Rozdział 1
ŻMIJOWÓR
"Trzymaj się z daleka od Oriona Lake'a".
Większość wierzących lub uduchowionych osób, które znam - choć tak po
prawdzie są to głównie ludzie, którzy dołączyli do nieco pogańskiej
komuny w Walii lub przerażone dzieci czarodziei wysłane do szkoły
usiłującej je zabić - regularnie prosi różne dobroduszne, kochające i wszystkowiedzące bóstwa o udzielenie rad poprzez jakieś cudowne znaki i objawienia. Mając taką matkę, jaką mam, mogę z przekonaniem powiedzieć,
że nie spodobałyby im się, gdyby ich prośba została spełniona. Nie
chcecie zagadkowych niezrozumiałych rad od kogoś, kto z całą pewnością
życzy wam jak najlepiej i zawsze słusznie, prawidłowo i właściwie ocenia
sytuację. Albo poradziłby wam zrobić to, co i tak zamierzaliście
uczynić, a w takim razie ta rada byłaby zbędna, albo kazałby zrobić coś
wprost przeciwnego i wtedy musielibyście wybrać, czy niechętnie
skorzystać z tej rady jak dziecko, któremu kazano umyć zęby i wcześnie
iść spać, czy może zignorować polecenia i uparcie robić swoje dobrze,
wiedząc, że takie postępowanie nieuchronnie prowadzi do cierpień i kłopotów.
Jeśli zadajecie sobie pytanie, którą z tych dwóch możliwości wybrałam,
to chyba mnie nie znacie, gdyż cierpienia i kłopoty najwyraźniej są moim
przeznaczeniem. Nawet nie muszę się nad tym zastanawiać. List od mamy
był napisany w dobrej wierze, choć niedługi: "Moja droga córko, kocham
cię, bądź dzielna i trzymaj się z daleka od Oriona Lake'a". Rzuciłam
okiem na tę wiadomość na skórce cebuli i natychmiast porwałam ją na
kawałki, stojąc w tłumie kłębiących się pierwszoklasistów. Sama zjadłam
ten kawałek z nazwiskiem i imieniem, a resztę oddałam przyjaciółkom.
- Co to takiego? - spytała Aadhya. Wciąż patrzyła na mnie z lekką urazą.
- Zaklęcie podnoszące na duchu - odparłam. - Moja mama zawarła je w skórce cebuli.
- No tak, twoja mama, Gwen Higgins - powiedziała Aadhya jeszcze
chłodniejszym tonem. - O której tak często nam wszystkim wspominałaś.
- Och, po prostu to zjedz - powiedziałam, starając się wzbudzić w sobie
irytację, kiedy przełknęłam mój kawałek zaklęcia.
Nie musiałam nawet silić się na ten gniewny ton. Niczego tutaj -
włącznie ze słońcem, wiatrem i spokojnym snem w nocy - nie brakuje mi
tak bardzo jak mamy i właśnie to dało mi to zaklęcie: wrażenie, że leżę
skulona na łóżku z głową na jej podołku, a ona gładzi mnie po głowie,
czuję zapach ziół, które sporządzała, przez otwarte drzwi wpada ciche
kumkanie żab i woń wilgotnej ziemi walijskiej wiosny. Ogromnie
podniosłoby mnie to na duchu, gdybym jednocześnie nie martwiła się tym,
co próbuje mi powiedzieć o Orionie.
Było mnóstwo zabawnych możliwości. A najlepsza z nich ta, że jego
przeznaczeniem jest umrzeć młodo i straszną śmiercią, co przy jego
zamiłowaniu do bohaterszczyzny było dość prawdopodobne. Niestety, mama
nie ostrzegałaby mnie przed takim czy innym związkiem z bohaterem z góry
spisanym na straty. Ona raczej reprezentuje szkołę myślenia "korzystaj,
póki możesz".
Mama ostrzegałaby mnie tylko przed złem, a nie przed cierpieniem. Tak
więc najwyraźniej Orion był najsprytniejszym z czarowników i skrywał swe
niegodziwe plany, raz po raz ratując ludziom życie, żeby co, pozabijać
wszystkich później? Czy może mama obawiała się, że jest tak wkurzający,
że przez niego ja stanę się najsprytniejszą czarownicą, co zapewne było
bardziej prawdopodobne, gdyż i tak miało być moim przeznaczeniem.
Oczywiście najbardziej prawdopodobne było to, że mama sama nie
wiedziała. Po prostu miała złe przeczucia co do Oriona, bez żadnego
konkretnego powodu, który mogłaby mi podać, nawet gdyby przysłała mi
list na dziesięciu kartkach zapisanych po obu stronach. Tak złe
przeczucia, że pojechała autostopem aż do Cardiff, żeby znaleźć
udającego się właśnie do szkoły pierwszoklasistę i poprosić jego
rodziców o przekazanie mi jednogramowej wiadomości. Wyciągnęłam rękę i klepnęłam Aarona w jego chude i kościste ramię.
- Hej, co moja mama dała twoim rodzicom za przekazanie tej wiadomości?
Odwrócił się i niepewnie odpowiedział:
- Nie wiem, czy coś dała. Powiedziała, że nie ma czym zapłacić, ale
poprosiła ich o rozmowę na osobności, a potem dała mi to i moja mama
wycisnęła odrobinę pasty z tubki, żeby zrobić na to miejsce.
Mogłoby się wydawać, że to nic takiego, ale nikt nie marnuje swego
niewielkiego czteroletniego limitu bagażu na zwyczajną pastę do zębów;
ja myję swoje sodą oczyszczoną braną z szafek dostawczych laboratorium
alchemicznego. Jeśli Aaron przyniósł swoją, to musiała być zaczarowana;
bardzo użyteczna, jeśli przez następne cztery lata nie zobaczysz
dentysty. Ktoś, kogo bolą zęby, za jedną porcję takiej pasty z chęcią
oddawałby mu przez tydzień swoje obiady. A rodzice Aarona pozbawili tego
swoje dziecko, ponieważ poprosiła ich o to moja mama - żeby przesłać mi
ostrzeżenie.
- Świetnie - powiedziałam z kwaśną miną. - Masz, weź gryza.
Jemu też dałam kawałek notatki. Zapewne potrzebował jej jak jeszcze
nigdy w życiu, po tym jak został wessany do Scholomance. Wprawdzie
lepsze to od niemal nieuniknionej śmierci czekającej dzieci czarodziei
na zewnątrz, ale niewiele.
W tym momencie otworzył się podajnik żywności i wywołany tym stadny pęd
przerwał mi ponure rozmyślania.
- Wszystko w porządku? - cicho zapytała mnie Liu, gdy stanęłyśmy w kolejce.
Odpowiedziałam jej beznamiętnym spojrzeniem. Nie czytała w myślach ani
nic takiego - miała oko do drobnych szczegółów i potrafiła łączyć fakty.
Wskazała na moją kieszeń, do której schowałam ostatni kawałek listu,
którego treści nie ujawniłam nikomu, chociaż podzieliłam się kawałkami
zaczarowanego nośnika, co powinno było zapobiec ponurym myślom. Byłam
zaskoczona, że zapytała. Nie przywykłam do tego, by ktoś pytał, jak się
czuję, ani nawet zauważał, gdy jestem zła. No, może jeśli jestem tak
rozgniewana, że wyglądam na gotową spopielić wszystkich wokół mnie, na
co, prawdę mówiąc, często mam ochotę.
Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że po prostu nie chcę rozmawiać o tej wiadomości. Wcześniej nie miałam takiej możliwości. A ponieważ
miałam ją teraz, powiedziałam Liu prawdę, gdy skinieniem głowy
potwierdziłam, że wszystko jest w porządku, i uśmiechnęłam się do niej,
unosząc kąciki ust w dziwny sposób, do jakiego nie przywykłam. Liu
odpowiedziała uśmiechem, a potem całą uwagę skupiłyśmy na zapełnianiu
naszych tac.
W zamieszaniu zgubiłyśmy naszych pierwszoklasistów; oni oczywiście
ostatni podchodzili do podajnika, podczas gdy my miałyśmy teraz wątpliwy
przywilej pierwszeństwa. Jednak nikt ci nie broni wziąć dla kogoś
dodatkowej porcji, jeśli możesz sobie na to pozwolić, a przynajmniej
dzisiaj tak było. Ściany szkoły były jeszcze ciepłe po cyklu
oczyszczania na zakończenie semestru. Wszelkie złowrogi, które nie
zostały spopielone, dopiero zaczynały wyłazić z różnych ciemnych
zakamarków, w których się ukryły, zatem prawdopodobieństwo skażenia
żywności było mniejsze niż kiedykolwiek. Tak więc Liu wzięła dodatkowe
kartony mleka dla swoich kuzynów, a ja drugą porcję makaronu dla Aarona,
choć zrobiłam to niechętnie. Teoretycznie nic mu się nie należało za
dostarczenie tej wiadomości, a przynajmniej nie ode mnie; zgodnie z etykietą Scholomance wszystkie takie sprawy załatwia się na zewnątrz. W końcu jednak na zewnątrz nic za to nie dostał.
Dziwnie było stać niemal na samym początku kolejki w prawie pustym
bufecie, podczas gdy pod ścianami wił się potwornie długi i potrójny wąż
czekających dzieciaków; drugoklasiści poszturchiwali pierwszoklasistów i wskazywali im płyty sufitowe, studzienki odpływowe oraz wyloty kanałów
wentylacyjnych, na które powinni uważać w przyszłości. Ostatnie
samoczynne stoliki zapełniały otwartą przestrzeń pozostawioną dla
pierwszoklasistów i rozkładały się przy akompaniamencie pisków i trzasków. Moja przyjaciółka Nkoyo... czy mogłam ją także uznać za
przyjaciółkę? Uważałam, że chyba tak, ale jeszcze nie otrzymałam
formalnego potwierdzenia tego faktu, więc jeszcze przez jakiś czas
mogłam w to wątpić. Nkoyo stała na początku ze swoją grupką przyjaciół i zajęła najlepszy stół, w kręgu znajdującym się dokładnie na środku
pomiędzy ścianami a podajnikiem, pod zaledwie dwiema płytami sufitowymi
i cztery stoły od najbliższej studzienki odpływowej. Wyprostowana
machała do nas; łatwo było ją zauważyć, ponieważ miała na sobie
nowiuteńki top i bufiaste spodnie, obie rzeczy w piękny wzór z falistych
linii, które niemal na pewno miały wplecione w nie magiczne zaklęcia. Na
koniec roku wszyscy wkładamy nowe stroje, które większość z nas będzie
nosić przez cały następny rok - choć cała moja garderoba niestety się
spaliła, kiedy byłam w pierwszej klasie - a Nkoyo najwyraźniej zachowała
ten na ostatnią klasę. Jowani wracał z dwoma dużymi dzbankami wody, a Cora tworzyła krąg ochronnych zaklęć.
Dziwnie było wejść do bufetu i dołączyć do nich. Nawet gdybyśmy nie
zostały zaproszone, to wciąż mnóstwo dobrych stołów było wolnych, no i wszystkie niedobre. Wcześniej czasem miewałam taką możliwość wyboru, ale
zawsze w wyniku ryzykownego posunięcia, jakim było zbyt wczesne wejście
do stołówki, zazwyczaj akt desperacji wywołany zbyt wieloma dniami pecha
prześladującego mnie podczas posiłków. Teraz taka możliwość stała się
normą. Dla wszystkich innych zajmujących stoły wokół mnie to też było
czymś nowym, że są najstarszymi uczniami w szkole; większość z nich
znałam z widzenia, jeśli nie po nazwisku. Liczba uczniów zmniejszyła się
do około tysiąca z początkowego tysiąca sześciuset. Co brzmi okropnie,
choć zazwyczaj ostatnią klasę zaczyna mniej niż ośmiuset uczniów. I zwykle mniej niż połowa z nich kończy szkołę.
Jednak nasz rocznik wrzucił w tryby tej machiny klucz nastawny, który
teraz siedział przy tym stole obok mnie. Nkoyo zaczekała, aż Orion i ja
zajmiemy miejsca, po czym wypaliła:
- Udało się wam? Naprawiliście maszynerię?
- Ile tam było złowrogów? - jednocześnie spytała zasapana Cora, opadając
na swoje miejsce i zamykając gliniany dzbanuszek, z którego dozowała
krople tworzące ochronny krąg zaklęć wokół stołu.
Według obowiązujących w Scholomance standardów zachowania Nkoyo i Cory
wcale nie były nieuprzejme; miały prawo pytać, ponieważ to był ich
stolik i za miejsce przy nim należały im się informacje z pierwszej
ręki. Inni czwartoklasiści pospiesznie zajmowali wszystkie sąsiednie
stoły - tworząc wokół nas solidny ochronny krąg - żeby posłuchać, a ci
przy dalszych bezwstydnie nachylali się i nadstawiali uszu, asekurowani
przez swoich przyjaciół.
Wszystkim w szkole był już znany pewien bardzo ważny fakt, a mianowicie,
że Orion i ja w niewiarygodny sposób wróciliśmy żywi z naszej cudownej
porannej wyprawy do auli. Jednak ja resztę dnia spędziłam zamknięta w moim pokoju, a Orion z zasady unikał ludzi, chyba że akurat byli
pożerani przez złowrogi; tak więc wszystko, co poza tym słyszeli,
zostało przefiltrowane przez szkolny głuchy telefon, który nie jest
wiarygodnym źródłem informacji istotnych dla pozostania przy życiu.
Nie paliłam się do relacjonowania tych niedawnych przeżyć, ale
wiedziałam, że mają prawo czegoś się dowiedzieć. I bezsprzecznie to ja
musiałam im to powiedzieć, ponieważ zanim otworzył się podajnik
żywności, słyszałam, jak jeden z nowojorskich czwartoklasistów zadał
podobne pytanie Orionowi, a ten odpowiedział:
- Chyba się udało? Ja niewiele widziałem. Po prostu zabijałem złowrogi,
dopóki sztukmistrze nie skończyli napraw, a potem wyciągnął nas szarpak.
To nie była fałszywa skromność; on po prostu tak myślał o całym tym
przedsięwzięciu. Wyrżnięcie tysiąca złowrogów na środku auli - dzień jak
co dzień. Niemal żal mi było Jermaine'a, który miał minę osoby
próbującej nawiązać poważną rozmowę z ceglanym murem.
- Mnóstwo złowrogów - powiedziałam sucho Corze. - Był ich tam cały tłum
i wszystkie wygłodniałe. - Przełknęła ślinę, przygryzając wargę, ale
skinęła głową. Potem zwróciłam się do Nkoyo: - Jednak sztukmistrze
uważali, że się udało. I zajęło im to godzinę z okładem, więc mam
nadzieję, że nie zbijali tam bąków.
Kiwnęła głową, a z jej twarzy łatwo było wyczytać, co myśli. To nie były
akademickie rozważania. Jeśli rzeczywiście naprawiliśmy maszynerię w auli, to te same urządzenia oczyszczały dwa razy w roku całą szkołę i paliły złowrogi grasujące w korytarzach i klasach, a ponadto zapewne
zlikwidowały znaczną liczbę o wiele większych i niebezpieczniejszych
stworów czekających w auli na ucztę z absolwentów. Co oznaczało, że
zapewne wielu kończących szkołę uszło z życiem. A co ważniejsze, wielu
uczniów z naszego rocznika też miało teraz na to większe szanse.
- Myślisz, że naprawdę zdołali się wydostać? Clarita i pozostali? -
zapytał Orion, marszcząc brwi nad stertą rozmemłanych ziemniaków,
groszku i wołowiny, którą robił z tego, co stołówka nazywała pasztetem
pasterza, ale na szczęście było zwyczajną zapiekanką. W kiepski dzień
mogłaby być zrobiona z pasterza. Pomimo nazwy danie było na tyle ciepłe,
że parowało, chociaż Orion nie doceniał tego cudu.
- Dowiemy się na koniec semestru, gdy to my przejdziemy przez ten młyn -
powiedziałam.
Oczywiście, jeśli nie naprawiliśmy maszynerii, to tegoroczni absolwenci
wpadli na wygłodzoną i rozjuszoną hordę zawsze groźnych złowrogów i zapewne zostali rozszarpani na kawałki, zanim dotarli do drzwi. A nasza
klasa będzie miała równie dobrą zabawę dokładnie za trzysta
sześćdziesiąt pięć dni. Co za krzepiąca myśl, powiedziałam sobie w stylu
Oriona i dodałam:
- A ponieważ nie dowiemy się tego wcześniej, absolutnie nie ma sensu się
tym zamartwiać, więc może przestań masakrować to niewinne danie?
Odechciewa mi się jeść.
W odpowiedzi przewrócił oczami i teatralnym gestem wepchnął sobie do ust
wielką łychę zapiekanki, lecz w ten sposób dał swojemu mózgowi szansę
zarejestrowania faktu, że jest niedożywionym nastolatkiem, i zaraz
zaczął ze szczerym zapałem zmiatać wszystko z talerza.
- Jeśli udało się ją naprawić, to jak długo twoim zdaniem będzie
działać? - zapytała jedna z przyjaciółek Nkoyo, dziewczyna z enklawy
Lagos, która zajęła miejsce na samym końcu stołu, żeby do nas dołączyć.
Kolejne dobre pytanie, na które nie miałam odpowiedzi, ponieważ nie
należałam do sztukmistrzów. Jedyne, co wiedziałam o tym, co robili w auli za moimi plecami - a mówili po chińsku, którego nie znałam - to że
wyrzucali z siebie potok słów brzmiących jak przekleństwa. Orion nie
wiedział nawet tego: stał przed nami wszystkimi i zabijał całe tuziny
złowrogów.
Aadhya odpowiedziała za mnie:
- Kiedy enklawa Manchesteru naprawiała maszynerię auli, ta wytrzymywała
co najmniej dwa lata, czasem trzy. Założę się, że będzie działać co
najmniej rok, a może i dwa.
- Jednak nie dłużej... - powiedziała cicho Liu, spoglądając na swoich
kuzynów, którzy siedzieli teraz przy swoim stole na drugim końcu sali
razem z Aaronem i Pamylą, dziewczyną, która przyniosła list Aadhyi, oraz
na zwarty tłum otaczających ich dzieciaków: taką grupę przeważnie tworzą
tylko dzieci z enklaw. Zaskoczyło mnie to, ale zaraz uświadomiłam sobie,
że stali się atrakcyjni dzięki kontaktowi z Orionem, bohaterem dnia. A potem pojęłam, że część tego splendoru mogli nawet zawdzięczać mnie,
ponieważ dla wszystkich pierwszoklasistów byłam teraz podziwu godną
czwartoklasistką, jedną z uczestniczek akcji w auli, a nie świruską i outsiderką jak dla uczniów z mojego rocznika.
Chociaż... już dla nikogo nie byłam świruską i outsiderką. Łączyło mnie
przymierze z Aadhyą i Liu, jedno z pierwszych zawartych na naszym roku.
Zostałam zaproszona do jednego z najbezpieczniejszych stołów w stołówce
przez kogoś, kto miał w kim wybierać. Miałam przyjaciółki. Co wydawało
się jeszcze bardziej nierealne niż to, że dotrwałam do ostatniej klasy,
a przeżyłam wyłącznie dzięki Orionowi Lake'owi, i naprawdę nie
przejmowałam się tym, jaka będzie tego cena. Bo że jakaś będzie, nie
ulegało wątpliwości. Mama nie ostrzegała mnie bez powodu. Jednak nie
dbałam o to. Zapłacę tę cenę, jakakolwiek będzie.
Gdy tylko poukładałam to sobie w głowie, przestałam zamartwiać się
otrzymaną wiadomością. Nawet już nie żałowałam, że mama ją przysłała.
Musiała ją wysłać, ponieważ mnie kochała i nie znała Oriona; musiała
mnie ostrzec, jeśli wiedziała, że ze względu na niego zmierzam do zguby.
Mogłam trzymać się jej miłości i poczuć ją, a mimo to zdecydować, że
jestem gotowa zapłacić tę cenę. Wsunęłam palce do kieszeni i dotknęłam
ostatniego kawałka wiadomości, tego ze słowem "dzielna", a wieczorem
zjadłam go, zanim zasnęłam na mojej wąskiej pryczy na najniższym piętrze
Scholomance. I śniłam, że znów jestem mała i biegam po bujnej trawie
rozległej łąki, wśród wysokich kwiatów o purpurowych dzwoneczkowatych
kielichach, wiedząc, że mama jest w pobliżu, pilnuje mnie i cieszy się,
że jestem szczęśliwa.
To miłe wrażenie trwało rano jeszcze pięć sekund, dopóki zupełnie się
nie przebudziłam. W większości szkół po zakończeniu semestru macie
wakacje. Tutaj rano jest zakończenie, wieczorem pobór nowych uczniów, ty
i twoi przyjaciele gratulujecie sobie, że jeszcze żyjecie, a rankiem
następnego dnia zaczyna się nowy semestr. Trzeba przyznać, że
Scholomance nie jest miejscem sprzyjającym wakacyjnym nastrojom.
Pierwszego dnia nowego semestru musimy pójść do naszej nowej sali i przed śniadaniem ułożyć plany zajęć. Wciąż czułam się jak przepuszczona
przez wyżymaczkę; skoki wymuszone przez szarpak i tym podobne ekscesy
nie najlepiej wpływają na niewygojone rany brzucha. Rozmyślnie
nastawiłam budzenie pięć minut przed pobudką, ponieważ byłam
najzupełniej pewna, że przydzielą mi salę, do której dotarcie zajmie mi
wieki. I oczywiście, gdy o 5.59 przez szparę pod drzwiami wsunięto mi
skrawek papieru, był to przydział do sali 5013. Spojrzałam nań gniewnie.
Najstarszym uczniom niemal nigdy nie przydzielano sal powyżej trzeciego
piętra, więc można by sądzić, że powinnam być zadowolona, tylko że to
jedynie sala organizacyjna i na pewno nigdy nie będę miała żadnych zajęć
na tak wysokim piętrze. O ile wiedziałam, nie było tam żadnych sal
lekcyjnych - piąte piętro zajmuje biblioteka. Zapewne wraz z garstką
innych pechowców wysyłano mnie do jakiegoś działu katalogów skrytego w labiryncie regałów.
Nawet nie umyłam zębów. Tylko przepłukałam usta wodą z dzbanka i zaczęłam żmudną wędrówkę w górę, gdy pierwsi czwartoklasiści dopiero
wlekli się do ubikacji. Nie wypytywałam, czy ktoś jeszcze idzie w tym
kierunku; byłam pewna, że nie będzie to nikt z tych, których znałam
dostatecznie dobrze, by z nimi rozmawiać. Tylko po drodze pomachałam
Aadhyi, która wychodziła ze swojego pokoju, niosąc przybory toaletowe, a ona natychmiast ze zrozumieniem kiwnęła głową i pokazała mi uniesiony
kciuk, idąc po Liu. Niestety, wszystkie znałyśmy ryzyko związane z długą
wędrówką na zajęcia, a nasz rocznik musiał teraz pokonywać najdłuższą
drogę.
Dla nas skończyło się schodzenie: wczoraj, gdy korytarz najstarszych
uczniów przesunął się na poziom auli, nasz zajął jego miejsce na
pierwszym piętrze szkoły. Musiałam potruchtać do podnóża schodów, a potem nadzwyczaj ostrożnie przejść przez poziom warsztatów - owszem,
poprzedniego dnia został oczyszczony, ale zawsze niedobrze jest być
pierwszą osobą wchodzącą rano na poziom sal lekcyjnych - a potem pokonać
pięć kondygnacji stromych schodów w górę.
Wydawało się, że trwa to dwukrotnie dłużej niż zwykle. W Scholomance
odległość jest pojęciem względnym. Może być duża, męcząco duża, a nawet
bliska nieskończoności, w zależności od tego, jak bardzo chciałoby się
ją zmniejszyć. Nie pomagało również to, że szłam tak wcześnie. Nie
napotkałam nikogo, dopóki zdyszana nie dotarłam na poziom korytarza
drugoklasistów, gdzie na schodach zaczęły już grupkami pojawiać się
ranne ptaszki, głównie alchemicy i sztukmistrze, którzy chcieli zająć
lepsze miejsca w warsztacie i laboratoriach. Zanim dotarłam na piętro
pierwszoklasistów, ci już zaczęli poranną wędrówkę ludów po schodach,
lecz ponieważ był to ich pierwszy dzień i nie mieli pojęcia dokąd iść,
wcale się nie spieszyli.
Jedynym plusem całej tej męczącej wycieczki było to, że przez cały czas
mocno ściskałam w dłoni jeden z moich kryształów, skupiając się na
magazynowaniu w nim mocy. Gdy pokonywałam ostatnią kondygnację, czując
pulsujący ból brzucha i - jako kontrapunkt - drętwienie ud, z każdym
kolejnym krokiem blask sączący się między palcami mojej dłoni stawał się
zauważalnie jaśniejszy, a nim dotarłam do zupełnie pustej czytelni,
napełniłam kryształ w jednej czwartej.
Bardzo potrzebowałam chwili wytchnienia, lecz gdy tylko się zatrzymałam,
na dole rozległ się dzwonek zapowiadający początek zajęć za pięć minut.
Błądzenie między regałami w poszukiwaniu sali lekcyjnej, której nigdy
wcześniej nie widziałam, nie było dobrym pomysłem, tylko receptą na
spóźnienie, więc niechętnie zużyłam odrobinę z trudem zdobytej mocy na
zaklęcie wyszukujące. Radośnie wskazało mi zupełnie ciemną część
biblioteki. Bez większych nadziei spojrzałam na schody, ale nikt się na
nich nie pojawił, żeby do mnie dołączyć.
Powód tego stał się jasny, gdy w końcu dotarłam do klasy, która
znajdowała się za drzwiami z ciemnego drewna, niemal niewidocznymi
pomiędzy dwiema szafkami pełnymi starych, pożółkłych map. Otworzyłam te
drzwi, spodziewając się znaleźć za nimi coś naprawdę okropnego, i tak
też się stało: ujrzałam ośmioro pierwszoklasistów, którzy odwrócili się
i spojrzeli na mnie jak stadko budzących litość sarenek stojących na
drodze rozpędzonej ciężarówki. Nie było wśród nich nawet jednego
drugoklasisty.
- To chyba żarty - powiedziałam z niesmakiem, a potem pomaszerowałam do
pierwszego rzędu i zajęłam najlepsze z możliwych miejsc, czwarte od
końca. Nawet nie musiałam się rozpychać, ponieważ pozostawili pierwszy
rząd niemal zupełnie pusty, jakby jeszcze byli w podstawówce i obawiali
się, że zostaną ulubieńcami nauczycieli. Jedynymi nauczycielami tu są
złowrogi, a one nie mają ulubieńców, tylko pokarm.
Biurka były uroczymi edwardiańskimi oryginałami; chcę przez to
powiedzieć, że były stare, o wiele dla mnie za małe i niewiarygodnie
niewygodne. Były z kutego żelaza i trudno byłoby je przesunąć w razie
potrzeby; blat mojego, trochę za mały, by zmieścić kartkę papieru do
pisania, został bardzo ładnie wygładzony i wypolerowany jakieś 120 lat
temu. Od tego czasu dzieciaki poznaczyły go tyloma napisami, że już nie
było na nim ani odrobiny wolnego miejsca na kolejne rozpaczliwe
wiadomości. Ktoś czerwonym atramentem wielokrotnie wykaligrafował
"WYPUŚĆCIE MNIE STĄD" na obrzeżu całego blatu, a ktoś inny powtórzył to,
tylko jaśniejszym inkaustem i na krzyż.
W pierwszym rzędzie siedziała oprócz mnie tylko jedna osoba. Zajmowała
miejsce, które byłoby najlepsze, szóste od końca - rozsądnie oddalone od
drzwi - gdyby nie kratka wentylacyjna w podłodze zaledwie dwa rzędy za
nim. Teraz była zasłonięta tornistrem głupszego dzieciaka, więc nie
mogłeś wiedzieć, że tam jest, dopóki nie zauważyłeś trzech innych kratek
w podłodze, których regularne rozmieszczenie świadczyło o istnieniu
czwartej. Dziewczyna patrzyła, jak wchodziłam, jakby spodziewała się, że
wykopię ją z zajętego miejsca; wiek ma swoje przywileje, a najstarsi
uczniowie rzadko wzdragają się przed ich wykorzystywaniem. Kiedy zajęłam
naprawdę najlepsze miejsce, spojrzała za siebie, zrozumiała swój błąd,
pospiesznie złapała torbę i przeszła wzdłuż rzędu biurek.
- Czy to miejsce jest zajęte? - zapytała z lekką obawą, wskazując na
sąsiednie biurko.
- Nie - odparłam z irytacją.
Byłam zła, bo chociaż pozwalając jej usiąść obok mnie, czyniłam ją
drugim celem i rozsądnie zwiększałam moje szanse ujścia z życiem, nie
miałam ochoty na towarzystwo. Niewątpliwie była dzieciakiem z enklawy.
Na nadgarstku miała bransoletę jakiegoś rodzaju emitera osłony,
zwodniczo banalny pierścionek na jej palcu niemal na pewno był
dzielnikiem mocy, a ona przybyła do Scholomance dobrze wyuczona
odpowiednich zachowań, na przykład identyfikowania najlepszych miejsc w pomieszczeniach, nawet pierwszego dnia zajęć, gdy człowiek jest zbyt
oszołomiony, by pamiętać wszystkie rady rodziców, i tylko naśladuje inne
dzieciaki, jak zebra próbująca ukryć się w stadzie. Ponadto podręcznik
matematyki w jej torbie był po chińsku, ale miała także porządne stare
angielskie wprowadzenie do alchemii i zeszyty podpisane tajskimi
znakami, co oznaczało, że włada nie jednym, lecz dwoma obcymi językami
na tyle płynnie, żeby słuchać w nich wykładów. Zważywszy na konsekwencje
nawet drobnych błędów, to prawdziwe wyzwanie dla czternastolatki.
Prawdopodobnie od kiedy ukończyła dwa latka, uczęszczała do najdroższej
szkoły językowej, na jaką było stać jej enklawę. Zapewne zamierzała
zaraz odwrócić się i powiedzieć pozostałym dzieciakom, że siedzą na
niedobrych i niebezpiecznych miejscach, żeby zrozumiały, jaka jest ich
kolejność w porządku dziobania: za nią. Dziwiłam się tylko, że jeszcze
tego nie zrobiła.
Nagle jeden z siedzących za nami uczniów ostrożnie powiedział: "Cześć,
El" i uświadomiłam sobie, że to jeden z kuzynów Liu.
- Jestem Guo Yi Zheng - dodał, co było pomocne.
Ponieważ podczas poboru poprzedniego dnia byłam najzupełniej pewna, że
nigdy więcej nie zobaczę żadnego z tych nowych uczniów, chyba że
przypadkiem, nie próbowałam zapamiętać, jak się nazywają. Poszczególne
roczniki mają ze sobą niewielki kontakt. Uniemożliwiają to nasze plany
zajęć. Najstarsi uczniowie większość czasu spędzają na dolnych
poziomach, a pierwszacy dostają bezpieczniejsze sale na wyższych
piętrach. Jeśli jesteś pierwszoklasistą, który stale kręci się w pobliżu
czwartoklasistów, to sam się prosisz, żeby zostać zjedzony, i wkrótce
jakiś złowróg spełni twoje życzenie.
Z drugiej strony jeśli już jesteś gdzieś, gdzie znajduje się
czwartoklasista, to lepiej trzymaj się blisko niego. Zheng już złapał
swój plecak i pospiesznie podszedł; to dobrze, ponieważ wcześniej
siedział najbliżej drzwi.
- Mogę się przysiąść?
- Tak, jasne - powiedziałam. Nie miałam nic przeciwko niemu. To, że Liu
była moją sojuszniczką, nie dawało żadnych praw jej kuzynowi
pierwszoklasiście, ale nie musiało. Liu była moją przyjaciółką. - Uważaj
na otwory wentylacyjne, nawet na piętrze bibliotecznym - dodałam. - I siedziałeś za blisko drzwi.
- Och. No tak, oczywiście, jak tylko... - zaczął, oglądając się na
pozostałe dzieciaki, ale przerwałam mu w pół zdania.
- Nie jestem twoją mamą - powiedziałam rozmyślnie szorstko: nie
wyświadczasz pierwszakom przysługi, pozwalając im sądzić, że są tu jacyś
bohaterowie, z wyjątkiem Oriona Lake'a. - Nie musisz mi się
usprawiedliwiać. Powiedziałam ci. Usłuchasz albo nie.
Zamknął się i usiadł lekko stropiony.
Oczywiście miał rację, trzymając się blisko innych dzieciaków; zebry nie
bez powodu zbierają się w stada. Jednak nie należy pozwalać, by inne
zebry postawiły cię w naprawdę złej sytuacji. Jeśli miałeś pecha,
dowiedziałeś się tego, gdy lew pożarł ciebie, a nie którąś z nich. Jeśli
byłeś mną, dowiedziałeś się tego, widząc, jak lew pożera kogoś innego,
jakąś ofiarę losu, która nie była aż taką ofiarą losu jak ty i dlatego
pozwolono jej siedzieć na końcu rzędu, między drzwiami a tymi, którzy
się liczyli.
A ten chłopak nie powinien był dopuszczać do tego, by pozwalano mu
siedzieć na końcu rzędu, ponieważ należał do dzieciaków, które się
liczą, a przynajmniej był tego bliższy niż ktokolwiek z tu obecnych poza
tą dziewczyną z enklawy. Powszechnie wiadomo, że rodzina Liu jest
naprawdę bliska utworzenia własnej enklawy. Już są na tyle dużą grupą,
że Liu po przybyciu tutaj otrzymała od członka rodziny skrzynkę różnych
rzeczy, a Zheng i jego brat bliźniak Min dostali od niej po torbie tego
dobytku, resztę zaś mieli odziedziczyć na zakończenie roku. Nie byli
enklawowcami, ale i nie ofiarami losu. Jednak w tym momencie nadal
zachowywał się jak zwykły człowiek, a nie uczeń Scholomance.
Wśród pozostałych dzieci wybuchło lekkie zamieszanie. Gdy rozmawiałam z Zhengiem, na naszych biurkach pojawiły się plany zajęć, tak jak zwykle:
na sekundę odwrócisz wzrok, a ten już jest, jakby był tu zawsze. Jeśli
spróbujesz być sprytny i uparcie wpatrujesz się w blat biurka, żeby
szkoła nie mogła ci go podrzucić, może zdarzyć się coś złego, co stworzy
po temu okazję - na przykład zgasną światła - tak więc inne dzieci
szturchną cię lub zakryją ci oczy, jeśli cię na tym przyłapią. Zużywa
się o wiele więcej mocy, jeśli ludzie widzą działanie magii, w którą
instynktownie nie wierzą, ponieważ trzeba narzucić ją zarówno im, jak
wszechświatowi. To jeden z powodów, dla którego rzadko używa się magii w obecności zwykłych śmiertelników. Trudniej rzucać zaklęcia, chyba że pod
osłoną jakiegoś spektaklu lub wśród ludzi, którzy żarliwie wierzą w magię wszystkiego, co robisz - tak jak w komunie wątpliwi przyjaciele
mamy w jej naturalny dar uzdrawiania.
I chociaż jesteśmy czarodziejami, naprawdę nie oczekujemy, że coś
zmaterializuje się z niczego. Wiemy, że można to zrobić, więc nie jest
trudno nas do tego nakłonić, ale jednocześnie otrzymujemy więcej mocy,
żeby opierać się takim namowom. Szkole łatwiej jest umieścić coś na
biurku, kiedy nie patrzysz, jakby ktoś ci to ukradkiem podrzucił, niż
pozwolić, żebyś zobaczył, jak się to materializuje.
Zheng już wyciągał szyję, usiłując zerknąć na kartkę dziewczyny z enklawy. Westchnęłam i niechętnie powiedziałam do niego:
- No już, usiądź obok niej.
Nie podobało mi się to, ale moja niechęć nie zmieniała faktu, że jego
próba zbliżenia się do niej była dobrym pomysłem. Zawahał się, zapewne z poczuciem winy: przypuszczam, że jego mama też wygłosiła mu takie
kazanie. Potem wstał, podszedł do Tajki i przedstawił jej się.
Trzeba przyznać, że odpowiedziała mu uprzejmym ukłonem i gestem
zaprosiła, żeby usiadł obok niej: zwykle trzeba się bardziej napracować,
żeby przysiąść się do dzieciaka z enklawy. Może udało mu się, bo jeszcze
nie miał konkurencji. Kiedy usiadł, kilkoro innych dzieciaków wstało i zajęło miejsca za nimi, po czym wszyscy zaczęli porównywać swoje plany
zajęć. Dziewczyna z enklawy już pracowała nad swoim z szybkością
świadczącą, że dobrze wie, czego chce, a po chwili zaczęła pokazywać go
innym i wskazywać wady ich planów. Postanowiłam spojrzeć później na plan
zajęć Zhenga, na wypadek gdyby zbyt pilnowała przy tym własnego
interesu.
Najpierw jednak musiałam się zająć moim planem i wystarczył mi jeden
rzut oka, by stwierdzić, że jestem załatwiona. Przychodząc tu,
wiedziałam, że w ostatniej klasie będę musiała uczęszczać na dwa
seminaria: taką cenę płacisz za wybór kierunku lingwistycznego i skrócenie czasu spędzanego na niższych piętrach przez pierwsze trzy
lata. Tymczasem wpisano mnie na cztery seminaria - a nawet pięć, jeśli
policzyć za dwa potwornie intensywny kurs z pierwszymi zajęciami
odbywającymi się każdego ranka, nazwanymi po prostu lekturami dla
zaawansowanych w sanskrycie z instrukcjami po angielsku. Notatka
wskazywała, że ma to być zaliczone jako kurs sanskrytu i arabskiego, co
miało podejrzanie niewiele sensu, chyba że mieliśmy studiować na
przykład islamskie reprodukcje rękopisów napisanych w sanskrycie -
takich jak ten, który zdobyłam dwa tygodnie temu w bibliotece. To
naprawdę mocno zawężało pole wyboru. Miałabym szczęście, gdyby poza mną
w cholernej klasie było choć troje innych uczniów. Gniewnie spojrzałam
na tę pozycję kłującą w oczy na samej górze listy. Liczyłam, że wpiszą
mnie na standardowy kurs sanskrytu prowadzony po angielsku, co
oznaczałoby przesiadywanie w jednej z większych sal seminaryjnych na
piętrze z laboratoriami alchemicznymi razem z kilkunastoma dzieciakami z Indii z kierunku sztukmistrzowskiego i alchemicznego, dla których był to
język ojczysty.
I niełatwo byłoby mi znaleźć jakieś kolidujące z tymi zajęcia, ponieważ
nie było tu ani jednego czwartoklasisty, z którym mogłabym je porównać.
Zazwyczaj co najmniej paru innych outsiderów niechętnie pozwoliłoby mi
zerknąć na swoje plany zajęć w zamian za zobaczenie mojego, co
pozwoliłoby mi wybrać co najmniej dwa przedmioty, żeby zmusić szkołę do
zmiany planu i usunięcia bardziej uciążliwych. Możesz wybrać sobie nawet
trzy przedmioty i o ile spełnisz wszystkie wymagania, Scholomance musi
dostosować do tego plan zajęć, lecz jeśli nie wiesz, jakie są te inne
przedmioty i kiedy odbywają się zajęcia, podejmujesz ryzykowną i z góry
przegraną grę.
Same lektury dla zaawansowanych zupełnie wystarczyłyby, żeby doszczętnie
zepsuć mój plan zajęć, ale na dodatek miałam także naprawdę wspaniały
kurs stosowania algebry i aplikacji w zaklęciach, który miał być
zaliczony jako zajęcia z języków - nie podano jakich, co było złym
znakiem, sugerującym, że będę miała mnóstwo tekstów do przetłumaczenia -
a jednocześnie z historii i matematyki. Nie zaplanowano dla mnie żadnych
innych zajęć z matematyki, więc moje szanse na zaliczenie tego były
bardzo nikłe. Było także porąbane seminarium, którego się spodziewałam,
o wspólnych protoindoeuropejskich korzeniach współczesnego rzucania
zaklęć, które nie powinno być najłatwiejszym z wybranych mi przedmiotów,
a na końcu zupełnie dołujące zajęcia ze spuścizny Myrddina, kurs
literatury, łaciny, języka francuskiego i współczesnego walijskiego oraz
staro- i średnioangielskiego. Natychmiast zrozumiałam, że przez jedną
trzecią tych zajęć nie będę się uczyć niczego innego prócz zaklęć
starofrancuskich i średniowalijskich.
Pozostałymi pozycjami były zajęcia warsztatowe - powinnam z nich być
całkowicie zwolniona, gdyż na zakończenie poprzedniego semestru zrobiłam
magiczne zwierciadło, które wciąż tak często mamrotało do mnie ponuro,
że powiesiłam je twarzą do ściany - a ponadto z alchemii, odbywające się
na przemian: pierwsze w poniedziałki i czwartki, drugie we wtorki i piątki. Każdego dnia tygodnia będę z innymi grupami uczniów, tak więc
będzie mi jeszcze trudniej niż dotychczas znaleźć kogoś, kto na przykład
przytrzymałby mi coś, co muszę zespawać lub pilnował mojego plecaka,
kiedy idę po potrzebne składniki.
W tym momencie był to najgorszy plan zajęć w ostatniej klasie, o jakim
słyszałam. Nawet uczniowie usiłujący zostać prymusami nie mieli czterech
kursów seminaryjnych. Tyle że całe środowe popołudnie miałam zupełnie
wolne, jakby szkoła udawała, że chce mi to wynagrodzić. W tej rubryce
widniało tylko słowo "praca", jak ta, którą wszyscy wykonujemy zaraz po
lunchu, tylko że podano konkretne pomieszczenie. Właśnie to.
Podejrzliwie spoglądałam na tę pozycję mojego planu zajęć, usiłując
znaleźć w tym jakiś sens. Oficjalnie zatwierdzone całe wolne popołudnie
w bibliotece na najwyższym piętrze, tak że nie będę nawet musiała bronić
mojego miejsca, bez wykładów, testów ani zadań. Samo to czyniło ten
rozkład zajęć najlepszym, o jakim słyszałam. Wynagradzało wszystko.
Martwiłam się, jak zdołam uzupełnić zapas mocy, którą zużyłam w minionym
semestrze; skoro mam raz w tygodniu trzykrotnie więcej czasu, może
zdołam tego dokonać przed końcem szkoły.
Tak więc gdzieś musiał w tym tkwić ostry haczyk, tylko nie miałam
pojęcia gdzie. Wstałam i szturchnęłam Zhenga.
- Pilnuj moich rzeczy - powiedziałam. - Ja dokładnie sprawdzę ten pokój.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak się to robi, to patrzcie - dodałam.
Wszystkie głowy obróciły się, żeby obserwować, jak sprawdzam
pomieszczenie. Zaczęłam od otworów wentylacyjnych i upewniłam się, że
ich kratki są mocno przyśrubowane, a potem na kawałku papieru
narysowałam ich położenie na wypadek, gdyby jakiś nadzwyczaj sprytny
stwór postanowił w którymś momencie zakraść się i przesunąć jeden z nich. Policzyłam krzesła oraz biurka i zajrzałam pod każde z nich;
wysunęłam wszystkie szuflady w komodzie pod tylną ścianą, otworzyłam
drzwiczki wszystkich szafek i zapaliłam w nich światło, a potem
odsunęłam je od ściany, by sprawdzić, czy one i ściana są w porządku.
Oświetliłam całą powierzchnię podłogi, wypatrując dziur, obstukałam
każdą ścianę tak wysoko, jak mogłam sięgnąć, sprawdziłam futrynę drzwi,
upewniając się, że jej góra i dół są szczelne i kiedy skończyłam, byłam
prawie pewna, że jest to najzwyklejsza sala zajęć.
Chcę przez to powiedzieć, że złowrogi mogły się tu dostać różnymi
drogami: przez szyby wentylacyjne, przez szparę pod drzwiami lub
przegryzając ściany. Jednak przynajmniej tutaj nie mogły spaść z sufitu,
ponieważ go nie było. Scholomance nie ma dachu; nie jest potrzebny, gdy
budujesz magiczną szkołę na pograniczu tego świata z mistyczną otchłanią
nierzeczywistej przestrzeni. Ściany biblioteki po prostu wznosiły się w górę i znikały w mroku. Teoretycznie gdzieś tam się kończyły. Nie
zamierzam się na nie wspinać, żeby to sprawdzić. W każdym razie ten
pokój nie był na razie zainfekowany i nie miał ewidentnych słabych
punktów. Cóż więc knuła szkoła, dając mi ten prezent, jakim było całe
spędzane tu popołudnie?
Wróciłam na miejsce i spojrzałam na plan zajęć. Oczywiście wiedziałam,
że to popołudnie jest przynętą w pułapce, ale to była naprawdę dobra
przynęta i równie dobra pułapka. Nie mogłam wprowadzić żadnej zmiany do
mojego planu zajęć, ponieważ nie wiedziałam, jakie inne przedmioty są
wykładane na ostatnim roku. Gdybym na przykład spróbowała zastąpić te
okropne seminaria z lektur dla zaawansowanych kursem sanskrytu, który
spodziewałam się znaleźć w moim rozkładzie zajęć, to nawet gdyby
Scholomance usunęła te seminaria, miałaby pretekst, żeby wcisnąć mi kurs
arabskiego w środowe popołudnia. Gdybym spróbowała wprowadzić choćby
niewielkie zmiany, na przykład zapisać się na czwartkowe warsztaty,
niewątpliwie dostałabym zajęcia laboratoryjne z alchemii w środy i jeszcze coś w piątki. Cokolwiek bym zrobiła, kosztowałoby mnie to utratę
jedynej zalety tego rozkładu zajęć i nie gwarantowałoby żadnej zmiany na
lepsze.
- Pokażcie mi wasze plany zajęć - powiedziałam do Zhenga, na nic nie
licząc.
Jedyna zaleta przestawania z pierwszakami to to, że wszyscy posłusznie
wręczyli mi swoje plany, nawet nie prosząc o żadne przysługi w zamian.
Przejrzałam cały plik, szukając jakichś kursów, które mogłabym wybrać.
Bez powodzenia. Nigdy nie słyszałam, by jakiemuś pierwszakowi
przydzielono zajęcia, na które mógłby chodzić czwartoklasista, i teraz
również żadnych takich nie znalazłam. Wszyscy oni mieli chodzić na
standardowe wprowadzenie do zajęć warsztatowych i alchemicznych -
dziewczyna z enklawy rozsądnie zachęciła ich, by wszyscy przesunęli ich
termin na wtorkowe i środowe przedpołudnia, najlepszą porę dla
pierwszaków, gdyż popołudniowe są zarezerwowane przez uczniów starszych
klas. Do tego niezbędne dla pierwszoklasistów nauki o złowrogach, które
niewątpliwie będą dla nich świetną zabawą, a reszta to kursy z literatury, matematyki oraz historii na trzecim i czwartym piętrze. Z jednym rozwścieczającym wyjątkiem: wszyscy mieli także pracować tu ze
mną w środy, smarkaci szczęściarze. Nikt z nich jeszcze nie pojmował,
jakie to zdumiewające.
Poddałam się i z rezygnacją złożyłam podpis na dole kartki, nawet nie
spróbowawszy wprowadzić żadnych zmian, a potem podeszłam do wielkiego
zabytkowego sekretarzyka stojącego pod ścianą, ostrożnie podniosłam
żaluzjowe zamknięcie - dziś nic się pod nim nie kryło, ale tylko
poczekajcie - i włożyłam do środka mój plan zajęć. Większość sal
lekcyjnych ma bardziej oficjalne miejsca składania papierów, na przykład
wnęki udające zasobniki przemieszczające nasze prace pocztą pneumatyczną
do jakiegoś centralnego sekretariatu, lecz te zepsuły się na początku
ubiegłego wieku i zostały prowizorycznie połatane zaklęciami
przemieszczającymi, tak więc wystarczy położyć pracę w miejscu, w którym
nikt nie będzie jej widział, a natychmiast zostanie zabrana. Jeszcze raz
rzuciłam okiem na mój plan zajęć, a potem zrobiłam głęboki wdech i zasunęłam żaluzję sekretarzyka.
Kiedy szłam na pierwsze seminarium, byłam pewna, że zaraz po śniadaniu
dowiem się, jak wielki popełniłam błąd, ale się myliłam. Odkryłam to po
niecałym kwadransie, nawet nie opuszczając tego pokoju. Zaciskając zęby,
pochylałam się nad splątanym kłębowiskiem robótki, szydełkowaniem
gromadząc w krysztale jak najwięcej mocy przed śniadaniem, a w myślach
wybierając potwornie nudne ćwiczenia z kalisteniki, które będę
wykonywała w tym pokoju, kiedy rana brzucha zupełnie się zagoi.
Nienawidzę tych ćwiczeń, więc zmuszanie się do nich cudownie wpływa na
zwiększanie mocy. Nie było tu dużo miejsca, a nie zamierzałam przesuwać
mebli. Zapewne będę musiała wykonywać brzuszki na dwóch biurkach.
Nieważne, pomyślałam: w ten sposób co dwa tygodnie będę miała napełniony
jeden kryształ.
Tymczasem wszyscy pierwszoklasiści siedzieli w pierwszych rzędach,
niczym się nie przejmując i rozmawiając ze sobą. Na dodatek wszyscy
mówili po chińsku, włącznie z tym Hindusem oraz parą Rosjan. Byłam
prawie pewna, że tych dwoje rozmawia ze sobą po rosyjsku, ale tu bez
wahania włączyli się do rozmowy. Niewątpliwie wszyscy mieli uczęszczać
na zajęcia w języku chińskim - tutaj takie przedmioty jak matematyka czy
historia są wykładane w nim lub po angielsku.
Robiłam, co mogłam, żeby traktować te rozmowy jako szum w tle, ale
niezbyt mi się to udawało. Jedną z wad uczenia się zbyt wielu obcych
języków jest to, że jeśli nie rozumiem jakiejś wypowiedzi, mój mózg jest
skłonny uznać, że powodem jest moja nieuwaga i że jeśli tylko się
skupię, złapię sens. Powinnam przez jakiś czas mieć spokój z nowymi
językami, ponieważ Scholomance zaczęła mnie uczyć arabskiego niecałe
trzy tygodnie wcześniej, lecz dwugodzinne przesiadywanie w każdą środę z bandą pierwszaków rozmawiających po chińsku niewątpliwie oznaczało, że
zacznę dostawać zaklęcia także w tym języku.
Chyba że oni wszyscy uprzejmie dadzą się pozabijać przed upływem
miesiąca, co było całkiem możliwe. Zwykle pierwszy tydzień semestru jest
w porządku, a potem, gdy pierwszoklasiści dadzą się zwieść pozornemu
spokojowi i poczują się bezpieczni, pierwsze złowrogi wypełzają z kryjówek, a pierwsza fala nowo wyklutych na parterze zaczyna
przedostawać się na górę.
Oczywiście zawsze trafia się jakiś nadgorliwiec. Jak ten mały żmijowór,
który właśnie po cichu przecisnął się przez otwór wentylacyjny. Zapewne
rozciągnął się jak struna i przybrał wygląd nieszkodliwej strużki śluzu,
żeby przejść przez zaklęcia zabezpieczające wentylację, po czym
prześliznął się przez kratkę i zwinął na podłodze za jednym z tornistrów, żeby wrócić do pierwotnej postaci. W trakcie tego zapewne
wydawał chlupoczące dźwięki, ale pierwszacy rozmawiali tak głośno, że je
zagłuszyli, a ja niezbyt uważałam, ponieważ po raz pierwszy w życiu
byłam najgorszym możliwym celem ataku; żaden złowróg nie wybrałby mnie z tej grupki. Już zaczęłam uważać to miejsce za rodzaj cichej przystani.
Nagle jeden z pierwszoklasistów zauważył stwora i wrzasnął przerażony.
Nawet nie sprawdzałam, dlaczego ktoś wrzeszczy. Wstałam z krzesła,
zarzuciłam na ramię plecak z książkami i byłam w połowie drogi do drzwi
- gdy chłopak spoglądał na koniec sali - zanim zauważyłam żmijowora, już
całkiem rozdętego i unoszącego się nad czwartym rzędem biurek niczym
czerwony balon pomalowany przez kogoś w niebieskie plamy w stylu
Jacksona Pollocka. Stwór zaczynał wysuwać rurki dmuchawek. Wszystkie
dzieciaki krzyczały i tuliły się do siebie lub chowały się za dużym
biurkiem, co było typowym błędem: bo jak długo zamierzały się tam kryć?
Tak rozdęty żmijowór nigdzie się stąd nie ruszy i załatwi każdego, kto
wystawi głowę, żeby spojrzeć.
Oczywiście to był ich problem i jeśli sami nie potrafią go rozwiązać, to
zginą w tej sali już pierwszego dnia zajęć, co by oznaczało, że i tak
nie przetrwaliby długo. To absolutnie nie był mój problem. Moim
problemem było to, że przydzielono mi cztery bardzo niebezpieczne
zajęcia seminaryjne i już miałam głębokie tyły w gromadzeniu mocy na
koniec szkoły. Będę potrzebowała każdej minuty spędzanej w tym
pomieszczeniu, żeby zgromadzić moc i to nadrobić. Nie miałam w nadmiarze
nawet tyle tej energii, ile zyskiwałam, robiąc jeden rządek szydełkiem,
żeby marnować ją dla stadka pierwszaków, którzy nic mnie nie obchodzili.
Z wyjątkiem jednego. Kopniakiem otworzyłam drzwi, odwróciłam się i krzyknęłam:
- Zheng! Wychodź, ale już!
Wypadł zza biurka i pobiegł do mnie. Może inne dzieciaki mnie nie
zrozumiały, ale były dostatecznie sprytne, by pójść w jego ślady, a większość z nich na tyle mądra, żeby zostawić swoje tornistry. Oprócz
dziewczyny z enklawy. Ona niewątpliwie mogłaby dostać nowe rzeczy od
starszych uczniów ze swojej enklawy, gdyby poprosiła, ale zanim rzuciła
się do ucieczki, złapała swój tornister i zarzucała go sobie na plecy,
gdy żmijowór wystarczająco się nadął, by wystawić troje oczu na
ruchomych słupkach, i zaczął się obracać, żeby namierzyć cele. Zaraz ją
załatwi, ale pozostali zdołają uciec. Stwór był niewiele większy od
piłki; świeżo się wylągł, więc zapewne od razu zacznie się pożywiać.
Stałam przy drzwiach, zamierzając przez nie przejść i ujść z życiem, bo
właśnie to powinnam zrobić, i tak też robiłam wielokrotnie przedtem. To
zasada numer jeden: kiedy coś tutaj zaczyna się nadymać, masz myśleć
tylko o tym, jak bez szwanku zejść temu czemuś z drogi. To nawet nie
jest egoizm. Jeśli zaczniesz pomagać innym, to zginiesz i prawdopodobnie
na dodatek zniweczysz ich próby ratowania się. Jeśli masz sojuszników
lub przyjaciół, możesz pomóc im wcześniej. Dzieląc się mocą, użyczając
zaklęcia, robiąc im jakiś amulet lub magiczny napój, którego mogą użyć w potrzebie. Jednak ten, kto nie potrafi samodzielnie wyjść z opresji, nie
przeżyje. Każdy to wie i jedynym znanym mi wyjątkiem od tej reguły jest
Orion, który jest kompletnym czubkiem, a ja nie.
Tyle że nie wybiegłam przez te drzwi. Zamiast tego zatrzymałam się przy
nich i pozwoliłam, by całe stado pierwszaków przebiegło przez nie
galopem. Żmijowór przybrał bladoróżową barwę, szykując się do
ustrzelenia Panny Enklawianki, a potem gwałtownie obrócił się do drzwi,
gdy właśnie wspomniany czubek przemknął przez nie, zmierzając w niewłaściwym kierunku. Dwie sekundy później zostałby trafiony i prawdopodobnie zabity przez jad złowroga.
Gdybym już nie rzucała zaklęcia.
Użyłam dość rzadkiej staroangielskiej klątwy. Zapewne jestem jedyną
osobą na świecie, która ją ma. Na początku drugiego roku, gdy tylko
zaczęłam uczyć się staroangielskiego, natknęłam się na trzech uczniów
najstarszych klas, którzy osaczyli między bibliotecznymi regałami
młodszą od nich dziewczynę. Taką samą outsiderkę jak ja, tyle że ze mną
chłopcy nigdy nie próbowali takich rzeczy. Widocznie zniechęcała ich
mroczna aura przyszłej czarownicy. Nawet jako chuderlawa uczennica
drugiej klasy zniechęciłam tych trzech samym swoim przybyciem.
Czmychnęli, dziewczyna uciekła w przeciwną stronę, a ja, wciąż pieniąc
się ze złości, zdjęłam z półki pierwszą lepszą książkę. I nie dostałam
tej, po którą sięgnęłam; zamiast tego otrzymałam plik zetlałych kartek
ręcznie robionego papieru zapisanych klątwami, które jakaś babunia
wiedźma wymyśliła z tysiąc lat temu. Otworzył się w moich rękach akurat
na tej klątwie, a ja spojrzałam i zobaczyłam ją, zanim pospiesznie
zamknęłam książeczkę i odłożyłam z powrotem na półkę.
Większość ludzi musi długo studiować zaklęcie, żeby je zapamiętać. Ja
także - jeśli jest to użyteczny czar. Lecz jeśli jest to zaklęcie
obracające w perzynę miasta, wybijające całe armie lub powodujące
potworne męki - lub na przykład zmniejszające pewne istotne części
męskiego ciała do rozmiarów bolesnego czyraka - wystarczy mi jeden rzut
oka, by zostało mi w pamięci na dobre.
Tego nigdy przedtem nie używałam, ale w tej sytuacji okazało się
naprawdę skuteczne. Żmijowór natychmiast skurczył się do rozmiarów
porządnego zdrowego żołędzia. Spadł na podłogę, zagrzechotał na kratce
otworu wentylacyjnego, a potem przeleciał przez nią jak marmurowa kulka
znikająca w studzience ściekowej. A z nim cała moja zebrana tego ranka
moc.
Orion przystanął w drzwiach i patrzył, jak stwór znika. Z niego też
uchodziła para. Szykował się do wypuszczenia jakiegoś ognistego
podmuchu, który załatwiłby żmijowora - a także nas troje wraz z całą
zawartością sali, ponieważ gazy ustrojowe tego stwora są bardzo
łatwopalne. Dziewczyna z enklawy obrzuciła jego i mnie spojrzeniem
wystraszonego królika i wybiegła obok niego na zewnątrz, chociaż nie
było już żadnego powodu, by uciekać. Przez moment odprowadzał ją
wzrokiem, a potem znów spojrzał na mnie. Zerknęłam z przygnębieniem na
mój pociemniały kryształ mocy - no tak, znów był zupełnie ciemny - i schowałam go.
- Co ty w ogóle tu robisz? - spytałam z irytacją, przeciskając się obok
niego, wchodząc między regały i kierując się ku schodom.
- Nie przyszłaś na śniadanie - rzekł, doganiając mnie.
W ten sposób dowiedziałam się, że w tej sali bibliotecznej nie słychać
dzwonków. Co w tym momencie oznaczało, że mogę zrezygnować ze śniadania
lub spóźnić się na pierwsze z moich najgorszych zajęć seminaryjnych, na
których najprawdopodobniej nie ma szans dowiedzieć się od kogoś, jakie
mi wyznaczono zadania.
Zacisnęłam zęby i zaczęłam zbiegać po schodach.
- Wszystko w porządku? - zapytał po chwili Orion, chociaż to właśnie ja
ocaliłam jego. Zapewne jeszcze nie całkiem oswoił się z tą myślą.
- Nie - odrzekłam z goryczą. - Jestem czubkiem.
Rozdział 2
PODUSZKI
W ciągu kilku
następnych tygodni uświadomiłam to sobie jeszcze wyraźniej. Nie jestem
dziewczyną z enklawy. W przeciwieństwie do Oriona nie mam praktycznie
nieograniczonych zasobów mocy, żeby dokonywać szlachetnych bohaterskich
czynów. Wprost przeciwnie, ponieważ niedawno straciłam prawie połowę
zapasu mocy, który zgromadziłam przez trzy lata. Wprawdzie w słusznej
sprawie, ponieważ użyłam jej do załatwienia paszczora, i mam nadzieję,
że nigdy nie będę rozpamiętywać tego przeżycia, ale moje dobre intencje
nie mają znaczenia. Ważne jest tylko to, że miałam starannie zaplanowany
harmonogram gromadzenia mocy w trakcie pobytu w Scholomance, który teraz
legł w gruzach.
Moje nadzieje na ukończenie szkoły również byłyby płonne, gdybym nie
znalazła księgi z zaklęciami. Kontrolujące materię zaklęcie Złotego
Kamienia jest tak cenne, że zorganizowana przez Aadhyę dla uczniów
ostatniej klasy aukcja przyniosła mi mnóstwo mocy, a na dodatek parę
niewiele używanych tenisówek. Zamierzała wkrótce zorganizować następną,
dla uczniów naszego rocznika. Przy odrobinie szczęścia zredukuję liczbę
pustych kryształów mocy z dziewiętnastu do siedmiu. To nadal poważny
deficyt do uzupełnienia, a na zakończenie szkoły potrzebowałam jeszcze
co najmniej trzydziestu.
Właśnie na to zamierzałam wykorzystać moje wspaniałe środowe wolne
popołudnia. Ha, ha. Mały żmijowór okazał się zaledwie pierwszym z szeregu złowrogów, które ta biblioteczna sala zajęć przyciągała z nieodpartą siłą. Gdy tam wchodziliśmy, zastawaliśmy je gotowe do skoku.
Złowrogi kryły się w ciemnych kątach, czekając na moment naszej
nieuwagi. Wchodziły przez kratki wentylacyjne znajdujące się na środku
sali. Czaiły się w sekretarzyku z żaluzjowym zamknięciem. Czekały za
drzwiami, kiedy wychodziliśmy. Bez najmniejszego problemu mogłabym
uniknąć nauki chińskiego, po prostu nic nie robiąc. Cała ta banda
pierwszaków zostałaby pożarta przed upływem drugiego tygodnia semestru.
Wszystko stało się jasne pod koniec naszej pierwszej środowej sesji,
jakby ktoś wypisał to krwią na ścianie - dosłownie. Właśnie
rozsmarowałam po całym pomieszczeniu willanirgę, wraz z jej
wnętrznościami i zawartością żołądka. Gdy wszyscy, mniej lub bardziej
upaprani, ruszyliśmy na obiad, przełknęłam urazę i powiedziałam Sudarat
- tej dziewczynie z enklawy - że jeśli chce być nadal ratowana, to musi
użyczyć trochę mocy ze swojego zapasu.
Poczerwieniała i zbladła, a potem wykrztusiła:
- Ja nie... nie jestem...
A potem zalała się łzami i uciekła.
- Nie słyszałaś o Bangkoku - powiedział Zheng.
- Czego nie słyszałam o Bangkoku?
- Przepadł - rzekł. - Coś załatwiło enklawę, kilka tygodni przed
poborem.
Popatrzyłam na niego ze zdumieniem. Rzecz w tym, że enklaw nie można
zniszczyć.
- W jaki sposób? Co?
Rozłożył ręce i wzruszył ramionami.
- A wy słyszeliście o Bangkoku? - zapytałam przy obiedzie, zastanawiając
się, jak mogłam przegapić taką ważną wiadomość, ale nie byłam jedyna. Z siedzących przy stole tylko Liu skinęła głową i powiedziała: - Właśnie
usłyszałam o tym na historii.
- O czym? - chciała wiedzieć Aadhya.
- Bangkok przepadł - wyjaśniłam. - Enklawa została zniszczona.
- Co takiego? - zapytała Chloe, która drgnęła tak, że sok pomarańczowy
zalał jej całą tacę. Zapytała, czy może z nami jeść posiłki, i zrobiła
to grzecznie, nie jakby zaszczycała nas swoją obecnością, więc
zgrzytnęłam zębami i się zgodziłam. - To musi być fake news.
Liu przecząco potrząsnęła głową.
- Potwierdziła to dziewczyna z Szanghaju, która chodzi do naszej klasy.
Rodzice przekazali tę wiadomość przez jej młodszą siostrę.
Chloe gapiła się na nas, zastygła ze szklanką w pół drogi do ust. Nie
można mieć jej za złe, że się tak przeraziła. Enklawy nie znikają tak po
prostu i bez powodu, więc jeśli któraś oberwała tak mocno, to oznaczało
początek jakiejś wojny enklaw, a nowojorska była idealną kandydatką na
jej epicentrum. Kiedy jednak Chloe po raz trzeci w ciągu pięciu minut
zapytała o szczegóły, których ani Liu, ani ja nie znałyśmy,
powiedziałam:
- Rasmussen, my ich nie znamy. To ty możesz się czegoś dowiedzieć; nowo
przybyli z waszej enklawy muszą wiedzieć więcej.
Niewiarygodne, ale naprawdę poprosiła, żebyśmy popilnowały jej tacy, po
czym wstała i przeszła przez salę do stołu, przy którym siedzieli
pierwszacy z nowojorskiej enklawy. Nie przyniosła wielu informacji:
znaczna część nowo przybyłych nawet jeszcze o tym nie słyszała.
Dzieciaki z Bangkoku nie fatygowały się rozgłaszaniem tej wiadomości, a Sudarat jako jedyna z tego miasta przeżyła i została pobrana. Wszyscy
inni jej rówieśnicy zginęli razem z enklawą. Co jeszcze bardziej
przeraziło wszystkich enklawowców. Nawet jeśli jakaś enklawa ucierpi tak
mocno, że w końcu padnie, to zwykle osoby postronne mają wystarczająco
dużo ostrzeżeń i czasu na ucieczkę.
Pod koniec obiadu stało się jasne, że nikt nie wie, co naprawdę się
stało. My tutaj w ogóle nie wiemy, co się dzieje, gdyż wszelkie wieści
ze świata docierają do nas raz do roku, za pośrednictwem przerażonych
czternastolatków. Jednak upadek enklawy to sensacyjna wiadomość, a tymczasem nawet dzieciaki z Szanghaju nie znały szczegółów. Szanghaj
pomógł stworzyć enklawę w Bangkoku - od trzydziestu lat sponsorowali
nowe azjatyckie enklawy i nieprzypadkowo coraz głośniej narzekali na
nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc przydzielanych w Scholomance
dzieciakom ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Gdyby atak na Bangkok był
zapowiedzią napaści na Szanghaj, pobrani pierwszacy przybyliby z wyraźnym poleceniem zwarcia szeregów z dzieciakami z Bangkoku.
Z drugiej strony, jeśli Bangkok przypadkowo sam się załatwił, co czasem
się zdarza, gdy enklawa cichcem realizuje zbyt ambitny program nowych
broni magicznych, dzieciakom z Szanghaju kazano by odwrócić się od ich
tajskich rówieśników. Zamiast tego jedynie zachowywały ostrożność. Co
oznaczało, że ich rodzice wiedzieli niewiele więcej od nas, a jeśli
szanghajscy enklawowcy nie mieli żadnych informacji, to nikt nie miał.
No, oprócz tego, kto to zrobił. Co komplikowało sytuację, gdyż jeśli
ktoś w ten sposób zamierzał pośrednio zaatakować Szanghaj, to pierwszym
podejrzanym był Nowy Jork. Trudno było sobie wyobrazić, by jakaś inna
enklawa na świecie mogła to zrobić choćby bez ich cichego wsparcia.
Gdyby jednak Nowy Jork w tajemnicy przeprowadził tak poważną operację,
jaką jest likwidacja enklawy, to z pewnością nie powiedziano by o tym
pobieranym do Scholomance, co oznaczało, że nawet nowojorskie dzieciaki
nie wiedziały, czy ich enklawa jest w to zamieszana czy nie, chociaż one
- i dzieciaki z Szanghaju - zdawały sobie sprawę, że jeśli jednak nie
był to nieszczęśliwy wypadek, to ich rodzice właśnie prowadzą wojnę. A my przez rok w żaden sposób nie mogliśmy się dowiedzieć, jak jest
naprawdę.
Nie była to sytuacja sprzyjająca koleżeńskiemu nastawieniu enklawowców.
Osobiście wcale nie przejmowałam się tym, że nie wiem, jak jest. Nie
zamierzałam dołączyć do żadnej enklawy. Podjęłam tę decyzję w zeszłym
roku - obrażona - i gdyby wybuchła wojna, nie wzięłabym w niej udziału.
Nawet gdyby jakiś odrażający złowróg zaczął załatwiać enklawy, nie
dotyczyłoby to mnie, tylko moich ewentualnych rywali, wedle
nieprzyjemnej przepowiedni, która znacznie ułatwiłaby mi życie, gdyby
ziściła się szybciej.
Natomiast obchodziło mnie, że Sudarat nie może mi pomóc w tym, co
najwyraźniej miało być moim piątym przedmiotem w tym semestrze -
ratowaniu pierwszaków. Zasoby mocy tajskiej enklawy i tak były
stosunkowo nowe i skromne, a teraz pełną kontrolę nad nimi przejęli
najstarsi uczniowie, którzy rozpaczliwie oferowali ją innym enklawowcom,
próbując zawiązać sojusze na koniec szkoły. Nie dzielili się nią z uczniami pierwszych i drugich klas. Ci nagle stali się takimi samymi
ofiarami losu jak my wszyscy, z trudem znajdującymi sojuszników, zasoby
i możliwości przetrwania. Ich jedynym istotnym argumentem przetargowym
przy tworzeniu sojuszy była perspektywa przyjęcia do ich szybko rosnącej
enklawy, a teraz go stracili i działali w atmosferze nieprzyjemnej
niepewności, ponieważ nikt nie wiedział, co się stało. Inni
pierwszoklasiści nie unikali Sudarat dlatego, że nie wiedzieli, skąd ona
jest; unikali jej, ponieważ wiedzieli, że ona jest z Bangkoku. Nie
dostała nawet swojego przydziału rzeczy, które pozostawili absolwenci.
Wszystko, co posiadała, było w torbie, którą zabrała ze sobą.
Zapewne powinnam jej współczuć, ale wolałam zachować współczucie dla
osoby, która nigdy nie miała szczęścia, niż dla tej, którą ono nagle
opuściło. Mama powiedziałaby mi, że mogę współczuć im obu, na co
odpowiedziałabym, że ona może to robić, ale ja mam ograniczone zapasy
współczucia i muszę je racjonować. W każdym razie chociaż nie
współczułam Sudarat, to już w pierwszym tygodniu zajęć dwukrotnie
uratowałam jej życie, więc nie miała prawa narzekać.
I ja też nie, ponieważ najwidoczniej postanowiłam nadal to robić.
Aadhya i Liu zamierzały wieczorem razem wziąć prysznic. Kiedy
schodziłyśmy po schodach, nieśmiało zapytałam Liu:
- Masz potem trochę czasu? Muszę opanować kilka podstawowych chińskich
zwrotów.
Pewnie się spodziewacie, że chodzi o takie zwroty jak "gdzie jest
ubikacja?" lub "dzień dobry", ale tutaj pierwsze, czego uczymy się w dowolnym języku, to "padnij", "za tobą" i "uciekaj". Musiałam
powstrzymać pierwszaków od wchodzenia mi w drogę, kiedy ich ratuję. Na
własny koszt.
Liu pochyliła głowę i powiedziała cicho:
- Też zamierzałam cię prosić o pomoc.
Sięgnęła do swojej szkolnej teczki i wyjęła etui z przezroczystego
plastiku z nożyczkami w środku. Były dla leworęcznych, ze strzępami
okleiny z zielonego winylu wciąż oblepiającymi otwory na palce, z jednym
ostrzem wyszczerbionym, a drugim zardzewiałym. Obiecujące: były tak
sfatygowane, że niemal na pewno nie przeklęte i nie zaczarowane. Już od
paru tygodni szukała kogoś, kto pożyczyłby jej nożyczki.
Włosy Liu sięgały jej poniżej pasa, błyszczące i czarne jak noc, tylko
przy głowie odrobinę jaśniejsze w porównaniu do niesamowicie ciemnego
odcienia reszty. Zapuszczała je kilka lat, z tego trzy lata tutaj, więc
musiała negocjować czas i warunki każdego prysznica, który brała. Jednak
nie spytałam jej, czy na pewno chce je skrócić. Wiedziałam, że tak,
nawet choćby z czysto praktycznych względów. Aadhya zamierzała spleść z nich struny lutni z syrenopająka, którą szykowała dla nas na dzień
ukończenia szkoły, a ponadto Liu zdołała tak długo chodzić z długimi
włosami tylko dlatego, że używała czarów.
Potem jednak przeszła nieoczekiwaną i bardzo dogłębną przemianę duchową
i postanowiła nie wracać na obsydianowo czarną drogę. Tak więc teraz
musiała zapłacić za trzy lata paradowania z niewiarygodnie ładną
fryzurą. Co wieczór na zmianę pomagałyśmy jej rozczesać naprawdę okropne
kołtuny, które powstawały każdego dnia, obojętnie, jak starannie
splatała warkocze.
Kiedy wzięłyśmy prysznic, wszystkie trzy wróciłyśmy do pokoju Aadhyi.
Naostrzyła nożyczki swoimi narzędziami, a potem wzięła przygotowane
pudełko na włosy. Zaczęłam je ostrożnie obcinać, na początek zaledwie
centymetr bardzo cienkiego kosmyka, który trzymałam jak najdalej od
głowy Liu - nigdy nie należy się spieszyć, używając nieznanych nożyczek.
Nic strasznego się nie wydarzyło, więc powoli dotarłam do połowy
kosmyka, a potem zrobiłam głęboki wdech i szybko odcięłam resztę, po
wyraźnej linii demarkacyjnej między starymi a nowymi włosami, i podałam
to długie pasmo Aadhyi.
- W porządku? - zapytałam Liu.
Byłam pewna, że nożyczki są dobre, ale chciałam dać jej moment
wytchnienia; spodziewałam się, że to dla niej trudne, nawet jeśli nie
zaczęła się mazać czy coś.
- Tak, nic mi nie jest - powiedziała, ale zamrugała i zanim obcięłam jej
połowę włosów, rzeczywiście zaczęła się mazać; łzy stanęły jej w oczach,
a jedna wielka spłynęła po jej policzku i rozprysnęła się na kolanie.
Aadhya spojrzała na mnie z niepokojem, a potem powiedziała:
- Na pewno tyle mi wystarczy, jeśli chcesz na tym poprzestać.
Liu nawet nie wyglądałaby źle; miała tak gęste włosy, że tymi małymi
nożyczkami i tak musiałam je obcinać warstwami, więc zaczęłam od spodu.
Nigdy nie wiadomo, kiedy narzędzie nagle się zepsuje, a gdyby została z krótko ściętymi włosami na czubku głowy i upiornie długimi kosmykami na
potylicy, każdy, od kogo chciałaby pożyczyć inne nożyczki, zażądałby za
to krocie.
- Nie - powiedziała Liu lekko drżącym głosem, ale zdecydowanie.
Zazwyczaj była najspokojniejszą z nas trzech. Aad potrafiła złościć się
naprawdę koncertowo, a gdyby ataki wściekłości były dyscypliną
olimpijską, to ja byłabym pewną kandydatką do złotego medalu. Lecz Liu
zawsze była opanowana, spokojna i rozsądna, więc to niemal gniewne
warknięcie było zaskoczeniem.
Nawet dla niej samej; zamilkła i przełknęła ślinę, ale cokolwiek czuła,
nie była w stanie tego ukryć.
- Chcę je obciąć - rzuciła ostrym tonem.
- Dobrze - powiedziałam i zaczęłam szybciej obcinać jej włosy, jak
najbliżej głowy. Błyszczące pasma próbowały oplątywać mi palce nawet
wtedy, gdy je odcięłam i podawałam Aadhyi.
Wreszcie skończyłam, a Liu uniosła ręce i lekko drżąc, dotknęła swojej
głowy. Niewiele na niej pozostało poza nierównym puszkiem. Zamknęła oczy
i przesunęła po niej rękami tam i z powrotem, jakby upewniając się, że
włosów nie ma. Po kilku głębokich i nierównych oddechach powiedziała:
- Nie ścinałam ich, od kiedy tu przybyłam. Mama kazała mi tego nie
robić.
- Dlaczego? - zapytała Aadhya.
- Bo... - Głos uwiązł jej w gardle. - Powiedziała, że tutaj ich widok
powie ludziom, że jestem kimś, na kogo trzeba uważać.
I tak też było, ponieważ w Scholomance możesz mieć długie włosy, tylko
jeśli jesteś naprawdę bogatym i zuchwałym dzieciakiem z enklawy albo
uprawiasz czarną magię.
Aadhya bez słowa podeszła do swojego biurka i ze strzeżonej zaklęciem
szkatułki wyjęła pozostałą połowę owsianego batonika. Liu chciała
odmówić, ale Aad warknęła:
- O mój Boże, zjedz ten cholerny batonik!
Wtedy Liu rozkleiła się, wstała i wyciągnęła do nas ręce. Wprawdzie
zareagowałam chwilę później niż Aadhya - trzy lata niemal zupełnego
ostracyzmu społecznego raczej kiepsko przygotowuje na takie sytuacje -
ale obie trzymały wyciągnięte ręce, dopóki do nich nie dołączyłam.
Objęłyśmy się ramionami i znów zdarzył się ten cud, w który nadal nie
mogłam do końca uwierzyć: nie byłam już sama. Ratowały mnie, a ja
zamierzałam uratować je. Wydawało się to czarem nad czarami. Jakby mogło
naprawić wszystko. Jakby cały świat nagle stał się innym miejscem.
Jednak nie. Nadal byłam w Scholomance, a tu wszystkie cuda mają swoją
cenę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki