Schowajcie to między bajki - Ridero

Kup ebooka

5.05 zł
4.19 zł (4,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

O lisie, który wskoczył na księżyc

Kornelia Machalica

Dawno, dawno temu na skraju ciemnego lasu mieszkał mały, chyży lisek o imieniu Rudy. Nie był on jednak zwykłym przedstawicielem swojego gatunku. Wyróżniało go piękne, złote futerko i wielka bystrość umysłu. Jedną z jego cech charakterystycznych była też ciekawość. Musiał być zawsze, wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. A że uwielbiał wędrować to tu, to tam po całej okolicy - często spotykało go wiele różnych interesujących sytuacji. Niektóre wydarzenia były niebezpieczne, a niektóre fascynujące. Jednak nasz nieustraszony bohater zawsze sam odkrywał tajemnice otaczającego go świata i natury.

Rudy potrafił suszyć rośliny i robić z nich zdrowotne napary. Dzięki swoim umiejętnościom posiadał liczne grono kolegów i koleżanek. Wprost nie mógł opędzić się od towarzystwa. Wszystkie potrzebujące pomocy zwierzęta mogły się do niego zwrócić i nigdy nie spotkały się z odmową. On sam przeżył wiele przygód w poszukiwaniu nowych nasion i leczniczych traw, ale jedna, która mu się przytrafiła, była zdecydowanie najniezwyklejsza. I ją właśnie Wam dzisiaj opowiem.

Pewnego wieczoru, kiedy Rudy biegał po polach, spojrzał w górę i ujrzał niesamowity widok - jasny, srebrzysty księżyc, który odbijał się w gładkiej tafli jeziora. Lisek nigdy nie zwracał na niego szczególnej uwagi. Przebiegał codziennie przez las w swoich ważnych sprawach, których nigdy nie brakowało. Zawsze miał bardzo dużo pracy, ale dziś było inaczej. Zapatrzył się na księżyc i siedział tak przez wiele godzin.

Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego uczucia jak w ten dzień. Myślał o wielkim świecie, o nieznanych miejscach, odległych planetach, dalekich galaktykach... Nagle las wydał mu się wyjątkowo małą plamką w otchłani całego świata. Zaczął marzyć, że unosi się w powietrzu i leci w nieznane. Zrodziła się w nim wtedy nieopisana fascynacja księżycem. Rudy zaczął codziennie wychodzić na nocne spacery, aby podziwiać jego blask. Ze zdziwieniem odkrył, że co jakiś czas księżyc się zmienia: raz widać tylko pół jego tarczy, raz prezentuje się on w całej swojej okrągłej okazałości, później powoli zanika, aby gdzieś odejść na kilka dni. W swoich mądrych księgach przeczytał, że są to fazy: nów, kwadra i pełnia.

Przyciągany co dnia jego tajemniczym pięknem Rudy zaczął snuć marzenia o przyjaźni z księżycem. Nawiązanie relacji nie może być przecież takie trudne. Rozmyślał, jak zacząć pogawędkę i co tak naprawdę miałby mu powiedzieć. Do każdego wystarczy podejść i zacząć rozmawiać: zapytać, jak się ma, co lubi robić i jaki jest jego ulubiony kolor. Potem już rozmowa dalej toczy się sama. A z takim księżycem to nic nie wiadomo, bo raczej nie udzieli żadnej odpowiedzi.

Dobrych parę dni lisek bił się z myślami. Kiedy w końcu zebrał się na odwagę i podjął decyzję, że dziś odezwie się już na pewno, księżyca akurat nie było. Wyrzucał sobie, że źle obliczył dni jego fazy i będzie musiał znowu czekać. Jeszcze nigdy nie czuł przed nikim aż takiego respektu, ale jednocześnie wielkiej chęci nawiązania kontaktu. "Naprawdę niełatwo czasami rozpocząć" - myślał Rudy. Uczucie wahania było mu obce. Jako towarzyski lis z każdym potrafił nawiązać kontakt. W tej sytuacji było inaczej.

Pewnej nocy, gdy księżyc był szczególnie jasny, nasz bohater postanowił do niego przemówić. Wył z całych sił, wznosił w niebo głośne okrzyki. Opowiadał o wszystkim, co mu się ostatnio przytrafiło, wyznał też, że bardzo chciałby się zaprzyjaźnić. Księżyc, który przez wieki słyszał setki ludzkich głosów, był zdumiony, że teraz usłyszał głos lisa. Wielce zaintrygowany zszedł na ziemię, gdzie spotkał Rudego. Lisek patrzył urzeczony i milczał z wrażenia. Nagle księżyc przemówił:

- Witaj, przyjacielu. Bardzo mi miło cię poznać.

- Jesteś taki ogromny i jasny, księżycu. Co ciekawego mi powiesz? Jak jest w twoich stronach? - zapytał Rudy.

- Zupełnie inaczej niż tutaj, ale równie pięknie. Na mojej powierzchni możesz znaleźć kratery, góry, rozległe morza zakrzepłej lawy i grube warstwy pyłów, które gryzą każdego w nos.

- Musi tam być naprawdę ładnie. Czy będę mógł cię kiedyś odwiedzić? - zapytał z nadzieją lisek.

- Myślę, że tak. Obserwowałem cię wielokrotnie. Wydajesz się miłym stworzeniem. Wybacz, teraz muszę już iść dalej, ale przyjdź jutro. Porozmawiamy znowu.

Rudy - w zdumieniu - odszedł ze swojego miejsca. Sam nie do końca wierzył w to, co się wydarzyło. "Chyba ktoś powinien mnie uszczypnąć, aby sprawdzić, czy to na pewno nie był tylko sen" - myślał.

Następnego wieczora, kiedy tylko zrobiło się ciemno, lisek pobiegł co sił w łapach, aby przekonać się, czy to wszystko nie było tylko jakimś przywidzeniem. Punktualnie o godzinie dwudziestej księżyc pojawił się i zszedł. Od tego momentu zaczęli spędzać wspólnie wieczory.

Dzielili się swoimi marzeniami, planami i opowieściami. Rudy mówił księżycowi o swoich wędrówkach po lesie, o przyjaciołach zwierzątkach i ich zainteresowaniach. Wspominał z pasją o zamiłowaniu do odkrywania i suszenia roślin. Nauczył go wielu ciekawostek: pokazał przeróżne kształty nasion i opowiedział o ich właściwościach. Wytłumaczył, jak prawidłowo sadzić nasiona, aby wyrosły z nich piękne rośliny, i gdzie w lesie szukać najbardziej pachnących ziół. Księżyc zaś odwdzięczał się lisowi swoją wiedzą o kosmosie. Opowiadał mu o innych planetach, gwiazdach i dalekich galaktykach. Rudy z fascynacją słuchał tych historii, raz po raz wzdychając z utęsknieniem. Bardzo chciał kiedyś wyruszyć w taką podróż po wszechświecie. Nie wydawało mu się to jednak możliwe.

Przyjaźń między lisem a księżycem z każdym kolejnym wieczorem stawała się coraz silniejsza. Spędzali razem godziny, obserwując gwiazdy, opowiadając sobie żarty i śpiewając śmieszne piosenki. Towarzystwo księżyca niesamowicie wzbogaciło życie Rudego. Lisek zauważył, że dzięki przyjacielowi stało się ono jeszcze barwniejsze.

Pewnej nocy, gdy księżyc nie zszedł i nieco przygasł, Rudy bardzo zaniepokoił się o swojego przyjaciela. Bez wahania wyruszył na wyprawę, aby dowiedzieć się, co się z nim stało. Szybko spakował swój plecak i nie bardzo wiedząc, gdzie iść, ruszył najpierw na północ.

Nasz bohater wędrował przez lasy i góry. Dzień i noc, aby tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku z jego najlepszym kompanem. Po jakimś czasie dotarł na najwyższy szczyt, skąd bardzo dokładnie mógł przyjrzeć się niebu. Z wielkim smutkiem zobaczył, że księżyc zanikał coraz bardziej, tracąc swój przecudny blask. Rudy bez żadnego namysłu postanowił działać. Wiedział, że musi uratować swojego przyjaciela. Pędem wrócił do lasu i zebrał drużynę chętnych zwierząt. Na polance stawiły się między innymi sowy mądre głowy, zające, jelenie z sarnami, borsuk oraz rodzina niedźwiedzi. Wszyscy wspólnie naradzali się do późnych godzin. Kiedy leśna debata dobiegła końca, wszyscy jednogłośnie zdecydowali dołączyć do liska w tej wyjątkowej misji, ponieważ darzyli Rudego wielką sympatią. Chcieli razem wyruszyć do nieba, by dotrzeć do księżyca i dowiedzieć się, co mu dolega.

Po długiej i trudnej podróży drużyna Rudego dotarła na księżyc. Zdziwieni odkryli, że jego słabość wynikała z braku pozytywnej energii wysyłanej przez ludzi. Wszystko dlatego, że przestali oni zauważać, doceniać i podziwiać go na niebie. Zabiegani, wciąż pędząc przed siebie, nie mieli czasu, by spojrzeć w górę i się nim zachwycić. A on ze smutku blaknął i blaknął... Rudy i jego przyjaciele nie zastanawiali się długo. Zorganizowali ogromne przyjęcie na księżycu, na które zaprosili wszystkie zwierzęta z okolicy, a nawet ludzi z pobliskiej wioski.

Przyjęcie było niesamowite! Na stołach lśniła piękna zastawa, a pyszne jedzenie piętrzyło się na złotych paterach. Wszyscy razem śpiewali i tańczyli aż do świtu. Pszczoły przyleciały z beczkami słodkiego miodu, który lał się strumieniami z kieliszków. Wszyscy poświęcili swój cenny czas sobie nawzajem, a energia pozytywnych emocji, radości i przyjaźni zaczęła zasilać księżyc, który stopniowo odzyskiwał swoją dawną jasność. Rudy i przyjaciele zostali jeszcze przez kilka dni po tym niezwykle udanym wydarzeniu towarzyskim, by pomóc księżycowi odzyskać całkowitą moc.

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy księżyc zregenerował się i zalśnił ponownie pełnym światłem na nocnym niebie. Wszyscy byli podekscytowani i dumni z tego, że mogli pomóc go uratować. Zwierzęta i ludzie zaczęli doceniać piękno księżyca i delektować się jego blaskiem.

W końcu jednak nastał dzień powrotu do ziemskiego legowiska. Księżyc i lis pożegnali się czule, zapewniając się nawzajem o głębi swych uczuć. Rudy był pełen wdzięczności za tę niezwykłą przygodę. Zrozumiał, że przyjaźń i poświęcenie są najważniejszymi wartościami w życiu. Bo tak naprawdę prawdziwa przyjaźń nie zna granic, nawet tych kosmicznych!

Ucieczka żółtej kredki

Aneta Lejwoda-Zielińska

Stała się rzecz straszna. Otóż żółta kredka pokłóciła się z koleżankami i uciekła z piórnika. Podczas przerwy, gdy wszystkie dzieci poszły się bawić na szkolnym korytarzu, najzwyczajniej w świecie otworzyła zapięcie pudełka, wyskoczyła na blat ławki, potem stoczyła się na podłogę i poturlała do wyjścia. Poszło o kolejność ułożenia w opakowaniu. Żółta kredka zawsze leżała obok czerwonej. Nie ukrywam, że razem tworzyły zgraną parę.

Niestety, pewnego dnia pod nieobecność żółtej kredki jej miejsce zajęła Niebieska. Stało się to podczas lekcji plastyki. Akurat Ada rysowała stado niesfornych piskląt uganiających się po podwórku za ziarnkiem kukurydzy. Potem zwinnym ruchem nakreśliła na niebie promienne słońce, a w ogrodzie kilka dorodnych słoneczników. Kredka zmęczyła się i trzeba było naostrzyć jej rysik. Gdy dziewczynka odłożyła ją w końcu do pudełka, okazało się, że w ułożeniu kolorów zaszła zmiana. Niebieska kredka bez żenady rozmawiała z Czerwoną, a tamta śmiała się w najlepsze, nie zwracając uwagi na dawną sąsiadkę. Żółta musiała położyć się obok Czarnej, a tej nikt z piórnika nie znosił ze względu na jej wiecznie ponury nastrój. Nigdy się nie uśmiechała, z byle powodu marudziła, jednym słowem: wszystko widziała w czarnych barwach. Jawna zdrada przyjaciółki zraniła wrażliwe serduszko Żółtej i to chyba właśnie wtedy zrodził się w jej umyśle pomysł ucieczki. Zazdrość potrafi zaślepić. Bywa też przyczyną nieszczęścia, dlatego gdy tylko zakiełkuje w sercu, trzeba pozbyć się jej jak najszybciej. Inaczej rozrośnie się niczym chwast i zagłuszy inne uczucia. Żółta kredka o tym nie wiedziała. Jeszcze chwila, a poczerwieniałaby z zazdrości na widok przyjaciółki rozmawiającej z Niebieską. Kiedy toczyła się po podłodze, była tak bardzo wściekła, że nie spostrzegła zagrożenia. Otóż pani woźna, robiąc porządki, zmiotła kredkę na wielką szuflę i powędrowała z nią do kontenera na śmieci.

- Aaaaaaaaa! - zawołała Żółta, podskakując. - Niedobrze mi! Proszę mną tak nie potrząsać! Mam delikatny rysik, łatwo go złamać!

Pani woźna nie znała jednak języka kredkowego. Co więcej, nawet nie spojrzała na uciekinierkę. Szła dziarskim krokiem, aby jak najszybciej uwinąć się ze sprzątaniem i na czas nacisnąć srebrny przycisk dzwonka wzywającego dzieci na kolejną lekcję. Żółta kredka na pewno trafiłaby na wysypisko śmieci, gdyby nie pani Anna, która dostrzegła ją akurat wtedy, gdy pani woźna wychodziła z klasy.

- Pani Jadziu, a co to tak żółci się na szufli? Promyk słońca? - zapytała z uśmiechem.

Chwilę później uszczęśliwiona kredka siedziała w mięciutkiej kieszeni koszuli, z zachwytem przyglądała się swojej wybawczyni i wzdychała: "Ach, nazwała mnie promykiem słońca! Czyż to nie brzmi pięknie?".

Była uratowana, a na dodatek mogła oglądać świat z wysoka. Urzeczona, obserwowała każdy szczegół. Słoneczny czerwcowy dzień kipiał różnorodnością kształtów, dźwięków i barw. To, co kredka zobaczyła na szkolnym podwórku, przypominało rysunki Ady. Po ogrodzeniu oddzielającym boisko od gospodarstwa pani Krysi spacerował czarny kot. Pewnie stawiał łapy, przymilnie miaucząc. Obok stał biały kogut, stroszył pióra, dumnie się puszył i piał donośnie, aż grzebień raził w oczy czerwienią. Po płocie wił się pęd żółto-pomarańczowych nasturcji, każdy kwiat wychylał ku słońcu płatki. W tle majaczyły ciemnozielone krzewy porzeczek.

Kredka zawsze uwielbiała biegać po papierze i zapełniać kreskami puste przestrzenie. Mogła tak tańczyć bez wytchnienia, kreśląc koła, elipsy, kwadraty i trójkąty. Czasem były to linie proste, czasem falowane. Nie brakowało kropek, kółek i zygzaków. Kreski układały się w barwne obrazy. Ada rysowała ładnie, więc zawsze dostawała piątki. Gdy nauczycielka chwaliła obrazki dziewczynki, mieszkańcy piórnika wiwatowali na cześć małej artystki. Byli bardzo zadowoleni. Nic dziwnego, to przecież ich wspólna praca. Wszyscy wiedzieli, że bez współpracy kredek rysunki Ady nie byłyby tak piękne.

Pani Ania uczyła dzieci, jak zestawiać barwy, żeby ślicznie prezentowały się na białym kartonie. Kredki musiały wówczas paradować w odpowiedniej kolejności. Niestety, niektóre gubiły szyk, a wtedy powstawała czysta abstrakcja, bohomazy. Najczęściej do przodu wyrywała się biała.

- Hej, Biała, co się tak pchasz! - wołał poirytowany ołówek.

- Ustąp miejsca innym i zdejmij czapkę niewidkę! Ha, ha! - drwił karton, zawijając rogi ze śmiechu.

W pudełku aż wrzało od kłótni. Każda kredka chciała być użyta przez Adę do rysowania. Najwięcej do powiedzenia miały te w ciepłych barwach. Twierdziły, że bez nich żaden obrazek nie ma wyrazu. Rozpychały się, wierciły, turlały po blacie ławki, robiły wszystko, by trafić w zwinne paluszki dziewczynki. Przekomarzaniom i dąsom nie było końca. Żółta kredka, wspominając rozgardiasz panujący w piórniku, uśmiechnęła się z nostalgią. Przez chwilę zatęskniła za swoim domem. Mała łezka popłynęła z jej kredkowych oczu, rozpryskując się po białej koszuli pani Anny na tysiąc żółtych kwiatuszków. Nauczycielka wsiadała właśnie na rower, więc nie zwróciła uwagi na tę nagłą zmianę w kolorystyce ubrania.

Kredka miała nadzieję, że kiedyś uda jej się wrócić do piórnika. Tymczasem czekała ją podróż. Otrząsnęła się ze wspomnień i rozejrzała wokół. Była tak podekscytowana, że aż swędział ją rysik. Z wrażenia podskakiwała w kieszonce na swojej jednej nóżce jak mały kangur. Świat był piękny i stał przed nią otworem. Zawsze gdy Ada rysowała górskie krajobrazy albo pachnącą słońcem plażę, żółta kredka wzdychała. Marzyła o podróżach, chciała zwiedzić wszystkie te miejsca, a potem narysować je tak, by wyglądały jak prawdziwe.

"Szszszsz... Szszszsz..." - zaświstało powietrze, kiedy pani Ania zjeżdżała z górki.

- Aaaaaaaaaaa! Nie tak szybkooooo! Ratunkuuu! - zawołała wystraszona kredka, o mało co nie łamiąc sobie rysika.

Na szczęście rowerzystka lekko przyhamowała, dwukołowy wehikuł zwolnił, a pasażerka odetchnęła z ulgą. Z radości zrobiła fikołka, zakreślając na śnieżnobiałym materiale kieszonki piękne żółte kółeczko przypominające słońce. "A to się pani Ania ucieszy" - pomyślała kredka i dokończyła swoje dzieło, dorysowując śliczne promyki.

Rower mknął po chodniku wzdłuż ogrodzeń, za którymi widniały pełne kolorowych kwiatów bajkowe ogrody i domki ukryte wśród zieleni. Ubrani w barwne stroje ludzie uśmiechali się na widok pani Ani, machali ręką na powitanie albo salutowali jak przed dowódcą. Cyklistka odpowiadała skinieniem głowy, z niektórymi witała się wesołym dźwiękiem dzwonka.

- Dzyń, dzyń! - wołała kredka, dumnie się prężąc.

Dojechały na miejsce. Oczom Żółtej ukazał się parterowy domek otoczony zewsząd zielenią trawnika. "Stanowczo za mało tutaj żółtego koloru" - pomyślała. Obiecała sobie, że wkrótce temu zaradzi, na razie z ciekawością się rozglądała. "A więc to mój nowy dom" - myślała.

Na spotkanie pani Ani wyszedł mąż. Kredka od razu go polubiła. Ubrany w żółty podkoszulek, sprawiał miłe wrażenie. Roześmiał się na widok żony i zawołał:

- Bardzo ci ładnie w tej nowej koszuli, Aniu!

- Mam ją od dawna - odparła, ale odruchowo się sobie przyjrzała.

Kredka jeszcze nigdy nie słyszała, by ktoś tak głośno krzyknął. Nauczycielka z wrzaskiem zdarła z siebie koszulę i z przerażeniem przyglądała się ubraniu, które już nie było białe. Stroiły je fantazyjne żółte kwiatki i wesołe słoneczko.

- Co się stało, kochanie? - zapytał pan Andrzej zaniepokojony zachowaniem żony.

- To jakieś czary! Rano założyłam czystą białą koszulę, a teraz... No popatrz! - tłumaczyła wciąż wstrząśnięta pani Ania, potrząsając ubraniem przed oczami męża.

- Aaaaaaaaaa! - zawołała Żółta, której od wstrząsów kręciło się w głowie. - Jej! Czy to trzęsienie ziemi?

Nagle pani Anna zamarła. Patrzyła w jeden punkt na koszuli, a jej brązowe oczy robiły się coraz większe i większe. Kredka czuła na sobie badawcze spojrzenie, starała się więc zrobić jak najprzyjemniejszą minę. Nie było to jednak proste po tym, co przed chwilą przeżyła. Mimo nie najlepszego samopoczucia udało jej się w końcu uśmiechnąć. Biorąc wcześniejsze okrzyki pani Ani za oznakę radości, pisnęła:

- Chętnie pokoloruję też inne koszule...

Kobieta wyciągnęła rękę, chwyciła Żółtą i zaczęła się jej uważnie przyglądać. Nie było w tym spojrzeniu ani krztyny serdeczności, tliła się za to podejrzliwość i chęć wyładowania na kimś złości. Kredka struchlała, pobladła, a potem poczerwieniała. Chętnie cała schowałaby się w drewniany płaszczyk.

- Niezły z ciebie gagatek! - powiedziała pani Ania, dotykając ostrego rysika. - Ale mnie urządziłaś!

- Kochanie, daj spokój, przecież nie zrobiła nic złego! W tej koszuli wyglądasz tak zwiewnie, letnio, po prostu prześlicznie! Mała ma gust! Wie, w czym ci najlepiej! - stanął w obronie kredki pan Andrzej, który miał niesamowite poczucie humoru i jak nikt potrafił rozładowywać napięte sytuacje. - Zresztą te żółte kwiatuszki pewnie łatwo się spiorą!

- Nie sądzisz, że ta kredka jest jakaś dziwna? - zapytała pani Ania, w dalszym ciągu uważnie lustrując winowajczynię.

- Dziwna? Co masz na myśli, Aniu? - Brwi mężczyzny uniosły się w konsternacji.

- Nie wiem, czy to będzie odpowiednie słowo... Zaczarowana? Tak! Mam wrażenie, że ta kredka jest zaczarowana! - powiedziała pani Ania i spojrzała triumfalnie na męża.

- Zaczarowana? O zaczarowanym ołówku słyszałem, ale o kredce nigdy! - roześmiał się pan Andrzej, pocałował żonę, porwał ją na ręce i zaniósł do domu z okrzykiem Indianina świętującego udane polowanie.

"Są jak dzieci" - westchnęła kredka i szczęśliwa wtuliła się w ciepłą dłoń pani Ani.

Korporacja Pana Boga

Wioleta Żyłowska

Cześć! Jestem Daniel. Trudno mi powiedzieć, ile mam lat, bo mieszkam w trochę innym miejscu niż wszyscy ludzie - w Przedsionku Nieba. Jestem bowiem bardzo młodym aniołem. Jeszcze się uczę, jak dobrze pełnić swoją funkcję, codziennie ćwiczę grę na harfie i śpiew... Zajęcia z chóru to jedne z moich ulubionych lekcji, choć bywa trudno i trzeba się zawsze bardzo starać. Najtrudniejsze lekcje to jednak te z etyki, czyli rozmyślanie o tym, co jest dobre, a co złe. Nieraz mamy z tym niezły zgryz... W szkole dla aniołów wcale nie jest łatwo, ale bardzo ją lubię. I już się nie mogę doczekać, aż dorosnę i będę mógł samodzielnie pomagać ludziom na świecie. Ale póki co muszę się jeszcze wiele nauczyć.

Teraz w szkole zaczynają się ferie, a że bardzo nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł zacząć opiekować się ludźmi, za radą mamy postanowiłem... zgłosić się na praktyki w Korporacji Pana Boga. Korporacja to firma, w której pracują wszyscy aniołowie. Dzięki niej możemy się lepiej zorganizować i próbować załatwić dla ludzi różne sprawy.

Dziś przypada mój pierwszy dzień i nie ukrywam - troszkę się obawiam... Bardzo chcę spróbować komuś pomóc i ekscytuję się na myśl, że będę mógł to zrobić, ale... to dla mnie nowe doświadczenie, więc uczucie strachu jest chyba normalne. Żeby dodać sobie otuchy, zacząłem śpiewać sobie piosenkę-pocieszankę, której kiedyś nauczyła mnie mama i którą wciąż lubię sobie nucić w trudnych chwilach. Zawsze działa!

Dzielnie ruszam do korporacji. To ogromny wieżowiec, chyba nikt nie wie, ile ma pięter. Podobno ciągnie się do samego Nieba, ale nikt, kogo znam, nie wie tego na pewno. Budynek wzniesiono z kryształu, więc pięknie połyskuje w blasku słońca, otoczony obłokami. To niesamowity widok, naprawdę!

Po wejściu przez obrotowe drzwi trafiam do jasnego hallu z drewnianą podłogą, ozdobionego puchatymi, białymi dywanami i mnóstwem diamentowych kinkietów i żyrandoli. Ulokowano tu - poza główną ladą - wiele kanap, foteli i stolików, żeby można było spokojnie porozmawiać. Znałem już to miejsce, bo moi rodzice, jak wszyscy inni aniołowie, pracują właśnie tutaj.

Tym razem jednak wraz z innymi uśmiechniętymi aniołami wsiadam do windy i wybieram się na piętro numer trzy. Drżącą, choć zdecydowaną ręką naciskam klamkę pokoju numer trzydzieści siedem, gdzie anioł opiekujący się praktykantami ma mi udzielić wskazówek i przydzielić jakieś zadanie.

- Witam cię, Danielu! - Mój nowy przełożony już na mnie czekał.

- Cudownie cię widzieć, Ezechielu.

- Widzę w twojej aurze, jak bardzo się cieszysz. To niesamowite, że masz tyle entuzjazmu! - powiedział mój opiekun i uśmiechnął się przy tym szeroko, a ja od razu poczułem, jak mój strach zanika, za to rośnie wiara w siebie.

Musicie wiedzieć, że aniołowie mają tajemną umiejętność, której nie mają ludzie - widzą aury innych istot. Niestety nie wiemy, co dokładnie ktoś myśli ani co zamierza zrobić, ale widzimy... jakby poświatę dookoła każdej osoby czy innego anioła. Światło otaczające czyjąś postać może mieć różną intensywność, różne kolory, czasem drży jak płomień na wietrze, czasem świeci zupełnie spokojnie... W aurze widać wyraźnie, jak ktoś się czuje, i ten ktoś nie może skłamać - nikt nie potrafi zmieniać aury w zależności od swojej woli.

- Usiądź wygodnie, a ja opowiem ci o twoim dzisiejszym zadaniu - poprosił Ezechiel, a ja rozsiadłem się w szarym, bardzo wygodnym fotelu naprzeciwko mojego przełożonego.

On również usiadł, ale wcześniej na stoliczku z boku postawił dwa kubki gorącej czekolady. Uwielbiam czekoladę! Moja aura błysnęła żółtym światłem radości i wdzięczności, a aura mojego towarzysza zajarzyła się spokojnym, ciepłym blaskiem. Ucieszył się, że sprawił mi przyjemność, i to dodatkowo sprawiło, że zrobiło mi się cieplej na sercu. Coraz mniej bałem się nowego wyzwania.

- Danielu, chciałbym, żebyś udał się teraz do pewnego szpitala i zaopiekował się dziś panią Elżbietą. To bardzo miła osoba, raczej nie sprawi ci kłopotu, a będzie dziś potrzebowała nieco wsparcia. Twoja radość i twój entuzjazm mogą się okazać bardzo przydatne. Nie chcę opowiadać ci za dużo, chyba będzie najlepiej, jak sam zorientujesz się w sytuacji. - Zrobił pauzę i spojrzał mi głęboko w oczy, zanim dodał: - Chciałbym, żebyś miał pewność co do jednego: zawsze możesz tu przyjść, chętnie o wszystkim z tobą porozmawiam i pomogę, w czym tylko będę mógł.

- Świetnie! Spróbuję więc zająć się panią Elą. Życz mi, proszę, powodzenia i trzymaj za mnie kciuki!

- Życzę ci wszystkiego dobrego i... do zobaczenia!

Ezechiel przekazał mi, gdzie mam się teraz znaleźć, i po prostu... zstąpiłem na Ziemię. Trudno opisać, jak to się robi, po prostu myślisz, że chcesz być w jakimś miejscu ludzkiego świata, i zaraz tam jesteś. Ziemska przestrzeń jest dla nas bardzo łatwa do przebywania, co zdecydowanie ułatwia nam pracę.

Kiedy pojawiłem się w szpitalu, stałem się niewidzialny dla ludzi. Chciałem się zorientować, co przydarzyło się pani Elżbiecie, i trochę posłuchać, zanim podejmę jakieś działanie. Tak uczyli mnie w szkole i tak polecali mi robić rodzice.

Pani Elżbieta miała nieco ponad sześćdziesiąt lat i leżała na łóżku w szpitalnej sali. Unieruchomiono jedną nogę pacjentki. Jej aura zdawała się mętna, pełna nieprzyjemnych emocji. Czuła ból przytłumiony lekami, strach, była o coś na siebie wściekła. Obok łóżka stała druga kobieta, młodsza. To jej córka Ania. Otaczało ją mgliste światło, martwiła się o mamę, była pełna obaw, jednak próbowała pielęgnować w sobie nadzieję.

- No że nie było już innych problemów, musiałam jeszcze upaść... Taka ze mnie niezdara, i teraz nie wiadomo, co będzie... Tylko problemy i problemy... - wyrzekała sobie pani Elżbieta.

- Mamo, spokojnie, wypadki po prostu się zdarzają. Lekarze zaraz opracują jakiś plan działania i niedługo wszystko będzie w porządku. - Anna próbowała pocieszyć mamę. Ścisnęła jej dłoń, a światło starszej kobiety zaświeciło nieco spokojniej. - Za rok wszyscy będziemy się z tego śmiać. Sama zobaczysz! - Choć jej uśmiech zdawał się nieco wymuszony, dodał otuchy wszystkim na tej sali. I tym, których było widać, i tym, których widać nie było.

Nieoczekiwanie do pokoju wszedł lekarz i oznajmił:

- Witam ponownie. Niestety nie mam najlepszych wiadomości. Noga jest złamana i potrzebny będzie zabieg, żeby pomóc kości prawidłowo się zrosnąć. Dobra wiadomość jest jednak taka, że jeśli zastosuje się pani do zaleceń, za kilka tygodni będzie pani znowu chodzić, a za kilka kolejnych - nawet biegać, może szybciej niż dotychczas! Zrobimy jeszcze kilka badań, a potem przygotujemy panią do zabiegu. Do wieczora będzie po wszystkim. Oczywiście poza tym, że noga pozostanie w gipsie.

- No i masz, co się porobiło... Ty, Aniu, musisz pewnie wrócić do pracy. Jedź, skoro ja i tak tu zostanę. Zajmą się tu mną...

- Na pewno? Dasz sobie radę? Chciałabym z tobą zostać, ale niedługo trzeba odebrać dzieci i powinnam jeszcze pojawić się w biurze... Nawet jeśli głównie po to, żeby wziąć na jutro wolne... - Aura Anny wibrowała mieszanką kolorów, którą niełatwo przyszło mi zrozumieć. Był tu strach, miłość, poczucie obowiązku, pośpiech i czułość... Ludzie bywają skomplikowani, a uwikłani w wiele spraw, relacji i zależności komplikują się jeszcze bardziej.

- Proszę się o nic nie obawiać, zajmiemy się pani mamą najlepiej, jak się da. Podczas badań i zabiegu i tak nie będzie pani mogła towarzyszyć pani Eli, proszę więc załatwić inne sprawy i wrócić wieczorem. Kiedy nasza pacjentka będzie z powrotem na sali, będzie mogła przyjąć gości, jeśli tylko zechce.

- Tak, tak, jedź, Aniu, zajmij się Kinią i Antosiem, skontaktujemy się później. Mną teraz zajmą się lekarze - przekonywała pani Ela, choć jej aura zdradzała niepewność. Niepewność i miłość do całej rodziny, czego nie mogłem nie zauważyć.

- Kocham cię, mamo - powiedziała Anna, po czym ucałowała chorą w czoło. - Do zobaczenia później. Pisz lub dzwoń, jeśli tylko poczujesz taką potrzebę.

Zatroskana Anna wyszła, a w jej miejsce pojawiły się pielęgniarki.

Nie musiałem się długo zastanawiać, co robić. Sprawa wydawała się bardzo prosta - pani Elżbieta nie była zdrowa, więc wystarczyło ją uzdrowić i wszystko będzie znów grało!

Sekundę później pojawiłem się w korporacji. Wiedziałem od rodziców, że jest sposób, w jaki perfekcyjnie mógłbym pomóc mojej podopiecznej: w dziale cudów złożę podanie o uzdrowienie i całe cierpienie Elżbiety odejdzie w zapomnienie! Piętro dwudzieste trzecie, pokój numer piętnaście - to tam się załatwia takie sprawy, wiem to od mojej mamy. Wskoczyłem do windy i kilka chwil później byłem już na miejscu.

- Dzień dobry, Danielu! - Większość aniołów znała tu nawzajem swoje imiona, a starsze prawie zawsze znały młodsze. - Jestem Eliza, jak mogę ci pomóc? - Anioł, z którym rozmawiałem, lśnił spokojną, jasną aurą, z której emanowały dobro i życzliwość.

- Miło mi cię poznać, Elizo. Chciałbym złożyć prośbę o cudowne uzdrowienie dla mojej dzisiejszej podopiecznej. Uległa nieszczęśliwemu wypadkowi i koniecznie trzeba jej pomóc.

Eliza zamyśliła się na chwilę, chyba wpatrywała się w moją aurę, zanim odpowiedziała:

- Danielu, wiem, że chcesz jak najlepiej, ale czy zastanowiłeś się, o co chciałbyś poprosić? Cuda to bardzo, bardzo poważna sprawa, zdarzają się bardzo rzadko. Pan Bóg używa ich do uratowania przypadków beznadziejnych w bardzo, bardzo trudnych sytuacjach. Czy to właśnie taki przypadek?

Teraz to ja zamyśliłem się na chwilę... To prawda, postąpiłem pochopnie, nie przemyślałem swojej decyzji. Kiedy to sobie uświadomiłem, zrobiło mi się troszkę wstyd i chyba dało się to dostrzec w kolorze mojego światła.

Eliza zauważyła zmianę, ale nie zdenerwowała się na mnie ani trochę. Uśmiechnęła się, bo pomogła mi coś zrozumieć. Faktycznie cuda wykorzystuje się rzadko, wiedziałem to ze szkoły. Sytuacja pani Elżbiety może nie była przyjemna, ale też nie była skrajnie trudna. Lekarze doskonale poradzą sobie ze skutkami jej niefortunnego upadku, a dzieci i wnuki pomogą jej dojść do siebie. Tu nie był potrzebny cud, jedynie trochę cierpliwości i troski... Kiedy to zrozumiałem, poczułem się usatysfakcjonowany swoim odkryciem i zarazem... zagubiony.

- Masz stuprocentową rację, Elizo. Dziękuję, że pomogłaś mi to zauważyć. Faktycznie nie potrzebujemy uciekać się do cudów w tej sprawie. Ale jedna rzecz mnie martwi... Co w takim razie powinienem zrobić? Jak pomóc pani Eli? Przydzielono mi takie zadanie, a ja... nic nie mogę dla niej zrobić. Jak miałbym jej pomóc?

- Jestem z ciebie bardzo dumna, że potrafiłeś ocenić swoje postępowanie i że zadajesz takie pytania. Myślę, że Ezechiel jednak nie bez przyczyny skierował cię właśnie tam i że on sam chętnie z tobą o tym porozmawia. - Eliza uśmiechnęła się tak ciepło, że poczułem to ciepło w sercu.

- Dziękuję za wskazówkę. Tak zrobię. Porozmawiam z Ezechielem. - Chciałem uścisnąć dłoń mojej rozmówczyni, ale ona objęła mnie całego i przytuliła do siebie, co było bardzo, bardzo miłe.

- Powodzenia, nasz dzielny praktykancie! - powiedziała, a ja, podniesiony na duchu, pobiegłem do mojego opiekuna.

Ezechiel przyjął mnie w swoim pokoju... Jakby na mnie czekał. Przytulny gabinet wypełnił się zapachem zielonej herbaty i ciasta cytrynowego, aż pociekła mi ślinka! Znów usiedliśmy w fotelach i podzieliłem się z moim przełożonym swoimi wątpliwościami.

- Wiem już, że pani Ela miała wypadek i że ma uszkodzoną nogę... Chciałbym jej pomóc, ale nie wiem jak! Jestem tylko młodym aniołem praktykantem, nie potrafię jej uzdrowić, nie mogę prosić o cud, ogarnia mnie poczucie, że niczego nie mogę... Czuję się zagubiony i sfrustrowany... - Gdybym tego nie powiedział, Ezechiel na pewno dostrzegłby to w mojej aurze, która zapłonęła migoczącym czerwonym i niebieskim światłem. Jednak nazywanie uczuć i mówienie o nich na głos przynosiło mi pewną ulgę, więc nazywałem swoje emocje.

- Rozumiem twoje zdenerwowanie. Wiesz, jako aniołowie nie decydujemy o czyimś losie, ale to nie znaczy, że nie możemy nic dla kogoś zrobić. Jeśli mógłbym ci coś doradzić, wskazać... Wróć tam. Wróć do szpitala, przyjrzyj się sytuacji jeszcze raz, nie spiesz się.

W aurze Ezechiela widziałem tajemniczość i tak ogromną wiarę we mnie, że przez moment poczułem, że wszystko będzie dobrze i na pewno sobie poradzę. Nadal nie wiedziałem, co dokładnie mógłbym zrobić, ale postanowiłem posłuchać sugestii o wiele bardziej doświadczonego anioła.

Jeszcze raz zstąpiłem na Ziemię. Moja dzisiejsza podopieczna była już po zabiegu. Leżała w swojej sali, a jej aura nie wyglądała najlepiej... Kobieta była skołowana, przestraszona, zmęczona... Pod wpływem leków przeciwbólowych doświadczała przynajmniej znacznie mniej fizycznych cierpień. Westchnąłem głęboko. Siedzenie tu i patrzenie na nią ani trochę nie pomagało mi wymyślić, jak mógłbym jej pomóc.

"Panie Boże, proszę, natchnij mnie, bo nie wiem, co robić" - wypowiedziałem w myślach i skierowałem oczy ku górze. Naprawdę brakowało mi planu. Może powinienem sprowadzić tu Anię, żeby wsparła mamę? Wydało mi się to jednak głupim pomysłem - córka była przejęta i zaangażowana w sprawę, więc i tak tu przyjdzie, gdy tylko będzie mogła, nawet bez moich szczególnych starań... Zdesperowany zacząłem nucić swoją ulubioną pocieszankę, żeby dodać sobie otuchy.