Schwytany Onyks - Linnea May

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Malia

Cier­pię.

W życiu nie mia­łam takiego bólu głowy. Czaszka mi pul­suje i odno­szę wra­że­nie, jakby jakiś mło­te­czek wście­kle w nią łomo­tał, sta­ra­jąc się roz­łu­pać ją na kawałki.

Cho­wam się w mroku i szu­kam wygod­nego miej­sca w ocze­ki­wa­niu na to, aż dotkliwe pul­so­wa­nie usta­nie.

Udręka z tym zwią­zana przy­tła­cza mnie i zmu­sza, żebym nie otwie­rała oczu, gdy w końcu się budzę z wymu­szo­nego snu. Jestem sko­ło­wana.

Co się stało?

Gdzie się znaj­duję?

Jesz­cze chwilę temu prze­by­wa­łam w swoim pokoju hote­lo­wym. Szczę­śliwa... i pijana. Ni­gdy nie piję, ale to był wyjąt­kowy wie­czór - ślub naj­lep­szej przy­ja­ciółki, do tego sza­lony. Zde­cy­do­wali się uciec i zadzwo­nili do mnie w ostat­niej chwili z prośbą, żebym była ich jedy­nym świad­kiem.

Świet­nie się bawi­li­śmy. Impre­zo­wa­li­śmy. Ostro. Za ostro. W gło­wie mi się krę­ciło, gdy zapro­wa­dzili mnie do pokoju. Cho­ciaż upie­ra­łam się, że mogę iść sama, pod­trzy­my­wali mnie, a ja poty­ka­łam się i chwia­łam, prze­mie­rza­jąc kasyno.

Odpro­wa­dzili mnie, pomo­gli się poło­żyć. I wyszli.

I cho­ciaż wciąż mam zamknięte oczy, czuję, że to już nie jest pokój hote­lowy. Pach­nie tu ina­czej, leżę na innym mate­racu, zza drzwi dobie­gają inne odgłosy.

Z oddali dobiega nagły dźwięk, jakby trza­śnię­cie drzwiami, stłu­miony przez ściany czy inne drzwi. Znaj­duję się w zamknię­tym pomiesz­cze­niu i leżę na zapa­da­ją­cym się mate­racu, w pościeli o nie­przy­jem­nym cytru­so­wym zapa­chu. Ostrym i nie­pa­su­ją­cym do atmos­fery tego pokoju.

I jest coś, co napawa mnie praw­dzi­wym nie­po­ko­jem.

Mam zwią­zane ręce. Mam też pęta na kost­kach nóg.

Leżę na ple­cach z rękami zwią­za­nymi z przodu, spo­czy­wa­ją­cymi na brzu­chu. Usi­łuję zapa­no­wać nad odde­chem w obli­czu budzą­cej się paniki.

Moje nogi nie są jed­nak zwią­zane razem; zostały do cze­goś przy­wią­zane. Do ramy łóżka? Czy ja w ogóle leżę na łóżku? Prze­ko­nam się o tym tylko wtedy, gdy otwo­rzę oczy.

Za bar­dzo się boję.

Prze­raża mnie to, co mogę zoba­czyć. Prze­raża mnie, że wtedy sta­nie się to rze­czy­wi­ste. Bo gdy uniosę powieki, nie będę mogła dłu­żej uda­wać, że to tylko zły sen albo wizje, które powstały po tym, jak w hotelu w Atlan­tic City urwał mi się film.

Tam powin­nam być. Tam byłam, zanim wszystko spo­wiła czerń.

Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Liliane i jej nowy mąż Jay­son wyszli z pokoju. Wciąż widzę jej zatro­skaną minę, kiedy spoj­rzała na mnie po raz ostatni.

"Nic mi nie jest", wybeł­ko­ta­łam. Doda­łam do tego słaby, ale szczery uśmiech. Czu­łam się zmę­czona, bar­dzo zmę­czona. Chcia­łam tylko zasnąć i żeby pokój prze­stał wiro­wać.

I tak się stało. Chwilę po tym, jak drzwi się za nimi zamknęły, zapa­dłam w pozba­wiony wizji sen.

Potem coś się wyda­rzyło.

Zza drzwi dobie­gały jakieś odgłosy. Naj­pierw łagodne puka­nie, które sta­wało się coraz gło­śniej­sze i agre­syw­niej­sze, im dłu­żej je igno­ro­wa­łam. Drzwi aż się trzę­sły i nie dało się dłu­żej nie zauwa­żać tego zamie­sza­nia, nawet w moim żało­snym sta­nie.

Zmu­si­łam się, by pod­nieść cięż­kie powieki i wstać z łóżka.

Doczła­pa­łam do drzwi, poty­ka­jąc się i prze­kli­na­jąc w myślach naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Sądzi­łam, że to Liliane wie­dziona nie­wła­ści­wie ulo­ko­waną tro­ską, tak wście­kle wali w drzwi, żeby spraw­dzić, jak się czuję, zamiast cie­szyć się pierw­szą nocą panny mło­dej.

Byłam pewna, że to ona.

A jed­nak nie.

O Boże, chyba wpa­dam w panikę.

Serce mi łomo­cze, koła­cze w klatce pier­sio­wej z nie­mal bole­sną gwał­tow­no­ścią. Prze­su­wam zwią­zane ręce i przy­ci­skam do lewej piersi, jak­bym chciała zablo­ko­wać mu drogę ucieczki.

Jestem prze­ra­żona.

Kurew­sko prze­ra­żona.

Nie­ważne, czy mam oczy zamknięte, czy otwarte, wiem, że spo­tkało mnie coś okrop­nego. Wiem, że zna­la­złam się w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Uno­szę gwał­tow­nie powieki, jak­bym się budziła z kosz­maru.

Nie budzę się jed­nak, bo prze­cież już nie spa­łam. I nie znaj­duję się tam, gdzie powin­nam, czyli w luk­su­so­wym hote­lo­wym apar­ta­men­cie, zare­zer­wo­wa­nym dla mnie przez hoj­nego męża przy­ja­ciółki. Nie ma tu łóżka z bal­da­chi­mem, które otu­li­łoby mnie poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, nie ma mię­si­stych dro­gich zasłon w oknach do pod­łogi ani drzwi wio­dą­cych na bal­kon z wido­kiem na morze, naj­pięk­niej­szym, jaki w życiu widzia­łam.

Nie ma nic z tego.

Bo mnie tam już nie ma. Pokój, w któ­rym się teraz znaj­duję, tak bar­dzo się różni od tam­tego, że nie mogę się dłu­żej oszu­ki­wać i myśleć, że na­dal prze­by­wam w hotelu w Atlan­tic City.

Po pierw­sze, pomiesz­cze­nie jest o wiele mniej­sze. Leżę na łóżku king size z ciemną pościelą. Nogi przy­wią­zane za kostki do ramy mam lekko roz­su­nięte - napi­nają mate­riał sukni. I mimo że wypeł­nia mnie lodo­waty strach o życie, nie mogę prze­stać się zasta­na­wiać, dla­czego ktoś przy­wią­zał mnie w ten spo­sób. Widy­wa­łam takie rze­czy w fil­mach - bez­radne ofiary porwa­nia ze zwią­za­nymi nogami i rękami spę­ta­nymi na ple­cach albo sie­dzące na krze­śle ze skrę­po­wa­nymi rękami i nogami przy­wią­za­nymi do nóg krze­sła.

Ale w ten spo­sób? Koja­rzy mi się to z jakimś sza­lo­nym sady­stą, który przy­wią­zuje ofiarę do łóżka przed przy­stą­pie­niem do sek­su­al­nego wyko­rzy­sta­nia jej lub tor­tu­ro­wa­nia. A ofiara ma wszyst­kie koń­czyny roz­ło­żone i przy­wią­zane do czte­rech rogów łóżka.

Cie­szę się, że nie zna­la­złam się w takiej pozy­cji. Nie jestem aż tak skrę­po­wana, bo mogę nieco poru­szyć rękami, mogę usiąść. Jed­nak z jakie­goś powodu tego nie robię.

Pomiesz­cze­nie jest słabo oświe­tlone poje­dyn­czą żarówką wiszącą nade mną. Roz­ja­śnia ona tylko oko­licę łóżka, a resztę spo­wija cień. Cho­ciaż z tego, co widzę, nie byłoby na co patrzeć. Cztery ściany, żad­nych okien, a na lewo ode mnie drzwi. Brak innych mebli, gołe ściany. To jest po pro­stu duża cela z drew­nianą pod­łogą i pro­stym łóż­kiem na środku.

Nie ma nic wspól­nego z poko­jem, w któ­rym mia­łam się dzi­siaj rano obu­dzić.

Zanim zosta­łam porwana. Zabrana. Nazy­waj­cie to, jak chce­cie.

Co się ze mną stało? Kto pukał w nocy do moich drzwi?

Otwo­rzy­łam je, spo­dzie­wa­jąc się ujrzeć Liliane, ale to nie jej twarz zoba­czy­łam. Tyle pamię­tam.

W progu stał męż­czy­zna. Wysoki.

I natych­miast rzu­cił się na mnie.

A wtedy świat spo­wiła ciem­ność.

Aż do teraz.

Zaczy­nam myśleć, że ktoś pró­buje namie­szać mi w gło­wie.

Hałasy nie cichną. Raz po raz sły­szę trza­ska­nie drzwiami, kroki kogoś, kto cho­dzi w tę i we w tę, widzę cie­nie prze­ci­na­jące pasmo świa­tła sączą­cego się spod drzwi.

Mam wra­że­nie, że mijają całe wieki, a moje serce pod­ska­kuje za każ­dym razem, gdy wyczu­wam ruch za drzwiami lub sły­szę dobie­ga­jący stam­tąd dźwięk. Trwoga zalewa mnie falami, które napły­wają i opa­dają w zależ­no­ści od tego, na ile nie­uchronne się wydaje zagro­że­nie cza­jące się na zewnątrz. Serce mi się uspo­kaja, gdy zamie­sza­nie cich­nie, i koła­cze gorącz­kowo w obli­czu naj­słab­szego sygnału, że ktoś się do mnie zbliża. Jestem sama, samiu­teńka w ciem­no­ści, lecz prze­cież ten ktoś na zewnątrz, kim­kol­wiek jest, nie może być moim przy­ja­cie­lem, prawda?

Dla­tego nie wołam. Mil­czę nawet wtedy, gdy sły­szę zbli­ża­jące się kroki i po raz pierw­szy towa­rzy­szące im głosy. Głę­bo­kie, męskie.

Moje serce wali tak szybko, że aż czuję zawrót głowy i robi mi się nie­do­brze z prze­ra­że­nia. Po raz kolejny widzę cie­nie cza­jące się przed drzwiami, ale tym razem nie prze­cho­dzą dalej.

Zatrzy­mują się.

Ja zaś wstrzy­muję oddech.

Rozdział 2

Malia

Zamek się obraca, a towa­rzy­szący temu gło­śny dźwięk każe mi natych­miast usiąść pro­sto na łóżku. Dziw­nie mi się sie­dzi z roz­su­nię­tymi i wycią­gnię­tymi przed sie­bie nogami, bez moż­li­wo­ści pod­par­cia się rękami. Nie­mniej ta pozy­cja jest lep­sza od leże­nia na ple­cach niczym bez­bronna ryba wycią­gnięta z wody, zdana na łaskę tego, kto prze­kro­czy próg.

Drzwi otwie­rają się powoli i wpusz­czają do środka świa­tło. Wzrok mój przy­wykł do ciem­no­ści, więc mrużę oczy, by spoj­rzeć na intruza. W pierw­szej chwili widzę tylko zarys jego postaw­nej syl­wetki.

Nie dziwi mnie, że to jest męż­czy­zna. Sze­ro­kie bary opina czarna koszula z pod­wi­nię­tymi ręka­wami. Świa­tło bijące zza niego jest tak ostre, że nie mogę zoba­czyć twa­rzy i na temat jego wyglądu stwier­dzić nic ponad to, że jest dość wysoki i musku­larny.

Zatrzy­muje się w drzwiach i przez chwilę stoi w mil­cze­niu. Jego wzrost oraz to, jak jest oświe­tlony działa na jego korzyść i spra­wia, że czuję się jak karzeł. Z każdą sekundą eks­cy­ta­cja z powodu zaję­cia czymś mojej uwagi ustę­puje nasi­la­ją­cemu się stra­chowi.

Kto to jest? Co zamie­rza ze mną zro­bić?

Gdzie ja się znaj­duję? I dla­czego?

Nie ośmie­lam się wypo­wie­dzieć tych pytań, głów­nie z obawy przed odpo­wie­dziami.

Wysoki męż­czy­zna wresz­cie się poru­sza i wcho­dząc do środka, prze­kręca włącz­nik umiesz­czony przy drzwiach. Żarówka nad moją głową roz­ja­śnia się i zalewa pomiesz­cze­nie świa­tłem, niwe­lu­jąc dotych­cza­sowy kon­trast tutej­szego mroku z jasno­ścią na zewnątrz. Zanim jed­nak zdążę przyj­rzeć się temu, co się tam znaj­duje, przy­bysz zamyka drzwi.

Kiedy się do mnie zbliża, powoli, ale sta­now­czo, trzy­ma­jąc dło­nie w kie­sze­niach spodni i prze­krzy­wia­jąc głowę na bok, wszystko we mnie każe mi się od niego odsu­nąć. Pod­no­szę wzrok i chłonę jego regu­larne rysy, które wbrew logice dzia­łają na mnie kojąco, pomimo mojego cięż­kiego poło­że­nia. Męż­czy­zna jest atrak­cyjny w spo­sób co naj­mniej zaska­ku­jący. Orze­cho­wo­brą­zowe włosy są z lewej strony ogo­lone, odsła­nia­jąc tatuaż. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam kogoś z tatu­ażem na gło­wie i długo nie potra­fię ode­rwać spoj­rze­nia od czar­nych linii się­ga­ją­cych skroni. Kan­cia­stą szczękę pokrywa trzy­dniowy zarost masku­jący zmarszczki spo­wo­do­wane szy­der­czym uśmiesz­kiem na jego twa­rzy.

Intruz nie wydaje się star­szy ode mnie. Ale jego mina ema­nuje mroczną wie­dzą zdo­bytą w dro­dze doświad­czeń jakże odmien­nych od moich.

Puls mi przy­spie­sza z każ­dym jego kro­kiem, a staje się tak gło­śny, że sły­szę dud­nie­nie w uszach, gdy męż­czy­zna wresz­cie się zatrzy­muje. Góruje nade mną, wciąż uśmie­cha­jąc się zło­wrogo. Błysk w jego sza­rych oczach prze­raża mnie śmier­tel­nie.

- Witaj, Lailah.

Jego głos jest dono­śny i chra­pliwy, co pasuje do wyglądu. Lecz nie tylko brzmie­nie ścina mi krew w żyłach, ale rów­nież imię, jakim się do mnie zwraca.

Ścią­gam brwi i powoli kręcę głową, odwza­jem­nia­jąc jego nie­ustę­pliwe spoj­rze­nie.

- T-t-to jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie - dukam. Prze­kli­nam się za to, że mówię jak prze­stra­szony dzie­ciak. - Nie nazy­wam się Lailah.

- Teraz tak się nazy­wasz. - Pod­kre­śla słowa pota­ku­ją­cym ski­nie­niem głowy, jakby to było takie pro­ste.

Twier­dzi, że nazy­wam się Lailah, więc nią będę?

- Nie wiem, o kim mowa! - pro­te­stuję. Na szczę­ście tym razem mój bar­dziej zde­cy­do­wany głos tuszuje prze­ra­że­nie trzy­ma­jące mnie w lodo­wa­tym uści­sku. - Nie wiem, kim jest Lailah, ale to nie ja.

Jego uśmiech się posze­rza, jest nie mniej mroczny, ale za to zapra­wiony przy­ja­ciel­skim, choć pro­tek­cjo­nal­nym wydźwię­kiem.

- To ty - upiera się. - Na to imię nauczysz się od tej chwili reago­wać...

- To nie jest moje imię! - prze­ry­wam mu. - Nazy­wam się Malia i...

- Nie chcę tego słu­chać!

Kulę się, kiedy się na mnie rzuca, a jego ręka znaj­duje moją szyję tak szybko, że zalewa mnie nowa fala prze­ra­że­nia. Palce zaci­skają się na moim gar­dle i pra­wie sty­kają na karku. Unie­ru­cha­mia mnie i cho­ciaż uścisk nie jest na tyle silny, by unie­moż­li­wić mi oddy­cha­nie, i tak czuję się, jakby mnie dusił. Samo zagro­że­nie wystar­cza, bym prze­stała oddy­chać i znie­ru­cho­miała. Napast­nik pochyla się nade mną i przy­suwa twarz bli­sko mojej, pra­wie jej doty­ka­jąc. W sza­rych oczach bły­ska odpy­cha­jąca groźba. Zauwa­żam jaskrawe plamki na tęczów­kach. Odbi­jają świa­tło w taki spo­sób, że oczy wydają się bar­dziej złote niż szare.

- Teraz mnie posłu­chaj, dziew­czynko - syczy. - Wiem, że jesteś sko­ło­wana i prze­ra­żona. Nie ma sprawy. Powin­naś być. Ale jest jedna rzecz, któ­rej nie będę tole­ro­wał. Nie będziesz do mnie wrzesz­czała jak uparta sucz. Zro­zu­miano?

Chcę odpo­wie­dzieć, lecz głos mnie zawo­dzi i kiedy się tak na niego gapię, wydo­bywa się ze mnie bez­radne chry­pie­nie. Usi­łuję potak­nąć, na ile pozwala jego chwyt.

- Powiedz to. - Luzuje uścisk na gar­dle.

Czuję się dziw­nie zagu­biona, gdy mnie pusz­cza, jakby tam­ten zastra­sza­jący ruch dawał mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Wysuwa brodę przed sie­bie, doma­ga­jąc się odpo­wie­dzi.

- Ro-rozu­miem.

Wydu­kane przeze mnie słowo to kłam­stwo. Niczego nie rozu­miem. Co ja tu robię? Dla­czego on twier­dzi, że nazy­wam się Lailah? I dla­czego upiera się dalej mnie tak nazy­wać, mimo że mu uświa­do­mi­łam pomyłkę?

No bo do tego nie­wąt­pli­wie doszło, prawda? Pomy­lono mnie jakimś cudem z kimś, kto miał zostać porwany, może z córką jakiejś boga­tej rodziny? Okup, to jest na pewno to, na czym mu zależy. Bo prze­cież gdyby chciał mnie zabić, chyba już bym nie żyła?

W gło­wie mam mętlik, pyta­nia wirują, wznie­ca­jąc wście­kłą kurzawę. Tępe pul­so­wa­nie towa­rzy­szy ich nie­kon­tro­lo­wa­nemu tań­cowi, przez co czuję się jak po ude­rze­niu w głowę. Czy on mnie pobił do nie­przy­tom­no­ści? Czy to on zabrał mnie z hote­lo­wego pokoju?

Przy­gważ­dża mnie spoj­rze­niem pięk­nych sza­rych oczu i powoli cofa rękę.

- Nie - szep­cze. - Niczego nie rozu­miesz.

To jasne. Ale gro­zi­łeś, że mnie udu­sisz. Co mia­łam ci powie­dzieć oprócz tego, co chcia­łeś usły­szeć?

- Chcesz pie­nię­dzy? - pytam. - O to cho­dzi? O okup? No bo... nie jestem bogata, ale znam kogoś, kto jest i on...

- Zamknij się!

Pod­nosi głos do poziomu na tyle prze­ra­ża­ją­cego, że natych­miast milknę. Patrzę na niego gniew­nie i zagry­zam dolną wargę. Cze­kam na wyja­śnie­nie. Ale on tylko kręci głową, szczy­pie się w grzbiet nosa i głę­boko wzdy­cha.

- Posłu­chaj - mówi i posyła mi cięż­kie spoj­rze­nie. - Wiele się musisz nauczyć. Masz słu­chać, być posłuszna i dużo pra­co­wać. Nie mamy dużo czasu, żeby osią­gnąć cel.

- Cel? - Prze­krzy­wiam głowę na bok. - Co jest celem?

Mruży oczy i zamy­śla się na chwilę.

- Onyks.

Ta krótka odpo­wiedź wydaje się tak oczy­wi­sta, jakby to słowo miało coś dla mnie zna­czyć.

Patrzę na niego zdzi­wiona.

- Onyks? Taki... kamień? Nie... rozu­miem.

- Nie­ba­wem zro­zu­miesz - mówi i splata ręce na musku­lar­nej kla­cie. Znowu wzdy­cha, rów­nie ciężko jak wcze­śniej. Wygląda na zestre­so­wa­nego i spię­tego, jakby znaj­do­wał się w trud­niej­szym poło­że­niu niż moje. - Na razie musisz tylko wie­dzieć, że jesteś inte­gralną czę­ścią tego wszyst­kiego - dodaje. Jego oczy ponow­nie znaj­dują moje, a jego twarz wydaje się wyczer­pana. Prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie wystar­czy, żeby po ple­cach prze­biegł mi lodo­waty dreszcz. Sytu­acja jesz­cze bar­dziej się pogar­sza, gdy on cią­gnie budzący lęk wstęp. - Onyks to ty. I jeśli nas zawie­dziesz, zgi­niesz.

Rozdział 3

Nate

Czy to duży błąd? Jak mogłem tego nie prze­my­śleć?

To takie typowe. Daveed i Mike prze­strze­gali mnie. Obaj się ze mną spie­rali i pró­bo­wali z całych sił opra­co­wać inny plan, lep­szy.

Obaj jed­nak wie­dzą, że nie ma lep­szego planu. Cho­ciaż ryzyko jest wyso­kie, lep­sze to od pew­nej śmierci, która nas czeka, jeśli nie wypeł­nimy umowy.

Naszej umowy. Mojej.

Rodzina Sci­vola ocze­kuje, że dostar­czymy im dziew­czynę, która zosta­nie żoną jed­nego z synów. Mamy im dostar­czyć Lailah. Piękną, pozor­nie nie­winną Lailah o czar­nych lokach i rów­nie ciem­nych oczach, oliw­ko­wej cerze i drob­nej syl­wetce oraz pro­mien­nym uśmie­chu suge­ru­ją­cym pło­nący w niej ogień. Była ogni­sta, sil­niej­sza, niż się wyda­wało na pierw­szy rzut oka i o wiele spryt­niej­sza.

Była.

Jak ta dziew­czyna dorówna praw­dzi­wej Lailah? Jak mogę ocze­ki­wać, że przy­pad­kowa osoba z ulicy podoła zada­niu? Jak mogłem myśleć, że to będzie pro­ste?

Prze­cież nic ni­gdy nie jest pro­ste.

Nic. Ni­gdy.

W moim dzia­ła­niu czuć despe­ra­cję i wkur­wia mnie to. Nie­na­wi­dzę tego, że zna­la­złem się w naroż­niku, że tracę kon­trolę i zależy mi tylko na uzy­ska­niu prze­wagi. Porwa­nie dziew­czyny było kro­kiem w tym kie­runku - a przy­naj­mniej taką mia­łem nadzieję.

Teraz, gdy dostrze­gam w jej czar­nych oczach wyłącz­nie trwogę, dociera do mnie, że cho­ciaż z wyglądu przy­po­mina Lailah, nie jest do niej ani tro­chę podobna. Trzeba będzie ogrom­nego wysiłku, żeby uczy­nić z niej osobę, jakiej potrze­bu­jemy. Cięż­kiej pracy i twar­dej ręki. Oraz czasu.

Dys­po­nu­jemy wszyst­kim z wyjąt­kiem jed­nego: czasu.

Nie damy rady bez cudu. I mnó­stwa gróźb.

- Nie rozu­miem... - powta­rza, patrząc na mnie lśnią­cymi oczami. Jej dolna warga drży.

Bie­dac­two. Jesz­cze jedna groźba z mojej strony i zaleje się łzami. Im szyb­ciej będziemy to mieli za sobą, tym lepiej.

- Możesz sobie wyć, ile chcesz, dziew­czynko - cedzę przez zęby i przy­tła­czam ją swoją posturą.

Peł­nymi stra­chu i łez oczami śle­dzi moje ruchy. Musi odchy­lić głowę do tyłu i z prze­ra­że­nia roz­chyla drżące usta.

- Powiem ci to raz i nie będę powta­rzał. Masz robić to, co ci każę, albo nie żyjesz. Twoja rodzina rów­nież. - To ostat­nie wymy­śli­łem ad hoc, a jej osłu­pie­nie spra­wia, że odczu­wam dziwną dumę.

- N-nie... nie rozu­miem. - Pła­cze, ja zaś roz­ko­szuję się wido­kiem pierw­szych stru­mieni łez toczą­cych się po jej zaru­mie­nio­nych policz­kach. - Co ja ci zro­bi­łam? Dla­czego jesteś...?

- Nie karzę cię za coś, co zro­bi­łaś - prze­ry­wam jej. - Suge­ruję raczej, żebyś dostrze­gła w tym szansę.

Ściąga brwi i powoli kręci głową.

- Nie.

Nie? Teraz to ja kręcę głową. Wzdy­cham z roz­draż­nie­niem i przy­gważ­dżam ją spoj­rze­niem.

- Nie?

Prze­łyka ciężko ślinę. Nie odzywa się, tylko zaci­ska mocno usta, aż bie­leją. Boi się mnie, ale nie na tyle, ile powinna.

Pełen zasko­cze­nia pisk, który się z niej wydo­bywa, gdy cią­gnę ją za pukiel wło­sów z tyłu głowy, jest muzyką dla moich uszu. Krzy­czy z bólu, kiedy gwał­tow­nym szarp­nię­ciem zmu­szam ją do tego, by się poło­żyła. Spę­tane ręce i nogi nie pomogą jej się pode­przeć i wal­czyć z moją napa­ścią, wije się pode mną, a ja prze­cież uży­wam tylko jed­nej ręki i pra­wie w ogóle się nie wysi­lam. Przy­trzy­muję jej głowę przy mate­racu, drugą ręką zaś suge­ruję nową groźbę, którą mia­łem nadzieję zacho­wać na póź­niej.

Spa­ni­ko­wana dziew­czyna wyba­łu­sza oczy, gdy kładę dłoń na jej udzie i pod­cią­gam spód­nicę wysoko, pra­wie muska­jąc pal­cami piczkę. Wciąż ma na sobie czer­woną suk­nię, w którą była ubrana, gdy zabra­li­śmy ją z hote­lo­wego pokoju, a która wysta­wia ją na mój dotyk, opi­na­jąc jej roz­ło­żone nogi.

- Nie, nie, nie - powta­rza gorącz­kowo swoje ulu­bione słowo i pró­buje krę­cić głową. - Pro­szę, nie...

Igno­ruję te bła­galne prośby i prze­su­wam dłoń wyżej, aż napo­ty­kam roz­grzaną cipkę. Ofiara kwili i bez­sku­tecz­nie usi­łuje zaci­snąć nogi, żeby bro­nić się przede mną.

Moja dłoń znaj­duje wzgó­rek. Obej­muję go nie­mal piesz­czo­tli­wie. Czuję pod cien­kim mate­ria­łem maj­tek zarys cipki, roz­su­wam deli­kat­nie wargi, kła­dąc tam środ­kowy palec.

Krzy­czy jakby z bólu, wrzesz­czy i się wije, ja nato­miast zamie­ram. Po pro­stu ją tak trzy­mam, jedną ręką przy­gważ­dża­jąc ją za włosy do mate­raca, a drugą trzy­ma­jąc na gorą­cej piczce i wywie­ra­jąc jak naj­de­li­kat­niej­szy nacisk. Nie ruszam się, nic nie robię, tylko ją tak trzy­mam, nie­mniej mój dotyk wystar­cza, żeby zaczęła się hiper­wen­ty­lo­wać ze stra­chu. Na­dal pisz­czy, mimo że ja nie prze­su­wam się dalej, wije się i drży, jak­bym trak­to­wał ją bru­tal­nie.

Mój zło­wrogi śmiech mie­sza się z odgło­sami jej udręki. Cze­kam, aż się uspo­koi. Ow­szem, ten widok spra­wia mi przy­jem­ność, a do tego ona musi zro­zu­mieć swoje miej­sce. Im szyb­ciej się oswoi ze swoją sytu­acją, tym szyb­ciej nam pomoże.

Cze­kam cier­pli­wie, aż powoli się zmę­czy, jej zawo­dze­nie przej­dzie w roz­pacz­liwy szloch, prze­szy­wa­jące okrzyki prze­kształcą się w słaby jęk, aż otwo­rzy oczy, by spoj­rzeć w moje. Patrzymy na sie­bie w peł­nej napię­cia ciszy, w jej załza­wio­nych oczach maluje się strach prze­mie­szany z zacie­ka­wie­niem. Zdaje się cze­goś wypa­try­wać, a jej wycze­ku­jące spoj­rze­nie nie­mal popy­cha mnie dalej, wbrew roz­sąd­kowi.

Na cokol­wiek czeka, nie wyda­rzy się to nie­ba­wem.

- Nie będziesz mi odma­wiała, dziew­czynko - infor­muję ją. - Kiedy każę ci coś zro­bić, to, do cho­lery, to zro­bisz albo...

Wydaje stłu­miony okrzyk, gdy zagi­nam środ­kowy palec. Mini­mal­nie, pra­wie nie­do­strze­gal­nie, ale działa to na nią tak, jak mia­łem nadzieję. Wzdryga się, otwiera sze­roko oczy, kuli się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki