześniu 1994 roku Ron Harper podpisał umowę z Bulls, zadał mi to samo pytanie, które zadawali wszyscy nowi koszykarze trafiający do Chicago.
"Jaką masz relację z Michaelem?"
"Bardzo dobre pytanie. Ale nie mam na nie dobrej odpowiedzi".
Od czasów, kiedy graliśmy z Michaelem w jednej drużynie, minęło blisko ćwierć wieku, a ja wciąż nie mam dobrej odpowiedzi. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na to, żeby brak naszej bliskości mnie martwił. Mam mnóstwo przyjaciół. Ale zdarzają się takie chwile - i oglądanie tego dokumentu z pewnością do nich należało - kiedy myślę sobie o naszej relacji i to mnie boli. Bardzo boli.
W żadnym wypadku nie chcę przez to powiedzieć, że to nie moja wina. Zignorowałem kilka okazji do nowego otwarcia, które być może zmieniłyby naszą relację. I będę musiał z tym żyć.
Kiedy byłem debiutantem w 1987 roku, dostałem w prezencie od Michaela zestaw kijów golfowych Wilsona. Zaprosił mnie do swojego sanktuarium z dala od koszykówki. Tyle że byłem wtedy zbyt naiwny, żeby to zrozumieć. To, że miałem problemy z plecami, z pewnością nie pomogło. Mój lekarz nie owijał w bawełnę:
"Jeśli chcesz grać w koszykówkę, nie możesz grać w golfa".
Inna okazja, jeśli mogę to tak nazwać, miała miejsce latem 1993 roku i za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, czuję się okropnie. Zamordowano wtedy ojca Michaela, Jamesa Jordana. Byli ze sobą nierozłączni.
Powinienem był odezwać się do Michaela, kiedy tylko się o tym dowiedziałem. A ja zwróciłem się z pytaniem do działu PR Bulls, a kiedy mi powiedzieli, że nikt z naszej organizacji się z Michaelem nie skontaktował, odpuściłem. Trzy lata wcześniej sam straciłem ojca, więc może umiałbym jakoś Michaela pocieszyć. Do dziś nie rozmawiałem z nim o jego stracie.
Ludzie mówią mi, że nie powinienem być rozczarowany Ostatnim tańcem. Że pokazuje mnie jako ujmującą postać, która nie dostała od Bulls wystarczających dowodów uznania, choć na nie zasługiwała. Że kibice, którzy byli zbyt młodzi, żeby móc nas oglądać w akcji, zobaczyli, że byłem niezbędny dla naszego sukcesu.
Sam Michael też uznał moje zasługi. "Zawsze kiedy mówią o Michaelu Jordanie - oznajmił - powinni mówić o Scottiem Pippenie".
Bardzo doceniam to, co powiedział, i cieszą mnie podobne miłe słowa, które wiosną 2020 roku otrzymałem od przyjaciół, dawnych kolegów z drużyny i kibiców. Ale mimo to kiedy oglądałem kolejne odcinki, docierało do mnie, że moja historia również musi zostać opowiedziana.
Częściowo jest to moja wina - mogłem być bardziej asertywny - a częściowo wina dziennikarzy i innych przedstawicieli opinii publicznej, którzy zawsze dawali się uwieść Michaelowi Jeffreyowi Jordanowi. Wszyscy byli tak rozkochani w jego akrobatycznych akcjach, że przegapiali wartości niematerialne, których nie widać w statystykach albo w montażach najlepszych akcji SportsCenter. Prowokowanie rywali do popełniania fauli w ataku, zastawianie się, stawianie zasłon w pick and rollach. Tę listę można ciągnąć bez końca. A ja realizowałem fundamentalne zadania koszykówki równie dobrze jak Michael, a może nawet lepiej.
Tak czy siak, w głowach wszystkich to on był supergwiazdą, a nie Scottie Pippen. Scottie Pippen nigdy nią nie był.
Było tak tylko dlatego, że Michael trafił do NBA wcześniej, trzy lata przed moim debiutem. Był już uznaną gwiazdą, więc ode mnie oczekiwano, że będę numerem 2, niezależnie od tego, jak szybko obaj będziemy się rozwijać - i w ataku, i w obronie. A prawda jest taka, że po trzech czy czterech latach byłem już dla Chicago Bulls tak samo cenny jak on i nie obchodzi mnie, ile tytułów króla strzelców zdobył. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jaka jest moja wartość, do momentu zakończenia kariery przez Michaela w 1993 roku.
W pierwszej kampanii bez niego Bulls wygrali 55 meczów i awansowali do drugiej rundy play-offów. I gdyby nie ta fatalna decyzja sędziowska w piątym meczu przeciwko New York Knicks, być może zdobylibyśmy jeszcze jedno mistrzostwo.
Zanim dołączyłem do drużyny, Michael Jordan miał w play-offach bilans 1-9. W meczach play-offów, w których on nie zagrał, zaliczyłem z Bulls bilans 6-4.
Ostatni taniec był dla Michaela szansą na opowiedzenie swojej wersji historii.
A to jest moja szansa.