Schronisko, które zostało zapomniane. Karkonoska seria kryminalna. Tom 4 - Sławek Gortych


Reflow text when sidebars are open.
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Czesław Miłosz, Campo di Fiori1
Krummhübel2, 3 kwietnia 1944
Nad Karkonoszami rozpętała się wojna. Niż, który nadciągnął w tę okolicę kilka dni wcześniej, bezskutecznie próbował przedostać się przez potężny masyw gór. Wraz z jego przybyciem niebo spowiły ołowiane chmury, kotłujące się ze wściekłości, że nie są w stanie sforsować karkonoskich szczytów i zmuszone zostały do przystanku w wędrówce po nieboskłonie. Były ciężkie, jednolicie szare i zatrzymywały większość promieni słonecznych, tak że piękna zabudowa górskiego kurortu Krummhübel sprawiała wrażenie zupełnie pozbawionej kolorów.
W górę sennego o tej porze roku miasteczka sunęła czarna limuzyna. Helmut Lang zerknął na zegarek. "Spóźnimy się" - przeszło mu przez myśl. Choć spodziewał się, że do celu dotrą zaledwie kilka minut po czasie, był coraz bardziej zdenerwowany.
Niespodziewanie przed oczami przeleciała mu migawka z okresu, gdy zaczął służyć na froncie wschodnim. Niepokój, który odczuwał, przypominając sobie tamten obraz, za każdym razem nadchodził w najmniej oczekiwanym momencie. Bez ostrzeżenia chwytał go szorstkimi łapami za gardło, wdzierał się do środka i rozlewał po całym ciele. Uczucie to było niewyobrażalnie silne, wprawiało jego ciało w takie napięcie, że miał wrażenie, jakby umysł tracił kontrolę nad całym organizmem.
Chociaż próbował uciekać myślami od tej wizji, obraz w jego głowie stopniowo nabierał ostrości. Pojawiały się zapachy, dźwięki, kolory. Krew, krzyki, brud i śmiech. Widział takie rzeczy potem wielokrotnie, ale na szczęście tylko z daleka. Inaczej było za pierwszym razem, nie znał wtedy jeszcze praw wojny. Tamten obraz utkwił w nim więc najgłębiej: weszli do wsi jak zwycięzcy. Cieszył się, naiwny. Chyba nawet czuł dumę, w końcu był żołnierzem tysiącletniej, niezwyciężonej Rzeszy. Bóg był z nim, a przynajmniej taki napis widniał na tej pieprzonej blaszce, którą zawsze miał przy sobie. Szkoda tylko, że nie wiedział wtedy jeszcze, na czym polega rola zwycięzcy. Kiedy zrozumiał, co się zaraz wydarzy, było już za późno na wycofanie - z niemego obserwatora stał się uczestnikiem.
Napatoczyła się kobieta. Młoda, śliczna. Jego koledzy postanowili się zabawić, przecież zwycięzcom należy się nagroda. Ale ona nie chciała. Brutalnie więc ją pobili, a następnie zgwałcili, po kolei - jak na zwycięzców przystało. Pamiętał, że próbował odejść, odwracać wzrok, byleby nie słyszeć jej krzyku, byleby nie widzieć jej przerażonych oczu. Jednak kazali mu trzymać ją za ręce. Przez długie minuty tej udręki chłonął więc każdy dźwięk i każdy obraz - wszystko, co ludzki umysł był w stanie znieść. Albo jeszcze więcej. Czuł pod palcami zaciśniętymi na jej nadgarstkach szybki puls, szarpnięcia spinających się mięśni aż do konwulsji, po których nagle się rozluźniła. A potem już tylko nitkowate tętno, gasnące. Był przerażony, umarła przecież w jego rękach. Przygniatana jego rękami. Znów usłyszał w głowie jej krzyk i słowa wypowiadane w niezrozumiałym dla niego, słowiańskim języku.
Poczuł obrzydzenie do samego siebie. Mocniej zacisnął palce na kierownicy, a jednocześnie coraz mniej skupiał się na drodze. Sięgnął do kieszeni i odruchowo spojrzał na siedzącego z tyłu pasażera. Tamten spał. Wykorzystując moment, ukradkiem wyjął piersiówkę i pociągnął długi łyk wódki. Od czasu powrotu z frontu uspokojenie nerwów w chwilach paniki stawało się coraz trudniejsze, zwłaszcza gdy tamten obraz znów pojawiał się przed oczami. Był jak sącząca się, zakażona rana - z każdym kolejnym napadem bólu coraz trudniejszy do zniesienia.
W pewnym momencie droga zniknęła mu sprzed oczu. Ostry zakręt. Gwałtownie przyhamował, szarpnął kierownicą i w ostatniej chwili uniknął zderzenia z barierką. Wstrzymał oddech, spoglądając we wsteczne lusterko. Pasażer wciąż jednak cicho pochrapywał. Zatrzymał samochód na poboczu. Oddychał nerwowo, próbując się uspokoić. Znów chciał sięgnąć po piersiówkę.
- Co się stało? - doszedł do niego ponury głos z tylnego siedzenia. - Dlaczego stoimy?
- Panie profesorze... - Odwrócił się zmieszany. - Dotarliśmy... Do Krummhübel. Muszę na chwilę. Za potrzebą - wydukał i wysiadł z auta, nie czekając na odpowiedź.
Błyskawicznie doskoczył do najbliższych krzaków, ślizgając się na resztkach brudnego, rozmokłego śniegu. Nogi poniosły go na jakąś zarośniętą ścieżkę wiodącą w głąb lasu. Mgła pełzała po ziemi, płynęła pomiędzy drzewami, zaczynała go otulać. Poczuł, jak żołądek zaczyna mu się rytmicznie kurczyć. Nie powstrzymywał odruchu, oparł się ręką o drzewo i zwymiotował. Nieprzetrawiony alkohol ponownie palił w przełyk.
Nabrał tchu, mokre i zimne powietrze kłuło w gardło. Zrozumiał, że nie da się już dalej iść z tym ciężarem w głowie; że nawet najmocniejszy trunek nie zdoła rozmyć tego, co raz utkwiło w jego pamięci. Wiedział, że zostało mu tylko jedno, ostateczne rozwiązanie. Myśl, że może wszystko zakończyć na swoich zasadach, przywróciła mu poczucie kontroli. Wrócił do samochodu.
Usadowił się za kierownicą i spojrzał we wsteczne lusterko. Poirytowany postojem profesor mruknął coś niewyraźnie.
- Za kilka minut będziemy u celu - zakomunikował Helmut Lang i ruszył. - Hotel Sanssouci leży niemal na końcu świata. - Pasażer wbił w niego nieodgadnione spojrzenie. - Znaczy się, hotel leży za świątynią Wang, to chciałem powiedzieć... Dość daleko. I wysoko - dodał, siląc się na spokojny ton głosu. Znów jednak nie doczekał się żadnej reakcji. Profesor przeniósł wzrok za okno i zaczął przecierać ręką zaparowaną szybę.
Od kiedy wyruszyli w trasę kilka godzin temu, nie powiedział praktycznie ani słowa. Lang raz jeszcze dyskretnie spojrzał w lusterko. Gdy wrócił ciężko ranny z frontu, po długiej rekonwalescencji przydzielono mu posadę kierowcy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, które od czasu alianckich nalotów na Berlin zaczęło część swoich struktur przenosić w Riesengebirge3. Ściślej rzecz ujmując, przyjęto go do nowo powstałego Departamentu XIV Ministerstwa, czyli Antyżydowskiej Akcji Zagranicznej. Od tamtej pory woził wielu mniej lub bardziej ważnych oficjeli: dyplomatów, esesmanów i polityków współpracujących z departamentem. Nikt jednak nie zrobił na nim dotychczas tak odpychającego wrażenia jak profesor Franz Alfred Six.
Chłód i wyższość, z jakimi spoglądał na ludzi, miały w sobie coś, co przeszywało do szpiku kości, o czym szofer przekonał się już wielokrotnie. Dyplomata nie był żonaty, nie miał też - przynajmniej nic o tym nie było wiadomo - żadnej kochanki, a z rodziną nie utrzymywał kontaktu. Plotkowano, że woli mężczyzn, ale kierowca szczerze w to wątpił. Bardziej prawdopodobne wydało mu się, że Six jest samotny z uwagi na swój arogancki styl bycia.
Profesor nie należał też do osób urodziwych. Choć liczył niewiele ponad trzydzieści lat, to jego zmarszczone czoło, duże zakola, głębokie bruzdy wokół warg i odstające uszy sprawiały, że wyglądał na o wiele starszego. Brak życia prywatnego był - trudno powiedzieć - przyczyną albo skutkiem tego, że w całości poświęcił się nazistowskiej doktrynie. Zdobywał kolejne stopnie naukowe, kilkukrotnie awansował w strukturach SS, a także w ministerstwie, aż wreszcie zamienił się w paranoika, którego życiowym celem było tropienie żydowskich spisków i eliminacja ich domniemanych uczestników. "Pieprzy o tym w kółko, ciekawe, czy miałby tyle odwagi, gdyby to jemu przyszło zająć się brudną robotą?" - przeszło Langowi przez myśl.
Kręta droga pięła się coraz wyżej. Hotel Sanssouci, duma miasteczka Krummhübel, od niedawna będący we władaniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, zdawał się rzeczywiście mieścić na końcu świata.
Lang zaczął się zastanawiać, jakie to wydarzenie odbędzie się dziś w hotelu. Słyszał o jakiejś konferencji, jednak jej temat pozostawał owiany tajemnicą. Nikt nie chciał szepnąć ani słowa. Będą dyskutować o Żydach? To wydawałoby się logiczne, skoro zaprosili Sixa. A jeśli to wyłącznie przykrywka? I tak naprawdę poruszą temat Wunderwaffe? A może chodziło o rewolucję polityczną - zmianę kursu w planach Rzeszy dotyczących dalszego prowadzenia wojny? Trudno było zgadnąć. Lang był jednak pewny, że dzieje się coś ważnego - świadczyła o tym obecność licznych dyplomatów, którzy od wczoraj tłumnie przybywali do Sanssouci.
Im bliżej hotelu się znajdowali, tym mgła na ulicach Krummhübel stawała się gęstsza. Deszcz stopniowo ustępował miejsca śniegowi.
Coś trzasnęło. Kierowca znów spojrzał w lusterko. To Six odpalił papierosa i zaciągnął się łapczywie, a po chwili wnętrze samochodu zaczął wypełniać gryzący dym.
Szofer wytężył wzrok. Wycieraczki pracowały na pełnych obrotach, a mimo to deszcz ze śniegiem coraz bardziej pogarszały widoczność. W pewnym momencie na horyzoncie pojawiło się kilka jarzących się punktów. To musiały być latarnie gazowe oświetlające podjazd przed hotelem. Ich blask był widoczny nawet przy najgorszej pogodzie.
Chwilę potem zza oparów mgły zaczął wyłaniać się ponury budynek. Deski wykańczające fasadę pokryto głęboką czernią - kolorem rzadko spotykanym w tutejszej architekturze. Choć odcienie brązu były tu na porządku dziennym, ta smolista barwa wciąż pozostawała wyjątkiem. Jej matowa głębia pochłaniała światło do tego stopnia, że nawet pomarańczowy blask latarni nie zdołał ocieplić surowego wizerunku hotelu.
Budynek nosił wyraźne cechy dziewiętnastowiecznej karkonoskiej architektury hotelowej, jednak jego rozmiary mogły zaskakiwać. Skomplikowana, pięciokondygnacyjna fasada była kilkukrotnie złamana, tak jakby powstała z zestawienia wielu różnych brył. Ich wspólnym elementem były charakterystyczne okna: duże jak na górskie warunki, ze szprosami układającymi się w górnej części w gęstą kratkę. Fasada hotelu robiła wrażenie jeszcze bardziej monumentalnej, gdy spojrzało się na okoliczną, o wiele skromniejszą zabudowę. Wybór Sanssouci na siedzibę struktur Ministerstwa Spraw Zagranicznych wydawał się więc wyjątkowo trafny. Budynek był potężny, sprawiał wrażenie odpornego na trudne górskie warunki, dawał poczucie stabilności, bezpieczeństwa, trwałości ponad wszelkie kryzysy - dokładnie tak jak najstarsze niemieckie ministerstwo.
Pod zadaszeniem przed drzwiami hotelu stało kilku esesmanów w skórzanych płaszczach. Ignorując przybierający na sile deszcz, palili w milczeniu. Wszystko tu zdawało się czarne i zlewające w jedną całość: fasada hotelu, mundury i płaszcze nazistów. Jedynie ich twarze kontrastowały ze smolistym otoczeniem; były trupio wręcz blade.