1 Nieoczekiwane iskry
Co jakiś czas Druga Strona prowadzi mnie w określone miejsce w określonym momencie i w określonym celu. Tak właśnie było w 2022 roku, kiedy w upalny letni dzień zostałam poprowadzona do środkowej Florydy.
Nie byłam oczywiście jedyną osobą, która doświadczyła wówczas takiego prowadzenia. Trafiła tam jeszcze jedna kobieta, która stała się częścią mojej historii, tak jak ja stałam się częścią jej - ponieważ była otwarta na siły kierujące naszymi podróżami.
Innymi słowy: obie byłyśmy bohaterkami tej samej historii, choć jeszcze o tym nie wiedziałyśmy.
Wszystko zaczyna się od chłopca imieniem Zach.
Zach Johnson-McDonnell i jego młodsza siostra Makayla wychowywali się w Minnesocie, głównie pod opieką matki, Karleen Johnson, która rozwiodła się, gdy dzieci były jeszcze małe. Zach był jednym z tych ciekawych wszystkiego chłopców - prawdziwą maszynką do zadawania pytań - i nieustannie poszukiwał kolejnych przygód.
- O tak, był prawdziwym wulkanem energii - mówi Karleen, która czule nazywała syna Scooterem. - Tak pełnym życia. Był typem osoby, która gdy trafia do miejsca, gdzie nie zna nikogo, wychodzi z dziesięcioma nowymi przyjaciółmi i planem zrobienia z nimi czegoś fajnego.
Zach miał tyle energii, że nie dało się go utrzymać w domu, a jego dzieciństwo upływało na biwakowaniu albo jeżdżeniu quadami i skuterami śnieżnymi z matką, rodziną i przyjaciółmi. Jako nastolatek zaczął polować i stał się w tym całkiem dobry. Zamiłowanie do broni myśliwskiej sprawiło, że w wieku osiemnastu lat zaciągnął się do armii, która zaoferowała mu dwadzieścia pięć tysięcy dolarów premii za podpisanie kontraktu zawodowego żołnierza piechoty. Po pewnym czasie Zach trafił na pierwszą linię frontu wyczerpującej i krwawej wojny w Iraku. Często stawał twarzą w twarz z wrogiem, ale zawsze ratowały go odwaga i silna wola życia.
- Nie ja - powtarzał sobie przed walką. - Dzisiaj to jeszcze nie ja.
Nie zdawał sobie sprawy, że największe niebezpieczeństwo czekało na niego daleko od pola bitwy - gdy wrócił do domu po odbyciu dwóch misji.
To wszystko, co musiał robić w Iraku, okropności, które widział, niewyobrażalne okrucieństwa i brutalność wojny "odcisnęły na nim straszliwe piętno", jak twierdzi Karleen.
- Nigdy nie mówił mi, co się tam naprawdę wydarzyło - dodaje. - Powiedział tylko: "Mamo, bardzo cię kocham i zawsze będę cię chronił, ale pewnych rzeczy po prostu nie musisz wiedzieć".
U Zacha zdiagnozowano zespół stresu pourazowego (PTSD), który charakteryzuje się powracającymi intensywnymi niepokojącymi myślami i uczuciami - czasem w postaci retrospekcji, czasem koszmarów sennych - gdy wojenna trauma ujawnia się w codzienności. Może mieć druzgocący wpływ na ludzkie życie. Osoby cierpiące na PTSD czują się oderwane od rzeczywistości, wyobcowane, odcięte od świata. Nie mogą spać, koncentrować się, a nawet nawiązywać relacji. Zaburzenie to może zamknąć człowieka w więzieniu emocjonalnego odrętwienia, z którego ucieczka wydaje się niemożliwa. Ponura i przerażająca rzeczywistość wygląda tak, że PTSD często paraliżuje amerykańskich weteranów, a średnio dwudziestu dwóch z nich każdego dnia odbiera sobie życie w Stanach Zjednoczonych1.
Zach był zdeterminowany, aby nie zostać jednym z tych dwudziestu dwóch.
- Naprawdę próbował wrócić do normalnego życia w cywilu, ale to było dla niego bardzo trudne - mówi Karleen. - W końcu sięgnął po narkotyki.
Zach przez piętnaście lat zmagał się z ciężkim uzależnieniem od różnych środków. Nie potrafił całkowicie wyzwolić się z mrocznej pętli rozpaczy.
- Narkotyki - opowiada Karleen - stały się dla niego jedynym sposobem na ucieczkę od bólu.
Matka i siostra Zacha wspierały go przy każdej okazji. Robiły wszystko, co w ich mocy, aby skierować go z powrotem w stronę światła. Mężczyzna dobrowolnie zgłosił się na kilka programów odwykowych - z różnym skutkiem. Karleen i Makayla zawsze były wtedy przy nim, aby go wspierać.
- Cały czas myślałam: "Ten chłopak jest prawdziwym wojownikiem, żołnierzem piechoty. Czeka go kolejna walka, ale na pewno sobie poradzi" - wspomina Karleen. Dodaje jednak: - Mimo to towarzyszył mi nieustanny strach przed najgorszym.
W listopadzie 2019 roku Zach zapisał się na leczenie w centrum odwykowym Departamentu Spraw Weteranów w St. Cloud w stanie Minnesota. Był to dobry znak. W noc przed przyjęciem do szpitala zadzwonił do Karleen, ale wydawał się wzburzony.
- Był podekscytowany, ale zestresowany - wspomina. - To była trudna rozmowa.
Zach powiedział, że następnego dnia o piątej rano wyrusza w drogę do St. Cloud. Dokładnie o tej godzinie Karleen wysłała mu wiadomość.
"Hej, Scooter, jesteś już w drodze?", pisała.
Potem co kilka minut sprawdzała telefon w oczekiwaniu na odpowiedź, ale widziała, że jej wiadomość pozostawała nieprzeczytana.
W 2019 roku zaczęłam planować wielką rodzinną wycieczkę z okazji pięćdziesiątych urodzin mojego męża, Garretta. Celem podróży miał być Disney World. Byliśmy tam już wcześniej i wszystkim bardzo się podobało (szczególnie mnie - energia tego miejsca jest naprawdę niezwykła). Jedną z rzeczy, których się wtedy nauczyłam, było to, że aby w pełni wykorzystać potencjał tego miejsca, trzeba wszystko dokładnie zaplanować. Nie tylko co do dnia czy nawet godziny - warto zaplanować wycieczkę co do minuty.
Kupiłam bilety lotnicze na Florydę na lipiec 2020 roku i ustaliłam, które parki tematyczne i atrakcje będziemy odwiedzać każdego dnia. Zarejestrowałam się, aby uzyskać odpowiednie karnety, zarezerwowałam stoliki w najpopularniejszych restauracjach i w ogóle zaplanowałam niemal każdy nasz ruch. Na kilka miesięcy przed wielkimi urodzinami Garretta nasza wycieczka była już zarezerwowana.
Niestety - na początku 2020 roku wybuchła pandemia COVID-19. Nie mieliśmy innego wyboru, jak tylko odwołać podróż. Od razu zabrałam się do pracy, aby zarezerwować wycieczkę na lipiec 2021 roku. W końcu udało mi się wszystko ponownie zorganizować, ale kiedy nadszedł 2021 rok, COVID nadal był poważnym problemem i po raz kolejny musieliśmy przełożyć podróż.
Niezrażeni, spróbowaliśmy ponownie. Po wielu zmianach planów, uzgodnieniu harmonogramów, złożeniu wniosków o urlop i rezerwacji lotów i hoteli wszystko było gotowe - dziewięć dni w Disney Worldzie w sierpniu 2022 roku, a każdy dzień miał być pełen wrażeń i atrakcji. Czy było ważne, że Garrett miał już wtedy pięćdziesiąt dwa lata? Absolutnie nie. Jako rodzina zawsze mamy co świętować i właśnie to postanowiliśmy zrobić - z dwuipółletnim opóźnieniem.
Chodzi mi o to, że początkowo nie planowałam być w Disney Worldzie na Florydzie latem 2022 roku - a jednak trafiłam tam właśnie w tym momencie i przechodziłam od jednej atrakcji do drugiej z napiętym harmonogramem w ręku, z mężem i trójką dzieci. Jeszcze bardziej nieprawdopodobne było to, co wydarzyło się podczas naszego pobytu. Pewnego ranka otrzymałam od Wszechświata pilny przekaz, który skłonił mnie do zmiany planów, mimo że w Disney Worldzie jest to niemal niemożliwe - zwłaszcza jeśli chodzi o rezerwacje w najpopularniejszych restauracjach. Chociaż napracowałam się, aby przygotować plan naszej podróży, pozostałam otwarta na Drugą Stronę i posłuchałam cichego głosu w mojej głowie, który podpowiadał mi, żebym wprowadziła w nim zmiany.
Czasami Wszechświat ma dla nas swój własny ścisły harmonogram.
Wczesnym rankiem 6 listopada 2019 roku Karleen Johnson wysłała swojemu synowi Zachowi drugą wiadomość, aby sprawdzić, czy zgodnie z planem jedzie do centrum odwykowego dla weteranów w St. Cloud.
"Hej, kolego, chcę tylko sprawdzić, co u ciebie - napisała. - Jedziesz do St. Cloud?"
Podobnie jak pierwszy esemes wysłany o piątej rano - ten również pozostał nieprzeczytany. W południe tego samego dnia Karleen wysłała pilniejszą wiadomość:
"Zach, zaczynam się martwić. Gdzie jesteś?"
Na tę również nie odpowiedział.
Karleen pomyślała, że może syn postanowił nie zgłaszać się do ośrodka odwykowego i teraz był gdzieś poza zasięgiem, walcząc ze swoimi problemami, lecz nie otrzymała od niego żadnej wiadomości - ani 6 listopada, ani też następnego dnia. Trzy dni po tym, jak Zach miał zgłosić się do ośrodka odwykowego w St. Cloud, zadzwonił telefon.
Spełniły się jej najgorsze obawy.
Zach odebrał sobie życie.
Jego ciało znaleziono w pralni, w piwnicy domu jego dziewczyny. Karleen zawsze miała gdzieś z tyłu głowy najgorszy scenariusz, ale kiedy dotarła do niej ta wiadomość, nie była gotowa na ogromną rozpacz, jaką poczuła.
- Zawsze byłam dla niego ostoją, osobą, do której mógł się zwrócić - mówi. - Wiedział, że może do mnie zadzwonić o trzeciej nad ranem, żeby porozmawiać. Czasami po prostu chciał wiedzieć, że jestem z nim, a ja siedziałam z telefonem i słuchałam jego oddechu.
Zach Johnson-McDonnell miał zaledwie trzydzieści trzy lata.
Po jego śmierci Karleen trafiła do bardzo mrocznego miejsca - ciemnego tunelu bez wejścia i wyjścia. Nieustannie zadawała sobie pytanie, co mogła zrobić, aby uratować Zacha. Zadręczała się myślami o możliwościach, których nie zauważyła, a które by mu pomogły.
- Zastanawiałam się ciągle, co by było gdyby - mówi Karleen. - Robiłam to nieustannie.
Sytuacja stała się tak trudna, że zaczęła pić, aby złagodzić ból. W niektóre dni nie mogła nawet podnieść się z łóżka.
Karleen potrzebowała pomocy i otrzymała ją w postaci telefonu od byłej dziewczyny Zacha, Lisy, którą Karleen uważała za swoją "bonusową córkę".
- Lisa powiedziała mi: Kar, słuchałam pewnego podcastu i ktoś wspomniał tam o książce, którą moim zdaniem powinnaś przeczytać - opowiada Karleen.
To było nasze pierwsze spotkanie z Karleen. Lisa miała na myśli moją drugą książkę: Znaki. Jak odczytywać sygnały, które wysyła wszechświat. Przedstawia ona sposoby, dzięki którym możemy nauczyć się dostrzegać znaki wysyłane przez naszą Drużynę Światła z Drugiej Strony - między innymi przez ukochane osoby, które odeszły.
Lisa kupiła dwa egzemplarze Znaków i postanowiły z Karleen przeczytać książkę w tym samym czasie. Podczas lektury rozmawiały o konkretnych znakach, o które prosiły i które otrzymywały. Karleen myślała o przypadkowych przedmiotach lub zwierzętach i prosiła Zacha, aby umieścił je na jej drodze jako znak, że nadal z nią jest i wszystko u niego w porządku.
Któregoś popołudnia, kilka miesięcy po śmierci syna, kobieta poprosiła go, aby pokazał jej zieloną piłkę. Nie było żadnego powodu, dla którego zdecydowała się na taki znak - jak zawsze był to całkowicie przypadkowy przedmiot. Pewnego dnia Karleen piła kawę z matką w kuchni swoich rodziców. W pewnym momencie spojrzała przez okno nad zlewem i zaparło jej dech. Do ogrodu nagle wpadła duża zielona piłka, która pojawiła się jakby znikąd.
- Wszystko w porządku? - zapytała ją matka.
- Mamo, poprosiłam Zacha, żeby pokazał mi zieloną piłkę, i oto jest! - odpowiedziała. - To on mi ją przysłał!
Karleen próbowała się dowiedzieć, skąd wzięła się piłka - może kopały ją dzieci z sąsiedztwa? - ale nigdy jej się to nie udało. Piłka pojawiła się znikąd, jakby w magiczny sposób. Dla kobiety stanowiło to potwierdzenie tego, co już wiedziała.
- Poprosiłam o zieloną piłkę, a Zach mi ją pokazał - wspomina. - To był znak, jakby syn mówił mi: "Hej, mamo, u mnie wszystko w porządku. Poprosiłaś o piłkę, więc proszę bardzo".
Niedługo potem razem z Lisą spędziły razem weekend w Nashville w stanie Tennessee. Karleen wybrała kolejny przypadkowy znak - tym razem poprosiła Zacha o królika. Na kolację kobiety wybrały restaurację serwującą dania kuchni azjatyckiej, a kiedy usiadły przy stoliku pod ścianą, Karleen spojrzała w prawo.
- Tuż przede mną, na ścianie, wisiał ogromny obraz przedstawiający królika - mówi. - Wielki, naprawdę ogromny królik dokładnie tam, gdzie siedziałyśmy! To było niesamowite.
Jakby dla podkreślenia tego przesłania w menu restauracji znalazł się specjalny drink o nazwie "Słoń w składzie porcelany" - właśnie tak wszyscy opisywali Zacha w dzieciństwie.
- Oba te znaki mnie uderzyły, były jak policzek - mówi Karleen. - Wyglądało to tak, jakby syn mówił: "Mamo, mamo, jestem tutaj!".
Z biegiem czasu Karleen zaczęła dostrzegać przebłyski światła w ciemnym tunelu, a wiele z nich wysyłał jej Zach. W 2022 roku, ponad dwa lata po jego śmierci, postanowiła uczcić pamięć syna w wielkim stylu. Chciała zrobić coś, co sprawiłoby mu radość, coś angażującego, pełnego światła i miłości. Podobnie jak ja Karleen jest fanką Disneya, więc wybór miejsca był oczywisty. Zarezerwowała dla siebie wycieczkę do Disney Worldu na Florydzie na trzydzieste szóste urodziny Zacha, przypadające 27 sierpnia.
"Kolejna podróż wokół Słońca dla mnie i mojego chłopca", powiedziała sobie.
W ten sposób zaczął się spełniać plan, o którym ani Karleen, ani ja nie miałyśmy pojęcia.
W sierpniu 2022 roku wylądowałam wraz z rodziną w Orlando, aby rozpocząć dziewięciodniową przygodę w świecie Disneya. Nasz harmonogram był bardzo napięty i w Animal Kingdom, popularnym parku tematycznym Disney Worldu, mogliśmy spędzić tylko jeden dzień.
Byliśmy już tam w poprzednie wakacje i jedliśmy kolację w uroczej restauracji o nazwie Tiffins. Jednak kilka miesięcy przed wyjazdem Garrett i ja spotkaliśmy się z przyjaciółmi, którzy polecili nam inne miejsce - Yak & Yeti. Było bardzo popularne i obawiałam się, że nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem nie uda mi się dokonać rezerwacji w dogodnym terminie. Na szczęście znaleźliśmy stolik na godzinę dwunastą w dniu naszej wizyty w Animal Kingdom.
W noc przed wizytą w parku otrzymałam w naszym pokoju hotelowym w Orlando niezwykły, acz pilny przekaz od Wszechświata. Był bardzo konkretny: "Zmień godzinę rezerwacji lunchu z dwunastej na trzynastą". Podzieliłam się tym z Garrettem, a on powiedział dokładnie to, o czym sama myślałam: "To raczej nie będzie możliwe". Już sama rezerwacja stolika w Yak & Yeti była trudna, a co dopiero jej zmiana w przeddzień wizyty.
To wymagałoby wykorzystania prawdziwej magii Disneya.
Mimo to weszłam na stronę lokalu. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam, że był jeszcze jeden wolny stolik w porze lunchu.
Dokładnie o trzynastej.
Zarezerwowałam go i poszłam spać, zdezorientowana dziwną instrukcją i jednocześnie zdumiona, że mi się udało.
Wiele lat wcześniej Karleen Johnson mieszkała w Tampie na Florydzie, około godziny jazdy od Disney Worldu. Park tematyczny był dla niej wówczas odskocznią - miejscem, do którego mogła uciec. Kupowała roczne karnety i przez ponad dziesięć lat odwiedzała park dwa lub trzy razy w miesiącu. Innymi słowy: była weteranką.
Dlatego gdy w sierpniu 2022 roku wybrała się w samotną podróż do tego miejsca, poczuła się jak w domu. Poranek 25 sierpnia spędziła w Animal Kingdom, oglądając eksponaty i próbując schować się przed uciążliwym letnim upałem. Później przyszła jej do głowy myśl: "Fajnie byłoby wypić teraz drinka". Opuściła więc Animal Kingdom i jak wspomina: "Wpadłam do Rainforest Café, podeszłam do baru i zamówiłam zimne piwo Blue Moon z plasterkiem pomarańczy na krawędzi szklanki".
Tak się złożyło, że Karleen usiadła obok trzech kobiet, które rozmawiały, śmiały się i świetnie bawiły przy barze. Po kilku minutach jedna z nich, Shay, zwróciła się do Karleen:
- Cześć, co słychać? Jesteś tu sama? Często bywasz w Disney Worldzie? Może się do nas przysiądziesz?
- Shay była wyjątkowo przyjazna, jakbyśmy znały się od zawsze - wspomina Karleen. - Siedziałyśmy wszystkie przy barze przez następną godzinę lub dwie. Rozmawiałyśmy, świetnie się przy tym bawiąc.
Shay zaproponowała Karleen, żeby poszła z nią i jej przyjaciółkami - Mary Lou i Connie - na lunch.
- Chodź z nami, idziemy do Yak & Yeti! - powiedziała, wyraźnie podekscytowana.
Karleen doskonale wiedziała, jak popularna jest ta restauracja. Wiedziała też, że rezerwacja stolika w ruchliwe letnie dni jest prawie niemożliwa. Mimo to Shay twierdziła, że to nie problem.
- Mamy kartę Landry's! - oświadczyła. Chodziło jej o kartę Landry's Select Club, ogólnokrajowego programu lojalnościowego, który zapewnia dostęp do restauracji takich jak Yak & Yeti bez rezerwacji.
Niestety Karleen jej nie miała.
- Dziewczyno, załatwimy ci ją! - powiedziała kobieta. - Chodź z nami.
W ten sposób Shay i jej przyjaciółki wzięły Karleen pod swoje skrzydła i zdobyły dla niej kartę. Zanim się zorientowała, była już w Yak & Yeti. Pokazała swoją przepustkę i musiały czekać tylko dziesięć minut na stolik. Hostessa zaprowadziła Karleen i grupę przyjaciółek po schodach do stolika na piętrze.
- W normalnej sytuacji na pewno nie trafiłabym do Yak & Yeti tego dnia o tej porze - mówi Karleen. - To po prostu nie byłoby możliwe.
Kobieta i jej nowe przyjaciółki usiadły przy stoliku i zamówiły mnóstwo jedzenia - wrapy w sałacie, koreańskie żeberka i kilka przystawek.
Kiedy podano jedzenie, Karleen przypadkiem spojrzała na zegar po prawej stronie.
Było tuż po trzynastej.
Zaledwie kilka minut wcześniej przybyłam do Yak & Yeti z Garrettem i dwoma najmłodszymi dziećmi, Juliet i Haydenem. Restauracja, zaprojektowana na wzór dwupiętrowej gospody o tej samej nazwie stojącej w Katmandu w Nepalu, była ogromna - mieściła setki gości. Można było się w niej zgubić, szukając toalety. Menu sprawiało, że ślinka nam ciekła - łosoś miso, kurczak tikka masala, krewetki firecracker i wiele innych potraw. Hostessa - być może ta sama, która później powitała Karleen - zaprowadziła nas do stolika na piętrze, przy balustradzie, z widokiem na główną salę na parterze. Siedziałam tyłem do wnętrza, co oznaczało, że nie widziałam osób wchodzących po schodach, a one widziały tylko tył mojej głowy.
Podeszła do nas kelnerka i dokładnie w momencie, gdy Garrett składał zamówienie, poczułam silne przyciąganie - w kierunku stolika obok naszego. Odwróciłam głowę lekko w lewo i zauważyłam kobietę przy stoliku, która na mnie patrzyła. Nasze spojrzenia się spotkały.
- Przepraszam - powiedziała. - Czy pani nie nazywa się...
- Laura Lynne Jackson - przerwałam jej - i czuję, że zostałam tu wysłana jako znak dla pani. Czuję też, że muszę panią uściskać.
Wstałam, podeszłam i przytuliłam ją - Karleen Johnson.
- W pewnym momencie spojrzałam w prawo i zobaczyłam siedzącą kobietę. Pomyślałam sobie: "Zaraz, czy to nie Laura Lynne Jackson?" - wspomina Karleen. - Sprawdziłam jeszcze ze trzy razy. Znałam cię ze zdjęcia na okładce książki i nagle się pojawiłaś, więc zaryzykowałam i odezwałam się, ale zanim zdążyłam cię zapytać, powiedziałaś, że jesteś moim znakiem.
Karleen i ja mocno się uściskałyśmy. W zasadzie byłyśmy dla siebie obce, ale miałyśmy pewność, że spotkanie właśnie w tym momencie zostało nam przeznaczone.
- Uratowałaś mi życie - powiedziała wtedy Karleen. - Trzy lata temu mój syn odszedł na własnych warunkach, a twoja książka uratowała mi życie.
Karleen się rozpłakała, podobnie jak ja. Powiedziałam jej:
- To twój syn skierował mnie na twoją ścieżkę. Był z tobą przez cały dzień i sprowadził cię tutaj. W ten sposób pokazuje ci, że nadal przy tobie jest, w każdej chwili.
W tym momencie nowa przyjaciółka kobiety, Shay, również zaczęła płakać, choć nie miała pojęcia dlaczego. Zapytała, o co chodzi, a Karleen wyjaśniła jej okoliczności naszego nieprawdopodobnego spotkania.
- Przeczytałam tę książkę o znakach, a Zach mi je wysłał. Przyjechałam tutaj, aby uczcić jego pamięć, i ona tu jest! Laura! To ona napisała tę książkę, a teraz jest tutaj!
- O Boże! - powiedziała Shay. - Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje!
Wyjaśniłam jej, że syn Karleen, Zach, prowadził również ją. Kierował jej działaniami, aby to nieprawdopodobne spotkanie mogło stać się możliwe. Kiedy jej to wszystko wyjaśniłam, twarz Karleen się rozpromieniła.
- Wtedy to do mnie dotarło - mówi. - Shay i jej koleżanki były wyjątkowo przyjazne. Chciały, żebym się dobrze bawiła, i nalegały, abym została z nimi. Właśnie taki był Zach, tak wchodził w relacje z ludźmi. Gdziekolwiek był, od razu potrafił nawiązać nowe znajomości i stać się wodzirejem, który dbał o to, żeby wszyscy dobrze się bawili. To on stworzył plan, żebyśmy mogły się spotkać!
Usiadłyśmy z Karleen i rozmawiałyśmy przez chwilę. Nie był to odczyt, ponieważ nie było takiej potrzeby - syn wyraźnie dał do zrozumienia, że jest obecny, i wyraził swoje intencje. Zrobił to w taki sposób, że jego matka nie mogła tego nie zauważyć, nawet gdyby bardzo się starała. Jakby tego było mało, Zach wyciągnął z kapelusza ostatnią magiczną sztuczkę.
Pod koniec posiłku Shay otworzyła swoje ciasteczko z wróżbą. Znajdowała się w nim napisana drobnym drukiem wiadomość: "Najjaśniejsze płomienie radości są zazwyczaj rozpalane przez nieoczekiwane iskry".
To Shay była tą iskrą. Rozpaliła płomień radości dla Karleen. Zach i Druga Strona wykorzystali ją - albo raczej poprowadzili - aby odegrała kluczową rolę w tym prawdziwie cudownym momencie dla Karleen. Było to najwyraźniejsze potwierdzenie, jakie kiedykolwiek otrzymała, że jej piękny syn nadal był z nią, każdego dnia.
- Chyba Zach popisuje się teraz przed tobą - zauważyłam.
Kelnerka, która była świadkiem naszego emocjonalnego spotkania i poznała szczegóły, zostawiła mi na stole cudowną notkę: "Bardzo dziękuję za otwartość i dzielenie się z innymi życzliwością oraz pozytywną energią. Życzę Pani i Pani rodzinie pięknego dnia i wspaniałej podróży".
Na dole kartki narysowała małego motyla.
Spotkanie z Karleen w Yak & Yeti bez wątpienia było jednym z moich najbardziej głębokich i znaczących doświadczeń w kontaktach z Drugą Stroną. Często je wspominam i nadal zadziwia mnie, jak mogło dojść do skutku. Pomyślcie tylko: nie miałam trafić do Disney Worldu w sierpniu 2022 roku (początkowo planowałam lipiec 2020). Nie miałam też być w Yak & Yeti (wcześniej, podczas wizyty w parku, jadaliśmy w innej restauracji). Rezerwacja stolika w tym lokalu graniczyła z cudem, a już na pewno cudem była możliwość przesunięcia rezerwacji o godzinę bez żadnego problemu. Hostessa mogła zaprowadzić nas do stolika w dowolnym miejscu ogromnej dwupoziomowej restauracji, oddalonego nawet o długość boiska piłkarskiego od stolika Karleen Johnson.
A jednak...
...25 sierpnia 2022 roku znalazłam się w Disney Worldzie. Udało mi się zarezerwować stolik w Yak & Yeti, a w ostatniej chwili przesunąć rezerwację o godzinę. Następnie, dokładnie o trzynastej, zaprowadzono mnie do stolika znajdującego się tuż obok stolika Karleen Johnson.
To wszystko się wydarzyło.
Pamiętajmy do tego, że Karleen również nie planowała wizyty w Yak & Yeti. Nie miała rezerwacji, była w Disney Worldzie sama i opuściła już Animal Kingdom, aby po drodze wypić piwo w Rainforest Café - nie miała zamiaru wracać do parku. Dopiero po tym, jak trójka wyjątkowo przyjaznych nieznajomych dosłownie zaciągnęła ją z powrotem do parku, aby zjeść wspólny posiłek w Yak & Yeti, ona również znalazła się na drugim piętrze ogromnej restauracji, zaledwie kilka metrów ode mnie.
Co to wszystko mogło oznaczać?
Że wszyscy jesteśmy dla siebie aniołami. Że w naszej podróży tutaj, na ziemi, każde z nas jest prowadzone - tak jak Karleen i ja w magiczny sposób zostałyśmy do siebie przywiedzione. Syn kobiety, Zach, pociągnął za odpowiednie sznurki, aby nasze spotkanie doszło do skutku. Podjął konkretne działania i zaangażował cały zespół pomocników. To oznacza, że wszyscy możemy odgrywać ważną rolę w życiu innych, o ile ufamy impulsom, które otrzymujemy od Wszechświata.
O ile pozostajemy otwarci na przewodnictwo.
Oznacza to, że nikt z nas nie jest naprawdę obcy ani samotny. Że wszyscy jesteśmy połączeni - stanowimy część tej samej wielkiej opowieści.
Nasze spotkanie w Yak & Yeti pomogło złagodzić ból Karleen Johnson związany ze stratą Zacha. To, że wszystko odbyło się w tak nieprawdopodobny sposób, było bardzo w stylu jej syna.
- Pamiętam, że kiedy czytałyśmy Znaki z jego dziewczyną, Lisą, czułam, że ta książka ratuje mi życie i wyciąga mnie z ciemnego tunelu. Powiedziałam jej: "Dałabym wszystko, żeby spotkać tę kobietę" - wspomina Karleen. - Zach postanowił mi odpowiedzieć: "Chciałaś ją poznać? Oto ona". Tak po prostu. Wiedział, że naprawdę tego potrzebuję, i sprawił, że tak się stało. Zach chciał pozostawić coś po sobie.
Zach Johnson-McDonnell rzeczywiście pozostawił po sobie wspaniałe dziedzictwo i każdego dnia wzbogaca je z Drugiej Strony.
Jego dziedzictwo to silne połączenie, nierozerwalne więzy rodzinne, dawanie ukojenia i pocieszenia, głęboka troska oraz niekończąca się miłość. To dziedzictwo trwałej świadomości, wiary w zdolność do komunikowania się z naszymi bliskimi, gdziekolwiek się znajdują.
To dziedzictwo znaków i wiadomości, a najważniejsze z nich to: "Bądź otwarty na wskazówki, ponieważ życie z przewodnictwem jest oświecone, a takie życie jest piękne - pełne znaczenia, więzi i miłości".
Po napisaniu tego rozdziału otrzymałam wskazówkę, aby podzielić się z czytelnikami nazwami organizacji przekazujących psy weteranom cierpiącym na zespół stresu pourazowego. Zachęcam do zapoznania się z nimi i pomocy, o ile to możliwe:
Canine Companions, K9s For Warriors, Pups4Patriots, Paws Assisting Veterans, Paws of War.
Wstęp
Zanim porozmawiamy o cudownych zjawiskach, takich jak miłość, światło i kreatywność, chciałabym podzielić się z wami dwiema historiami.
Pierwsza miała miejsce w 1981 roku i brali w niej udział pewien pediatra i wcześniak. Chłopczyk urodził się naprawdę malutki - ważył niecałe półtora kilograma i dawano mu tylko pięćdziesiąt procent szans na przeżycie. Jego stan był krytyczny, a pierwsze godziny życia bardzo niepewne. Na szczęście pediatra, który się nim opiekował, nie przejmował się statystykami - chciał zrobić wszystko, aby chłopiec przetrwał trudny okres i przeżył. Uczynił to swoją misją. Mimo że miał innych pacjentów i mnóstwo spraw na głowie, siedział przy wcześniaku całą dobę. Nieustannie sprawdzał jego parametry życiowe i dodawał mu otuchy przez zamkniętą pokrywę inkubatora. Noc zmieniała się w dzień, a lekarz ciągle był przy chłopcu, i pragnął, aby przeżył.
I przeżył.
Druga historia miała miejsce trzydzieści lat później. Mężczyzna jechał swoim SUV-em wzdłuż autostrady Pacific Coast Highway w Kalifornii, kiedy nagle, jakby znikąd, pojawiła się ogromna ciężarówka i uderzyła w bok jego samochodu. Auto zostało częściowo zmiażdżone i przygniecione ciężarówką, a następnie się zapaliło. Na szczęście w pobliżu znajdowała się ekipa ratowników medycznych, która wracała do swojej bazy po kolejnym wezwaniu. Popędzili na miejsce zdarzenia i dotarli do kierowcy SUV-a, który ruszał się z trudem, bo jego nogi się paliły. Nie tracąc ani chwili, ratownicy ugasili płomienie i użyli nożyc hydraulicznych, aby wyciągnąć mężczyznę ze zgniecionego samochodu i przenieść go w bezpieczne miejsce. Gdyby nie byli wtedy tak blisko, kierowca mógłby nie przeżyć.
Ale przeżył.
Co byście pomyśleli, gdybym powiedziała, że obie historie są ze sobą powiązane - że to tak naprawdę ta sama historia?
Kierowcą SUV-a był Michael Shannon - lekarz, który trzydzieści lat wcześniej uratował życie wcześniakowi.
Jednym z ratowników medycznych, którzy przenieśli go w bezpieczne miejsce, był Chris Trokey - wcześniak, któremu Shannon uratował życie.
Szanse na to, że coś tak niesamowitego wydarzy się na planecie, na której żyje ponad siedem miliardów ludzi, wydają się tak małe, że wiele osób uważa historię Michaela i Chrisa za zmyśloną. Ale to nieprawda. Opowiada ona o prawdziwych ludziach, którzy uratowali sobie nawzajem życie w odstępie trzydziestu lat. Ich życiowe drogi splotły się w sposób, którego żaden z nich nie mógł przewidywać, oczekiwać ani zrozumieć. Tak - ich historia jest ekstremalnym przykładem, w jaki sposób wszyscy jesteśmy połączeni. Natura ich wyjątkowej więzi i to, jak byli prowadzeni w swoich życiowych podróżach, są w istocie uniwersalne.
Chociaż każdy z nas wyrusza w kierunku swojej własnej przygody, nie piszemy miliardów niepowiązanych ze sobą historii.
Nie - wszyscy stanowimy część tej samej.
Czasami trudno jest nam pojąć, do jakiego stopnia jesteśmy ze sobą połączeni. Nie potrafimy sobie wyobrazić, jak ogromne znaczenie mają nasze osobiste wybory w kontekście zbiorowej egzystencji. Często zadajemy sobie pytanie, czy jedna osoba może coś zmienić w obliczu ogromu zła, zaniedbań i niesprawiedliwości na świecie. Nie widzimy, że możemy być częścią czegoś większego niż nasze odosobnione, indywidualne życie.
Napisałam tę książkę i trafiła ona w twoje ręce po to, aby pomóc ci zrozumieć, że jesteś kochany, chroniony i prowadzony, a także jak wielki wpływ możesz wywrzeć na ludzi wokół siebie.
Każdy z nas ma moc, aby całkowicie zmienić nie tylko własne życie, ale także swoją dzielnicę, miasto, społeczeństwo, a nawet całą planetę. Każde niewielkie pozytywne działanie, każdy najmniejszy przejaw życzliwości, którą okazujemy światu, uruchamia efekt fali. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak daleko sięgnie ta, którą my wzbudzamy. W przypadku Shannona płynęła przez trzy dekady, aby uratować mu życie. W twoim przypadku może stać się potężną falą pozytywnych zmian odczuwaną w życiu wszystkich, z którymi się stykasz - nawet na innych kontynentach, po drugiej stronie oceanu.
Łatwo jest zapomnieć o efekcie fali i dokonywać wyborów, które uważamy za ważne tylko dla nas samych. Ale nigdy tak nie jest. Każdy nasz wybór może wywierać ogromny wpływ. Najbardziej znaczące zmiany często zaczynają się od niewielkich działań - takich jak jedna, pozornie mało istotna decyzja.
To trochę jak z siłownią. Po pierwszym razie nie wracamy do domu lżejsi o dziesięć kilogramów ani nie czujemy się od razu fantastycznie. Tak naprawdę jesteśmy wyczerpani i nie tracimy ani grama, ale jeśli ćwiczymy codziennie, efekty się sumują, jak każda minuta potu i poświęcenia. A rezultat - nowe ciało, nowy wygląd, nowe wszystko - może wywołać głęboką przemianę. Często najważniejsze zmiany w życiu nie następują w krótkich momentach olśnienia, ale w wyniku serii małych, nawarstwiających się decyzji.
Nigdy nie jesteśmy sami, gdy kierujemy naszym życiem i szukamy swojej drogi. Prowadzą nas siły miłości. Choć nie są one widoczne dla ludzkiego oka, są obecne i aktywne. Zrozumiałam, że każdy z nas ma swoją Drużynę Światła, którą tworzy energia Boga, duchowi przewodnicy (wysoko wyewoluowane istoty duchowe, które grają rolę naszych mentorów i pomagają nam znaleźć naszą drogę na tym świecie) oraz ukochane osoby, które przeszły na Drugą Stronę. Ta drużyna ciężko pracuje, prowadząc nas po ścieżkach życia. To ona doprowadziła cię do mojej książki. Kiedy otwieramy nasze serca i umysły na ich przewodnictwo, dzieją się magiczne rzeczy, które kierują nas na sekretną ścieżkę do najlepszego i najwyższego życia - pełnego znaczenia, witalności i zaangażowania.
Życia z przewodnictwem. Oświeconego życia.
Życie takim życiem oznacza zrozumienie, że nasze wybory mają ogromną moc, że nasz wpływ na świat jest wykładniczy, a życie i doświadczenia każdej osoby są istotne. Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i odpowiedzialni za siebie nawzajem.
Oznacza to życie zgodne z naszym przeznaczeniem - odkrycie, co mamy zrobić na tej ziemi, i realizowanie tego z jasnością i pasją. Oznacza to przyjęcie całej pełni swoich doświadczeń - umiejętność dostrzegania znaczenia w trudnych chwilach i odczuwania radości w tych szczęśliwych. Zapewnia nam to duchową mądrość niezbędną, aby doceniać jedne i drugie. Oznacza to życie, w którym mamy pewność, że nigdy nie jesteśmy sami - zawsze jesteśmy kierowani na naszą najwyższą ścieżkę. Oznacza to wreszcie świadomość, że Wszechświat ma dla nas większe plany niż my sami.
Zrozumienie piękna nie tylko tych prawd, ale także codziennych implikacji i korzyści płynących z takiego sposobu myślenia prowadzi do odkrycia sensu istnienia - i życia oświeconym życiem.
Nazywam się Laura Lynne Jackson i jestem medium. Przez prawie dwadzieścia lat pracowałam jako nauczycielka języka angielskiego w liceum i próbowałam ukrywać swoje zdolności parapsychiczne. Pewnego dnia otrzymałam coś, co nazywam "przekazem od Wszechświata". Mówił on, że powinnam podzielić się z szerszą grupą ludzi tym, czego się nauczyłam. Wzięłam głęboki oddech, wyznałam wszystko dyrektorce swojej szkoły i napisałam książkę Światło między nami. Historie o znakach od tych, którzy odeszli, która opowiada o tym, jak odkryłam swoje zdolności i w jaki sposób się z nimi pogodziłam.
Kilka lat później dostałam następny przekaz i napisałam kolejną książkę: Znaki. Jak odczytywać sygnały, które wysyła wszechświat, mówiącą o tym, w jaki sposób możemy dostrzegać i rozumieć liczne znaki przekazywane nam przez ukochane osoby z Drugiej Strony. Moim celem w przypadku obu tych książek było podzielenie się wiedzą, którą zdobyłam dzięki swojemu "darowi".
Umieściłam słowo "dar" w cudzysłowie, ponieważ zdolności, które posiadam, nie są wyjątkowe. Jest to jeden z głównych tematów moich książek - to, co ludzie uważają za mój dar, tak naprawdę należy do nas wszystkich. Widzę, słyszę i czuję tylko to, co wiruje i kłębi się wokół nas. Połączenia, które jestem w stanie nawiązać, są dostępne dla każdego. Jest to jedynie kwestia nauczenia się, jak otworzyć się na te dary - na niewidzialne więzy energii i połączenia, które łączą nas ze sobą. Jest to nauka dostrzegania i tego, co niewidzialne, i ufania temu.
Moje dwie pierwsze książki miały pomóc czytelnikom otworzyć umysły i serca na te ukryte, ale jak najbardziej realne połączenia - nie tylko z innymi osobami na tej ziemi, ale także z ukochanymi, którzy odeszli.
Po wydaniu Znaków nie otrzymałam kolejnych przekazów - przynajmniej nie od razu - ale nie czułam, żeby stanowiło to problem. Moja praca bywa wyczerpująca i nie mówię tu tylko o byciu medium - jestem również matką trójki dzieci. W końcu jednak nadszedł kolejny przekaz. Nie pojawił się w ten sam sposób jak pierwsze dwa, w natłoku informacji, których nie byłam w stanie zapisać wystarczająco szybko. Tym razem wyglądało to raczej jak spokojna filiżanka herbaty z moimi przewodnikami z Drugiej Strony. Zmieniło się coś jeszcze - sama liczba koncepcji, które się pojawiły. Była oszałamiająca! Najwyraźniej Druga Strona chciała, żebyśmy dowiedzieli się naprawdę dużo.
Właśnie tym jest książka Ścieżki. Na jej stronach chcę podzielić się wszystkim, czego nauczyłam się od Drugiej Strony. Są to idee, które mogą zmienić zarówno nasze życie, jak i cały świat. Uczy ona rozpoznawać znaki kierujące nas w stronę najwyższej ścieżki. Obdarza mądrością i spokojem wynikającymi z zaufania do potężnych energii, których nie możemy zobaczyć, i ujawnia piękno płynące z wiedzy o tym, jak ściśle wszyscy jesteśmy połączeni. Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że kierujesz się już na sekretną ścieżkę do oświeconego życia. Moja książka nie znalazła się na twojej drodze bez powodu. Może zmienić i przekształcić nie tylko twoje życie, ale także życie osób, które kochasz, a nawet nieznajomych, na których możesz wywierać wpływ, choćby nigdy nie stanęli na twojej drodze. Cieszę się, że mogę wyruszyć z tobą w tę podróż, ponieważ wszyscy jesteśmy prowadzeni na sekretną ścieżkę do oświeconego życia.