Schyłek - Roman Ciepliński

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Pułapka wyobraźni

1.

Od dawna coś wisi w powietrzu, trudno nie zauważyć, że napięcie rośnie. Pozory spokoju zdają się tylko potwierdzać, że coś jest nie tak.

Zanim dojechałem do punktu pobrań przy ul. P., zaliczyłem po drodze dwa parkingi sklepów budowlanych i jedną ślepą uliczkę. Błądziłem, a moja irytacja sięgała zenitu. Przechodnie nie umieli mi pomóc. Prawdę mówiąc, chciałem wracać do domu, bo już wcześniej pocałowałem klamkę w punkcie przy ul. E. Zawróciłem więc na rondzie H. i stanąłem w zatoczce autobusowej, żeby zadzwonić do Małgosi, by rzutem na taśmę wyguglała mi w internecie, gdzie jest ta cholerna P. numer dwadzieścia. Człowiek bez GPS-a w telefonie ma dziś ciężkie życie. Kiedyś jednak uznałem, że poniosę koszt uchronienia się przed powszechną inwigilacją. Zamiast smartfona miałem więc w kieszeni zabytek sprzed dwudziestu lat. Niektórzy mówili na to: telefon dilera.

Małgosia guglała, ja tymczasem tępo patrzyłem przed siebie, próbując rozgarnąć ciemności. I nagle, tkwiąc w takim dziwnym stanie bezmyślności, dostrzegłem tablicę. Była na wprost. Ogromny czerwony napis informował: "Punkt pobrań". Jak mogłem tego nie widzieć?

Za biurkiem siedziała kobieta w białym kitlu. Przy okienku natomiast stał mężczyzna w kombinezonie z bardzo nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Wzięli ode mnie próbkę, po czym poprosili o dowód osobisty, identyfikator liczbowy, który otrzymałem wcześniej esemesem, i pesel. Sporo tych danych potrzebują, by zbadać jedną próbkę, pomyślałem. Starałem się nie tracić cierpliwości i spokojnie czekałem na zaświadczenie. Tymczasem okienko kontenera otworzyło się jeszcze raz, a facet o nieprzyjemnym wyrazie twarzy oschłym tonem wycedził: "Poproszę kod pocztowy". Nie wytrzymałem: "Jeszcze wam mało?". Oboje popatrzyli po sobie zaskoczeni, że ktoś ośmielił się podważać procedury. A przecież ich podważyć się nie da, bo system po prostu nie przyjmie niczego wbrew nim, niczego nie przerobi, choćby nie zgadzał się tylko przecinek. Z drugiej strony przyznać muszę, że nigdy nie pamiętałem kodu pocztowego.

Małgosia zna wszystkie ważne liczby. Zna rozmiar biustonosza swojej babki i mojej matki, numer telefonu hydraulika, jest w stanie podać numery rejestracyjne wszystkich aut, które mieliśmy w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat. Od razu podała mi więc mój kod pocztowy.

Wkurzony wsiadłem do auta i ruszyłem do domu. Teraz mają już wszystko. Jestem namierzony, każdy mój krok może być kontrolowany. Podobnie pewnie po zebraniu pakietu danych namierzono kiedyś szejka J., podejrzanego o terroryzm. Było spokojne popołudnie. Nagle nadleciał dron i odpalił maleńką izraelską rakietę powietrze-ziemia. Szejk oberwał w głowę, praktycznie wyparował. Zdjęcia w gazetach, które - jak to się mówi - obiegły świat, były wymowne. Przedstawiały głęboką dziurę w ziemi, a w koło porozrzucane szczątki wózka inwalidzkiego (szczerze mówiąc, dopiero po obejrzeniu tych zdjęć zdałem sobie sprawę z tego, że szejk odpowiedzialny ponoć za zamachy na Izraelczyków, był inwalidą). Tyle pozostało po szejku.

Teraz mogą już ze mną zrobić wszystko. W jednej chwili - jeśli to będzie komuś do czegoś potrzebne - mogą mnie namierzyć, zajrzeć mi do portfela, talerza, łóżka, wyzuć z intymności, wyświetlić mój profil konsumenta, błyskawicznie oszacować moją użyteczność dla gospodarki, polityki, wycenić mnie jak stary płaszcz w sklepie z używaną odzieżą, albo nawet odstrzelić, jeśli któregoś dnia nie wytrzymam, zwariuję i stanę się niebezpieczny i agresywny.

Włączam radio. Z głośnika płyną dźwiękowe śmieci. Klnę pod nosem, jest tyle wspaniałej muzyki, a oni z uporem napychają nasze uszy absolutnym szajsem. Zmieniam rozgłośnie, ale każda kolejna stacja nadaje akurat muzykę, w której nie gustuję. Smętny, trywialny i przewidywalny hip-hop, rapujący uliczni mędrcy, jałowy, irytujący i natarczywy pop, nawet muzyka filmowa kojarzy mi się z powlekaniem ciszy dźwiękową szarą olejnicą.

Zmieniłem się, stałem się drażliwy, zawsze gotowy do irytacji z byle powodu. Gdzie jest moja strefa zgniotu? Wreszcie znalazłem moją ulubioną kiedyś stację, na której się wychowałem, która nauczyła mnie słuchać muzyki pełnej głębi i emocji. Wtedy jeszcze ludzie w coś wierzyli, mieli jakieś życie duchowe, jakieś myśli, o których można by powiedzieć, że były to ich myśli, a nie gotowe moduły z facebooka. Ale także ta stacja puszczała muzykę, której nie trawiłem, głównie tak zwany grunge, zapowiadający niewątpliwie ostateczny upadek rocka. To był już właściwie ostatni akord przed odejściem muzyki od melodyki, naturalnego rytmu, kojących brzmień - w stronę chaosu, hałasu, ściany metalicznych rzężeń rozstrojonych gitar i naćpanych umysłów (nie ten rodzaj "naćpania" lubiłem). Wydawca od lat narzekał na spadek słuchalności. No cóż, pokolenie X w czasach niżu demograficznego nie było aż tak liczne, by wypełniło lukę po ucieczce starszych słuchaczy. Nie raz im mówiłem: "skończcie z tymi Nirvanami, Pearl Jamami i temu podobnymi produktami, bo pójdziecie z torbami". To nie jest do słuchania. Oni jednak upierali się, że to jest muzyka młodych... Ale rock się skończył już na początku lat 90. Nikt chyba nie przypuszczał, że popkultura wdepnie w coś jeszcze gorszego; w te wszystkie rapy, hip-hopy, techno, klubowe popłuczyny i covery. To był już ostateczny upadek i bryndza. Na dodatek po śmierci Daviesa - skończył się też jazz... Muzyka - ale i w jakimś sensie wiele innych dziedzin kultury - weszła w okres manieryzmu, wtórności, jakiejś przerażającej impotencji. Wiało nudą i brakiem talentów, energii i świeżości. Raził brak autentyzmu wykonawców, silenie się na oryginalność. Hip-hop ostatecznie pogrzebał wszystko, co naprawdę artystyczne w muzyce popularnej, stał się nośnikiem jałowej publicystyki i tandetnej konwencji. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że wchodzimy w fazę schyłku, schyłku czegoś, czego sami do końca nie poznaliśmy, co było zarazem zapowiedzią nowego, które okazać się miało wstępem do większej - także nie rozpoznanej - degrengolady (to, co współcześni określali często jako upadek i manieryzm, później jednak zyskiwało apologetów i koneserów niczym długodojrzewające sery śmierdziuchy czy gnijące śledzie). Rację miał więc Witkacy, myślałem, ciemna, zadowolona z siebie ogłupiona małym dobrobytem masa pogrzebie ostatecznie starą kulturę Europy, wypruje ją ze wszystkiego, co żywe i głębokie, i zadowoli się miałkim efekciarstwem.

Wyłączyłem radio, z którego płynęły męczące uszy, skrzypiące, kwaśne dźwięki. Przed rondem G. seria świateł, które wspomagały wyjazd z bocznych uliczek prowadzących na parkingi magazynów budowlanych. Z prawej, nie zważając na moją corsę, wjeżdża mi nagle przed przedni zderzak facet o twarzy drobnego cwaniaczka, jakich pełno w S. Nie wytrzymałem. Spuściłem elektryczną szybę i krzyknąłem:

- Gdzie się pchasz tą skodziną?

Facet był nerwowy i też miał otwartą szybę. Wyskoczył z auta, machając rękoma, które najwyraźniej pchać chciał do środka mojej kabiny. Rzucił w moją stronę wiązką niewybrednych epitetów, po czym pakował już swoje łapy przez niedomknięte okno. Na szczęście zapaliło się zielone i gwałtownie ruszyłem. Ale, zamykając szybę, przytrzasnąłem gościowi rękę.

Analizując później tę awanturę, stwierdziłem, że w gruncie rzeczy facet miał rację. To ja zatarasowałem wjazd na główną drogę, a on właśnie miał zielone. No i pogardliwie wypowiedziałem się o jego aucie.

Jak zwykle w S. - nie ma czym oddychać. Zanosi się na burzę. Prawdę mówiąc, zanosi się od dawna. Może nawet od ostatniej wojny albo i wcześniej, może od średniowiecza, albo od końca epoki lodowcowej. Burze, najprawdopodobniej z powodu specyficznego położenia S. w delcie O., wśród rozlewisk, nad jeziorem łączącym się z zalewem, który to z kolei łączy się z morzem, omijają miasto, które wciśnięte jest w płaską jak pływająca patelnia bagnistą dolinę. Klimat ten sprawia, że w naszej części Polski panuje stan permanentnego napięcia, rozdrażnienia i zmęczenia zarazem, co tak typowe jest przed burzą. Niepokój i zachowania neurotyczne wzmagają się wówczas, małżonkowie kłócą się bez powodu, wystarczy iskra, by nastąpił wybuch, psy stają się agresywne, koty chowają się w niedostępnych zakamarkach, ptaki cichną lub wręcz przeciwnie - rozdrażnione wykazują nadmierną aktywność. Z powodu moczarowego klimatu, bagiennych wyziewów, dogodnych warunków dla procesów rozpadu, erozji i utleniania, szybciej tu odpadają tynki, kruszą się cegły, psują się wszelkie urządzenia, choćby takie jak pralki czy zmywarki. Po kilku latach rozpadają się ocynkowane rynny, parapety, ku zdumieniu kominiarzy pękają kominy, a blacharze samochodowi, z których miasto słynie - jak nigdzie indziej - mają pełne ręce roboty, bo S. to kraina rdzy i kolizji. Korozja zżera w tempie ekspresowym portowe suwnice, szyny kolejowe na nabrzeżach, dźwigi nieczynnej stoczni, resztki starej huty czy nawet niedokończone kadłuby statków porzuconych w dokach. Tylko burza jest w stanie rozładować napięcie. Ta jednak wciąż nie nadciąga.

Upalne, parne popołudnie w lipcu roku pańskiego 2021, w dzielnicy T., nieopodal stadionu piłkarskiego i linii kolejowej, w mieszkaniu na drugim piętrze przy ruchliwej alei z linią tramwajową pośrodku, narzuca skojarzenie ze ścisłym związkiem historii, czasu i przestrzeni, w które to życie wrzuciło mnie, nie patrząc na konsekwencje. To było pewnie coś w rodzaju desantu. Tylko, czy ja czuję się komandosem? Taką mam najwyraźniej misję, by błądzić, szukać, radzić sobie w tej nieprzyjaznej, coraz bardziej obcej człowiekowi rzeczywistości.

Gdy tak myślałem o sobie i swojej roli w tym wszystkim, o nas, o S., które niczym miasto-cover "grane" jest od prawie osiemdziesięciu lat jeszcze raz, ale inaczej, ogarnęła mnie nagła senność. Rozdrażniony frustrat - jeśli nie rozładuje napięcia w stosowny dla siebie sposób, na przykład sięgając po alkohol - zmęczony samym sobą zapada w stan hibernacji, nudy, jakiś rodzaj letargu, kiedy to człowiek dojrzewa do twórczości, zbrodni lub szaleństwa. Odnosiłem wrażenie, że coś takiego mi się właśnie przydarzyło.

Wędrówka ludów, sprowokowana przez niespodziewany zwrot historii, ogień piekielny na Ziemi, który sam diabeł niczym Prometeusz Antychryst podarował ludziom w wieku XX (historia była wówczas jeszcze naiwna), a później powszechny strach i zakłamanie sączące się z ekranów w pierwszych dekadach wieku XXI, choroby umysłu i duszy, które ONZ uznała za wzorce zdrowia, zbrodnie, które stały się już prawami człowieka... Wszystko to nagle wymieszane z obrazami duszącego się w bagnistych oparach portowego miasta odpłynęło i oto, jak w malignie, pojawiła się sędzia z grubym łańcuchem na szyi, z którego zwisał dostojnie dorodny orzeł w koronie ze stali nierdzewnej, i powiedziała stanowczo i bez cienia ironii: "Czy rozumie pan akt oskarżenia?". "Jaki akt, wysoki sądzie?", zapytałem, mając niewątpliwie już dosyć wysoką gorączkę. "Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. Skoro jednak pan nie wie, przypomnę: jest pan oskarżony o oszustwo. Nie żyje pan własnym życiem, jest pan wyjęty z historii, ze swojego miejsca, środowiska i czasu. To wszystko, co pan prezentuje jest nieprawdziwe, to mistyfikacja, przez którą skrzywdził pan tę kobietę". "Jaką kobietę?", zapytałem, ale w to gorące popołudnie sędzia nagle rozpłynęła się jak zjawa.

Myślę dzisiaj, że to była prowokacja. Prowokacja mojej wyobraźni, która igrała z ogniem, czyli z moją pamięcią, moim rozczarowaniem rzeczywistością, emigracją wewnętrzną, nieudanymi związkami (to norma), miłością, która, zakładając różne maski i kostiumy, drwiła ze mnie. Czy to wszystko było tylko iluzją, kolejnym wcieleniem złudzenia po nagłym zniknięciu A.? Ujrzałem raptem jak jedna po drugiej nadpływają jak we śnie i uśmiechają się niczym anioły, wszystkie piękne, pełne uroku, spokojne i na swój sposób już obce niczym symbole minionych uczuć, wcielenia rozczarowań, królowe frustracji, wolne od zobowiązań i udręki.

Niebo, mimo popołudnia, które, udręczone upałem, stopniowo spływało ku wieczorowi, było bladoniebieskie.

2.

Na szczęście mamy jeszcze resztki pamięci i jakieś wspomnienia. Są jeszcze biblioteki, które już zaczynają cenzurować, ale właściwie po co, skoro prawie nikt z nich nie korzysta? Rezerwuary pamięci o normalnym świecie, bo teraz "normalne" nie jest już chyba nic. Nawet pogoda.

Pamiętam niemal pusty wagon regionalnego pociągu, który klika minut po piątej rano odjeżdżał z dworca Głównego w S. do stacji końcowej w nadmorskim M. Myślałem ciągle o nas (była to moja obsesja, by własne życie i rzecz jasna również A. traktować jako niepodległe fenomeny; my jako byty historyczne, które historię starają się ignorować, ale ona o nas niestety nie zapomniała).

Chciałem pędzić z A. nudne i pospolite życie, niezależnie od tego, jak toczyć się będzie historia, byle tylko była zawsze ze mną, a ja z nią. Ucisk, zjawisko permanentne w dziejach, jako stan rzeczy uniwersalny, był - sądziłem tak jako urodzony sceptyk - w zasadzie wszędzie. Wtedy tu był zwyczajny zamordyzm, ordynarne, bezczelne kłamstwa i brutalna przemoc. Tam z kolei - aksamitne metody zniewalania z udziałem środków znieczulających i miraży wolności, o czym kręcił swoje filmy Bu?uel. Straszono nas, że na Zachodzie duszę odbierają bezboleśnie i w komfortowych warunkach, gdy tymczasem komuniści - nie wierzący w istnienie duszy - zabijają jedynie ciała. Potrzeba, która mnie pchała nad morze, w samo jądro samotności (tak to sobie wyobrażałem) musiała mieć jakieś głębsze sensy. Czy chciałem wydobyć z siebie samego jakąś ukrytą Atlantydę mojej własnej natury, osobowości czy coś w tym rodzaju? A może coś, czym mógłbym zagrać w umysłach czytelników, wciągnąć ich do mojego świata, przekonać do siebie, omamić, zniewolić? Raczej nie o to chodziło. Nie o zniewolenie. Raczej o rodzaj archeologii. Te wykopaliska dotyczyć miały wyłącznie mnie samego. Wierzyłem, że na dnie swojej osobowości czy nawet duszy odkryję coś interesującego, jakąś Troję lub chociaż piramidę... Z dzisiejszej perspektywy ta "rozdęta moim rosnącym ego literacka wycieczka" wydaje mi się jakąś parodią mitycznej wyprawy po złote runo.

Pociąg jechał powoli, mijając porośnięte krzakami bzu i jaśminu podmiejskie dworce, bocznice, stare wysłużone magazyny z czerwonej cegły i współczesne zakłady przemysłowe opakowane blachą falistą i betonowymi ogrodzeniami, które powoli - jak wszystko wkoło - porastały chaszcze. Maszyna do pisania, którą dostałem od R. "bym spokojnie mógł wszystko opisać i zostać artystą, co się i tak stanie, choćbym nawet nie chciał", znajdowała się w miękkiej torbie podróżnej z grubego płótna obszytego kawałkami brązowej skóry, z której zrobiona była także rączka. By opisać "to wszystko" wybrałem M., dawniej cesarski kurort, wówczas senne miasteczko z domami wczasowymi dla klasy robotniczej w dawnych "cesarskich" pensjonatach i nowych sanatoriach dla górników i hutników ze Śląska, oszpecone prymitywnymi pawilonami, gdzie serwowano placki ziemniaczane i smażonego dorsza. Tam miałem napisać moja pierwszą, demaskującą ukryte prawdy, książkę.

w serii kwadrat ukazały się:

"2008", "2011", "2014", "2017", "2020" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo "Made in Roland"

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Jacek Bielawa "Kościelec"

Jarosław Błahy "Rzeźnik z Niebuszewa"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Życie zastępcze"

Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"

Jerzy Franczak "Święto odległości"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Jarosław Jakubowski "Wojna"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Piotr Michałowski "Światy równoległe"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski "Błogosławieni"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Ricochette", "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Michał Trusewicz "Przednówki"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Henryk Waniek "Miasto niebieskich tramwajów"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"