Rozdział I
I
Rozłóżmy przed sobą mapę Starego Kontynentu w taki sposób, aby tam,
gdzie zwykli jesteśmy widzieć biegun północny, a zatem "u góry", znalazł
się Półwysep Pirenejski z Hiszpanią i Portugalią. Zmrużmy teraz oczy -
Europa przybierze kształt dziwnego stwora, jakie zdarza nam się oglądać
w filmach science fiction. Podpiera się potężną łapą w bucie na wysokim
obcasie, próbuje nią nawet kopnąć ogromną skalną bryłę, która znalazła
się na jego drodze. Wspaniały ogon podniósł do góry, jakby sposobił się
do ataku. Dźwignął wielki łeb, odgrodzony od tułowia pirenejską kryzą, i rozwinął niewielkie może, lecz kształtne brytyjskie skrzydło.
Niestety... Skrzydło to nie jest przytwierdzone do ciała. Między nim a grzbietem potwora znajduje się szczelina o lejkowatym kształcie - to
kanał La Manche, niby kielich rozchylający się od strony Atlantyku, a pozostawiający niewielki tylko przesmyk Cieśniny Kaletańskiej, która
wiedzie wprost do Morza Północnego. I znajdujący się tu brzeg
kontynentu, i południowe wybrzeże brytyjskie sprawiają wrażenie, jakby
kiedyś, przed milionami lat, stanowiły jeden ląd, w obliczu zaś jakiegoś
geologicznego kataklizmu rozeszły się na zawsze: skrzydło odpadło od
europejskiego tułowia, stając się zupełnie samodzielne...
W tym dziwacznym morskim lejku długości 520 km i głębokości 172 m
sztormy bywają przez cały rok. Najpierw rozpędzają się po wielkich
przestworzach Atlantyku, liczącego 106 mln km2 powierzchni. Czują się lekko i bezkarnie,
nie napotykając żadnych przeszkód, najwyżej maleńkie, pływające łupinki
statków, które dla atlantyckich wichrów nie stanowią żadnego zagrożenia.
Potem nagle uderzają w zachodnie wybrzeże Europy, prą na nie z wielką
mocą, próbują usunąć ze swej drogi Wyspy Brytyjskie, a wreszcie
wtłaczają się wściekle w gardziel Kanału. Tędy przedzierają się na Morze
Północne i dalej, w głąb kontynentu. Zimą sztorm potrafi szaleć i przez
kilka dni, wiatr zaś osiąga wtedy ogromną prędkość. Od kwietnia do
września częstotliwość sztormów maleje, spada również siła wiatru. Nie
znaczy to jednak, że żegluga w Kanale staje się łatwiejsza...
Nawet gdy pogoda jest sprzyjająca, a wiatry, wiejące tu przede wszystkim
z kierunków zachodnich, mają prędkość w granicach 8-11 m/sek., to i wówczas widzialność bywa bardzo słaba. Mgły bowiem pokazują się tu przez
cały rok. Zimą więcej jest ich we wschodniej, a latem - w zachodniej
części Kanału. Niechaj żeglarze nie myślą, że złośliwa angielska mgła,
jeśli Atlantyk przypędzi nieco więcej silnego wiatru, umknie przed nim
lub zostanie potargana na strzępy. Nic podobnego! Gęsta i lepka, otulać
będzie statek i wodę, jeśli zaś wiatr nadal chciałby ją przegnać,
torując sobie drogę ku Cieśninie Kaletańskiej, zmieni nagle swoją postać
i stanie się męczącą mżawką, nękającą przez wiele godzin, wciskającą się
we wszystkie szczeliny okrętu i odzieży, oblepiającą twarze i otulającą
cały świat.
Żeglując po tym akwenie, liczącym 80150 km2, marynarze często nie widzą nieba. Zważmy,
że najwyżej trzy lub cztery dni w miesiącu są całkowicie bezchmurne,
kiedy indziej zaś niebo zaciągnięte jest przynajmniej w połowie. Nic
więc dziwnego, że i opady występują znaczne, w szczególnych przypadkach
osiągając wartość 1014 mm (Cherbourg). Pod koniec jesieni i w zimie lać
może nawet dwadzieścia dni w miesiącu; raz jest to przejmujący, ostry
deszcz, wręcz uciążliwa ulewa, raz mżawka, kiedy indziej zaś deszczysko,
przywleczone przez sztorm. Śnieg pada tu również, lecz jest on mokry i lepki, na wybrzeżu leży bardzo krótko i wnet zmienia się w błotnistą
papkę.
Myliłby się ktoś sądząc, że wody w Kanale są spokojne. Długie i wysokie
fale wdzierają się z Atlantyku do Kanału i na jego płyciznach znacznie
zwiększają swoją wysokość. Przyczyniają się do tego również silne prądy
pływowe. Największe falowanie podczas długotrwałych zachodnich sztormów
obserwuje się w zachodniej części La Manche, mającej szerokość 180 km.
Natomiast na południe od przylądka Gris-Nez i w rejonie Wysp
Normandzkich stan akwenu jest najgorszy w przypadku sztormów
południowo-zachodnich. Zimą zwały wód przetaczających się po Kanale
osiągają wysokość do sześciu, a niekiedy do dziesięciu metrów. Niewiele
lepsza sytuacja występuje w przypadku wiatrów północno-wschodnich.
Najbardziej jednak charakterystycznym zjawiskiem zachodzącym w Kanale są
wahania poziomu wód. Zależą one od pływów i spiętrzeń wiatrowych. Pływy
mają charakter półdobowy - dwanaście godzin mija od jednej niskiej do
następnej niskiej wody, lub - jeśli ktoś woli inaczej - od wysokiej do
wysokiej. Fala pływowa wchodzi do Kanału z dwóch stron: z Atlantyku i Morza Północnego (544 tys. km2); ta
pierwsza w zasadzie decyduje o poziomie wód na Kanale. Fale te spotykają
się we wnętrzu lejka, tworząc specyficzne warunki pływowe.
W wąskiej Cieśninie Kaletańskiej (32 km szerokości) prędkość
przemieszczania się fali pływowej maleje, w szerszej wzrasta. Na Wyspach
Normandzkich wysokość pływu sięga 10 metrów.
Jest to zjawisko, którego nie zaobserwujemy "gołym okiem" na bałtyckich
wybrzeżach. Spowodowane jest ono m.in. przyciąganiem grawitacyjnym
Słońca i Księżyca. Dość powiedzieć, że u brzegów Bretanii wysoka woda
pojawia się po czterech godzinach od przejścia Księżyca nad południkiem
Greenwich, a więc po jego "przeskoczeniu" z półkuli zachodniej na
wschodnią. W niektórych portach woda wylewająca się na nabrzeża po kilku
godzinach znajdzie się w dole, zaś po cofnięciu się wody w głąb Kanału
na piasku, którym śmiało maszerować można do nowej linii wodnej, widać
mnóstwo wyrzuconych przez morze żyjątek, muszli czy wodorostów. Podczas
wojny zaś nieraz części zatopionego statku lub okrętu. Albo zwłoki
marynarzy...
Wielka Brytania nie jest samowystarczalna. Musi korzystać ze wsparcia
stałego lądu, skąd czerpie gros swego zaopatrzenia. Korzysta zaś
przede wszystkim z dróg morskich: wewnętrznych, między własnymi portami,
i zewnętrznych - ku obcym krajom.
Siła brytyjskiej gospodarki tkwiła zawsze w potędze jej floty handlowej
i wojennej. Wielkie imperium brytyjskie nie byłoby możliwe do utrzymania
i eksploatowania, gdyby nie transport morski. Przed wybuchem II wojny
światowej drogą morską przewożono do Anglii 68 milionów ton ładunków.
Brytyjska flota handlowa posiadała wówczas łączną ładowność ok. 21
milionów ton, stanowiących 31,8 procent tonażu światowego! Codziennie na
morzach i oceanach świata znajdowało się 2500 statków płynących pod
brytyjską banderą. Długość morskich linii żeglugowych Anglii wynosiła
ponad 80 tysięcy mil. Dla wyspiarzy były to zawsze linie życia, których
przecięcie równałoby się z powolną śmiercią...
Aby zatem utrzymać bezpieczeństwo swych linii żeglugowych Brytyjczycy
musieli równocześnie dbać o rozwój floty wojennej. Byli zawsze
przekonani o swej niepodważalnej pozycji na morzach.
1 września 1939 roku, kiedy na Westerplatte spadły pierwsze pociski z pancernika "Schleswig-Holstein", Anglia dysponowała 15 okrętami i krążownikami liniowymi, Francja 7, Niemcy zaś - 2 (bez 2 przestarzałych
jednostek). Lotniskowców Anglicy mieli 7, Francuzi - 1, Kriegsmarine zaś
nie dysponowała takimi jednostkami. Również w liczbie krążowników wiodła
prym Anglia, posiadając ich 64 wobec 16 francuskich i 11 niemieckich (w tym 3 pancerniki "kieszonkowe" - "Admiral Graf Spee", "Admiral Scheer" i "Deutschland", pod względem danych taktyczno-technicznych zbliżone do
ciężkich krążowników). Jeśli idzie o niszczyciele, liczby te
przedstawiały się następująco: Anglia - 184, Francja - 32, Niemcy - 22.
Torpedowców Brytyjczycy nie mieli, Francuzi zaś dysponowali liczbą 38,
Niemcy - 15 jednostek tego typu. Okręty podwodne: Anglia - 58 i 24 w stadium budowy, Francuzi - 77, Niemcy - 57.
Kiedy zatem 3 września 1939 roku Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom
wojnę, przewaga sił morskich sojuszników w stosunku do hitlerowskich
Niemiec była, zdawałoby się, druzgocąca: w okrętach i krążownikach
liniowych 11:1, w lotniskowcach 8:0, w krążownikach 7,6:1, w niszczycielach 9,8:1, w torpedowcach 2,5:1, w okrętach podwodnych zaś
2,4:1.
Takie proporcje napawałyby optymizmem i nadzieją, a wręcz pewnością,
jaki będzie rezultat walki, lecz tylko pod warunkiem, iż siły te
stanęłyby naprzeciw siebie, aby wieść bitwę na śmierć i życie. Jednak w chwili wybuchu wojny Niemcy, zdając sobie doskonale sprawę ze swej
słabości w okrętach i uzbrojeniu morskim, byli stroną atakującą.
Wiedzieli również, że najbardziej czułym punktem Brytyjczyków są ich
linie żeglugowe. Uderzyli więc w nie boleśnie, powodując rozszerzenie
się działań morskich na wielki Atlantyk, Morze Północne i Norweskie. Na
północnym i środkowym wszak Atlantyku zbiegały się drogi morskie z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Południowej, z krajów
śródziemnomorskich, Afryki, Azji i Australii. Najważniejsze węzły
komunikacyjne znajdowały się na zachodnich, południowo-zachodnich i południowych podejściach do Wielkiej Brytanii, w tym więc i na kanale La
Manche.
Trzeba też dodać, iż trzon floty Anglii i Francji stanowiły duże okręty
nawodne z potężną artylerią, zaś jednostki przeznaczone do walki z okrętami podwodnymi były nieliczne. Był to rezultat kurczowego trzymania
się doświadczeń z okresu I wojny światowej, w niewielkim stopniu
modyfikowanych w dwudziestoleciu międzywojennym. Zaś okręty, wyszkolenie
bojowe marynarzy, szczególnie załóg U-Bootów, i organizacja dowództwa
Kriegsmarine były na wskroś nowoczesne.
Niemcy wiedzieli, że ich zadaniem jest sparaliżowanie brytyjskich linii
życia - wielkich szlaków żeglugowych. Ze względu jednak na zbyt małe
siły morskie planowali główne uderzenie dopiero na rok 1943, pragnąc do
tego czasu zrealizować tzw. plan "Z", czyli plan budowy potężnej floty.
Do tego celu wydzielono 10 procent środków, przeznaczonych na całe siły
zbrojne. Życie jednak do tych zamierzeń wprowadziło wielkie poprawki...
Przed wypowiedzeniem wojny siły floty w angielskiej metropolii
rozlokowane były w wielu bazach. W Scapa Flow na Orkadach, daleko na
północy, znajdowało się 5 okrętów i 2 krążowniki liniowe, 1
lotniskowiec, trzy eskadry - 12 krążowników, i dwie flotylle - 17
niszczycieli. W Rosyth cumował 1 lotniskowiec i lekkie okręty, zaś w Portland nad kanałem La Manche 2 okręty liniowe, 2 lotniskowce, 3
krążowniki i flotylla niszczycieli. Znaczne siły, przede wszystkim
niszczyciele i okręty podwodne, znajdowały się w Dundee, Blyth, Humber,
Dover i Portsmouth. Niemało jednostek posiadali Brytyjczycy na Morzu
Śródziemnym, w swych bazach w Indiach Wschodnich i Zachodnich oraz na
południowym Atlantyku.
Główne siły floty francuskiej bazowały na Morzu Śródziemnym w Tulonie,
Bizercie i Oranie oraz w Breście, mniejsze zaś jednostki w Cherbourgu, w Maroku i na Antylach. Siły sojuszników zatem miały możliwość
kontrolowania wyjść z Morza Północnego przez kanał La Manche, cieśniny
duńskie i przejście między Szkocją i Islandią.
Kriegsmarine przed wybuchem wojny miała tylko dwa rejony aktywności
operacyjnej: było to Morze Północne, tzw. mokry trójkąt, ograniczony
wyspami Borkum, Sylt i Helgoland, z bazą w Wilhelmshaven, oraz Morze
Bałtyckie. Jeśli jeszcze raz popatrzymy na mapę Europy, zauważymy
natychmiast, iż dla morskich sił III Rzeszy przedarcie się na Atlantyk
wiązało się z ogromnymi trudnościami - gdziekolwiek by się ruszyły, bez
przerwy pozostawały w zasięgu działania brytyjskiego lotnictwa. A aktywność na Atlantyku była dla Niemców konieczna: wszak przede
wszystkim tam należało paraliżować linie żeglugowe przeciwnika.
Spójrzmy na kanał La Manche z innej jeszcze strony: przez tę właśnie
niewielką przestrzeń wodną biegnie najkrótsza droga z kontynentu na
wyspę. Już Napoleon marzył o podmorskim tunelu... Niemcy, planując
inwazję na Wyspy Brytyjskie, o tej właśnie drodze myśleli.
Kanał La Manche stał się więc ważnym akwenem operacyjnym i strategicznym
dla obu walczących stron. Kto miałby English Channel, miałby i potężny
oręż. Pełne jednak panowanie nad Kanałem nigdy w całości nie przypadło w udziale żadnej z walczących stron...
3 września 1939 roku Anglia i Francja wypowiedziały hitlerowskim Niemcom
wojnę. Choć siedem pierwszych miesięcy działań na Zachodzie określonych
zostało mianem "wojny na niby" ("drôle de guerre", "phony war",
"Sitzkrieg"), to zmagania na morzach trwały od pierwszych chwil wojny.
Początkowo jednak, do 23 września 1939 roku, okręty Kriegsmarine
zachowywały się jeszcze z umiarkowaną "rezerwą" w oczekiwaniu, iż Londyn
zdecyduje się na porozumienie z Berlinem. Do tego czasu U-Booty zatopiły
statki o ogólnym tonażu "tylko" 232 tys. BRT. Kiedy jednak okazało się,
że Brytyjczycy gotowi są walczyć, strona niemiecka poważnie
zaktywizowała swoje działania. Już przed wybuchem wojny Niemcy
opracowali plany operacji bojowych na morzu. Ważnym elementem tych
planów były przedsięwzięcia, skierowane przeciwko angielskiej żegludze -
minowanie wód przybrzeżnych, dalszych podejść do Wielkiej Brytanii, jak
również wód oceanicznych. Na dzień przed wybuchem II wojny światowej, 31
sierpnia 1939 r., ukazała się Dyrektywa nr 1, precyzująca ogólne zadania
Kriegsmarine w wojnie przeciwko żegludze handlowej aliantów. Główne siły
niemieckiej marynarki rozwinięte zostały na najbardziej ożywionych
liniach i w pobliżu głównych węzłów komunikacyjnych.
W tym okresie szczególnie niebezpieczne dla statków brytyjskich było
minowanie podejść do Wielkiej Brytanii. Royal Navy miała jedynie 76
trałowców, a ponadto Niemcy wprowadzili nieznane Brytyjczykom miny
magnetyczne. Na szczęście dzięki przypadkowi - w czasie jednego z pierwszych zrzutów dwie miny upadły na mieliznę - angielskim
specjalistom udało się rozgryźć tajemnicę zawartych wewnątrz zapalników
i znaleźć środki techniczne do walki z nimi.
Anglicy również dysponowali bronią minową. Już we wrześniu 1939 roku,
aby zablokować przejście U-Bootów przez kanał La Manche na Atlantyk,
zaminowali - przeprowadzając operację w dwóch rzutach - Cieśninę
Kaletańską. W fazie pierwszej znalazło się w wodzie 3000 min, w drugiej
zaś - 3636. Jednocześnie zamontowano detektory wykrywania przechodzących
przez cieśninę okrętów podwodnych, zaś z punktów obserwacyjnych na
brzegu można było dokonywać detonacji znajdujących się w wodzie
materiałów wybuchowych. Ten system blokowania przejścia okazał się w praktyce bardzo skuteczny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki