Scooby-Doo! I Człowiek Śniegu. Wielkie Śledztwa Tajemniczej Spółki - Opracowanie zbiorowe

-
Proszę czekać

Centymetr po centymetrze dwaj mężczyźni wspinali się po stromym, zaśnieżonym urwisku. Byli na Mount Evereście - wierzchołku świata. Dla bezpieczeństwa obaj związali się jedną liną.

Jako pierwszy szedł wytrawny przewodnik górski imieniem Pemba.

Spojrzał w dół na drugiego wspinacza i zawołał:

- Nie możemy teraz zrezygnować, profesorze! To już bardzo blisko!

Poniżej profesor Robinson Jeffries, przywierając do niemal pionowej ściany, oddychał z trudem.

- Jasna sprawa - odpowiedział, dysząc ciężko. - Muszę tylko... złapać oddech.

W czasie gdy profesor Jeffries zbierał siły, Pemba wspiął się nieco wyżej. Dotarł do szczytu skalistej grani i to, co dostrzegł, sprawiło, że jego źrenice zaczęły się gwałtownie rozszerzać.

Na grani zobaczył wielką kamienną płytę z wyrytymi symbolami.

- A oto i jest! - krzyknął w dół do profesora. - Tak jak obiecywałem!

Profesor Jeffries poczuł nagle nowy przypływ energii. Po chwili znalazł się u boku Pemby i tak jak przewodnik patrzył z zachwytem.

- A zatem legenda okazała się prawdą! - zawołał podekscytowany. Śmiejąc się ze szczęścia, kontynuował: - Wreszcie mi się udało! W drogę, Pemba! Zaginione królestwo Shangri-La jest na wyciągnięcie ręki!

Profesor rozpoczął już wspinaczkę, ale Pemba zaparł się obiema nogami.

- Przykro mi, profesorze, ale nie wolno nam iść dalej. To jest zakazane królestwo!

Profesor Jeffries zachichotał nerwowo.

- Zakazane? Przez kogo? Poza nami dwoma nikogo tu nie ma!

- Myli się pan! Nie jesteśmy sami! - zawołał Pemba, wskazując na olbrzymie ślady na śniegu. W tym momencie wzmógł się wiatr. Płatki śniegu zawirowały wokół wspinaczy. - W ogóle nie powinno nas tu być! - ciągnął drżącym ze strachu głosem Pemba. - On już się zbliża!

Profesor Jeffries wyciągnął nóż i przeciął łączącą ich linę.

- Wobec tego idę sam - zdecydował.

Wycie wiatru się nasiliło, a śnieg padał teraz gęsto grubymi płatami. Pemba z powodu zamieci nie widział już swojego towarzysza.

- Profesorze! - wołał. - Profesorze!

Nagle zamilkł. Z tumanów oślepiającego śniegu wyłoniła się monstrualnych rozmiarów włochata postać. Potwór, rycząc przeraźliwie, powoli zbliżał się do przerażonego przewodnika. Pemba się cofał. Gdy stanął na oblodzonej krawędzi, pośliznął się i zaczął zsuwać się z wąskiej grani. Działając jak automat, sięgnął za pas po swój czekan i z całej siły wbił go w zbocze góry. Ostrze siekiery utkwiło mocno w skale. Pemba wisiał bezradnie, bojąc się spojrzeć w dół uskoku, od którego dna dzieliły go - bagatela - trzy kilometry.

Rozległ się jeszcze jeden potężny ryk. Pemba, spojrzawszy w górę, zobaczył, jak potwór praktycznie bez wysiłku wspina się po stromym stoku. Po chwili zniknął mu z oczu!

Pemba westchnął głęboko. "Widziałem go" - pomyślał zupełnie oszołomiony. - "Przerażający, mrożący krew w żyłach Człowiek Śniegu!"