Ścieżka radości - Corine Sombrun

Kup ebooka

59.00 zł
41.57 zł (41,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Redakcja

Tytuł oryginału: La diagonale de la joie. Voyage au c?ur de la transe

Copyright ? Éditions Albin Michel - Paris ????

Copyright ? 2024 dla wydania polskiego CoJaNaTo Blanka Łyszkowska

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani częściowo,

ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Tłumaczenie: Blanka Łyszkowska

Konsultacja kulturoznawcza: dr hab. Joanna Grela, prof. UJ

Konsultacja neuronaukowa: dr Stanisław Radoń

Konsultacja akustyczna: Bartosz Guzik, Natalia Madeyska (Studio Saturator)

Redakcja: Magdalena Stonawska

Korekta: Agnieszka Szmatoła

Projekt okładki: Ewa Beniak-Haremska

Skład: Raster studio, www.rasterstudio.pl

ISBN: 978-83-67916-034-2

Wydanie I

CoJaNaTo Blanka Łyszkowska

ul. Pustelnicka 48/4; 04-138 Warszawa

tel. +48 728 898 892; www.cojanato.pl; e-mail: biuro@cojanato.pl

listopad 2001...

- Mówi więc pani, że to się wydarzyło w Mongolii?

- Tak, blisko granicy z Syberią, u pewnego szamana. Robiłam reportaż dla BBC World.

- Jak do tego doszło?

- Pod wpływem dźwięku bębna. Gdy szaman o imieniu Balgir zaczął grać, poczułam, że zaczynam się trząść. Najpierw nos, potem dłonie, uderzałam rękami o uda...

- Rozumiem...

- Nie byłam w stanie oprzeć się dźwiękom, bęben mnie opanował. Próbowałam nawet włożyć do niego głowę. Zdaje mi się, że chciałam go wyrwać szamanowi.

- Czy ma pani tendencję do agresywnych zachowań?

- Nie!

- Mówiła pani o odmiennym stanie...

- Tak. Poczułam, że z mojego gardła wydobywa się odgłos. Wycie wilka. Bardzo mocne, głośne...

- To nie pani wydała z siebie ten dźwięk? To znaczy, czy wydała go pani bez udziału swojej woli? Cały kontekst ceremonii szamańskiej, dźwięk bębna, to wszystko mogło mieć na panią wpływ...

- Nie, to było tak, jakbym się stała tym zwierzęciem. Inaczej odczuwałam swoje ciało. Jakbym miała pysk i łapy. I za każdym razem, gdy otwierałam usta, wydobywały się z nich nie słowa, tylko wycie wilka...

- Rozumiem...

- Jednocześnie byłam świadoma tego, co się działo. Wiedziałam, co robię, ale nie panowałam nad swoimi ruchami ani głosem. Moje ciało robiło, co chciało. Lub też raczej robiło, co miało potrzebę robić. Nieodpartą potrzebę.

- A jak się to skończyło?

- Nie jestem pewna. Szaman powiedział, że sprowadzenie mnie z powrotem zajęło mu dwie godziny.

- I co było potem?

- Powiedział, że w tradycji darchadzkiej niedopuszczalna jest sytuacja, że dwoje szamanów uczestniczy w jednej ceremonii bez wcześniejszego uzgodnienia. To dlatego próbował mnie zabić... to znaczy jego duchy chciały mnie zabić. On sam oczywiście nie miał zamiaru mnie krzywdzić. Zdenerwował się na Narę, moją znajomą i tłumaczkę, że mu nie powiedziała, że jestem szamanką. Naraa przeprosiła, mówiąc, że nie była tego świadoma.

- A pani?

- Ja też nie!

- Co było potem?

- Powiedział Narze: "Teraz wiem, że twoja znajoma z zagranicy jest wielką szamanką. To dlatego jej duch podążył za moim darchadzkim, szamańskim duchem. Widziałem, że ma wśród przodkiń wielką szamankę, która na nią wpływa. Mój mongolski duch wpłynął na jej ducha, co pokazuje, że jest bardzo potężną szamanką".

- Rozumiem...

- Może ma pan jakieś wytłumaczenie?

- To będzie raczej problematyczne, jeśli za każdym razem, gdy usłyszy pani bęben, będzie się pani zachowywać jak wilk, prawda? Trzeba to sprawdzić...

- Co sprawdzić?

- Mam kolegę po fachu, który może będzie w stanie pani pomóc. Oto jego wizytówka.

- Ma doświadczenie z tego typu zjawiskami?

- Jest psychiatrą.

CZĘŚĆ PIERWSZA

2006

I

Przebiegam wzrokiem po liście nazwisk na domofonie przy wejściu do kamienicy. Pierre Etevenon. Dzwonię. "Tu Corine. Jesteśmy umówieni na piętnastą". Zamek przeszklonych drzwi odblokowuje się z kliknięciem. Przekładam bęben, by go mieć przed sobą. Ma metr średnicy, jest trochę nieporęczny.

Ciepło we wnętrzu budynku uderza w mój zaczerwieniony od zimna nos. Gdy w lustrze po prawej stronie dostrzegam, że wyglądam jak zmokła kura, wstrząsa mną dreszcz. Musiałam wybierać: bęben lub parasol. Przygładziwszy nieco włosy, zakładam pasek pokrowca z powrotem na ramię. Grzechotki bębna stukają wesoło. Też bym chciała odnaleźć w sobie radość, ale trema ściska mi żołądek. Kontakt do doktora Pierre'a Etevenona, honorowego dyrektora naukowego w Inserm dał mi kolega, Mathieu.

Po przygodzie z lekarzem pięć lat wcześniej zapytałam Mathieu, czy wśród naukowców, których przyjmuje w swoim programie o nauce, znalazłby kogoś, kogo mógłby mi polecić - kto zainteresowałby się moją historią transu bez odsyłania mnie do psychiatry. W międzyczasie, pchana ciekawością, w jaki sposób dźwięk bębna mógł tak bardzo zmienić moje zachowanie, wróciłam do Mongolii. Pchana też nadzieją, że uda mi się - jak obiecywali szamani - skontaktować z duchem pewnej zmarłej osoby. Twoim.

Kiedy Mathieu oświadczył mi, że być może znalazł dla mnie taką perełkę, trudno było mi ukryć entuzjazm. "Poczekaj - uspokoił mnie. - Nawet jeśli Pierre Etevenon jest jednym z pierwszych naukowców, którzy już w latach siedemdziesiątych przeczuwali, że medytacja może zmieniać działanie mózgu, to nie mamy pewności, że on też cię nie odeśle na konsultację psychiatryczną".

Drzwi windy otwierają się, zanim zdążę nacisnąć guzik. To dobry znak, myślę, by uspokoić serce, którego rytm przyspiesza w miarę pokonywanych pięter. Uspokój się, dziewczyno. Będziesz musiała za chwilę walić w bęben, cwałować za duchami, zachowywać się jak kangur, ptak, jamnik i co tam jeszcze. Trzeba się oszczędzać.

W drzwiach z wyciągniętą dłonią i zapraszającym uśmiechem wita mnie postawny mężczyzna w beżowej koszulce, z pokaźnym nosem i siwymi włosami.

- Miło mi panią poznać, Corine.

- Mnie pana również - odpowiadam.

Miło, póki mnie nie odsyła do psychiatry. Zostaję zaproszona do środka.

Na jego biurku, wśród stosów papierów, stoi rządkiem kilka komputerów.

- Zacząłem pisać wstęp do książki o chemii perfum i surowców - mówi. - Proszę tędy, do salonu. Czy podać kawę lub herbatę?

- Herbatę, chętnie.

Siadam z moim bębnem na kanapie pokrytej białą tkaniną. Półki zastawione są książkami i geometrycznymi konstrukcjami z białych plastikowych patyczków.

- Co to jest? - pytam, gdy Etevenon wraca z dwoma parującymi kubkami.

- Wielościany. Ten na przykład to hipersześcian sześciowymiarowy. Lubię je budować. Pomówmy jednak o pani. To, co mi pani opowiedziała przez telefon, wydaje się bardzo ciekawe. Od lat praktykuję medytację. W siedemdziesiątym pierwszym zarejestrowałem nawet elektroencefalogram medytacji zazen mistrza Taisena Deshimaru. Aparaty miały wtedy tylko kilka elektrod i nie było łatwo uwidocznić zmianę w działaniu mózgu, ale to był pierwszy krok w czasach, gdy mówienie o medytacji groziło niechybnie podejrzeniem o przynależność do jakiejś sekty. Rozwój techniki obrazowania mózgu pozwolił na potwierdzenie moich przypuszczeń. Badania pod kierunkiem Antoine'a Lutza w Waisman Lab for Brain Imaging & Behavior uniwersytetu w Madison w Wisconsin, przeprowadzone na ekspertach od medytacji, czyli osobach mających za sobą ponad dziesięć tysięcy godzin praktyki, wykazały wzrost fal gamma w korze przedczołowej i uaktywnienie obszarów ciemieniowych. Inne wyniki otworzyły perspektywy zastosowań w takich dziedzinach jak deficyt uwagi, lęk i stres, sugerując, że być może mózg dostarcza rozwiązań na znacznie więcej patologii, niż sądzimy. Dla mnie więc zmienione stany świadomości, w tym opisany przez panią trans, wydają się do nich należeć, a z tego powodu są zjawiskiem godnym uwagi. Nie przyjmuje pani żadnych substancji halucynogennych, prawda? Nie cierpi pani też na żadne patologie?

W tym momencie drętwieję.

- Żartuję. To, co pani mówi, każe mi sądzić, że od tej strony wszystko jest u pani w porządku. Czy jest pani gotowa zrobić dla mnie demonstrację?

Kiwam głową, trochę niepewnie.

- Nie przyniosłam kostiumu - mówię - ale nie jest on konieczny, by wejść w trans. Dzięki temu będzie pan widział, jak zmienia mi się twarz.

Etevenon się uśmiecha. Dodaję jeszcze:

- Może się zdarzyć, że przewrócę się do tyłu, gdy trans się skończy. Trochę jakbym traciła przytomność. Złapie mnie pan wtedy?

Już się nie uśmiecha.

Godzinę i dziewiętnaście minut później Pierre proponuje, że skontaktuje mnie ze znajomymi badaczami z dziedziny neuronauki, zapewne spoza Francji.

- Jest tylko jeden problem - zaznacza. - Wykonanie elektroencefalogramu pani mózgu w transie wyklucza użycie bębna. Czy będzie pani w stanie wywołać trans siłą woli?

Odstawiam kubek.

- Tylko jak? Żaden szaman w Mongolii tego nie praktykuje. Nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe.

- Takie skakanie uniemożliwia badanie w kasku z elektrodami na głowie. Warunki przeprowadzenia tego badania wymagają niemal całkowitego bezruchu.

Zastanawiam się, dopijając herbatę, równie chłodną, co moje pomysły na rozwiązanie tego problemu.

- Jeśli się to pani uda - dodaje Etevenon - to byłby to pierwszy taki przypadek na świecie. Żadne laboratorium nie zarejestrowało dotąd EEG takiej formy transu.

Cisza.

- I ostatni temat do wyjaśnienia. Czy pani konsultuje?

- Nie, jeszcze nie skończyłam szkolenia. Zresztą nie ma dowodów na to, że trans może mieć jakikolwiek wpływ na jakieś patologie.

- Bardzo dobrze - potakuje Pierre. - Jeśli uda się panią wprowadzić do jakiegoś programu badawczego, spotkamy się z ogromnym sceptycyzmem. Jak sama pani się zorientowała, te tematy wywołują wielki opór i na samo wspomnienie o terapii czy konsultacjach z pomocą transu pojawić się mogą oskarżenia o nielegalną praktykę medyczną. Wtedy wszystkie otwarte przez nas drzwi momentalnie by się przed nami zatrzasnęły.

II

Idę podlać Hektora, moją bazylię. Dam mu pić i zobaczę, jak jego listki delikatnie drżą. Dobrze mi to robi, gdy się boję. To pozostałość po moim doświadczeniu w Amazonii. Szaman Francisco nauczył mnie tam magicznych pieśni zwanych icaros, bym mogła wejść w kontakt z niektórymi roślinami, które ponoć potrafią przekazywać ludziom zrozumienie snów, dźwięków i wszystkiego, czego ci potrzebują, by mieć dostęp do świata duchów. Początkowo uważałam te pieśni za komiczne. I czułam się jeszcze bardziej komicznie, kiedy je śpiewałam. A jednak do Mongolii, rok później, zaprowadził mnie właśnie sen, który miałam po zaśpiewaniu icaro ajo sacha, czosnkowemu pnączu, roślinie "nauczającej" interpretacji snów.

W tym śnie młody mężczyzna powiedział mi: "Zerwij liść tego drzewa i przyłóż go do ucha". Usłyszałam wtedy śpiew alikwotowy, czyli polegający na jednoczesnym wytworzeniu dwóch dźwięków, uważany za święty przez Mongołów i Tuwińców, lud żyjący na Syberii. Zastanawiałam się, dlaczego przyśniła mi się mongolska technika śpiewu, gdy byłam w Amazonii? Czy to była sugestia drogi, którą powinnam obrać? Spróbowałam i oto jestem tu, gdzie jestem.

Francisco nie zna takiej rośliny jak bazylia, ale mam wrażenie, że patrzenie na Hektora przynosi mi pogodę ducha. Jest dwudziestym pokoleniem moich bazylii. Dla każdego z nich stworzyłam icaro. A może raczej to one nauczyły mnie tych pieśni. Śpiewam Hektorowi jego icaro, kiedy się boję. Hej, bazylio moja, dziś się trochę boję, dlatego cię proszę, naucz mnie odwagi. Śpiewam. Chcesz jeszcze pić? Posyła mi trochę swojego zapachu.

No dobrze, czas podjąć próbę wywołania transu siłą woli. Uśmiecham się, dostrzegając, że bazylia stoi obok szybkowaru. Lubię, kiedy życie puszcza do mnie oko w ten sposób. Bez względu na to, jak głupie są moje skojarzenia, ten najniższy poziom mojej inteligencji pozwala mi się odprężyć.

Robię sobie miejsce na niebieskim dywanie w salonie. Odsuwam kanapę, stolik kawowy i wszystko, o co mogłabym się uderzyć. Staję pośrodku tak przygotowanej przestrzeni. Gotowa? Nie. Nigdy nie robiłam tego sama, bez kogoś, kto mógłby mnie złapać. Mogę się przewrócić, zrobić sobie krzywdę. Szamani zawsze mają asystenta, który zabezpiecza ich akrobacje. Klękam. Tak rozwiązuję przynajmniej część problemu. A jeśli rzeczywiście uda mi się wejść w trans bez bębna, co wtedy? To mało prawdopodobne, ale jeśli jednak, to co?

Słyszę dźwięk klucza przekręcanego w zamku. To Anne.

- Co robisz na podłodze? Próbuję wejść w trans siłą woli.

Anne wznosi oczy ku niebu.

- Mówiłam, żebyś na mnie zaczekała. Jeśli ci się uda, muszę tu być, żeby ci pomóc wrócić! - Wydaje z siebie coś na kształt prychnięcia na znak irytacji moją bezmyślnością. Ale w końcu się uśmiecha. - No dobra. Idę po drumlę.

Szamanka Enkhtuja podarowała jej instrument podczas naszego pobytu w Mongolii, aby pomagała mi wrócić z transu.

Dotykam obojczyka. To tik, który przypomina mi, że przynajmniej jedna rzecz pozostaje we mnie stała. Jak ja się mam do tego zabrać bez bębna? Pierre powiedział, że nie mogę nawet słuchać jego dźwięku w słuchawkach - ze względu na kask z elektrodami na głowie. A gdybym wyobraziła sobie bęben? Zamykam oczy. Jestem w Mongolii. Enkhtuja zaczyna grać. Bęben rozbrzmiewa. Wdycham dźwięk. Wsysam go w siebie. Uszy nasłuchują czujnie...

Więcej znajdziesz w wersji pełnej publikacji

Tematy publikacji w pełnej wersji

CZĘŚĆ PIERWSZA

2006

2007

2008

2009

2010

2011

CZĘŚĆ DRUGA

2013

2014

2015

CZĘŚĆ TRZECIA

2016

2017

2018

2019

Źródła

Przygotowanie do wersji elektronicznej: RASTER studio, 603 59 59 71