Schulz pod kluczem - Wiesław Budzyński

-
Proszę czekać

1. Krwawy czwartek

Nim wyszły na jaw okoliczności śmierci, pojawiły się różne przypuszczenia. Gombrowicz pisał o śmierci Schulza w obozie: "Takim zahukanym nauczycielem z prowincji pozostał aż do tragicznej śmierci w niemieckim obozie...". Gustaw Herling-Grudziński przyrównywał śmierć Schulza do śmierci Mandelsztama: "Nie wiadomo dokładnie, jak zginął Schulz. Może przed śmiercią wałęsał się [...] po ulicach miasteczka, brudny, zarośnięty siwymi włosami, z długą brodą, w łachmanach. Może drohobyckie straszydło wzbudziło wstręt w umytym i krótko ostrzyżonym gestapowcu? Jedna z licznych wersji głosiła, że kulę poprzedził spuszczony ze smyczy i poszczuty wilczur".

Zarówno Herling-Grudziński, jak i Gombrowicz odcięci byli od wiadomości z kraju, od tego, co ustalił Ficowski. Ich oddalenie - Gombrowicz w Argentynie, Grudziński we Włoszech - usprawiedliwia powyższe Gombrowiczowskie "w niemieckim obozie" i "drohobyckie straszydło" Herlinga.

Jeszcze inną wątpliwą, lecz już bliższą prawdy, wersję śmierci Schulza podał pod koniec lat siedemdziesiątych w dodatku literackim "Le Monde" Edgar Reichman, autor publikacji "Meteor, który zwał się Bruno Schulz". Reichman przytoczył opowieść Marii Craipeau, byłej uczennicy Schulza, znanej z tłumaczenia jego listów na język francuski. Według niej pisarz, jak wszyscy Żydzi, musiał nosić opaskę z żółtą gwiazdą. Pewnego dnia wyszedł z domu, zapomniawszy opaski. Gestapowiec zauważył to, podszedł i zapytał z ironią: "Panie profesorze, jakże to, bez gwiazdy dzisiaj? Niech się pan odwróci". Zawsze łagodny Bruno posłusznie odwrócił się i dostał kulę w plecy.

Chleb na drogę

Znamy kilka podobnych relacji z drugiej czy n-tej ręki. Taką na przykład zasłyszaną opowieść opublikował w 1992 roku "Tygodnik Powszechny". Autor, Edward E. Śmiłek, powołuje się na czyjąś rozmowę z Tadeuszem Smolnickim, nauczycielem chemii w drohobyckim gimnazjum, który miał powiedzieć, że: "Schulz idąc chodnikiem karmił chlebem gołębie na ulicy. Stojąc na krawężniku - a Żydom wolno było poruszać się tylko po jezdni - swoim nieposłuszeństwem sprowokował gestapowca. Zginął na miejscu od kuli".

Krążyły też wieści, że Schulz wcale nie zginął. Że cudem ocalał i zmarł po wojnie w latach czterdziestych w Związku Radzieckim. Opowiada Jerzy Linder, syn Tadeusza Lindera, ucznia Schulza:

- Pierwszy raz słyszałem to od kogoś w Warszawie, w kawiarni "Izabella" przy Teatrze Żydowskim, w 1974 lub 1975 roku. W 1976 byłem w Lesku, robiłem tam film amatorski z kirkutu i widzę, jakaś kobieta 60-65-letnia porządkuje groby. Przyniosła kwiaty. Zagadnęła, dlaczego filmuję ten cmentarz, spytała, czy interesuję się zabytkami żydowskimi. Mówiła po polsku z obcym akcentem, jak ktoś, kto dawno nie był w kraju. Interesuję się - mówię - twórczością Schulza, mojego ojca Schulz uczył w Drohobyczu. I tak zgadało się o Schulzu... Powiedziała, że osobiście Schulza nie znała, ale pochodzi z okolic Drohobycza i ktoś z jej rodziny mówił, że Schulz zmarł dużo później, po wojnie, w ZSRR...

Podobnie kilka rozbieżnych wersji dotyczy pochówku Schulza. Sporego zamieszania narobiło domniemanie Henryka Grynberga, objawione najpierw w postaci wywiadu dla "Życia" (6 V 1997), następnie zaś w formie opowieści, napisanej na kanwie wspomnień Leopolda Lustiga w książce "Drohobycz, Drohobycz". Już wybite w gazecie twierdzenie Grynberga, że jego opowiadanie "może przyczynić się do tego, że ciało Brunona Schulza zostanie znalezione i że będzie on wreszcie należycie pochowany" - równie wiele obiecywało, co budziło wątpliwości, ale przede wszystkim raziło całą taką pewnością. "Życie" nie tylko tę wypowiedź sensacyjnie umieściło w nadtytule, ale jeszcze rzecz wzmocniło, pisząc w słowie od redakcji, iż Grynberg przedstawia nową wersję pochówku Brunona Schulza, znacznie różniącą się od tej, którą wcześniej Jerzy Ficowski podał za Izydorem Friedmanem.

Co ustalił Ficowski? Przede wszystkim datę i miejsce śmierci. Stało się to na skrzyżowaniu ulic Mickiewicza i Czackiego, około południa, w czwartek 19 listopada 1942 roku, podczas "dzikiej akcji" gestapo na drohobyckie getto.

Fakty te wyjawił w listach z 1948 Izydor Friedman:

"Byliśmy przypadkowo w getcie, aby zaopatrzyć się w żywność - pisał. - Gdy usłyszeliśmy strzelaninę i zobaczyliśmy uciekających Żydów, i my rzuciliśmy się do ucieczki. Słabszego fizycznie Schulza dopadł gestapowiec Günther i przytrzymał Go, po czym przyłożył Mu rewolwer do głowy i strzelił dwukrotnie".

W nocy Friedman - jak sam twierdzi - znalazł trupa, obszukał kieszenie, a znalezione dokumenty oraz jakieś zapiski dał siostrzeńcowi Schulza, Zygmuntowi Hoffmanowi, który zginął miesiąc później. Nad ranem pochował Schulza na cmentarzu żydowskim. Grobu tego nie zdołał rozpoznać po oswobodzeniu Drohobycza w 1944 roku, jako że wszystko już tam było inaczej... Zresztą on sam z trudem chodził, po wyjściu z kryjówki miał zrujnowane zdrowie, a ludzie ledwo go poznawali. Henryk Hoffman wspomina, że kilka dni po powrocie do Drohobycza zauważył siedzącego na stopniach dawnej restauracji bladego człowieka z dużą rudą brodą, opartego o laskę. "Dopiero, kiedy chcieliśmy przejść nie zatrzymując się, zawołał na nas i wtedy poznaliśmy w nim Izia Friedmana, który ukrywał się prawie 20 miesięcy w ciężkich warunkach".

2. Bruno Schulz "Swawolne kobiety", 1916.

Friedman zamieszkał po wojnie w Gliwicach i pod zmienionym nazwiskiem, jako Tadeusz Lubowiecki, adwokat, zginął pod koniec lat czterdziestych w tajemniczych, nie do końca jasnych okolicznościach, zastrzelony - jak podaje Ficowski - na ulicy przez jakiegoś jakoby psychopatę...

Henryk Grynberg podważa wersję Friedmana i twierdzi, że Ficowski wziął za dobrą monetę to, co naopowiadał mu "niejaki Izydor Friedman". Wygląda na to, że jest odwrotnie - to Grynberg bierze za dobrą monetę, co mu niejaki Lustig naopowiadał. Nie ma powodu, by nie dać wiary Friedmanowi. A że w szczegółach się myli czy też wyraził się był nieprecyzyjnie. Po tym wszystkim, co przeżył... Przecież nie pomylił Schulza z kimś innym. Za dobrze go znał. Byli razem, gdy to się stało.

Mogło być tak: szli rano, czy też przedpołudniem, do Judenratu. Schulz po chleb na drogę - zdecydował się w końcu na ucieczkę z miasta, co mu już dawno proponowali znajomi literaci. A więc szedł po chleb czy też po kartki na chleb - miał już aryjskie papiery i pieniądze na podróż - gdy od ulicy Mickiewicza nadbiegł gestapowiec Günther z damskim (sic!) pistoletem w ręku. Friedman uciekł, a Schulz - nie. Może wierzył, że nic złego mu się nie stanie. Miał przecież ważnego protektora, gestapowca Landaua, który się nim "opiekował". Albo był zbyt słaby fizycznie, by uciec... Günther podbiegł, krzyknął, żeby Schulz się odwrócił (według E. Górskiego[6]: Dreh dich um! - Odwróć się!), i strzelił dwa razy w tył głowy.

Friedman, jak mówił, wyjął z kieszeni dokumenty Schulza i pochował go, gdy to było możliwe, nazajutrz po "dzikiej akcji" gestapo.

U Grynberga czytamy, że Schulz leżał na chodniku koło Judenratu. Leżał na wznak w ciemnoszarym ubraniu, twarz miał spryskaną krwią.

Lustig - informator Grynberga - widział go dopiero na cmentarzu, już bez butów i bez marynarki, w spodniach z ciemnoszarego tenisu i białej koszuli w prążki. "Czaszkę miał otwartą z jednej strony i krew w ustach. Obok niego leżał Hauptman, też bez butów i bez marynarki. Jego czaszka nie była tak rozbita, miał rude włosy. Leżeli przy murze, od wejścia w prawo, i tam zakopaliśmy ich w jednym grobie"...

"I zostało utrwalone - konkluduje pewny swego Grynberg - że ten człowiek [Friedman] zaniósł w nocy Schulza na cmentarz i pochował go". Jako dowód, że tak nie mogło być, Grynberg podaje taki oto argument: "Cmentarz znajdował się trzy kilometry od miejsca, gdzie Schulz został zabity. Po godzinie policyjnej jeden człowiek nie mógł nieść trupa trzy kilometry" - pisze i ciągnie wywód: "Człowiek martwy waży o wiele więcej niż człowiek żywy. Ja wierzę mojemu narratorowi, którego wezwano, żeby zakopał Schulza, gdy ten leżał już na cmentarzu". To są nowe informacje - twierdzi Grynberg, a czytelnik ma wątpliwości, gdyż Friedman wcale nie musiał Schulza nieść! Być może też ktoś mu w tym pomagał. Mógł to być na przykład mecenas Rottenberg, który - jak się zdaje - wojny nie przeżył i świadczyć nie mógł. Być może, że razem go zanieśli lub - co prawdopodobniejsze - zawieźli wraz z kilkoma jeszcze zwłokami na cmentarz żydowski i tam pochowali czy tylko złożyli, a pochówkiem zajął się kto inny.

Ponadto: skąd w ogóle wiadomo, że miało to miejsce w czasie godziny policyjnej? Upada też argument odległości.

Tak samo dziwne w relacji Lustiga wydaje się to, że obu "podopiecznych", Schulza i Hauptmana, rzemieślnika artystę, który pracował dla Günthera, a którego zastrzelił wcześniej Landau, pogrzebano akurat razem, skoro zginęli w innym miejscu i czasie. To również budzi wątpliwości! Ale Grynberg jest święcie przekonany. "Wierzę, że tak było" - pisze, a na pytanie "Życia", czy nie boi się, że poszukiwanie szczątków Schulza może skończyć się tak jak w przypadku Witkacego[7], odpowiada: "Nie, jest za wiele danych. Mianowicie jest dwóch mężczyzn, obaj dostali postrzał w głowę... Poza tym wiadomo - ciągnie dalej - jakiego wzrostu był Schulz. Niemal filigranowy... Jeśli znajdzie się ich, to już nie będzie wątpliwości".

Jeśli się znajdzie...[8]

Informator Grynberga nie jest zresztą jedynym, który opowiadał, że chował Schulza.

- Był taki stary Żyd nazwiskiem Hauptman, uczyłam niegdyś jego syna - mówi Dora Kacnelson[9]. - Ów Hauptman twierdził, że Friedman wcale nie pochował Schulza. Opowiadał, że był właśnie w Judenracie, gdy rozległ się dzwonek telefonu. "Zabierajcie - usłyszał - swoich nieboszczyków, bo nam (Niemcom) psują powietrze". Hauptman mówił, że Schulz jeszcze wtedy tam leżał, gdzie zginął. Znał Schulza dobrze - gimnazjalnych nauczycieli wszyscy znali w mieście - i o pomyłce mowy być nie może... Leżał tak już prawie trzy dni i nikt nie śmiał podejść. Czekano na rozkaz. To nie takie proste - podejść i pochować. Żydzi z głodu wycieńczeni; transportu nie ma. No i bali się go ruszyć. Wszystkiego się bali... Ale jak Niemcy kazali pozbierać trupy, "które im psuły powietrze", to pozbierali.

Hauptman niechętnie wspominał. Ciągle siedział w ogródku koło kościoła i milczał. Nie lubili go w mieście, bo był w Judenracie.

- Nie był rozmowny, ale ze mną rozmawiał - mówi Dora Kacnelson. - Ja temu Hauptmanowi wierzę, przecież nikt nie mógł ot tak sobie podejść do żydowskiego trupa i zabrać ciało. Wszystko robiono na rozkaz... Wziął furę i pojechał zbierać trupy. Ciało Schulza, które według Hauptmana już miało nieprzyjemny zapach, wraz z innymi zawieźli naprzeciw synagogi (obok cmentarza? - podkr. W.B.), wykopali dół i pochowali we wspólnej mogile.

Jak przyszli bolszewicy - ścięli drzewa, zrównali wszystko z ziemią i w latach pięćdziesiątych wybudowali w tym miejscu bloki. Biegnie tam teraz ulica Orlika (za Sowietów Hercena).

Żadnego śladu...

Dzika akcja

Przyjrzyjmy się z kolei, co zdarzyło się owego feralnego dnia z rana. Przede wszystkim akcja gestapo różniła się od poprzednich tym, że nie wzywano Żydów jak zwykle do punktu zbornego, lecz strzelano po ulicach. Hitlerowcy urządzili polowanie na Żydów. Powiadano, że powodem był jakiś błahy incydent - Żyd, który broniąc się zadrasnął gestapowca... Wedle ustaleń Ficowskiego pretekstem do tego masowego mordu stało się następujące zdarzenie: "Aptekarz Kurtz-Reines, postanowiwszy uciec na Węgry, zaopatrzył się w broń. Hitlerowiec Hübner zatrzymał go na ulicy, a wtedy aptekarz strzelił raniąc jakoby Niemca w palec. W odwecie zarządzono dziką akcję, esesmani wyruszyli na polowanie. Rozpoczęła się nagła strzelanina [...]. Niczego się nie spodziewający przechodnie wpadli w popłoch i poczęli chaotycznie uciekać. Niektórzy esesowcy, upatrzywszy sobie jakąś przypadkową ofiarę, puszczali się w pogoń za uciekającym, zapędzając się za nim nieraz na klatki schodowe, na piętra, aby wreszcie na jakimś korytarzu dopaść uciekiniera i zastrzelić".

Podobnie przyczyny dzikiej akcji opisał Samuel Rothenberg, który liczbę zabitych w tym dniu ocenia na dwieście trzydzieści[10].

Akcja była zupełnie niespodziewana i zaczęła się wcześnie rano. Tak wcześnie, że Alfred Schreyer, który zaczynał pracę o dziewiątej rano, jeszcze nie zdążył wyjść z domu. I na pewno było to przed dziewiątą, gdy usłyszał w mieście pierwszą strzelaninę. Na wszelki wypadek został więc w domu. "Nie zdążyłem wyjść i całą tę dziką akcję przesiedziałem z matką" - mówi[11]. Podobnie, jego zdaniem, mógł zachować się Schulz: nie stałby na ulicy, aż go ktoś zastrzeli...

Abraham Schwarz już o szóstej wiedział, że coś się dzieje. Schwarz wątpi, by Schulz nic nie słyszał i wyszedł, nie zdając sobie sprawy, co się stało. A jeśli wyszedł, to wyszedł do pracy - wszyscy Żydzi byli zarejestrowani, pilnowano tego...

O ósmej Schulz miał być u gestapowca, dla którego ze Schwarzem wykonywali prace, a gestapowcem tym jest Landau. Ale do pracy nie dotarł!

Więc kiedy tego strasznego dnia, w ów czarny czwartek, Żyd Schwarz zjawił się u gestapowca, ten od razu zapytał, gdzie Schulz. "Wo ist der Bruno?", nie powiedział Bruno Schulz czy Schulz, lecz Bruno... Schwarz na to, że nie wie, i dodał, że w getcie jest akcja gestapo... Wtedy tamten odparł: "A, tak, tak, wiem, wiem (ich weiss, ich weiss). Muszę tam iść, zobaczyć..." Wiedział, co się dzieje...

Nagle wpadł Günther, zadowolony z siebie, bo zastrzelił Schulza! "Zastrzeliłem twojego Żyda!... Ty zastrzeliłeś wczoraj mojego, ja twojego dzisiaj. Zastrzeliłem twojego przyjaciela (Ich habe deinen Freund erschossen)", dodał drwiąco. Landau zmartwiony: "Zobacz, coś narobił, kto teraz skończy mi robotę". Wedle relacji Schwarza: "Popatrz, coś ty zrobił: mam tę robotę, która jest w połowie, i kto ją teraz dokończy?". Na to Günther: "Idź do mego mieszkania i spójrz, na czym ja śpię. Ty zastrzeliłeś mojego Żyda, który miał mi zrobić łóżko! Ja teraz śpię na ziemi, nie mam łóżka!".

Landau i Günther byli w tym samym wieku i rywalizowali o wszystko. Trwała między nimi od dawna ostra animozja. Landau strzelał do "ludzi Günthera". Zastrzelił znanego drohobyckiego dentystę Löwa, który leczył Güntherowi zęby; a był protegowanym Günthera i jego niewolnikiem. Günther w opowiadaniu Grynberga ma szeroką twarz, kostropatą po trądziku młodzieńczym, i sękate robotnicze dłonie... Żydem Günthera był także wspomniany wcześniej Hauptman, stolarz artysta, który wedle relacji Lustiga robił fenomenalne intarsje, mozaiki z różnorakich odmian drewna, drohobyckie panoramy itp. Kiedy Landau zauważył, że Günther wysyła intarsje do Reichu, przywołał Hauptmana na stronę i strzelił mu w kark. A Günther w rewanżu zastrzelił Schulza. Ty zabiłeś mego Żyda, ja zabiłem twego!

Towarzysze śmierci

Obydwaj "towarzysze śmierci" Schulza, Schreyer i Schwarz, z którymi rozmawiała Małgorzata Kitowska ("Kresy" 14/1993), są zgodni, że śmierć dopadła Schulza wcześniej niż koło południa, jeszcze przed jedenastą.

3. "Zabawy w ogrodzie", z cyklu "Xięga Bałwochwalcza" (1920-1922).

To wydaje się nieprawdopodobne, ale są ślady, że Schulz tego dnia - mimo śmiertelnego zagrożenia - "krążył" po mieście. We wspomnieniach pojawia się w co najmniej trzech różnych miejscach, nim zginął. Dlaczego nie poszedł do pracy? Dlaczego chodził po mieście, zamiast "siedzieć cicho"? Już samo to, że był w mieście w czasie akcji, jest dziwne. Przecież się bał. Wszystkiego się bał. Może poczuł się właśnie bezpieczny - bezpieczniejszy niż zwykle, bo z jednej strony aryjskie papiery, które już miał, i możliwość ucieczki, na co się wreszcie zdecydował... A może - z drugiej - sądził, że Günther go nie ruszy. Musiało być coś, co osłabiło czujność, uśpiło instynkt samozachowawczy, kazało wyjść, gdy trzeba było kryć się. Kto wie... Czy w ogóle można sobie wyobrazić, co ci ludzie przeżyli?!

Tak czy inaczej, zdecydował się uciekać i tego strasznego dnia, w czwartek 19 listopada przed południową porą, zjawił się u Emila Górskiego, w jego miejscu pracy, by się pożegnać. "Wyglądał bardzo źle, twarz miał chudą i sczerniałą - oczy zapadnięte, już bez blasku, wyrażały niepokój. Był bardzo zdenerwowany. Przyszedł się ze mną pożegnać, gdyż dostał z AK aryjską kenkartę i ma pojechać pociągiem do Warszawy. "Boję się, że mnie rozpoznają i na jakiejś małej stacyjce wywloką z pociągu i zastrzelą w najbliższym lesie" - mówił, dodając ze smutkiem: "Słyszałem o tym, to się często zdarza"". Żegnając się z Górskim, miał powiedzieć, że idzie do Judenratu po chleb na drogę, bo jako "Żyd potrzebny" miał prawo do chleba... Wyszedł wolnym krokiem, pełen niepokoju i najgorszych przeczuć związanych z ucieczką, która najpewniej jeszcze tego dnia miała nastąpić.

"Wiadomość o jego śmierci - wspomina Górski - doszła do mnie bardzo szybko, może w godzinę po naszym pożegnaniu". Zginął od kuli gestapowca na rogu Mickiewicza i Czackiego, obok szkoły, do której chodził...

Żydowski generał

Schulz padł ofiarą porachunków między gestapowcami. Co do zbrodniczej rywalizacji Landaua z Güntherem nie ma wątpliwości: Alfred Schreyer pamięta pewne zdarzenie z budowy tzw. Gärtnerei przy ulicy św. Jana. Pracami kierował inżynier Backenroth[12], ale za roboty z ramienia gestapo odpowiedzialny był Günther. Landau mieszkał naprzeciwko. Obserwował budowę z balkonu, na którym opalał się razem ze swą przyszłą drugą żoną. Pewnego razu zobaczył trzy dziewczyny, które przerwały pracę. Wziął karabin i je zastrzelił. Były to prawdopodobnie: Sternbach, Zuckerman i Oherówna. Dwudziestu Żydów ze strachu - jak podaje informator Grynberga - nie przyszło następnego dnia do pracy, więc kazał zastrzelić dwudziestu. Sam palcem wskazał: "du, du, du und du!" Podobnie z jego rąk zginął Fliegner, starszy Żyd, który dwa razy w ciągu godziny przerwał kopanie.

W Yad Vashem znajduje się opis zdarzenia, w którym - również w charakterze mordercy - bierze udział Landau (cyt. za S. Rothenberg, "List o zagładzie..."):

"Dnia 22 lipca [1941] zdarzył się następujący wypadek: 17 Żydów, usłyszawszy, że w Sipo (Sicherheitspolizei pod numerem 40 przy ulicy Mickiewicza) biją, uciekło z oddziału zdążającego tam do pracy. Żyd prowadzący oddział zameldował o tym jednemu z sipowców natychmiast po przybyciu na miejsce. Myślał, że postępując tak lojalnie, ochroni ogół drohobyckiego żydostwa przed odpowiedzialnością. Skutek był jednak wręcz przeciwny. SS-Hauptscharführer Landau (rodem z Wiednia, oskarżony swego czasu o udział w zamachu na Dollfussa, otrzymał po zajęciu Austrii osobiste podziękowanie Hitlera) wpadł w godzinach rannych do Komitetu Żydowskiego, pobił tam do krwi 22-letniego M.G., czekającego na przydział do pracy, po czym zażądał od prezydium, grożąc rewolwerem, aby w przeciągu pół godziny stu Żydów stawiło się w Sipo. Z braku robotników poszedł prawie cały Komitet. Na przywitanie oddziału jeden z członków Sipo wystrzelił w powietrze, po czym bawiąc się rewolwerem, wygłosił krótkie przemówienie na temat niesubordynacji. Zebranych nie molestowano. Pracowali do piątej wieczorem przy noszeniu cegieł. Niezależnie od tego wpadł wyżej wspomniany szef SS Feliks Landau [nieścisłość: Landau nie był nigdy "szefem SS" - przyp. W.B.] około 5.30 wieczorem do Komitetu, gdzie przy pomocy kilku innych sipowców porwał około 20 osób, znajdujących się w gmachu. Unikano przy tym członków Komitetu. Znany syjonista dr Barchasz, który w przerażeniu oświadczył, że nie pracuje w Komitecie, został również porwany. Oddział uprowadzonych stał na baczność na podwórzu Sipo do godziny ósmej wieczorem. Około 10 osób zwolniono. Reszta, jak podało oficjalnie Sipo, została rozstrzelana (między innymi dr Barchasz). Landau chwalił się potem, że zabił ich własnoręcznie".

Może to zdarzenie w Gärtnerei, kiedy to Landau strzelał do "niewolnic Günthera", rozwścieczyło tegoż, wzmogło antagonizm, w wyniku czego zginął Schulz. Ktoś nawet twierdził wprost, że to za te Żydówki Günther zastrzelił Schulza. Być może też Schulz nie zdawał sobie w pełni sprawy z zagrożenia, że Günther, który miał swoje ogrodnicze biuro naprzeciw "willi Landaua", na niego poluje, że szuka tylko odpowiedniej okazji, by go zabić. Aż nadszedł "krwawy czwartek"...

Günther ponoć bardzo się ucieszył, gdy pierwszym Żydem, na jakiego się natknął, był właśnie Schulz. Zobaczywszy Schulza, miał nawet krzyknąć, że już nic go teraz nie uchroni, bo komendant, czyli Landau, wyjechał[13], a rozkaz o akcji właśnie nadszedł ze Lwowa i on, Günther, w "majestacie prawa" może go zastrzelić.

Więc zastrzelił... i chwalił się tym przed kolegami w kasynie gestapo (inf. M. Winiarski).

Landau, również wedle relacji Lustiga-Grynberga, znany był w Drohobyczu z masowych egzekucji, a Schreyer określa go jako "niesłychanego bandytę", który własnoręcznie rozstrzelał wiele osób, katował na śmierć i tak dalej... Strzelał także do Żydów 12 lipca 1942 w pobliskim lesie i opisał to nawet w swoim pamiętniku (!)[14].

Landau nie był Niemcem. Urodził się w Wiedniu jako bękart Austriaczki Marii Maier i Paulo Stipkovicha, piekarza, który przybył z Węgier. Nazwisko dostał od Żyda, który - jak podaje Grynberg - ożenił się z jego matką, a po kilku latach umarł. Młody Landau wychowywał się w internatach i już od wczesnych lat brał udział w nazistowskich awanturach. "Krępy, silny jak koń, bił z zamiłowaniem". To on szkolił w Drohobyczu ukraińską czarną policję. Żydzi drżeli na jego widok, ale dla Schulza był jakoby łaskawy, cenił go jako malarza, jako artystę. Dla jego talentu... Sam kazał się portretować i rozmawiał z Schulzem podczas sesji, a Schulz, jak wiadomo, doskonale znał niemiecki. O czym mógł rozmawiać "kulturalny" gestapowiec z "podczłowiekiem" Schulzem? O estetyce oczywiście, jeśli wierzyć Lustigowi. Niestety, podobno Landau musiał później spalić te bardzo interesujące portrety. Już samo portretowanie się u Żyda mogło być czymś nagannym, jeśli nie przestępstwem.

4. "Pielgrzymi", z "Xięgi Bałwochwalczej".

Pewnego dnia - w relacji Emila Górskiego - Schulz, jako "malarz nadworny", zaczął malować też portret olejny swego pryncypała. W czasie tych seansów Landau sporo mówił o sobie, chełpił się - przed Żydem! - swoją gestapowską karierą polityczną, a nawet znajomością z samym Hitlerem. Następnym zleceniem było malowanie "fresków" w pokoju dziecinnym kilkuletniego synka Landaua. "Schulz wziął mnie wtedy do pomocy - wspomina Górski - i dzięki temu, w tych niezwykłych okolicznościach, mogłem poznać bezpośrednio jego malarski warsztat, który stanowił chyba słabszą stronę twórczości plastycznej Schulza. Malowaliśmy sceny z bajek [...]. Postacie królów, rycerzy, giermków miały całkiem "niearyjskie" rysy twarzy osób, wśród których Schulz obracał się w tym czasie [...]. I oto ci nieszczęśliwi ludzie - przeniesieni wyobraźnią Schulza ze świata tragicznej rzeczywistości - znaleźli się na tych malowidłach w blasku bogactwa i przepychu jako [...] możni panowie w złoconych karocach"[15].

Na polecenie Landaua Schulz wykonywał też różne prace w urzędach miejskich. Widywano go tygodniami w holu Arbeitsamtu na rusztowaniach. Leżał pod sufitem na plecach jak Michał Anioł. Malował także w Reithalle (ujeżdżalnia). Lustig wspomina, że malował konie, bo jego "patron" kochał konie. To właśnie Landau miał kazać Żydom, by zbudowali ujeżdżalnię wedle jego projektu, a Schulz pewnie kreślił Landauowi plany... Żydzi obsługiwali jego konie, a Niemcy nazywali go "Judengeneral".

5. "Procesja", z "Xięgi Bałwochwalczej".

W lepszym świetle przedstawia Landaua (chociaż nie ma tu pewności, czy chodzi o Landaua, czy Denka!) Abraham Schwarz:

"To był dziwny gestapowiec. Znał wszystkie żydowskie obrzędy i święta. Robiłem u niego w mieszkaniu instalację elektryczną. Kiedy przychodziłem, stało przygotowane jedzenie, dla niego i dla mnie. Papierosek dla mnie. Ale kiedy podczas jedzenia ktoś zapukał do drzwi albo wszedł, Landau [Denk?] zaczynał tłuc talerze, bić, krzyczeć, a gdy zostawaliśmy sami, usprawiedliwiał się. Pracowałem tam jakieś trzy, cztery dni, kiedy przyszedł Schulz i zaczął mu rysować portret. Portret albo pejzaż".

W innym miejscu relację o tym gestapowcu - Schreyer uważa, że chodzi tu o Denka, który był Tyrolczykiem - Schwarz uzupełnia taką uwagą: "...musieliśmy już o ósmej być w pracy. Zawsze śpieszyliśmy się, bo on, ten nasz "chlebodawca", przygotowywał nam śniadanie. To nie był Niemiec, ale Austriak. Bardzo dobrze odnosił się do nas. Początkowo do mnie samego, bo zacząłem tam pracować wcześniej jako elektryk; robiłem u wszystkich gestapowców instalacje dzwonkowe. Montowałem taką i u niego przez ostatnie parę dni, poprzedzające "dziką akcję". Tam spotkałem Schulza. Te posiłki były przeznaczone dla nas obu. Nie mówię, że były wystawne, ale najadaliśmy się. Poza tym - nawet kiedy odchodziliśmy, dostawaliśmy coś na później. Ale nie daj Bóg, żeby zapukał ktoś do drzwi. Wtedy zaczynały lecieć talerze ze stołu; nasz przełożony imitował awanturę; udawał, że nas bije, a potem usprawiedliwiał się przed nami. Mówił: "Panowie, ja też muszę żyć". Ukrywał pomoc, którą nam okazywał nie ze strachu, że jego zastrzelą, ale raczej z obawy przed tym, aby go nie przenieśli na inne stanowisko. Po co miał otwarcie ryzykować, skoro mógł żyć wygodnie i spokojnie".

"Żyd potrzebny"

Nie do końca jasne, jak Schulz trafił do Landaua. Pierwszym wyjaśnieniem jest to, podane wyżej, iż gestapowiec (Landau?) zainteresował się rysunkami, które Schulz załączył z podaniem do Judenratu o przyznanie mu kategorii "potrzebnego Żyda", co wiązało się z przydziałem chleba i z gwarancją minimum bezpieczeństwa. Ale Schulz nie znalazł od razu pomocy w Judenracie. Dla Judenratu życie jakiegoś adwokata znaczyło dużo więcej niż życie artysty. Schulz nie bardzo był ceniony nawet przez Żydów - twierdzi Zbigniew Moroń. Dopiero wstawiennictwo inżyniera Backenrotha, który chciał uchronić Schulza od ciężkiej, niewolniczej pracy, miało dać pozytywne rezultaty. Backenrothowi udało się - jak twierdzi Górski - zachęcić Hauptscharführera Feliksa Landaua, by ten zatrudnił u siebie Schulza jako "malarza nadwornego". Odtąd nosił on na rękawie tzw. glejt, opaskę z celuloidową oprawą, chroniącą go, jako fachowca, przed wywózkami.

Inna z wersji mówi, że gestapo zażądało jakiegoś człowieka posługującego się doskonale w mowie i piśmie językiem niemieckim. Wybór padł na Schulza. Ale i tu pojawia się nazwisko Backenrotha, który miał zarekomendować Schulza Landauowi.

6. "Bestie", z "Xięgi Bałwochwalczej".

Trzeba tu powiedzieć coś o Naftalim Backenrocie vel Bronickim (por. przypis 12). Na początku - opowiada Schreyer - Tulek Backenroth, bo tak go nazywali, był jak wszyscy Żydzi, nic nie znaczącym, wyjętym spod prawa Żydem. A potem Judenrat zlecił mu funkcję inżyniera agronoma... Był to - jak go pamięta Schreyer - niezwykle przystojny, wysoki, wysportowany mężczyzna, niepodobny do Żyda. Elegant, donżuan, nadzwyczaj honorowy. W łaski gestapo wkradł się za sprawą sfałszowanego dokumentu. A było tak, że w Drohobyczu działał sławny doktor Kozłowski, znany chirurg, fundator szpitala itd., który miał kochankę o nazwisku Branicka. Z pomocą Kościoła ("Z Kościołem byliśmy w dobrych stosunkach, zawsze z Polakami było się w lepszym kontakcie niż z Ukraińcami" - mówi Schreyer) spreparowano dokument, z którego wynikało, że Backenroth jest katolikiem, stuprocentowym gojem, nieślubnym synem tamtych dwojga. Kościelny dokument podrzucono do składu papieru w rafinerii i podstawiony człowiek "odkrył" tę rewelację. W ten sposób o wszystkim dowiedziało się gestapo. Później jakiś "niedowiarek", gestapowiec Pauliszkis, coś podejrzewał, węszył nawet we Lwowie, ale nic nie wywęszył i tak Tulek został Polakiem, Branickim. Ratował Żydów. Schreyer mówi, że setkom ludzi uratował życie. Ale po wojnie Branickim nie chciał być i - zmieniwszy jedną literę - stał się Bronickim, od nazwy lasu[16], gdzie ginęli drohobyccy Żydzi i gdzie zginęła rozstrzelana cała jego rodzina...

Ale to nie koniec historii Backenrotha-Branickiego-Bronickiego. Po wojnie, "za Sowietów", tacy jak on siedzieli w więzieniach. Spotkał go tam Schwarz, który też siedział. "Odstąpiłem mu - powiada - dobre miejsce na pryczy na górze, ale nie chciał. Wyrzucił mnie na górę z powrotem, a sam spał w kącie". Żył potem jeszcze długo i po ucieczce z ZSRR, jako Naftali Bronicki, zamieszkał w Paryżu. Na początku lat 90. miał już ponad dziewięćdziesiątkę, bo urodził się w początkach XX wieku... Backenroth odegra jeszcze jedną chwalebną rolę w sprawie Schulza: chodzi o rysunki, które Schulz dał na przechowanie...

Buty nieboszczyka

...Krwawy czwartek. Wydawało się, że nigdy się to nie skończy. Strzelanina trwała do zmierzchu.

"Szedłem przez ulice pełne trupów - opowiada Schwarz. - Kiedy wracałem, już się uspokoiło. Zabito ponad dwieście osób. Najwięcej trupów było na Czackiego, ludzie tamtędy szli do pracy. Na drugi dzień kazano nam zbierać te trupy [...]. Kiedy tam przyszedłem, dużo ludzi było już rozebranych. W nocy - nie wiem, miejscowi czy Żydzi - porozbierali ich. Byli tacy, co nie mieli w co się ubrać. Ja sam kiedyś wziąłem z trupa buty. Przyznaję. Wziąłem. Chociaż u nas, w naszej wierze, żydowskiej, to jest zabronione".

Nie wolno nosić butów po nieboszczyku.

Schwarz znalazł się w grupie wyznaczonych do "porządkowania" miasta, czyli zbierania trupów. Na pewno Judenrat dostał takie polecenie - mówi Schwarz. "Układaliśmy je na wozach jak kłody drewna. Śpieszyliśmy się, chcieliśmy zrobić swoje jak najszybciej - było to przecież nieprzyjemne zajęcie, a zabitych bardzo wielu. Aż nadszedł wieczór... Nadal słychać było płacz i krzyki, bo ludzie przychodzili; szukali swoich bliskich... Byli też tacy, którzy chcieli jeszcze rozbierać zmarłych, szukać po kieszeniach... Z różnych przyczyn: takie sytuacje wykorzystywali zarówno złodzieje, jak i ludzie, którzy po prostu nie mieli się w co ubrać - jednemu potrzebna była bluzka, drugiemu co innego...".

W pewnym miejscu Schwarz zauważył grupkę ludzi, pochylonych, litujących się nad zwłokami leżącego mężczyzny. Mówią: popatrz, Schulz leży. Było to na Czackiego. Schwarz prosi stojących, żeby się odsunęli, chce zabrać zwłoki. Wtedy usłyszał: zostawcie go, prosił znajomego, żeby pochował go obok matki na starym cmentarzu. Jego znajomy poszedł po wóz, którym ma przewieźć ciało na cmentarz.

Znajomym tym mógł być Izydor Friedman...

Twarz w Brooklynie

Alfred Schreyer i inni w Drohobyczu przywołują pewne zdarzenie z ostatnich lat, gdy kręcono niemiecki film zatytułowany "Republika marzeń", fabularyzowany dokument o Schulzu, który polska telewizja wyświetliła we wrześniu 1998 roku. Na planie filmu zjawił się jako statysta drohobycki Ukrainiec, który w publikacji Agaty Tuszyńskiej występuje jako B.O., a w rzeczywistości nazywa się Bohdan Odynak, i opowiedział następującą historię:

Miał wtedy 12 lat i z kolegami - jak to wyrostki - słysząc strzały biegali po mieście, by zobaczyć, co się dzieje. Niedaleko kościoła jeden z chłopców wskazał leżącego człowieka: spójrz, tu leży ten znany artysta malarz. Nazwiska nie wymienił. Starannie jeszcze wtedy ubrany mężczyzna leżał wzdłuż krawężnika twarzą do góry, z lewą ręką wyciągniętą na jezdnię ku ulicy Mickiewicza. Na tej ręce miał zegarek. Krew jeszcze nie zastygła na głowie... Z dołu ulicy szedł ukraiński policjant z tatrzańską laską. Nagle Odynak usłyszał "stój". Odwróciwszy się, zobaczył tegoż policjanta z pistoletem w ręku. Pomyślał, że chce go zastrzelić, ale Ukrainiec zawołał i kazał zdjąć zegarek z ręki trupa.

Zwłoki były już zimne - opowiada Odynak.

Policjant wyjął z kieszeni chusteczkę do nosa, brzydził się wziąć zegarek do ręki - a może zegarek był zakrwawiony - zawinął i schował. W relacji u Tuszyńskiej: "Zadowolony poklepał chłopca po ramieniu i ofiarował mu na pamiątkę tatrzańską ciupagę".

Dopiero po latach Odynak dowiedział się, że tym zabitym był Schulz. A stało się to przypadkowo. Zobaczył fotografię Schulza i nagle zrozumiał, czyje to były zwłoki.

Schreyer i Schwarz zastanawiają się nad wiarygodnością takiego świadka. Czy coś podobnego można wymyślić? Wygląda to wiarygodnie.

W publikacji Kitowskiej:

"A. Schwarz: - Ja przecież widziałem, [Schulz] leżał przy krawężniku.

A. Schreyer: - Dokładnie w tym miejscu: wzdłuż krawężnika, w rynsztoku, przyciśnięty do krawężnika. Bo on widocznie zatrzymał się na trotuarze; jak upadł, to wprost do rynsztoka. [...] Pochowano go najprawdopodobniej na starym cmentarzu, gdzie po wojnie stanęło osiedle wybudowane na ludzkich kościach: kiedy wykopywano doły pod fundamenty, wydobywano kości...

- To znaczy, że oni weszli w obręb muru cmentarnego...

- Tak, tak... I proszono ich, aby tego nie robili. Lekarze epidemiolodzy chodzili do "obkomu" partii i mówili, że przecież jeszcze dziesięć lat nie minęło od ostatniego pogrzebu. Przecież nie wolno budować w takich miejscach.

- To u nas nie było wolno, ale nie u nich.

- Toteż w "obkomie" powiedzieli, że muszą budować, bo to miejsce jest objęte ogólnym planem rozbudowy Drohobycza.

- W wielu przypadkach robiono to naumyślnie.

- No, taki "obkom" partii to byli panowie życia i śmierci, nad nimi nie było żadnej władzy. A dla nich nie było świętości: popiersie Puszkina stoi przecież na cokole z czarnego granitu".

Posadzili Puszkina na cokole z żydowskiego cmentarza! "Z przodu Puszkin, z tyłu hebrajskie litery" - oburza się Leopold Lustig, który mając 95 lat (1995), nie chce już jechać do Drohobycza. Jego stosunek do miasta młodości jest pogardliwy. Kamienicy, którą zostawił, też nie chce: "Diabli niech ją wezmą..." - mówi.

*

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[6] Przytoczone tu fragmenty relacji E. Górskiego, a później E. Löwenthala, Z. Bezwińskiego i innych, o których mowa w dalszej części książki, pochodzą z tomu "Bruno Schulz. Listy, fragmenty. Wspomnienia o pisarzu", Kraków 1984, w oprac. J. Ficowskiego. Wyimki z listów Schulza wg "Księgi listów", Kraków 1975, w opracowaniu tegoż, oraz innych rozproszonych publikacji, wyszczególnionych w "Bibliografii".

[7] Witkacy popełnił samobójstwo po wkroczeniu Sowietów na ziemie polskie w 1939. Jedna z wersji mówi, że był to protest - widział w tym koniec kultury; inna, że obawiał się zemsty za jakieś grzechy podczas rewolucji. Mając na myśli skandal z ekshumacją szczątków Witkacego, można rzec, że "zemsta Sowietów" dopadła go pół wieku po śmierci, gdy komunizm się walił. Wtedy - pod koniec lat 80. - zaczęto mówić o sprowadzeniu prochów Witkacego. We wsi Jeziory na Polesiu, gdzie został pochowany, dokonano ekshumacji. Cała operacja prowadzona była nader podejrzanie, bez udziału polskich specjalistów. Później okazało się, że zaginęły dokumenty z owej "ekshumacji". Sowiecki historyk medycyny rozpoznał wówczas - jak stwierdził! - zwłoki 55-letniego mężczyzny, choć przypuszcza się... że mogło to być na nim wymuszone, bowiem - co ujawnili później polscy fachowcy - już student II roku medycyny rozpoznałby, że są to zwłoki kobiety, i to młodej, około 20-letniej, zapewne zmarłej po porodzie, co w roku 1995 potwierdziła polska komisja, powołana na skutek interpelacji poselskich... Tak więc w 1988 na Starym Cmentarzu w Zakopanem, uroczyście, przy udziale władz centralnych PRL, w grobie matki Witkacego pochowano szczątki nieznanej kobiety!

[8] Grynberg na pytanie "Życia" (6 V 1997), czy świadek, który wedle niego pochował Schulza, byłby w stanie pojechać do Drohobycza i w przybliżeniu wskazać to miejsce, odpowiada, że jego rozmówca (L. Lustig) nie chce nigdy więcej w życiu pojechać do Drohobycza. "A czy ja? - zastanawia się pewny swego autor "Drohobycza, Drohobycza". - Oczywiście, mógłbym spróbować".

"- Czy opowieść Henryka Grynberga wydaje się Panu wiarygodna?" - pyta J. Ficowskiego dziennikarz "Życia".

- Nie uważam jej [wersji Friedmana] za obowiązującą. Inni świadkowie już po zapisaniu przeze mnie jego relacji opowiadali mi na przykład, że ciało Brunona Schulza dopiero nazajutrz zostało przewiezione na cmentarz i pochowane we wspólnym grobie. Zdaję sobie sprawę, że Friedman był człowiekiem, który miał skłonności do konfabulacji.

- Czy więc ekshumacja Schulza w oparciu o dane świadka, którego odszukał Henryk Grynberg, jest możliwa?

- Według mnie jest całkowicie niemożliwa, bo żadne ze świadectw nie wydaje mi się jedynie obowiązujące. Ludzie bardzo różnie pamiętają wydarzenia, w których w przeszłości uczestniczyli. Moim zdaniem na podstawie jednej z licznych relacji nie da się ustalić wersji obowiązującej. Poza tym dziś na miejscu cmentarza żydowskiego stoi dzielnica mieszkaniowa z blokami, fundamentami i chodnikami. Śladu po cmentarzu, na którym prawdopodobnie pochowano Schulza, nie ma. Wdeptano go w ziemię. Sam bym sobie życzył, żeby pochować tego pisarza godnie i pod nazwiskiem. Ale przesłanki nie wydają mi się wystarczające na tyle, żeby jego zwłoki ekshumować".

Od siebie dodajmy, że forma przekazu Grynberga - ni to dokument, ni to fikcja - nie pozwala poważnie traktować relacji Lustiga, która, choć sama w sobie jest ciekawa, to jednak w tym wypadku wprowadza zamieszanie do i tak delikatnej i wątłej materii, jaką jest ustalenie okoliczności śmierci i pochówku Schulza.

[9] Dora Kacnelson, polonistka, historyk, emerytowany docent Instytutu Pedagogicznego, doktorat z twórczości Mickiewicza. W Drohobyczu od 1966. Autorka prac z historii Polski, m.in. "Folklor powstania styczniowego", o Mickiewiczu ("Mickiewicz a twórczość ludowa"). Pięć lat spędziła we wschodniej Syberii, badając archiwa polskich zesłańców skazanych na najcięższą katorgę, m.in. bohatera Nocy Listopadowej - Piotra Wysockiego. Jeszcze przed wojną, w Leningradzie, gdzie studiowała filologię rosyjską, poznała przyszłego męża, Rosjanina, Aleksego Jegorowa, literata, który w 1941 wstąpił na ochotnika do armii radzieckiej i na długo ślad po nim zaginął. Uznano go za zmarłego, gdy okazało się, że żyje - jako że trafił do niewoli niemieckiej, w której spędził cztery lata. Wrócił do "sowieckiej ojczyzny", gdzie wszyscy, którzy dali się żywcem złapać Niemcom, zostali uznani za "zdrajców narodu" i szli do więzień. Z łagrów na Kołymie Jegorow wrócił po dwunastu latach, niemal ślepy. W sumie w obozach i łagrach spędził szesnaście lat życia. (O Dorze Kacnelson - zob. też w rozdz. pt. "W sowieckim Drohobyczu" oraz przyp. 113). Zmarła w Berlinie w 2003 roku.

[10] "18 listopada 1942 został sprowokowany przez gestapowca aptekarz żydowski. Gestapowiec twierdził, że Żyd miał zamiar się bronić z bronią w ręku. Niemcy zarządzili na dzień 19 listopada 1942 tak zwaną dziką akcję. Każdy Żyd, którego spotkano na ulicy, został zastrzelony na miejscu. W dniu tym mieliśmy 230 ofiar, między którymi było też dużo inteligencji. Straszny był widok tych ofiar na nowym cmentarzu drohobyckim. Prócz służby cmentarnej byłem jedynym świadkiem tego strasznego pogrzebu.

Pozostało w mieście około 2000 Żydów i teraz nikt się nie łudził, co go czeka. Pozostali tylko pracujący w zakładach wojennych, którym również zniszczono ich rodziny. Dla ludzi tych stworzono obozy przy ich warsztatach pracy. Kto mógł, ratował się ucieczką w lasy, niektórzy znaleźli schronienie przy rodzinach chrześcijańskich, a dużo wyjechało z miasta do innych większych miast, na tak zwanych papierach aryjskich. Dzielnica żydowska przestała istnieć i została zrównana z ziemią. Została równocześnie wydana walka kościom naszych Zmarłych. Cmentarze żydowskie zostały zniszczone, a nagrobki użyte na poprawę dróg prowadzących do Rychcic. Likwidacja drohobyckiego żydostwa postępowała teraz szybkim krokiem naprzód. Zostały zatrzymane tylko najniezbędniejsze siły fachowe, a reszta wywieziona do rozmaitych obozów koncentracyjnych, z których bardzo mało [Żydów] pozostało przy życiu.

Dnia 7 sierpnia 1944 Armia Czerwona zajęła nasze miasto. Z lasów i rozmaitych zakamarków wyszło 500 niedobitków, po największej części sami, bez żon i dzieci. Jeden drugiego nie poznawał. I to wyzwolenie było bardzo smutne. Mieszkania i dorobek nasz zniszczone, bez rodzin, bez dachu nad głową zaczęliśmy się w tych nowych warunkach życia zastanawiać "co dalej". Tak zginął żydowski Drohobycz".

(Fragment z: S. Rothenberg, "List o zagładzie Żydów w Drohobyczu", oprac. E. Silberner, Londyn 1984).

[11] Pomieszczone w tym rozdziale fragmenty relacji A. Schreyera i A. Schwarza (vel Schwartza) wg: M. Kitowska-Łysiak "Requiem" ("Kresy" 14/1993) oraz A. Tuszyńska "Kilka portretów z Polską w tle", Warszawa 1993.

Na temat śmierci Schulza zob. też w książce "Uczniowie Schulza" (rozdz. "Ucieczka z Drohobycza"), Warszawa 2011, autorstwa piszącego te słowa.

[12] Naftali Backenroth vel Nicolas Bronicki, ur. w 1905, inżynier chemik, absolwent drohobyckiego gimnazjum Jagiełły, matura 1924. Legendarna postać - Żyd drohobycki, który przechytrzył gestapowców (zob. rozdz. "Krwawy czwartek"). Ocenia się, że uratował setki Żydów. Początkowo występował też pod nazwiskiem Branicki, potem - po wojnie - Bronicki, od nazwy lasku nieopodal Drohobycza, gdzie hitlerowcy dokonali rzezi Żydów (por. przyp. 16), i pod tym nazwiskiem, po ucieczce po wojnie z sowieckiego Drohobycza (gdzie był przez parę miesięcy więziony za rzekomą współpracę z Niemcami), osiadł w Paryżu i tam zmarł jesienią 1993. Jego syn, Julien, mieszka w Izraelu. Inicjatywa nazwania imieniem Backenrotha-Bronickiego jednej z ulic Drohobycza nie spotkała się ze zrozumieniem miejscowych władz ukraińskich. Podobnie było, gdy jeszcze za życia chciano nadać mu godność honorowego obywatela miasta. Wówczas odezwały się głosy: "Co, temu gestapowcowi [sic!]?". W 1992 - w setną rocznicę urodzin Schulza - Nicolas Bronicki ufundował popiersie pisarza, eksponowane w gmachu dawnego gimnazjum (por. przyp. 117).

O Backenrocie-Bronickim zob. też: "Miasto Schulza" (Warszawa 2005) i "Uczniowie Schulza" (Warszawa 2011).

[13] Kiedy Landau wyjeżdżał służbowo z Drohobycza, Schulz się natychmiast chował. J. Ficowski w "Regionach" przytacza przypadek z września 1942, kiedy to w czasie jednodniowej nieobecności Landaua Schulz ukrył się z siostrą, siostrzeńcem i jeszcze kilkoma Żydami, wśród których był rabin Awigdor, w piwnicy willi przy ul. św. Bartłomieja, z której Niemcy wyrzucili rodzinę Moroniów. Moroniowie mieli zapasowe klucze i udostępnili willę ukrywającym się Żydom. Schulz wyszedł z kryjówki następnego dnia, a jego siostra tam została. Niestety, musiała wkrótce opuścić schronienie ze względu na chorobę. Ukrywający obawiali się bowiem, że jej ataki nerwowe mogłyby zdradzić kryjówkę (por. też wspomn. B. Moronia w przyp. 20).

Wedle A. Chciuka ("Atlantyda"), rzeź w getcie w ów "krwawy czwartek" rozpoczęła się pod nieobecność Landaua, który "lubił i cenił Schulza, i byłby go może ocalił". To nieuprawnione domniemane. Landau był na miejscu, wcale nie wyjechał. Chciuk w tej swojej skądinąd ciekawej opowieści popełnia w tym kontekście jeszcze jeden błąd: nazywa Landaua komendantem gestapo, co po nim powtarzają inni, tworząc wokół Landaua fałszywą legendę, gdy w rzeczywistości było nad nim w Drohobyczu 3-4 gestapowców, a on sam był funkcjonariuszem średniej rangi, więc i możliwości - nawet gdyby, gdyby chciał - miał ograniczone. I jeśli się nad czymś rozczulał, to nad sobą. Jak chociażby na skutek niespodziewanego rozstania z narzeczoną, sekretarką w radomskim gestapo, którą biedak musiał zostawić w poprzednim miejscu swojej zaszczytnej służby Hitlerowi, w Radomiu, nim przez Lwów dotarł do Drohobycza.

[14] Fragment z pamiętnika gestapowca Feliksa Landaua: "O szóstej rano zostałem nagle wyrwany ze snu: Przystąpić do egzekucji! No cóż, zagram jeszcze raz rolę kata i grabarza. Dlaczego nie?!". Ów sarkazm Landaua bierze się stąd, że ten buldog rwie się do walki. Od samego początku, już we Lwowie, narzekał na nudę: "Moim zdaniem za mało walki" - pisze w swoim dzienniku. Większą część owych przerażających zapisków zbrodni znajdzie czytelnik w "Mieście Schulza" (Warszawa 2005) w rozdz. zatyt. "Dziennik gestapowca Landaua", w oprac. piszącego te słowa.

[15] Opiekunka do dzieci Landaua. Z informacji zebranych przez Władysława Olszewskiego, a dotyczących dzieci Landaua: Helgi i Piotra? (Petera?), wyłania się jeszcze jeden szczegół dotychczas niezauważany. Ktoś musiał się tymi dziećmi opiekować, gdy Landau pełnił swą zaszczytną dla Hitlera służbę. Otóż, opiekunką do dzieci Landaua była, zmarła w 1979 r., Polka, Balbina Samczuk z d. Rachwał, z zawodu nauczycielka, absolwentka seminarium nauczycielskiego w Stryju, znająca język niemiecki. Pochodziła ona z Kołomyi, skąd uciekła przed Ukraińcami.

Nie przychodziła sama, ale przyprowadzała kilkuletniego chłopca, Zbigniewa Dołobowskiego, rocznik 1938, który bawił się z dziećmi Landaua. Nie bardzo wiadomo, jaki był ich związek czy pokrewieństwo, czy Samczuk miała go również pod opieką. Dołobowski wspominał tylko, że pokój dziecinny u Landaua był "cały pomalowany" i było tam mnóstwo zabawek. Widział też, jak Landau zastrzelił chłopa, idącego z bańką mleka, przed domem na św. Jana.

Balbina Samczuk po wojnie była dyrektorką technikum kolejowego w Sosnowcu i posłanką na Sejm PRL.

Zob. też przyp. 106 - Dzieci Landaua w "Mieście Schulza" (wyd. I, 2005).

[16] Las Bronicki, las położony kilka kilometrów od Drohobycza, przy drodze na Sambor. W latach 1941-43 hitlerowcy zamordowali i pogrzebali tu w masowych grobach ponad 10 tysięcy drohobyckich Żydów. Abraham Schwarz, który widział jedną z tych egzekucji, będąc w szoku zapamiętał przede wszystkim krzyk mordowanych. Wielu pogrzebano żywcem. Podobno mogiły ruszały się jeszcze parę dni. W 1992 na terenie lasu przeprowadzono prace porządkowe, które finansował były drohobyczanin, uczeń gimnazjum Władysława Jagiełły, Wilhelm Tepper, zamożny przemysłowiec z Izraela. W lipcu tegoż roku odbyły się uroczystości żałobne z udziałem ocalałych drohobyckich Żydów przybyłych ze świata. Alfred Schreyer odśpiewał specjalnie skomponowaną na tę chwilę pieśń żałobną "Las Bronicki", zaczynającą się od słów autorstwa Jerzego Ficowskiego:

Na Sambor droga tędy mknie,

Mijają auta leśną głuszę.

O, bracie mój, zatrzymaj się

I pomódl się za nasze dusze...

* * *

Żył wśród nas wielki pisarz i artysta,

a nie docenialiśmy go.

(Alfred Schreyer z Drohobycza)

Wyobraźmy sobie, że Gombrowicza i Schulza przejechał tramwaj w Alejach Ujazdowskich[1]. W "Dzienniku" Gombrowicz kilkakrotnie wspomni spacery w Alejach Ujazdowskich w 1935 lub 1936: Gombrowicz i Schulz, pośrodku Nałkowska. Innym razem - proszę sobie wyobrazić taki widok! - Gombrowicz, Schulz i Witkacy...

Gombrowicz tuż przy Służewskiej mieszkał, więc on to był wodzirejem podczas tych spacerów, Bruno zaś tym, którego się prowadzało. Był wedle Gombrowicza skromnym belfrem, przybyłym na parę dni do stolicy, istotą bezdomną, klepaną po ramieniu - dalekim prowincjuszem, dla którego Warszawa była całkiem za granicą.

"Bodajże wtedy właśnie [w 1936] Schulz mówił nam, urodzonym i zadomowionym warszawiakom, o obcości tego miasta i o tym, że nie mógłby w nim napisać ani słowa" - wspomina Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Pamięta - szli ulicą Szczyglą, która jak cienisty kanion zbiegała w dół od ulicy Kopernika. "Szliśmy rozmawiając i nie patrząc. Nagle Schulz stanął i krzyknął. Krzyknął boleśnie, przejmująco, cicho, jak dziecko obudzone przez koszmar. Staliśmy wszyscy troje w miejscu pozornie bez wyjścia, przed wysokim murem, który zagradzał i blokował całą szerokość ulicy. Było tam wejście zatarasowane na głucho, boczna brama do klasztoru św. Kazimierza na Tamce, której nigdy nie używano [...]. Niełatwo było uspokoić Schulza, że nie, że to nie żadna pułapka ani ślepy kąt. Próbowaliśmy rozładować naprężoną sytuację żartem, wyprowadzić go stamtąd w górę za rękę na właściwą drogę. Przyjął do wiadomości wyjaśnienie, ale stał tam jeszcze przez dłuższą chwilę spłoszony, macając ręką mur tak szary i głuchy jak ściana więzienia [...]. We wspomnieniu widzę go tam jeszcze wciąż - małego, niezręcznego, jak gdyby złapanego w potrzask, z wyrazem grozy na pobladłej nerwowej twarzy". Wedle tejże dla Schulza, tego "prowincjonalnego wizjonera", jak go nazywa, Warszawa była równie obłąkana i niepojęta, jak dla niej i jej podobnych mroczne ulice jego wizyjnego miasta.

On sam mówił o swej agorafobii, o nadmiernym wyczuleniu na dźwięki, chociaż muzyka nie była jego mocną stroną[2]. Nie znosił zgiełku i szczęku do tego stopnia, że jak twierdził jego przyjaciel: "Gdyby mu wypadło walczyć nawet o żywot wieczny, nie sięgnąłby po pałkę" (wg Jerzy Ficowski "Regiony wielkiej herezji"). W innym miejscu Ficowski podaje: "Miał straszny lęk przestrzeni, nawet - jak opowiadają świadkowie - na zupełnie płaskim terenie w pobliżu Zakopanego, w okolicach Kuźnic, kurczył się i niemal opierał rękami o ziemię, tak bał się otchłani, przestrzeni pod sobą". Nie wyszedłby też na balkon. Opowiadano, że w Warszawie bał się chodzić środkiem chodnika, krył się pod murami i schodził każdemu z drogi... A i w Drohobyczu przemykał pod ścianami, "ukośnie, prawie bokiem, z opuszczoną głową"...

Schulz był odludkiem, bał się ludzi i źle czuł się w towarzystwie. Mówił, że "żyje tylko w głąb, a nie wszerz, jak inni ludzie", ponadto, że gdziekolwiek jest, już po kilku dniach tęskni wprost chorobliwie do Drohobycza, i "miało się czasem wrażenie, że od reszty świata oddziela go jakaś niewidzialna, nieprzebyta ściana, którą on sam na próżno usiłuje przebić..." (Izabella Czermakowa[3]).

Zdarzało się, w wakacje i w święta, że całymi dniami nie wychodził ze swego pokoju, a posiłki - jak podaje drohobyczanin Andrzej Chciuk[4] w "Atlantydzie" - stawiano mu przed drzwiami, tak jak sobie tego życzył. Z potraw nie cierpiał baraniny. "Kiedyś znajomi zaprosili go na potrawkę cielęcą, jadł ją ze smakiem, rozmawiał, a gdy po godzinie dowiedział się, iż to była baranina, natychmiast dostał torsji".

1. Bruno Schulz "Autoportret", około 1933.

Ale nie tylko baranina przyprawiała Schulza o mdłości. Drób również napawał go lękiem. Na przyjęciu u Kuncewiczowej w 1936 - wspomina Mortkowicz-Olczakowa: "Martwe natury sałatek i drobiu odbite w oczach Schulza przekształcały się w jakieś surrealistyczne wizje. Patrzył na nie swym udziwniającym i deformującym wzrokiem tak badawczo, jak gdyby to była co najmniej galareta z własnego ojca ugotowanego w sosie pomidorowym...".

W większym towarzystwie był zwykle małomówny. Izabella Czermakowa przywołuje ich wspólną wizytę w domu pewnego drohobyckiego inżyniera. Schulz jak zwykle w takich sytuacjach był spięty, niewiele mówił, a tu na dodatek trwożliwie oglądał się za siebie: niepokoił go wiszący za jego plecami pejzaż Fałata. "Widziałam - wspomina Czermakowa - że stara się przemóc, patrzył na mnie jakby z poczuciem winy...".

Kiedy indziej zaniepokoił go widok z okna...

Wspomina jeden z uczniów drohobyckiego gimnazjum: Schulz stał przed katedrą. Nagle w środku zdania przerwał, a wzrok jego pobiegł przez okno na przeciwległym skrzydle, gdzie na rusztowaniu na wysokości drugiego piętra robotnik malował mury szkoły. Chłopak z kimś rozmawiał, kiwając się dość ryzykownie na deskach rusztowania. Schulz patrzył na robotnika, strzepując nerwowo kredę z palców prawej ręki. W oczach miał obłędny strach. Od czasu do czasu lewą dłonią ocierał nie wiadomo czemu nagle spocone czoło. Ręce jego drżały, a głęboko osadzone oczy płonęły. "Dopiero później miałem zrozumieć - opowiada - jego chorobliwą wrażliwość. Bał się o robotnika, że może spaść. Wzrokiem jak gdyby się modlił, by uważał. Te brakujące do końca godziny dwadzieścia minut było dla Schulza nie do zniesienia".

To nie jedyny przypadek, gdy widok z okna zawładnął Schulzem.

Maria Chazen pamięta jedną z wizyt Schulza w Łodzi: "...podczas ożywionej rozmowy u mnie w domu posmutniał nagle i nie mogłam się dowiedzieć, co było powodem jego smutku. Wreszcie mi się przyznał, że "duży fabryczny komin, który zobaczył nad podwórkiem, tak go przeraził i przejął, że nie mógł się już z tego otrząsnąć". Od tej chwili komin stał się jakby trzecią osobą w naszej rozmowie. On odpowiadał i mówił za niego...".

Gombrowicz uważał, że Schulz był człowiekiem, który dezawuował sam siebie, chciał umrzeć lub ulec zagładzie. Konstruuje ryzykowną tezę: "On [Schulz] chciał zagłady, ja [Gombrowicz] realizacji. On urodził się na niewolnika, ja na pana. On szukał poniżenia, ja chciałem być ponad. On był rasy żydowskiej, ja pochodziłem z rodziny szlacheckiej. On był masochistą nieskończonym, nieokiełznanym - czuło się to stale u niego..."[5]. Wedle Chciuka Schulz do życia podchodził negatywnie: "Życie - mówił - to czyrak, dopust boski, na który nie można poradzić, [...] rzeczywistość jest warta pogardy, odcięcia się od niej. We własnym świecie przynajmniej wszystko się rozumie, tam wszystko jest własne, właściwe, istotne, bo zależne od woli twórcy".

To negatywne podejście do życia jakoby sprawić miało, że Schulz... szukał śmierci, że wyszedł jej naprzeciw, by "poczuć - nareszcie! - zbawczy chłód rewolweru" - według Artura Sandauera.

Jerzy Ficowski tym domysłom zaprzecza. Podziela po części pogląd o inności czy też "odchyleniach" Schulza, ale nie zgadza się z poglądem, by Schulz dobrowolnie szedł naprzeciw śmierci..., co jakby sugerowano. Jak w ogóle - oburza się - można mówić, że Schulza prześladował tak silny instynkt śmierci, że wprost szukał SS-owskiego kata w przeddzień pogromu 19 listopada...

[1] U Gombrowicza brzmi to w ten sposób: "Wyobraźmy sobie, że Schulza, Rudnickiego i mnie przejechał tramwaj podczas przechadzki w Ujazdowskich Alejach [wtedy jeszcze Alejami jeździły tramwaje]. Pozostałby tylko Choromański i Uniłowski..." Gombrowicz wypowiedział to był w polemice z Jerzym Andrzejewskim ("Kurier Poranny" 10/1936), który na łamach "Prosto z mostu" zaatakował "młodą literaturę", zaliczywszy też do niej... ponad 40-letniego Schulza. Gombrowiczowi chodziło o to, że Andrzejewski twierdził, iż bezład narodowy i moralny okresu powojennego (po I wojnie) wywołał u młodych literatów rozprzężenie i upadek ducha. Na co mu Gombrowicz odpowiada prześmiewczo, że brak tylko trzech wyżej wymienionych zmniejszyłby wydatnie procent choroby w młodej literaturze i wówczas Andrzejewski mógłby napisać artykuł wykazujący coś przeciwnego - że powojenna atmosfera wpłynęła dodatnio na twórczość literacką. Rzecz w tym, że - jak pisze - "równie dobrze w chorej atmosferze może uchować się zdrowy typ literata, jak też w zdrowej - chory", i dlaczego - pyta - "pan Andrzejewski żąda, żeby wszyscy śpiewali jednym głosem".

[2] Zdaniem Emila Górskiego ("Listy, fragmenty"), "chociaż Schulz był artystą wszechstronnym i wrażliwym, w jego osobowości była jak gdyby pewna luka i brak wrażliwości na muzykę [...]. Raz nawet - wyznał mi z zawstydzającym uśmiechem dziecka - zasnąłem na koncercie i zbudziły mnie dopiero oklaski". Mówił, że w muzyce słyszy głosy zwierząt i odgłosy przyrody. Ale - pamięta Górski - Schulz napisał nawet jakieś opowiadanie o muzyce: "...czytał mi je już w czasie wojny. Była to opowieść o kobiecie w ciąży, raczej w urojonej ciąży... Miejscem akcji była scena operowa: kobieta śpiewała o swoim życiu i równocześnie tekst libretta operowego, splatając swój los z dziejami bohaterki operowej - czasem krzyk rodzącej matki mieszał się z kunsztowną koloraturą primadonny operowej... Rękopis tego dziwnego i niezwykle pięknego opowiadania na pewno przepadł - wielka to szkoda, gdyż jak mi się wydaje, było to jedno ze szczytowych osiągnięć literackich Schulza".

Inne muzyczne wspomnienie Górskiego dotyczy pewnego spaceru w jasną księżycową noc: "...przechodziliśmy obok wielkiego narożnego budynku - była to kilkupiętrowa kamienica. Na jej wielką, białą ścianę bez okien, przypominającą olbrzymi karton bristolu, padał cień wysokiego drzewa, które rosło obok; jego gałęzie, drobne gałązki i listowie utworzyły na bladoseledynowym tle piękny i misterny deseń. Ten olbrzymi obraz, stworzony przez samą naturę, miał w sobie równocześnie coś ze scenerii teatralnej... Zafascynowani tym widokiem zatrzymaliśmy się, a Schulz, wpatrzony, wyszeptał: ta "ściana wygląda jak Nokturn". To porównanie było tak celne i sugestywne, że posłyszałem w wyobraźni ciche dźwięki "Nokturnu" Chopinowskiego" - wspomina Górski, który sam był muzykiem.

[3] Izabella Czermakowa (właśc. Hermanowa) - prowadziła we Lwowie salon artystyczny, w którym bywał Schulz, wprowadzony przez Ludwika Lille (zob. przyp. 84). W czasie wojny Hermanowa trafiła do getta, skąd udało się ją wydostać i przewieźć do Warszawy. Po wojnie pod nazwiskiem Czermakowa publikowała artykuły o tematyce kulturalnej i tłumaczenia. Podpisywała się też pseudonimem "Felicja" (stąd "Listy do Felicji" Jarosława Iwaszkiewicza). Zmarła w 1964.

[4] Andrzej Chciuk, jeden z czterech braci Chciuków, emigracyjny pisarz i krytyk literacki, ur. w 1920, uczeń Schulza w drohobyckim gimnazjum. Autor m.in. książek wspomnieniowych: "Atlantyda. Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku" (Londyn 1969), "Ziemia księżycowa. Druga opowieść o Księstwie Bałaku" (Londyn 1972). Obydwie drohobyckie książki Chciuka, ciekawie napisane, trzeba czytać miejscami z przymrużeniem oka, a jego wspomnienia o Schulzu - choć napisane z wielką miłością - zawierają czasem różne nie sprawdzone pogłoski i należy je traktować jako rzeczy jedynie przypisywane Schulzowi. Cokolwiek by się rzekło, trudno jednak zgodzić się z tym, co o Andrzeju Chciuku naopowiadał Grynbergowi ("Drohobycz, Drohobycz") jego rozmówca, L. Lustig, a co Grynberg bezkrytycznie powtarza.

W 1938 Chciuk zdał maturę w gimnazjum Władysława Jagiełły i rozpoczął studia na uniwersytecie we Lwowie. Po wybuchu wojny dostał się przez Węgry do Francji, gdzie wstąpił do wojska polskiego. Działał we francuskim ruchu oporu. W 1951 osiadł w Australii, gdzie pracował jako dziennikarz i uczył języka francuskiego. Laureat nagrody paryskiej "Kultury" (1956). Oprócz wymienionych wyżej wydał też m.in. książkę o terrorze stalinowskim w Polsce pt. "Towarzysze z Bezpieczeństwa" (1970). Plonem jego podróży do Izraela stała się książka zatytułowana "Wizyta w Izraelu" (1972). Zmarł w 1978 w Melbourne. Brat Tadeusza Chciuka "Celta", w okresie II wojny "białego kuriera" i emisariusza rządu RP, późniejszego redaktora Radia Wolna Europa, występującego pod pseudonimem Michał Lasota.

Podobno Andrzej Chciuk planował także książkę o Schulzu. Potwierdza to list J. Giedroycia z 1967 roku: "Ciekaw jestem Pana książki o Schulzu...". Chciuk wspominał o niej Giedroyciowi również w liście z maja 1969: "Leży mi jeszcze powieść o Schulzu i na sercu, i w szufladzie, do skończenia". W "Atlantydzie" pisał: "Ze wspomnieniami o Schulzu obcuję bardzo intensywnie [...]. Staram się o wierność, a nie o moje wyobrażenie o Schulzu; nachylam się nad tymi sprawami latami i chcę upamiętnić ślad Schulza". Ale w archiwach po Chciuku maszynopisu nie znaleziono. Jak sugeruje B. Żongołłowicz, autorka monografii "Andrzej Chciuk. Pisarz z antypodów" (Kraków 1999), Chciuk być może zniszczył rękopis. Przytacza świadectwo wdowy, która twierdzi, że przed śmiercią Chciuk wyrzucił jakieś maszynopisy. "Być może zniszczył wówczas książkę o Schulzu, uznając, że nic nowego - po Ficowskim - już nie wniesie" - konkluduje autorka, nie zauważając, że w "Ziemi księżycowej" na marginesie rozdziału o Schulzu Chciuk rozwiewa te podejrzenia: "Poniższy fragment - pisze - jest przepracowaniem kilku rozdziałów z vie romancée o Schulzu, rzeczy nie dokończonej i świadomie porzuconej. Dlaczego jej zaniechałem? Gdyż znam swe ograniczenia i coraz bardziej widzę, że w życiorysie Schulza gęstnieją luki, których już wiernie w zgodzie z faktami wypełnić nie można [1972!]. Może nawet sam Schulz świadomie niektóre okresy swej biografii zaciemniał jak Lautréamont...". Chciuk powołuje się przy tym na "dziesiątki listów" od drohobyczan rozsianych po świecie oraz rozmowy z sąsiadami Schulza, Jacynami, a także na korespondencję z sędzią Stefanem Balickim z USA, świadkiem rozruchów na drohobyckim Rynku w czasie wyborów do parlamentu austriackiego.

[5] Jerzy Ficowski napisał w "Księdze listów", że w "Dzienniku" Gombrowicz "podał wiele bałamutnych informacji o Schulzu" i nie jest to "nawet w cząstce źródło wiarygodnej wiedzy o Schulzu". Ale też - dodajmy - nie można twierdzić, że Gombrowicz fałszuje fakty lub że za okazaną przyjaźń odpłaca się czarną niewdzięcznością. W jego wspomnieniach jest wiele ciepła, gdy mowa o Schulzu. Jak choćby uwaga, że kiedy Schulz przeczytał "Ferdydurke"... "wybuchnął płomieniem, który mnie, zimnego, prawie sparzył. A przyjechawszy do Warszawy, wygłosił o "Ferdydurke" odczyt w Związku Literatów (potem zamieszczony w "Skamandrze"), który był jak fanfara i rozjuszył na niego wszystkich ówczesnych mandarynów". W Argentynie, w czasie wojny, Gombrowicz niepokoi się o los Schulza - zapytuje przebywającego w Stanach Józefa Wittlina: "Czy nie wie Pan czego o Schulzu?" (15 X 1941); "Niezmiernie niepokoję się losem Brunona Schulza, z którym byłem w wielkiej przyjaźni" (16 XII 1941). Zob. też przyp. 65.