Scholomance (Lekcja druga). Ostatni absolwent - Naomi Novik

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

ŻMI­JO­WÓR

"Trzy­maj się z daleka od Oriona Lake'a".

Więk­szość wie­rzą­cych lub udu­cho­wio­nych osób, które znam - choć tak po praw­dzie są to głów­nie ludzie, któ­rzy dołą­czyli do nieco pogań­skiej komuny w Walii lub prze­ra­żone dzieci cza­ro­dziei wysłane do szkoły usi­łu­ją­cej je zabić - regu­lar­nie prosi różne dobro­duszne, kocha­jące i wszyst­ko­wie­dzące bóstwa o udzie­le­nie rad poprzez jakieś cudowne znaki i obja­wie­nia. Mając taką matkę, jaką mam, mogę z prze­ko­na­niem powie­dzieć, że nie spodo­ba­łyby im się, gdyby ich prośba została speł­niona. Nie chce­cie zagad­ko­wych nie­zro­zu­mia­łych rad od kogoś, kto z całą pew­no­ścią życzy wam jak naj­le­piej i zawsze słusz­nie, pra­wi­dłowo i wła­ści­wie oce­nia sytu­ację. Albo pora­dziłby wam zro­bić to, co i tak zamie­rza­li­ście uczy­nić, a w takim razie ta rada byłaby zbędna, albo kazałby zro­bić coś wprost prze­ciw­nego i wtedy musie­li­by­ście wybrać, czy nie­chęt­nie sko­rzy­stać z tej rady jak dziecko, któ­remu kazano umyć zęby i wcze­śnie iść spać, czy może zigno­ro­wać pole­ce­nia i upar­cie robić swoje dobrze, wie­dząc, że takie postę­po­wa­nie nie­uchron­nie pro­wa­dzi do cier­pień i kło­po­tów.

Jeśli zada­je­cie sobie pyta­nie, którą z tych dwóch moż­li­wo­ści wybra­łam, to chyba mnie nie zna­cie, gdyż cier­pie­nia i kło­poty naj­wy­raź­niej są moim prze­zna­cze­niem. Nawet nie muszę się nad tym zasta­na­wiać. List od mamy był napi­sany w dobrej wie­rze, choć nie­długi: "Moja droga córko, kocham cię, bądź dzielna i trzy­maj się z daleka od Oriona Lake'a". Rzu­ci­łam okiem na tę wia­do­mość na skórce cebuli i natych­miast porwa­łam ją na kawałki, sto­jąc w tłu­mie kłę­bią­cych się pierw­szo­kla­si­stów. Sama zja­dłam ten kawa­łek z nazwi­skiem i imie­niem, a resztę odda­łam przy­ja­ciół­kom.

- Co to takiego? - spy­tała Aadhya. Wciąż patrzyła na mnie z lekką urazą.

- Zaklę­cie pod­no­szące na duchu - odpar­łam. - Moja mama zawarła je w skórce cebuli.

- No tak, twoja mama, Gwen Hig­gins - powie­działa Aadhya jesz­cze chłod­niej­szym tonem. - O któ­rej tak czę­sto nam wszyst­kim wspo­mi­na­łaś.

- Och, po pro­stu to zjedz - powie­dzia­łam, sta­ra­jąc się wzbu­dzić w sobie iry­ta­cję, kiedy prze­łknę­łam mój kawa­łek zaklę­cia.

Nie musia­łam nawet silić się na ten gniewny ton. Niczego tutaj - włącz­nie ze słoń­cem, wia­trem i spo­koj­nym snem w nocy - nie bra­kuje mi tak bar­dzo jak mamy i wła­śnie to dało mi to zaklę­cie: wra­że­nie, że leżę sku­lona na łóżku z głową na jej podołku, a ona gła­dzi mnie po gło­wie, czuję zapach ziół, które spo­rzą­dzała, przez otwarte drzwi wpada ciche kum­ka­nie żab i woń wil­got­nej ziemi walij­skiej wio­sny. Ogrom­nie pod­nio­słoby mnie to na duchu, gdy­bym jed­no­cze­śnie nie mar­twiła się tym, co pró­buje mi powie­dzieć o Orio­nie.

Było mnó­stwo zabaw­nych moż­li­wo­ści. A naj­lep­sza z nich ta, że jego prze­zna­cze­niem jest umrzeć młodo i straszną śmier­cią, co przy jego zami­ło­wa­niu do boha­tersz­czy­zny było dość praw­do­po­dobne. Nie­stety, mama nie ostrze­ga­łaby mnie przed takim czy innym związ­kiem z boha­te­rem z góry spi­sa­nym na straty. Ona raczej repre­zen­tuje szkołę myśle­nia "korzy­staj, póki możesz".

Mama ostrze­ga­łaby mnie tylko przed złem, a nie przed cier­pie­niem. Tak więc naj­wy­raź­niej Orion był naj­spryt­niej­szym z cza­row­ni­ków i skry­wał swe nie­go­dziwe plany, raz po raz ratu­jąc ludziom życie, żeby co, poza­bi­jać wszyst­kich póź­niej? Czy może mama oba­wiała się, że jest tak wku­rza­jący, że przez niego ja stanę się naj­spryt­niej­szą cza­row­nicą, co zapewne było bar­dziej praw­do­po­dobne, gdyż i tak miało być moim prze­zna­cze­niem.

Oczy­wi­ście naj­bar­dziej praw­do­po­dobne było to, że mama sama nie wie­działa. Po pro­stu miała złe prze­czu­cia co do Oriona, bez żad­nego kon­kret­nego powodu, który mogłaby mi podać, nawet gdyby przy­słała mi list na dzie­się­ciu kart­kach zapi­sa­nych po obu stro­nach. Tak złe prze­czu­cia, że poje­chała auto­sto­pem aż do Car­diff, żeby zna­leźć uda­ją­cego się wła­śnie do szkoły pierw­szo­kla­si­stę i popro­sić jego rodzi­ców o prze­ka­za­nie mi jed­no­gra­mo­wej wia­do­mo­ści. Wycią­gnę­łam rękę i klep­nę­łam Aarona w jego chude i kości­ste ramię.

- Hej, co moja mama dała twoim rodzi­com za prze­ka­za­nie tej wia­do­mo­ści?

Odwró­cił się i nie­pew­nie odpo­wie­dział:

- Nie wiem, czy coś dała. Powie­działa, że nie ma czym zapła­cić, ale popro­siła ich o roz­mowę na osob­no­ści, a potem dała mi to i moja mama wyci­snęła odro­binę pasty z tubki, żeby zro­bić na to miej­sce.

Mogłoby się wyda­wać, że to nic takiego, ale nikt nie mar­nuje swego nie­wiel­kiego czte­ro­let­niego limitu bagażu na zwy­czajną pastę do zębów; ja myję swoje sodą oczysz­czoną braną z sza­fek dostaw­czych labo­ra­to­rium alche­micz­nego. Jeśli Aaron przy­niósł swoją, to musiała być zacza­ro­wana; bar­dzo uży­teczna, jeśli przez następne cztery lata nie zoba­czysz den­ty­sty. Ktoś, kogo bolą zęby, za jedną por­cję takiej pasty z chę­cią odda­wałby mu przez tydzień swoje obiady. A rodzice Aarona pozba­wili tego swoje dziecko, ponie­waż popro­siła ich o to moja mama - żeby prze­słać mi ostrze­że­nie.

- Świet­nie - powie­dzia­łam z kwa­śną miną. - Masz, weź gryza.

Jemu też dałam kawa­łek notatki. Zapewne potrze­bo­wał jej jak jesz­cze ni­gdy w życiu, po tym jak został wessany do Scho­lo­mance. Wpraw­dzie lep­sze to od nie­mal nie­unik­nio­nej śmierci cze­ka­ją­cej dzieci cza­ro­dziei na zewnątrz, ale nie­wiele.

W tym momen­cie otwo­rzył się podaj­nik żyw­no­ści i wywo­łany tym stadny pęd prze­rwał mi ponure roz­my­śla­nia.

- Wszystko w porządku? - cicho zapy­tała mnie Liu, gdy sta­nę­ły­śmy w kolejce.

Odpo­wie­dzia­łam jej bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem. Nie czy­tała w myślach ani nic takiego - miała oko do drob­nych szcze­gó­łów i potra­fiła łączyć fakty. Wska­zała na moją kie­szeń, do któ­rej scho­wa­łam ostatni kawa­łek listu, któ­rego tre­ści nie ujaw­ni­łam nikomu, cho­ciaż podzie­li­łam się kawał­kami zacza­ro­wa­nego nośnika, co powinno było zapo­biec ponu­rym myślom. Byłam zasko­czona, że zapy­tała. Nie przy­wy­kłam do tego, by ktoś pytał, jak się czuję, ani nawet zauwa­żał, gdy jestem zła. No, może jeśli jestem tak roz­gnie­wana, że wyglą­dam na gotową spo­pie­lić wszyst­kich wokół mnie, na co, prawdę mówiąc, czę­sto mam ochotę.

Po chwili namy­słu doszłam do wnio­sku, że po pro­stu nie chcę roz­ma­wiać o tej wia­do­mo­ści. Wcze­śniej nie mia­łam takiej moż­li­wo­ści. A ponie­waż mia­łam ją teraz, powie­dzia­łam Liu prawdę, gdy ski­nie­niem głowy potwier­dzi­łam, że wszystko jest w porządku, i uśmiech­nę­łam się do niej, uno­sząc kąciki ust w dziwny spo­sób, do jakiego nie przy­wy­kłam. Liu odpo­wie­działa uśmie­chem, a potem całą uwagę sku­pi­ły­śmy na zapeł­nia­niu naszych tac.

W zamie­sza­niu zgu­bi­ły­śmy naszych pierw­szo­kla­si­stów; oni oczy­wi­ście ostatni pod­cho­dzili do podaj­nika, pod­czas gdy my mia­ły­śmy teraz wąt­pliwy przy­wi­lej pierw­szeń­stwa. Jed­nak nikt ci nie broni wziąć dla kogoś dodat­ko­wej por­cji, jeśli możesz sobie na to pozwo­lić, a przy­naj­mniej dzi­siaj tak było. Ściany szkoły były jesz­cze cie­płe po cyklu oczysz­cza­nia na zakoń­cze­nie seme­stru. Wszel­kie zło­wrogi, które nie zostały spo­pie­lone, dopiero zaczy­nały wyła­zić z róż­nych ciem­nych zaka­mar­ków, w któ­rych się ukryły, zatem praw­do­po­do­bień­stwo ska­że­nia żyw­no­ści było mniej­sze niż kie­dy­kol­wiek. Tak więc Liu wzięła dodat­kowe kar­tony mleka dla swo­ich kuzy­nów, a ja drugą por­cję maka­ronu dla Aarona, choć zro­bi­łam to nie­chęt­nie. Teo­re­tycz­nie nic mu się nie nale­żało za dostar­cze­nie tej wia­do­mo­ści, a przy­naj­mniej nie ode mnie; zgod­nie z ety­kietą Scho­lo­mance wszyst­kie takie sprawy zała­twia się na zewnątrz. W końcu jed­nak na zewnątrz nic za to nie dostał.

Dziw­nie było stać nie­mal na samym początku kolejki w pra­wie pustym bufe­cie, pod­czas gdy pod ścia­nami wił się potwor­nie długi i potrójny wąż cze­ka­ją­cych dzie­cia­ków; dru­go­kla­si­ści posztur­chi­wali pierw­szo­kla­si­stów i wska­zy­wali im płyty sufi­towe, stu­dzienki odpły­wowe oraz wyloty kana­łów wen­ty­la­cyj­nych, na które powinni uwa­żać w przy­szło­ści. Ostat­nie samo­czynne sto­liki zapeł­niały otwartą prze­strzeń pozo­sta­wioną dla pierw­szo­kla­si­stów i roz­kła­dały się przy akom­pa­nia­men­cie pisków i trza­sków. Moja przy­ja­ciółka Nkoyo... czy mogłam ją także uznać za przy­ja­ciółkę? Uwa­ża­łam, że chyba tak, ale jesz­cze nie otrzy­ma­łam for­mal­nego potwier­dze­nia tego faktu, więc jesz­cze przez jakiś czas mogłam w to wąt­pić. Nkoyo stała na początku ze swoją grupką przy­ja­ciół i zajęła naj­lep­szy stół, w kręgu znaj­du­ją­cym się dokład­nie na środku pomię­dzy ścia­nami a podaj­ni­kiem, pod zale­d­wie dwiema pły­tami sufi­to­wymi i cztery stoły od naj­bliż­szej stu­dzienki odpły­wowej. Wypro­sto­wana machała do nas; łatwo było ją zauwa­żyć, ponie­waż miała na sobie nowiu­teńki top i bufia­ste spodnie, obie rze­czy w piękny wzór z fali­stych linii, które nie­mal na pewno miały wple­cione w nie magiczne zaklę­cia. Na koniec roku wszy­scy wkła­damy nowe stroje, które więk­szość z nas będzie nosić przez cały następny rok - choć cała moja gar­de­roba nie­stety się spa­liła, kiedy byłam w pierw­szej kla­sie - a Nkoyo naj­wy­raź­niej zacho­wała ten na ostat­nią klasę. Jowani wra­cał z dwoma dużymi dzban­kami wody, a Cora two­rzyła krąg ochron­nych zaklęć.

Dziw­nie było wejść do bufetu i dołą­czyć do nich. Nawet gdy­by­śmy nie zostały zapro­szone, to wciąż mnó­stwo dobrych sto­łów było wol­nych, no i wszyst­kie nie­do­bre. Wcze­śniej cza­sem mie­wa­łam taką moż­li­wość wyboru, ale zawsze w wyniku ryzy­kow­nego posu­nię­cia, jakim było zbyt wcze­sne wej­ście do sto­łówki, zazwy­czaj akt despe­ra­cji wywo­łany zbyt wie­loma dniami pecha prze­śla­du­ją­cego mnie pod­czas posił­ków. Teraz taka moż­li­wość stała się normą. Dla wszyst­kich innych zaj­mu­ją­cych stoły wokół mnie to też było czymś nowym, że są naj­star­szymi uczniami w szkole; więk­szość z nich zna­łam z widze­nia, jeśli nie po nazwi­sku. Liczba uczniów zmniej­szyła się do około tysiąca z począt­ko­wego tysiąca sze­ściu­set. Co brzmi okrop­nie, choć zazwy­czaj ostat­nią klasę zaczyna mniej niż ośmiu­set uczniów. I zwy­kle mniej niż połowa z nich koń­czy szkołę.

Jed­nak nasz rocz­nik wrzu­cił w tryby tej machiny klucz nastawny, który teraz sie­dział przy tym stole obok mnie. Nkoyo zacze­kała, aż Orion i ja zaj­miemy miej­sca, po czym wypa­liła:

- Udało się wam? Napra­wi­li­ście maszy­ne­rię?

- Ile tam było zło­wro­gów? - jed­no­cze­śnie spy­tała zasa­pana Cora, opa­da­jąc na swoje miej­sce i zamy­ka­jąc gli­niany dzba­nu­szek, z któ­rego dozo­wała kro­ple two­rzące ochronny krąg zaklęć wokół stołu.

Według obo­wią­zu­ją­cych w Scho­lo­mance stan­dar­dów zacho­wa­nia Nkoyo i Cory wcale nie były nie­uprzejme; miały prawo pytać, ponie­waż to był ich sto­lik i za miej­sce przy nim nale­żały im się infor­ma­cje z pierw­szej ręki. Inni czwar­to­kla­si­ści pospiesz­nie zaj­mo­wali wszyst­kie sąsied­nie stoły - two­rząc wokół nas solidny ochronny krąg - żeby posłu­chać, a ci przy dal­szych bez­wstyd­nie nachy­lali się i nad­sta­wiali uszu, ase­ku­ro­wani przez swo­ich przy­ja­ciół.

Wszyst­kim w szkole był już znany pewien bar­dzo ważny fakt, a mia­no­wi­cie, że Orion i ja w nie­wia­ry­godny spo­sób wró­ci­li­śmy żywi z naszej cudow­nej poran­nej wyprawy do auli. Jed­nak ja resztę dnia spę­dzi­łam zamknięta w moim pokoju, a Orion z zasady uni­kał ludzi, chyba że aku­rat byli poże­rani przez zło­wrogi; tak więc wszystko, co poza tym sły­szeli, zostało prze­fil­tro­wane przez szkolny głu­chy tele­fon, który nie jest wia­ry­god­nym źró­dłem infor­ma­cji istot­nych dla pozo­sta­nia przy życiu.

Nie pali­łam się do rela­cjo­no­wa­nia tych nie­daw­nych prze­żyć, ale wie­dzia­łam, że mają prawo cze­goś się dowie­dzieć. I bez­sprzecz­nie to ja musia­łam im to powie­dzieć, ponie­waż zanim otwo­rzył się podaj­nik żyw­no­ści, sły­sza­łam, jak jeden z nowo­jor­skich czwar­to­kla­si­stów zadał podobne pyta­nie Orio­nowi, a ten odpo­wie­dział:

- Chyba się udało? Ja nie­wiele widzia­łem. Po pro­stu zabi­ja­łem zło­wrogi, dopóki sztuk­mi­strze nie skoń­czyli napraw, a potem wycią­gnął nas szar­pak.

To nie była fał­szywa skrom­ność; on po pro­stu tak myślał o całym tym przed­się­wzię­ciu. Wyrżnię­cie tysiąca zło­wro­gów na środku auli - dzień jak co dzień. Nie­mal żal mi było Jer­ma­ine'a, który miał minę osoby pró­bu­ją­cej nawią­zać poważną roz­mowę z cegla­nym murem.

- Mnó­stwo zło­wro­gów - powie­dzia­łam sucho Corze. - Był ich tam cały tłum i wszyst­kie wygłod­niałe. - Prze­łknęła ślinę, przy­gry­za­jąc wargę, ale ski­nęła głową. Potem zwró­ci­łam się do Nkoyo: - Jed­nak sztuk­mi­strze uwa­żali, że się udało. I zajęło im to godzinę z okła­dem, więc mam nadzieję, że nie zbi­jali tam bąków.

Kiw­nęła głową, a z jej twa­rzy łatwo było wyczy­tać, co myśli. To nie były aka­de­mic­kie roz­wa­ża­nia. Jeśli rze­czy­wi­ście napra­wi­li­śmy maszy­ne­rię w auli, to te same urzą­dze­nia oczysz­czały dwa razy w roku całą szkołę i paliły zło­wrogi gra­su­jące w kory­ta­rzach i kla­sach, a ponadto zapewne zli­kwi­do­wały znaczną liczbę o wiele więk­szych i nie­bez­piecz­niej­szych stwo­rów cze­ka­ją­cych w auli na ucztę z absol­wen­tów. Co ozna­czało, że zapewne wielu koń­czą­cych szkołę uszło z życiem. A co waż­niej­sze, wielu uczniów z naszego rocz­nika też miało teraz na to więk­sze szanse.

- Myślisz, że naprawdę zdo­łali się wydo­stać? Cla­rita i pozo­stali? - zapy­tał Orion, marsz­cząc brwi nad stertą roz­mem­ła­nych ziem­nia­ków, groszku i woło­winy, którą robił z tego, co sto­łówka nazy­wała pasz­te­tem paste­rza, ale na szczę­ście było zwy­czajną zapie­kanką. W kiep­ski dzień mogłaby być zro­biona z paste­rza. Pomimo nazwy danie było na tyle cie­płe, że paro­wało, cho­ciaż Orion nie doce­niał tego cudu.

- Dowiemy się na koniec seme­stru, gdy to my przej­dziemy przez ten młyn - powie­dzia­łam.

Oczy­wi­ście, jeśli nie napra­wi­li­śmy maszy­ne­rii, to tego­roczni absol­wenci wpa­dli na wygło­dzoną i roz­ju­szoną hordę zawsze groź­nych zło­wro­gów i zapewne zostali roz­szar­pani na kawałki, zanim dotarli do drzwi. A nasza klasa będzie miała rów­nie dobrą zabawę dokład­nie za trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni. Co za krze­piąca myśl, powie­dzia­łam sobie w stylu Oriona i doda­łam:

- A ponie­waż nie dowiemy się tego wcze­śniej, abso­lut­nie nie ma sensu się tym zamar­twiać, więc może prze­stań masa­kro­wać to nie­winne danie? Ode­chciewa mi się jeść.

W odpo­wie­dzi prze­wró­cił oczami i teatral­nym gestem wepchnął sobie do ust wielką łychę zapie­kanki, lecz w ten spo­sób dał swo­jemu mózgowi szansę zare­je­stro­wa­nia faktu, że jest nie­do­ży­wio­nym nasto­lat­kiem, i zaraz zaczął ze szcze­rym zapa­łem zmia­tać wszystko z tale­rza.

- Jeśli udało się ją napra­wić, to jak długo twoim zda­niem będzie dzia­łać? - zapy­tała jedna z przy­ja­ció­łek Nkoyo, dziew­czyna z enklawy Lagos, która zajęła miej­sce na samym końcu stołu, żeby do nas dołą­czyć. Kolejne dobre pyta­nie, na które nie mia­łam odpo­wie­dzi, ponie­waż nie nale­ża­łam do sztuk­mi­strzów. Jedyne, co wie­dzia­łam o tym, co robili w auli za moimi ple­cami - a mówili po chiń­sku, któ­rego nie zna­łam - to że wyrzu­cali z sie­bie potok słów brzmią­cych jak prze­kleń­stwa. Orion nie wie­dział nawet tego: stał przed nami wszyst­kimi i zabi­jał całe tuziny zło­wro­gów.

Aadhya odpo­wie­działa za mnie:

- Kiedy enklawa Man­che­steru napra­wiała maszy­ne­rię auli, ta wytrzy­my­wała co naj­mniej dwa lata, cza­sem trzy. Założę się, że będzie dzia­łać co naj­mniej rok, a może i dwa.

- Jed­nak nie dłu­żej... - powie­działa cicho Liu, spo­glą­da­jąc na swo­ich kuzy­nów, któ­rzy sie­dzieli teraz przy swoim stole na dru­gim końcu sali razem z Aaro­nem i Pamylą, dziew­czyną, która przy­nio­sła list Aadhyi, oraz na zwarty tłum ota­cza­ją­cych ich dzie­cia­ków: taką grupę prze­waż­nie two­rzą tylko dzieci z enklaw. Zasko­czyło mnie to, ale zaraz uświa­do­mi­łam sobie, że stali się atrak­cyjni dzięki kon­tak­towi z Orio­nem, boha­te­rem dnia. A potem poję­łam, że część tego splen­doru mogli nawet zawdzię­czać mnie, ponie­waż dla wszyst­kich pierw­szo­kla­si­stów byłam teraz podziwu godną czwar­to­kla­sistką, jedną z uczest­ni­czek akcji w auli, a nie świ­ru­ską i out­si­derką jak dla uczniów z mojego rocz­nika.

Cho­ciaż... już dla nikogo nie byłam świ­ru­ską i out­si­derką. Łączyło mnie przy­mie­rze z Aadhyą i Liu, jedno z pierw­szych zawar­tych na naszym roku. Zosta­łam zapro­szona do jed­nego z naj­bez­piecz­niej­szych sto­łów w sto­łówce przez kogoś, kto miał w kim wybie­rać. Mia­łam przy­ja­ciółki. Co wyda­wało się jesz­cze bar­dziej nie­re­alne niż to, że dotrwa­łam do ostat­niej klasy, a prze­ży­łam wyłącz­nie dzięki Orio­nowi Lake'owi, i naprawdę nie przej­mo­wa­łam się tym, jaka będzie tego cena. Bo że jakaś będzie, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Mama nie ostrze­gała mnie bez powodu. Jed­nak nie dba­łam o to. Zapłacę tę cenę, jaka­kol­wiek będzie.

Gdy tylko poukła­da­łam to sobie w gło­wie, prze­sta­łam zamar­twiać się otrzy­maną wia­do­mo­ścią. Nawet już nie żało­wa­łam, że mama ją przy­słała. Musiała ją wysłać, ponie­waż mnie kochała i nie znała Oriona; musiała mnie ostrzec, jeśli wie­działa, że ze względu na niego zmie­rzam do zguby. Mogłam trzy­mać się jej miło­ści i poczuć ją, a mimo to zde­cy­do­wać, że jestem gotowa zapła­cić tę cenę. Wsu­nę­łam palce do kie­szeni i dotknę­łam ostat­niego kawałka wia­do­mo­ści, tego ze sło­wem "dzielna", a wie­czo­rem zja­dłam go, zanim zasnę­łam na mojej wąskiej pry­czy na naj­niż­szym pię­trze Scho­lo­mance. I śni­łam, że znów jestem mała i bie­gam po buj­nej tra­wie roz­le­głej łąki, wśród wyso­kich kwia­tów o pur­pu­ro­wych dzwo­necz­ko­wa­tych kie­li­chach, wie­dząc, że mama jest w pobliżu, pil­nuje mnie i cie­szy się, że jestem szczę­śliwa.

To miłe wra­że­nie trwało rano jesz­cze pięć sekund, dopóki zupeł­nie się nie prze­bu­dzi­łam. W więk­szo­ści szkół po zakoń­cze­niu seme­stru macie waka­cje. Tutaj rano jest zakoń­cze­nie, wie­czo­rem pobór nowych uczniów, ty i twoi przy­ja­ciele gra­tu­lu­je­cie sobie, że jesz­cze żyje­cie, a ran­kiem następ­nego dnia zaczyna się nowy semestr. Trzeba przy­znać, że Scho­lo­mance nie jest miej­scem sprzy­ja­ją­cym waka­cyj­nym nastro­jom.

Pierw­szego dnia nowego seme­stru musimy pójść do naszej nowej sali i przed śnia­da­niem uło­żyć plany zajęć. Wciąż czu­łam się jak prze­pusz­czona przez wyży­maczkę; skoki wymu­szone przez szar­pak i tym podobne eks­cesy nie naj­le­piej wpły­wają na nie­wy­go­jone rany brzu­cha. Roz­myśl­nie nasta­wi­łam budze­nie pięć minut przed pobudką, ponie­waż byłam naj­zu­peł­niej pewna, że przy­dzielą mi salę, do któ­rej dotar­cie zaj­mie mi wieki. I oczy­wi­ście, gdy o 5.59 przez szparę pod drzwiami wsu­nięto mi skra­wek papieru, był to przy­dział do sali 5013. Spoj­rza­łam nań gniew­nie. Naj­star­szym uczniom nie­mal ni­gdy nie przy­dzie­lano sal powy­żej trze­ciego pię­tra, więc można by sądzić, że powin­nam być zado­wo­lona, tylko że to jedy­nie sala orga­ni­za­cyjna i na pewno ni­gdy nie będę miała żad­nych zajęć na tak wyso­kim pię­trze. O ile wie­dzia­łam, nie było tam żad­nych sal lek­cyj­nych - piąte pię­tro zaj­muje biblio­teka. Zapewne wraz z garstką innych pechow­ców wysy­łano mnie do jakie­goś działu kata­lo­gów skry­tego w labi­ryn­cie rega­łów.

Nawet nie umy­łam zębów. Tylko prze­płu­ka­łam usta wodą z dzbanka i zaczę­łam żmudną wędrówkę w górę, gdy pierwsi czwar­to­kla­si­ści dopiero wle­kli się do ubi­ka­cji. Nie wypy­ty­wa­łam, czy ktoś jesz­cze idzie w tym kie­runku; byłam pewna, że nie będzie to nikt z tych, któ­rych zna­łam dosta­tecz­nie dobrze, by z nimi roz­ma­wiać. Tylko po dro­dze poma­cha­łam Aadhyi, która wycho­dziła ze swo­jego pokoju, nio­sąc przy­bory toa­le­towe, a ona natych­miast ze zro­zu­mie­niem kiw­nęła głową i poka­zała mi unie­siony kciuk, idąc po Liu. Nie­stety, wszyst­kie zna­ły­śmy ryzyko zwią­zane z długą wędrówką na zaję­cia, a nasz rocz­nik musiał teraz poko­ny­wać naj­dłuż­szą drogę.

Dla nas skoń­czyło się scho­dze­nie: wczo­raj, gdy kory­tarz naj­star­szych uczniów prze­su­nął się na poziom auli, nasz zajął jego miej­sce na pierw­szym pię­trze szkoły. Musia­łam potruch­tać do pod­nóża scho­dów, a potem nad­zwy­czaj ostroż­nie przejść przez poziom warsz­ta­tów - ow­szem, poprzed­niego dnia został oczysz­czony, ale zawsze nie­do­brze jest być pierw­szą osobą wcho­dzącą rano na poziom sal lek­cyj­nych - a potem poko­nać pięć kon­dy­gna­cji stro­mych scho­dów w górę.

Wyda­wało się, że trwa to dwu­krot­nie dłu­żej niż zwy­kle. W Scho­lo­mance odle­głość jest poję­ciem względ­nym. Może być duża, męcząco duża, a nawet bli­ska nie­skoń­czo­no­ści, w zależ­no­ści od tego, jak bar­dzo chcia­łoby się ją zmniej­szyć. Nie poma­gało rów­nież to, że szłam tak wcze­śnie. Nie napo­tka­łam nikogo, dopóki zdy­szana nie dotar­łam na poziom kory­ta­rza dru­go­kla­si­stów, gdzie na scho­dach zaczęły już grup­kami poja­wiać się ranne ptaszki, głów­nie alche­micy i sztuk­mi­strze, któ­rzy chcieli zająć lep­sze miej­sca w warsz­ta­cie i labo­ra­to­riach. Zanim dotar­łam na pię­tro pierw­szo­kla­si­stów, ci już zaczęli poranną wędrówkę ludów po scho­dach, lecz ponie­waż był to ich pierw­szy dzień i nie mieli poję­cia dokąd iść, wcale się nie spie­szyli.

Jedy­nym plu­sem całej tej męczą­cej wycieczki było to, że przez cały czas mocno ści­ska­łam w dłoni jeden z moich krysz­ta­łów, sku­pia­jąc się na maga­zy­no­wa­niu w nim mocy. Gdy poko­ny­wa­łam ostat­nią kon­dy­gna­cję, czu­jąc pul­su­jący ból brzu­cha i - jako kon­tra­punkt - drę­twie­nie ud, z każ­dym kolej­nym kro­kiem blask sączący się mię­dzy pal­cami mojej dłoni sta­wał się zauwa­żal­nie jaśniej­szy, a nim dotar­łam do zupeł­nie pustej czy­telni, napeł­ni­łam krysz­tał w jed­nej czwar­tej.

Bar­dzo potrze­bo­wa­łam chwili wytchnie­nia, lecz gdy tylko się zatrzy­ma­łam, na dole roz­legł się dzwo­nek zapo­wia­da­jący począ­tek zajęć za pięć minut. Błą­dze­nie mię­dzy rega­łami w poszu­ki­wa­niu sali lek­cyj­nej, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, nie było dobrym pomy­słem, tylko receptą na spóź­nie­nie, więc nie­chęt­nie zuży­łam odro­binę z tru­dem zdo­by­tej mocy na zaklę­cie wyszu­ku­jące. Rado­śnie wska­zało mi zupeł­nie ciemną część biblio­teki. Bez więk­szych nadziei spoj­rza­łam na schody, ale nikt się na nich nie poja­wił, żeby do mnie dołą­czyć.

Powód tego stał się jasny, gdy w końcu dotar­łam do klasy, która znaj­do­wała się za drzwiami z ciem­nego drewna, nie­mal nie­wi­docz­nymi pomię­dzy dwiema szaf­kami peł­nymi sta­rych, pożół­kłych map. Otwo­rzy­łam te drzwi, spo­dzie­wa­jąc się zna­leźć za nimi coś naprawdę okrop­nego, i tak też się stało: ujrza­łam ośmioro pierw­szo­kla­si­stów, któ­rzy odwró­cili się i spoj­rzeli na mnie jak stadko budzą­cych litość sare­nek sto­ją­cych na dro­dze roz­pę­dzo­nej cię­ża­rówki. Nie było wśród nich nawet jed­nego dru­go­kla­si­sty.

- To chyba żarty - powie­dzia­łam z nie­sma­kiem, a potem poma­sze­ro­wa­łam do pierw­szego rzędu i zaję­łam naj­lep­sze z moż­li­wych miejsc, czwarte od końca. Nawet nie musia­łam się roz­py­chać, ponie­waż pozo­sta­wili pierw­szy rząd nie­mal zupeł­nie pusty, jakby jesz­cze byli w pod­sta­wówce i oba­wiali się, że zostaną ulu­bień­cami nauczy­cieli. Jedy­nymi nauczy­cie­lami tu są zło­wrogi, a one nie mają ulu­bień­ców, tylko pokarm.

Biurka były uro­czymi edwar­diań­skimi ory­gi­na­łami; chcę przez to powie­dzieć, że były stare, o wiele dla mnie za małe i nie­wia­ry­god­nie nie­wy­godne. Były z kutego żelaza i trudno byłoby je prze­su­nąć w razie potrzeby; blat mojego, tro­chę za mały, by zmie­ścić kartkę papieru do pisa­nia, został bar­dzo ład­nie wygła­dzony i wypo­le­ro­wany jakieś 120 lat temu. Od tego czasu dzie­ciaki pozna­czyły go tyloma napi­sami, że już nie było na nim ani odro­biny wol­nego miej­sca na kolejne roz­pacz­liwe wia­do­mo­ści. Ktoś czer­wo­nym atra­men­tem wie­lo­krot­nie wyka­li­gra­fo­wał "WYPUŚĆ­CIE MNIE STĄD" na obrzeżu całego blatu, a ktoś inny powtó­rzył to, tylko jaśniej­szym inkau­stem i na krzyż.

W pierw­szym rzę­dzie sie­działa oprócz mnie tylko jedna osoba. Zaj­mo­wała miej­sce, które byłoby naj­lep­sze, szó­ste od końca - roz­sąd­nie odda­lone od drzwi - gdyby nie kratka wen­ty­la­cyjna w pod­ło­dze zale­d­wie dwa rzędy za nim. Teraz była zasło­nięta tor­ni­strem głup­szego dzie­ciaka, więc nie mogłeś wie­dzieć, że tam jest, dopóki nie zauwa­ży­łeś trzech innych kra­tek w pod­ło­dze, któ­rych regu­larne roz­miesz­cze­nie świad­czyło o ist­nie­niu czwar­tej. Dziew­czyna patrzyła, jak wcho­dzi­łam, jakby spo­dzie­wała się, że wyko­pię ją z zaję­tego miej­sca; wiek ma swoje przy­wi­leje, a naj­starsi ucznio­wie rzadko wzdra­gają się przed ich wyko­rzy­sty­wa­niem. Kiedy zaję­łam naprawdę naj­lep­sze miej­sce, spoj­rzała za sie­bie, zro­zu­miała swój błąd, pospiesz­nie zła­pała torbę i prze­szła wzdłuż rzędu biu­rek.

- Czy to miej­sce jest zajęte? - zapy­tała z lekką obawą, wska­zu­jąc na sąsied­nie biurko.

- Nie - odpar­łam z iry­ta­cją.

Byłam zła, bo cho­ciaż pozwa­la­jąc jej usiąść obok mnie, czy­ni­łam ją dru­gim celem i roz­sąd­nie zwięk­sza­łam moje szanse ujścia z życiem, nie mia­łam ochoty na towa­rzy­stwo. Nie­wąt­pli­wie była dzie­cia­kiem z enklawy. Na nad­garstku miała bran­so­letę jakie­goś rodzaju emi­tera osłony, zwod­ni­czo banalny pier­ścio­nek na jej palcu nie­mal na pewno był dziel­ni­kiem mocy, a ona przy­była do Scho­lo­mance dobrze wyuczona odpo­wied­nich zacho­wań, na przy­kład iden­ty­fi­ko­wa­nia naj­lep­szych miejsc w pomiesz­cze­niach, nawet pierw­szego dnia zajęć, gdy czło­wiek jest zbyt oszo­ło­miony, by pamię­tać wszyst­kie rady rodzi­ców, i tylko naśla­duje inne dzie­ciaki, jak zebra pró­bu­jąca ukryć się w sta­dzie. Ponadto pod­ręcz­nik mate­ma­tyki w jej tor­bie był po chiń­sku, ale miała także porządne stare angiel­skie wpro­wa­dze­nie do alche­mii i zeszyty pod­pi­sane taj­skimi zna­kami, co ozna­czało, że włada nie jed­nym, lecz dwoma obcymi języ­kami na tyle płyn­nie, żeby słu­chać w nich wykła­dów. Zwa­żyw­szy na kon­se­kwen­cje nawet drob­nych błę­dów, to praw­dziwe wyzwa­nie dla czter­na­sto­latki. Praw­do­po­dob­nie od kiedy ukoń­czyła dwa latka, uczęsz­czała do naj­droż­szej szkoły języ­ko­wej, na jaką było stać jej enklawę. Zapewne zamie­rzała zaraz odwró­cić się i powie­dzieć pozo­sta­łym dzie­cia­kom, że sie­dzą na nie­do­brych i nie­bez­piecz­nych miej­scach, żeby zro­zu­miały, jaka jest ich kolej­ność w porządku dzio­ba­nia: za nią. Dzi­wi­łam się tylko, że jesz­cze tego nie zro­biła.

Nagle jeden z sie­dzą­cych za nami uczniów ostroż­nie powie­dział: "Cześć, El" i uświa­do­mi­łam sobie, że to jeden z kuzy­nów Liu.

- Jestem Guo Yi Zheng - dodał, co było pomocne.

Ponie­waż pod­czas poboru poprzed­niego dnia byłam naj­zu­peł­niej pewna, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czę żad­nego z tych nowych uczniów, chyba że przy­pad­kiem, nie pró­bo­wa­łam zapa­mię­tać, jak się nazy­wają. Poszcze­gólne rocz­niki mają ze sobą nie­wielki kon­takt. Unie­moż­li­wiają to nasze plany zajęć. Naj­starsi ucznio­wie więk­szość czasu spę­dzają na dol­nych pozio­mach, a pierw­szacy dostają bez­piecz­niej­sze sale na wyż­szych pię­trach. Jeśli jesteś pierw­szo­kla­si­stą, który stale kręci się w pobliżu czwar­to­kla­si­stów, to sam się pro­sisz, żeby zostać zje­dzony, i wkrótce jakiś zło­wróg spełni twoje życze­nie.

Z dru­giej strony jeśli już jesteś gdzieś, gdzie znaj­duje się czwar­to­kla­si­sta, to lepiej trzy­maj się bli­sko niego. Zheng już zła­pał swój ple­cak i pospiesz­nie pod­szedł; to dobrze, ponie­waż wcze­śniej sie­dział naj­bli­żej drzwi.

- Mogę się przy­siąść?

- Tak, jasne - powie­dzia­łam. Nie mia­łam nic prze­ciwko niemu. To, że Liu była moją sojusz­niczką, nie dawało żad­nych praw jej kuzy­nowi pierw­szo­kla­si­ście, ale nie musiało. Liu była moją przy­ja­ciółką. - Uwa­żaj na otwory wen­ty­la­cyjne, nawet na pię­trze biblio­tecz­nym - doda­łam. - I sie­dzia­łeś za bli­sko drzwi.

- Och. No tak, oczy­wi­ście, jak tylko... - zaczął, oglą­da­jąc się na pozo­stałe dzie­ciaki, ale prze­rwa­łam mu w pół zda­nia.

- Nie jestem twoją mamą - powie­dzia­łam roz­myśl­nie szorstko: nie wyświad­czasz pierw­sza­kom przy­sługi, pozwa­la­jąc im sądzić, że są tu jacyś boha­te­ro­wie, z wyjąt­kiem Oriona Lake'a. - Nie musisz mi się uspra­wie­dli­wiać. Powie­dzia­łam ci. Usłu­chasz albo nie.

Zamknął się i usiadł lekko stro­piony.

Oczy­wi­ście miał rację, trzy­ma­jąc się bli­sko innych dzie­cia­ków; zebry nie bez powodu zbie­rają się w stada. Jed­nak nie należy pozwa­lać, by inne zebry posta­wiły cię w naprawdę złej sytu­acji. Jeśli mia­łeś pecha, dowie­dzia­łeś się tego, gdy lew pożarł cie­bie, a nie któ­rąś z nich. Jeśli byłeś mną, dowie­dzia­łeś się tego, widząc, jak lew pożera kogoś innego, jakąś ofiarę losu, która nie była aż taką ofiarą losu jak ty i dla­tego pozwo­lono jej sie­dzieć na końcu rzędu, mię­dzy drzwiami a tymi, któ­rzy się liczyli.

A ten chło­pak nie powi­nien był dopusz­czać do tego, by pozwa­lano mu sie­dzieć na końcu rzędu, ponie­waż nale­żał do dzie­cia­ków, które się liczą, a przy­naj­mniej był tego bliż­szy niż kto­kol­wiek z tu obec­nych poza tą dziew­czyną z enklawy. Powszech­nie wia­domo, że rodzina Liu jest naprawdę bli­ska utwo­rze­nia wła­snej enklawy. Już są na tyle dużą grupą, że Liu po przy­by­ciu tutaj otrzy­mała od członka rodziny skrzynkę róż­nych rze­czy, a Zheng i jego brat bliź­niak Min dostali od niej po tor­bie tego dobytku, resztę zaś mieli odzie­dzi­czyć na zakoń­cze­nie roku. Nie byli enkla­wow­cami, ale i nie ofia­rami losu. Jed­nak w tym momen­cie na­dal zacho­wy­wał się jak zwy­kły czło­wiek, a nie uczeń Scho­lo­mance.

Wśród pozo­sta­łych dzieci wybu­chło lek­kie zamie­sza­nie. Gdy roz­ma­wia­łam z Zhen­giem, na naszych biur­kach poja­wiły się plany zajęć, tak jak zwy­kle: na sekundę odwró­cisz wzrok, a ten już jest, jakby był tu zawsze. Jeśli spró­bu­jesz być sprytny i upar­cie wpa­tru­jesz się w blat biurka, żeby szkoła nie mogła ci go pod­rzu­cić, może zda­rzyć się coś złego, co stwo­rzy po temu oka­zję - na przy­kład zga­sną świa­tła - tak więc inne dzieci szturchną cię lub zakryją ci oczy, jeśli cię na tym przy­ła­pią. Zużywa się o wiele wię­cej mocy, jeśli ludzie widzą dzia­ła­nie magii, w którą instynk­tow­nie nie wie­rzą, ponie­waż trzeba narzu­cić ją zarówno im, jak wszech­świa­towi. To jeden z powo­dów, dla któ­rego rzadko używa się magii w obec­no­ści zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Trud­niej rzu­cać zaklę­cia, chyba że pod osłoną jakie­goś spek­ta­klu lub wśród ludzi, któ­rzy żar­li­wie wie­rzą w magię wszyst­kiego, co robisz - tak jak w komu­nie wąt­pliwi przy­ja­ciele mamy w jej natu­ralny dar uzdra­wia­nia.

I cho­ciaż jeste­śmy cza­ro­dzie­jami, naprawdę nie ocze­ku­jemy, że coś zma­te­ria­li­zuje się z niczego. Wiemy, że można to zro­bić, więc nie jest trudno nas do tego nakło­nić, ale jed­no­cze­śnie otrzy­mu­jemy wię­cej mocy, żeby opie­rać się takim namo­wom. Szkole łatwiej jest umie­ścić coś na biurku, kiedy nie patrzysz, jakby ktoś ci to ukrad­kiem pod­rzu­cił, niż pozwo­lić, żebyś zoba­czył, jak się to mate­ria­li­zuje.

Zheng już wycią­gał szyję, usi­łu­jąc zer­k­nąć na kartkę dziew­czyny z enklawy. Wes­tchnę­łam i nie­chęt­nie powie­dzia­łam do niego:

- No już, usiądź obok niej.

Nie podo­bało mi się to, ale moja nie­chęć nie zmie­niała faktu, że jego próba zbli­że­nia się do niej była dobrym pomy­słem. Zawa­hał się, zapewne z poczu­ciem winy: przy­pusz­czam, że jego mama też wygło­siła mu takie kaza­nie. Potem wstał, pod­szedł do Tajki i przed­sta­wił jej się.

Trzeba przy­znać, że odpo­wie­działa mu uprzej­mym ukło­nem i gestem zapro­siła, żeby usiadł obok niej: zwy­kle trzeba się bar­dziej napra­co­wać, żeby przy­siąść się do dzie­ciaka z enklawy. Może udało mu się, bo jesz­cze nie miał kon­ku­ren­cji. Kiedy usiadł, kil­koro innych dzie­cia­ków wstało i zajęło miej­sca za nimi, po czym wszy­scy zaczęli porów­ny­wać swoje plany zajęć. Dziew­czyna z enklawy już pra­co­wała nad swoim z szyb­ko­ścią świad­czącą, że dobrze wie, czego chce, a po chwili zaczęła poka­zy­wać go innym i wska­zy­wać wady ich pla­nów. Posta­no­wi­łam spoj­rzeć póź­niej na plan zajęć Zhenga, na wypa­dek gdyby zbyt pil­no­wała przy tym wła­snego inte­resu.

Naj­pierw jed­nak musia­łam się zająć moim pla­nem i wystar­czył mi jeden rzut oka, by stwier­dzić, że jestem zała­twiona. Przy­cho­dząc tu, wie­dzia­łam, że w ostat­niej kla­sie będę musiała uczęsz­czać na dwa semi­na­ria: taką cenę pła­cisz za wybór kie­runku lin­gwi­stycz­nego i skró­ce­nie czasu spę­dza­nego na niż­szych pię­trach przez pierw­sze trzy lata. Tym­cza­sem wpi­sano mnie na cztery semi­na­ria - a nawet pięć, jeśli poli­czyć za dwa potwor­nie inten­sywny kurs z pierw­szymi zaję­ciami odby­wa­ją­cymi się każ­dego ranka, nazwa­nymi po pro­stu lek­tu­rami dla zaawan­so­wa­nych w san­skry­cie z instruk­cjami po angiel­sku. Notatka wska­zy­wała, że ma to być zali­czone jako kurs san­skrytu i arab­skiego, co miało podej­rza­nie nie­wiele sensu, chyba że mie­li­śmy stu­dio­wać na przy­kład islam­skie repro­duk­cje ręko­pi­sów napi­sa­nych w san­skry­cie - takich jak ten, który zdo­by­łam dwa tygo­dnie temu w biblio­tece. To naprawdę mocno zawę­żało pole wyboru. Mia­ła­bym szczę­ście, gdyby poza mną w cho­ler­nej kla­sie było choć troje innych uczniów. Gniew­nie spoj­rza­łam na tę pozy­cję kłu­jącą w oczy na samej górze listy. Liczy­łam, że wpi­szą mnie na stan­dar­dowy kurs san­skrytu pro­wa­dzony po angiel­sku, co ozna­cza­łoby prze­sia­dy­wa­nie w jed­nej z więk­szych sal semi­na­ryj­nych na pię­trze z labo­ra­to­riami alche­micz­nymi razem z kil­ku­na­stoma dzie­cia­kami z Indii z kie­runku sztuk­mi­strzow­skiego i alche­micz­nego, dla któ­rych był to język ojczy­sty.

I nie­ła­two byłoby mi zna­leźć jakieś koli­du­jące z tymi zaję­cia, ponie­waż nie było tu ani jed­nego czwar­to­kla­si­sty, z któ­rym mogła­bym je porów­nać. Zazwy­czaj co naj­mniej paru innych out­si­de­rów nie­chęt­nie pozwo­li­łoby mi zer­k­nąć na swoje plany zajęć w zamian za zoba­cze­nie mojego, co pozwo­li­łoby mi wybrać co naj­mniej dwa przed­mioty, żeby zmu­sić szkołę do zmiany planu i usu­nię­cia bar­dziej uciąż­li­wych. Możesz wybrać sobie nawet trzy przed­mioty i o ile speł­nisz wszyst­kie wyma­ga­nia, Scho­lo­mance musi dosto­so­wać do tego plan zajęć, lecz jeśli nie wiesz, jakie są te inne przed­mioty i kiedy odby­wają się zaję­cia, podej­mu­jesz ryzy­kowną i z góry prze­graną grę.

Same lek­tury dla zaawan­so­wa­nych zupeł­nie wystar­czy­łyby, żeby doszczęt­nie zepsuć mój plan zajęć, ale na doda­tek mia­łam także naprawdę wspa­niały kurs sto­so­wa­nia alge­bry i apli­ka­cji w zaklę­ciach, który miał być zali­czony jako zaję­cia z języ­ków - nie podano jakich, co było złym zna­kiem, suge­ru­ją­cym, że będę miała mnó­stwo tek­stów do prze­tłu­ma­cze­nia - a jed­no­cze­śnie z histo­rii i mate­ma­tyki. Nie zapla­no­wano dla mnie żad­nych innych zajęć z mate­ma­tyki, więc moje szanse na zali­cze­nie tego były bar­dzo nikłe. Było także porą­bane semi­na­rium, któ­rego się spo­dzie­wa­łam, o wspól­nych pro­to­in­do­eu­ro­pej­skich korze­niach współ­cze­snego rzu­ca­nia zaklęć, które nie powinno być naj­ła­twiej­szym z wybra­nych mi przed­mio­tów, a na końcu zupeł­nie dołu­jące zaję­cia ze spu­ści­zny Myrd­dina, kurs lite­ra­tury, łaciny, języka fran­cu­skiego i współ­cze­snego walij­skiego oraz staro- i śred­nio­an­giel­skiego. Natych­miast zrozumia­łam, że przez jedną trze­cią tych zajęć nie będę się uczyć niczego innego prócz zaklęć sta­ro­fran­cu­skich i śre­dnio­wa­lij­skich.

Pozo­sta­łymi pozy­cjami były zaję­cia warsz­ta­towe - powin­nam z nich być cał­ko­wi­cie zwol­niona, gdyż na zakoń­cze­nie poprzed­niego seme­stru zro­bi­łam magiczne zwier­cia­dło, które wciąż tak czę­sto mam­ro­tało do mnie ponuro, że powie­si­łam je twa­rzą do ściany - a ponadto z alche­mii, odby­wa­jące się na prze­mian: pierw­sze w ponie­działki i czwartki, dru­gie we wtorki i piątki. Każ­dego dnia tygo­dnia będę z innymi gru­pami uczniów, tak więc będzie mi jesz­cze trud­niej niż dotych­czas zna­leźć kogoś, kto na przy­kład przy­trzy­małby mi coś, co muszę zespa­wać lub pil­no­wał mojego ple­caka, kiedy idę po potrzebne skład­niki.

W tym momen­cie był to naj­gor­szy plan zajęć w ostat­niej kla­sie, o jakim sły­sza­łam. Nawet ucznio­wie usi­łu­jący zostać pry­mu­sami nie mieli czte­rech kur­sów semi­na­ryj­nych. Tyle że całe śro­dowe popo­łu­dnie mia­łam zupeł­nie wolne, jakby szkoła uda­wała, że chce mi to wyna­gro­dzić. W tej rubryce wid­niało tylko słowo "praca", jak ta, którą wszy­scy wyko­nu­jemy zaraz po lun­chu, tylko że podano kon­kretne pomiesz­cze­nie. Wła­śnie to.

Podejrz­li­wie spo­glą­da­łam na tę pozy­cję mojego planu zajęć, usi­łu­jąc zna­leźć w tym jakiś sens. Ofi­cjal­nie zatwier­dzone całe wolne popo­łu­dnie w biblio­tece na naj­wyż­szym pię­trze, tak że nie będę nawet musiała bro­nić mojego miej­sca, bez wykła­dów, testów ani zadań. Samo to czy­niło ten roz­kład zajęć naj­lep­szym, o jakim sły­sza­łam. Wyna­gra­dzało wszystko. Mar­twi­łam się, jak zdo­łam uzu­peł­nić zapas mocy, którą zuży­łam w minio­nym seme­strze; skoro mam raz w tygo­dniu trzy­krot­nie wię­cej czasu, może zdo­łam tego doko­nać przed koń­cem szkoły.

Tak więc gdzieś musiał w tym tkwić ostry haczyk, tylko nie mia­łam poję­cia gdzie. Wsta­łam i szturch­nę­łam Zhenga.

- Pil­nuj moich rze­czy - powie­dzia­łam. - Ja dokład­nie spraw­dzę ten pokój. Jeśli chce­cie wie­dzieć, jak się to robi, to patrz­cie - doda­łam.

Wszyst­kie głowy obró­ciły się, żeby obser­wo­wać, jak spraw­dzam pomiesz­cze­nie. Zaczę­łam od otwo­rów wen­ty­la­cyj­nych i upew­ni­łam się, że ich kratki są mocno przy­śru­bo­wane, a potem na kawałku papieru nary­so­wa­łam ich poło­że­nie na wypa­dek, gdyby jakiś nad­zwy­czaj sprytny stwór posta­no­wił w któ­rymś momen­cie zakraść się i prze­su­nąć jeden z nich. Poli­czy­łam krze­sła oraz biurka i zaj­rza­łam pod każde z nich; wysu­nę­łam wszyst­kie szu­flady w komo­dzie pod tylną ścianą, otwo­rzy­łam drzwiczki wszyst­kich sza­fek i zapa­li­łam w nich świa­tło, a potem odsu­nę­łam je od ściany, by spraw­dzić, czy one i ściana są w porządku. Oświe­tli­łam całą powierzch­nię pod­łogi, wypa­tru­jąc dziur, obstu­ka­łam każdą ścianę tak wysoko, jak mogłam się­gnąć, spraw­dzi­łam futrynę drzwi, upew­nia­jąc się, że jej góra i dół są szczelne i kiedy skoń­czy­łam, byłam pra­wie pewna, że jest to naj­zwy­klej­sza sala zajęć.

Chcę przez to powie­dzieć, że zło­wrogi mogły się tu dostać róż­nymi dro­gami: przez szyby wen­ty­la­cyjne, przez szparę pod drzwiami lub prze­gry­za­jąc ściany. Jed­nak przy­naj­mniej tutaj nie mogły spaść z sufitu, ponie­waż go nie było. Scho­lo­mance nie ma dachu; nie jest potrzebny, gdy budu­jesz magiczną szkołę na pogra­ni­czu tego świata z mistyczną otchła­nią nie­rze­czy­wi­stej prze­strzeni. Ściany biblio­teki po pro­stu wzno­siły się w górę i zni­kały w mroku. Teo­re­tycz­nie gdzieś tam się koń­czyły. Nie zamie­rzam się na nie wspi­nać, żeby to spraw­dzić. W każ­dym razie ten pokój nie był na razie zain­fe­ko­wany i nie miał ewi­dent­nych sła­bych punk­tów. Cóż więc knuła szkoła, dając mi ten pre­zent, jakim było całe spę­dzane tu popo­łu­dnie?

Wró­ci­łam na miej­sce i spoj­rza­łam na plan zajęć. Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że to popo­łu­dnie jest przy­nętą w pułapce, ale to była naprawdę dobra przy­nęta i rów­nie dobra pułapka. Nie mogłam wpro­wa­dzić żad­nej zmiany do mojego planu zajęć, ponie­waż nie wie­dzia­łam, jakie inne przed­mioty są wykła­dane na ostat­nim roku. Gdy­bym na przy­kład spró­bo­wała zastą­pić te okropne semi­na­ria z lek­tur dla zaawan­so­wa­nych kur­sem san­skrytu, który spo­dzie­wa­łam się zna­leźć w moim roz­kła­dzie zajęć, to nawet gdyby Scho­lo­mance usu­nęła te semi­na­ria, mia­łaby pre­tekst, żeby wci­snąć mi kurs arab­skiego w śro­dowe popo­łu­dnia. Gdy­bym spró­bo­wała wpro­wa­dzić choćby nie­wiel­kie zmiany, na przy­kład zapi­sać się na czwart­kowe warsz­taty, nie­wąt­pli­wie dosta­ła­bym zaję­cia labo­ra­to­ryjne z alche­mii w środy i jesz­cze coś w piątki. Cokol­wiek bym zro­biła, kosz­to­wa­łoby mnie to utratę jedy­nej zalety tego roz­kładu zajęć i nie gwa­ran­to­wa­łoby żad­nej zmiany na lep­sze.

- Pokaż­cie mi wasze plany zajęć - powie­dzia­łam do Zhenga, na nic nie licząc.

Jedyna zaleta prze­sta­wa­nia z pierw­sza­kami to to, że wszy­scy posłusz­nie wrę­czyli mi swoje plany, nawet nie pro­sząc o żadne przy­sługi w zamian. Przej­rza­łam cały plik, szu­ka­jąc jakichś kur­sów, które mogła­bym wybrać. Bez powo­dze­nia. Ni­gdy nie sły­sza­łam, by jakie­muś pierw­sza­kowi przy­dzie­lono zaję­cia, na które mógłby cho­dzić czwar­to­kla­si­sta, i teraz rów­nież żad­nych takich nie zna­la­złam. Wszy­scy oni mieli cho­dzić na stan­dar­dowe wpro­wa­dze­nie do zajęć warsz­ta­to­wych i alche­micz­nych - dziew­czyna z enklawy roz­sąd­nie zachę­ciła ich, by wszy­scy prze­su­nęli ich ter­min na wtor­kowe i śro­dowe przed­po­łu­dnia, naj­lep­szą porę dla pierw­sza­ków, gdyż popo­łu­dniowe są zare­zer­wo­wane przez uczniów star­szych klas. Do tego nie­zbędne dla pierw­szo­kla­si­stów nauki o zło­wro­gach, które nie­wąt­pli­wie będą dla nich świetną zabawą, a reszta to kursy z lite­ra­tury, mate­ma­tyki oraz histo­rii na trze­cim i czwar­tym pię­trze. Z jed­nym roz­wście­cza­ją­cym wyjąt­kiem: wszy­scy mieli także pra­co­wać tu ze mną w środy, smar­kaci szczę­ścia­rze. Nikt z nich jesz­cze nie poj­mo­wał, jakie to zdu­mie­wa­jące.

Pod­da­łam się i z rezy­gna­cją zło­ży­łam pod­pis na dole kartki, nawet nie spró­bo­waw­szy wpro­wa­dzić żad­nych zmian, a potem pode­szłam do wiel­kiego zabyt­ko­wego sekre­ta­rzyka sto­ją­cego pod ścianą, ostroż­nie pod­nio­słam żalu­zjowe zamknię­cie - dziś nic się pod nim nie kryło, ale tylko pocze­kaj­cie - i wło­ży­łam do środka mój plan zajęć. Więk­szość sal lek­cyj­nych ma bar­dziej ofi­cjalne miej­sca skła­da­nia papie­rów, na przy­kład wnęki uda­jące zasob­niki prze­miesz­cza­jące nasze prace pocztą pneu­ma­tyczną do jakie­goś cen­tral­nego sekre­ta­riatu, lecz te zepsuły się na początku ubie­głego wieku i zostały pro­wi­zo­rycz­nie poła­tane zaklę­ciami prze­miesz­cza­ją­cymi, tak więc wystar­czy poło­żyć pracę w miej­scu, w któ­rym nikt nie będzie jej widział, a natych­miast zosta­nie zabrana. Jesz­cze raz rzu­ci­łam okiem na mój plan zajęć, a potem zro­bi­łam głę­boki wdech i zasu­nę­łam żalu­zję sekre­ta­rzyka.

Kiedy szłam na pierw­sze semi­na­rium, byłam pewna, że zaraz po śnia­da­niu dowiem się, jak wielki popeł­ni­łam błąd, ale się myli­łam. Odkry­łam to po nie­ca­łym kwa­dran­sie, nawet nie opusz­cza­jąc tego pokoju. Zaci­ska­jąc zęby, pochy­la­łam się nad splą­ta­nym kłę­bo­wi­skiem robótki, szy­deł­ko­wa­niem gro­ma­dząc w krysz­tale jak naj­wię­cej mocy przed śnia­da­niem, a w myślach wybie­ra­jąc potwor­nie nudne ćwi­cze­nia z kali­ste­niki, które będę wyko­ny­wała w tym pokoju, kiedy rana brzu­cha zupeł­nie się zagoi. Nie­na­wi­dzę tych ćwi­czeń, więc zmu­sza­nie się do nich cudow­nie wpływa na zwięk­sza­nie mocy. Nie było tu dużo miej­sca, a nie zamie­rza­łam prze­su­wać mebli. Zapewne będę musiała wyko­ny­wać brzuszki na dwóch biur­kach. Nie­ważne, pomy­śla­łam: w ten spo­sób co dwa tygo­dnie będę miała napeł­niony jeden krysz­tał.

Tym­cza­sem wszy­scy pierw­szo­kla­si­ści sie­dzieli w pierw­szych rzę­dach, niczym się nie przej­mu­jąc i roz­ma­wia­jąc ze sobą. Na doda­tek wszy­scy mówili po chiń­sku, włącz­nie z tym Hin­du­sem oraz parą Rosjan. Byłam pra­wie pewna, że tych dwoje roz­ma­wia ze sobą po rosyj­sku, ale tu bez waha­nia włą­czyli się do roz­mowy. Nie­wąt­pli­wie wszy­scy mieli uczęsz­czać na zaję­cia w języku chiń­skim - tutaj takie przed­mioty jak mate­ma­tyka czy histo­ria są wykła­dane w nim lub po angiel­sku.

Robi­łam, co mogłam, żeby trak­to­wać te roz­mowy jako szum w tle, ale nie­zbyt mi się to uda­wało. Jedną z wad ucze­nia się zbyt wielu obcych języ­ków jest to, że jeśli nie rozu­miem jakiejś wypo­wie­dzi, mój mózg jest skłonny uznać, że powo­dem jest moja nie­uwaga i że jeśli tylko się sku­pię, zła­pię sens. Powin­nam przez jakiś czas mieć spo­kój z nowymi języ­kami, ponie­waż Scho­lo­mance zaczęła mnie uczyć arab­skiego nie­całe trzy tygo­dnie wcze­śniej, lecz dwu­go­dzinne prze­sia­dy­wa­nie w każdą środę z bandą pierw­sza­ków roz­ma­wia­ją­cych po chiń­sku nie­wąt­pli­wie ozna­czało, że zacznę dosta­wać zaklę­cia także w tym języku.

Chyba że oni wszy­scy uprzej­mie dadzą się poza­bi­jać przed upły­wem mie­siąca, co było cał­kiem moż­liwe. Zwy­kle pierw­szy tydzień seme­stru jest w porządku, a potem, gdy pierw­szo­kla­si­ści dadzą się zwieść pozor­nemu spo­ko­jowi i poczują się bez­pieczni, pierw­sze zło­wrogi wypeł­zają z kry­jó­wek, a pierw­sza fala nowo wyklu­tych na par­te­rze zaczyna prze­do­sta­wać się na górę.

Oczy­wi­ście zawsze tra­fia się jakiś nad­gor­li­wiec. Jak ten mały żmi­jo­wór, który wła­śnie po cichu prze­ci­snął się przez otwór wen­ty­la­cyjny. Zapewne roz­cią­gnął się jak struna i przy­brał wygląd nie­szko­dli­wej strużki śluzu, żeby przejść przez zaklę­cia zabez­pie­cza­jące wen­ty­la­cję, po czym prze­śli­znął się przez kratkę i zwi­nął na pod­ło­dze za jed­nym z tor­ni­strów, żeby wró­cić do pier­wot­nej postaci. W trak­cie tego zapewne wyda­wał chlu­po­czące dźwięki, ale pierw­szacy roz­ma­wiali tak gło­śno, że je zagłu­szyli, a ja nie­zbyt uwa­ża­łam, ponie­waż po raz pierw­szy w życiu byłam naj­gor­szym moż­li­wym celem ataku; żaden zło­wróg nie wybrałby mnie z tej grupki. Już zaczę­łam uwa­żać to miej­sce za rodzaj cichej przy­stani.

Nagle jeden z pierw­szo­kla­si­stów zauwa­żył stwora i wrza­snął prze­ra­żony. Nawet nie spraw­dza­łam, dla­czego ktoś wrzesz­czy. Wsta­łam z krze­sła, zarzu­ci­łam na ramię ple­cak z książ­kami i byłam w poło­wie drogi do drzwi - gdy chło­pak spo­glą­dał na koniec sali - zanim zauwa­żyłam żmi­jo­wora, już cał­kiem roz­dę­tego i uno­szą­cego się nad czwar­tym rzę­dem biu­rek niczym czer­wony balon poma­lo­wany przez kogoś w nie­bie­skie plamy w stylu Jack­sona Pol­locka. Stwór zaczy­nał wysu­wać rurki dmu­cha­wek. Wszyst­kie dzie­ciaki krzy­czały i tuliły się do sie­bie lub cho­wały się za dużym biur­kiem, co było typo­wym błę­dem: bo jak długo zamie­rzały się tam kryć? Tak roz­dęty żmi­jo­wór ni­gdzie się stąd nie ruszy i zała­twi każ­dego, kto wystawi głowę, żeby spoj­rzeć.

Oczy­wi­ście to był ich pro­blem i jeśli sami nie potra­fią go roz­wią­zać, to zginą w tej sali już pierw­szego dnia zajęć, co by ozna­czało, że i tak nie prze­trwa­liby długo. To abso­lut­nie nie był mój pro­blem. Moim pro­blemem było to, że przy­dzie­lono mi cztery bar­dzo nie­bez­pieczne zaję­cia semi­na­ryjne i już mia­łam głę­bo­kie tyły w gro­ma­dze­niu mocy na koniec szkoły. Będę potrze­bo­wała każ­dej minuty spę­dza­nej w tym pomiesz­cze­niu, żeby zgro­ma­dzić moc i to nad­ro­bić. Nie mia­łam w nad­mia­rze nawet tyle tej ener­gii, ile zyski­wa­łam, robiąc jeden rzą­dek szy­deł­kiem, żeby mar­no­wać ją dla stadka pierw­sza­ków, któ­rzy nic mnie nie obcho­dzili.

Z wyjąt­kiem jed­nego. Kop­nia­kiem otwo­rzy­łam drzwi, odwró­ci­łam się i krzyk­nę­łam:

- Zheng! Wychodź, ale już!

Wypadł zza biurka i pobiegł do mnie. Może inne dzie­ciaki mnie nie zro­zu­miały, ale były dosta­tecz­nie sprytne, by pójść w jego ślady, a więk­szość z nich na tyle mądra, żeby zosta­wić swoje tor­ni­stry. Oprócz dziew­czyny z enklawy. Ona nie­wąt­pli­wie mogłaby dostać nowe rze­czy od star­szych uczniów ze swo­jej enklawy, gdyby popro­siła, ale zanim rzu­ciła się do ucieczki, zła­pała swój tor­ni­ster i zarzu­cała go sobie na plecy, gdy żmi­jo­wór wystar­cza­jąco się nadął, by wysta­wić troje oczu na rucho­mych słup­kach, i zaczął się obra­cać, żeby namie­rzyć cele. Zaraz ją zała­twi, ale pozo­stali zdo­łają uciec. Stwór był nie­wiele więk­szy od piłki; świeżo się wylągł, więc zapewne od razu zacznie się poży­wiać.

Sta­łam przy drzwiach, zamie­rza­jąc przez nie przejść i ujść z życiem, bo wła­śnie to powin­nam zro­bić, i tak też robi­łam wie­lo­krot­nie przed­tem. To zasada numer jeden: kiedy coś tutaj zaczyna się nady­mać, masz myśleć tylko o tym, jak bez szwanku zejść temu cze­muś z drogi. To nawet nie jest ego­izm. Jeśli zaczniesz poma­gać innym, to zgi­niesz i praw­do­po­dob­nie na doda­tek zni­we­czysz ich próby rato­wa­nia się. Jeśli masz sojusz­ni­ków lub przy­ja­ciół, możesz pomóc im wcze­śniej. Dzie­ląc się mocą, uży­cza­jąc zaklę­cia, robiąc im jakiś amu­let lub magiczny napój, któ­rego mogą użyć w potrze­bie. Jed­nak ten, kto nie potrafi samo­dziel­nie wyjść z opre­sji, nie prze­żyje. Każdy to wie i jedy­nym zna­nym mi wyjąt­kiem od tej reguły jest Orion, który jest kom­plet­nym czub­kiem, a ja nie.

Tyle że nie wybie­głam przez te drzwi. Zamiast tego zatrzy­ma­łam się przy nich i pozwo­li­łam, by całe stado pierw­sza­ków prze­bie­gło przez nie galo­pem. Żmi­jo­wór przy­brał bla­do­ró­żową barwę, szy­ku­jąc się do ustrze­le­nia Panny Enkla­wianki, a potem gwał­tow­nie obró­cił się do drzwi, gdy wła­śnie wspo­mniany czu­bek prze­mknął przez nie, zmie­rza­jąc w nie­wła­ści­wym kie­runku. Dwie sekundy póź­niej zostałby tra­fiony i praw­do­po­dob­nie zabity przez jad zło­wroga.

Gdy­bym już nie rzu­cała zaklę­cia.

Uży­łam dość rzad­kiej sta­ro­an­giel­skiej klą­twy. Zapewne jestem jedyną osobą na świe­cie, która ją ma. Na początku dru­giego roku, gdy tylko zaczę­łam uczyć się sta­ro­an­giel­skiego, natknę­łam się na trzech uczniów naj­star­szych klas, któ­rzy osa­czyli mię­dzy biblio­tecz­nymi rega­łami młod­szą od nich dziew­czynę. Taką samą out­si­derkę jak ja, tyle że ze mną chłopcy ni­gdy nie pró­bo­wali takich rze­czy. Widocz­nie znie­chę­cała ich mroczna aura przy­szłej cza­row­nicy. Nawet jako chu­der­lawa uczen­nica dru­giej klasy znie­chę­ci­łam tych trzech samym swoim przy­by­ciem. Czmych­nęli, dziew­czyna ucie­kła w prze­ciwną stronę, a ja, wciąż pie­niąc się ze zło­ści, zdję­łam z półki pierw­szą lep­szą książkę. I nie dosta­łam tej, po którą się­gnę­łam; zamiast tego otrzy­ma­łam plik zetla­łych kar­tek ręcz­nie robio­nego papieru zapi­sa­nych klą­twami, które jakaś babu­nia wiedźma wymy­śliła z tysiąc lat temu. Otwo­rzył się w moich rękach aku­rat na tej klą­twie, a ja spoj­rza­łam i zoba­czy­łam ją, zanim pospiesz­nie zamknę­łam ksią­żeczkę i odło­ży­łam z powro­tem na półkę.

Więk­szość ludzi musi długo stu­dio­wać zaklę­cie, żeby je zapa­mię­tać. Ja także - jeśli jest to uży­teczny czar. Lecz jeśli jest to zaklę­cie obra­ca­jące w perzynę mia­sta, wybi­ja­jące całe armie lub powo­du­jące potworne męki - lub na przy­kład zmniej­sza­jące pewne istotne czę­ści męskiego ciała do roz­mia­rów bole­snego czy­raka - wystar­czy mi jeden rzut oka, by zostało mi w pamięci na dobre.

Tego ni­gdy przed­tem nie uży­wa­łam, ale w tej sytu­acji oka­zało się naprawdę sku­teczne. Żmi­jo­wór natych­miast skur­czył się do roz­mia­rów porząd­nego zdro­wego żołę­dzia. Spadł na pod­łogę, zagrze­cho­tał na kratce otworu wen­ty­la­cyj­nego, a potem prze­le­ciał przez nią jak mar­mu­rowa kulka zni­ka­jąca w stu­dzience ście­ko­wej. A z nim cała moja zebrana tego ranka moc.

Orion przy­sta­nął w drzwiach i patrzył, jak stwór znika. Z niego też ucho­dziła para. Szy­ko­wał się do wypusz­cze­nia jakie­goś ogni­stego podmu­chu, który zała­twiłby żmi­jo­wora - a także nas troje wraz z całą zawar­to­ścią sali, ponie­waż gazy ustro­jowe tego stwora są bar­dzo łatwo­palne. Dziew­czyna z enklawy obrzu­ciła jego i mnie spoj­rze­niem wystra­szo­nego kró­lika i wybie­gła obok niego na zewnątrz, cho­ciaż nie było już żad­nego powodu, by ucie­kać. Przez moment odpro­wa­dzał ją wzro­kiem, a potem znów spoj­rzał na mnie. Zer­k­nę­łam z przy­gnę­bie­niem na mój pociem­niały krysz­tał mocy - no tak, znów był zupeł­nie ciemny - i scho­wa­łam go.

- Co ty w ogóle tu robisz? - spy­ta­łam z iry­ta­cją, prze­ci­ska­jąc się obok niego, wcho­dząc mię­dzy regały i kie­ru­jąc się ku scho­dom.

- Nie przy­szłaś na śnia­da­nie - rzekł, doga­nia­jąc mnie.

W ten spo­sób dowie­dzia­łam się, że w tej sali biblio­tecz­nej nie sły­chać dzwon­ków. Co w tym momen­cie ozna­czało, że mogę zre­zy­gno­wać ze śnia­da­nia lub spóź­nić się na pierw­sze z moich naj­gor­szych zajęć semi­na­ryj­nych, na któ­rych naj­praw­do­po­dob­niej nie ma szans dowie­dzieć się od kogoś, jakie mi wyzna­czono zada­nia.

Zaci­snę­łam zęby i zaczę­łam zbie­gać po scho­dach.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał po chwili Orion, cho­ciaż to wła­śnie ja oca­li­łam jego. Zapewne jesz­cze nie cał­kiem oswoił się z tą myślą.

- Nie - odrze­kłam z gory­czą. - Jestem czub­kiem.

Roz­dział 2

PODUSZKI

W ciągu kilku następ­nych tygo­dni uświa­do­mi­łam to sobie jesz­cze wyraź­niej. Nie jestem dziew­czyną z enklawy. W prze­ci­wień­stwie do Oriona nie mam prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­nych zaso­bów mocy, żeby doko­ny­wać szla­chet­nych boha­ter­skich czy­nów. Wprost prze­ciw­nie, ponie­waż nie­dawno stra­ci­łam pra­wie połowę zapasu mocy, który zgro­ma­dzi­łam przez trzy lata. Wpraw­dzie w słusz­nej spra­wie, ponie­waż uży­łam jej do zała­twie­nia pasz­czora, i mam nadzieję, że ni­gdy nie będę roz­pa­mię­ty­wać tego prze­ży­cia, ale moje dobre inten­cje nie mają zna­cze­nia. Ważne jest tylko to, że mia­łam sta­ran­nie zapla­no­wany har­mo­no­gram gro­ma­dze­nia mocy w trak­cie pobytu w Scho­lo­mance, który teraz legł w gru­zach.

Moje nadzieje na ukoń­cze­nie szkoły rów­nież byłyby płonne, gdy­bym nie zna­la­zła księgi z zaklę­ciami. Kon­tro­lu­jące mate­rię zaklę­cie Zło­tego Kamie­nia jest tak cenne, że zor­ga­ni­zo­wana przez Aadhyę dla uczniów ostat­niej klasy aukcja przy­nio­sła mi mnó­stwo mocy, a na doda­tek parę nie­wiele uży­wa­nych teni­só­wek. Zamie­rzała wkrótce zor­ga­ni­zo­wać następną, dla uczniów naszego rocz­nika. Przy odro­bi­nie szczę­ścia zre­du­kuję liczbę pustych krysz­ta­łów mocy z dzie­więt­na­stu do sied­miu. To na­dal poważny defi­cyt do uzu­peł­nie­nia, a na zakoń­cze­nie szkoły potrze­bo­wa­łam jesz­cze co naj­mniej trzy­dzie­stu.

Wła­śnie na to zamie­rza­łam wyko­rzy­stać moje wspa­niałe śro­dowe wolne popo­łu­dnia. Ha, ha. Mały żmi­jo­wór oka­zał się zale­d­wie pierw­szym z sze­regu zło­wro­gów, które ta biblio­teczna sala zajęć przy­cią­gała z nie­od­partą siłą. Gdy tam wcho­dzi­li­śmy, zasta­wa­li­śmy je gotowe do skoku. Zło­wrogi kryły się w ciem­nych kątach, cze­ka­jąc na moment naszej nie­uwagi. Wcho­dziły przez kratki wen­ty­la­cyjne znaj­du­jące się na środku sali. Cza­iły się w sekre­ta­rzyku z żalu­zjo­wym zamknię­ciem. Cze­kały za drzwiami, kiedy wycho­dzi­li­śmy. Bez naj­mniej­szego pro­blemu mogła­bym unik­nąć nauki chiń­skiego, po pro­stu nic nie robiąc. Cała ta banda pierw­sza­ków zosta­łaby pożarta przed upły­wem dru­giego tygo­dnia seme­stru.

Wszystko stało się jasne pod koniec naszej pierw­szej śro­do­wej sesji, jakby ktoś wypi­sał to krwią na ścia­nie - dosłow­nie. Wła­śnie roz­sma­ro­wa­łam po całym pomiesz­cze­niu wil­la­nirgę, wraz z jej wnętrz­no­ściami i zawar­to­ścią żołądka. Gdy wszy­scy, mniej lub bar­dziej upa­prani, ruszy­li­śmy na obiad, prze­łknę­łam urazę i powie­dzia­łam Suda­rat - tej dziew­czy­nie z enklawy - że jeśli chce być na­dal rato­wana, to musi uży­czyć tro­chę mocy ze swo­jego zapasu.

Poczer­wie­niała i zbla­dła, a potem wykrztu­siła:

- Ja nie... nie jestem...

A potem zalała się łzami i ucie­kła.

- Nie sły­sza­łaś o Bang­koku - powie­dział Zheng.

- Czego nie sły­sza­łam o Bang­koku?

- Prze­padł - rzekł. - Coś zała­twiło enklawę, kilka tygo­dni przed pobo­rem.

Popa­trzy­łam na niego ze zdu­mie­niem. Rzecz w tym, że enklaw nie można znisz­czyć.

- W jaki spo­sób? Co?

Roz­ło­żył ręce i wzru­szył ramio­nami.

- A wy sły­sze­li­ście o Bang­koku? - zapy­ta­łam przy obie­dzie, zasta­na­wia­jąc się, jak mogłam prze­ga­pić taką ważną wia­do­mość, ale nie byłam jedyna. Z sie­dzą­cych przy stole tylko Liu ski­nęła głową i powie­działa: - Wła­śnie usły­sza­łam o tym na histo­rii.

- O czym? - chciała wie­dzieć Aadhya.

- Bang­kok prze­padł - wyja­śni­łam. - Enklawa została znisz­czona.

- Co takiego? - zapy­tała Chloe, która drgnęła tak, że sok poma­rań­czowy zalał jej całą tacę. Zapy­tała, czy może z nami jeść posiłki, i zro­biła to grzecz­nie, nie jakby zaszczy­cała nas swoją obec­no­ścią, więc zgrzyt­nę­łam zębami i się zgo­dzi­łam. - To musi być fake news.

Liu prze­cząco potrzą­snęła głową.

- Potwier­dziła to dziew­czyna z Szan­ghaju, która cho­dzi do naszej klasy. Rodzice prze­ka­zali tę wia­do­mość przez jej młod­szą sio­strę.

Chloe gapiła się na nas, zasty­gła ze szklanką w pół drogi do ust. Nie można mieć jej za złe, że się tak prze­ra­ziła. Enklawy nie zni­kają tak po pro­stu i bez powodu, więc jeśli któ­raś obe­rwała tak mocno, to ozna­czało począ­tek jakiejś wojny enklaw, a nowo­jor­ska była ide­alną kan­dy­datką na jej epi­cen­trum. Kiedy jed­nak Chloe po raz trzeci w ciągu pię­ciu minut zapy­tała o szcze­góły, któ­rych ani Liu, ani ja nie zna­ły­śmy, powie­dzia­łam:

- Rasmus­sen, my ich nie znamy. To ty możesz się cze­goś dowie­dzieć; nowo przy­byli z waszej enklawy muszą wie­dzieć wię­cej.

Nie­wia­ry­godne, ale naprawdę popro­siła, żeby­śmy popil­no­wały jej tacy, po czym wstała i prze­szła przez salę do stołu, przy któ­rym sie­dzieli pierw­szacy z nowo­jor­skiej enklawy. Nie przy­nio­sła wielu infor­ma­cji: znaczna część nowo przy­by­łych nawet jesz­cze o tym nie sły­szała. Dzie­ciaki z Bang­koku nie faty­go­wały się roz­gła­sza­niem tej wia­do­mo­ści, a Suda­rat jako jedyna z tego mia­sta prze­żyła i została pobrana. Wszy­scy inni jej rówie­śnicy zgi­nęli razem z enklawą. Co jesz­cze bar­dziej prze­ra­ziło wszyst­kich enkla­wow­ców. Nawet jeśli jakaś enklawa ucierpi tak mocno, że w końcu pad­nie, to zwy­kle osoby postronne mają wystar­cza­jąco dużo ostrze­żeń i czasu na ucieczkę.

Pod koniec obiadu stało się jasne, że nikt nie wie, co naprawdę się stało. My tutaj w ogóle nie wiemy, co się dzieje, gdyż wszel­kie wie­ści ze świata docie­rają do nas raz do roku, za pośred­nic­twem prze­ra­żo­nych czter­na­sto­lat­ków. Jed­nak upa­dek enklawy to sen­sa­cyjna wia­do­mość, a tym­cza­sem nawet dzie­ciaki z Szan­ghaju nie znały szcze­gó­łów. Szan­ghaj pomógł stwo­rzyć enklawę w Bang­koku - od trzy­dzie­stu lat spon­so­ro­wali nowe azja­tyc­kie enklawy i nie­przy­pad­kowo coraz gło­śniej narze­kali na nie­pro­por­cjo­nal­nie dużą liczbę miejsc przy­dzie­la­nych w Scho­lo­mance dzie­cia­kom ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Europy. Gdyby atak na Bang­kok był zapo­wie­dzią napa­ści na Szan­ghaj, pobrani pierw­szacy przy­by­liby z wyraź­nym pole­ce­niem zwar­cia sze­re­gów z dzie­cia­kami z Bang­koku.

Z dru­giej strony, jeśli Bang­kok przy­pad­kowo sam się zała­twił, co cza­sem się zda­rza, gdy enklawa cich­cem reali­zuje zbyt ambitny pro­gram nowych broni magicz­nych, dzie­cia­kom z Szan­ghaju kazano by odwró­cić się od ich taj­skich rówie­śni­ków. Zamiast tego jedy­nie zacho­wy­wały ostroż­ność. Co ozna­czało, że ich rodzice wie­dzieli nie­wiele wię­cej od nas, a jeśli szan­ghaj­scy enkla­wowcy nie mieli żad­nych infor­ma­cji, to nikt nie miał.

No, oprócz tego, kto to zro­bił. Co kom­pli­ko­wało sytu­ację, gdyż jeśli ktoś w ten spo­sób zamie­rzał pośred­nio zaata­ko­wać Szan­ghaj, to pierw­szym podej­rza­nym był Nowy Jork. Trudno było sobie wyobra­zić, by jakaś inna enklawa na świe­cie mogła to zro­bić choćby bez ich cichego wspar­cia. Gdyby jed­nak Nowy Jork w tajem­nicy prze­pro­wa­dził tak poważną ope­ra­cję, jaką jest likwi­da­cja enklawy, to z pew­no­ścią nie powie­dziano by o tym pobie­ra­nym do Scho­lo­mance, co ozna­czało, że nawet nowo­jor­skie dzie­ciaki nie wie­działy, czy ich enklawa jest w to zamie­szana czy nie, cho­ciaż one - i dzie­ciaki z Szan­ghaju - zda­wały sobie sprawę, że jeśli jed­nak nie był to nie­szczę­śliwy wypa­dek, to ich rodzice wła­śnie pro­wa­dzą wojnę. A my przez rok w żaden spo­sób nie mogli­śmy się dowie­dzieć, jak jest naprawdę.

Nie była to sytu­acja sprzy­ja­jąca kole­żeń­skiemu nasta­wie­niu enkla­wow­ców. Oso­bi­ście wcale nie przej­mo­wa­łam się tym, że nie wiem, jak jest. Nie zamie­rza­łam dołą­czyć do żad­nej enklawy. Pod­ję­łam tę decy­zję w zeszłym roku - obra­żona - i gdyby wybu­chła wojna, nie wzię­ła­bym w niej udziału. Nawet gdyby jakiś odra­ża­jący zło­wróg zaczął zała­twiać enklawy, nie doty­czy­łoby to mnie, tylko moich ewen­tu­al­nych rywali, wedle nie­przy­jem­nej prze­po­wiedni, która znacz­nie uła­twi­łaby mi życie, gdyby ziściła się szyb­ciej.

Nato­miast obcho­dziło mnie, że Suda­rat nie może mi pomóc w tym, co naj­wy­raź­niej miało być moim pią­tym przed­mio­tem w tym seme­strze - rato­wa­niu pierw­sza­ków. Zasoby mocy taj­skiej enklawy i tak były sto­sun­kowo nowe i skromne, a teraz pełną kon­trolę nad nimi prze­jęli naj­starsi ucznio­wie, któ­rzy roz­pacz­li­wie ofe­ro­wali ją innym enkla­wow­com, pró­bu­jąc zawią­zać soju­sze na koniec szkoły. Nie dzie­lili się nią z uczniami pierw­szych i dru­gich klas. Ci nagle stali się takimi samymi ofia­rami losu jak my wszy­scy, z tru­dem znaj­du­ją­cymi sojusz­ni­ków, zasoby i moż­li­wo­ści prze­trwa­nia. Ich jedy­nym istot­nym argu­men­tem prze­tar­go­wym przy two­rze­niu soju­szy była per­spek­tywa przy­ję­cia do ich szybko rosną­cej enklawy, a teraz go stra­cili i dzia­łali w atmos­fe­rze nie­przy­jem­nej nie­pew­no­ści, ponie­waż nikt nie wie­dział, co się stało. Inni pierw­szo­kla­si­ści nie uni­kali Suda­rat dla­tego, że nie wie­dzieli, skąd ona jest; uni­kali jej, ponie­waż wie­dzieli, że ona jest z Bang­koku. Nie dostała nawet swo­jego przy­działu rze­czy, które pozo­sta­wili absol­wenci. Wszystko, co posia­dała, było w tor­bie, którą zabrała ze sobą.

Zapewne powin­nam jej współ­czuć, ale wola­łam zacho­wać współ­czu­cie dla osoby, która ni­gdy nie miała szczę­ścia, niż dla tej, którą ono nagle opu­ściło. Mama powie­dzia­łaby mi, że mogę współ­czuć im obu, na co odpowie­dzia­łabym, że ona może to robić, ale ja mam ogra­ni­czone zapasy współ­czu­cia i muszę je racjo­no­wać. W każ­dym razie cho­ciaż nie współ­czu­łam Suda­rat, to już w pierw­szym tygo­dniu zajęć dwu­krot­nie ura­to­wa­łam jej życie, więc nie miała prawa narze­kać.

I ja też nie, ponie­waż naj­wi­docz­niej posta­no­wi­łam na­dal to robić.

Aadhya i Liu zamie­rzały wie­czo­rem razem wziąć prysz­nic. Kiedy scho­dzi­ły­śmy po scho­dach, nie­śmiało zapy­ta­łam Liu:

- Masz potem tro­chę czasu? Muszę opa­no­wać kilka pod­sta­wo­wych chiń­skich zwro­tów.

Pew­nie się spo­dzie­wa­cie, że cho­dzi o takie zwroty jak "gdzie jest ubi­ka­cja?" lub "dzień dobry", ale tutaj pierw­sze, czego uczymy się w dowol­nym języku, to "pad­nij", "za tobą" i "ucie­kaj". Musia­łam powstrzy­mać pierw­sza­ków od wcho­dze­nia mi w drogę, kiedy ich ratuję. Na wła­sny koszt.

Liu pochy­liła głowę i powie­działa cicho:

- Też zamie­rza­łam cię pro­sić o pomoc.

Się­gnęła do swo­jej szkol­nej teczki i wyjęła etui z prze­zro­czy­stego pla­stiku z nożycz­kami w środku. Były dla lewo­ręcz­nych, ze strzę­pami okle­iny z zie­lo­nego winylu wciąż oble­pia­ją­cymi otwory na palce, z jed­nym ostrzem wyszczer­bio­nym, a dru­gim zardze­wia­łym. Obie­cu­jące: były tak sfa­ty­go­wane, że nie­mal na pewno nie prze­klęte i nie zacza­ro­wane. Już od paru tygo­dni szu­kała kogoś, kto poży­czyłby jej nożyczki.

Włosy Liu się­gały jej poni­żej pasa, błysz­czące i czarne jak noc, tylko przy gło­wie odro­binę jaśniej­sze w porów­na­niu do nie­sa­mo­wi­cie ciem­nego odcie­nia reszty. Zapusz­czała je kilka lat, z tego trzy lata tutaj, więc musiała nego­cjo­wać czas i warunki każ­dego prysz­nica, który brała. Jed­nak nie spy­ta­łam jej, czy na pewno chce je skró­cić. Wie­dzia­łam, że tak, nawet choćby z czy­sto prak­tycz­nych wzglę­dów. Aadhya zamie­rzała spleść z nich struny lutni z syre­no­pa­jąka, którą szy­ko­wała dla nas na dzień ukoń­cze­nia szkoły, a ponadto Liu zdo­łała tak długo cho­dzić z dłu­gimi wło­sami tylko dla­tego, że uży­wała cza­rów.

Potem jed­nak prze­szła nie­ocze­ki­waną i bar­dzo dogłębną prze­mianę duchową i posta­no­wiła nie wra­cać na obsy­dia­nowo czarną drogę. Tak więc teraz musiała zapła­cić za trzy lata para­do­wa­nia z nie­wia­ry­god­nie ładną fry­zurą. Co wie­czór na zmianę poma­ga­ły­śmy jej roz­cze­sać naprawdę okropne koł­tuny, które powsta­wały każ­dego dnia, obo­jęt­nie, jak sta­ran­nie spla­tała war­ko­cze.

Kiedy wzię­ły­śmy prysz­nic, wszyst­kie trzy wró­ci­ły­śmy do pokoju Aadhyi. Naostrzyła nożyczki swo­imi narzę­dziami, a potem wzięła przy­go­to­wane pudełko na włosy. Zaczę­łam je ostroż­nie obci­nać, na począ­tek zale­d­wie cen­ty­metr bar­dzo cien­kiego kosmyka, który trzy­ma­łam jak naj­da­lej od głowy Liu - ni­gdy nie należy się spie­szyć, uży­wa­jąc nie­zna­nych noży­czek. Nic strasz­nego się nie wyda­rzyło, więc powoli dotar­łam do połowy kosmyka, a potem zro­bi­łam głę­boki wdech i szybko odcię­łam resztę, po wyraź­nej linii demar­ka­cyj­nej mię­dzy sta­rymi a nowymi wło­sami, i poda­łam to dłu­gie pasmo Aadhyi.

- W porządku? - zapy­ta­łam Liu.

Byłam pewna, że nożyczki są dobre, ale chcia­łam dać jej moment wytchnie­nia; spo­dzie­wa­łam się, że to dla niej trudne, nawet jeśli nie zaczęła się mazać czy coś.

- Tak, nic mi nie jest - powie­działa, ale zamru­gała i zanim obcię­łam jej połowę wło­sów, rze­czy­wi­ście zaczęła się mazać; łzy sta­nęły jej w oczach, a jedna wielka spły­nęła po jej policzku i roz­pry­snęła się na kola­nie.

Aadhya spoj­rzała na mnie z nie­po­ko­jem, a potem powie­działa:

- Na pewno tyle mi wystar­czy, jeśli chcesz na tym poprze­stać.

Liu nawet nie wyglą­da­łaby źle; miała tak gęste włosy, że tymi małymi nożycz­kami i tak musia­łam je obci­nać war­stwami, więc zaczę­łam od spodu. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy narzę­dzie nagle się zepsuje, a gdyby została z krótko ścię­tymi wło­sami na czubku głowy i upior­nie dłu­gimi kosmy­kami na poty­licy, każdy, od kogo chcia­łaby poży­czyć inne nożyczki, zażą­dałby za to kro­cie.

- Nie - powie­działa Liu lekko drżą­cym gło­sem, ale zde­cy­do­wa­nie.

Zazwy­czaj była naj­spo­koj­niej­szą z nas trzech. Aad potra­fiła zło­ścić się naprawdę kon­cer­towo, a gdyby ataki wście­kło­ści były dys­cy­pliną olim­pij­ską, to ja była­bym pewną kan­dy­datką do zło­tego medalu. Lecz Liu zawsze była opa­no­wana, spo­kojna i roz­sądna, więc to nie­mal gniewne wark­nię­cie było zasko­cze­niem.

Nawet dla niej samej; zamil­kła i prze­łknęła ślinę, ale cokol­wiek czuła, nie była w sta­nie tego ukryć.

- Chcę je obciąć - rzu­ciła ostrym tonem.

- Dobrze - powie­dzia­łam i zaczę­łam szyb­ciej obci­nać jej włosy, jak naj­bli­żej głowy. Błysz­czące pasma pró­bo­wały oplą­ty­wać mi palce nawet wtedy, gdy je odcię­łam i poda­wa­łam Aadhyi.

Wresz­cie skoń­czy­łam, a Liu unio­sła ręce i lekko drżąc, dotknęła swo­jej głowy. Nie­wiele na niej pozo­stało poza nie­rów­nym pusz­kiem. Zamknęła oczy i prze­su­nęła po niej rękami tam i z powro­tem, jakby upew­nia­jąc się, że wło­sów nie ma. Po kilku głę­bo­kich i nie­rów­nych odde­chach powie­działa:

- Nie ści­na­łam ich, od kiedy tu przy­by­łam. Mama kazała mi tego nie robić.

- Dla­czego? - zapy­tała Aadhya.

- Bo... - Głos uwiązł jej w gar­dle. - Powie­działa, że tutaj ich widok powie ludziom, że jestem kimś, na kogo trzeba uwa­żać.

I tak też było, ponie­waż w Scho­lo­mance możesz mieć dłu­gie włosy, tylko jeśli jesteś naprawdę boga­tym i zuchwa­łym dzie­cia­kiem z enklawy albo upra­wiasz czarną magię.

Aadhya bez słowa pode­szła do swo­jego biurka i ze strze­żo­nej zaklę­ciem szka­tułki wyjęła pozo­stałą połowę owsia­nego bato­nika. Liu chciała odmó­wić, ale Aad wark­nęła:

- O mój Boże, zjedz ten cho­lerny bato­nik!

Wtedy Liu roz­kle­iła się, wstała i wycią­gnęła do nas ręce. Wpraw­dzie zare­ago­wa­łam chwilę póź­niej niż Aadhya - trzy lata nie­mal zupeł­nego ostra­cy­zmu spo­łecz­nego raczej kiep­sko przy­go­to­wuje na takie sytu­acje - ale obie trzy­mały wycią­gnięte ręce, dopóki do nich nie dołą­czy­łam. Obję­ły­śmy się ramio­nami i znów zda­rzył się ten cud, w który na­dal nie mogłam do końca uwie­rzyć: nie byłam już sama. Rato­wały mnie, a ja zamie­rza­łam ura­to­wać je. Wyda­wało się to cza­rem nad cza­rami. Jakby mogło napra­wić wszystko. Jakby cały świat nagle stał się innym miej­scem.

Jed­nak nie. Na­dal byłam w Scho­lo­mance, a tu wszyst­kie cuda mają swoją cenę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki